Spotkajmy się po wojnie - Agnieszka Jeż - ebook
NOWOŚĆ

Spotkajmy się po wojnie ebook

Agnieszka Jeż

4,3

129 osób interesuje się tą książką

Opis

TRZY POKOLENIA, DWIE HISTORIE, JEDEN WSPÓLNY LOS. PIĘKNA OPOWIEŚĆ O MIŁOŚCI I WOJNIE.

Anna Matkowska i Marcin Zieliński zaczynają nowe życie. Razem będą zapisywać czystą kartę ich przyszłości. Podczas przyjęcia zaręczynowego okazuje się jednak, że ta historia zaczęła się wiele lat wcześniej, podczas wojny, kiedy los połączył ich dziadków.

W tej opowieści jest wszystko: szaleńcza miłość, zazdrość, tajemnice, kłamstwa, przemilczenia, lęki i nadzieje. I najtrudniejsze – przebaczenie.

BO PRAWDZIWA MIŁOŚĆ TO DOBRO. I PRAWDA.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 330

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

Życie to jest teatr, mówisz do mnie, opowiadasz

Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada

Życie to zabawa, wszystko to jest jedna gra

Przy otwartych i zamkniętych drzwiach

To jest gra!

 

Życie to nie teatr, ja ci na to odpowiadam

Życie to nie tylko kolorowa maskarada

Życie tym piękniejsze i ważniejsze jest

Blednie przy nim wszystko, blednie nawet sama śmierć

 

Dziwne, jakie myśli przychodzą człowiekowi do głowy, gdy jest w szoku.

Do niej przyszła ta piosenka Edwarda Stachury. Słuchała jej często w liceum. Nastolatki, już nie dzieci, jeszcze nie dorośli, często się gubią w codzienności, zwłaszcza gdy są wrażliwe. Ona była.

Wtedy roztrząsała te słowa czysto teoretycznie, no bo co tak naprawdę się wie o życiu – a już zwłaszcza o jego finale, czyli śmierci, gdy się ma naście lat?...

Później nie wracała do tego utworu, płyta się gdzieś zawieruszyła, w radiu takiej muzyki nie puszczali. Zresztą była starsza, szczypania duszy rzadziej jej się zdarzały, a jeśli już, to sprawniej sobie z nimi radziła.

Dwadzieścia lat później wciąż jednak nie wiedziała wystarczająco dużo, żeby sobie poradzić z sytuacją, w której się właśnie znalazła.

„Miłość jest warta śmierci. Miłość jest warta życia” – znowu przebiegła wzrokiem tekst z kartki, którą trzymała w dłoni.

Może ten Stachura to jednak nie tak przypadkiem do niej wrócił?... Kiedy w młodości słuchała tej piosenki, oczami wyobraźni widziała dwie osoby. Pierwszą ukrytą za papierową maską, pod którą skrywała emocje, drugą – rozedrganą, obnażającą wnętrze przed światem. Na tym się wtedy skupiała – że albo się gra, obsadzając się (czasem w sposób zupełnie nietrafiony) w różnych rolach, albo się stawia na szczerość. Ostatnie dwa wersy: „Życie tym piękniejsze i ważniejsze jest, blednie przy nim wszystko, blednie nawet sama śmierć”, zostawiała z boku. „No bo co one właściwie mają znaczyć?”, zastanawiała się. Że życie jest ważniejsze od śmierci? No jasne, że jest. Że bardziej pociąga? Tak, choć tu już była ostrożniejsza w interpretacji, pamiętając, że Stachura ostatecznie wybrał śmierć, więc w jego przypadku życie nie przyćmiło jej swoim blaskiem.

„Życie to nie teatr” – znowu rozbrzmiało jej w głowie.

Nie, nie była w teatrze, choć wolałaby być. Obejrzeć spektakl do końca, doznać wzruszenia, poklaskać, nagradzając aktorów za grę, poczekać, aż zasłoni ich kotara. Potem odebrać płaszcz z szatni, wrócić do domu, poroztrząsać sceniczne dylematy, ciesząc się, że robi to na „sucho”, ot, ćwiczy przeżywanie emocji w bezpieczny, bo niedotyczący jej osobiście sposób, i spokojnie, syta wrażeń (cudzych) pójść spać.

Tutaj jednak nie było co oczekiwać, że kulisy spłyną na scenę – to nie był spektakl, tylko prawdziwe życie, a ona została uwikłana w tę dramatyczną historię – była jej częścią.

Przyszłość, którą sobie zaplanowała, którą razem z Marcinem zaplanowali, straciła swój wyraźny kontur.

Przeszłość, którą znała – okazała się złudą.

W takiej sytuacji można zrobić tylko jedno – niby proste, a jednocześnie piekielnie trudne.

– Chcę znać prawdę – powiedziała, patrząc po kolei w znajome-obce twarze.

 

„Chcę znać prawdę. Chcę znać prawdę. Chcę znać prawdę”.

Ta myśl dręczyła ją obsesyjnie. Nie potrafiła pojąć sytuacji, w której się znalazła. Gdyby wiedziała – czy lęk i ból byłby wtedy mniej dotkliwe? Sądziła, że tak. Gdy człowiek wie, dlaczego spotkał go tak okrutny los, łatwiej mu go znosić.

„Za co to wszystko?”, więc to była druga myśl.

Ale potem, gdy ten początkowy szok minął, gdy okrzepła w nowej rzeczywistości, przyszła myśl trzecia.

Najgorsza.

Pierwsza była pragnieniem, by rozjaśnić mrok niewiedzy.

Druga – żałośliwym upomnieniem się o sprawiedliwość, bo przecież ona nic złego nie zrobiła.

A trzecia… Trzecia brzmiała: Też masz krew na rękach.

 

 

 

 

 

 

Rozdział pierwszy

 

 

 

– Prawda? Tyle lat myślałam, że ją znam. – Zofia Zamłyńska patrzyła na swoją wnuczkę. Wciąż stała bez ruchu; wszystko, co się w niej kotłowało, zostało we wnętrzu, tylko delikatne drżenie kciuków ujawniało, że jest zdenerwowana.

– Prawda nie zawsze jest dla nas najlepsza. – Teraz powędrowało ku niej spojrzenie Tadeusza Zamłyńskiego. Mężczyzna zrobił krok w stronę żony, wyciągnął w jej kierunku rękę, jakby chciał ją objąć ramieniem, ale w ostatniej chwili się rozmyślił i tylko delikatnie, opuszkami palców, przesunął po jej plecach.

– Prawda? Nie ma jednej prawdy. – Maria Górska przez chwilę zatrzymała wzrok na Ance, a potem przeniosła spojrzenie na męża. On jednak wpatrywał się w Zofię Zamłyńską.

– Prawda? Ja już nie wiem, co jest prawdą. – Rozłożył ręce w geście bezradności.

– Za tamtymi drzwiami jest mała sala kominkowa. – Mama Anki podeszła do niej i szepnęła jej do ucha tę wskazówkę. – Przejdźcie tam, ja zajmę się gośćmi. No. – Delikatnie popchnęła córkę.

Anka wreszcie oderwała stopę od podłogi. Metafory bywają niezwykle trafne – naprawdę stała jak wmurowana. Przecież nie wydarzyło się nic namacalnego, nic naprawdę – to były tylko słowa. Nie czyn, a właśnie słowa, i to mówiące o czymś, co miało miejsce dawno temu. Zdawała sobie sprawę z mocy słów, w końcu była filolożką, ale pierwszy raz w życiu doświadczyła tego, jak potrafią zmienić rzeczywistość. Nie stało się nic i stało się wszystko.

– Chodźmy do pokoju obok. – Ręką wskazała na kremowe drzwi. Patrzyła na babcię. To ona była najważniejszą postacią w tej opowieści.

Zofia Zamłyńska nic nie powiedziała, ale poszła we wskazanym kierunku. Za nią ruszył Tadeusz, potem Jan Górski. Maria Górska się wahała.

– Chodźmy – powtórzył po Ance Marcin. Zatrzymał wzrok na babci. Nie uśmiechał się. Widać było, że jest skonsternowany, trochę zagubiony, ale także – niezadowolony.

Maria Górska też to wychwyciła. To musiała być dla niej nowość. Wyprostowała się i sztywnym krokiem przeszła do drugiej sali.

Anka zamykała ten pochód. Szła po miękkiej wykładzinie jak po mchu. Przypomniał się jej otwocki las i jego aksamitno-wilgotne poszycie. I ten dusząco-zniewalający leśny zapach, który był jednocześnie cudowny i trochę niepokojący. Wtedy, tamtego dnia, też tak było: piękna chwila zniknęła, powoli ustępując miejsca dziwnym wydarzeniom – najpierw to zrujnowane sanatorium, potem dom, w którym zginęła matka Tuwima. Dobry nastrój prysł, w serce wdarł się niepokój. Wtedy, dobrze to pamiętała, przyszedł do niej lęk. Nieokreślony, niespodziewany, jak zapowiedź jakiejś przyszłej katastrofy, która musi nastąpić, w myśl zasady, że nic – dobrego – nie może przecież wiecznie trwać. Zdusiła wówczas w sobie ten lęk, zbeształa się, że ulega takim podszeptom, że to myślenie nie ma w sobie nic racjonalnego.

Gdy zamykała drzwi do drugiej sali, usłyszała głos mamy:

– Mieliśmy się lepiej poznać, to znaczy wy, goście, mieliście się lepiej poznać, a tu się okazuje, że rodzina ma jakieś braki w tej kwestii do nadrobienia. – Mama się roześmiała, ale wymuszenie.

Podobny śmiech był odpowiedzią.

 

* * *

 

– Skąd wy się znacie? Kiedy się poznaliście? Dlaczego wcześniej nic nie powiedzieliście? – Z Marcina wypłynął potok słów. Może dopiero teraz ochłonął, może wcześniej się hamował.

„Nie rozumie. Nie dociera do niego”, pomyślała Anka. Ona też nie znała żadnych szczegółów, ale jedno nie ulegało dla niej wątpliwości: coś strasznego wydarzyło się w życiu jej babci i to babcia Marcina była za to odpowiedzialna. Może łatwiej było jej to pojąć, bo stała po stronie ofiary? Marcin musiał najpierw dopuścić do siebie myśl, że Buba zrobiła coś okropnego. Jego ukochana Buba. I znowu wróciły do niej, jak migawki, obrazy: Kaśka mówiąca o zaborczości babci Marcina, Marcin opowiadający, że babcia jest stanowcza, jej odczucia z pierwszego, proszonego obiadu. Czuła, po prostu coś podskórnie czuła. I się nie pomyliła. Cholerna intuicja, objawia się nie wtedy, kiedy potrzeba! A może właśnie wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna?...

– Poznaliśmy się w Otwocku. – Jan Górski w końcu odpowiedział. Pozostała trójka milczała.

– W Otwocku? A co ty robiłaś w Otwocku, babciu? I ty, dziadku? – Anka nie pamiętała, by dziadkowie kiedykolwiek wspominali o pobycie w tym mieście.

– Właśnie. A wy? W jakimś sanatorium byliście? W szpitalu? Pracowałeś tam? – Marcin też był zdziwiony.

– Mieszkaliśmy w Otwocku – wyjaśnił Jan Górski. I zamilkł.

Nikt inny się nie odezwał, nie zaprzeczył.

– Kiedy? – zapytał Marcin.

– Podczas wojny.

– Podczas wojny? – powtórzył Marcin, zmieniając twierdzenie w pytanie.

– Przecież ty jesteś z Warszawy. – Anka popatrzyła na babcię. – Państwo też. – Teraz wpatrywała się w Jana Górskiego. Patrzenie na Marię Górską przychodziło jej z trudnością, jakby chciała jak najdłużej odwlec moment konfrontacji.

– Jestem. – Zofia Zamłyńska oparła się dłońmi o poręcz krzesła.

Nikt nie usiadł przy okrągłym, dużym stole ustawionym na środku sali. Wszyscy stali, w napięciu i oczekiwaniu.

– Urodziłam się w Warszawie, mieszkałam tam w dzieciństwie, a potem przeprowadziliśmy się z rodzicami do Otwocka. Kilka lat przed wojną.

– To dlaczego nigdy o tym nie powiedziałaś? – Anka była zdumiona. – A ty, dziadku? Przecież uczyłeś się wtedy w Warszawie, no to jak?...

– Wynajmowałem pokój w Otwocku.

– Ja pracowałem w otwockim szpitalu. Babcia też. – Jan Górski nie opierał się o krzesło, mimo że się zgarbił i lekko pochylił.

On, Tadeusz Zamłyński i Zofia Zamłyńska wyglądali, jakby nagle dołożono im lat. Tylko Maria Górska niezmiennie była wyprostowana.

„Jakby szykowała się do ataku”, Anka zauważyła, że dłonie ma zaciśnięte, łokcie lekko cofnięte do tytułu. Cała była spięta, w gotowości.

– O czym my teraz rozmawiamy? – Głos Zofii Zamłyńskiej znowu był taki, jak przed kwadransem, w tamtej sali. – To wszystko to nieistotne szczegóły, dekoracje bez znaczenia… To byłaś ty, prawda? – Zrobiła krok w stronę Marii Górskiej. – Tak, to byłaś ty! – krzyknęła, sama sobie odpowiadając. – To była ona, prawda? – Teraz patrzyła na swojego męża. – To jej głos słyszałeś, nie Ziębińskiej.

Tadeusz Zamłyński wpatrywał się w żonę. Widać było, że waży słowa. Że wolałby się nie odezwać, nie musieć odpowiadać na to pytanie.

– Nie miałem pewności – powiedział powoli. – Zawahałem się, mówiąc, że to Ziębińska, bo ten głos był inny. Kobiecy, ale inny. A inny mógł być tylko Marii. Ale przecież Maria była twoją przyjaciółką, więc…

– Jak to przyjaciółką? – Ance nie udało się już dłużej trzymać emocji na wodzy. Początkowe starania, by uregulować tę rozmowę, by ją przeprowadzić spokojnie i metodycznie, teraz wydały się jej absurdalne. Jak można zapanować nad dramatem? Już miała pewność, że za chwilę usłyszy coś okropnego. Inni też to wiedzieli. Tama spokoju pękła.

– Przyjaciółką? – Zofia Zamłyńska zaczęła się śmiać. Histerycznie, rwanie, aż te dźwięki przeszły w żałośliwe łkanie.

– Nie masz dowodów. Nie masz żadnych dowodów. – Maria Górska jeszcze mocniej zacisnęła palce, aż jej knykcie zbielały.

– Ale to ty mi powiedziałaś, że gestapo przyszło do Rybakowej, że wtedy Sara zginęła. – Jan Górski patrzył na żonę. Do tej pory stał obok niej, ale teraz odsunął się o krok.

„Jaka Sara? Jaka Rybakowa?”, Anka próbowała nadążyć za tą wymianą zdań. „Rybakowa to była przecież ta kobieta od Tuwima. Jezu, o co tu chodzi, o czym oni mówią?”

– O czym wy mówicie?! – krzyknęła. Głośno, histerycznie. – O czym wy, do cholery, mówicie?!

Nikt jej nie odpowiedział.

– Ja też nic nie rozumiem. Co tu się dzieje? – Marcin rozglądał się bezradnie.

On również został zignorowany.

„Jakbyśmy byli tylko widzami”, Anka znowu poczuła się jak w teatrze.

– Ludzie mówili, że tak było. A potem widziałam świeżo wzruszoną ziemię na jej podwórku. No to jak to mogła nie być ona? – Maria Górska mówiła głośno i gniewnie. – A ty skąd wiesz, że ktoś był u Ziębińskich? Podsłuchiwałeś? No, przyznaj się, że tak. A wcześniej wodziłeś za nią oczami. Może to ty wszystko zmyśliłeś, żeby z tobą stamtąd uciekła? – Teraz szarżowała na Tadeusza Zamłyńskiego.

– Nieprawda, jak możesz! – zaprzeczył gwałtownie.

Anka nigdy nie widziała dziadka tak wzburzonego.

– Bardzo ją lubiłem, więcej nawet, podobała mi się od zawsze i… i… ale nigdy bym nie zrobił czegoś takiego.

– Miłość do różnych spraw dodaje sił. – Maria Górska wciąż była w natarciu.

– Jaka miłość? O czym ty mówisz? – Zofia Zamłyńska kręciła głową w niedowierzaniu.

– To dlatego mnie wtedy pocałowałaś, na tym spacerze? – Teraz spojrzenia wszystkich zwróciły się w stronę Jana. – Ale ja ci odpowiedziałem, że nie mogę, że nie chcę, bo moje serce jest zajęte.

– Ech! – Maria Górska machnęła ręką. – Na początku nic nie mówiłeś… Zresztą przecież to było absurdalne, taki pomysł, że ty i ona, ona, która…

– Ona, która… Więc w tym rzecz! – Słowa Zofii Zamłyńskiej przecięły powietrze jak nóż.

– Naprawdę myślałem, że nie żyjesz. – Jan Górski był bliski rozpłakania się.

– Ja cię szukałam. Jak tylko przyszło wyzwolenie, kiedy mogłam wreszcie wyjść, to cię szukałam. Pojechałam do Warszawy, na Hożą, ale tam nie było już nic. Już nic. Kupa gruzu i twoje nazwisko na tej liście umarłych… Zostałam z niczym, wszystko straciłam… Nawet…

Tadeusz Zamłyński znowu jakby chciał przygarnąć żonę, ale nie wykonał żadnego ruchu.

„Boże, ale oni musieli się kochać!”, Ankę aż ścisnęło w środku. Minęło tyle lat, a te emocje były wciąż żywe. Ich rozpacz i smutek świeże, jakby działy się teraz. „Czy babcia była tak zakochana w dziadku? A Jan Górski w swojej żonie?” Znowu spojrzała na dziadka. W jego oczach, gestach, w przycupnięciu i bezruchu kryła się odpowiedź na to pytanie.

– Kiedy dostałem kartkę od Marii, że zginęłaś, uciekłem do Krakowa, do rodziny ciotki. Jak w amoku, jak najdalej. Nie zabrałem legitymacji, została w koszuli, na krześle. To pewnie dlatego to nazwisko… Nic nie myślałem, po prostu musiałem coś zrobić, żeby nie zwariować. Jak maszyna… I tak przez kolejne miesiące. Do Warszawy wróciłem na wiosnę czterdziestego piątego. Do Marii… – Urwał. – Bo potem zaczęliśmy do siebie pisać. Maria mnie pocieszała i tak…

– Niedobrze mi – szepnęła Zofia. – Jak mogłaś? Więc taki był plan: pozbawić mnie życia i przejąć Jana. Udało ci się, bo zawsze byłaś skuteczna. No, prawie, bo ja żyję. A teraz stoję przed tobą, patrzę ci w oczy i chcę wiedzieć: jak mogłaś?

Patrzyła na Górską. Już bez tego gniewu, tylko z bezdennym smutkiem.

– To była miłość. – Maria miała mocny głos.

– Miłość… – Tadeusz Zamłyński chciał powiedzieć coś jeszcze, ale Górska mu przerwała.

– Twoja była lepsza? Przecież to było ci na rękę. Na pewno się ucieszyłeś, że już nie masz konkurenta. Podsłuchiwanie, potem bohaterska pomoc, a na koniec wyszła za ciebie za mąż, no bo jak można nie poślubić zbawcy? Marzyłeś o tym, prawda? Ja widziałam, jak wodzisz za nią oczami!

– Ty nic nie wiesz o miłości. – Zofia mówiła z trudem. – Prawdziwa miłość to dobro. I prawda. Prawdziwa miłość jest altruistyczna. Ty jesteś egoistką.

– Egoistką! O Boże, i kto to mówi! – Maria Górska się zaśmiała. Nieprzyjemnie, głośno. – No to porozmawiajmy sobie o egoizmie. Ciekawe, co by powiedziała Rebeka.

„Rebeka?”, pomyślała Anka. Teraz sobie przypomniała, że na początku była mowa o Sarze. O kim oni mówili?

– No? Czemu milczysz? Powiedz wnuczce, jak było naprawdę z twoją siostrą!

– Daj spokój! – Jan Górski wreszcie się ruszył. Podszedł do żony i zacisnął dłoń na jej ramieniu. – Daj spokój – powtórzył ciszej.

– Jaką siostrą? – Anka czuła, że grunt ucieka jej spod stóp. Babcia nie miała siostry, miała tylko brata. Nic nie rozumiała z tej sztuki. Nic a nic. Wiedziała, że finał będzie okropny. I że już nie ma odwrotu, już się nie da od tego uciec. Zresztą ona sama zadała to pytanie, to ona chciała znać prawdę.

– No nie? Naprawdę? Nie powiedziałaś jej? On też nie wie? – Górska spojrzała najpierw na Ankę, potem na Tadeusza Zamłyńskiego.

– To nieludzkie – wyszeptał Jan Górski.

– Nieludzkie – zgodziła się jego żona. Widać, że co innego jednak miała na myśli.

– Babciu?... – Anka podeszła do niej. – Babciu?...

Zofia Zamłyńska płakała. Bezgłośnie, bez ruchu, po prostu z jej dużych ciemnych oczu kapały okrągłe łzy. Bruzdami zmarszczek spływały na brodę, potem uciekały pod podbródek i niknęły w zmarszczkach na szyi, by objawić się ciemniejącą plamą na kołnierzyku koszuli.

Zapadła cisza.

Nie powinna była pytać, ale nie mogła, po prostu nie mogła milczeć. Czuła, że jeśli zostawi w sobie te pytania, to coś się z nią stanie. Pęknie, wybuchnie, one ją zduszą.

– Babciu, kim jest Sara? Kim jest Rebeka? O czym ona mówi? – Anka patrzyła babci w oczy. Z miłością, ale nieustępliwie.

– Ja… – zaczęła Zofia Zamłyńska. Obróciła głowę w stronę męża, potem przeniosła spojrzenie na Jana Górskiego, nieobecnym wzrokiem przesunęła po Marii Górskiej i znowu patrzyła na swoją wnuczkę. – Ja…

Do tej pory stała jak bohaterka finalnej sceny dramatu. Z twarzą oddającą gwałtowne emocje, grająca także całym ciałem. Teraz zmieniła się w pacynkę, którą właśnie ręka aktora przesunęła pod parawan. Dłoń się wysunęła, pacynka zwiotczała, zwinęła się w kulkę.

Zofia Zamłyńska osunęła się na ziemię.

 

Było jej okropnie niedobrze. Pomyślała, że zaraz zemdleje.

Początkowo niczego nie czuła, lęk był tak silny, że tłumił wszelkie inne doznania ciała.

Potem jakby odtajała. I zaczęła ją boleć dusza. Nie sądziła, że dusza może boleć.

Później zaczęły ją boleć wnętrzności. Najpierw myślała, że coś zjadła, coś popsutego. Potem – że poważnie zachorowała, o to przecież nietrudno w takich warunkach.

Ale to nie było ani jedno, ani drugie.

Człowiek jest niezwykłą istotą, potrafi odgadnąć to, czego jeszcze nie zna. Przeczuć to, co dopiero się zaczyna.

„Boże”, pomyślała. Tylko tyle. Albo aż tyle.

 

 

 

 

 

 

Rozdział drugi

 

 

 

Drzwi nie były zamknięte. Przez wąski przesmyk, jaki dzielił okleinę od framugi, padało jasne światło. Błyszcząca linia biegła przez ścianę i podłogę, dzieląc korytarz na pół. Po jednej jej stronie stali Anka i Marcin, po drugiej – Jan Górski. W pokoju, przy łóżku Zofii Zamłyńskiej, byli jej mąż, córka i zięć.

– To niemożliwe, żeby to była Buba, po prostu nie. Znam ją tyle lat. Nie byłaby w stanie. Ja wiem, że ona ma swoje wady, przecież nie jestem ślepy, ale coś takiego? Nie, no nie, to niemożliwe. – Marcin stał przed Anką, żywo gestykulując.

– Mnie chcesz przekonać czy siebie? – zapytała. – Każdy ma jakieś tajemnice, a dziś się dowiedzieliśmy, że oni też mają. W takiej sytuacji mówienie „ja ją znam” już nie działa. Nie ma racji bytu, rozumiesz?

– Zgoda, dobra. Coś się wydarzyło, nie wiedzieliśmy o tym. Okłamali nas. Nie, to za dużo powiedziane – po prostu nie powiedzieli nam wszystkiego, ale to też nie zbrodnia, ludzie mają prawo do swoich, tylko swoich spraw. Ale tu chodzi o to, że ta… – zawahał się, jakiego słowa użyć – że ten donos, ta sytuacja – jednak nie wybrał najostrzejszego repertuaru – to z powodu miłości. Jakiejś szalonej, chorej miłości. A ostatnią rzecz, jaką można powiedzieć o Bubie, to że mogłaby oszaleć z miłości. Ona jest poukładana, rozważna, metodyczna.

„Poukładana, rozważna, metodyczna”. Tak się zaczyna charakterystyka psychopaty w co drugim thrillerze, pomyślała Anka. Życia nie znała może zbyt dobrze, ale gdyby miała sądzić na podstawie literatury, która przecież czerpie z życia garściami, toby powiedziała, że najmniej można ufać tym, co zawsze są spokojni i opanowani. Ten zewnętrzny gruby pancerz spokoju trzyma w ryzach wewnętrzne szaleństwa i obsesje. Co siedzi w środku Marii Górskiej?

Wyminęła Marcina, zrobiła kilka kroków, przecięła tę świetlistą smugę światła i zatrzymała się na wprost Jana Górskiego.

Spojrzał na nią. Nie uciekał wzrokiem, nie odezwał się. Po prostu stał, patrzył i czekał.

Od początku go polubiła. Gdyby jej ktoś wtedy powiedział, że to dlatego, że on mógłby być jej dziadkiem… A jednak w jakiś sposób powieliła wybór babci, która też kiedyś musiała tak stać przed Janem Górskim. Młodym, wyprostowanym jak struna, silnym. Co wtedy widziała w jego niebieskich oczach? Jaką przyszłość? Anka dostrzegała teraz ból i smutek.

– Tak było? – zapytała.

– Ja… nie wiem, nie mogę w to uwierzyć. – Wciąż patrzył jej w oczy. – Mówię, że nie mogę uwierzyć, nie dlatego, że to nieprawda, bo to chyba jest prawda, tylko dlatego, że toby znaczyło, że całe życie żyłem w kłamstwie. Całe życie, pani to rozumie?

Rozumiała tylko tyle, że ona jest jeszcze na początku, a on już pod koniec życia. Wiele lat różnicy.

– Ogromnie kochałem pani babcię. Od pierwszego spotkania, rozmowy czułem, że to jest coś ważnego. I to coś rosło i pęczniało, i oboje marzyliśmy, żeby trwało jak najdłużej…. – Zamyślił się.

Anka nic nie mówiła, nie chciała go wybijać z rytmu.

Marcin podszedł bliżej, ale też milczał.

– Kiedy się dowiedziałem, że ona zginęła, że się nie udało jej przechować i ocalić, to dla mnie był koniec. Wokół wojna, bomby, ludzie giną, a ja dopiero wtedy poczułem, że świat się skończył. Jak w amoku byłem, podjąłem decyzję, żeby opuścić mieszkanie ciotki i pojechać do dalszej rodziny do Krakowa. To pamiętam jak przez mgłę. Potem się zorientowałem, że nie mam legitymacji, że ją zostawiłem w domu. To był kłopot, ale to w końcu papier. Tylko papier. Wyrobiłem nową. Kto by się przejmował, skoro ona nie żyje. A teraz sobie pomyślałem, że jeśliby ten ktoś, kto zajął to mieszkanie, nie miał na sobie mojej koszuli, to ja bym nie był na liście osób, które zginęły. I może by mnie odnalazła. Może by się jej udało?... To jest jedno, taki smutek, ale to mogę teraz przeboleć, to przypadek, los, traf, niczyjej winy w tym. Ale to drugie, że Maryś… że Maria ją wydała? Skazała na śmierć? No to jest coś, czego nie mogę pojąć. Przyjąć tego nie mogę! – Po raz pierwszy podniósł głos. – Jak sobie pomyślę, że każdy dzień, każdy jeden dzień z tych tysięcy dni, które wspólnie przeżyliśmy, był zbudowany na kłamstwie… Boże, Boże mój, jak żyć z taką myślą?

Jan Górski się rozszlochał. Bezgłośnie, poruszając ramionami i zaciskając usta.

Anka podeszła i go objęła. Oparła mu głowę na ramieniu i czuła, jak przechodzi przez nią fala jego smutku.

Marcin nie ruszył się z miejsca.

Po dłuższej chwili, gdy ramiona Jana Górskiego przestały drgać, a jego oddech się uspokoił, lekko się od niej odsunął.

– Te kolczyki – wyciągnął dłoń w stronę jej ucha – miały być dla niej, dla pani babci. – I ten pierścionek – teraz patrzył na jej palec serdeczny – też. Bo ja ją poprosiłem o rękę, tylko nie miałem czego wsunąć na palec. Potem, w Krakowie, od babki ciotecznej dostałem ten komplet. Ona myślała, że ta wielka miłość, o której ciotka coś wiedziała, to trwa. I chciała oddać, żeby w rodzinie zostało... No i zostało. Tyle lat czekania i zostało… Nie na palcu Sary, a jej wnuczki…

Anka, mimo że poruszona, natychmiast zareagowała na Sarę. Wcześniej, gdy czekali na karetkę, a potem szukali lekarza, żeby się dowiedzieć czegoś o stanie babci, zupełnie wyleciało jej to z głowy. Teraz wróciło. O co chodzi z tą Sarą? I jeszcze to drugie obce imię – jak to było? Rebeka? Przecież to żydowskie imiona. Czyje? Że niby siostry babci?...

– Dlaczego Sara? – zdążyła zapytać, a potem jasne światło, uwolnione zza domkniętych drzwi, zalało korytarz.

Zmrużyła oczy. Widziała, że w progu stanęły trzy osoby: lekarz, mama i tata. Dziadek – mała, skulona postać, został przy łóżku żony.

Kiwnęła głową w kierunku lekarza, cicho, ochrypłym głosem mówiąc „dzień dobry”. Odpowiedział jej pocieszającym uśmiechem; śledziła go wzrokiem, gdy szedł błyszczącą wykładziną w głąb korytarza. Podeszła do mamy.

Mama miała dziwny wyraz twarzy. Nie były to ból czy rozpacz, więc stan babci musiał być dobry, stabilny, zresztą mina lekarza nie wskazywała, że przed chwilą przekazał jakieś dramatyczne wieści. Nie, to było coś innego. Nie umiała tego nazwać. Po prostu mama była inna.

– Z babcią okej – odezwała się. – Będzie dobrze. Lekarze porobią badania, bo wiek i tak dalej, ale to omdlenie to z powodu emocji. Kilka dni i wszystko wróci do normy. – Położyła Ance rękę na ramieniu.

– Wróci do normy – powtórzyła po niej Anka.

– Tak. To znaczy do tej normy zdrowotnej, bo reszta… Na resztę będzie trzeba więcej czasu.

– Nie tylko babcia będzie potrzebowała więcej czasu, my także. Ty, mamo, również. Co jeszcze się stało?

Mama westchnęła.

– No widzę przecież, mamo. Zrobiłaś się inna.

Mama pokiwała głową.

– Jestem inna. Ty też jesteś inna.

– W jakim sensie inna? O czym wy mówicie? Jakaś Sara… – Spojrzała na Jana Górskiego. – A teraz ty. – Znów wróciła wzrokiem do matki. – Co jeszcze?

Jan Górski zawahał się, ale zamilkł. Patrzył na córkę swojej dawnej narzeczonej.

– Sara. Sara Flinkier. Tak się nazywała przed wojną twoja babcia, a moja mama.

– Ale… – zaczęła Anka. – Ale to znaczy…

I nagle wszystko zrozumiała.

– Babcia była Żydówką. To znaczy, że jest Żydówką. A to znaczy, że ja… – teraz patrzyła na Marcina – też jestem Żydówką.

 

* * *

 

– No, powiem ci, że było poruszenie. Nie takie wprost, to znaczy nikt nie pytał głośno i w ogóle komentarze też były szeptane, takie po bliższych znajomych, bo przecież byliśmy wymieszani, więc nie do końca wiadomo, co i komu można powiedzieć, ale sytuacja była osobliwa. A potem, kiedy jeszcze przyjechała karetka… Na pewno miałaś oryginalne przyjęcie zaręczynowe.

– Daj spokój, Kaśka. Nie mam ochoty na żarty – westchnęła Anka.

Siedziała w kuchni, nad pustym talerzem i pustą szklanką. Wyjęła je z szafki, ale niczym nie napełniła. Słoneczny dzień przeszedł w miedziany mrok, mrok w granatową noc, a ona wciąż tkwiła przed tym pustym nakryciem, aż w końcu zadzwoniła Kaśka.

– Próbuję cię jakoś rozweselić. Nie tak miało być, co?

– Nie tak. – Anka wsunęła rękę do kieszeni, gdzie wciąż trzymała złożoną kartkę z przemową zaręczynową.

– Ale z babcią okej?

– Tak. Będzie dobrze. Za dużo emocji, nagły stres, no i taki efekt.

– Ciekawe. To dziadek był zawsze ten słabowity, a babcia w ryzach, a jak przyszło co do czego, to ona osłabła.

– Nie ma się co dziwić. Po takiej historii.

Zaczęła się bawić pustą szklanką, delikatne obracając ją w dłoni.

– À propos. Powiesz coś?... – Kaśka zawiesiła głos. – To znaczy zrozumiem, jeśli nie, bo to coś bardzo prywatnego i tylko między wami… – Umilkła, ale w taki sposób, że choć na poziomie deklaracji wszystko było elegancko, to dało się czuć, że ewentualna niewiedza będzie ją bardzo dręczyła.

– Powiem ci, przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką.

Kaśka milczała, ale Anka wręcz poczuła zadowolenie po drugiej stronie.

– Okazało się, że dziadek Marcina znał moją babcię. Więcej, oni byli parą.

– No nie! – wyrwało się Kaśce.

– Tak. Podczas wojny. Oboje pracowali w tym samym szpitalu, to znaczy sanatorium. Była tam też babcia Marcina.

– Trójkąt… – zaczęła Kaśka.

– W pewnym sensie. Bo właściwie to czworokąt. Dziadek, znaczy mój dziadek, też ich znał.

– No ładnie…

– Nie, strasznie brzydko. Babcia Zosia kochała dziadka Marcina. On ją też. Ale Buba też go kochała. I to tak bardzo, że wydała moją babcię, a swoją przyjaciółkę gestapo. Janowi Górskiemu powiedziała, że ona nie żyje, babcia go szukała zaraz po wojnie, ale wskutek pomyłki umieszczono go na liście zmarłych, więc oboje żyli w przeświadczeniu, że ich połówki zginęły. I Jan się ożenił z Marią, a moja babcia – z dziadkiem Tadeuszem.

– A on jak był w to zamieszany?

– Mieszkał w tym domu, co dziadkowie Marcina. I to on uratował babcię przed Niemcami. A potem pomagał się jej ukrywać. Cały czas ją kochał.

– O rany! Co za historia! Nie do uwierzenia! – Kaśka nawet nie udawała, że się nie ekscytuje, mimo że te trudne losy dotyczyły najbliższych Anki. – A dlaczego ona się ukrywała? Działała w podziemiu czy co? Nigdy nie mówiłaś.

Anka westchnęła.

Teraz delikatnie kręciła szklanką wokół palca wskazującego.

– Nie mówiłam, bo nie miałam pojęcia. Nie działała w podziemiu. Jest Żydówką.

– Co? – Kaśkę zatkało.

– To. Właśnie to. Moja babcia jest Żydówką.

– No… Chociaż powiem ci, że ona przecież ma taką urodę – te ciemne oczy, ciemne włosy. Pasuje. Ty już nie. Twoja mama też nie. Ale, zaraz, poczekaj, żydowskie pochodzenie to się w linii kobiecej dziedziczy, nie? Po matce?

– Tak.

– Czyli ty…

– Jestem Żydówką. Mam trzydzieści trzy lata i właśnie się dowiedziałam, że jestem Żydówką.

– Niezły początek małżeństwa, co? Ale nie stresuj się, to się wszystko poukłada. Wydarzyło się, przewaliło i minie. Jak się zaczyna trzęsieniem ziemi, to potem może być tylko…

– Gorzej – dokończyła Anka.

– No jak: gorzej? Lepiej.

– U Hitchcocka trzęsienie ziemi jest na początku, a potem sytuacja jest rozwojowa.

– E! – zbagatelizowała Kaśka. – To na potrzeby kina. Znowu złowieszczysz.

– Nie złowieszczę, po prostu… – Teraz pomyślała o Rebece. O której nic jeszcze nie wiedziała, prócz tego, że była siostrą babci i że to nie ją, a Jana babcia wybrała. – Po prostu próbuję tym razem wyprzedzić życie i nie dać się więcej zaskoczyć.

Gdy tylko to powiedziała, od razu pożałowała. To było jak zaproszenie dla losu, żeby znowu ją ograł.

Wykonała zbyt energiczny ruch dłonią; szklanka wytoczyła się spod jej palców, doturlała na krawędź stołu i z łoskotem roztrzaskała się na kafelkach.

 

To też była kara. Kara za to, że wcześniej myślała, iż już nic straszniejszego nie może się wydarzyć.

Kara za sprzeniewierzenie się przykazaniom boskim.

Kara za wystąpienie przeciwko ustalonemu porządkowi tradycji.

Kara za egoizm.

Kara, która w innej, niemożliwej do wyobrażenia teraz sytuacji, mogłaby wcale nie być karą.

Myślała o śmierci, choć żyła za dwoje.

 

 

 

 

 

 

Rozdział trzeci

 

 

 

– Żartujesz? – Z nadzieją w głosie zapytała Ola.

Anka westchnęła.

– Och, rany – powiedziała Marta. Jak na psycholożkę mało profesjonalnie, czyli nawet na niej zrobiło to wrażenie.

Spotkały się w firmowej kuchni; dziewczyny już tam były, siedziały przy stole i piły kawę. Anka przyszła ostatnia. Była dziś trochę spóźniona, bo wszystko zabierało jej dwa razy więcej czasu. Nie potrafiła się skupić, bolała ją głowa.

– Nie, tak to wyglądało. Nawet chyba gorzej, bo… bo mam przeczucie, że jeszcze nie wszystko wiem.

– Ty to ty, ale pomyśl sobie, jak oni się muszą czuć, znaczy dziadkowie. No bo co teraz? Tak po prostu przejść nad tym do porządku dziennego? Nie da się. – Ola aż wstała z krzesła, tak nią wstrząsnęła ta opowieść. Stół się zachybotał, odrobina kawy przelała się z kubka na blat.

– Ania też ma o czym myśleć – powiedziała powoli Marta, ścierając chusteczką brązowy płyn. – To, na czym budowała swoją tożsamość, okazało się nieprawdą. Fakty, przodkowie, historia – to, co ją ulepiło – w rzeczywistości wyglądało zupełnie inaczej.

– Niby tak, ale Ania przecież jest, jaka jest. Tamto się wydarzyło strasznie dawno temu i dwa pokolenia wcześniej. Więc teoretycznie, Marta, oczywiście masz rację, zresztą jesteś psycholożką, ale praktycznie, to wszystko da się ułożyć, nie? – Ola spojrzała najpierw na Martę, potem na Ankę. – Zresztą to oni, ci starsi, muszą się jakoś w tym odnaleźć, a ty i Marcin… No, wy to, że tak powiem, wtórnie.

– Babcia jest w szpitalu. A pozostała trójka? Rozmawiali jeszcze potem? – zapytała Marta. Wstała, żeby wyrzucić przemoczony papier do kosza.

– Nie. – Anka pokręciła głową. – Babcia na oddziale, dziadek u rodziców, Buba w domu, a dziadek Marcina u niego.

– O! – zdziwiła się Ola. – To dlatego, że się dowiedział, co się stało?

– Tak. Marcin miał go odwieźć, ale kiedy byli już niedaleko domu, powiedział, że do jego mieszkania to nie, bo nie mógłby teraz tam być, to znaczy z nią, z Bubą. Więc Marcin zabrał go do siebie.

– A Marcin co o tym mówi? – Marta po pierwszym zdziwieniu zadawała krótkie, konkretne pytania.

– No właśnie… – Anka znowu westchnęła. – Jest rozdarty. Bo z jednej strony rozumie dziadka, ale z drugiej… On jednak rzeczywiście kocha Bubę, to znaczy – bardzo ją kocha. Nie chcę powiedzieć, że mocniej niż dziadka, choć w sumie… Zawiózł dziadka do siebie, a potem pojechał do babci, żeby zabrać różne rzeczy, ale też po to, żeby zobaczyć, jak ona się ma, porozmawiać z nią.

– Źle zrobiła, ale to jego babcia, matki nie ma, nie ma się co dziwić, że ją pociesza. – Ola była wyrozumiała, zawsze i w każdym szukała dobrych cech.

– Nie jestem pewna, czy ona potrzebuje pocieszenia… – zaczęła Anka. Było jej trochę głupio wyciągać takie delikatne sprawy rodzinne na światło dzienne, ale obie dziewczyny były życzliwe, taktowne, a do tego Marta była specjalistką od pogmatwanych relacji. – W sumie to chyba uważa się za ofiarę.

– Ona? – Zdębiała Ola. – No jak ona, przecież to twoja babcia została skrzywdzona. I dziadek Marcina w sumie też.

– A czym to motywuje? Jakoś próbuje racjonalizować? Czy po prostu siła wyparcia? – zapytała Marta.

„Och, rany”, westchnęła w duchu Anka. Ale skoro już zaczęła…

– Już się nie wypiera, że to ona doniosła na moją babcię, ale motywuje to miłością do dziadka.

– Dobre sobie – prychnęła Ola. – Kocham faceta, to sprzątnę jego narzeczoną, żeby mógł być tylko mój, żebym tylko ja go uszczęśliwiała.

– Powiedziała też, że ci, co sami nie są święci, nie powinni nikogo oceniać. – Anka powoli zmierzała do finału wypowiedzi. Nie da się uciec od rodziny; przecież nie odpowiadała za ich zachowanie, w najmniejszym stopniu, ale trudno jej było wydusić z siebie to, co zaraz miała powiedzieć. Stała plecami do koleżanek i trzymała palec na przycisku ekspresu. Póki kawowa strużka spływała do filiżanki, miała czas. Zaraz jednak się napełni, a wtedy Anka się odwróci i powie to, czego się tak wstydzi. – No, tu jest jeszcze jedna sprawa… Nie znam wszystkich szczegółów, właściwie tylko zarys znam, ale… – Plecami oparła się o blat, w dłoniach trzymała filiżankę z kawą. Patrzyła na czubki swoich butów.

Jak to ująć? Jak się mówi o takich rzeczach?

– Ale? – zapytała Ola, widać, że z niecierpliwością czekająca na dalszy ciąg opowieści.

Anka podniosła wzrok.

Marta milczała, wnikliwie się jej przyglądając.

– Dobrze. – Anka wzięła głębszy oddech. – Rzecz w tym, że babcia miała siostrę. To znaczy moja babcia. Młodszą siostrę. Ona była na terenie tego samego getta, co babcia, w jakimś szpitalu czy sanatorium, czy ochronce, nieważne, ale pod opieką babci. I kiedy się okazało, że trzeba uciekać, bo Niemcy będą likwidować wszystkie getta, to babcia… moja babcia uciekła razem z babcią Marcina i jego dziadkiem, żeby się ukryć. Sama. Rebeka, jej siostra, została w getcie.

Nie padły żadne potworne słowa: porzuciła, zostawiła na śmierć, zdradziła. Toby Ance nie przeszło przez gardło. Sama przed sobą się broniła, że przecież nie zna wersji babci, że od niej jeszcze nie usłyszała, jak to było naprawdę, ale jedno spojrzenie, w restauracji, wystarczyło, żeby wiedzieć, że ten zarzut Buby był prawdziwy. Wtedy, gdy powiedziała, że nie tylko ona jest egoistką, bo Sara także egoistycznie wybrała – Jana zamiast Rebeki. Wieczorem, kiedy rozmawiała z Marcinem, dosłuchała reszty. Oględnie, ale sam fakt się nie zmienił.

Ola milczała. Wyglądała tak, jakby nagle pożałowała swojej dociekliwości.

Marta po chwili się odezwała:

– Wojennych historii nie da się tak łatwo przenieść w czas sytego spokoju. To dwie zupełnie różnie rzeczywistości.

– A babcia co o tym powiedziała? – zapytała Ola.

– Nic, jeszcze nic. Wczoraj tylko przez chwilę z nią rozmawiałam, bo było widać, że jest w nie najlepszej formie psychicznej. Mama dłużej, ale tego wątku nie ruszały.

– A zapytasz ją o to? – Widać było, że Ola przeżywa tę historię.

– Zapytam. W końcu to ja chciałam poznać prawdę… Ale teraz nie potrafię sobie wyobrazić tej rozmowy. No bo jak? Nawet jeśli się weźmie pod uwagę te okropne, nieludzkie okoliczności, to fakt, że… że tak zrobiła… To jest trudne do uwierzenia. Znam ją trzydzieści kilka lat. Dobra, kochana, dbająca o wszystkich babcia Zosia.

– Tak samo Marcin mówi o Bubie – zauważyła Marta.

– Ej, no ale chyba nie porównujesz? – Ola się lekko oburzyła. – To jednak nie to samo. Tamta była donosicielką, wydała na pewną śmierć, a tu… a tu… – urwała. – Poddaję się. Powiem tylko tyle, że to piekielnie trudne. I że w sumie możecie myśleć, co chcecie, ale ja bym wolała nie wiedzieć. Chciałabym, żeby to wszystko się nie wydarzyło, żeby można było cofnąć czas i zostawić sprawy po staremu. Tylko że się nie da…

– Nie da się. – Marta pokiwała głową. – A jak wyglądała twoja rozmowa z Marcinem, kiedy ci o tym opowiadał?

„Tak, Marta jest fachowcem”, pomyślała Anka. Nie musiała o tym wspominać, zresztą celowo pominęła ten aspekt, a Marta i tak wiedziała, gdzie przyłożyć szkiełko.

– Cóż… Na początku nieźle. Zresztą najpierw, kiedy już się okazało, że Buba tak postąpiła, to był, jak to nazwać… skruszony. Poruszony. Pojechał z nami do szpitala, jego dziadek też był. Potem go zabrał do siebie, wciaż przejęty, choć już z wahaniem, że jest nielojalny wobec Buby. No a na koniec, kiedy pojechał do niej, to coś się zmieniło. Bo ona płakała, że przecież oddała im całe swoje życie, że są dla niej całym światem, a teraz ją porzucili, obaj. A potem jeszcze powiedziała to o babci i o jej siostrze. W efekcie Marcin trochę zmienił nastawienie do tej sprawy. Że nie jest taka zero-jedynkowa, że po obu stronach przewiny, choć może nierównoważne…

Ola zastanawiała się, jak to skomentować. Marta zapytała:

– I jak ci z tym?

– Nie wiem. – Anka rozłożyła ręce w geście bezradności. – Tego jest po prostu za dużo. Mam w głowie taki mętlik, że aż mnie boli.

– Ale pierwsze odczucie, pierwsza refleksja, gdy to od niego usłyszałaś? – Marta nie ustępowała.

„I znowu w punkt”, pomyślała Anka.

– Złość.

– Na nią? – Marta się jej przyglądała.

– Nie. To znaczy na nią też, ale to już wcześniej. Wtedy to na niego.

– Bo?... – Marta była miła, ale nieustępliwa.

– Bo… bo pomyślałam sobie, że on jest taki sam jak ona! – Anka w końcu wybuchła.

Dziś już miała większy ład w głowie, ale wczoraj długo się kręciła w łóżku. Ta ich wieczorna rozmowa telefoniczna zaczęła się spokojnie. Marcin był bardzo miły, pocieszający, jakby brał na siebie część winy, rodzinnej winy. Ale potem, słowo po słowie, coś się zaczęło zmieniać. Najpierw, że to było dawno i nie ma sensu się w to zagłębiać. Później, że to wojna, a wiadomo, że wojna zmienia ludzi. Dalej, że babcia była zakochana i że to jednak troszkę ją usprawiedliwia, no dobra, nie powiedział, że usprawiedliwia, ale że tłumaczy. I tak zaczęli szarpać i przeciągać tę linę, żeby jedno z nich okazało się niekwestionowanym zwycięzcą moralnym w tej potyczce.

– Pokłóciliście się? – zapytała współczująco Ola.

– Nie, nie było kłótni. Takie raczej ochłodzenie, zamilkanie. Trudno powiedzieć, ale wiecie, jak to jest – nie zawsze potrzeba to wyartykułować, żeby wiedzieć, że atmosfera siadła.

Obie kiwnęły głowami.

– A dlaczego pomyślałaś, że on jest taki sam jak babka? – Marta patrzyła na nią przenikliwie.

– Zdecydowanie się marnujesz, nie przyjmując pacjentów. – Anka westchnęła. – Nagle mi to przyszło do głowy. Przypomniała mi się ta historia z awansem.

– A co ma piernik do wiatraka? – zdziwiła się Ola.

– Bo pomyślałam sobie, że wcale nie mam pewności, czy on wtedy na pewno był zalany, i dlatego się wygadał o nałogu swojego szefa. Czy może… – Zawiesiła głos.

– Rany. – Olę zatkało. – Toby było…

– Podłe. Okropne. Bezwzględne.

– On taki nie jest, daj spokój!

– Mówisz o nim tak, jak on o swojej babci. – Marta znowu włączyła się do rozmowy.

– Jest różnica, no co ty! – zaprzeczył Ola.

– Do tego weekendu nie było – zauważyła spokojnie Marta.

– No ale… – Ola się pogubiła.

– Dlaczego właśnie to przyszło ci do głowy? – zapytała Marta Ankę.

– Nie mam pojęcia. Wcześniej tak nie myślałam, no może gdzieś, przelotnie coś takiego mi się śniło, i był też wątek głupich tekstów o Żydach, ale w sumie to takie nieduże sprawy, drobiazgi można nawet powiedzieć, a teraz… Pewnie z tych emocji, z napięcia czasem człowiekowi przychodzą do głowy dziwne, niespodziewane myśli. – Trochę chciała przekonać je, a trochę siebie samą. – Tak się zapętliłam, że już nie potrafię oddzielić prawdy od przypuszczeń, czarne z białym się zlewa.

– Biedulka. – Ola podeszła do niej i ją przytuliła. – Strasznie ci współczuję, bo to rzeczywiście trudne. Ale zobaczysz, trochę czasu minie i ochłoniesz, a wszystko się ułoży. Prawda? – Spojrzała przelotnie na Martę, ale nie doczekawszy się głośnego wsparcia, wróciła spojrzeniem do Anki. – Szkoda tylko, że to w takim momencie, cztery miesiące przed ślubem.

„Cztery miesiące przed ślubem”.

W emocjach ostatnich godzin Anka prawie zapomniała, że jest jakiś ślub. Jej ślub.

 

Kiedyś myślała tylko o tym, żeby wyjść za niego za mąż.

Ta myśl napędzała każdy jej dzień, pozwalała przetrwać zwątpienia i dawała siłę do działania.

Myślała o tym, jak dobrze im będzie razem. Wyobrażała sobie sielankowe sceny, bo przecież wielka niepewność i wielki trud, pokonane, dają na końcu spełnienie i dobro. Dobrem w małżeństwie są wzajemna wielka miłość, troska, czułość.

Oraz dzieci.

Marzyła o tym, krok po kroku, w tej kolejności.

Znów ją pokarał... Kto? Bóg, los, ona sama do tego doprowadziła?

Nie ma małżeństwa, nie ma dobrej codzienności. Nic nie ma; wszystko ginie w tym mroku.

Jest ono.

 

 

 

 

 

 

Rozdział czwarty

 

 

 

– Spałaś?

Anka podniosła filiżankę do ust. Kawa zdążyła już wystygnąć. Była letnia, gorzka i niesmaczna. Mimo to wzięła kolejny łyk. Miała za sobą drugą niedospaną noc, piasek pod powiekami i zamglone myśli.

Marcin wyglądał podobnie – blady, z podkrążonymi, pozbawionymi blasku oczami.

– Średnio. A ty?

Kiwnął głową, na znak, że dzieli z nią bezsenność.

– A jak dziadek?

– Trudno ocenić. Wczesnym wieczorem powiedział, że idzie się położyć. Przymknął drzwi, dając do zrozumienia, że chce pobyć sam. Wcześnie rano wstał, ubrał się i wyszedł na spacer. Minęliśmy się na schodach, kiedy jechałem do ciebie. Właściwie to się ucieszyłem, że nie ma okazji do dłuższej rozmowy. On chyba też.

– Biedny.

– Biedny. Dzwoniłem do babci. Jest w fatalnym stanie – dodał, choć Anka wcale o to nie pytała.

„Zaczyna się”, pomyślała.

– To nie może tak być, w końcu oni są dorośli. Bardzo dorośli. Nie można się odseparować i nawet nie chcieć porozmawiać. – Marcin się ożywił. Był taki, jak zawsze – pewny siebie, wiedzący, co i jak trzeba zrobić.

– On nie chce rozmawiać?

Marcin pokręcił głową.

– Na razie nie. Jak się jest młodym, to takie „na razie” jest zrozumiałe, ale u nich?... Znaczy u niego.

– On jest naprawdę wstrząśnięty. – Anka czuła, że zaczyna się denerwować. Przecież już to przerabiali. Poza tym irytowała ją ta pewność Marcina. Są sytuacje, których się nie da rozwiązać jak na kalkulatorze.

– Ona też.

Tę obronę Buby Anka znosiła najgorzej; właściwie to odbierała ją tak, jakby Marcin atakował ją, Anię.

– Ale twoja babcia ma powód, by się źle czuć – powiedziała powoli. – Właściwie to ona jest powodem złego samopoczucia wszystkich dokoła.

Marcin zamilkł. Wypił do końca swoją kawę, te już zimną i niezbyt smaczną, bo się skrzywił, wstał od stołu i odwrócił się w stronę okna.

– Aniu, to nie ma sensu. Taka rozmowa nie ma sensu. Przecież przyznałem ci rację…

– Nie mnie przyznałeś rację, tylko faktom.

Anka sama siebie nie poznawała. Nigdy wcześniej nie była taka wyczulona na każde słowo, tak drobiazgowo wyłapująca każdy niuans. I w gotowości, by zadać cios.

– Faktom, dobrze. – Nie zdenerwował się, ale wciąż patrzył przez okno.

Anka też wstała. Podeszła do niego, ale nie wykonała żadnego gestu zachęcającego do bliskości. Również patrzyła na obrazek za szybą: małe postaci na betonowych alejkach wijących się wśród osiedlowej zieleni. Z tej wysokości ludzie wyglądali jak pionki w grze, przesuwające się po planszy. Ona, kilka pięter nad nimi, także się tak czuła. Teraz wciąż był ruch Marcina. Czekała, czy jeszcze się odezwie.