Spowiedź generała von dem Bacha - Christopher Macht - ebook + książka

Spowiedź generała von dem Bacha ebook

Christopher Macht

0,0
32,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Powstanie Warszawskie jest jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w historii Polski i Europy podczas drugiej wojny światowej. To tragedia miasta i setek tysięcy jego mieszkańców, mordowanych przez Niemców z niebywałą agresją i brutalnością, masowo wypędzanych ze swych domów. Tłumieniem powstania dowodził SS-Obergruppenführer i generał policji Erich von dem Bach, który wcześniej krwawo zwalczał partyzantkę sowiecką na obszarach okupowanej Białorusi i Rosji, dokonując licznych pacyfikacji i mordów na cywilach. Ślepo wykonywał rozkazy swoich zwierzchników. Adolf Hitler wielokrotnie powtarzał, że von dem Bach jest „najwierniejszym z wiernych”. Z kolei Hermann Göring w trakcie procesu norymberskiego, na którym generał zeznawał jako świadek, wykrzykiwał: „Przeklęty sukinsyn! Był najbardziej krwawym mordercą w całym tym cholernym układzie!”.

Von dem Bach miał drugi, polsko brzmiący człon nazwiska: Zelewski, którego oficjalnie pozbył się dopiero w 1940 roku. Urodził się zaś w pomorskim Lęborku. Czy zatem był Polakiem, który odciął się od swoich korzeni? Z tej książki dowiemy się także, jak wyglądała jego kariera w SS, jak doszło do rzezi bezbronnej ludności warszawskiej Woli i dlaczego nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnicze czyny w Warszawie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Tym, któ­rzy ponie­śli boha­ter­ską śmierć, wal­cząc z nie­miec­kim oku­pan­tem…

Zbrodnia, jakiej świat nie widział. Jedno z najważniejszych wydarzeń w historii

W liście do Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera, dato­wa­nym na 29 paź­dzier­nika 1940 roku, Erich von dem Bach1 pisał:

„Przy­wią­zuję wagę do tego, aby moi potom­ko­wie […] mogli zawsze udo­wod­nić udział swo­jego przodka SS-Gruppenführera w akcji prze­ciw Pol­sce”2.

* * *

Gdy przy­stę­po­wa­łem do pracy nad książką doty­czącą powsta­nia war­szaw­skiego wie­dzia­łem, że było to dra­ma­tyczne wyda­rze­nie w dzie­jach sto­licy Pol­ski, ale nie spo­dzie­wa­łem się, że aż tak bru­talne. Wyda­wało mi się, że histo­ria dok­tora Men­gele, leka­rza SS z obozu Auschwitz-Bir­ke­nau, i jego zbrod­ni­cze zacho­wa­nia3 to szczyt okru­cień­stwa… Tym­cza­sem, czy­ta­jąc wspo­mnie­nia uczest­ni­ków powsta­nia i cywi­lów, któ­rzy je prze­żyli, ogar­niał mnie nie tylko strach, ale też poczu­cie bez­sil­no­ści, a przede wszyst­kim świa­do­mość, że to wszystko roze­grało się tak bli­sko nas zale­d­wie 80 lat temu. Prze­cha­dza­jąc się uli­cami War­szawy, mamy w uszach krzyk giną­cych, odgłosy wybu­chów, czu­jemy smród spa­le­ni­zny i zwłok zabi­tych i pomor­do­wa­nych. Nie­liczni świad­ko­wie tych tra­gicz­nych wyda­rzeń wciąż żyją, przy­po­mi­na­jąc o męstwie powstań­ców i miesz­kań­ców. Nasi pra­dziad­ko­wie, dziad­ko­wie, wuj­ko­wie byli w takiej sytu­acji, w jakiej znaj­do­wali się lub znaj­dują miesz­kańcy miast w Ukra­inie, ata­ko­wa­nych i bom­bar­do­wa­nych przez rosyj­skich agre­so­rów. I nie były to tylko prze­kazy widziane w tele­wi­zji czy inter­ne­cie, ale kosz­marna rze­czy­wi­stość, przed którą nie było ucieczki. Śmierć mogła dopaść każ­dego. I czę­sto dopa­dała…

Za tą śmier­cią i znisz­cze­niem stali Niemcy. Ta książka to opo­wieść o tym, jak bez­duszni ludzie, ślepo wyko­nu­jący roz­kazy, prze­peł­nieni sady­stycz­nymi odru­chami i pozba­wieni uczuć, mor­do­wali istoty, które ich zda­niem były gor­sze z racji tego, że nie nale­żały do rasy ger­mań­skiej. Jak bar­dzo taki spo­sób myśle­nia jest podły i nie­hu­ma­ni­tarny, nie trzeba nawet pisać. Wymaga to kate­go­rycz­nego potę­pie­nia i tro­ski o to, by prawda o powsta­niu i nik­czem­nym zacho­wa­niu Niem­ców zacho­wała się w ludz­kiej pamięci, jed­no­cze­śnie będąc ostrze­że­niem dla przy­szłych poko­leń. Pamię­tajmy, aby każ­dego roku pierw­szego sierp­nia o godzi­nie sie­dem­na­stej być myślami z powstań­cami i lud­no­ścią powstań­czej War­szawy. Z jed­nej strony to nie­wiele, ale z dru­giej dzięki temu uchro­nimy pamięć o powsta­niu i jego ofia­rach od zapo­mnie­nia.

Powsta­nie war­szaw­skie jest jed­nym z naj­waż­niej­szych wyda­rzeń w histo­rii Europy. Co do tego nikt nie ma wąt­pli­wo­ści. To dra­mat setek tysięcy ludz­kich ist­nień, który po latach dla nie­za­zna­jo­mio­nych z tema­tem czę­sto spro­wa­dza się jedy­nie do pyta­nia „czy powsta­nie miało sens”? Gdy tym­cza­sem nawet dzi­siaj, po osiem­dzie­się­ciu latach, trudno wydać jed­no­znaczny osąd, czy w tam­tej chwili ten naro­dowy zryw i prze­lana krew były potrzebne…

* * *

Pod koniec pracy nad książką przy­la­tuję do Pol­ski. Jadę samo­cho­dem aleją Nie­pod­le­gło­ści w War­sza­wie. Poru­szam się w stronę cen­trum. Po lewej widzę w oddali Biblio­tekę Naro­dową. Kilka chwil póź­niej po pra­wej moim oczom uka­zuje się skromny, acz­kol­wiek piękny głaz. Zatrzy­muję się na pobli­skim przy­stanku, pod­cho­dzę i czy­tam wyryty na nim napis: „Miej­sce uświę­cone krwią Pola­ków pod­le­głych za wol­ność ojczy­zny”. I dalej: „Tu w lipcu i sierp­niu 1944 r. hitle­rowcy roz­strze­lali około 30 osób lud­no­ści cywil­nej”.

Nie potrze­buję nic wię­cej. Sta­now­czo czuję, że to jest jedna z moich naj­waż­niej­szych ksią­żek… I temat, na który mogłoby powstać kilka tomów liczą­cych po kil­ka­set stron.

Tablica (według pro­jektu Karola Tchorka) w al. Nie­pod­le­gło­ści w War­sza­wie upa­mięt­nia­jąca około 30 Pola­ków zamor­do­wa­nych przez Niem­ców w lipcu i sierp­niu 1944 roku

Skąd mam zapiski?

Pamię­tam jak dziś… Popo­łu­dnie było dość mroźne. Rześki wiatr zdo­był się na powi­ta­nie, gdy scho­dzi­łem ze scho­dów samo­lotu na war­szaw­skim lot­ni­sku. Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że ta podróż do Pol­ski będzie wyjąt­kowa. Z hali przy­lo­tów wsia­dłem do tak­sówki i ruszy­łem na Ursy­nów, wprost do miesz­ka­nia moich zna­jo­mych. Kolej­nego dnia mie­li­śmy w pla­nach nieco pozwie­dzać sto­licę Pol­ski. Naj­pierw poszli­śmy do Cen­trum Nauki Koper­nik, póź­niej zje­dli­śmy coś na Sta­rówce na Pod­walu, by następ­nie udać się na war­szaw­ską Wolę do Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego. To była moja pierw­sza wizyta w tym miej­scu.

Muzeum zro­biło na mnie ogromne wra­że­nie. Chyba, jak więk­szość zwie­dza­ją­cych, kolek­cjo­no­wa­łem dostępne w muzeum kartki z kalen­da­rza powstań­czego, chło­nąc kolejne wyda­rze­nia z wypie­kami na twa­rzy. Czas nas gonił. Żało­wa­łem, że na zwie­dza­nie prze­wi­dzia­łem tylko dwie godziny. Razem ze zna­jo­mymi obie­ca­li­śmy sobie, że kolej­nego dnia wró­cimy tu jesz­cze raz i obej­rzymy całą bogatą eks­po­zy­cję. I rze­czy­wi­ście wró­ci­li­śmy. Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że od tego momentu będę odwie­dzał Muzeum Powsta­nia War­szaw­skiego za każ­dym razem, gdy przy­lecę do Pol­ski. Dla­czego? Opo­wiem o tym w tele­gra­ficz­nym skró­cie…

Moi zna­jomi miesz­kają na jed­nym z blo­ko­wisk na war­szaw­skim Ursy­no­wie. Nie ukry­wam, znamy się tak długo, że już dawno ich sąsie­dzi odkryli, czym zaj­muję się na co dzień. Nie­rzadko przy­cho­dzą z egzem­pla­rzami moich ksią­żek i pro­szą o dedy­ka­cje. Tym razem sprawy przy­brały zupeł­nie inny obrót. Sąsiad, któ­rego zdą­ży­łem już poznać, odwie­dził moich zna­jo­mych pod pre­tek­stem kawy. I nie byłoby w tym nic dziw­nego, gdyby nie to, że w trak­cie spo­tka­nia zamiast książki do pod­pi­sa­nia wrę­czył mi posza­rzałą kopertę. Usły­sza­łem:

– Panie Chri­sto­phe­rze, niech pan tym odpo­wied­nio zadys­po­nuje i zrobi z tego uży­tek. Dosze­dłem do wnio­sku, że ktoś się musi tym zająć. Pan wydaje się być odpo­wied­nim kan­dy­da­tem. U mnie zdro­wie już nie to. Nie wia­domo, jak długo jesz­cze pożyję…

W środku był solidny plik kar­tek. Z czym? Z zapi­skami roz­mów z gene­ra­łem SS von dem Bachem. Dalej publi­kuję je po raz pierw­szy. Z przy­kro­ścią muszę dodać, że dwa tygo­dnie póź­niej ów sąsiad opu­ścił ziem­ski padół…

Proces, który był jawną kpiną

Siód­mego stycz­nia 1946 roku, w dwu­dzie­stym ósmym dniu pro­cesu norym­ber­skiego, przed sądem staje Erich von dem Bach, daw­niej noszący nazwi­sko z pol­sko brzmią­cym czło­nem Zelew­ski. Nie, nie w roli oskar­żo­nego. Wystę­puje jako świa­dek tego dnia i jesz­cze wie­lo­krot­nie, obna­ża­jąc szcze­góły dzia­ła­nia zbrod­ni­czej nazi­stow­skiej machiny. Zezna­nia Zelew­skiego wzbu­dzają nie­małą sen­sa­cję i ner­wo­wość kole­gów z par­tii nazi­stow­skiej i SS. Dopro­wa­dzają do szału szcze­gól­nie Her­manna Göringa, który rzuca obe­lgami w stronę świadka, a wszystko pod­chwy­tują nie­miec­kie i zagra­niczne gazety.

W zamian za rela­cje obcią­ża­jące nazi­stów oskar­żo­nych w pro­ce­sie norym­ber­skim Ame­ry­ka­nie odma­wiają eks­tra­dy­cji von dem Bacha do Pol­ski. Pozwa­lają jedy­nie prze­słu­chać go przez pol­skiego pro­ku­ra­tora Jerzego Sawic­kiego. W 1947 roku gene­rał przy­bywa na krótko do Pol­ski, ale tylko dla­tego, że Ame­ry­ka­nie posta­na­wiają go „wypo­ży­czyć” pol­skim wła­dzom. Nie ma mowy o sądze­niu go. Zeznaje na pro­ce­sie innego nazi­stow­skiego zbrod­nia­rza Ludwiga Fischera, będą­cego w cza­sie oku­pa­cji nie­miec­kiej guber­na­to­rem dys­tryktu war­szaw­skiego. Fischera ska­zano na śmierć, von dem Bach zaś został z powro­tem prze­trans­por­to­wany do ame­ry­kań­skiego wię­zie­nia w Niem­czech.

W 1949 roku Ame­ry­ka­nie zwal­niają eses­mana z aresztu. Osta­tecz­nie w 1951 roku von dem Bach zostaje ska­zany przez Izbę Dena­zy­fi­ka­cyjną na dzie­sięć lat pozba­wie­nia wol­no­ści i pobyt w obo­zie pracy, ale nie za liczne zbrod­nie wojenne, lecz za mor­der­stwa na prze­ciw­ni­kach poli­tycz­nych nazi­stów w latach trzy­dzie­stych, przy czym odsie­dziane już w wię­zie­niach pięć lat zostaje mu zali­czone. Jed­nakże wcale nie odbywa kary pozo­sta­łych pię­ciu lat wię­zie­nia, gdyż… nie zgła­sza się do zakładu kar­nego4. Jak sam mówił: „Niech po mnie przyjdą, nie myślę sam się zgła­szać5” – o czym dono­sił ham­bur­ski tygo­dnik „Der Spie­gel”.

Erich von dem Bach jako ame­ry­kań­ski jeniec przed celą wię­zie­nia w Norym­ber­dze, 1946 rok. Choć miał on wiele na sumie­niu, wystą­pił na pro­ce­sie norym­ber­skim nie­miec­kich przy­wód­ców poli­tycz­nych i woj­sko­wych oskar­żo­nych o zbrod­nie wojenne jako… świa­dek oskar­że­nia

W lutym 1947 roku von dem Bach zezna­wał w War­sza­wie na pro­ce­sie szefa dys­tryktu war­szaw­skiego Ludwiga Fischera. Jemu za zbrod­nie popeł­nione na miesz­kań­cach sto­licy Pol­ski pod­czas powsta­nia war­szaw­skiego nie spadł włos z głowy – wró­cił do ame­ry­kań­skiego wię­zie­nia w Niem­czech

I tak od 1951 do 1958 roku von dem Bach miesz­kał sobie spo­koj­nie, więk­szość tego czasu spę­dza­jąc we wsi Eckersmühlen, poło­żo­nej nie­całe czter­dzie­ści kilo­me­trów od Norym­bergi. Zda­niem Wła­dy­sława Bar­to­szew­skiego6 w tym cza­sie pra­co­wał jako nocny war­tow­nik w pry­wat­nej fir­mie, zara­bia­jąc mie­sięcz­nie około czte­ry­stu marek zachod­nio­nie­miec­kich (rów­no­war­tość stu dola­rów).

Wymiar spra­wie­dli­wo­ści Repu­bliki Fede­ral­nej Nie­miec przy­po­mniał sobie o nim dopiero kilka lat póź­niej. Nagle posta­no­wiono go aresz­to­wać. Przy czym znowu nie cho­dziło o zarzuty zwią­zane ze zbrod­ni­czym postę­po­wa­niem w trak­cie dru­giej wojny świa­to­wej. Pro­ku­ra­tura oskar­żyła go o… współ­udział w mor­der­stwie eses­mana Antona von Hoh­berg und Buchwald. Wszystko roz­gry­wało się w 1934 roku, w trak­cie tak zwa­nej Nocy Dłu­gich Noży, pod­czas któ­rej Hitler roz­pra­wił się ze swo­imi prze­ciw­ni­kami poli­tycz­nymi z SA, mor­du­jąc ich w bestial­ski spo­sób. Co wspól­nego z mor­der­stwem Hoh­berga miał von dem Bach?

Szes­na­stego stycz­nia 1961 roku roz­po­czął się pro­ces w tej spra­wie. W trak­cie roz­prawy oskar­żony stwier­dził, że ni­gdy z jego ust sąd nie dowie się całej prawdy. Co się tyczy Hoh­berga, oka­zało się, że przy oka­zji roz­prawy z SA miał go aresz­to­wać na pole­ce­nie Him­m­lera. Tym­cza­sem von dem Bach praw­do­po­dob­nie naka­zał swoim ludziom mord. Hoh­berga odna­le­ziono w hotelu w Kró­lewcu, skąd został porwany i zamor­do­wany na tere­nie wła­snej posia­dło­ści w oko­li­cach Pru­skiej Iławy w lipcu 1934 roku. Pro­ces zakoń­czył się 10 lutego 1961 roku. Do tego czasu pod­sądny zdą­żył wygło­sić wiele kon­tro­wer­syj­nych opi­nii. Prze­ko­ny­wał mię­dzy innymi, że Hitler był nie­winny i nie miał nic wspól­nego ze zbrod­ni­czym cha­rak­te­rem Trze­ciej Rze­szy.

Osta­tecz­nie orze­czono dla von dem Bacha cztery i pół roku wię­zie­nia, z czego nale­żało odjąć dwu­ipół­letni pobyt w aresz­cie śled­czym. Trzeba przy­znać, że to dość niska kara jak dla kogoś, kto został oskar­żony o zle­ce­nie mor­der­stwa. Jak to moż­liwe? Otóż sąd uznał, że należy zasto­so­wać oko­licz­no­ści łago­dzące, ponie­waż oskar­żony… „nie był dotych­czas karany”7! Gwoli ści­sło­ści, do tej pory nikt nie raczył go ści­gać za zbrod­ni­czą dzia­łal­ność, cho­ciażby w trak­cie powstań ślą­skich czy dru­giej wojny świa­to­wej, na Bia­ło­rusi czy w War­sza­wie.

Spo­kój eses­mana nie trwał jed­nak długo. Już rok póź­niej oskar­żono go o zabi­cie pię­ciu8 nie­miec­kich komu­ni­stów w 1933 roku. Za to otrzy­mał już karę doży­wo­cia… Umarł w wię­zien­nym szpi­talu w Mona­chium 8 marca 1972 roku, kilka dni po swo­ich sie­dem­dzie­sią­tych trze­cich uro­dzi­nach.

Fortel i trucizna

Począ­tek marca 1972 roku. Mona­chium. To wła­śnie tutaj mie­ści się jeden z naj­więk­szych szpi­tali w Niem­czech, będący jed­no­cze­śnie szpi­ta­lem wię­zien­nym. Mowa o München Kli­nik Har­la­ching, poło­żo­nej na przedmie­ściach mia­sta. Nie­przy­pad­kowo pla­cówka rekla­muje się jako „Die Kli­nik im Park”. Wokół szpi­tala jest mnó­stwo zie­leni. Ławki w parku spra­wiają, że już na sam widok robi się lżej na duszy.

Jed­nym z pra­cow­ni­ków kli­niki jest doświad­czony lekarz, pro­fe­sor Tade­usz Zawrot. Rocz­nik 1921. Polak z pocho­dze­nia. Postać z mroczną prze­szło­ścią, któ­rej nie da się wyczy­tać z jego twa­rzy. Skrywa ją nader sku­tecz­nie za swoim nie­na­gan­nym uśmie­chem. Nie­za­leż­nie od tego, czy bada Niemca, Żyda czy Cygana. Choć tych ostat­nich zwy­kle tutaj nie ma, bowiem na takie wizyty naj­zwy­czaj­niej w świe­cie ich nie stać.

Pro­fe­sor Zawrot jak co dzień sta­wił się w szpi­talu na poran­nej zmia­nie. Zało­żył śnież­no­biały kitel i ruszył na obchód, by doglą­dać swo­ich pacjen­tów. Jego uwagę przy­kuło jedno nazwi­sko – von dem Bach. Dałby sobie rękę uciąć, że kie­dyś już o nim sły­szał… Tak, to musiał być on.

W szpi­tal­nej sali roz­le­gło się puka­nie. Zegar wska­zy­wał 11.10, gdy Zawrot wszedł do środka.

– Guten Tag – per­fek­cyjna niem­czy­zna z domieszką chrypy przy­wi­tała leka­rza.

– Dzień dobry…

Erich von dem Bach w sądzie w Kolo­nii pod­czas pro­cesu ofi­cera SS Hansa Gra­al­fsa oskar­żo­nego o mordy na Żydach na Bia­ło­rusi, 1964 rok.

Pacjent zbladł. Te dwa słowa ude­rzyły w niego jak grom z jasnego nieba… A może mu się to prze­sły­szało? Serce zabiło moc­niej. Mil­czał, cze­ka­jąc na dal­szy roz­wój wypad­ków. Z kolei dok­tor kon­ty­nu­ował:

– My się chyba znamy, panie Eryku…

– Was? Ich ver­stehe nicht9.

– Panie Eryku… Śmiało. Możemy mówić po pol­sku. My się znamy. Choć może nie tak dosłow­nie…

Pacjent cią­gle mil­czał, tępo wpa­tru­jąc się w sufit.

– Pan Erich von dem Bach-Zelew­ski, zga­dza się?

– Taaak… – odparł po pol­sku pacjent.

– No pro­szę. A ja jestem pro­fe­sor Tade­usz Zawrot. Pew­nie moje nazwi­sko nic panu nie mówi?

– Nein… Zna­czy się, nie, nic nie mówi…

– Kto by pomy­ślał… Kto by pomy­ślał… Podam słowo klucz, może będzie panu łatwiej sko­ja­rzyć… – w gło­sie pro­fe­sora Zawrota sły­chać było emo­cje. W oczach pło­nęły dziwne iskry, któ­rych pacjent nie był w sta­nie wła­ści­wie zin­ter­pre­to­wać.

– W czym mogę panu pomóc, dok­to­rze?

– Tak się składa, że pań­ski stan zdro­wotny jest tak kiep­ski, że raczej już nie zdo­łamy panu pomóc. Ale… może to i dobrze? – dok­tor zaczął się zasta­na­wiać.

– Słu­cham?! Chyba się prze­sły­sza­łem! – von dem Bach był oszo­ło­miony.

– Nie­ko­niecz­nie. Pań­skie dni są poli­czone. W mło­do­ści w szkole mia­łem takie liczy­dło z kolo­ro­wymi kul­kami. Ech… Nie pomy­śla­łem. Gdy­bym wie­dział, że pana dzi­siaj tu spo­tkam, zabrał­bym je ze sobą. Mógłby pan odli­czać dni do końca swo­jego żywota. Na moje oko daję panu tydzień. A to liczy­dło miało dzie­sięć kora­li­ków. No widzi pan, jak zna­lazł!

Von dem Bach zamarł. Leka­rza widział pierw­szy raz na oczy. Tym­cza­sem ten twier­dzi, że go zna i, co gor­sza, nie kryje rado­ści z tego, że jego dni są poli­czone. Opę­ta­niec, sza­le­niec, a może to duch jego prze­szło­ści? Pacjent pró­bo­wał zacho­wać zimną krew. Począt­kowo mu się to uda­wało. Dopiero gdy usły­szał o liczy­dle, dał upust swoim emo­cjom…

– Do jasnej cho­lery! Kim pan jest?! I co pan tu wyra­bia? Pan mi życzy śmierci? Prze­cież pan jest leka­rzem. Skła­dał pan przy­sięgę Hipo­kra­tesa, że będzie strzec ludz­kiego życia…

– Wiem… Znam ją na pamięć.

Polak odchrząk­nął i teatral­nym gło­sem zaczął recy­to­wać przy­sięgę, którą składa każdy lekarz:„Przysięgam na Apol­lona leka­rza, na Askle­piosa, Hyg(i)eję i Panakeję, na wszyst­kich bogów i bogi­nie, czyniąc ich świadkami, że będę podług mej zdolności i mego osądu wypeł­niał te przysięgę i ten zapis.

[…]

Nie podam nikomu śmiertelnego leku, nawet jeśli będzie mnie pro­sił, ani nie udzielę nikomu takiej porady, jako też nie podam kobie­cie środka poron­nego.

Zacho­wam czy­ste i nie­ska­lane życie moje i moją sztukę.

[…]

Do jakie­go­kol­wiek wstąpię domo­stwa, wejdę tam, aby pomagać cierpiącym, wystrzegając się wszel­kich świadomych naruszeń prawa i szko­dli­wych postępków, a zwłasz­cza czy­nów lubieżnych wobec ciał kobiet i mężczyzn, wol­nych czy nie­wol­ni­ków.

[…]

Jeśli zatem będę wier­nie dotrzy­my­wał tej przysięgi i nie naruszę jej, niech dany mi będzie owoc życia i sztuki, i sława u wszyst­kich ludzi po wsze czasy, a jeśli będę ją naru­szał, popełniając krzywoprzysięstwo, niech sta­nie się to, co temu prze­ciwne10.

– Dość tego! Naprawdę mam tego dość. Zaraz wezwę ordy­na­tora! – scho­ro­wany męż­czy­zna w jed­nej chwili odzy­skał nieco sił. – Czy pan zwa­rio­wał? Czego pan ode mnie chce?! – Pacjent chciał wstać. Powstrzy­my­wały go jedy­nie wbite wenflony.

– Roz­po­zna­łem pana. I cie­szę się, że w końcu dopad­nie pana śmierć. Coś, co pań­scy ludzie zafun­do­wali set­kom tysięcy ludzi… – oczy pro­fe­sora pło­nęły ze zło­ści, by w jed­nej chwili zaszklić się do cna. – Jestem powstań­cem war­szaw­skim…

Nie­miec szedł w zaparte…

– A co ja mam z tym wspól­nego?

– Nie kłam! – dok­tor nie wytrzy­mał. Chwy­cił za ramiona 73-let­niego sta­ruszka i zaczął szar­pać niczym szma­cianą pacynkę. Ten pró­bo­wał się wyrwać zupeł­nie bez­sku­tecz­nie. Wątłe zdro­wie zmu­siło go do przy­ję­cia bier­nej postawy. – Nie daruję ci tego – wyszep­tał dok­tor.

– Cią­gle nie wiem, o co panu cho­dzi, panie dok­to­rze – wydu­kał drżą­cym gło­sem pacjent.

– Co za chi­chot losu! Kie­dyś twoi ludzie wal­czyli prze­ciwko nam. Posy­ła­li­ście nie­winne kobiety i nie­win­nych chłop­ców na bez­sen­sowną śmierć. A dzi­siaj przy­cho­dzi mi cie­bie leczyć! Mam ura­to­wać nazi­stow­skiego zbrod­nia­rza. Myśląc o byciu leka­rzem, zde­cy­do­wa­nie nie pisa­łem się na takie wyda­rze­nia!

– Panie pro­fe­so­rze, pan mnie chyba z kimś pomy­lił….

Dok­tor nachy­lił się i raz jesz­cze moc­niej zła­pał pacjenta za ramię.

– Posłu­chaj!– roz­wście­czony lekarz szep­tał mu do ucha. – Jeśli jesz­cze raz wyprzesz się tego, że jesteś nazi­stow­ską świ­nią, to jed­nym ruchem palca odłą­czę wszyst­kie te urzą­dzonka, które pod­trzy­mują twoje chu­der­lawe ciało przy życiu. I ani waż mi się komu­kol­wiek mówić o tym, co tutaj zaszło. Czy się rozu­miemy?

Pacjent będący cią­gle w bru­tal­nym obję­ciu leka­rza lekko ski­nął głową, by przy­tak­nąć. W tym momen­cie Polak go puścił. W pokoju pano­wała cisza. Sły­chać było jedy­nie przy­spie­szone odde­chy obu męż­czyzn. Pacjent miał na ciele czer­wone ślady po bru­tal­nym obję­ciu.

Polak wycią­gnął srebrną papie­ro­śnicę. Von dem Bach bły­ska­wicz­nie roz­po­znał na niej cha­rak­te­ry­styczny znak. Literę „P” z kotwicą u dołu. Sym­bol Pol­ski Wal­czą­cej, gdzie litera „P” ozna­czała Pol­skę, kotwica zaś sym­bo­li­zo­wała nadzieję na odzy­ska­nie nie­pod­le­gło­ści i uwol­nie­nie się od nazi­stow­skiej oku­pa­cji.

– Prze­pra­szam. Nieco mnie ponio­sło. Na co dzień jako lekarz jestem bar­dziej opa­no­wany.

Pro­fe­sor się­gnął po cien­kiego papie­rosa ze srebr­nego etui. W pokoju roz­legł się odgłos zapałki pocie­ra­nej o dra­skę.

– Panu nie pro­po­nuję. W pań­skim sta­nie papie­rosy nie są wska­zane. Wiem, że jest marzec i na dwo­rze solid­nie wieje, jed­nak uchylę nieco okno, żeby ten dym miał dokąd ujść. Jeśli będzie za mocno wiało, pro­szę mówić, zamknę.

Von dem Bach ponow­nie ski­nął głową.

– Powtó­rzę pyta­nie, dok­to­rze. Czego pan ode mnie chce?

– Nic szcze­gól­nego… Jako powsta­niec zawsze chcia­łem zro­zu­mieć, co kie­ro­wało takimi ludźmi jak pan. Co, bo prze­cież to były zacho­wa­nia nie­ma­jące wiele wspól­nego z ludz­kimi emo­cjami… Dla­czego mor­do­wa­li­ście Pola­ków? Dla­czego ich tor­tu­ro­wa­li­ście? Dla­czego było w was tyle sady­zmu? I w końcu zawsze byłem cie­kaw spoj­rze­nia na powsta­nie war­szaw­skie z per­spek­tywy Niem­ców, któ­rzy z nami wal­czyli. Nie pra­gnę zemsty. Ocze­kuję od pana jedy­nie roz­mowy.

– Kiedy? – wypa­lił von dem Bach.

– Choćby i dzi­siaj. Teraz muszę dokoń­czyć obchód. A gdy go skoń­czę i roz­pocznę dyżur, przyjdę do pana, by zadać kilka pytań. Nic wię­cej.

– Dok­to­rze… – na twa­rzy Niemca poja­wił się zło­śliwy gry­mas. – A wła­ści­wie to dla­czego miał­bym z panem roz­ma­wiać?

– Opo­wiem panu krótką histo­rię. Mój ojciec sza­le­nie inte­re­so­wał się poli­tyką. Gor­li­wie popie­rał jedną grupę poli­tyczną. Przy czym zawsze powta­rzał mi, że z życiem jest jak z poli­tyką. Nie­za­leż­nie od tego, z kim pro­wa­dzisz spór, nie bój się zada­wać sobie samemu banal­nego pyta­nia. A brzmi ono: „A może to wła­śnie oni mają rację, nie ja?”. Jeśli popie­rasz jakie­goś poli­tyka, a innym z kolei nie­malże gar­dzisz, to nie bój się zasta­na­wiać, kto ma rację. Kie­dyś połowa Pol­ski była wpa­trzona w mar­szałka Pił­sud­skiego. Mia­łem pięć lat, gdy Pił­sud­ski zor­ga­ni­zo­wał prze­wrót majowy w 1926 roku. Jako dziecko natu­ral­nie nie mia­łem na ten temat zda­nia. Dzi­siaj jed­nak zadał­bym sobie wła­śnie to pyta­nie: „A może to prze­ciw­nicy Pił­sud­skiego mieli rację”?

– Co to ma wspól­nego ze mną?

– Nawet nie śmiem pomy­śleć, że „może to Niemcy mieli rację, wal­cząc prze­ciwko nam, Pola­kom, w trak­cie powsta­nia war­szaw­skiego?”. Bar­dziej jestem cie­kaw, jak pan na to patrzy. No wie pan, ze swo­jej ger­mań­skiej per­spek­tywy.

– Pan raczy wyba­czyć. Nie mam zamiaru roz­ma­wiać z panem na te tematy. To już zamknięty roz­dział w moim życiu – fuk­nął von dem Bach.

– Nie­prawda. Nie da się zapo­mnieć o okre­sie, który zaj­muje tak wiele lat w pań­skim życiu. Jako powsta­niec czę­sto budzę się w środku nocy prze­ko­nany, że wal­czę. Wyobraża pan sobie? Po tylu latach na­dal wra­cają te dra­ma­tyczne wspo­mnie­nia. Śni mi się, że trzy­mam broń, jestem razem z chło­pa­kami z Bata­lionu „Zośka”11 i wystrze­li­wuję całą serię z kara­binu maszy­no­wego pro­sto w klatkę pier­siową Niemca. Te wspo­mnie­nia powra­cają jak bume­rang.

– Życzę uda­nego obchodu, dok­to­rze. Teraz muszę się zdrzem­nąć. Dobra­noc.

Von dem Bach teatral­nie zamknął oczy, uda­jąc, że wła­śnie w tej jed­nej chwili zasy­pia. Zasko­czony lekarz wyszedł z sali i scho­wał się do swo­jego pokoju. Życie każe pisać różne sce­na­riu­sze. Cza­sem trzeba użyć pod­stępu, by osią­gnąć zamie­rzony cel…

* * *

Dzień póź­niej lekarz ponow­nie odwie­dził von dem Bacha. Przy­wi­tał się i roz­po­czął stan­dar­dowe pro­ce­dury. Pacjent cią­gle był w nie naj­lep­szym sta­nie. Jed­nak był to stan na tyle dobry, że mógł roz­ma­wiać.

– Prze­pra­szam. Wczo­raj miał pan uro­dziny. A ja tak się unio­słem… – pro­fe­sor Zawrot zaczął mówić badaw­czym tonem.

– Pro­szę się nie przej­mo­wać. Pusz­czam to w nie­pa­mięć. Zresztą jak całe moje dotych­cza­sowe życie.

– Dzię­kuję. Dzi­siaj jest nowy dzień. Drugi marca. Oby to był lep­szy dzień niż wczo­raj… – dok­tor zawie­sił głos.

– Coś pan chciał dopo­wie­dzieć, dok­to­rze?

– Pro­szę to zażyć. Ta mała fiolka powinna panu pomóc szyb­ciej dojść do zdro­wia.

– Co to takiego?

– Kalii chlo­ri­dum12 – pro­fe­sor zmy­ślił naprędce.

– Rozu­miem.

Pacjent się­gnął po fiolkę, po czym wypił ją do dna. Pro­fe­sor udał się do wyj­ścia.

– Dok­to­rze. Nie zbada mnie pan dzi­siaj?

– Nie… To zna­czy nie ma takiej potrzeby. Do widze­nia.

Gdy już drzwi były zamknięte do połowy, lekarz wró­cił i wsu­nął w nie jedy­nie głowę.

– Bym zapo­mniał, panie Zelew­ski. Przed momen­tem przy­jął pan wyjąt­kową sub­stan­cję. Wyżera bak­te­rie i oczysz­cza orga­nizm. Lecz jeśli po tygo­dniu nie zażyje się odpo­wied­niego anti­do­tum, czło­wiek umiera. To jest kwe­stia czasu.

Dok­tor pró­bo­wał dalej mówić, tak jakby mało go to inte­re­so­wało.

– Oczy­wi­ście nie muszę doda­wać, że jestem twórcą tej sub­stan­cji i rów­nież tylko ja mam anti­do­tum… Zachę­cam do roz­mowy o prze­szło­ści. Wtedy chęt­nie podzielę się anti­do­tum. Natu­ral­nie nie popę­dzam pana z pod­ję­ciem decy­zji. Przy czym… Wydaje mi się, że na pana miej­scu warto się spie­szyć. Tydzień zla­tuje bar­dzo szybko. I tak jest pan w szpi­talu, nie ma pan nic do roboty. Co panu szko­dzi poroz­ma­wiać?

– Tak nie można, to jest nie­hu­ma­ni­tarne! Podam pana do sądu!

Lekarz zaczął się teatral­nie śmiać.

– Naprawdę? Nazi­sta mówi mi, że coś jest nie­hu­ma­ni­tarne? Jeden z tych, któ­rzy innym ludziom zgo­to­wali pie­kło na ziemi, ma czel­ność mi mówić, że coś jest nie­hu­ma­ni­tarne!? Cie­kawe, czy temu zbrod­nia­rzowi Men­ge­lemu13 mówił pan, że to, co wyra­biał, było nie­hu­ma­ni­tarne?

Trza­śnię­cie drzwiami przez leka­rza zakoń­czyło dys­ku­sję.

* * *

Kolejny dzień przy­niósł von dem Bachowi powody do nie­po­koju. Czas ucie­kał, gdy tym­cza­sem na poran­nym obcho­dzie poja­wił się zupeł­nie inny dok­tor.

– Prze­pra­szam. A gdzie się podział pro­fe­sor Zawrot? – dopy­ty­wał pacjent.

– Moment, wypi­suję panu doku­menty z dzi­siej­szego obchodu… Zaraz… Co pan mówił?

– Co z pro­fe­so­rem Zawro­tem?

– A co pan taki cie­kawy? Pan powi­nien tęsk­nić za żoną, a nie za jakimś dok­tor­kiem, ha, ha – rubasz­nie zare­cho­tał medyk.

– Pytam poważ­nie.

– A ja poważ­nie odpo­wia­dam…

– Powie mi pan? – von dem Bach per­fek­cyj­nie masko­wał na twa­rzy swój nie­po­kój.

– Pro­fe­sor wybrał się na urlop.

Te słowa zabrzmiały dla von dem Bacha jak wyrok śmierci… Poczuł, jak kręci mu się w gło­wie. Chwilę póź­niej stra­cił przy­tom­ność… Gdy się obu­dził, na­dal był w towa­rzy­stwie tego samego dok­tora. Dość szybko odzy­skał wigor i bły­ska­wicz­nie pod­jął temat pro­fe­sora Zawrota.

– A długi ten urlop? Bo wie pan… Mam z nim pilne sprawy do omó­wie­nia.

– A co to? Pali się? Pan jest w szpi­talu, a nie na wizy­cie u komen­danta straży pożar­nej, cha, cha.

Rubasz­ność dok­tora iry­to­wała von dem Bacha. Udało mu się jed­nak cią­gle trzy­mać nerwy na wodzy, gdy tym­cza­sem medyk cią­gle coś wypi­sy­wał.

– Widzę, że popra­wiły się panu wyniki. Jakby mniej bak­te­rii było. Coś nie­praw­do­po­dob­nego!

Pacjent słu­chał tego z prze­ra­że­niem. Ten pie­przony Polak naj­wy­raź­niej nie żar­to­wał.

– Halo! Halo! – z zamy­śle­nia wyrwał go tubalny głos dok­tora.

– Urlop jed­no­dniowy. Pro­fe­sor musiał coś zała­twić na mie­ście. Będzie jesz­cze dzi­siaj w szpi­talu. Szy­kuje mu się nocny dyżur.

– Co za ulga! – Von dem Bach poczuł, jak wstę­puje w niego ener­gia. Czas upły­wał. I choć wie­dział, że zdro­wieje i ma się coraz lepiej, to jed­no­cze­śnie… czuł się coraz gorzej. – Oby tylko pro­fe­sor się nie roz­cho­ro­wał!

* * *

– Guten Abend, Herr von dem Bach-Zelew­ski!14 – w sali pacjenta roz­brzmiał dobrze mu znany głos.

– To pan, panie dok­to­rze?

– Przy­sze­dłem na wie­czorny obchód. Tak, to ja… – ton głosu leka­rza zda­wał się być aż nazbyt ofi­cjalny.

– Darujmy sobie obchód. Niech mnie pan nie bada. Chcę roz­ma­wiać!

– A cóż się stało, że pan, gor­liwy nazi­sta zmie­nił zda­nie i chce roz­ma­wiać z byłym powstań­cem war­szaw­skim?

Von dem Bach zaci­snął wargi. Dosko­nale wie­dział, że była to pro­wo­ka­cja ze strony Polaka. I już pra­wie miał wypa­lić, że to jego sprawka, że to przez jego lek, który zamie­nia się w tru­ci­znę, lecz wie­lo­let­nie doświad­cze­nie w robie­niu dobrej miny do złej gry spra­wiło, że wziął kilka głę­bo­kich odde­chów i z uda­wa­nym uśmie­chem stwier­dził, że przy­pad­kowo naszła go ochota na roz­mowę o prze­szło­ści.

– Skoro moje dni są poli­czone… To sam pan rozu­mie. Dobrze jest cho­ciaż w tych ostat­nich dniach życia z kimś poroz­ma­wiać. I powspo­mi­nać życie, które tak szybko prze­le­ciało.

– Rozu­miem – ton leka­rza cią­gle pozo­sta­wał ofi­cjalny. – Muszę teraz skoń­czyć obchód. A po nim, jeśli oczy­wi­ście nie zapo­mnę, to zaj­rzę do pana.

– Bar­dzo na to liczę, panie dok­to­rze!

Kiedy tylko pro­fe­sor zamknął drzwi z dru­giej strony, zaśmiał się pod nosem i z satys­fak­cji zaczął zacie­rać ręce.

Tablica Tchorka upa­mięt­nia­jąca około 7000 ofiar maso­wych egze­ku­cji lud­no­ści cywil­nej doko­na­nych przez Niem­ców 5 sierp­nia 1944 roku w nie­ist­nie­ją­cej dziś fabryce Ursus przy ul. Wol­skiej 55/57

Rzeka krwi na warszawskich ulicach. Rzeź Woli

#zega­rek z Auschwitz, #psy­cho­pata w mun­du­rze, #jeden z naj­więk­szych aktów ludo­bój­stwa, czyli Rzeź Woli, #tra­ge­dia i cud Wandy Lurie, #Ver­bren­nung­skom­mando War­schau – Polacy palą ciała Pola­ków

Von dem Bach cze­kał z nie­cier­pli­wo­ścią na wizytę Polaka. Upły­wa­jące minuty sza­le­nie mu się dłu­żyły. Nie­cier­pli­wość nara­stała. W końcu każda kolejna minuta przy­bli­żała go do śmierci. Wresz­cie po jakiś dwóch godzi­nach w jego sali poja­wił się ocze­ki­wany gość. Gdy von dem Bach tylko go zoba­czył, natych­miast ode­zwał się swoim ane­micz­nym, choć cią­gle jed­nak wzbu­dza­ją­cym respekt, gło­sem.

– Pro­szę sia­dać, dok­to­rze. Zaczy­najmy roz­mowę. Szkoda czasu!

Pro­fe­sor ścią­gnął swój kitel i usiadł na meta­lo­wym krze­śle, które stało tuż obok łóżka pacjenta. Uwagę Polaka przy­kuł złoty zega­rek, który leżał na pobli­skim stole. Było też tam kilka jabłek i zwie­trzała kanapka. Chcąc jakoś zacząć roz­mowę, powie­dział:

– Śliczny zega­rek… Cały złoty.

Von dem Bach pobladł na twa­rzy, by za chwilę się zaru­mie­nić. Nie uszło to uwa­dze dok­tora.

– Coś nie tak, panie von dem Bach-Zelew­ski?

– Nie… Wszystko w porządku. To zna­czy, nie… Nie jest w porządku. Złoto na tym zegarku pocho­dzi z Auschwitz. Pew­nie pan zna tę histo­rię. O tam­tej­szych więź­niach, któ­rym wyry­wano złote zęby i prze­ta­piano je na róż­nej maści suwe­niry. To jeden z nich. Złoty zega­rek. Chęt­nie bym go panu ofia­ro­wał, ale w tej sytu­acji, z uwagi na pocho­dze­nie złota, byłby to jed­nak nie­takt. Nieco się zestre­so­wa­łem, stąd ten sło­wo­tok.

– Pominę to mil­cze­niem… Po pro­stu wróćmy do roz­mowy o powsta­niu war­szaw­skim. Powsta­nie wybu­chło pierw­szego sierp­nia 1944 roku i trwało aż do trze­ciego paź­dzier­nika. Polacy zawzię­cie wal­czyli prze­ciwko nie­miec­kiemu oku­pan­towi, chcąc wyzwo­lić War­szawę.

– Sta­łem na czele Niem­ców, któ­rzy bili się z Pola­kami w powsta­niu war­szaw­skim. To pod­kreślmy na samym początku.

– Pod­kreślmy rów­nież, że Polacy, dzia­ła­jąc w pod­zie­miu, zdo­łali się zor­ga­ni­zo­wać i zmie­rzyć z machiną pań­stwa nazi­stow­skiego.

– Muszę się z panem zgo­dzić, że wyma­gało to wiel­kiej odwagi i deter­mi­na­cji.

– Nazy­wali pana „psy­cho­patą w mun­du­rze”. To rów­nież dodajmy.

– Wiele było pejo­ra­tyw­nych okre­śleń na mój temat. Tak mówili moi wro­go­wie.

– Chce pan powie­dzieć, że po tych wszyst­kich latach pan na­dal uważa się za nie­win­nego?

– W rze­czy samej. Słu­ży­łem Hitle­rowi do końca. I w prze­ci­wień­stwie do wielu innych, zdra­dziec­kich świń, ni­gdy się go nie wypar­łem. To się nazywa praw­dziwa lojal­ność. Wyko­ny­wa­łem tylko jego roz­kazy.

– Coś nie­po­ję­tego. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Ludzka pod­łość czy ślepe zapa­trze­nie?

– Cytu­jąc pana z poprzed­niego spo­tka­nia… Może trzeba sobie zadać pyta­nie: „A może to oni mieli rację?”. Czyli nazi­ści…

– Pan na wstę­pie chce mnie chyba wypro­wa­dzić z rów­no­wagi!

– Abso­lut­nie. Po pro­stu mówię, co myślę. Mógł­bym być hipo­krytą i powta­rzać, że żałuję tych wszyst­kich zabi­tych i tego, że mam krew na rękach. Ale tak prze­cież nie jest. To po co mam panu kła­mać? Było, jak było, niczego nie żałuję, każdy z moich czy­nów mógł­bym powtó­rzyć, gdyby ktoś cof­nął czas. Byłem i jestem nie­winny. Tak samo jak uwa­żam, że Hitler nie był odpo­wie­dzialny za te wszyst­kie zbrod­nie. Jestem prze­ko­nany o jego nie­win­no­ści, co wyraź­nie mówi­łem po woj­nie.

– Nie­po­jęte. Naprawdę, to się w gło­wie nie mie­ści…

– To pro­szę mi podać choć kilka przy­kła­dów, które naka­zują panu trak­to­wać mnie jak osobę nie­go­dziwą.

– Pan jest bez­czelny czy jed­nak tak durny?

– Jedno nie wyklu­cza dru­giego!

– Świetne poczu­cie humoru – dok­tor skrzy­wił się. – Pro­szę zamie­nić się w słuch… Mor­do­wa­li­ście lud­ność cywilną. Tysią­cami! Prze­cież Rzeź Woli do dzi­siaj jest uzna­wana za jeden z naj­więk­szych aktów ludo­bój­stwa na świe­cie! Kobiety przed zabój­stwem gwał­ci­li­ście…

– Uprze­dza­jąc pań­skie pyta­nie… Tak, to ja kie­ro­wa­łem tą akcją!

– „Akcją”? Chyba ludo­bój­stwem!

– Jak zwał, tak zwał. Może to sobie pan nazy­wać, jak tylko pan chce.

– Będę się powstrzy­my­wał od komen­ta­rzy. Pro­szę to potrak­to­wać jako oka­zję do przed­sta­wie­nia wła­snego punktu widze­nia. W każ­dym razie… Poroz­ma­wiajmy teraz chwilę o Rzezi Woli, któ­rej doko­nał pan i pań­scy ludzie na początku sierp­nia 1944 roku, nie­długo po wybu­chu powsta­nia. Jak ona wyglą­dała z pań­skiej per­spek­tywy?

RZEŹ WOLI. DRA­MA­TYCZNE WSPO­MNIE­NIA ŚWIAD­KÓW

Józefa Mar­czak:

Wybuch powsta­nia war­szaw­skiego zastał mnie w miesz­ka­niu przy ul. Elek­cyj­nej 8, m 11.

5 sierp­nia około 10.00 posły­sza­łam strzały.

W tym cza­sie walki powstań­ców z Niem­cami toczyły się daleko od naszego terenu, za plan­tem kole­jo­wym koło ul. Skier­nie­wic­kiej i Szpi­tala Wol­skiego.

Polacy zabici przez Niem­ców pod­czas powsta­nia war­szaw­skiego

– Wypę­dza­li­śmy ludzi z kamie­nic na Woli, gro­ma­dzi­li­śmy ich w róż­nych miej­scach i masowo roz­strze­li­wa­li­śmy z broni maszy­no­wej. Dobi­ja­li­śmy ich z broni krót­kiej. Gdy zaś lud­ność cywilna sta­wiała opór i nie chciała wyjść z domów na zewnątrz, to wrzu­ca­li­śmy gra­naty, po czym pod­pa­la­li­śmy domo­stwo, by mieć pew­ność, że nikt nie zosta­nie przy życiu. Innym razem pali­li­śmy ludzi żyw­cem. Likwi­do­wa­li­śmy tak wszystko – skra­wek po skrawku, ulica po ulicy. W trak­cie tłu­mie­nia powsta­nia na Woli korzy­sta­li­śmy z żywych tarcz. Nie­stety, Polacy byli waleczni do tego stop­nia, że nawet one ich nie odstra­szały od walki.

– Cho­dzi panu o Pola­ków, któ­rych bra­li­ście do nie­woli i pędzi­li­ście przed czoł­gami?

– Dokład­nie tak. Robi­li­śmy z nich, a wła­ści­wie z was, żywe tar­cze, ale i żywe bary­kady. Nie­jed­nemu powstań­cowi zadrżała ręka, gdy zoba­czył, że zamiast do Niemca, przy­cho­dzi mu strze­lać do rodaka.

– Sły­szał pan o przy­padku Wandy Lurie?

– Nie znam kobiety.

– A powi­nien pan. Jest ona sym­bo­lem tego, co wy, Niemcy, robi­li­ście z lud­no­ścią cywilną w War­sza­wie. Wanda Lurie miała dzieci, a do tego była w ciąży. Nie sta­no­wiło to dla was jed­nak pro­blemu, by pró­bo­wać zabić ją i potom­stwo. Ona jed­nak cudem prze­żyła. Już po woj­nie opo­wia­dała, że w pew­nym momen­cie, ocze­ku­jąc na roz­strze­la­nie, bła­gała jed­nego z Ukra­iń­ców, by ją uwol­nił. Ten stwier­dził, że jeśli ma coś cen­nego, to może uda jej się wyku­pić. Oddała mu trzy złote pier­ścionki. To jed­nak nie pomo­gło. Nie­miec, który dowo­dził mor­do­wa­niem lud­no­ści cywil­nej, naka­zał ją skie­ro­wać do miej­sca, gdzie za moment miała być roz­strze­lana…

Jedno z miejsc, w któ­rych doko­nała się Rzeź Woli – fabryka Ursus przy Wol­skiej 55/57 na foto­gra­fii z 1938 roku

Po policz­kach Polaka zaczęły ciec łzy. Mimo tylu lat wspo­mnie­nia z tam­tych dra­ma­tycz­nych chwil nie­ustan­nie nio­sły za sobą potężny ładu­nek emo­cjo­nalny. Von dem Bach udał, że tego nie widzi. Nie chciał jesz­cze bar­dziej pod­grze­wać i tak już mocno ner­wo­wej atmos­fery.

– Prze­pra­szam… Chwila sła­bo­ści… Sam pan rozu­mie.

– Nie ma pan za co prze­pra­szać. Jeśli ma pan siły, pro­szę kon­ty­nu­ować swoją opo­wieść.

– Pani Wanda posta­no­wiła ude­rzyć w ambi­cje nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Zaczęła wykrzy­ki­wać, że tym ludziom brak jest jakie­go­kol­wiek honoru. To tylko pogor­szyło sytu­ację. Jeden z Niem­ców, a może Ukra­iniec15, nie wiem… W każ­dym razie jeden z nich tak ją popchnął, że ta – przy­po­mi­nam – będąca w ciąży kobieta runęła z hukiem na zie­mię.

– Ciąża była widoczna?

– Z pew­no­ścią, gdyż była w ostat­nim mie­siącu. Nie spo­sób było tego nie zauwa­żyć. Zaraz potem ten sam czło­wiek popchnął i zaczął bić jej star­szego synka. Koniec koń­ców szła w towa­rzy­stwie trójki swo­ich dzieci, pośród pła­czu i krzy­ków, do miej­sca, w któ­rym mieli zgi­nąć. Aż boję się domy­ślać, co czło­wiek może sobie myśleć w takiej chwili…

– Zapewne liczy na cud i myśli do samego końca, że los się do niego uśmiech­nie… Ale zwy­kle się nie uśmie­chał. W War­sza­wie musie­li­śmy być bez­względni. Tego ocze­ki­wał od nas Führer. W końcu trwała wojna…

– Wojna wyzwala nie­ludz­kie instynkty. Już to usta­li­li­śmy wie­lo­krot­nie… I jesz­cze pew­nie będziemy sobie powta­rzać. Na­dal nie jest to wymówka, która mogłaby uspra­wie­dli­wić zbrod­ni­cze czyny.

– Ja tylko stwier­dzam fakty…

– Ja rów­nież. A wra­ca­jąc do tej prze­ra­ża­ją­cej histo­rii… Wanda Lurie idzie na ska­za­nie razem z trójką dzieci. Do tego ma w brzu­chu czwarte dziecko. Naj­star­szy synek dosko­nale zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wokół jest mnó­stwo ciał dopiero co zabi­tych Pola­ków. Prze­ra­żony, zaczyna szlo­chać, by chwilę póź­niej zano­sić się pła­czem i krzy­czeć. To nie przy­pada do gustu sto­ją­cemu za chłop­cem żoł­nie­rzowi z wschod­niej jed­nostki kola­bo­ranc­kiej. Bez słowa ostrze­że­nia strzela mu w tył głowy. Chło­piec pada na zie­mię. Na sekundę zapada cisza. Wszy­scy są prze­ra­żeni. Gdyby się wsłu­chać, można jedy­nie usły­szeć prze­ry­wane odde­chy. Jed­nak już chwilę póź­niej ten sam żoł­nierz doko­nuje kolej­nych egze­ku­cji, kolejno strze­la­jąc do dwójki pozo­sta­łych dzieci pani Wandy. Wyobraża pan sobie, co czuje matka, gdy widzi, jak na jej oczach mor­dują trójkę jej dzieci!?

– Bez­sil­ność i roz­pacz.

– Z pew­no­ścią… To coś tak strasz­nego, że nawet po tylu latach cią­gle nie mogę uwie­rzyć, że coś takiego miało miej­sce. To jedna z tych sytu­acji, w któ­rych według mnie Bóg odwró­cił na chwilę głowę, by nie widzieć tego, co czyni czło­wiek.

– Skoro jest pan taki wie­rzący, to niech mi pan wyja­śni, dla­czego Bóg wolał odwra­cać wzrok zamiast inge­ro­wać, skoro jest wszech­mocny?

– Bóg nie inge­ruje w to, co czyni czło­wiek.

– Dla­czego?

– Bowiem Bóg osą­dzi każ­dego z nas, ale dopiero na Sądzie Osta­tecz­nym. Dopiero wtedy pod osąd zosta­nie pod­dane całe nasze ziem­skie życie.

– Chęt­nie bym z panem pody­sku­to­wał na temat wiary, ale zdaje mi się, że skoro zde­cy­do­wa­li­śmy się pomó­wić o powsta­niu war­szaw­skim, to na tym poprze­stańmy.

– W porządku. Na czym skoń­czy­li­śmy? Prze­pra­szam, ale takie wspo­mnie­nia pozba­wiają mnie sku­pie­nia. Przy­po­mi­na­jąc sobie te haniebne czyny Niem­ców i waszych kola­bo­ran­tów, cały jestem roz­trzę­siony.

– Skoń­czy­li­śmy na momen­cie, w któ­rym Ukra­iniec zabija dzieci przy­wo­ła­nej kobiety.

– No tak… Pani Wanda Lurie jest zmu­szona do oglą­da­nia śmierci wła­snego potom­stwa. Dra­mat, jakiego nie życzył­bym nawet swoim naj­więk­szym wro­gom. Na koniec sama zostaje potrak­to­wana kulą, choć docho­dzi do swego rodzaju cudu.

– Czyli jed­nak cuda się zda­rzają!

– Pro­szę nie być bez­czelny, panie von dem Bach-Zelew­ski. Pana to bawi, dwo­ruje pan sobie z tego. Czy ma pan god­ność czło­wieka?! Jak tak można?!

– Wol­ność słowa. To coś, z czego skrzęt­nie korzy­stam – ton głosu Niemca był wyjąt­kowo chłodny.

– Głup­szej odpo­wie­dzi nie sły­sza­łem… W każ­dym razie oprawca strzela do pani Wandy. Ta, jak póź­niej zezna, zostaje tra­fiona w kark. Kula prze­cho­dzi przez dolną część czaszki, dalej prze­bija prawy poli­czek i jed­no­cze­śnie wybija kilka zębów. Pani Wanda pada na lewy bok. Oprawcy posta­na­wiają jesz­cze oddać w jej kie­runku trzy strzały dobi­ja­jące, z czego dwa tra­fiają w jej nogi. Przy­po­mi­nam, że wszystko dzieje się pią­tego sierp­nia 1944 roku w ramach Rzezi Woli. Mimo to kobieta na­dal żyje, choć jest ciężko ranna – ma postrze­lone nogi i twarz. Dalej poja­wiają się kolejne zabite ciała, z któ­rych oprawcy robią stos. Na samym dole znaj­duje się pani Wanda…

– No tak. Ona leżała, a tym­cza­sem moi pod­władni dono­sili ciała i kła­dli je na nią, war­stwa, po war­stwie. Co za dur­nie. Nikt nie zauwa­żył, że ona żyje?

– Na tym się skupmy. Pani Wanda żyje. Jest w cięż­kim sta­nie. Mimo to nikt tego nie dostrzega, choć jest bli­sko… Wie­czo­rem przy­cho­dzi Nie­miec. Cel ma pro­sty. Odna­leźć jakieś cenne przed­mioty. Łazi wokół tego stosu i łazi, aż tu nagle staje na lewą kostkę pani Wandy i ją uszka­dza. Co gor­sza, łamie jej jesz­cze oboj­czyk. Pani Wanda, harda kobieta, nie piśnie ani słówka, mimo że ból jest nie do znie­sie­nia. Jej serce wali jak młot. Oddy­cha, nabie­ra­jąc mini­mal­nie powie­trza, byleby tylko Nie­miec nie spo­strzegł, że w tym sto­sie wciąż ktoś żyje. Uff, co za ulga. Wróg opusz­cza tru­po­wi­sko. Pani Wanda nie wie, czy męż­czy­zna zna­lazł coś cen­nego. Naj­waż­niej­sze, że nie dopadł jej. Los jej sprzyja. Choć co za prze­wrot­ność. Jak w ogóle można w takiej sytu­acji myśleć, że los sprzyja?!

– Leżąc na samym dnie stosu zło­żo­nego z ciał zabi­tych ciężko byłoby mi wykrze­sać jakie­kol­wiek pokłady opty­mi­zmu. Więk­szość ludzi w takiej sytu­acji zapewne chcia­łaby się tylko dobić, byleby tylko jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć te męki.

– Pro­szę pana! Każdy czło­wiek chce żyć, prze­trwać. Pani Wanda Lurie prze­żyła wśród zwłok dobre kilka godzin, jak nie wię­cej, zanim poja­wili się Polacy poszu­ku­jący żywych pośród sto­sów zwłok. Sły­sza­łem, że leżała w tym sto­sie pra­wie dwa dni. Nie wiem, czy to prawda.

– Aż się wie­rzyć nie chce…

– Wie­rzyć to się nie chce w to, co wyda­rzyło się dalej. Ktoś ją odna­lazł, dowiózł naj­pierw do kościoła świę­tego Woj­cie­cha, gdzie gru­po­wa­li­ście tych, któ­rych nie zabi­li­ście. Potem była krótko w obo­zie przej­ścio­wym w Prusz­ko­wie, aż w końcu dotarła do szpi­tala w Pod­ko­wie Leśnej. I teraz nastą­pił cud. Kobieta, która na wła­sne oczy widziała, jak są mor­do­wane jej dzieci, była tak twarda, że nie poro­niła i dono­siła ciążę do końca.

– Co pan mówi! Ale jak to?

– Dwu­dzie­stego sierp­nia 1944 roku, czyli pięt­na­ście dni po tych okrop­nych zda­rze­niach, pani Wanda uro­dziła syna Mści­sława16!

– Rzeź Woli była czymś sza­le­nie bole­snym, to jeden z bar­dziej tra­gicz­nych momen­tów powsta­nia war­szaw­skiego. Trzeba było pod­jąć cho­ler­nie bole­sne decy­zje w sto­sunku do miesz­kań­ców Woli. Zade­cy­do­wano, że nie będą mogli prze­miesz­czać się do innych dziel­nic. Jedy­nie z wła­ści­wymi doku­men­tami było to moż­liwe.

– Chce mi pan powie­dzieć, że świa­do­mie ska­zy­wa­li­ście wła­snych roda­ków na śmierć?

WSPO­MNIE­NIA WANDY LURIE OCA­LA­ŁEJ Z RZEZI WOLI

Frag­ment zezna­nia Wandy Lurie zło­żo­nego 10 grud­nia 1945 roku w War­sza­wie:

Od roku 1937 miesz­ka­łam wraz z rodziną w War­sza­wie, przy ul. Wawel­berga 18 m. 30. […] Do dnia 5 sierp­nia prze­by­wa­łam w piw­nicy domu z troj­giem dzieci w wieku lat 11, 6, 3,5 i sama będąc w ostat­nim mie­siącu ciąży. Tegoż dnia o godzi­nie 11–12 wkro­czyli na podwórko żan­darmi nie­mieccy oraz Ukra­ińcy, wzy­wa­jąc lud­ność do natych­mia­sto­wego opusz­cze­nia domu. Kiedy miesz­kańcy piw­nic od strony podwó­rza wyszli, żan­darmi wrzu­cili do piw­nic gra­naty zapa­la­jące. Zapa­no­wał popłoch i pośpiech. Nie mając przy sobie męża, który nie powró­cił z mia­sta, ocią­ga­łam się z opusz­cze­niem domu, mia­łam nadzieję, że pozwolą mi zostać. Musia­łam jed­nak opu­ścić dom. Wraz z dziećmi i rodziną Gulów wyszłam na ulicę Dział­dow­ską. Domy na ulicy już pło­nęły. Usi­ło­wa­łam przejść począt­kowo w stronę Gór­czew­skiej, ale na ulicy Dział­dow­skiej stało dużo Ukra­iń­ców i żan­dar­mów, któ­rzy nie pozwo­lili mi przejść w tym kie­runku, a kazali mi udać się na ulicę Wol­ską. Droga była ciężka. Na uli­cach leżało pełno kabli, dru­tów, resz­tek bary­kad, gumy, trupy. Domy paliły się po obu stro­nach ulic. Na ulicy Wol­skiej i na ulicy Skier­nie­wic­kiej wszyst­kie domy były już spa­lone. Na rogu Dział­dow­skiej i Wol­skiej widzia­łam poje­dyn­cze trupy mło­dych męż­czyzn w cywil­nym ubra­niu. Na ulicy Wol­skiej pode­szłam do grupy osób z naszego domu. Ogó­łem było nas pod fabryką ponad 500 osób. Z roz­mów współ­to­wa­rzy­szy zorien­to­wa­łam się, że w fabryce zgro­ma­dzono miesz­kań­ców domów z ulic Dział­dow­skiej, Płoc­kiej, Soko­łow­skiej, Sta­szica, Wol­skiej i z ulicy Wawel­berga. Sta­li­śmy przed bramą fabryki „Ursus”, poło­żo­nej przy ulicy Wol­skiej nr 55. Fabryka ta sta­nowi war­szaw­ski oddział pań­stwo­wej fabryki poło­żo­nej w miej­sco­wo­ści Ursus pod War­szawą. Przed bramą fabryki cze­ka­li­śmy około godziny. Z podwó­rza fabryki sły­chać było strzały, bła­ga­nia i jęki. Do wnę­trza fabryki Niemcy wpusz­czali, a raczej wpy­chali, przez bramę od ulicy Wol­skiej po sto osób. Chło­piec około lat 12, ujrzaw­szy przez uchy­loną bramę zabi­tych swo­ich rodzi­ców i brata, dostał wprost szału, zaczął krzy­czeć, wzy­wa­jąc matkę i ojca. Niemcy i Ukra­ińcy bili go i odpy­chali, gdy usi­ło­wał wedrzeć się do środka. Nie mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, że na tere­nie fabryki zabi­jają, nie wie­dzie­li­śmy, czy wszyst­kich. Ja trzy­ma­łam się z tyłu, stale się wyco­fu­jąc, w nadziei, że kobiety w ciąży prze­cież nie zabiją. Zosta­łam wypro­wa­dzona w ostat­niej gru­pie. Na podwó­rzu fabryki zoba­czy­łam zwały tru­pów do wyso­ko­ści jed­nego metra. Trupy leżały w kilku miej­scach po całej lewej i pra­wej stro­nie pierw­szego podwó­rza. Wśród tru­pów roz­po­zna­łam zabi­tych sąsia­dów i zna­jo­mych. Środ­kiem podwó­rza wpro­wa­dzono nas w głąb do przej­ścia wąskiego na dru­gie podwó­rze. Tu Ukra­ińcy i żan­darmi usta­wili nas czwór­kami. Męż­czyźni szli z rękoma pod­nie­sio­nymi w górę. W gru­pie pro­wa­dzo­nej było około 20 osób, w tym dużo dzieci lat 10–12, czę­sto bez rodzi­ców. Jedną bez­władną sta­ruszkę przez całą drogę niósł na ple­cach zięć, obok szła jej córka z dwoj­giem dzieci 4 i 7 lat. Trupy leżały na prawo i na lewo, w róż­nych pozy­cjach.

Naszą grupę skie­ro­wano w kie­runku przej­ścia mię­dzy budyn­kami. Leżały tam już trupy. Gdy pierw­sza czwórka docho­dziła do miej­sca, gdzie leżały trupy, strze­lali Niemcy i Ukra­ińcy w kark od tyłu. Zabici padali, pod­cho­dziła następna czwórka, by tak samo zgi­nąć. Bez­władną sta­ruszkę zabito na ple­cach zię­cia, on także zgi­nął. Przy usta­wia­niu ludzie krzy­czeli, bła­gali lub modlili się. Ja byłam w ostat­niej czwórce. Bła­ga­łam ota­cza­ją­cych nas Ukra­iń­ców, by rato­wali dzieci i mnie, któ­ryś z nich zapy­tał, czy mogę się wyku­pić. Dałam mu złote trzy pier­ście­nie. Zabraw­szy to, chciał mnie wypro­wa­dzić, jed­nak kie­ru­jący ekipą Nie­miec – ofi­cer żan­darm, który to zauwa­żył, nie pozwo­lił i kazał dołą­czyć mnie do grupy prze­zna­czo­nej na roz­strze­la­nie, zaczę­łam go bła­gać o życie dzieci i moje, mówi­łam coś o hono­rze ofi­cera. Ode­pchnął mnie jed­nak, tak że się prze­wró­ci­łam. Ude­rzył też i pchnął mego star­szego synka, woła­jąc „prę­dzej, prę­dzej, ty pol­ski ban­dyto”. W mię­dzycza­sie wpro­wa­dzono nową par­tię Pola­ków. Pode­szłam więc w ostat­niej czwórce razem z troj­giem dzieci do miej­sca egze­ku­cji, trzy­ma­jąc prawą ręką dwie rączki młod­szych dzieci, lewą – rączkę star­szego synka. Dzieci szły pła­cząc i modląc się. Star­szy widząc zabi­tych wołał, że i nas zabiją. W pew­nym momen­cie Ukra­iniec sto­jący za nami strze­lił naj­star­szemu syn­kowi w tył głowy, następne strzały ugo­dziły młod­sze dzieci i mnie. Prze­wró­ci­łam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmier­telny. Kula tra­fiła w kark z lewej strony i prze­szła przez dolną część czaszki, wycho­dząc przez lewy poli­czek. Dosta­łam krwo­tok cią­żowy. Wraz z kulą wyplu­łam kilka zębów. Byłam jed­nak przy­tomna i leżąc wśród tru­pów, widzia­łam pra­wie wszystko, co się działo dokoła. Obser­wo­wa­łam dal­sze egze­ku­cje. Wpro­wa­dzono nową par­tię męż­czyzn, któ­rych trupy padały i na mnie. Przy­wa­liły mnie około cztery trupy. Wpro­wa­dzono dal­szą par­tię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą roz­strze­li­wano aż do póź­nego wie­czora. Było już ciemno, kiedy egze­ku­cje ustały. W prze­rwach oprawcy cho­dzili po tru­pach, kopali, prze­wra­cali, dobi­jali żyją­cych, rabo­wali kosz­tow­no­ści. Ciała doty­kali przez jakieś spe­cjalne szmatki. Mnie samej zdjęto z ręki zega­rek, nie zauwa­żyli przy tym, że żyję. W cza­sie tych okrop­nych czyn­no­ści pili wódkę, śpie­wali wesołe pio­senki, śmieli się. Obok mnie leżał jakiś tęgi, wysoki męż­czyzna w skó­rza­nej kurtce, który długo rzę­ził. Niemcy oddali pięć strza­łów, zanim sko­nał. W cza­sie dobi­ja­nia strzały raniły mi nogę. Leża­łam tak przez długi czas w kałuży krwi, przy­ci­śnięta tru­pami. Myśla­łam tylko o śmierci, jak długo będę się jesz­cze męczyć. W nocy zepchnę­łam mar­twe ciała leżące na mnie. Następ­nego dnia egze­ku­cje ustały. Niemcy wpa­dli tylko kil­ka­krot­nie z psami, bie­gali po tru­pach, spraw­dzali, czy kto nie żyje. Sły­sza­łam poje­dyn­cze strzały, praw­do­po­dob­nie dobi­jali żyją­cych. Leża­łam tak trzy dni, to jest do ponie­działku (egze­ku­cja odbyła się w sobotę). Trze­ciego dnia poczu­łam, że dziecko, któ­rego ocze­ki­wa­łam, żyje. To dodało mi ener­gii i pod­su­nęło myśl o ratunku. Zaczę­łam myśleć i badać moż­li­wo­ści oca­le­nia. Pró­bu­jąc wstać, kilka razy dosta­łam tor­sji i zawrotu głowy. Wresz­cie na czwo­ra­kach prze­czoł­ga­łam się po tru­pach do muru. Wszę­dzie leżały trupy, na wyso­kość co naj­mniej mojego wzro­stu, i to na całym podwó­rzu. Odnio­słam wra­że­nie, że mogło tam być ponad 6000 zabi­tych. Z miej­sca, na któ­rym leża­łam, prze­czoł­ga­łam się pod mur i stąd szu­ka­łam moż­li­wo­ści wydo­sta­nia się dalej. Droga przej­ściowa przez pierw­sze podwó­rze, przez które nas wpro­wa­dzono, było zawa­lone tru­pami. Za bramą sły­chać było głosy Niem­ców, musia­łam szu­kać innego wyj­ścia. Prze­czoł­ga­łam się na trze­cie podwó­rze, po dra­bi­nie przez otwarty luf­cik weszłam do hali. W oba­wie przed Niem­cami pozo­sta­łam tu całą noc. W nocy tygrysy wyły bez­u­stan­nie na ulicy Płoc­kiej, samo­loty bom­bar­do­wały. Myśla­łam, że lada chwila fabryka spło­nie wraz z tru­pami. Nad ranem uci­szyło się. Weszłam na okno i na podwó­rzu zoba­czy­łam żywego czło­wieka – miesz­kankę naszego domu Zofię Sta­wo­rzyń­ską. Połą­czy­łam się z nią. Przy­czoł­gał się do nas jakiś nie­do­bity męż­czyzna w wieku około 60 lat z wybi­tym okiem, któ­rego nazwi­ska nie znam. Po dłu­gim szu­ka­niu i wielu pró­bach wydo­sta­nia się odkry­li­śmy wyj­ście od ulicy Skier­nie­wic­kiej i tam­tędy wraz z ob. Sta­wo­rzyń­ską opu­ści­ły­śmy fabrykę. Męż­czy­zna, sły­sząc głosy Ukra­iń­ców, został. Wyszły­śmy na ulicę Skier­nie­wicką, chcąc się udać na przed­mie­ście Czy­ste, gdzie znaj­do­wał się szpi­tal. Ukra­ińcy stali na ulicy Wol­skiej i począt­kowo nie zorien­to­wali się, skąd idziemy. Zatrzy­mali nas i pomimo próśb i bła­gań, by nas puścili do szpi­tala jako ranne, popę­dzili nas w kie­runku Woli, zabie­ra­jąc po dro­dze coraz wię­cej osób. Nie­da­leko kościoła św. Sta­ni­sława roz­dzie­lono grupę mło­dych i sta­rych. Grupę mło­dych męż­czyzn i kobiet wpro­wa­dzono do jakie­goś zbu­rzo­nego domu, skąd po chwili doszły odgłosy strza­łów. Przy­pusz­czam, iż odbyła się tam egze­ku­cja. Resztę w tej gru­pie i mnie popę­dzono do kościoła św. Woj­cie­cha przy ulicy Wol­skiej. Po dro­dze widzia­łam leżące na jezdni i na chod­ni­kach trupy i czę­ści ciała. Grupy Pola­ków pod strażą uprzą­tały trupy. Sto­jący przed kościo­łem ofi­cerowie nie­mieccy przy­jęli nas popy­cha­niem, biciem i kopa­niem. Kościół był już zapeł­niony lud­no­ścią War­szawy z róż­nych dziel­nic. Leża­łam przez parę dni przy głów­nym ołta­rzu. Żad­nej pomocy nie udzie­lono. Jedy­nie współ­to­wa­rzy­sze nie­doli podali mi tylko tro­chę wody. Po dwóch dniach zosta­łam prze­wie­ziona fur­manką z ciężko ran­nymi lub cho­rymi do obozu przej­ścio­wego w Prusz­ko­wie, stąd do szpi­tali w Komo­ro­wie i Leśnej Pod­ko­wie. Obec­nie nie czuję się zdrowa, jak­kol­wiek muszę pra­co­wać, by wycho­wać dziecko uro­dzone po strasz­nych prze­ży­ciach.

Źró­dło: S. Dat­ner, K. Lesz­czyń­ski (red.), „Zbrod­nie oku­panta hitle­row­skiego na lud­no­ści cywil­nej w cza­sie Powsta­nia War­szaw­skiego w 1944 roku (w doku­men­tach)”, Wyd. MON, War­szawa 1962, s. 61–65, dostępne rów­nież na stro­nie inter­ne­to­wej Muzeum Dulag 121 – http://dulag121.pl/ency­klo­pe­diaa/lurie-wanda-oca­lala-z-rzezi-woli/

Wanda Lurie, która ciężko ranna, będąc w zaawan­so­wa­nej ciąży, cudem prze­żyła egze­ku­cję w fabryce Ursus. Nazy­wano ją „Pol­ską Niobe”, bo stra­ciła w niej trójkę dzieci. Obok jej syn Mści­sław, który uro­dził się 15 dni póź­niej.

– Wszystko zależy od inter­pre­ta­cji. Nasi dowódcy doszli do wnio­sku, że będzie lepiej, jeśli ludzie z Woli nie będą prze­cho­dzili do innych dziel­nic. Cho­dziło o to, by powstrzy­mać roz­sie­wa­nie paniki i pod­trzy­mać wyso­kie morale, dzięki któ­remu chęć walki była więk­sza. Przy­po­mi­nam, że wów­czas powsta­nie war­szaw­skie trwało dopiero od kilku dni. W walce z nie­miec­kim oku­pan­tem nasi musieli sto­so­wać twarde środki, by osią­gnąć suk­ces. Nie mam nikomu za złe, że pod­jęto taką decy­zję.

– To niech pan zapyta tych, któ­rzy byli na Woli, gdy trwała tam tak zwana Rzeź.

– Nie sądzę, bym miał z kim poroz­ma­wiać. W tam­tym cza­sie nazi­ści mor­do­wali tam wszyst­kich jak leci.

– Bez komen­ta­rza…

– Rzeź Woli trwała od pią­tego do siód­mego sierp­nia 1944 roku. Sza­cuje się, że w tym cza­sie bru­tal­nie zamor­do­wa­li­ście od dwu­dzie­stu do nawet sześć­dzie­się­ciu tysięcy osób. Ile dokład­nie, trudno okre­ślić. Sku­tecz­nie zatar­li­ście ślady.

– Nie będę zaprze­czał, tak wła­śnie było. Robi­li­śmy to rękami innych Pola­ków. Wcie­la­li­śmy ich siłą do spe­cjal­nego komanda zarzą­dza­nego przez SS.

– Mowa o „VW”, czyli Ver­bren­nung­skom­mando17 War­schau.

– Tak. Utwo­rzono je z mojego roz­kazu. To nale­żący do niego Polacy palili tysiące zwłok pod czuj­nym okiem eses­ma­nów. Wiem, że po woj­nie zebrano dwa­na­ście ton popio­łów z ludz­kich zwłok.

– Jak wyglą­dała selek­cja wcie­la­nych Pola­ków do „VW”?

– Spo­śród męż­czyzn usta­wio­nych już do odstrzału wybra­li­śmy setkę. Obie­ca­li­śmy im, że w zamian za pomoc przy pale­niu zwłok daru­jemy im życie. Natu­ral­nie słowa nie dotrzy­ma­li­śmy. Na koniec więk­szość z tych stu osób rów­nież zabi­li­śmy, by nie było świad­ków. Mało komu udało się uciec przed śmier­cią.

– To nie­po­jęte. Pan opo­wiada o tym wszyst­kim, będąc pozba­wiony jakich­kol­wiek emo­cji. A mówi pan o mor­dzie kil­ku­dzie­się­ciu tysięcy osób.

– Sztuką jest mówić bez emo­cji, bo tylko wtedy można zła­pać jakiś dystans.

– Pan jest zimny jak lód. Jak można mówić bez emo­cji, gdy mowa jest o mor­dzie tłu­mów ludzi?

– Jak widać, można. A wra­ca­jąc do powsta­nia war­szaw­skiego i Ver­bren­nung­skom­mando War­schau, pale­ni­sko mie­li­śmy mię­dzy innymi na placu zabaw przy ulicy Wol­skiej, gdzie znaj­do­wały się rowy prze­ciw­lot­ni­cze. I rze­czy­wi­ście pali­li­śmy tych ciał mnó­stwo. Palący spraw­dzali opusz­czone domy, czy nikt się nie ukry­wał. Gdy tylko kogoś wypa­trzyli, mieli obo­wią­zek o tym zamel­do­wać. Do tego natu­ral­nie zbie­rali zwłoki z oko­licy. I robili z nimi porzą­dek. Palący mieli jasno powie­dziane, by dbać o to, by z cia­łem spa­lić także doku­menty pozwa­la­jące ziden­ty­fi­ko­wać zwłoki. Na pocie­sze­nie mogę panu powie­dzieć, że swo­ich też pali­li­śmy. Robi­li­śmy to tylko bar­dziej dys­kret­nie. Gdy nie było nie­miec­kich cywi­lów, pali­li­śmy ciała naszych, któ­rzy ginęli w star­ciach z Pola­kami.

Krzyż uło­żony tuż po woj­nie z blo­ków kamien­nych w miej­scu egze­ku­cji i pale­nia zwłok miesz­kań­ców Woli na dzie­dzińcu fabryki Fra­naszka przy ul. Wol­skiej 41/43

– Wycią­ga­li­ście ze zwłok cenne rze­czy?

– Ow­szem, Polacy prze­szu­ki­wali zwłoki przed spa­le­niem. I wszystko co cenne zbie­rali i odda­wali nam. Jeśli przy­ła­pa­li­śmy któ­re­goś Polaka na tym, że chciał coś przy­własz­czyć, zabi­ja­li­śmy go od razu. Następ­nie po prze­szu­ka­niu zwłok człon­ko­wie „VW” ukła­dali stos ciał. Na zwłoki kła­dło się kilka bel drewna, dalej znowu zwłoki, drewno i tak na zmianę. Gdy stos osią­gał kilka warstw, oble­wało się go ben­zyną i pod­pa­lało. Smród w oko­licy był nie­sa­mo­wity. Ten odór palo­nych ciał prze­sią­kał ubra­nia tych, któ­rzy wrzu­cali zwłoki na stos. Poza tym ciała pali­li­śmy z jesz­cze jed­nego powodu. Jako uczest­nik powsta­nia, zapewne pan pamięta, że było w tam­tych dniach wyjąt­kowo cie­pło. Te wszyst­kie zwłoki, któ­rych prze­cież były tysiące, roz­kła­dały się w bły­ska­wicz­nym tem­pie. Szy­ko­wała się uczta dla tam­tej­szych szczu­rów. Mogła się roz­pę­tać kolo­salna epi­de­mia, która zagro­zi­łaby rów­nież naszym oddzia­łom. Stąd decy­zja o spa­le­niu ciał. Część człon­ków „VW” pró­bo­wała odma­wiać wyko­na­nia roz­ka­zów. Wszyst­kich bun­tow­ni­ków od razu roz­strze­li­wa­li­śmy dla przy­kładu, żeby podobne zacho­wa­nie wybić innym z głowy.

– Polacy chęt­nie z wami współ­pra­co­wali?

– Nie. Muszę przy­znać, że Polacy są naro­dem wyjąt­ko­wym. Ich walecz­ność jest nie do prze­ce­nie­nia. Wyko­ny­wali nasze pole­ce­nia tylko dla­tego, że cią­gle przy ich szy­jach trzy­ma­li­śmy lufy kara­bi­nów. Dosłow­nie i w prze­no­śni. Wie­dzieli, że jaka­kol­wiek próba zła­ma­nia obo­wią­zu­ją­cych zasad ozna­czała śmierć. Zresztą… Prawda jest taka, że mor­do­wa­li­śmy, kogo tylko chcie­li­śmy. Jeśli ktoś źle spoj­rzał, moi ludzie mogli go na miej­scu zabić. Tutaj nie ist­niało coś takiego jak sądy, pro­ces, roz­prawy. To była wojna. Jeśli chcia­łeś mieć oddział ludzi goto­wych zabi­jać innych, to trzeba było im dać wolną rękę. Ow­szem, tacy ludzie będą mor­do­wać bez opa­mię­ta­nia, ale tylko wtedy, gdy nikt im tego nie będzie ogra­ni­czał. Cho­dzi o to, by im to spo­wsze­dniało. Coś jak jedze­nie chleba. Jeżeli da go pan Azja­cie, to obu­rzony wypluje całą połkniętą kromkę. Zrobi tak jeden dzień, drugi, trzeci. Lecz gdy będzie pan mu poda­wał ten nie­smaczny chleb każ­dego dnia na śnia­da­nie, to po tygo­dniu go prze­łknie, a po mie­siącu mu zasma­kuje.

– Nie wie­rzę! Pan porów­nuje mor­do­wa­nie ludzi do jedze­nia chleba.

– Porów­nuję, bo to ide­al­nie opi­suje pro­ces spo­wszech­nie­nia. Wystar­czy zebrać grupę osób, w głębi duszy któ­rych obecny jest pier­wia­stek sady­zmu, trzeba im poka­zać, jak należy dzia­łać, a póź­niej wystar­czy już tylko patrzeć, co z tego wynik­nie. Prawda jest taka, że wielu człon­ków oddzia­łów zabi­ja­ją­cych cywi­lów miało przed­nią zabawę przy oka­zji tych mor­dów. Kilku z nich strasz­nie bawiło, gdy udało im się cel­nie tra­fić gra­na­tem w grupę ocze­ku­jącą na roz­strze­la­nie. Tak samo nie­złą roz­rywką było pod­pa­la­nie domów i wrzu­ca­nie do nich zwłok. Wiem, że eses­mani robili nawet zawody, kto w ciągu minuty wrzuci naj­wię­cej zwłok do środka.

– Ten śmiech to była próba roz­ła­do­wa­nia stresu wśród Niem­ców?

– Nie wiem, nie robi­łem psy­cho­ana­lizy. Jestem pro­sty chło­pak, tak jak i ci nie­mieccy eses­mani. Muszę jed­nak przy­znać, że na pewno nie żało­wa­li­śmy naszym wódki. Musieli się nie­raz napić, aby odre­ago­wać. Poza tym będąc pija­nym, łatwiej przy­cho­dziła im reali­za­cja takich trud­nych roz­ka­zów. Pamię­tam też, że w „VW” był pewien uczony. Miał bodaj pseu­do­nim „Inży­nier”. Poma­gał nam palić zwłoki.

– To był Polak?

– No tak. I ten cały „Inży­nier” wyko­ny­wał swoją pracę cał­kiem nie­źle. Aż nagle dopa­dło go zała­ma­nie ner­wowe. Nie był w sta­nie wydu­kać zda­nia, ręce trzę­sły mu się jak spra­gnio­nemu alko­ho­li­kowi na widok wódki, a gdy trzeba było palić zwłoki, był tak roz­trzę­siony, że aż inni człon­ko­wie „VW” odwra­cali głowy, by razem z nim nie popaść w obłęd. Jak pan myśli, co w takiej sytu­acji nale­żało zro­bić?

– Nie myślę jak typowy zbrod­niarz. Musi mi pan pod­po­wie­dzieć!

– Ten cały „Inży­nier” siał fer­ment wśród innych człon­ków komanda. Czy­nił wię­cej szkód niż pożytku. Podobno tak się zała­mał, gdy któ­re­goś razu wypa­trzył jakie­goś Polaka w opusz­czo­nej kamie­nicy. Zgod­nie z roz­ka­zem zgło­sił to, a chwilę póź­niej eses­man na jego oczach roz­strze­lał tego męż­czy­znę. Sły­sza­łem, że po tym wyda­rze­niu „Inży­nier” doznał kom­plet­nego zała­ma­nia ner­wo­wego i nie był w sta­nie już się pozbie­rać.

– Nie mam w sobie pier­wiastka sady­sty. A przy­naj­mniej tak mi się wydaje…

– Zaraz, zaraz. Każdy czło­wiek nosi w sobie pier­wia­stek zła. Jak pan myśli, kto to powie­dział?

– Nie wiem.

– Ja. Ja tak uwa­żam. Mam doświad­cze­nie. Widzia­łem już tylu ludzi, któ­rzy z potul­nych baran­ków zamie­niali się w agre­sywne bestie, mor­du­jące wszystko jak leci… Oni bywali tak roz­draż­nieni, że zabi­jali wszystko, co spo­tkali na swo­jej dro­dze. Nawet mor­do­wali muchy i śli­maki!

– No. I pew­nie komary!

– A żeby pan wie­dział! I pro­szę sobie nie stroić ze mnie żar­tów.

VER­BREN­NUNG­SKOM­MANDO WAR­SCHAU OCZAMI ŚWIADKA, UCZEST­NIKA POWSTA­NIA WAR­SZAW­SKIEGO TADE­USZA KLI­MA­SZEW­SKIEGO PS. „GÓRAL”

Nosili teraz pra­wie wszy­scy. Kilku, któ­rym wymioty wydzie­rały wnętrz­no­ści, kapo* skie­ro­wał do nosze­nia drzewa. Tasz­czyli oni z opusz­czo­nych biur i warsz­ta­tów stoły, drzwi, czę­ści szaf, pokry­wa­jąc pierw­szy pokład zwłok, na który kła­dziono znowu ciała.

Minuty wlo­kły się teraz jak godziny całe. Strasz­liwy odór poru­szo­nych tru­pów dawno prze­kro­czył gra­nice wytrzy­ma­ło­ści – ale ludzie wytrzy­my­wali, musieli wytrzy­mać. Pra­co­wa­li­śmy w zupeł­nym mil­cze­niu, zaci­ska­jąc usta i nosy, aby jak naj­mniej połknąć jadu, któ­rym prze­sy­cone było powie­trze. Myśli otę­piały znowu. Obrzy­dze­nie, litość, nie­na­wiść, strach – wszystko to połą­czyło się w jakiś ciężki opar, który mro­czył mózgi.

Począt­kowo wyszu­ki­wa­li­śmy tych „naj­lep­szych”, naj­mniej oka­le­czo­nych, naj­bar­dziej ludz­kich zwłok, ale póź­niej było już wszystko jedno. Ręce nie­chro­nione niczym nie wybie­rały już „lep­szych”, tar­gały zasko­ru­piałe ubra­nia, chwy­tały nad­psute koń­czyny. Roje spło­szo­nych much, brzę­czą­cych gniew­nie, roze­źlo­nych prze­rwaną ucztą, ata­ko­wały spo­cone ciała osia­da­jąc na war­gach, pcha­jąc się do oczu. Udrękę powięk­szał jesz­cze wzma­ga­jący się skwar, który tu na podwórku oto­czo­nym zewsząd roz­grza­nymi murami buchał niby z łaźni. Ale prze­cież ręce chwy­tały nowe brze­mię, mię­śnie napi­nały się. Nie dać się, za wszelką cenę nie dać się zepchnąć w to kłę­bo­wi­sko okrwa­wio­nych, roz­kła­da­ją­cych się ciał. Może dziś jesz­cze, jutro, poju­trze, za tydzień przy­pa­dek odsłoni jakąś ścieżkę oca­le­nia.

Tym­cza­sem stos rósł, pię­trząc się ku górze. Cza­sem w krót­kiej chwili odpo­czynku wzrok mój ześli­zgi­wał się po pra­cu­ją­cych. Widzia­łem opa­loną syl­wetkę kapo, jego zacięte rysy i musku­larne ręce w gorącz­ko­wym wysiłku; […] Czło­wiek o śmiesz­nym ryjku wyda­wał się pra­wie obo­jętny; pra­co­wał wytrwale, kurząc łap­czy­wie papie­rosy. Mięk­kie, kobiece ciało nauczy­ciela ocie­kało całe potem, ale twarz nie reago­wała, była tępa, bez­myślna pra­wie, z dolną szczęką wysu­niętą do przodu. Jego drobne ręce już nie wahały się — chwy­tały zwłoki, gdzie popa­dło.

* Kapo – wię­zień będący nad­zorcą komanda.

Źró­dło cytatu: T. Kli­ma­szew­ski, „Ver­bren­nung­skom­mando War­schau”, Czy­tel­nik, War­szawa 1984, s. 42– 43.

– Natu­ral­nie! Co się stało z „Inży­nie­rem”?

– Zabi­li­śmy go. Wystar­czyła krótka chwila, by nie­miecki ołów zna­lazł się w jego ciele.

– To bar­dzo cie­kawe, bo według mojej wie­dzy żaden z człon­ków „VW” ni­gdy nie doniósł, by jakiś Polak gdzieś się ukry­wał. Po pro­stu mieli tyle honoru, by nie kapo­wać wła­snych roda­ków. Zatem w tej opo­wie­ści histo­ria o dono­szą­cym „Inży­nie­rze” nie trzyma się kupy…

– Jak zwał, tak zwał. Jedno jest pewne. „Inży­nier” z powodu ner­wicy został roz­strze­lany. Koniec, kropka! Musi pan wie­dzieć coś jesz­cze. Takich komand było kilka. Tak było na przy­kład w przy­padku komanda z ulicy Litew­skiej. Tam rów­nież Polacy zaj­mo­wali się pale­niem ciał. Naj­pierw robili to na świe­żym powie­trzu, podob­nie ukła­da­jąc ciała na sto­sie, na nich bele drewna i wszystko co drew­niane. Z opusz­czo­nych domów przy­no­si­li­śmy meble, biurka, wszystko, co nada­wało się do pale­nia. I ukła­da­li­śmy to na sto­sie ciał. Dalej kła­dli­śmy znowu ciała i drew­nianą war­stwę. W końcu oble­wa­li­śmy to ben­zyną i pod­pa­la­li­śmy. W przy­padku ulicy Litew­skiej póź­niej udało się stwo­rzyć kre­ma­to­ria. Co prawda były one dość pry­mi­tywne, ale speł­niały swoje zada­nie, a to naj­waż­niej­sze.

– Rozu­miem, że Polacy z tych komand rów­nież zostali zli­kwi­do­wani?

– Natu­ral­nie. Przy czym na ulicy Litew­skiej była dość czę­sta rota­cja. Pola­ków, któ­rzy palili ciała, zmie­nia­li­śmy co sie­dem, cza­sem osiem dni.

– Co to zna­czy „zmie­nia­li­śmy”?

– Świad­ko­wie nie byli nam potrzebni. Dla­tego roz­strze­li­wa­li­śmy ich. Mia­łem na to zgodę Hitlera. Koniec, kropka!

– Co się stało z człon­kami „VW” po Rzezi Woli?

– Mówi­łem panu! Zli­kwi­do­wa­li­śmy ich, aby nie było świad­ków naszych czy­nów.

– To cie­kawe. Według mojej wie­dzy tych, któ­rzy prze­żyli, dalej cią­ga­li­ście do „sprzą­ta­nia” po kolej­nych mor­dach w War­sza­wie. Tym spo­so­bem człon­ko­wie tego okrop­nego komanda musieli palić ofiary zamor­do­wane na Sta­rym Mie­ście, w oko­li­cach ruin Opery Naro­do­wej, Ogrodu Saskiego czy zabi­tych w pobliżu Hali Mirow­skiej.

DRA­MA­TYCZNE WSPO­MNIE­NIA Z RZEZI WOLI

Metoda była nad­zwy­czaj pro­sta. Zaszo­ko­wani i prze­ra­żeni miesz­kańcy byli wypę­dzani ze swych domów i wypro­wa­dzani pod bro­nią do hali fabrycz­nej lub na podwó­rze, gdzie ich ota­czano ze wszyst­kich stron, bez moż­li­wo­ści ucieczki. Kiedy Niemcy byli gotowi, dzie­lili cywi­lów na grupy pięć­dzie­się­cio­oso­bowe i pro­wa­dzili na miej­sce egze­ku­cji. Tam ich roz­strze­li­wano. Hans Thieme pamię­tał, że nie­któ­rzy żoł­nie­rze byli pod­eks­cy­to­wani tymi mor­der­stwami, szu­kali oka­zji, by dotrzeć do miejsc stra­ceń i wziąć udział w roz­strze­li­wa­niu. Robili także pamiąt­kowe zdję­cia do albu­mów.

[…]

Jed­nym z naj­strasz­niej­szych aspek­tów tych egze­ku­cji było to, że ofiary musiały stać obok, a cza­sem nawet stą­pać po zwło­kach osób zamor­do­wa­nych przed nimi. Gdy ludzie zbli­żali się do sto­sów tru­pów, zda­wali sobie sprawę, co ich czeka, i wpa­dali w panikę. Rodzice bła­gali eses­ma­nów, by pozwo­lili ich dzie­ciom odejść, inni pró­bo­wali się obej­mo­wać na poże­gna­nie, ale na ogół lufa kara­binu ich roz­dzie­lała. Gdy Ryszard Pie­ka­rek dotarł do wia­duktu, osłabł na widok tego, co zoba­czył, a jed­no­cze­śnie zro­zu­miał, że nie może nic zro­bić. „Zoba­czy­łem trzy­stu lub czte­ry­stu pomor­do­wa­nych cywi­lów, leżą­cych na ster­cie o wyso­ko­ści ponad jed­nego metra, a obok gęstą war­stwę zakrze­płej krwi”. Tylko on prze­żył z grupy kolej­nych 50 roz­strze­li­wa­nych osób.

Źró­dło: A. Richie, „War­szawa 1944. Tra­giczne powsta­nie”, Wydaw­nic­two W.A.B., War­szawa 2013, s. 140–143.

– Tak było. Ma pan rację. A skoro pan to wie, to po cho­lerę się o to dopy­tuje?

– Chcia­łem zapy­tać u źró­dła. A przy oka­zji spraw­dzić, czy pan kła­mie.

– No to się panu udało.

– Zaraz, zaraz. To co wła­ści­wie wami kie­ro­wało, skoro pali­li­ście ciała z doku­men­tami? Mówiąc wprost… Zacie­ra­li­ście ślady, czyli chcie­li­ście ukryć swoją dzia­łal­ność…

– Może tak, może nie. Przy­szedł taki roz­kaz, to go wyko­ny­wa­li­śmy. Wię­cej w tej kwe­stii nie mam do powie­dze­nia.

Pomnik Ofiar Rzezi Woli u zbiegu ul. Leszno i al. Soli­dar­no­ści

– A tak po ludzku zasta­na­wiał się pan kie­dyś, dla­czego doszło do Rzezi Woli?

– Nie zasta­na­wia­łem się „po ludzku”, jak pan to okre­ślił. To było oczy­wi­ste. Przy­wódcy Rze­szy od dawna wpa­jali nam, że Polacy są naj­bar­dziej pro­ble­ma­tycz­nym naro­dem pośród tych na obsza­rach oku­po­wa­nych. Poza tym, jeste­ście…, byli­ście niż­szej rasy, dla­tego was tak trak­to­wa­li­śmy.

– Nie­po­jęte… Mówić takie rze­czy! Pan po latach na­dal czuje się nad­czło­wie­kiem?

– No oczy­wi­ście, że tak.

Erich von dem Bach (w środku) był pupi­lem Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera (po pra­wej)

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Erich von dem Bach (Zelew­ski) – gene­rał SS, uznany za zbrod­nia­rza wojen­nego, odpo­wie­dzialny za tłu­mie­nie powsta­nia war­szaw­skiego. [wróć]

2. Cytat z książki Wła­dy­sława Bar­to­szew­skiego, „Prawda o von dem Bachu”, Wydaw­nic­two Zachod­nie, War­szawa 1961, s. 30. [wróć]

3. Można o tym prze­czy­tać w książce Chri­sto­phera Machta „Spo­wiedź dok­tora Men­gele. Szczera roz­mowa z więź­niarką z Auschwitz”, Wydaw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2020. [wróć]

4. Inna wer­sja mówi, że zamie­niono mu karę na pobyt w aresz­cie domo­wym. [wróć]

5. W. Bar­to­szew­ski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 7. [wróć]

6. Pisał o tym W. Bar­to­szew­ski w „Praw­dzie o von dem Bachu”. [wróć]

7. W. Bar­to­szew­ski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 8. [wróć]

8. Inna wer­sja mówi o sze­ściu komu­ni­stach. [wróć]

9. Pol. „Co? Nic nie rozu­miem”. [wróć]

10. Przy­sięga Hipo­kra­tesa (Hip­po­kra­tesa) – cytat pocho­dzi z doku­mentu Naczel­nej Izby Lekar­skiej, auto­rem pol­skiego tłu­ma­cze­nia jest prof. dr hab. Marian Wesoły; tekst przy­sięgi dostępny pod adre­sem: https://nil.org.pl/uploaded_images/1575631646_przysiega-hip­po­kra­tesa.pdf. [wróć]

11. Bata­lion har­cer­ski „Zośka” Armii Kra­jo­wej, wal­czący w powsta­niu war­szaw­skim w ramach Zgru­po­wa­nia Kedywu „Rado­sław” na Woli, Sta­rym Mie­ście, w Śród­mie­ściu, na Czer­nia­ko­wie i Moko­to­wie. Wziął nazwę od pseu­do­nimu Tade­usza Zawadz­kiego „Zośki”, dowódcy Grup Sztur­mo­wych Cho­rą­gwi War­szaw­skiej Sza­rych Sze­re­gów (czyli Związku Har­cer­stwa Pol­skiego w kon­spi­ra­cji), który poległ 20 sierp­nia 1943 roku. [wróć]

12. Łac. chlo­rek potasu. [wróć]

13. Wię­cej o dok­to­rze Jose­fie Men­gele można prze­czy­tać w książce Chri­sto­phera Machta „Spo­wiedź dok­tora Men­gele. Szczera roz­mowa z więź­niarką z Auschwitz”, wydaw­nic­two Bel­lona, War­szawa 2020. [wróć]

14. Pol. „Dobry wie­czór, panie von dem Bach-Zelew­ski”. [wróć]

15. W Rzezi Woli nie brały udziału zwarte oddziały ukra­iń­skie na służ­bie nie­miec­kiej. Zapewne opi­sany żoł­nierz słu­żył w bata­lio­nie azer­skim nale­żą­cym do Oddziału Spe­cjal­nego „Berg­mann” z Grupy Bojo­wej Reine­far­tha, który od 5 sierp­nia 1944 roku brał udział w wal­kach i masa­krach cywi­lów na Woli. Jed­nak lud­ność War­szawy powszech­nie, ste­reo­ty­powo nazy­wała żoł­nierzy wschod­nich for­ma­cji kola­bo­ranc­kich Ukra­iń­cami (a w przy­padku posia­da­nia azja­tyc­kich rysów twa­rzy – Mon­go­łami lub Kał­mu­kami), wie­dząc o współ­pracy nacjo­na­li­stów ukra­iń­skich z Niem­cami i ich maso­wych mor­dach na Pola­kach miesz­ka­ją­cych na Kre­sach Połu­dniowo-Wschod­nich. [wróć]

16. Wanda Lurie zmarła w 1999 roku, zaś jej syn Mści­sław odszedł 22 czerwca 2018 roku. [wróć]

17. Oddział zaj­mu­jący się pale­niem zwłok. [wróć]