32,00 zł
Powstanie Warszawskie jest jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w historii Polski i Europy podczas drugiej wojny światowej. To tragedia miasta i setek tysięcy jego mieszkańców, mordowanych przez Niemców z niebywałą agresją i brutalnością, masowo wypędzanych ze swych domów. Tłumieniem powstania dowodził SS-Obergruppenführer i generał policji Erich von dem Bach, który wcześniej krwawo zwalczał partyzantkę sowiecką na obszarach okupowanej Białorusi i Rosji, dokonując licznych pacyfikacji i mordów na cywilach. Ślepo wykonywał rozkazy swoich zwierzchników. Adolf Hitler wielokrotnie powtarzał, że von dem Bach jest „najwierniejszym z wiernych”. Z kolei Hermann Göring w trakcie procesu norymberskiego, na którym generał zeznawał jako świadek, wykrzykiwał: „Przeklęty sukinsyn! Był najbardziej krwawym mordercą w całym tym cholernym układzie!”.
Von dem Bach miał drugi, polsko brzmiący człon nazwiska: Zelewski, którego oficjalnie pozbył się dopiero w 1940 roku. Urodził się zaś w pomorskim Lęborku. Czy zatem był Polakiem, który odciął się od swoich korzeni? Z tej książki dowiemy się także, jak wyglądała jego kariera w SS, jak doszło do rzezi bezbronnej ludności warszawskiej Woli i dlaczego nigdy nie odpowiedział za swoje zbrodnicze czyny w Warszawie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Tym, którzy ponieśli bohaterską śmierć, walcząc z niemieckim okupantem…
W liście do Reichsführera SS Heinricha Himmlera, datowanym na 29 października 1940 roku, Erich von dem Bach1 pisał:
„Przywiązuję wagę do tego, aby moi potomkowie […] mogli zawsze udowodnić udział swojego przodka SS-Gruppenführera w akcji przeciw Polsce”2.
Gdy przystępowałem do pracy nad książką dotyczącą powstania warszawskiego wiedziałem, że było to dramatyczne wydarzenie w dziejach stolicy Polski, ale nie spodziewałem się, że aż tak brutalne. Wydawało mi się, że historia doktora Mengele, lekarza SS z obozu Auschwitz-Birkenau, i jego zbrodnicze zachowania3 to szczyt okrucieństwa… Tymczasem, czytając wspomnienia uczestników powstania i cywilów, którzy je przeżyli, ogarniał mnie nie tylko strach, ale też poczucie bezsilności, a przede wszystkim świadomość, że to wszystko rozegrało się tak blisko nas zaledwie 80 lat temu. Przechadzając się ulicami Warszawy, mamy w uszach krzyk ginących, odgłosy wybuchów, czujemy smród spalenizny i zwłok zabitych i pomordowanych. Nieliczni świadkowie tych tragicznych wydarzeń wciąż żyją, przypominając o męstwie powstańców i mieszkańców. Nasi pradziadkowie, dziadkowie, wujkowie byli w takiej sytuacji, w jakiej znajdowali się lub znajdują mieszkańcy miast w Ukrainie, atakowanych i bombardowanych przez rosyjskich agresorów. I nie były to tylko przekazy widziane w telewizji czy internecie, ale koszmarna rzeczywistość, przed którą nie było ucieczki. Śmierć mogła dopaść każdego. I często dopadała…
Za tą śmiercią i zniszczeniem stali Niemcy. Ta książka to opowieść o tym, jak bezduszni ludzie, ślepo wykonujący rozkazy, przepełnieni sadystycznymi odruchami i pozbawieni uczuć, mordowali istoty, które ich zdaniem były gorsze z racji tego, że nie należały do rasy germańskiej. Jak bardzo taki sposób myślenia jest podły i niehumanitarny, nie trzeba nawet pisać. Wymaga to kategorycznego potępienia i troski o to, by prawda o powstaniu i nikczemnym zachowaniu Niemców zachowała się w ludzkiej pamięci, jednocześnie będąc ostrzeżeniem dla przyszłych pokoleń. Pamiętajmy, aby każdego roku pierwszego sierpnia o godzinie siedemnastej być myślami z powstańcami i ludnością powstańczej Warszawy. Z jednej strony to niewiele, ale z drugiej dzięki temu uchronimy pamięć o powstaniu i jego ofiarach od zapomnienia.
Powstanie warszawskie jest jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Europy. Co do tego nikt nie ma wątpliwości. To dramat setek tysięcy ludzkich istnień, który po latach dla niezaznajomionych z tematem często sprowadza się jedynie do pytania „czy powstanie miało sens”? Gdy tymczasem nawet dzisiaj, po osiemdziesięciu latach, trudno wydać jednoznaczny osąd, czy w tamtej chwili ten narodowy zryw i przelana krew były potrzebne…
Pod koniec pracy nad książką przylatuję do Polski. Jadę samochodem aleją Niepodległości w Warszawie. Poruszam się w stronę centrum. Po lewej widzę w oddali Bibliotekę Narodową. Kilka chwil później po prawej moim oczom ukazuje się skromny, aczkolwiek piękny głaz. Zatrzymuję się na pobliskim przystanku, podchodzę i czytam wyryty na nim napis: „Miejsce uświęcone krwią Polaków podległych za wolność ojczyzny”. I dalej: „Tu w lipcu i sierpniu 1944 r. hitlerowcy rozstrzelali około 30 osób ludności cywilnej”.
Nie potrzebuję nic więcej. Stanowczo czuję, że to jest jedna z moich najważniejszych książek… I temat, na który mogłoby powstać kilka tomów liczących po kilkaset stron.
Tablica (według projektu Karola Tchorka) w al. Niepodległości w Warszawie upamiętniająca około 30 Polaków zamordowanych przez Niemców w lipcu i sierpniu 1944 roku
Pamiętam jak dziś… Popołudnie było dość mroźne. Rześki wiatr zdobył się na powitanie, gdy schodziłem ze schodów samolotu na warszawskim lotnisku. Nie miałem wówczas pojęcia, że ta podróż do Polski będzie wyjątkowa. Z hali przylotów wsiadłem do taksówki i ruszyłem na Ursynów, wprost do mieszkania moich znajomych. Kolejnego dnia mieliśmy w planach nieco pozwiedzać stolicę Polski. Najpierw poszliśmy do Centrum Nauki Kopernik, później zjedliśmy coś na Starówce na Podwalu, by następnie udać się na warszawską Wolę do Muzeum Powstania Warszawskiego. To była moja pierwsza wizyta w tym miejscu.
Muzeum zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Chyba, jak większość zwiedzających, kolekcjonowałem dostępne w muzeum kartki z kalendarza powstańczego, chłonąc kolejne wydarzenia z wypiekami na twarzy. Czas nas gonił. Żałowałem, że na zwiedzanie przewidziałem tylko dwie godziny. Razem ze znajomymi obiecaliśmy sobie, że kolejnego dnia wrócimy tu jeszcze raz i obejrzymy całą bogatą ekspozycję. I rzeczywiście wróciliśmy. Nie miałem wówczas pojęcia, że od tego momentu będę odwiedzał Muzeum Powstania Warszawskiego za każdym razem, gdy przylecę do Polski. Dlaczego? Opowiem o tym w telegraficznym skrócie…
Moi znajomi mieszkają na jednym z blokowisk na warszawskim Ursynowie. Nie ukrywam, znamy się tak długo, że już dawno ich sąsiedzi odkryli, czym zajmuję się na co dzień. Nierzadko przychodzą z egzemplarzami moich książek i proszą o dedykacje. Tym razem sprawy przybrały zupełnie inny obrót. Sąsiad, którego zdążyłem już poznać, odwiedził moich znajomych pod pretekstem kawy. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w trakcie spotkania zamiast książki do podpisania wręczył mi poszarzałą kopertę. Usłyszałem:
– Panie Christopherze, niech pan tym odpowiednio zadysponuje i zrobi z tego użytek. Doszedłem do wniosku, że ktoś się musi tym zająć. Pan wydaje się być odpowiednim kandydatem. U mnie zdrowie już nie to. Nie wiadomo, jak długo jeszcze pożyję…
W środku był solidny plik kartek. Z czym? Z zapiskami rozmów z generałem SS von dem Bachem. Dalej publikuję je po raz pierwszy. Z przykrością muszę dodać, że dwa tygodnie później ów sąsiad opuścił ziemski padół…
Siódmego stycznia 1946 roku, w dwudziestym ósmym dniu procesu norymberskiego, przed sądem staje Erich von dem Bach, dawniej noszący nazwisko z polsko brzmiącym członem Zelewski. Nie, nie w roli oskarżonego. Występuje jako świadek tego dnia i jeszcze wielokrotnie, obnażając szczegóły działania zbrodniczej nazistowskiej machiny. Zeznania Zelewskiego wzbudzają niemałą sensację i nerwowość kolegów z partii nazistowskiej i SS. Doprowadzają do szału szczególnie Hermanna Göringa, który rzuca obelgami w stronę świadka, a wszystko podchwytują niemieckie i zagraniczne gazety.
W zamian za relacje obciążające nazistów oskarżonych w procesie norymberskim Amerykanie odmawiają ekstradycji von dem Bacha do Polski. Pozwalają jedynie przesłuchać go przez polskiego prokuratora Jerzego Sawickiego. W 1947 roku generał przybywa na krótko do Polski, ale tylko dlatego, że Amerykanie postanawiają go „wypożyczyć” polskim władzom. Nie ma mowy o sądzeniu go. Zeznaje na procesie innego nazistowskiego zbrodniarza Ludwiga Fischera, będącego w czasie okupacji niemieckiej gubernatorem dystryktu warszawskiego. Fischera skazano na śmierć, von dem Bach zaś został z powrotem przetransportowany do amerykańskiego więzienia w Niemczech.
W 1949 roku Amerykanie zwalniają esesmana z aresztu. Ostatecznie w 1951 roku von dem Bach zostaje skazany przez Izbę Denazyfikacyjną na dziesięć lat pozbawienia wolności i pobyt w obozie pracy, ale nie za liczne zbrodnie wojenne, lecz za morderstwa na przeciwnikach politycznych nazistów w latach trzydziestych, przy czym odsiedziane już w więzieniach pięć lat zostaje mu zaliczone. Jednakże wcale nie odbywa kary pozostałych pięciu lat więzienia, gdyż… nie zgłasza się do zakładu karnego4. Jak sam mówił: „Niech po mnie przyjdą, nie myślę sam się zgłaszać5” – o czym donosił hamburski tygodnik „Der Spiegel”.
Erich von dem Bach jako amerykański jeniec przed celą więzienia w Norymberdze, 1946 rok. Choć miał on wiele na sumieniu, wystąpił na procesie norymberskim niemieckich przywódców politycznych i wojskowych oskarżonych o zbrodnie wojenne jako… świadek oskarżenia
W lutym 1947 roku von dem Bach zeznawał w Warszawie na procesie szefa dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera. Jemu za zbrodnie popełnione na mieszkańcach stolicy Polski podczas powstania warszawskiego nie spadł włos z głowy – wrócił do amerykańskiego więzienia w Niemczech
I tak od 1951 do 1958 roku von dem Bach mieszkał sobie spokojnie, większość tego czasu spędzając we wsi Eckersmühlen, położonej niecałe czterdzieści kilometrów od Norymbergi. Zdaniem Władysława Bartoszewskiego6 w tym czasie pracował jako nocny wartownik w prywatnej firmie, zarabiając miesięcznie około czterystu marek zachodnioniemieckich (równowartość stu dolarów).
Wymiar sprawiedliwości Republiki Federalnej Niemiec przypomniał sobie o nim dopiero kilka lat później. Nagle postanowiono go aresztować. Przy czym znowu nie chodziło o zarzuty związane ze zbrodniczym postępowaniem w trakcie drugiej wojny światowej. Prokuratura oskarżyła go o… współudział w morderstwie esesmana Antona von Hohberg und Buchwald. Wszystko rozgrywało się w 1934 roku, w trakcie tak zwanej Nocy Długich Noży, podczas której Hitler rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi z SA, mordując ich w bestialski sposób. Co wspólnego z morderstwem Hohberga miał von dem Bach?
Szesnastego stycznia 1961 roku rozpoczął się proces w tej sprawie. W trakcie rozprawy oskarżony stwierdził, że nigdy z jego ust sąd nie dowie się całej prawdy. Co się tyczy Hohberga, okazało się, że przy okazji rozprawy z SA miał go aresztować na polecenie Himmlera. Tymczasem von dem Bach prawdopodobnie nakazał swoim ludziom mord. Hohberga odnaleziono w hotelu w Królewcu, skąd został porwany i zamordowany na terenie własnej posiadłości w okolicach Pruskiej Iławy w lipcu 1934 roku. Proces zakończył się 10 lutego 1961 roku. Do tego czasu podsądny zdążył wygłosić wiele kontrowersyjnych opinii. Przekonywał między innymi, że Hitler był niewinny i nie miał nic wspólnego ze zbrodniczym charakterem Trzeciej Rzeszy.
Ostatecznie orzeczono dla von dem Bacha cztery i pół roku więzienia, z czego należało odjąć dwuipółletni pobyt w areszcie śledczym. Trzeba przyznać, że to dość niska kara jak dla kogoś, kto został oskarżony o zlecenie morderstwa. Jak to możliwe? Otóż sąd uznał, że należy zastosować okoliczności łagodzące, ponieważ oskarżony… „nie był dotychczas karany”7! Gwoli ścisłości, do tej pory nikt nie raczył go ścigać za zbrodniczą działalność, chociażby w trakcie powstań śląskich czy drugiej wojny światowej, na Białorusi czy w Warszawie.
Spokój esesmana nie trwał jednak długo. Już rok później oskarżono go o zabicie pięciu8 niemieckich komunistów w 1933 roku. Za to otrzymał już karę dożywocia… Umarł w więziennym szpitalu w Monachium 8 marca 1972 roku, kilka dni po swoich siedemdziesiątych trzecich urodzinach.
Początek marca 1972 roku. Monachium. To właśnie tutaj mieści się jeden z największych szpitali w Niemczech, będący jednocześnie szpitalem więziennym. Mowa o München Klinik Harlaching, położonej na przedmieściach miasta. Nieprzypadkowo placówka reklamuje się jako „Die Klinik im Park”. Wokół szpitala jest mnóstwo zieleni. Ławki w parku sprawiają, że już na sam widok robi się lżej na duszy.
Jednym z pracowników kliniki jest doświadczony lekarz, profesor Tadeusz Zawrot. Rocznik 1921. Polak z pochodzenia. Postać z mroczną przeszłością, której nie da się wyczytać z jego twarzy. Skrywa ją nader skutecznie za swoim nienagannym uśmiechem. Niezależnie od tego, czy bada Niemca, Żyda czy Cygana. Choć tych ostatnich zwykle tutaj nie ma, bowiem na takie wizyty najzwyczajniej w świecie ich nie stać.
Profesor Zawrot jak co dzień stawił się w szpitalu na porannej zmianie. Założył śnieżnobiały kitel i ruszył na obchód, by doglądać swoich pacjentów. Jego uwagę przykuło jedno nazwisko – von dem Bach. Dałby sobie rękę uciąć, że kiedyś już o nim słyszał… Tak, to musiał być on.
W szpitalnej sali rozległo się pukanie. Zegar wskazywał 11.10, gdy Zawrot wszedł do środka.
– Guten Tag – perfekcyjna niemczyzna z domieszką chrypy przywitała lekarza.
– Dzień dobry…
Erich von dem Bach w sądzie w Kolonii podczas procesu oficera SS Hansa Graalfsa oskarżonego o mordy na Żydach na Białorusi, 1964 rok.
Pacjent zbladł. Te dwa słowa uderzyły w niego jak grom z jasnego nieba… A może mu się to przesłyszało? Serce zabiło mocniej. Milczał, czekając na dalszy rozwój wypadków. Z kolei doktor kontynuował:
– My się chyba znamy, panie Eryku…
– Was? Ich verstehe nicht9.
– Panie Eryku… Śmiało. Możemy mówić po polsku. My się znamy. Choć może nie tak dosłownie…
Pacjent ciągle milczał, tępo wpatrując się w sufit.
– Pan Erich von dem Bach-Zelewski, zgadza się?
– Taaak… – odparł po polsku pacjent.
– No proszę. A ja jestem profesor Tadeusz Zawrot. Pewnie moje nazwisko nic panu nie mówi?
– Nein… Znaczy się, nie, nic nie mówi…
– Kto by pomyślał… Kto by pomyślał… Podam słowo klucz, może będzie panu łatwiej skojarzyć… – w głosie profesora Zawrota słychać było emocje. W oczach płonęły dziwne iskry, których pacjent nie był w stanie właściwie zinterpretować.
– W czym mogę panu pomóc, doktorze?
– Tak się składa, że pański stan zdrowotny jest tak kiepski, że raczej już nie zdołamy panu pomóc. Ale… może to i dobrze? – doktor zaczął się zastanawiać.
– Słucham?! Chyba się przesłyszałem! – von dem Bach był oszołomiony.
– Niekoniecznie. Pańskie dni są policzone. W młodości w szkole miałem takie liczydło z kolorowymi kulkami. Ech… Nie pomyślałem. Gdybym wiedział, że pana dzisiaj tu spotkam, zabrałbym je ze sobą. Mógłby pan odliczać dni do końca swojego żywota. Na moje oko daję panu tydzień. A to liczydło miało dziesięć koralików. No widzi pan, jak znalazł!
Von dem Bach zamarł. Lekarza widział pierwszy raz na oczy. Tymczasem ten twierdzi, że go zna i, co gorsza, nie kryje radości z tego, że jego dni są policzone. Opętaniec, szaleniec, a może to duch jego przeszłości? Pacjent próbował zachować zimną krew. Początkowo mu się to udawało. Dopiero gdy usłyszał o liczydle, dał upust swoim emocjom…
– Do jasnej cholery! Kim pan jest?! I co pan tu wyrabia? Pan mi życzy śmierci? Przecież pan jest lekarzem. Składał pan przysięgę Hipokratesa, że będzie strzec ludzkiego życia…
– Wiem… Znam ją na pamięć.
Polak odchrząknął i teatralnym głosem zaczął recytować przysięgę, którą składa każdy lekarz:„Przysięgam na Apollona lekarza, na Asklepiosa, Hyg(i)eję i Panakeję, na wszystkich bogów i boginie, czyniąc ich świadkami, że będę podług mej zdolności i mego osądu wypełniał te przysięgę i ten zapis.
[…]
Nie podam nikomu śmiertelnego leku, nawet jeśli będzie mnie prosił, ani nie udzielę nikomu takiej porady, jako też nie podam kobiecie środka poronnego.
Zachowam czyste i nieskalane życie moje i moją sztukę.
[…]
Do jakiegokolwiek wstąpię domostwa, wejdę tam, aby pomagać cierpiącym, wystrzegając się wszelkich świadomych naruszeń prawa i szkodliwych postępków, a zwłaszcza czynów lubieżnych wobec ciał kobiet i mężczyzn, wolnych czy niewolników.
[…]
Jeśli zatem będę wiernie dotrzymywał tej przysięgi i nie naruszę jej, niech dany mi będzie owoc życia i sztuki, i sława u wszystkich ludzi po wsze czasy, a jeśli będę ją naruszał, popełniając krzywoprzysięstwo, niech stanie się to, co temu przeciwne10.
– Dość tego! Naprawdę mam tego dość. Zaraz wezwę ordynatora! – schorowany mężczyzna w jednej chwili odzyskał nieco sił. – Czy pan zwariował? Czego pan ode mnie chce?! – Pacjent chciał wstać. Powstrzymywały go jedynie wbite wenflony.
– Rozpoznałem pana. I cieszę się, że w końcu dopadnie pana śmierć. Coś, co pańscy ludzie zafundowali setkom tysięcy ludzi… – oczy profesora płonęły ze złości, by w jednej chwili zaszklić się do cna. – Jestem powstańcem warszawskim…
Niemiec szedł w zaparte…
– A co ja mam z tym wspólnego?
– Nie kłam! – doktor nie wytrzymał. Chwycił za ramiona 73-letniego staruszka i zaczął szarpać niczym szmacianą pacynkę. Ten próbował się wyrwać zupełnie bezskutecznie. Wątłe zdrowie zmusiło go do przyjęcia biernej postawy. – Nie daruję ci tego – wyszeptał doktor.
– Ciągle nie wiem, o co panu chodzi, panie doktorze – wydukał drżącym głosem pacjent.
– Co za chichot losu! Kiedyś twoi ludzie walczyli przeciwko nam. Posyłaliście niewinne kobiety i niewinnych chłopców na bezsensowną śmierć. A dzisiaj przychodzi mi ciebie leczyć! Mam uratować nazistowskiego zbrodniarza. Myśląc o byciu lekarzem, zdecydowanie nie pisałem się na takie wydarzenia!
– Panie profesorze, pan mnie chyba z kimś pomylił….
Doktor nachylił się i raz jeszcze mocniej złapał pacjenta za ramię.
– Posłuchaj!– rozwścieczony lekarz szeptał mu do ucha. – Jeśli jeszcze raz wyprzesz się tego, że jesteś nazistowską świnią, to jednym ruchem palca odłączę wszystkie te urządzonka, które podtrzymują twoje chuderlawe ciało przy życiu. I ani waż mi się komukolwiek mówić o tym, co tutaj zaszło. Czy się rozumiemy?
Pacjent będący ciągle w brutalnym objęciu lekarza lekko skinął głową, by przytaknąć. W tym momencie Polak go puścił. W pokoju panowała cisza. Słychać było jedynie przyspieszone oddechy obu mężczyzn. Pacjent miał na ciele czerwone ślady po brutalnym objęciu.
Polak wyciągnął srebrną papierośnicę. Von dem Bach błyskawicznie rozpoznał na niej charakterystyczny znak. Literę „P” z kotwicą u dołu. Symbol Polski Walczącej, gdzie litera „P” oznaczała Polskę, kotwica zaś symbolizowała nadzieję na odzyskanie niepodległości i uwolnienie się od nazistowskiej okupacji.
– Przepraszam. Nieco mnie poniosło. Na co dzień jako lekarz jestem bardziej opanowany.
Profesor sięgnął po cienkiego papierosa ze srebrnego etui. W pokoju rozległ się odgłos zapałki pocieranej o draskę.
– Panu nie proponuję. W pańskim stanie papierosy nie są wskazane. Wiem, że jest marzec i na dworze solidnie wieje, jednak uchylę nieco okno, żeby ten dym miał dokąd ujść. Jeśli będzie za mocno wiało, proszę mówić, zamknę.
Von dem Bach ponownie skinął głową.
– Powtórzę pytanie, doktorze. Czego pan ode mnie chce?
– Nic szczególnego… Jako powstaniec zawsze chciałem zrozumieć, co kierowało takimi ludźmi jak pan. Co, bo przecież to były zachowania niemające wiele wspólnego z ludzkimi emocjami… Dlaczego mordowaliście Polaków? Dlaczego ich torturowaliście? Dlaczego było w was tyle sadyzmu? I w końcu zawsze byłem ciekaw spojrzenia na powstanie warszawskie z perspektywy Niemców, którzy z nami walczyli. Nie pragnę zemsty. Oczekuję od pana jedynie rozmowy.
– Kiedy? – wypalił von dem Bach.
– Choćby i dzisiaj. Teraz muszę dokończyć obchód. A gdy go skończę i rozpocznę dyżur, przyjdę do pana, by zadać kilka pytań. Nic więcej.
– Doktorze… – na twarzy Niemca pojawił się złośliwy grymas. – A właściwie to dlaczego miałbym z panem rozmawiać?
– Opowiem panu krótką historię. Mój ojciec szalenie interesował się polityką. Gorliwie popierał jedną grupę polityczną. Przy czym zawsze powtarzał mi, że z życiem jest jak z polityką. Niezależnie od tego, z kim prowadzisz spór, nie bój się zadawać sobie samemu banalnego pytania. A brzmi ono: „A może to właśnie oni mają rację, nie ja?”. Jeśli popierasz jakiegoś polityka, a innym z kolei niemalże gardzisz, to nie bój się zastanawiać, kto ma rację. Kiedyś połowa Polski była wpatrzona w marszałka Piłsudskiego. Miałem pięć lat, gdy Piłsudski zorganizował przewrót majowy w 1926 roku. Jako dziecko naturalnie nie miałem na ten temat zdania. Dzisiaj jednak zadałbym sobie właśnie to pytanie: „A może to przeciwnicy Piłsudskiego mieli rację”?
– Co to ma wspólnego ze mną?
– Nawet nie śmiem pomyśleć, że „może to Niemcy mieli rację, walcząc przeciwko nam, Polakom, w trakcie powstania warszawskiego?”. Bardziej jestem ciekaw, jak pan na to patrzy. No wie pan, ze swojej germańskiej perspektywy.
– Pan raczy wybaczyć. Nie mam zamiaru rozmawiać z panem na te tematy. To już zamknięty rozdział w moim życiu – fuknął von dem Bach.
– Nieprawda. Nie da się zapomnieć o okresie, który zajmuje tak wiele lat w pańskim życiu. Jako powstaniec często budzę się w środku nocy przekonany, że walczę. Wyobraża pan sobie? Po tylu latach nadal wracają te dramatyczne wspomnienia. Śni mi się, że trzymam broń, jestem razem z chłopakami z Batalionu „Zośka”11 i wystrzeliwuję całą serię z karabinu maszynowego prosto w klatkę piersiową Niemca. Te wspomnienia powracają jak bumerang.
– Życzę udanego obchodu, doktorze. Teraz muszę się zdrzemnąć. Dobranoc.
Von dem Bach teatralnie zamknął oczy, udając, że właśnie w tej jednej chwili zasypia. Zaskoczony lekarz wyszedł z sali i schował się do swojego pokoju. Życie każe pisać różne scenariusze. Czasem trzeba użyć podstępu, by osiągnąć zamierzony cel…
Dzień później lekarz ponownie odwiedził von dem Bacha. Przywitał się i rozpoczął standardowe procedury. Pacjent ciągle był w nie najlepszym stanie. Jednak był to stan na tyle dobry, że mógł rozmawiać.
– Przepraszam. Wczoraj miał pan urodziny. A ja tak się uniosłem… – profesor Zawrot zaczął mówić badawczym tonem.
– Proszę się nie przejmować. Puszczam to w niepamięć. Zresztą jak całe moje dotychczasowe życie.
– Dziękuję. Dzisiaj jest nowy dzień. Drugi marca. Oby to był lepszy dzień niż wczoraj… – doktor zawiesił głos.
– Coś pan chciał dopowiedzieć, doktorze?
– Proszę to zażyć. Ta mała fiolka powinna panu pomóc szybciej dojść do zdrowia.
– Co to takiego?
– Kalii chloridum12 – profesor zmyślił naprędce.
– Rozumiem.
Pacjent sięgnął po fiolkę, po czym wypił ją do dna. Profesor udał się do wyjścia.
– Doktorze. Nie zbada mnie pan dzisiaj?
– Nie… To znaczy nie ma takiej potrzeby. Do widzenia.
Gdy już drzwi były zamknięte do połowy, lekarz wrócił i wsunął w nie jedynie głowę.
– Bym zapomniał, panie Zelewski. Przed momentem przyjął pan wyjątkową substancję. Wyżera bakterie i oczyszcza organizm. Lecz jeśli po tygodniu nie zażyje się odpowiedniego antidotum, człowiek umiera. To jest kwestia czasu.
Doktor próbował dalej mówić, tak jakby mało go to interesowało.
– Oczywiście nie muszę dodawać, że jestem twórcą tej substancji i również tylko ja mam antidotum… Zachęcam do rozmowy o przeszłości. Wtedy chętnie podzielę się antidotum. Naturalnie nie popędzam pana z podjęciem decyzji. Przy czym… Wydaje mi się, że na pana miejscu warto się spieszyć. Tydzień zlatuje bardzo szybko. I tak jest pan w szpitalu, nie ma pan nic do roboty. Co panu szkodzi porozmawiać?
– Tak nie można, to jest niehumanitarne! Podam pana do sądu!
Lekarz zaczął się teatralnie śmiać.
– Naprawdę? Nazista mówi mi, że coś jest niehumanitarne? Jeden z tych, którzy innym ludziom zgotowali piekło na ziemi, ma czelność mi mówić, że coś jest niehumanitarne!? Ciekawe, czy temu zbrodniarzowi Mengelemu13 mówił pan, że to, co wyrabiał, było niehumanitarne?
Trzaśnięcie drzwiami przez lekarza zakończyło dyskusję.
Kolejny dzień przyniósł von dem Bachowi powody do niepokoju. Czas uciekał, gdy tymczasem na porannym obchodzie pojawił się zupełnie inny doktor.
– Przepraszam. A gdzie się podział profesor Zawrot? – dopytywał pacjent.
– Moment, wypisuję panu dokumenty z dzisiejszego obchodu… Zaraz… Co pan mówił?
– Co z profesorem Zawrotem?
– A co pan taki ciekawy? Pan powinien tęsknić za żoną, a nie za jakimś doktorkiem, ha, ha – rubasznie zarechotał medyk.
– Pytam poważnie.
– A ja poważnie odpowiadam…
– Powie mi pan? – von dem Bach perfekcyjnie maskował na twarzy swój niepokój.
– Profesor wybrał się na urlop.
Te słowa zabrzmiały dla von dem Bacha jak wyrok śmierci… Poczuł, jak kręci mu się w głowie. Chwilę później stracił przytomność… Gdy się obudził, nadal był w towarzystwie tego samego doktora. Dość szybko odzyskał wigor i błyskawicznie podjął temat profesora Zawrota.
– A długi ten urlop? Bo wie pan… Mam z nim pilne sprawy do omówienia.
– A co to? Pali się? Pan jest w szpitalu, a nie na wizycie u komendanta straży pożarnej, cha, cha.
Rubaszność doktora irytowała von dem Bacha. Udało mu się jednak ciągle trzymać nerwy na wodzy, gdy tymczasem medyk ciągle coś wypisywał.
– Widzę, że poprawiły się panu wyniki. Jakby mniej bakterii było. Coś nieprawdopodobnego!
Pacjent słuchał tego z przerażeniem. Ten pieprzony Polak najwyraźniej nie żartował.
– Halo! Halo! – z zamyślenia wyrwał go tubalny głos doktora.
– Urlop jednodniowy. Profesor musiał coś załatwić na mieście. Będzie jeszcze dzisiaj w szpitalu. Szykuje mu się nocny dyżur.
– Co za ulga! – Von dem Bach poczuł, jak wstępuje w niego energia. Czas upływał. I choć wiedział, że zdrowieje i ma się coraz lepiej, to jednocześnie… czuł się coraz gorzej. – Oby tylko profesor się nie rozchorował!
– Guten Abend, Herr von dem Bach-Zelewski!14 – w sali pacjenta rozbrzmiał dobrze mu znany głos.
– To pan, panie doktorze?
– Przyszedłem na wieczorny obchód. Tak, to ja… – ton głosu lekarza zdawał się być aż nazbyt oficjalny.
– Darujmy sobie obchód. Niech mnie pan nie bada. Chcę rozmawiać!
– A cóż się stało, że pan, gorliwy nazista zmienił zdanie i chce rozmawiać z byłym powstańcem warszawskim?
Von dem Bach zacisnął wargi. Doskonale wiedział, że była to prowokacja ze strony Polaka. I już prawie miał wypalić, że to jego sprawka, że to przez jego lek, który zamienia się w truciznę, lecz wieloletnie doświadczenie w robieniu dobrej miny do złej gry sprawiło, że wziął kilka głębokich oddechów i z udawanym uśmiechem stwierdził, że przypadkowo naszła go ochota na rozmowę o przeszłości.
– Skoro moje dni są policzone… To sam pan rozumie. Dobrze jest chociaż w tych ostatnich dniach życia z kimś porozmawiać. I powspominać życie, które tak szybko przeleciało.
– Rozumiem – ton lekarza ciągle pozostawał oficjalny. – Muszę teraz skończyć obchód. A po nim, jeśli oczywiście nie zapomnę, to zajrzę do pana.
– Bardzo na to liczę, panie doktorze!
Kiedy tylko profesor zamknął drzwi z drugiej strony, zaśmiał się pod nosem i z satysfakcji zaczął zacierać ręce.
Tablica Tchorka upamiętniająca około 7000 ofiar masowych egzekucji ludności cywilnej dokonanych przez Niemców 5 sierpnia 1944 roku w nieistniejącej dziś fabryce Ursus przy ul. Wolskiej 55/57
#zegarek z Auschwitz, #psychopata w mundurze, #jeden z największych aktów ludobójstwa, czyli Rzeź Woli, #tragedia i cud Wandy Lurie, #Verbrennungskommando Warschau – Polacy palą ciała Polaków
Von dem Bach czekał z niecierpliwością na wizytę Polaka. Upływające minuty szalenie mu się dłużyły. Niecierpliwość narastała. W końcu każda kolejna minuta przybliżała go do śmierci. Wreszcie po jakiś dwóch godzinach w jego sali pojawił się oczekiwany gość. Gdy von dem Bach tylko go zobaczył, natychmiast odezwał się swoim anemicznym, choć ciągle jednak wzbudzającym respekt, głosem.
– Proszę siadać, doktorze. Zaczynajmy rozmowę. Szkoda czasu!
Profesor ściągnął swój kitel i usiadł na metalowym krześle, które stało tuż obok łóżka pacjenta. Uwagę Polaka przykuł złoty zegarek, który leżał na pobliskim stole. Było też tam kilka jabłek i zwietrzała kanapka. Chcąc jakoś zacząć rozmowę, powiedział:
– Śliczny zegarek… Cały złoty.
Von dem Bach pobladł na twarzy, by za chwilę się zarumienić. Nie uszło to uwadze doktora.
– Coś nie tak, panie von dem Bach-Zelewski?
– Nie… Wszystko w porządku. To znaczy, nie… Nie jest w porządku. Złoto na tym zegarku pochodzi z Auschwitz. Pewnie pan zna tę historię. O tamtejszych więźniach, którym wyrywano złote zęby i przetapiano je na różnej maści suweniry. To jeden z nich. Złoty zegarek. Chętnie bym go panu ofiarował, ale w tej sytuacji, z uwagi na pochodzenie złota, byłby to jednak nietakt. Nieco się zestresowałem, stąd ten słowotok.
– Pominę to milczeniem… Po prostu wróćmy do rozmowy o powstaniu warszawskim. Powstanie wybuchło pierwszego sierpnia 1944 roku i trwało aż do trzeciego października. Polacy zawzięcie walczyli przeciwko niemieckiemu okupantowi, chcąc wyzwolić Warszawę.
– Stałem na czele Niemców, którzy bili się z Polakami w powstaniu warszawskim. To podkreślmy na samym początku.
– Podkreślmy również, że Polacy, działając w podziemiu, zdołali się zorganizować i zmierzyć z machiną państwa nazistowskiego.
– Muszę się z panem zgodzić, że wymagało to wielkiej odwagi i determinacji.
– Nazywali pana „psychopatą w mundurze”. To również dodajmy.
– Wiele było pejoratywnych określeń na mój temat. Tak mówili moi wrogowie.
– Chce pan powiedzieć, że po tych wszystkich latach pan nadal uważa się za niewinnego?
– W rzeczy samej. Służyłem Hitlerowi do końca. I w przeciwieństwie do wielu innych, zdradzieckich świń, nigdy się go nie wyparłem. To się nazywa prawdziwa lojalność. Wykonywałem tylko jego rozkazy.
– Coś niepojętego. Nawet nie wiem, jak to nazwać. Ludzka podłość czy ślepe zapatrzenie?
– Cytując pana z poprzedniego spotkania… Może trzeba sobie zadać pytanie: „A może to oni mieli rację?”. Czyli naziści…
– Pan na wstępie chce mnie chyba wyprowadzić z równowagi!
– Absolutnie. Po prostu mówię, co myślę. Mógłbym być hipokrytą i powtarzać, że żałuję tych wszystkich zabitych i tego, że mam krew na rękach. Ale tak przecież nie jest. To po co mam panu kłamać? Było, jak było, niczego nie żałuję, każdy z moich czynów mógłbym powtórzyć, gdyby ktoś cofnął czas. Byłem i jestem niewinny. Tak samo jak uważam, że Hitler nie był odpowiedzialny za te wszystkie zbrodnie. Jestem przekonany o jego niewinności, co wyraźnie mówiłem po wojnie.
– Niepojęte. Naprawdę, to się w głowie nie mieści…
– To proszę mi podać choć kilka przykładów, które nakazują panu traktować mnie jak osobę niegodziwą.
– Pan jest bezczelny czy jednak tak durny?
– Jedno nie wyklucza drugiego!
– Świetne poczucie humoru – doktor skrzywił się. – Proszę zamienić się w słuch… Mordowaliście ludność cywilną. Tysiącami! Przecież Rzeź Woli do dzisiaj jest uznawana za jeden z największych aktów ludobójstwa na świecie! Kobiety przed zabójstwem gwałciliście…
– Uprzedzając pańskie pytanie… Tak, to ja kierowałem tą akcją!
– „Akcją”? Chyba ludobójstwem!
– Jak zwał, tak zwał. Może to sobie pan nazywać, jak tylko pan chce.
– Będę się powstrzymywał od komentarzy. Proszę to potraktować jako okazję do przedstawienia własnego punktu widzenia. W każdym razie… Porozmawiajmy teraz chwilę o Rzezi Woli, której dokonał pan i pańscy ludzie na początku sierpnia 1944 roku, niedługo po wybuchu powstania. Jak ona wyglądała z pańskiej perspektywy?
RZEŹ WOLI. DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA ŚWIADKÓW
Józefa Marczak:
Wybuch powstania warszawskiego zastał mnie w mieszkaniu przy ul. Elekcyjnej 8, m 11.
5 sierpnia około 10.00 posłyszałam strzały.
W tym czasie walki powstańców z Niemcami toczyły się daleko od naszego terenu, za plantem kolejowym koło ul. Skierniewickiej i Szpitala Wolskiego.
Polacy zabici przez Niemców podczas powstania warszawskiego
– Wypędzaliśmy ludzi z kamienic na Woli, gromadziliśmy ich w różnych miejscach i masowo rozstrzeliwaliśmy z broni maszynowej. Dobijaliśmy ich z broni krótkiej. Gdy zaś ludność cywilna stawiała opór i nie chciała wyjść z domów na zewnątrz, to wrzucaliśmy granaty, po czym podpalaliśmy domostwo, by mieć pewność, że nikt nie zostanie przy życiu. Innym razem paliliśmy ludzi żywcem. Likwidowaliśmy tak wszystko – skrawek po skrawku, ulica po ulicy. W trakcie tłumienia powstania na Woli korzystaliśmy z żywych tarcz. Niestety, Polacy byli waleczni do tego stopnia, że nawet one ich nie odstraszały od walki.
– Chodzi panu o Polaków, których braliście do niewoli i pędziliście przed czołgami?
– Dokładnie tak. Robiliśmy z nich, a właściwie z was, żywe tarcze, ale i żywe barykady. Niejednemu powstańcowi zadrżała ręka, gdy zobaczył, że zamiast do Niemca, przychodzi mu strzelać do rodaka.
– Słyszał pan o przypadku Wandy Lurie?
– Nie znam kobiety.
– A powinien pan. Jest ona symbolem tego, co wy, Niemcy, robiliście z ludnością cywilną w Warszawie. Wanda Lurie miała dzieci, a do tego była w ciąży. Nie stanowiło to dla was jednak problemu, by próbować zabić ją i potomstwo. Ona jednak cudem przeżyła. Już po wojnie opowiadała, że w pewnym momencie, oczekując na rozstrzelanie, błagała jednego z Ukraińców, by ją uwolnił. Ten stwierdził, że jeśli ma coś cennego, to może uda jej się wykupić. Oddała mu trzy złote pierścionki. To jednak nie pomogło. Niemiec, który dowodził mordowaniem ludności cywilnej, nakazał ją skierować do miejsca, gdzie za moment miała być rozstrzelana…
Jedno z miejsc, w których dokonała się Rzeź Woli – fabryka Ursus przy Wolskiej 55/57 na fotografii z 1938 roku
Po policzkach Polaka zaczęły ciec łzy. Mimo tylu lat wspomnienia z tamtych dramatycznych chwil nieustannie niosły za sobą potężny ładunek emocjonalny. Von dem Bach udał, że tego nie widzi. Nie chciał jeszcze bardziej podgrzewać i tak już mocno nerwowej atmosfery.
– Przepraszam… Chwila słabości… Sam pan rozumie.
– Nie ma pan za co przepraszać. Jeśli ma pan siły, proszę kontynuować swoją opowieść.
– Pani Wanda postanowiła uderzyć w ambicje niemieckich żołnierzy. Zaczęła wykrzykiwać, że tym ludziom brak jest jakiegokolwiek honoru. To tylko pogorszyło sytuację. Jeden z Niemców, a może Ukrainiec15, nie wiem… W każdym razie jeden z nich tak ją popchnął, że ta – przypominam – będąca w ciąży kobieta runęła z hukiem na ziemię.
– Ciąża była widoczna?
– Z pewnością, gdyż była w ostatnim miesiącu. Nie sposób było tego nie zauważyć. Zaraz potem ten sam człowiek popchnął i zaczął bić jej starszego synka. Koniec końców szła w towarzystwie trójki swoich dzieci, pośród płaczu i krzyków, do miejsca, w którym mieli zginąć. Aż boję się domyślać, co człowiek może sobie myśleć w takiej chwili…
– Zapewne liczy na cud i myśli do samego końca, że los się do niego uśmiechnie… Ale zwykle się nie uśmiechał. W Warszawie musieliśmy być bezwzględni. Tego oczekiwał od nas Führer. W końcu trwała wojna…
– Wojna wyzwala nieludzkie instynkty. Już to ustaliliśmy wielokrotnie… I jeszcze pewnie będziemy sobie powtarzać. Nadal nie jest to wymówka, która mogłaby usprawiedliwić zbrodnicze czyny.
– Ja tylko stwierdzam fakty…
– Ja również. A wracając do tej przerażającej historii… Wanda Lurie idzie na skazanie razem z trójką dzieci. Do tego ma w brzuchu czwarte dziecko. Najstarszy synek doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. Wokół jest mnóstwo ciał dopiero co zabitych Polaków. Przerażony, zaczyna szlochać, by chwilę później zanosić się płaczem i krzyczeć. To nie przypada do gustu stojącemu za chłopcem żołnierzowi z wschodniej jednostki kolaboranckiej. Bez słowa ostrzeżenia strzela mu w tył głowy. Chłopiec pada na ziemię. Na sekundę zapada cisza. Wszyscy są przerażeni. Gdyby się wsłuchać, można jedynie usłyszeć przerywane oddechy. Jednak już chwilę później ten sam żołnierz dokonuje kolejnych egzekucji, kolejno strzelając do dwójki pozostałych dzieci pani Wandy. Wyobraża pan sobie, co czuje matka, gdy widzi, jak na jej oczach mordują trójkę jej dzieci!?
– Bezsilność i rozpacz.
– Z pewnością… To coś tak strasznego, że nawet po tylu latach ciągle nie mogę uwierzyć, że coś takiego miało miejsce. To jedna z tych sytuacji, w których według mnie Bóg odwrócił na chwilę głowę, by nie widzieć tego, co czyni człowiek.
– Skoro jest pan taki wierzący, to niech mi pan wyjaśni, dlaczego Bóg wolał odwracać wzrok zamiast ingerować, skoro jest wszechmocny?
– Bóg nie ingeruje w to, co czyni człowiek.
– Dlaczego?
– Bowiem Bóg osądzi każdego z nas, ale dopiero na Sądzie Ostatecznym. Dopiero wtedy pod osąd zostanie poddane całe nasze ziemskie życie.
– Chętnie bym z panem podyskutował na temat wiary, ale zdaje mi się, że skoro zdecydowaliśmy się pomówić o powstaniu warszawskim, to na tym poprzestańmy.
– W porządku. Na czym skończyliśmy? Przepraszam, ale takie wspomnienia pozbawiają mnie skupienia. Przypominając sobie te haniebne czyny Niemców i waszych kolaborantów, cały jestem roztrzęsiony.
– Skończyliśmy na momencie, w którym Ukrainiec zabija dzieci przywołanej kobiety.
– No tak… Pani Wanda Lurie jest zmuszona do oglądania śmierci własnego potomstwa. Dramat, jakiego nie życzyłbym nawet swoim największym wrogom. Na koniec sama zostaje potraktowana kulą, choć dochodzi do swego rodzaju cudu.
– Czyli jednak cuda się zdarzają!
– Proszę nie być bezczelny, panie von dem Bach-Zelewski. Pana to bawi, dworuje pan sobie z tego. Czy ma pan godność człowieka?! Jak tak można?!
– Wolność słowa. To coś, z czego skrzętnie korzystam – ton głosu Niemca był wyjątkowo chłodny.
– Głupszej odpowiedzi nie słyszałem… W każdym razie oprawca strzela do pani Wandy. Ta, jak później zezna, zostaje trafiona w kark. Kula przechodzi przez dolną część czaszki, dalej przebija prawy policzek i jednocześnie wybija kilka zębów. Pani Wanda pada na lewy bok. Oprawcy postanawiają jeszcze oddać w jej kierunku trzy strzały dobijające, z czego dwa trafiają w jej nogi. Przypominam, że wszystko dzieje się piątego sierpnia 1944 roku w ramach Rzezi Woli. Mimo to kobieta nadal żyje, choć jest ciężko ranna – ma postrzelone nogi i twarz. Dalej pojawiają się kolejne zabite ciała, z których oprawcy robią stos. Na samym dole znajduje się pani Wanda…
– No tak. Ona leżała, a tymczasem moi podwładni donosili ciała i kładli je na nią, warstwa, po warstwie. Co za durnie. Nikt nie zauważył, że ona żyje?
– Na tym się skupmy. Pani Wanda żyje. Jest w ciężkim stanie. Mimo to nikt tego nie dostrzega, choć jest blisko… Wieczorem przychodzi Niemiec. Cel ma prosty. Odnaleźć jakieś cenne przedmioty. Łazi wokół tego stosu i łazi, aż tu nagle staje na lewą kostkę pani Wandy i ją uszkadza. Co gorsza, łamie jej jeszcze obojczyk. Pani Wanda, harda kobieta, nie piśnie ani słówka, mimo że ból jest nie do zniesienia. Jej serce wali jak młot. Oddycha, nabierając minimalnie powietrza, byleby tylko Niemiec nie spostrzegł, że w tym stosie wciąż ktoś żyje. Uff, co za ulga. Wróg opuszcza trupowisko. Pani Wanda nie wie, czy mężczyzna znalazł coś cennego. Najważniejsze, że nie dopadł jej. Los jej sprzyja. Choć co za przewrotność. Jak w ogóle można w takiej sytuacji myśleć, że los sprzyja?!
– Leżąc na samym dnie stosu złożonego z ciał zabitych ciężko byłoby mi wykrzesać jakiekolwiek pokłady optymizmu. Większość ludzi w takiej sytuacji zapewne chciałaby się tylko dobić, byleby tylko jak najszybciej zakończyć te męki.
– Proszę pana! Każdy człowiek chce żyć, przetrwać. Pani Wanda Lurie przeżyła wśród zwłok dobre kilka godzin, jak nie więcej, zanim pojawili się Polacy poszukujący żywych pośród stosów zwłok. Słyszałem, że leżała w tym stosie prawie dwa dni. Nie wiem, czy to prawda.
– Aż się wierzyć nie chce…
– Wierzyć to się nie chce w to, co wydarzyło się dalej. Ktoś ją odnalazł, dowiózł najpierw do kościoła świętego Wojciecha, gdzie grupowaliście tych, których nie zabiliście. Potem była krótko w obozie przejściowym w Pruszkowie, aż w końcu dotarła do szpitala w Podkowie Leśnej. I teraz nastąpił cud. Kobieta, która na własne oczy widziała, jak są mordowane jej dzieci, była tak twarda, że nie poroniła i donosiła ciążę do końca.
– Co pan mówi! Ale jak to?
– Dwudziestego sierpnia 1944 roku, czyli piętnaście dni po tych okropnych zdarzeniach, pani Wanda urodziła syna Mścisława16!
– Rzeź Woli była czymś szalenie bolesnym, to jeden z bardziej tragicznych momentów powstania warszawskiego. Trzeba było podjąć cholernie bolesne decyzje w stosunku do mieszkańców Woli. Zadecydowano, że nie będą mogli przemieszczać się do innych dzielnic. Jedynie z właściwymi dokumentami było to możliwe.
– Chce mi pan powiedzieć, że świadomie skazywaliście własnych rodaków na śmierć?
WSPOMNIENIA WANDY LURIE OCALAŁEJ Z RZEZI WOLI
Fragment zeznania Wandy Lurie złożonego 10 grudnia 1945 roku w Warszawie:
Od roku 1937 mieszkałam wraz z rodziną w Warszawie, przy ul. Wawelberga 18 m. 30. […] Do dnia 5 sierpnia przebywałam w piwnicy domu z trojgiem dzieci w wieku lat 11, 6, 3,5 i sama będąc w ostatnim miesiącu ciąży. Tegoż dnia o godzinie 11–12 wkroczyli na podwórko żandarmi niemieccy oraz Ukraińcy, wzywając ludność do natychmiastowego opuszczenia domu. Kiedy mieszkańcy piwnic od strony podwórza wyszli, żandarmi wrzucili do piwnic granaty zapalające. Zapanował popłoch i pośpiech. Nie mając przy sobie męża, który nie powrócił z miasta, ociągałam się z opuszczeniem domu, miałam nadzieję, że pozwolą mi zostać. Musiałam jednak opuścić dom. Wraz z dziećmi i rodziną Gulów wyszłam na ulicę Działdowską. Domy na ulicy już płonęły. Usiłowałam przejść początkowo w stronę Górczewskiej, ale na ulicy Działdowskiej stało dużo Ukraińców i żandarmów, którzy nie pozwolili mi przejść w tym kierunku, a kazali mi udać się na ulicę Wolską. Droga była ciężka. Na ulicach leżało pełno kabli, drutów, resztek barykad, gumy, trupy. Domy paliły się po obu stronach ulic. Na ulicy Wolskiej i na ulicy Skierniewickiej wszystkie domy były już spalone. Na rogu Działdowskiej i Wolskiej widziałam pojedyncze trupy młodych mężczyzn w cywilnym ubraniu. Na ulicy Wolskiej podeszłam do grupy osób z naszego domu. Ogółem było nas pod fabryką ponad 500 osób. Z rozmów współtowarzyszy zorientowałam się, że w fabryce zgromadzono mieszkańców domów z ulic Działdowskiej, Płockiej, Sokołowskiej, Staszica, Wolskiej i z ulicy Wawelberga. Staliśmy przed bramą fabryki „Ursus”, położonej przy ulicy Wolskiej nr 55. Fabryka ta stanowi warszawski oddział państwowej fabryki położonej w miejscowości Ursus pod Warszawą. Przed bramą fabryki czekaliśmy około godziny. Z podwórza fabryki słychać było strzały, błagania i jęki. Do wnętrza fabryki Niemcy wpuszczali, a raczej wpychali, przez bramę od ulicy Wolskiej po sto osób. Chłopiec około lat 12, ujrzawszy przez uchyloną bramę zabitych swoich rodziców i brata, dostał wprost szału, zaczął krzyczeć, wzywając matkę i ojca. Niemcy i Ukraińcy bili go i odpychali, gdy usiłował wedrzeć się do środka. Nie mieliśmy wątpliwości, że na terenie fabryki zabijają, nie wiedzieliśmy, czy wszystkich. Ja trzymałam się z tyłu, stale się wycofując, w nadziei, że kobiety w ciąży przecież nie zabiją. Zostałam wyprowadzona w ostatniej grupie. Na podwórzu fabryki zobaczyłam zwały trupów do wysokości jednego metra. Trupy leżały w kilku miejscach po całej lewej i prawej stronie pierwszego podwórza. Wśród trupów rozpoznałam zabitych sąsiadów i znajomych. Środkiem podwórza wprowadzono nas w głąb do przejścia wąskiego na drugie podwórze. Tu Ukraińcy i żandarmi ustawili nas czwórkami. Mężczyźni szli z rękoma podniesionymi w górę. W grupie prowadzonej było około 20 osób, w tym dużo dzieci lat 10–12, często bez rodziców. Jedną bezwładną staruszkę przez całą drogę niósł na plecach zięć, obok szła jej córka z dwojgiem dzieci 4 i 7 lat. Trupy leżały na prawo i na lewo, w różnych pozycjach.
Naszą grupę skierowano w kierunku przejścia między budynkami. Leżały tam już trupy. Gdy pierwsza czwórka dochodziła do miejsca, gdzie leżały trupy, strzelali Niemcy i Ukraińcy w kark od tyłu. Zabici padali, podchodziła następna czwórka, by tak samo zginąć. Bezwładną staruszkę zabito na plecach zięcia, on także zginął. Przy ustawianiu ludzie krzyczeli, błagali lub modlili się. Ja byłam w ostatniej czwórce. Błagałam otaczających nas Ukraińców, by ratowali dzieci i mnie, któryś z nich zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu złote trzy pierścienie. Zabrawszy to, chciał mnie wyprowadzić, jednak kierujący ekipą Niemiec – oficer żandarm, który to zauważył, nie pozwolił i kazał dołączyć mnie do grupy przeznaczonej na rozstrzelanie, zaczęłam go błagać o życie dzieci i moje, mówiłam coś o honorze oficera. Odepchnął mnie jednak, tak że się przewróciłam. Uderzył też i pchnął mego starszego synka, wołając „prędzej, prędzej, ty polski bandyto”. W międzyczasie wprowadzono nową partię Polaków. Podeszłam więc w ostatniej czwórce razem z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji, trzymając prawą ręką dwie rączki młodszych dzieci, lewą – rączkę starszego synka. Dzieci szły płacząc i modląc się. Starszy widząc zabitych wołał, że i nas zabiją. W pewnym momencie Ukrainiec stojący za nami strzelił najstarszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci i mnie. Przewróciłam się na prawy bok. Strzał oddany do mnie nie był śmiertelny. Kula trafiła w kark z lewej strony i przeszła przez dolną część czaszki, wychodząc przez lewy policzek. Dostałam krwotok ciążowy. Wraz z kulą wyplułam kilka zębów. Byłam jednak przytomna i leżąc wśród trupów, widziałam prawie wszystko, co się działo dokoła. Obserwowałam dalsze egzekucje. Wprowadzono nową partię mężczyzn, których trupy padały i na mnie. Przywaliły mnie około cztery trupy. Wprowadzono dalszą partię kobiet i dzieci – i tak grupa za grupą rozstrzeliwano aż do późnego wieczora. Było już ciemno, kiedy egzekucje ustały. W przerwach oprawcy chodzili po trupach, kopali, przewracali, dobijali żyjących, rabowali kosztowności. Ciała dotykali przez jakieś specjalne szmatki. Mnie samej zdjęto z ręki zegarek, nie zauważyli przy tym, że żyję. W czasie tych okropnych czynności pili wódkę, śpiewali wesołe piosenki, śmieli się. Obok mnie leżał jakiś tęgi, wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, który długo rzęził. Niemcy oddali pięć strzałów, zanim skonał. W czasie dobijania strzały raniły mi nogę. Leżałam tak przez długi czas w kałuży krwi, przyciśnięta trupami. Myślałam tylko o śmierci, jak długo będę się jeszcze męczyć. W nocy zepchnęłam martwe ciała leżące na mnie. Następnego dnia egzekucje ustały. Niemcy wpadli tylko kilkakrotnie z psami, biegali po trupach, sprawdzali, czy kto nie żyje. Słyszałam pojedyncze strzały, prawdopodobnie dobijali żyjących. Leżałam tak trzy dni, to jest do poniedziałku (egzekucja odbyła się w sobotę). Trzeciego dnia poczułam, że dziecko, którego oczekiwałam, żyje. To dodało mi energii i podsunęło myśl o ratunku. Zaczęłam myśleć i badać możliwości ocalenia. Próbując wstać, kilka razy dostałam torsji i zawrotu głowy. Wreszcie na czworakach przeczołgałam się po trupach do muru. Wszędzie leżały trupy, na wysokość co najmniej mojego wzrostu, i to na całym podwórzu. Odniosłam wrażenie, że mogło tam być ponad 6000 zabitych. Z miejsca, na którym leżałam, przeczołgałam się pod mur i stąd szukałam możliwości wydostania się dalej. Droga przejściowa przez pierwsze podwórze, przez które nas wprowadzono, było zawalone trupami. Za bramą słychać było głosy Niemców, musiałam szukać innego wyjścia. Przeczołgałam się na trzecie podwórze, po drabinie przez otwarty lufcik weszłam do hali. W obawie przed Niemcami pozostałam tu całą noc. W nocy tygrysy wyły bezustannie na ulicy Płockiej, samoloty bombardowały. Myślałam, że lada chwila fabryka spłonie wraz z trupami. Nad ranem uciszyło się. Weszłam na okno i na podwórzu zobaczyłam żywego człowieka – mieszkankę naszego domu Zofię Staworzyńską. Połączyłam się z nią. Przyczołgał się do nas jakiś niedobity mężczyzna w wieku około 60 lat z wybitym okiem, którego nazwiska nie znam. Po długim szukaniu i wielu próbach wydostania się odkryliśmy wyjście od ulicy Skierniewickiej i tamtędy wraz z ob. Staworzyńską opuściłyśmy fabrykę. Mężczyzna, słysząc głosy Ukraińców, został. Wyszłyśmy na ulicę Skierniewicką, chcąc się udać na przedmieście Czyste, gdzie znajdował się szpital. Ukraińcy stali na ulicy Wolskiej i początkowo nie zorientowali się, skąd idziemy. Zatrzymali nas i pomimo próśb i błagań, by nas puścili do szpitala jako ranne, popędzili nas w kierunku Woli, zabierając po drodze coraz więcej osób. Niedaleko kościoła św. Stanisława rozdzielono grupę młodych i starych. Grupę młodych mężczyzn i kobiet wprowadzono do jakiegoś zburzonego domu, skąd po chwili doszły odgłosy strzałów. Przypuszczam, iż odbyła się tam egzekucja. Resztę w tej grupie i mnie popędzono do kościoła św. Wojciecha przy ulicy Wolskiej. Po drodze widziałam leżące na jezdni i na chodnikach trupy i części ciała. Grupy Polaków pod strażą uprzątały trupy. Stojący przed kościołem oficerowie niemieccy przyjęli nas popychaniem, biciem i kopaniem. Kościół był już zapełniony ludnością Warszawy z różnych dzielnic. Leżałam przez parę dni przy głównym ołtarzu. Żadnej pomocy nie udzielono. Jedynie współtowarzysze niedoli podali mi tylko trochę wody. Po dwóch dniach zostałam przewieziona furmanką z ciężko rannymi lub chorymi do obozu przejściowego w Pruszkowie, stąd do szpitali w Komorowie i Leśnej Podkowie. Obecnie nie czuję się zdrowa, jakkolwiek muszę pracować, by wychować dziecko urodzone po strasznych przeżyciach.
Źródło: S. Datner, K. Leszczyński (red.), „Zbrodnie okupanta hitlerowskiego na ludności cywilnej w czasie Powstania Warszawskiego w 1944 roku (w dokumentach)”, Wyd. MON, Warszawa 1962, s. 61–65, dostępne również na stronie internetowej Muzeum Dulag 121 – http://dulag121.pl/encyklopediaa/lurie-wanda-ocalala-z-rzezi-woli/
Wanda Lurie, która ciężko ranna, będąc w zaawansowanej ciąży, cudem przeżyła egzekucję w fabryce Ursus. Nazywano ją „Polską Niobe”, bo straciła w niej trójkę dzieci. Obok jej syn Mścisław, który urodził się 15 dni później.
– Wszystko zależy od interpretacji. Nasi dowódcy doszli do wniosku, że będzie lepiej, jeśli ludzie z Woli nie będą przechodzili do innych dzielnic. Chodziło o to, by powstrzymać rozsiewanie paniki i podtrzymać wysokie morale, dzięki któremu chęć walki była większa. Przypominam, że wówczas powstanie warszawskie trwało dopiero od kilku dni. W walce z niemieckim okupantem nasi musieli stosować twarde środki, by osiągnąć sukces. Nie mam nikomu za złe, że podjęto taką decyzję.
– To niech pan zapyta tych, którzy byli na Woli, gdy trwała tam tak zwana Rzeź.
– Nie sądzę, bym miał z kim porozmawiać. W tamtym czasie naziści mordowali tam wszystkich jak leci.
– Bez komentarza…
– Rzeź Woli trwała od piątego do siódmego sierpnia 1944 roku. Szacuje się, że w tym czasie brutalnie zamordowaliście od dwudziestu do nawet sześćdziesięciu tysięcy osób. Ile dokładnie, trudno określić. Skutecznie zatarliście ślady.
– Nie będę zaprzeczał, tak właśnie było. Robiliśmy to rękami innych Polaków. Wcielaliśmy ich siłą do specjalnego komanda zarządzanego przez SS.
– Mowa o „VW”, czyli Verbrennungskommando17 Warschau.
– Tak. Utworzono je z mojego rozkazu. To należący do niego Polacy palili tysiące zwłok pod czujnym okiem esesmanów. Wiem, że po wojnie zebrano dwanaście ton popiołów z ludzkich zwłok.
– Jak wyglądała selekcja wcielanych Polaków do „VW”?
– Spośród mężczyzn ustawionych już do odstrzału wybraliśmy setkę. Obiecaliśmy im, że w zamian za pomoc przy paleniu zwłok darujemy im życie. Naturalnie słowa nie dotrzymaliśmy. Na koniec większość z tych stu osób również zabiliśmy, by nie było świadków. Mało komu udało się uciec przed śmiercią.
– To niepojęte. Pan opowiada o tym wszystkim, będąc pozbawiony jakichkolwiek emocji. A mówi pan o mordzie kilkudziesięciu tysięcy osób.
– Sztuką jest mówić bez emocji, bo tylko wtedy można złapać jakiś dystans.
– Pan jest zimny jak lód. Jak można mówić bez emocji, gdy mowa jest o mordzie tłumów ludzi?
– Jak widać, można. A wracając do powstania warszawskiego i Verbrennungskommando Warschau, palenisko mieliśmy między innymi na placu zabaw przy ulicy Wolskiej, gdzie znajdowały się rowy przeciwlotnicze. I rzeczywiście paliliśmy tych ciał mnóstwo. Palący sprawdzali opuszczone domy, czy nikt się nie ukrywał. Gdy tylko kogoś wypatrzyli, mieli obowiązek o tym zameldować. Do tego naturalnie zbierali zwłoki z okolicy. I robili z nimi porządek. Palący mieli jasno powiedziane, by dbać o to, by z ciałem spalić także dokumenty pozwalające zidentyfikować zwłoki. Na pocieszenie mogę panu powiedzieć, że swoich też paliliśmy. Robiliśmy to tylko bardziej dyskretnie. Gdy nie było niemieckich cywilów, paliliśmy ciała naszych, którzy ginęli w starciach z Polakami.
Krzyż ułożony tuż po wojnie z bloków kamiennych w miejscu egzekucji i palenia zwłok mieszkańców Woli na dziedzińcu fabryki Franaszka przy ul. Wolskiej 41/43
– Wyciągaliście ze zwłok cenne rzeczy?
– Owszem, Polacy przeszukiwali zwłoki przed spaleniem. I wszystko co cenne zbierali i oddawali nam. Jeśli przyłapaliśmy któregoś Polaka na tym, że chciał coś przywłaszczyć, zabijaliśmy go od razu. Następnie po przeszukaniu zwłok członkowie „VW” układali stos ciał. Na zwłoki kładło się kilka bel drewna, dalej znowu zwłoki, drewno i tak na zmianę. Gdy stos osiągał kilka warstw, oblewało się go benzyną i podpalało. Smród w okolicy był niesamowity. Ten odór palonych ciał przesiąkał ubrania tych, którzy wrzucali zwłoki na stos. Poza tym ciała paliliśmy z jeszcze jednego powodu. Jako uczestnik powstania, zapewne pan pamięta, że było w tamtych dniach wyjątkowo ciepło. Te wszystkie zwłoki, których przecież były tysiące, rozkładały się w błyskawicznym tempie. Szykowała się uczta dla tamtejszych szczurów. Mogła się rozpętać kolosalna epidemia, która zagroziłaby również naszym oddziałom. Stąd decyzja o spaleniu ciał. Część członków „VW” próbowała odmawiać wykonania rozkazów. Wszystkich buntowników od razu rozstrzeliwaliśmy dla przykładu, żeby podobne zachowanie wybić innym z głowy.
– Polacy chętnie z wami współpracowali?
– Nie. Muszę przyznać, że Polacy są narodem wyjątkowym. Ich waleczność jest nie do przecenienia. Wykonywali nasze polecenia tylko dlatego, że ciągle przy ich szyjach trzymaliśmy lufy karabinów. Dosłownie i w przenośni. Wiedzieli, że jakakolwiek próba złamania obowiązujących zasad oznaczała śmierć. Zresztą… Prawda jest taka, że mordowaliśmy, kogo tylko chcieliśmy. Jeśli ktoś źle spojrzał, moi ludzie mogli go na miejscu zabić. Tutaj nie istniało coś takiego jak sądy, proces, rozprawy. To była wojna. Jeśli chciałeś mieć oddział ludzi gotowych zabijać innych, to trzeba było im dać wolną rękę. Owszem, tacy ludzie będą mordować bez opamiętania, ale tylko wtedy, gdy nikt im tego nie będzie ograniczał. Chodzi o to, by im to spowszedniało. Coś jak jedzenie chleba. Jeżeli da go pan Azjacie, to oburzony wypluje całą połkniętą kromkę. Zrobi tak jeden dzień, drugi, trzeci. Lecz gdy będzie pan mu podawał ten niesmaczny chleb każdego dnia na śniadanie, to po tygodniu go przełknie, a po miesiącu mu zasmakuje.
– Nie wierzę! Pan porównuje mordowanie ludzi do jedzenia chleba.
– Porównuję, bo to idealnie opisuje proces spowszechnienia. Wystarczy zebrać grupę osób, w głębi duszy których obecny jest pierwiastek sadyzmu, trzeba im pokazać, jak należy działać, a później wystarczy już tylko patrzeć, co z tego wyniknie. Prawda jest taka, że wielu członków oddziałów zabijających cywilów miało przednią zabawę przy okazji tych mordów. Kilku z nich strasznie bawiło, gdy udało im się celnie trafić granatem w grupę oczekującą na rozstrzelanie. Tak samo niezłą rozrywką było podpalanie domów i wrzucanie do nich zwłok. Wiem, że esesmani robili nawet zawody, kto w ciągu minuty wrzuci najwięcej zwłok do środka.
– Ten śmiech to była próba rozładowania stresu wśród Niemców?
– Nie wiem, nie robiłem psychoanalizy. Jestem prosty chłopak, tak jak i ci niemieccy esesmani. Muszę jednak przyznać, że na pewno nie żałowaliśmy naszym wódki. Musieli się nieraz napić, aby odreagować. Poza tym będąc pijanym, łatwiej przychodziła im realizacja takich trudnych rozkazów. Pamiętam też, że w „VW” był pewien uczony. Miał bodaj pseudonim „Inżynier”. Pomagał nam palić zwłoki.
– To był Polak?
– No tak. I ten cały „Inżynier” wykonywał swoją pracę całkiem nieźle. Aż nagle dopadło go załamanie nerwowe. Nie był w stanie wydukać zdania, ręce trzęsły mu się jak spragnionemu alkoholikowi na widok wódki, a gdy trzeba było palić zwłoki, był tak roztrzęsiony, że aż inni członkowie „VW” odwracali głowy, by razem z nim nie popaść w obłęd. Jak pan myśli, co w takiej sytuacji należało zrobić?
– Nie myślę jak typowy zbrodniarz. Musi mi pan podpowiedzieć!
– Ten cały „Inżynier” siał ferment wśród innych członków komanda. Czynił więcej szkód niż pożytku. Podobno tak się załamał, gdy któregoś razu wypatrzył jakiegoś Polaka w opuszczonej kamienicy. Zgodnie z rozkazem zgłosił to, a chwilę później esesman na jego oczach rozstrzelał tego mężczyznę. Słyszałem, że po tym wydarzeniu „Inżynier” doznał kompletnego załamania nerwowego i nie był w stanie już się pozbierać.
– Nie mam w sobie pierwiastka sadysty. A przynajmniej tak mi się wydaje…
– Zaraz, zaraz. Każdy człowiek nosi w sobie pierwiastek zła. Jak pan myśli, kto to powiedział?
– Nie wiem.
– Ja. Ja tak uważam. Mam doświadczenie. Widziałem już tylu ludzi, którzy z potulnych baranków zamieniali się w agresywne bestie, mordujące wszystko jak leci… Oni bywali tak rozdrażnieni, że zabijali wszystko, co spotkali na swojej drodze. Nawet mordowali muchy i ślimaki!
– No. I pewnie komary!
– A żeby pan wiedział! I proszę sobie nie stroić ze mnie żartów.
VERBRENNUNGSKOMMANDO WARSCHAU OCZAMI ŚWIADKA, UCZESTNIKA POWSTANIA WARSZAWSKIEGO TADEUSZA KLIMASZEWSKIEGO PS. „GÓRAL”
Nosili teraz prawie wszyscy. Kilku, którym wymioty wydzierały wnętrzności, kapo* skierował do noszenia drzewa. Taszczyli oni z opuszczonych biur i warsztatów stoły, drzwi, części szaf, pokrywając pierwszy pokład zwłok, na który kładziono znowu ciała.
Minuty wlokły się teraz jak godziny całe. Straszliwy odór poruszonych trupów dawno przekroczył granice wytrzymałości – ale ludzie wytrzymywali, musieli wytrzymać. Pracowaliśmy w zupełnym milczeniu, zaciskając usta i nosy, aby jak najmniej połknąć jadu, którym przesycone było powietrze. Myśli otępiały znowu. Obrzydzenie, litość, nienawiść, strach – wszystko to połączyło się w jakiś ciężki opar, który mroczył mózgi.
Początkowo wyszukiwaliśmy tych „najlepszych”, najmniej okaleczonych, najbardziej ludzkich zwłok, ale później było już wszystko jedno. Ręce niechronione niczym nie wybierały już „lepszych”, targały zaskorupiałe ubrania, chwytały nadpsute kończyny. Roje spłoszonych much, brzęczących gniewnie, rozeźlonych przerwaną ucztą, atakowały spocone ciała osiadając na wargach, pchając się do oczu. Udrękę powiększał jeszcze wzmagający się skwar, który tu na podwórku otoczonym zewsząd rozgrzanymi murami buchał niby z łaźni. Ale przecież ręce chwytały nowe brzemię, mięśnie napinały się. Nie dać się, za wszelką cenę nie dać się zepchnąć w to kłębowisko okrwawionych, rozkładających się ciał. Może dziś jeszcze, jutro, pojutrze, za tydzień przypadek odsłoni jakąś ścieżkę ocalenia.
Tymczasem stos rósł, piętrząc się ku górze. Czasem w krótkiej chwili odpoczynku wzrok mój ześlizgiwał się po pracujących. Widziałem opaloną sylwetkę kapo, jego zacięte rysy i muskularne ręce w gorączkowym wysiłku; […] Człowiek o śmiesznym ryjku wydawał się prawie obojętny; pracował wytrwale, kurząc łapczywie papierosy. Miękkie, kobiece ciało nauczyciela ociekało całe potem, ale twarz nie reagowała, była tępa, bezmyślna prawie, z dolną szczęką wysuniętą do przodu. Jego drobne ręce już nie wahały się — chwytały zwłoki, gdzie popadło.
* Kapo – więzień będący nadzorcą komanda.
Źródło cytatu: T. Klimaszewski, „Verbrennungskommando Warschau”, Czytelnik, Warszawa 1984, s. 42– 43.
– Naturalnie! Co się stało z „Inżynierem”?
– Zabiliśmy go. Wystarczyła krótka chwila, by niemiecki ołów znalazł się w jego ciele.
– To bardzo ciekawe, bo według mojej wiedzy żaden z członków „VW” nigdy nie doniósł, by jakiś Polak gdzieś się ukrywał. Po prostu mieli tyle honoru, by nie kapować własnych rodaków. Zatem w tej opowieści historia o donoszącym „Inżynierze” nie trzyma się kupy…
– Jak zwał, tak zwał. Jedno jest pewne. „Inżynier” z powodu nerwicy został rozstrzelany. Koniec, kropka! Musi pan wiedzieć coś jeszcze. Takich komand było kilka. Tak było na przykład w przypadku komanda z ulicy Litewskiej. Tam również Polacy zajmowali się paleniem ciał. Najpierw robili to na świeżym powietrzu, podobnie układając ciała na stosie, na nich bele drewna i wszystko co drewniane. Z opuszczonych domów przynosiliśmy meble, biurka, wszystko, co nadawało się do palenia. I układaliśmy to na stosie ciał. Dalej kładliśmy znowu ciała i drewnianą warstwę. W końcu oblewaliśmy to benzyną i podpalaliśmy. W przypadku ulicy Litewskiej później udało się stworzyć krematoria. Co prawda były one dość prymitywne, ale spełniały swoje zadanie, a to najważniejsze.
– Rozumiem, że Polacy z tych komand również zostali zlikwidowani?
– Naturalnie. Przy czym na ulicy Litewskiej była dość częsta rotacja. Polaków, którzy palili ciała, zmienialiśmy co siedem, czasem osiem dni.
– Co to znaczy „zmienialiśmy”?
– Świadkowie nie byli nam potrzebni. Dlatego rozstrzeliwaliśmy ich. Miałem na to zgodę Hitlera. Koniec, kropka!
– Co się stało z członkami „VW” po Rzezi Woli?
– Mówiłem panu! Zlikwidowaliśmy ich, aby nie było świadków naszych czynów.
– To ciekawe. Według mojej wiedzy tych, którzy przeżyli, dalej ciągaliście do „sprzątania” po kolejnych mordach w Warszawie. Tym sposobem członkowie tego okropnego komanda musieli palić ofiary zamordowane na Starym Mieście, w okolicach ruin Opery Narodowej, Ogrodu Saskiego czy zabitych w pobliżu Hali Mirowskiej.
DRAMATYCZNE WSPOMNIENIA Z RZEZI WOLI
Metoda była nadzwyczaj prosta. Zaszokowani i przerażeni mieszkańcy byli wypędzani ze swych domów i wyprowadzani pod bronią do hali fabrycznej lub na podwórze, gdzie ich otaczano ze wszystkich stron, bez możliwości ucieczki. Kiedy Niemcy byli gotowi, dzielili cywilów na grupy pięćdziesięcioosobowe i prowadzili na miejsce egzekucji. Tam ich rozstrzeliwano. Hans Thieme pamiętał, że niektórzy żołnierze byli podekscytowani tymi morderstwami, szukali okazji, by dotrzeć do miejsc straceń i wziąć udział w rozstrzeliwaniu. Robili także pamiątkowe zdjęcia do albumów.
[…]
Jednym z najstraszniejszych aspektów tych egzekucji było to, że ofiary musiały stać obok, a czasem nawet stąpać po zwłokach osób zamordowanych przed nimi. Gdy ludzie zbliżali się do stosów trupów, zdawali sobie sprawę, co ich czeka, i wpadali w panikę. Rodzice błagali esesmanów, by pozwolili ich dzieciom odejść, inni próbowali się obejmować na pożegnanie, ale na ogół lufa karabinu ich rozdzielała. Gdy Ryszard Piekarek dotarł do wiaduktu, osłabł na widok tego, co zobaczył, a jednocześnie zrozumiał, że nie może nic zrobić. „Zobaczyłem trzystu lub czterystu pomordowanych cywilów, leżących na stercie o wysokości ponad jednego metra, a obok gęstą warstwę zakrzepłej krwi”. Tylko on przeżył z grupy kolejnych 50 rozstrzeliwanych osób.
Źródło: A. Richie, „Warszawa 1944. Tragiczne powstanie”, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013, s. 140–143.
– Tak było. Ma pan rację. A skoro pan to wie, to po cholerę się o to dopytuje?
– Chciałem zapytać u źródła. A przy okazji sprawdzić, czy pan kłamie.
– No to się panu udało.
– Zaraz, zaraz. To co właściwie wami kierowało, skoro paliliście ciała z dokumentami? Mówiąc wprost… Zacieraliście ślady, czyli chcieliście ukryć swoją działalność…
– Może tak, może nie. Przyszedł taki rozkaz, to go wykonywaliśmy. Więcej w tej kwestii nie mam do powiedzenia.
Pomnik Ofiar Rzezi Woli u zbiegu ul. Leszno i al. Solidarności
– A tak po ludzku zastanawiał się pan kiedyś, dlaczego doszło do Rzezi Woli?
– Nie zastanawiałem się „po ludzku”, jak pan to określił. To było oczywiste. Przywódcy Rzeszy od dawna wpajali nam, że Polacy są najbardziej problematycznym narodem pośród tych na obszarach okupowanych. Poza tym, jesteście…, byliście niższej rasy, dlatego was tak traktowaliśmy.
– Niepojęte… Mówić takie rzeczy! Pan po latach nadal czuje się nadczłowiekiem?
– No oczywiście, że tak.
Erich von dem Bach (w środku) był pupilem Reichsführera SS Heinricha Himmlera (po prawej)
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Erich von dem Bach (Zelewski) – generał SS, uznany za zbrodniarza wojennego, odpowiedzialny za tłumienie powstania warszawskiego. [wróć]
2. Cytat z książki Władysława Bartoszewskiego, „Prawda o von dem Bachu”, Wydawnictwo Zachodnie, Warszawa 1961, s. 30. [wróć]
3. Można o tym przeczytać w książce Christophera Machta „Spowiedź doktora Mengele. Szczera rozmowa z więźniarką z Auschwitz”, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2020. [wróć]
4. Inna wersja mówi, że zamieniono mu karę na pobyt w areszcie domowym. [wróć]
5. W. Bartoszewski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 7. [wróć]
6. Pisał o tym W. Bartoszewski w „Prawdzie o von dem Bachu”. [wróć]
7. W. Bartoszewski, „Prawda o von dem Bachu”, s. 8. [wróć]
8. Inna wersja mówi o sześciu komunistach. [wróć]
9. Pol. „Co? Nic nie rozumiem”. [wróć]
10. Przysięga Hipokratesa (Hippokratesa) – cytat pochodzi z dokumentu Naczelnej Izby Lekarskiej, autorem polskiego tłumaczenia jest prof. dr hab. Marian Wesoły; tekst przysięgi dostępny pod adresem: https://nil.org.pl/uploaded_images/1575631646_przysiega-hippokratesa.pdf. [wróć]
11. Batalion harcerski „Zośka” Armii Krajowej, walczący w powstaniu warszawskim w ramach Zgrupowania Kedywu „Radosław” na Woli, Starym Mieście, w Śródmieściu, na Czerniakowie i Mokotowie. Wziął nazwę od pseudonimu Tadeusza Zawadzkiego „Zośki”, dowódcy Grup Szturmowych Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów (czyli Związku Harcerstwa Polskiego w konspiracji), który poległ 20 sierpnia 1943 roku. [wróć]
12. Łac. chlorek potasu. [wróć]
13. Więcej o doktorze Josefie Mengele można przeczytać w książce Christophera Machta „Spowiedź doktora Mengele. Szczera rozmowa z więźniarką z Auschwitz”, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2020. [wróć]
14. Pol. „Dobry wieczór, panie von dem Bach-Zelewski”. [wróć]
15. W Rzezi Woli nie brały udziału zwarte oddziały ukraińskie na służbie niemieckiej. Zapewne opisany żołnierz służył w batalionie azerskim należącym do Oddziału Specjalnego „Bergmann” z Grupy Bojowej Reinefartha, który od 5 sierpnia 1944 roku brał udział w walkach i masakrach cywilów na Woli. Jednak ludność Warszawy powszechnie, stereotypowo nazywała żołnierzy wschodnich formacji kolaboranckich Ukraińcami (a w przypadku posiadania azjatyckich rysów twarzy – Mongołami lub Kałmukami), wiedząc o współpracy nacjonalistów ukraińskich z Niemcami i ich masowych mordach na Polakach mieszkających na Kresach Południowo-Wschodnich. [wróć]
16. Wanda Lurie zmarła w 1999 roku, zaś jej syn Mścisław odszedł 22 czerwca 2018 roku. [wróć]
17. Oddział zajmujący się paleniem zwłok. [wróć]
