Spełnione fantazje - Catherine Mann - ebook
Opis

„Okej. Koniec z flirtowaniem. Żadnych więcej gierek i podchodów. Marzyła o tym, by pójść z Rowanem do łóżka. Następnym razem, kiedy będą sami, spełni swoje pragnienie. Uwiedzie go”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Catherine Mann

Spełnione fantazje

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy doktor Mariama Mandara chodziła do szkoły, na zajęciach wychowania fizycznego zawsze jako ostatnia była wybierana do drużyny. Nic dziwnego, sport nigdy jej nie interesował. Co innego dyktanda, debaty i konkursy matematyczne. Wtedy wszyscy się o nią bili.

W dorosłym życiu żałowała, że intelekt nie pomaga w sprincie, zwłaszcza gdy próbowała uciec od ciekawskich oczu i aparatów fotograficznych.

Przebywała w luksusowym kurorcie na Santiago, największej z Wysp Zielonego Przylądka. Tak jak wszędzie, tu też dziennikarze i turyści usiłowali zrobić jej zdjęcie. Czy nie rozumieli, że przyjechała tutaj na konferencję, a nie na wczasy?

Zmęczona potknęła się przy palmie obwieszonej świątecznymi lampkami. Na filmach ucieczki były czymś dziecinnie prostym, ale w życiu… Przy najbliższym wyjściu na schody dwie osoby studiowały broszurę turystyczną. Kolejne wyjście zagradzał wózek z detergentami. Mogła iść jedynie na wprost.

Odzyskawszy równowagę, ruszyła energicznym krokiem. Biegnąc, niepotrzebnie zwracałaby na siebie uwagę. Z głośników płynęła popularna kolęda „Słuchaj, brzmi aniołów pieśń”. Mari westchnęła. Marzyła o tym, by wrócić do laboratorium i spędzić święta tak, jak najbardziej lubiła: w spokoju, na analizie danych.

Ludziom święta kojarzą się z miłością, radością i ciepłem rodzinnym. Jej wprost przeciwnie. Pół biedy, gdyby jej rodzice mieszkali na sąsiednich ulicach czy choćby na tym samym kontynencie, ale oni od dwóch dekad toczyli transkontynentalną wojnę o swoją jedyną córkę. Dorastając, Mari więcej czasu spędziła na lotniskach i w powietrzu z opiekunką niż przy choince i rozpalonym kominku. Jedne święta przesiedziała w hotelu w Connecticut, bo z powodu śnieżycy odwołano loty.

Teraz, jako dorosła, zamiast świątecznej gorączki wolała ciszę i spokój. Gdyby nie była księżniczką, życie byłoby prostsze, ale wiadomo, rodziców się nie wybiera. Matka Mari nie wytrzymała w blasku fleszy, rozwiodła się ze swoim afrykańskim księciem i wróciła do domu w Atlancie. Mari nie mogła rozwieść się ze swym dziedzictwem. Gdyby tylko ojciec chciał zrozumieć, że córka więcej dobrego może zrobić dla kraju, pracując w laboratorium, niż pozując do zdjęć i przecinając wstęgi!

Nagle spostrzegła kolejne schody. Świetnie! Może wreszcie uda jej się dotrzeć do pokoju na piątym piętrze i porządnie się wyspać przed kolejnymi referatami.

Przytrzymując się poręczy, ruszyła na górę. Szybciej, poganiała się w duchu. Na trzecim piętrze przystanęła i wzięła parę głębokich oddechów. Gdy dotarła na piąte, pchnęła drzwi na korytarz i niemal zderzyła się z nastoletnią dziewczyną i jej matką. Dziewczyna okręciła się na pięcie. Mari błyskawicznie zaczęła się oddalać w przeciwnym kierunku.

Wiedziała, że nie może zawrócić, dopóki nie zyska pewności, że korytarz jest pusty. Gdyby tylko miała jakiś kamuflaż! Rozejrzała się dyskretnie. Hm, metalowy stojak z walizkami, dalej donice z ozdobną afrykańską trawą… Po chwili zatrzymała wzrok na wózku z zamówioną przez kogoś kolacją. W pobliżu nie było nikogo z obsługi. Jakaś kobieta, z telefonem przy uchu, oddalała się pośpiesznie. Mari przygryzła wargę. Podjąwszy decyzję, podeszła do wózka i zajrzała pod srebrną pokrywę.

W nozdrza uderzył ją zapach przyprawionej szafranem jagnięciny. Do ust napłynęła jej ślinka. A na widok tiramisu miała ochotę ukryć się w jakiejś pakamerze. Od dawna nie miała nic w ustach, jeśli nie liczyć kawy. Weź się w garść, kobieto! Im szybciej dotrzesz do pokoju, tym szybciej zamówisz kolację i położysz się spać.

Dobra, z wózkiem może śmiało wędrować korytarzem, udając kogoś z obsługi. Na drążku wisiał firmowy zielony żakiet z nazwą hotelu, a na leżącej obok kartce widniał numer pokoju, 5A, czyli kolacja tam powinna trafić.

Na dźwięk rozsuwających się drzwi windy Mari chwyciła żakiet i włożyła go na swój pomięty czarny kostium. Był kilka rozmiarów za duży. Nie szkodzi. Z kieszeni wypadła czerwona czapka świętego Mikołaja. Wciągnęła ją na głowę. Idealnie. Za sobą usłyszała podniecone dziewczęce głosy mówiące po portugalsku.

– Na pewno wbiegła na piąte piętro?

– Może jednak na czwarte?

– Na piąte. Wyjmijcie komórki. Za zdjęcie można sporo zarobić.

Wasze niedoczekanie, pomyślała Mari, pchając wózek. Kółka skrzypiały, talerze brzęczały. Cholera, jakie to ciężkie! Minęła rzeźbione maski na ścianie, wielką donicę w kształcie słonia… Zbliżała się do apartamentu 5A, a za nią podążały trzy młode konspiratorki.

– Spytajmy tę kobietę z wózkiem. Może widziała…

Dreszcz przebiegł Mari po plecach. Tego brakowało, by sfotografowały ją w przebraniu! Musi natychmiast wejść do 5A. Pośpiesznie wcisnęła dzwonek przy drzwiach.

– Kolacja! – zawołała, wpatrując się w podłogę.

Jedna sekunda, druga. Co tak długo? Zaraz dojdą złaknione wrażeń nastolatki… Zaczęła panikować, że wszystko się wyda, kiedy nagle drzwi się otworzyły. Uff! Napinając mięśnie, wepchnęła wózek do środka i potknęła się. No cóż, ku rozpaczy książęcego rzecznika prasowego nigdy nie poruszała się z wdziękiem baletnicy.

W nozdrza uderzył ją zapach mydła, taki jak lubiła, świeży i rześki. Bała się jednak zerknąć na mężczyznę, który otworzył jej drzwi.

Psiakość! Dlaczego wózek z kolacją dla jednej osoby jest tak ciężki? W pokoju nie było nikogo innego. Zwróciła uwagę na przyciemnione światło, ogromne skórzane kanapy i drewniany stół. Okno wychodziło na plażę skąpaną w świetle księżyca. W oddali migotały gwiazdy. Mari odchrząknęła i ruszyła w stronę okna.

– Postawię kolację na stole.

– Nie, proszę zostawić wszystko na wózku, przy kominku – odrzekł znajomo brzmiący głos.

Zidentyfikowała go w ułamku sekundy, nie musiała sprawdzać. Najwyraźniej los postanowił sobie z niej zadrwić: wpadła pod przysłowiową rynnę. Cholera, w hotelu było tyle pokoi, a ona akurat trafiła do apartamentu, w którym mieszka doktor Rowan Boothe. Jej zawodowy wróg, lekarz, którego odkrycia jawnie wyśmiewała.

Co on tu robi? Przecież czytała program konferencji. Referat Boothe’a przewidziany był na koniec tygodnia.

Usłyszała, jak drzwi się zamykają, a potem zbliżające się kroki. Stała bez ruchu, wpatrując się w męskie buty i nogawki dżinsów.

– W takim razie życzę smacznego.

Zamierzała skierować się do wyjścia, lecz Rowan Boothe zastąpił jej drogę. Utkwiwszy wzrok w jego piersi, modliła się, by jej nie rozpoznał. Ostatni raz widzieli się pięć miesięcy temu na konferencji w Londynie.

Czuła, jak się czerwieni. Pamiętała jego sylwetkę, pamiętała twarz. Opalony, przystojny, w typie Brada Pitta, o jasnych włosach zbyt długich jak na lekarza, ale jemu ta fryzura uchodziła. Pochłonięty pracą oraz działalnością charytatywną, nie miał czasu na tak przyziemne sprawy jak wizyta u fryzjera.

Wszyscy uważali go za wzór szlachetności, za seksowny wzór szlachetności, ale Mari przeszkadzało, że zbyt często omijał przepisy.

– Proszę pani…

Spokojnie, nakazała sobie. Od tyłu cię nie rozpozna. Z dwojga złego wolałaby, by kilka jej zdjęć trafiło do gazet, niż żeby ten mężczyzna zobaczył ją w czapce Mikołaja.

Kątem oka dostrzegła wysuniętą rękę z banknotami.

– Wesołych świąt.

Jeżeli odmówi przyjęcia napiwku, będzie to wyglądało podejrzanie. Sięgnęła po pieniądze, starając się uniknąć kontaktu fizycznego. Najwyżej przekaże je na jakiś cel dobroczynny.

– Dziękuję.

– Nie ma za co. – Nie dość, że był przystojny i seksowny, to jeszcze miał niesamowity głos, niski, aksamitny.

Mari ponownie skierowała się ku drzwiom. Jeszcze kilka kroków… Zacisnęła rękę na mosiężnej klamce, kiedy nagle rozległo się pytanie:

– Aż tak się pani spieszy, doktor Mandara?

Cholera! Czyli jednak ją rozpoznał. I pewnie był bardzo z siebie zadowolony. Podszedł bliżej.

– A ja myślałem, że zakradłaś się do mojego pokoju, żeby mnie uwieść.

Doktor Rowan Boothe czekał na jej reakcję; chętnie podrażniłby się z tą piękną księżniczką, która robiła karierę na uniwersytecie. Nie wiedział, co go w niej tak fascynuje, zresztą dawno przestał się nad tym zastanawiać. Po prostu był pod urokiem Mariamy.

Ona zaś miała do niego stosunek pogardliwy i prawdę mówiąc, to go też pociągało.

Irytowało go, że wszyscy widzą w nim świętego, ponieważ odrzucił intratną posadę w Karolinie Północnej i otworzył klinikę w Afryce. Ale nie zależało mu na pieniądzach; miał ich w bród, odkąd stworzył program komputerowy umożliwiający postawienie diagnozy medycznej, który Mari przy każdej okazji krytykowała, twierdząc, że to „medycyna na skróty”. Otwarcie kliniki niespecjalnie nadwerężyło jego finanse, nie rozumiał więc, czym wszyscy tak się podniecają. Prawdziwa filantropia wymaga poświęceń, a on nie był do nich skory; lubił spełniać swoje zachcianki.

A teraz pragnął Mari. Widząc przerażenie na jej twarzy, uświadomił sobie, że żart nie przypadł jej do gustu.

Otworzyła usta, zamknęła je, znów otworzyła i znów zamknęła. Samo patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność. Oparłszy się o barek, powiódł po niej wzrokiem. Często ją obserwował; wiedział, że pod bezkształtnym ubraniem skrywa bardzo kształtne ciało. Nieraz marzył o tym, by rozebrać ją do naga i delektować się każdym skrawkiem jej oliwkowej skóry.

– Chyba upadłeś na głowę! – zawołała.

Chryste, ale była seksowna, kiedy się złościła! I zabawna w tej czapeczce. Uśmiechnął się szeroko.

– Nie waż się ze mnie śmiać. – Tupnęła nogą.

– Podziwiam ten kapelutek.

Mamrocząc coś pod nosem, cisnęła czapkę na podłogę i zdjęła hotelowy żakiet.

– Słowo daję, nie weszłabym tu, gdybym wiedziała, że to twój pokój.

– Ukrywasz się?

Miała na sobie pomiętą czarną spódnicę, czarny żakiet, białą koszulową bluzkę. Ale strój był bez znaczenia; Rowan pragnął jej od ponad dwóch lat, gdy przemawiając przed salą pełną ludzi, zjechała jego program diagnostyczny. To narzędzie zbyt proste, bezosobowe, twierdziła; usuwa z medycyny element ludzki.

Stary, weź się w garść, nakazał sobie. Bał się, że za moment jego podniecenie stanie się widoczne. Wtem coś mu przyszło do głowy: dlaczego Mari w przebraniu wtargnęła do jego pokoju?

– Uprawiasz szpiegostwo zawodowe?

– O czym, do diabła, mówisz? – spytała zdumiona.

Ponownie zaczął fantazjować: zdejmuje Mari z nóg pantofle, całuje kostki, łydki i kolana, podsuwa wyżej spódnicę, głaszcze jedwabistą skórę po wewnętrznej stronie uda… Odchrząknął i skupił się na twarzy Mari.

– Wolisz udawać niewiniątko? W porządku. Spytam inaczej: chciałaś zdobyć najnowsze aktualizacje do mojego programu?

– Nie żartuj. Swoją drogą nie sądziłam, że ktoś taki jak ty, człowiek nauki, bawi się w teorie spiskowe.

– Więc dlaczego się tu zakradłaś?

Wzdychając ciężko, skrzyżowała ręce na piersi.

– Powiem ci, ale obiecaj, że nie będziesz się śmiał.

– Słowo skauta.

– Byłeś skautem? Pasuje…

Owszem, był, zanim trafił do szkoły kadetów, ale nie lubił opowiadać o tamtych czasach i grzechach, jakie miał na sumieniu. Grzechach, za które nie zdoła odpokutować, nawet jeśli co roku, do końca życia, będzie zakładał darmowe kliniki na wszystkich kontynentach.

– Miałaś powiedzieć, skąd się tu wzięłaś.

Zerknęła na drzwi, po czym przysiadła na oparciu kanapy.

– Ciągle krążą wokół mnie ludzie z komórkami. Koniecznie chcą mi zrobić zdjęcie albo nakręcić krótki filmik, który zapewni im pięć minut sławy. Właśnie na taką grupkę natknęłam się po swoim ostatnim referacie.

– Ojciec nie przydzielił ci ochrony?

– Wolę z niej nie korzystać – odparła, unosząc dumnie głowę. Najwyraźniej nie zamierzała tłumaczyć dlaczego. – W każdym razie parę osób rzuciło się za mną w pościg. Dotarłam na piąte piętro i zauważyłam wózek z kolacją. Postanowiłam skorzystać z okazji…

Na myśl, że Mari nie ma ochrony, Rowana ogarnęła złość. Książę powinien był się uprzeć…

– Mogłam uśmiechnąć się do aparatu – ciągnęła – ale… – Sfrustrowana potrząsnęła głową. – Wykonuję poważną pracę i… To nie moja bajka.

Obszedłszy wózek, Rowan zbliżył się do kanapy, na której siedziała.

– Biedna księżniczka.

– Znów się wyśmiewasz? Nie jesteś zbyt miły.

– Inni tak nie uważają.

Dźwignęła się na nogi.

– Przykro mi, nie należę do twojego fanklubu.

– Więc naprawdę nie wiedziałaś, kto tu mieszka? – spytał ponownie, choć znał już odpowiedź.

– Naprawdę. – Serce zabiło jej szybciej. – Na wózku leżała kartka z numerem pokoju, bez nazwiska.

– A gdybyś wiedziała, to co? – Sięgnął po hotelowy żakiet i czapkę Mikołaja. – Wolałabyś stanąć twarzą w twarz z polującą zgrają, niż prosić mnie o pomoc?

Kąciki ust jej zadrgały.

– Tego się nigdy nie dowiemy. Smacznego. – Wyciągnęła rękę po swoje przebranie.

– Może zjesz ze mną? Starczy dla dwojga. Twoi prześladowcy pewnie wciąż tam krążą.

– Czyżbyś chciał mnie potajemnie otruć? – spytała z błyskiem wesołości w oczach. Po chwili przygryzła wargę. Powietrze stało się naelektryzowane. Miał wrażenie, że gdyby leciutko przyciągnął ją do siebie… Zamiast tego, odgarnął jej za ucho kosmyk czarnych włosów.

– Trucie nie figuruje na liście rzeczy, które chciałbym ci zrobić.

Zmieszana zmarszczyła czoło, ale nie cofnęła się, nie uciekła. Przeciwnie, wydawała się zaintrygowana. Aż korciło go, by sprawdzić…

Z zadumy wyrwało go ciche kwilenie. Mari utkwiła wzrok w czymś przy oknie, on również obrócił się w tę stronę. Dźwięk przybierał na sile, przechodząc w coraz głośniejszy płacz. A dochodził… spod wózka z kolacją.

– Co to?

– Nie mam pojęcia. – Mari pokręciła głową.

Rowan w dwóch susach znalazł się przy wózku i uniósł obrus. Jego oczom ukazało się niemowlę.

ROZDZIAŁ DRUGI

Płacz wypełnił cały apartament. Na widok dziecka w plastikowym nosidełku wsuniętym na dolną półkę wózka Mari wytrzeszczyła oczy. Nic dziwnego, że wózek był taki ciężki. To jej powinno dać do myślenia, ale nie, gdzież tam! Była zbyt skoncentrowana na sobie, na zdjęciu, które ktoś mógłby pstryknąć. A przez cały ten czas pod wózkiem leżało to biedne maleństwo.

Miało na sobie pieluszkę oraz biały kaftanik. Wcześniej było okryte zielonym kocykiem, ale wierzgające nóżki zsunęły go na koniec nosidełka.

– Rany boskie! To dziecko? – spytała Mari, zbyt oszołomiona, by logicznie myśleć.

– A jak sądzisz?

Rowan umył ręce w zlewie przy barku, po czym kucnął obok wózka i wyjął niemowlę o skórze kawy z mlekiem. Maleństwo przez moment wymachiwało łapkami, a potem z cichym westchnieniem oparło główkę o jego pierś.

– Ale co ono tu robi? – Mari odsunęła się, by Rowan mógł przejść do kanapy.

– Nie wiem. Nie ja przyprowadziłem wózek – odparł, wkładając palec do ust dziecka. Sprawdza, czy nie cierpi na rozszczep podniebienia?

– Ale ja go tam nie wsadziłam!

Chłopiec czy dziewczynka? Biała koszulka nie zdradzała płci. Czarnych włosków nie zdobiła żadna spinka w kształcie kwiatka ani opaska.

Rowan usiadł na kanapie i położywszy niemowlę na kolanach, kontynuował badanie.

– Wszystko z nim… z nią… w porządku?

– Z nią. To dziewczynka – odparł, zapinając pieluszkę. – Zgaduję, że ma około trzech miesięcy.

– Powinniśmy zawiadomić policję. Może osoba, która ją porzuciła, nadal tu przebywa? – Mała szansa, uznała Mari; zbyt długo flirtowała z Rowanem, nim znaleźli dziecko. – Widziałam kobietę, która oddalała się od wózka. Może to ona…?

– Warto sprawdzić. Pewnie będzie jakieś nagranie z monitoringu. Staraj się przypomnieć sobie wszystko, każdy szczegół może być ważny. – Rowan mówił bardziej jak detektyw niż lekarz. – Nikt nie kręcił się przy wózku?

Ogarnęły ją wyrzuty sumienia.

– Może to moja wina? Może dzieciak wcale nie był porzucony? Może mama wzięła córkę z sobą do pracy, bo nie miała jej z kim zostawić? Pewnie teraz wariuje z niepokoju…

– Albo ze strachu, że trafi do więzienia.

– Mama albo ojciec. Przecież nic nie wiemy. – Mari sięgnęła po telefon. – Zadzwonię do recepcji.

– Możesz podać nosidełko?

– Jasne.

Sięgnęła pod wózek. Dzięki Bogu, że maleństwu nic się nie stało. Jak można być tak lekkomyślnym? Zaciskając z gniewu zęby, postawiła nosidełko na kanapie.

Okej, teraz telefon do recepcji. Nie odrywając oczu od Rowana, wykręciła numer.

– Proszę poczekać – rzekła kobieta.

Wzdychając ciężko, Mari oparła się o barek.

– Mam czekać. Widocznie wszyscy dzwonią.

Niebieskie oczy Rowana pociemniały z frustracji.

– Ciekawe, kto wpadł na pomysł zorganizowania konferencji o tej porze roku – mruknął. – To jakieś szaleństwo.

– Przynajmniej w tej sprawie się zgadzamy.

Mari obserwowała Rowana; z dzieckiem na rękach był jeszcze bardziej seksowny niż zwykle. Dla własnego dobra skierowała wzrok na okno, za którym rozciągał się widok na przystrojone świątecznie jachty i promy w porcie.

O tak, wyraźnie czuło się atmosferę świąt. Tam, gdzie mieszkał jej ojciec, Bożego Narodzenia nie obchodzono aż tak hucznie. Co innego na tych wyspach, które były dawną kolonią portugalską.

Odkąd Mari się usamodzielniła, święta przestały mieć dla niej znaczenie, jednak to, że rodzic porzuca dziecko właśnie w tym okresie, wydało jej się czymś szczególnie tragicznym. Poczuła silne pragnienie, by wziąć niemowlę na ręce, ale nie miała z dziećmi doświadczenia. A nuż sprawi mu ból? Nie, małej jest lepiej z Rowanem.

Zaklął pod nosem. Mari obróciła się zdziwiona.

– Co się stało? – spytała, zakrywając mikrofon.

– Nie miałaś racji, mama nie przyniosła małej z sobą do pracy. – Pomachał kartką. – Zobacz, co znalazłem.

Z telefonem przy uchu Mari usiadła obok na kanapie.

– List?

– Tak. Matka dziecka ukryła małą w wózku, który miał trafić do mojego pokoju. – Podał jej list napisany na firmowej papeterii. – Przeczytaj.

„Doktorze Boothe, jest pan znany ze swej szczodrości i działań dobroczynnych. Błagam, niech się pan zaopiekuje Issą. Mój mąż zginął podczas walk plemiennych, a ja nie jestem w stanie zaspokoić podstawowych potrzeb córki. Proszę jej powiedzieć, że ją kocham i nigdy jej nie zapomnę”.

Mari przeczytała list dwukrotnie. Nie mieściło jej się w głowie, że matka może oddać dziecko, nie mając gwarancji, że nie stanie mu się krzywda.

– Ludzie często zostawiają ci dzieci pod drzwiami?

– Było kilka przypadków, że ktoś podrzucił dzieciaka do kliniki i nie odebrał, ale coś takiego zdarza mi się po raz pierwszy. – Wyciągnął Issę w jej stronę. – Weź ją. Znam parę wpływowych osób. Może dowiedzą się czegoś, zanim zgłosi się recepcja.

Mari odskoczyła gwałtownie.

– Nie mam doświadczenia z maluchami.

– W szkole średniej nie pracowałaś jako babysitterka? – Wolną ręką wyłowił z kieszeni komórkę. – Pewnie księżniczkom nie wypada?

– Nie chodziłam do szkoły średniej, od razu zaczęłam naukę w college’u. – Może dlatego nie miała ogłady towarzyskiej i nie znała się na modzie, co jej nie przeszkadzało. Aż do dziś. Poprawiła pomiętą spódnicę. – Ale ty znakomicie sobie radzisz zarówno z telefonem, jak i z dzieckiem.

Nic dziwnego, że różne pisma przedstawiały Rowana jako jednego z najbardziej pożądanych kawalerów na świecie. Że był przystojny, to nie ulegało wątpliwości, ale dopiero teraz Mari w pełni poczuła jego urok i siłę.

Miała wrażenie, jakby jej ciało nagle ożyło. Nigdy nie przypuszczała, że będzie na nią tak oddziaływał. To musi być sprawa hormonów, uznała. Jej biologiczny zegar tyka, a Rowan trzyma w ramionach dziecko. Na pewno o to chodzi. Równie dobrze na jego miejscu mógł być inny mężczyzna. Przynajmniej miała taką nadzieję, bo jakoś nie umiała pogodzić się z myślą, że aż tak bardzo pociąga ją ktoś, kto całkiem do niej nie pasuje.

W słuchawce melodia dobiegła końca i odezwał się głos telefonistki.

– Słucham, w czym mogę pomóc?

Mari odetchnęła z ulgą.

– Chciałam zgłosić, że ktoś porzucił dziecko za drzwiami apartamentu 5A zajmowanego przez doktora Rowana Boothe’a.

Rowan nie liczył na to, że sytuacja szybko się wyjaśni. Ktoś, kto powierza dziecko człowiekowi, którego zna jedynie ze słyszenia, nie będzie siedział w hotelu, czekając nie wiadomo na co.

Z Issą na rękach krążył po pokoju, delikatnie poklepując ją po plecach. Mała właśnie skończyła jeść, a Mari z marsem na czole studiowała instrukcję na puszce z mlekiem dla niemowląt. Rowan zamówił świeżą dostawę; nie miał zaufania do rzeczy zostawionych w torbie pod wózkiem.

Ani policja, ani ochrona hotelowa nie otrzymały żadnych zgłoszeń o zaginionym dziecku. Hotelowy monitoring też niczego nie wykazał. Na nagraniu widać było plecy oddalającej się korytarzem kobiety. Policja działała powoli, bądź co bądź życie dziecka nie było zagrożone. Rowanowi zależało, by na razie wiadomość nie dostała się do mediów; postanowił wykorzystać swoje znajomości. Wiedział, że prędzej czy później policja zawiadomi opiekę społeczną. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że nie zdoła zapobiec wszystkim nieszczęściom świata, lecz los malutkiej Issy leżał mu na sercu.

Ucieszył się, kiedy małej się odbiło, podejrzewał jednak, że dziewczynka jeszcze nie jest najedzona.

– Czekamy na drugą porcję.

Mari w skupieniu potrząsnęła buteleczką.

– Chyba dałam właściwe proporcje. Ale może sprawdź.

– Nie żartuj. – Nigdy dotąd nie widział jej tak przejętej. – W laboratorium cały czas mieszasz składniki.

Starła nadgarstkiem krople potu z czoła.

– Ale jeśli się pomyliłam…

– Nie pomyliłaś. – Rowan wyciągnął rękę po butelkę.

Podała mu ją z lekkim ociąganiem.

– Boże, jaka ona drobniutka…

– Na moje oko wygląda zdrowo i kwitnąco. – Issa była zadbanym dzieckiem. Może matka żałuje, że ją porzuciła? Oby! Nie starczało domów dla sierot. – Nie widać, żeby była źle traktowana.

– Jest taka słodka…

– Na pewno nie chcesz jej potrzymać, kiedy będę dzwonił?

Mari potrząsnęła głową i wpięła w kok luźny kosmyk.

– Do swoich wpływowych znajomych?

Uśmiechnął się; nie zamierzał opowiadać o swoich kontaktach.

– Naprawdę byłoby mi łatwiej, gdybym nie musiał jej jednocześnie karmić.

– No dobrze. Może najpierw usiądę…

Dziwnie było patrzeć na wylęknioną Mariamę. Zawsze podziwiał jej wiedzę, spokój i niesamowite opanowanie. Teraz sprawiała wrażenie bardziej ludzkiej, przystępnej.

– Podtrzymuj główkę i pilnuj, żeby butelka była lekko przechylona – rzekł, podając jej niemowlę.

Zerknęła podejrzliwie na butelkę z mlekiem, po czym wsunęła małej smoczek do ust.

– Boję się. Człowiek niechcący może wyrządzić krzywdę takiemu maleństwu.

– Nie wyrządzisz. Widzisz, jak przyciska uszko do twojego serca? W brzuchu matki dzieci słyszą jego bicie. Po narodzinach ten dźwięk nadal je uspokaja.

Napotkała niebieskie oczy Rowana.

– Dzwoń, skoro masz wolne ręce – powiedziała.

Słusznie. Nie ma sensu z tym zwlekać. Udał się do drugiego pokoju, a stamtąd wyszedł na balkon. Było idealnie, ani za ciepło, ani za zimno. W grudniu na Wyspach Zielonego Przylądka temperatura oscylowała w granicach dwudziestu pięciu stopniu. Gdyby nie dzisiejsze niespodziewane wydarzenia, pewnie siedziałby z drinkiem na balkonie, oddychając morskim powietrzem. Już nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał urlop.

Dziś inne sprawy zaprzątały jego myśli.

Wydobywszy z kieszeni telefon, oparł się o balustradę, tak aby przez okno mieć widok na Mari z dzieckiem. Przynajmniej stąd nie będzie go słyszała. Im mniej osób wiedziało o jego znajomych, tym lepiej.

Kiedy jako nastolatek spowodował po pijanemu wypadek, za karę trafił do szkoły kadetów, takiego wojskowego poprawczaka. Przyjaźnie, jakie tam nawiązał – nazwali się Bractwem Alfa – przetrwały do dziś. Wiele lat później chłopcy odkryli, że dyrektor szkoły miał powiązania z Interpolem. Kilku swoich podopiecznych ściągnął do organizacji, nie na stałe, po prostu czasem im coś zlecał. Dzięki mrocznej przeszłości oraz pokaźnym kontom bankowym mogli swobodnie poruszać się w różnych, czasem podejrzanych kręgach.

Rowanowi pułkownik Salvatore powierzał zadania na ogół raz na rok. Podobnie jak jego koledzy, z przyjemnością pomagał zaprowadzać ład. Zbyt często widywał walki między bandami w pobliżu kliniki.

W słuchawce rozległ się znajomy głos:

– Słucham, Boothe.

– Potrzebuję pomocy, pułkowniku.

Mężczyzna roześmiał się cicho.

– Znów któryś z twoich pacjentów ma kłopoty? A może…

– Chodzi o dziecko.

Na drugim końcu linii zaskrzypiało krzesło. Rowan wyobraził sobie, jak jego dawny dyrektor prostuje plecy i marszczy z namysłem czoło.

– Masz dziecko?

– Nie. – Był zbyt pochłonięty pracą, aby myśleć o rodzinie. Dziecko rywalizujące o uwagę ojca z problemami trzeciego świata? To nie byłoby fair. Zerknął na Mari, która kurczowo tuliła Issę, jakby bała się, że może ją upuścić. – Ktoś podrzucił mi swoje. Razem z listem, żebym się nią zaopiekował.

– Nią? Czyli to dziewczynka? Zawsze marzyłem o córce – odparł pułkownik. Tęsknota w głosie kontrastowała z jego wyglądem. Dawniej chodził w mundurze. Obecnie, jako pracownik Interpolu, nosił szare garnitury z czerwonym krawatem. – Ale wracając do ciebie…

– Nikt nie zgłosił zaginięcia dziecka ani w dyrekcji hotelu, ani na policji. Taśmy z monitoringu nic nie wykazały. Podobno widziano jakąś kobietę oddalającą się od wózka, pod którym ukryto niemowlę. Policja się guzdrze…

– Dobrze. Czego oczekujesz ode mnie?

– Obaj wiemy, jak działa system opieki społecznej i jak wyglądają sierocińce. – Rowan zaczął obmyślać plan, może szalony, ale… – Chciałbym zostać tymczasowym opiekunem dziecka, dopóki policja nie znajdzie matki albo ludzie z opieki nie wskażą rodziny zastępczej.

Nie był idealnym kandydatem na rodzica, lecz na pewno Issie będzie lepiej z nim niż w sierocińcu. Zwłaszcza gdyby miał pomoc…

Ponownie zajrzał do salonu. Oczami wyobraźni zobaczył siebie z Mari…

Nagle otrzeźwiał. Wszystko pięknie, ale jak ma ją przekonać do tak rewolucyjnego pomysłu? Bała się dzieci, wystraszyła ją sama myśl o wzięciu małej na ręce.

– Wybacz, że zadam oczywiste pytanie, ale jak zamierzasz być tatusiem, a jednocześnie zbawiać świat?

– Rola tatusia byłaby tymczasowa. – Jeszcze nie zwariował; przecież nie podejmuje decyzji na całe życia. Nie ma czasu na bawienie się w dom. Mari również jest pochłonięta pracą. Natomiast tydzień, dwa lub trzy… – Poza tym mam kogoś do pomocy.

– Rozumiem.

– Co pan rozumie, pułkowniku?

– Po rozwodzie z żoną w weekendy opiekowałem się synem. Zawsze miałem problemy z jego ubiorem. Nie wiedziałem, co do czego pasuje, więc żona wkładała do walizki gotowe komplety.

W szklance zabrzęczały kostki lodu. Rowan czekał. Nie był pewien, do czego Salvatore zmierza, ale już dawno przekonał się, że facet ma więcej rozumu w małym palcu niż inni w całej głowie. Iluż wykolejonych nastolatków wyprowadził na ludzi!

– Któregoś razu syn zrzucił walizkę i ubranie się pomieszało. Robiłem, co mogłem, ale okazało się, że zielone spodenki, koszula w pomarańczowe paski i buty kowbojskie to nie najlepszy zestaw.

– No, fakt – przyznał Rowan, uśmiechając się na myśl o pułkowniku w mundurze lub w eleganckim garniturze idącym obok pstrokato odzianego syna.

– Zdawałem sobie sprawę, że poszczególne elementy się gryzą, ale nie wiedziałem, jak to naprawić. Dowiedziałem się jednak, że kiedy z tak ubranym dzieckiem mężczyzna wchodzi do sklepu, kobiety od razu orientują się, że jest on „samotnym ojcem”.

– Używał pan syna, żeby podrywać laski?

– Nieświadomie. Ale były wyraźnie mną zainteresowane. I mam wrażenie, że chcesz zastosować tę samą strategię wobec osoby, na której pomoc liczysz.

– Zadzwoniłbym do pana, nawet gdyby Mari tu nie było – zaczął się bronić Rowan.

– Mówisz o księżniczce? – zdumiał się Salvatore.

Czasem Rowan zapominał o szlachetnym pochodzeniu Mari. Myślał o niej jak o naukowcu, niekiedy jak o przeciwniku. Na ogół jak o pięknej pociągającej kobiecie, o której nie chciał rozmawiać z Salvatore’em.

– Nie zbaczajmy z tematu. To co, pomoże mi pan dowiedzieć się czegoś o rodzicach dziecka?

– Oczywiście – oznajmił pułkownik. – Przyślij mi wszystko, co masz. Zdjęcia, odciski palców, stóp…

– Znam procedury.

– I powodzenia z księżniczką.

Rowan wciągnął w płuca powietrze, po czym wrócił do środka. Nienawidził hoteli i sal konferencyjnych. Tęsknił za swoją kliniką, za otwartą przestrzenią, za ludźmi, których leczył. Za tydzień będzie w domu. Jego czas z Mari dobiegnie końca.

Wszedł do salonu. Mari, skupiona na niemowlęciu, nawet nie podniosła wzroku. Miał wrażenie, jakby przyłapał ją na czymś bardzo intymnym. Była skryta, zawsze trzymała ludzi na dystans, a teraz siedziała na kanapie, tuląc Issę, jakby chroniła ją przed złem. Choć twierdziła, że nie zna się na dzieciach, instynkt podpowiadał jej, co ma robić. W ciągu wielu lat pracy Rowan nauczył się odróżniać kobiety, które wyczuwają potrzeby dziecka, od tych, które nie radzą sobie z rolą matki.

Dziś miał przed oczami obraz Madonny z dzieciątkiem. Może to atmosfera świąt tak na niego działa? W każdym razie jeśli chciał wprowadzić swój plan w życie, wiedział, że musi myśleć logicznie i przekonać Mari.

– Jak Issa?

Poderwała głowę, po czym wskazała butelkę.

– Skończyłyśmy jeść.

– Nie byłem pewien, czy cię jeszcze zastanę. Twoi fani pewnie już poszli. – Nagle przemknęło mu przez myśl, że powinien był wspomnieć pułkownikowi o polujących na Mari fanach z aparatami. – Chcesz wrócić do siebie?

– Ja… – Pogładziła niemowlę po policzku. – Wiesz, czuję się za nią odpowiedzialna. Poza tym policja będzie chciała ze mną porozmawiać. Chyba prościej będzie, jak tu poczekam.

– Szansa, że dziś uda się znaleźć rodziców Issy, jest niewielka. Masz tę świadomość?

– Tak, oczywiście. – Czubkiem palca starła kropelkę mleka z ust dziecka.

– Trudno uwierzyć, że nigdy nie opiekowałaś się dziećmi.

Lekko speszona, wzruszyła ramionami.

– Byłam zajęta nauką.

– A w rodzinie nie mieliście żadnych maluchów? – Usiadłszy obok na kanapie, poczuł zapach perfum. Ciekaw był, jaki kwiat tak pachnie.

– Moi rodzice są jedynakami, a ja jestem jedynym dzieckiem pary jedynaków.

Chyba po raz pierwszy rozmawiali normalnie, nie sprzeczając się, w dodatku o sobie, a nie o sprawach zawodowych. Nie zamierzał jej uwodzić tu i teraz, kiedy czekali na policję, ale…

Ale pragnął jej. Korciło go, by lekko się przysunąć, położyć rękę na oparciu kanapy… Ciekawe, jak by zareagowała. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.

Nagle w ciszę wdarł się ostry dzwonek telefonu. Mari podskoczyła. Issa zaczęła płakać.

Rowan uśmiechnął się w duchu. Magiczna chwila minęła, ale może jednak coś z tego będzie? Musi tylko przekonać Mari, by została z nim, dopóki nie wyjaśni się kwestia ślicznego podrzutka.