Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii - Mikołaj Buczak - ebook
NOWOŚĆ

Sobremesa. Spotkajmy się w Hiszpanii ebook

Mikołaj Buczak

4,0

73 osoby interesują się tą książką

Opis

Dlaczego Hiszpanie większość życia spędzają w barach?

Co wspólnego z Krajem Basków ma „Gra o tron”?

I wreszcie czym jest tytułowa sobremesa?

„W Hiszpanii, jeśli wracasz do domu przed trzecią w nocy, to nie byłeś na imprezie tylko na kolacji” – to popularny slogan jednej z hiszpańskich kampanii reklamowych. Gdy Hiszpanie wychodzą na miasto, to często na całą noc, dlatego ich kraj kojarzy się nam z wakacjami, sjestą, mananą i „życiem jak w Madrycie”.

Z tej słonecznej opowieści dowiecie się, ile wspólnego z rzeczywistością mają te wyobrażenia. Autor przedstawia rożne oblicza mieszkańców Hiszpanii; wyjaśnia, czemu tak często śmieją się z siebie samych i jak radzą sobie z historycznymi podziałami. Opowiada o bogatej historii hiszpańskiego feminizmu oraz przygląda się z bliska kwestiom masowej turystyki, z  którymi mierzy się dziś nie tylko serce Katalonii – Barcelona.

 

Ta książka zabiera mnie do ukochanej Hiszpanii i odsłania jej wielowymiarowość.

Conrado Moreno

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wstęp

Nauczysz się hiszpańskiego, przeprowadzisz do Hiszpanii,a ja będę przyjeżdżać na wakacje” – powiedziała kobietaw średnim wieku do przerażonego dwunastoletniego chłopca, który niebawem miał rozpocząć naukęw klasie dwujęzycznejz językiem hiszpańskim. Kobietą była moja mama,a chłopcem ja.

„Już nigdy nie będę się uczyć hiszpańskiego” – zapowiedziałem jako buntowniczy nastolatek, robiący wszystko na przekór rodzicom.

„Na pewno nie będę studiować hiszpańskiego” – myślałem trzy miesiące przed rozpoczęciem filologii hiszpańskiej.

„W życiu nie zostanę nauczycielem hiszpańskiego” – obiecałem sobie, rezygnując ze specjalizacji pedagogicznej na studiach,a dwa miesiące później zacząłem szukać pracy jako lektor hiszpańskiegow szkołach językowych.

Do Hiszpanii się nie przeprowadziłem, więc – niestety – mama na wymarzone wakacje musi jeszcze poczekać. Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż to sobie zaplanowałem.I bardzo dobrze.

Jeśli spojrzymy na mapę Półwyspu Iberyjskiego, zobaczymy być może bardzo nieregularny kwadrat,a być może, tak jak grecki geograf Strabonw I wieku, widzianąz góry, rozłożoną „skórę byka” (piel de toro).I mimo że miał na myśli kształt całego półwyspu, to piel de toro zagościław hiszpańskim słowniku jako synonim kraju Cervantesa.

Choć istnieje wiele hipotez, dlaczego Hiszpania nazywa się Hiszpanią, najbardziej popularna doszukuje się jej pochodzeniau Fenicjan. Gdy dotarli oni na Półwysep Iberyjski, pierwsze, co rzuciło im sięw oczy, to duża liczba królików…I to właśnie fenickie Ispania ma oznaczać „wyspę królików”.W rzeczywistości prawdopodobnie nie były to nawet króliki, tylko podobne do nich małe ssaki – góralki. Rzymianie wykorzystali zasłyszane fenickie słowo, dając początek Hispanii(„ziemi bogatejw króliki”). Podczas wykopalisk archeologicznych odkryto nawet rzymskie monety, na których widnieją najważniejsze atrybuty ówczesnej Hiszpanii: gałązka oliwna oraz królik. Teorii jest jednako wiele więcej. Jednaz nich, która staje się coraz popularniejsza, mówi, że Fenicjanom wcale nie chodziłoo króliki, ale o… metale,w które bogaty był półwysep. Według tej hipotezy fenickie spy,którego rdzeniem jest span,ma oznaczać „kuć metal”, stąd też Ispania to tak naprawdę „ziemia, gdzie kuje się metale”[1]. Jeszcze inna teoria głosi, że cząstka spn oznaczaław fenickim „północ”, dlategoz punktu widzenia Fenicjan Hiszpania była „ziemią na północy”.

Skoro przebrnęliśmy już przez samą nazwę kraju, to warto by wspomniećo kilku innych aspektach, które na pozór mogą wydawać się proste, ale jeśli sięw nie zagłębimy, to okazuje się, że jest zupełnie inaczej. Sytuacja geograficzna Hiszpanii jest ciekawaz kilku względów. Chociażby kraje,z którymi graniczy Hiszpania. Szybki rzut oka na mapęi już moglibyśmy pomyśleć, że to tylko Portugaliai Francja. Nic bardziej mylnego! Oprócz dwóch wymienionych jest chociażby również leżącaw Pirenejach Andora. Żeby jeszcze trochę namieszać, to jej jedynym językiem urzędowym jest kataloński,a sam kraj dla Katalończyków był częstym celem wycieczek na zakupy. Na południu półwyspu znajduje się graniczącyz Andaluzją Gibraltar, który jest terytorium zamorskim Wielkiej Brytanii. Żeby odkryć ostatniego sąsiada Hiszpanii, musimy nawet zmienić kontynenti udać się do Maroka. To właśnie tam znajdują się dwa hiszpańskie miasta autonomiczne – Ceutai Melilla, które są jednocześnie granicą Unii Europejskiej.W 1912roku, jako rezultat porozumieniaz Francją, Hiszpania objęła protektoratem część Maroka. Gdyw 1956 roku kraj ten odzyskał niepodległość, Hiszpania zachowała oba miasta.

Ceutai Melilla to jednak nie jedyne eksklawy kraju Cervantesa. Na południu Francji, tuż przy granicy, leży katalońska gmina Llívia, którą od Hiszpanii dzieli raptem kilka kilometrów.W XVII wieku Francjai Hiszpania podpisały traktato ustaleniu granic, na mocy którego ta druga miała przekazać Francji 33 wsie,w tym Llívię[2]. Okazało się jednak, że Llívia ma prawa miejskie,i w ten sposób stała się eksklawą Hiszpanii. Aby ułatwić życie mieszkańcom, wybudowano drogę N-154 łączącą Llívięz przygranicznym hiszpańskim miastem – Puigcerdá. Mimo to nie obyło się bez konfliktów,a nawet wojny! „Wojnyo znaki stop” (guerra de stops). Rząd francuski na początku lat 60. XX wieku postanowił wybudować dwie drogi, które przecinały N-154i dawały pierwszeństwo samochodom poruszającym się po drodze francuskiej. Mieszkańcy Llívii zareagowali na tę niesprawiedliwość, sukcesywnie wyciągając znaki stopu. Konflikt definitywnie rozwiązano dopierow 2001 roku poprzez wybudowanie ronda.

Również sytuacja językowaw Hiszpanii nie jest taka prosta. Oficjalnym językiem na terytorium Królestwa Hiszpanii jest kastylijski (castellano). Spóro to, czy powinno się mówić „kastylijski”, czy „hiszpański”, toczy się na wielu płaszczyznach,w tym politycznej. Część osób chce podkreślić, żew Hiszpanii jest więcej „hiszpańskich języków” niż tylko español.Z drugiej strony słownik Hiszpańskiej Akademii Królewskiej (Real Academia Española; RAE), instytucji zajmującej się regulowaniem wszelkich kwestii związanychz językiem hiszpańskim, choć podkreśla, że oba terminy oznaczają to samo, rekomenduje używanie terminu español[3]. Castellano powinno być zarezerwowane dla języka historycznego, gdy odnosimy się do współczesnego dialektu hiszpańskiegoz regionu Kastylii lub gdy mówimyo nimw odniesieniu do innych języków współurzędowych (lenguas cooficiales).W praktyce jednak termin castellanojest popularny nie tylko wśród samych Hiszpanów, ale takżew wielu krajach Ameryki Południowej, takich jak Argentyna, Wenezuela czy Paragwaj. Oprócz hiszpańskiego są równieżw Hiszpanii wspomniane już inne języki urzędowew poszczególnych wspólnotach autonomicznych (Comunidades Autónomas)[4]:w Kraju Baskówi części Nawarry baskijski,o którym przeczytaciew rozdziale czwartym,w regionie Galisji[5]w północno-zachodniej części kraju galisyjski,a na Balearach, we Wspólnocie Autonomicznej Walencjii w Katalonii katalońskii jego dialekty.W 2006 roku uznano za współurzędowyw Katalonii także język aranejski, używanyw zamieszkanej przez nieco ponad dziesięć tysięcy osób Val d’Aran.

Chyba nie zaskoczę nikogow takim razie, pisząc, że Hiszpania to mozaika. Prawdziwa mozaika regionów, kultur, językówi tradycji, którą od kilkunastu lat próbuję ułożyćw logiczną całość. Próbuję, mimo że wiem, iż tej wbrew pozorom bliskiej Hiszpanii ułożyć się nie da. Można ją stopniowo rozkładać na czynniki pierwsze, poznawaći odkrywać, wchodząc za każdym razem coraz głębieji zyskując nowe spojrzenie,a i tak okaże się studnią bez dna. Ale może właśniew tym jest cała frajda: przygodaz Hiszpanią nigdy się nie skończy. Zupełnie tak, jak często nie może się skończyć sobremesa – czas po posiłku na wspólną kawę, słodkie wino, likieri rozmowęo błahostkach (albo wręcz przeciwnie), któregow Polsce zawsze mi brakuje.

Nasze wyobrażeniai opinie na temat danego kraju są rezultatem doświadczeń, które zebraliśmy: przeczytanych książek, artykułów, przeanalizowanych danych, rozmów,a co najważniejsze: wyjazdów. To podróże, ujrzenie na własne oczy, jak to naprawdę jest,z minuty na minutę może nam zburzyć całkowicie obraz,o którym byliśmy przekonani, że jest prawdziwy. Może nas też oczywiście utwierdzić wtym, że mieliśmy rację (co chyba jednak zdarza sięo wiele rzadziej).I to właśnie podróżei poznani podczas nich ludzie sprawili, że moja ciekawość kulturyi języka, do którego nauki musiała namawiać mnie mama, stopniowo zamieniała sięw fascynacjęi pasję. Hiszpania dla mnie idealna nigdy nie byłai nie jest. Widzę jej wady, doceniam zaletyi staram się ją zrozumieć. Chciałbym, abyściei Wy spróbowali.

Rozdział 1

Życie jakw Madrycie

Trzej wędrowcy, z których jeden przebędzie Półwysep Iberyjski wzdłuż wybrzeża północnego, drugi – przemierzy go na wskroś, a trzeci zdecyduje się na podróż brzegiem Morza Śródziemnego, nie znajdą wspólnego języka na temat Hiszpanii. Pierwszy stwierdzi, że jest to kraj dżdżu i mgieł, w którym słońce rzadko dokucza soczystej zieleni. Drugi wprost przeciwnie, będzie mówił o »hiszpańskim słońcu« przemożnie panującym nad szarym, półpustynnym krajobrazem, nad popękaną jałową ziemią. Trzeci opowie o Hiszpanii mlekiem i miodem płynącej, gdzie żyzna gleba, dostatek wody, wspaniałe słońce i zapobiegliwość ludzi współistnieją w harmonii doskonałej. I każdy będzie miał rację…”[6]

Mimo że od napisania tych słów przez Romana Dobrzyńskiego minęło już prawie pół wieku, nie straciły ani trochę na aktualności.W przeciwieństwie do wielu jeszcze niezaanektowanych aż tak bardzo przez turystów zakątków Europy Hiszpania wydaje się krajem mało egzotycznym. Od lat jeździmy tam na urlop,a o samej Hiszpanii napisano już wiele. Wiadomo: wakacje, plaża, słońcei byki. Życie jakw Madrycie! Chociaż może lepiej nie, boz Madrytu do plaży trochę daleko.

Według danych Ministerstwa Przemysłu, Handlui Turystyki (Ministerio de Industria, Comercio y Turismo)w 2018 roku Hiszpanię odwiedziło ponad 82,6 miliona turystów, co dało jej drugie miejsce na świecie, między Francją (87 milionów)a Stanami Zjednoczonymi (76 milionów)[7]. Jednak gdyby sprawdzić, dokąd dokładnie jeżdżą, okazałoby się, że ponad połowa turystów odwiedza stosunkowo niewielki obszar Królestwa Hiszpanii: Katalonię, Baleary, Wyspy Kanaryjskie lub Andaluzję[8]. Każdyz tych regionów jest popularnym miejscem wypoczynkowym. Wystarczy przejrzeć oferty biur podróży, aby natknąć się na powtarzające się destynacje: Costa Brava (Katalonia), Costa del Sol (Andaluzja), Fuerteventura (Wyspy Kanaryjskie) czy Majorka (Baleary).I choć Hiszpanie chcieliby, aby turyści przyjeżdżali poznawać kulturę, zwiedzać muzeai odwiedzać zabytki UNESCO, to jednak większość przyciągają słońcei plaża. Koncept sol y playa, który Hiszpania sama wykreowała, przez wiele lat reklamując się (między innymiw Polsce) hasłami typu: „Słońce. Plaża. Uśmiechnij się! Jesteśw Hiszpanii”, nie do końca spełnił oczekiwania kogokolwiek. Po wielu latach okazało się, że to nie jest droga, którą Hiszpanie chcą dalej podążać,a wręcz żałują, żew ogóle na nią wstąpili.

*

Pracując jako lektor hiszpańskiego, zapytałem kiedyś moich uczniów, jakie jest ich pierwsze skojarzenie, gdy myśląo Hiszpanii. Większość odpowiedzi zgadzała sięz tym, co napisałem powyżej: słońcei plaża. Bardzo często wspominano takżeo bykach, białych miasteczkach, przepysznym jedzeniu, sjeściei beztroskim mañana (jutro). Mimo że skojarzenia te są całkiem pozytywnei sprawiają, że od razu czujemy specyficzny klimat południa, to Hiszpanie nie do końca są zadowoleniz tego, jak postrzega ich świat.A wiadomo, jak to Hiszpanie: głośni, sympatycznii bardzo szybko mówią.

W 2013 roku Campofrío – hiszpańska firma produkująca różnego rodzaju produkty mięsne – zaczęła emitowaćw telewizji reklamę pt.: „Zostań obcokrajowcem” (Hazte extranjero). Kryzys, który wciąż pożerał hiszpańską gospodarkę, redukcja miejsc pracy, bezrobocie, drastyczne obniżenie poziomu życia, czasami do absolutnego minimum,a naweti poniżej,i emigracja do innych krajów zachodnich sprawiły, że duch narodu podupadł. Campofrío postanowiła chociaż na chwilę temu zaradzić. Główna bohaterka spotu, nieżyjąca już aktorka Chus Lampreave, znana główniez filmów Pedra Almodóvara, wybiera się na targ, na którym można otrzymać dyplom potwierdzający dowolną wybraną przez siebie narodowość. Chus, która ma na sobie charakterystyczne owalne okularyz grubymi szkłami, postanawia zostać Szwedką. Ma jednak pewne obawy, dlatego najpierw chce przeanalizować całą sytuację. Przechadzając się pomiędzy „straganami”, spotyka znajomego, który dumnie kroczyz dyplomem Niemca, zadowolony, żew końcu będzie wiedział, „jak to jest, gdy cały świat wisi ci pieniądze,a nie na odwrót”. Chus obserwuje także obejmujące sięi krzyczące siostry bliźniaczki, które przy stoisku norweskim dowiadują się, że zgodnie ze skandynawskim charakterem muszą zachować odpowiedni dystans.

Bohaterka spotu, nadal nieprzekonanao słuszności swojej decyzji, zastanawia się, czy zmiana narodowości będzie miała wpływ na jej charakteri co będziez cechami typowymi dla ducha Hiszpanów.W spocie wymienionych jest kilkaz nich, które według mnie bardzo dobrze go oddają: ciągłe przytulaniei dotykanie innych, mówienie do siebie, jakby wszyscy byli głusi, poczucie humoru, zapraszanie do knajpy, nawet jak się nie ma ani grosza,i walkao swoje, mimo że nie ma się już siły. Chus, coraz bardziej niezdecydowana, postanawia zapytać tych, którzy mają już swoje dyplomy, co zamierzają zrobić. Wszyscy chcieli świętować to, że są już innej narodowości, ale niestety wyrzucono ichz baru, ponieważ już dawno powinni spać. Chus ma jednak iście hiszpański pomysł: każe wszystkim przynieść coś do jedzeniai zorganizować fiestę. Nie zapominajmy jednak, że jest to reklama, dlatego oczywiście wszyscy nagle wyciągająz kieszenii spod czapek wędliny.

Spot Campofrío odniósł sukces między innymi dzięki ukartowanej i przemyślanej intrydze, do której został zatrudniony hiszpański koszykarz NBA Pau Gasol. Kilka dni przed wyemitowaniem reklamy udostępnił na swoim koncie na Twitterze wpis,w którym informował fanów, że dostał propozycję otrzymania obywatelstwa Stanów Zjednoczonych. Nieświadomi niczego internauci rozpętali burzęw mediach społecznościowych, jednak po wyemitowaniu spotu okazało się, że koszykarz jest jego częścią. Pod koniec reklamy Chus zapewnia: „Niektórzy nazywają to charakterem albo tym, jacy jesteśmy, ale nie wszyscy to mają. O, nie, nie, nie. To ten nasz sposób byciai odczuwania, którego się nie pozbędziesz, bo zawsze jestz tobą”,a Gasol dopowiadaz ekranu komputera: „…bez względu na to, skąd jesteśi gdzie jesteś”.

Akcja reklamowa Campofríoprzypomniała wszystkimo hiszpańskim charakterze, który wbrew pozorom nie jest taki oczywisty dla reszty Europy;wielu nie może się nadziwić, że na powitanie nowo poznanych osób można od razu kogoś objąć, poklepać po plecach czy dać dos besos (dwa pocałunki):w lewy,a następnie prawy policzek.A to wszystko zwieńczone przytrzymaniem michelines. Wiecie, jak wygląda maskotka słynnej francuskiej marki opon samochodowych? Hiszpanie postanowili właśnie na jej cześć nazywać boczki lub, jeśli ktoś woli, fałdki albo oponki.

Sympatię można także wyrazić głosem. Dlatego też,w zależności od sytuacji, im głośniej kogoś pozdrowimy, tym bardziej się cieszymy na jego widok. Hiszpanie są najgłośniejszym narodemw Europie. Według raportuz 2015 roku najbardziej narażonymi na hałas miastami są oczywiście te największe: Madryt, Barcelona, Sewillai Walencja[9]. Mimo że ruch uliczny jest główną przyczyną hałasu, to znajduje się dopiero na trzecim miejscu powodów, przez które Hiszpanie nie mogą zmrużyć oka (28%). Pierwsze zajmują remonty (58,8%),a drugie imprezy organizowane przez sąsiadów (28,7%).

Stereotyp krzyczących ludziw barachi na ulicach nie jest aż tak bardzo oderwany od rzeczywistości. Aby to sprawdzić, wystarczy wejść do którejkolwiek knajpyw centrum dowolnego większego miasta. Zastanawiając się nad tym fenomenem, doszedłem do wniosku, że początki głośnej komunikacji zauważyć można jużw dzieciństwie. Często obserwowałem sytuacje, gdy np. na placu zabaw rodzice, zamiast podejść do dziecii im coś powiedzieć, krzyczeli, dalej siedząc na ławce. Sytuacja powtarza sięw szkole,w restauracji,w autobusie itd. Jednak jeśli chodzio poziom hałasuw środkach komunikacji miejskiej, to sami Hiszpanie zdają sobie sprawę, że coś jest nie tak. Na krótką metę może to mieć oczywiście swój urok, gdy wchodzi się do pełnego gwaru tramwaju, autobusu czy metra, jednak po pewnym czasie staje się uciążliwe. Wpływ na to ma na pewno komunikator WhatsApp. Aplikacja, która daje możliwość przesyłania zarówno wiadomości tekstowych, jaki głosowych, bije rekordy popularnościw Hiszpanii. Nierzadko okazuje się, że połowa współpasażerów tak naprawdę nie rozmawia ze sobą nawzajem, ale właśnie nagrywa lub odsłuchuje wiadomości.A często nie są one krótkie; można spędzić dziesięć minut, dowiadując się wszystkich nowinekz życia znajomychi rodziny osoby siedzącej obok.

Z drugiej strony to właśniew komunikacji miejskiej nawiązałem wiele nowych, krótkotrwałych znajomościi usłyszałem ciekawe historiei anegdoty. Hiszpanie chętnie zagadują na wszelkie tematy albo po prostu wtrącają się do rozmów. Jak jeszcze się okaże, że współpasażer jest obcokrajowcem, do którego można mówićw ojczystym języku, wtedy nic nie stoi na przeszkodzie, aby wypytać goo całe jego życie, sytuację gospodarcząw kraju jego pochodzenia, średnie zarobki, poziom życia, jedzeniei atrakcje turystyczne. Raz nawet mi się zdarzyło, że pewien starszy pan zadzwonił do swojej wnuczki, która była na Erasmusiew Krakowie, żebym sobiez nią pogadał.

Zawsze gdy jestemw Hiszpanii, korzystamz jakichś darmowych wycieczek po hiszpańsku, po których daje się napiwek przewodnikowi. Najczęściej jednak kończy się tym, że reszta turystóww połowie zwiedzania zaczyna bardziej interesować się mną, chce porozmawiać na przykłado tym, skąd znam hiszpański,i prosi, żebym im poopowiadało naszym kraju. Przewodnik najczęściej na początku bardzo cierpliwie wszystko znosi, następnie zwraca delikatnie uwagę, alei tak prawie zawsze koniec końców włącza się do rozmowy,a wycieczka zmienia sięw przyspieszony kurs wiedzyo Polsce.

I tutaj dochodzimy do kolejnej cechy, za którą bardzo cenięi podziwiam Hiszpanów. Umiejętność wyrażania własnej opiniii mówienia, że się czegoś chce lub nie chce, że się na coś ochotę ma lub nie, że się coś wie lub nie ma się zielonego pojęcia. Así de fácil. Tak po prostu. Bez owijaniaw bawełnę. Mam wrażenie, żew naszej kulturze, przebywającw większym gronie, albo staramy się wybadać poglądy naszych współrozmówców, albow ogóle unikamy mówienia, co myślimy na poważniejsze tematy, ponieważ boimy się reakcji innych. Przyznanie, że czegoś nie wiemy, również większościz nas nie przychodzi łatwo.W Hiszpanii jednak, gdy zapytamy kogośo opinię,z pewnością usłyszymy: „Uważam, że…”, „Moim zdaniem…” czy „A ja sięz tobą nie zgadzam, myślę, że…”.I mimo że często prowadzi to do konfliktów słownych, ułatwia życie. Wyobraźcie sobie, że idzieciez kimś na kawę. Gdy przychodzi do płacenia, mówicie: „To ja zapłacę”, ale nie chcecie tego robić, bo to już któryś raz, gdy regulujecie za kogoś rachunek. Jest bardzo prawdopodobne, żew Polsce druga osoba odpowie: „Przestań, ja zapłacę”.W Hiszpanii usłyszycie raczej: „Okej, to płać”, no chyba że ktoś już wcześniej powiedział, że zaprasza, wtedy nawet nie próbujcie go od tego odwieść.

Jeśli chodzio hiszpańskie poczucie humoru, to jest go dużoi trafić można na niego wszędzie. Tak jaki w Polsce góruje oczywiście internetz memami, filmikamii gifami ze śmiesznymi podpisami. Jednąz najpopularniejszych stron tego typu na Facebooku jest Cabronazi, którą śledzi ponad 12 milionów głównie hiszpańskojęzycznych użytkowników. Sama nazwa jest połączeniem słów cabróninazi. To pierwsze, według słownika hiszpańskiego, oznacza kozła, ale ma również wiele innych znaczeń. Określa się tak na przykład osobę, która ma złe intencje. Drugie słowo natomiast oznacza nazistę.Dosyć ciekawe połączenie słów, ale Hiszpanie też pozwalają sobie nao wiele więcej, niż innym nacjom mogłoby przyjść do głowy. Idealnym przykładem jest jedenz tygodników, „El Jueves”, czyli po prostu „Czwartek”. Sama nazwa jest już żartem, ponieważ pismo ukazuje sięw środy. Założeniem magazynu jest wyśmiewanie sięw formie komiksowej lub za pomocą różnych kolaży zdjęć ze wszystkich polityków, którzy dali dziennikarzom ku temu powód, orazw zasadzie wszystkiego, co aktualnie dzieje się na scenie politycznej. Jak to zazwyczajw polityce bywa, im wyżej się jestw hierarchii, tym więcej jest powodów do śmiechu. Najbardziej odczuł tow ostatnich latach Mariano Rajoy, członek prawicowo-konserwatywnej Partii Ludowej (Partido Popular), któryw latach 2011–2018 piastował stanowisko premiera. Tydzień przed wyborami parlamentarnymiw 2016 rokuw „El Jueves” pojawiło się przerobione zdjęciez podpisem: „Już 26czerwca,w końcu będziesz mógł spłukać toaletę!”, na którym Mariano Rajoy bez koszulki, wystającz wnętrza sedesu, uśmiechał się do czytelników.

Były premier miał również pecha do swoich wypowiedzi na wiecach politycznych, podczas wystąpieńw parlamencie lub programach telewizyjnych. Często coś przekręcałi okazywało się, że nie ma to żadnego sensu. Pech chciał także, że Mariano Rajoy ma wadę wymowyi nie tylko mówi niewyraźnie, ale również świszczy, gdy wymawia literę „s”.I mimo że nie powinno to być nic wstydliwego,w połączeniuz niefortunnymi wypowiedziami dało internautomi dziennikarzom wielokrotnie powód do śmiechu.

Przykładowo 17 maja 2015 roku, przemawiającw Sewilli na południu Hiszpanii, Rajoy mówiło tym, jak ważna jest rola Hiszpaniiw świecie, ponieważ „Hiszpanie to wielki naród,a Hiszpanie, bardzo hiszpańscy,i dużo Hiszpanów”.W sierpniu tego samego roku podczas wiecuw Pontevedrze,w regionie Galisji, mówiąco regeneracji ekonomicznej, zapewniał, że „to nie jest jak woda, która spadaz niebai nie wiadomo tak naprawdę dlaczego”. 1 grudnia 2015 roku, przemawiając przed wyborami parlamentarnymi do swoich potencjalnych wyborcóww Benavente we wspólnocie autonomicznej Kastyliii León, doszedł downiosku, że „to mieszkaniec wybiera burmistrzai to burmistrz chce, żeby mieszkańcy byli burmistrzem”. 2marca 2016 roku podczas obrad na temat inwestycji zwrócił się do swojego przeciwnika politycznego, późniejszego premiera Pedra Sáncheza, stwierdzając: „To, co my zrobiliśmy [partia], rzecz, której pan nie zrobił, to oszukiwanie ludzi”. Kilka dni później, 8 marca, podczas spotkaniaz przedsiębiorczyniamiw madryckim kampusie Google, zaliczył kolejną wpadkę. Mówiąco nowych technologiach, podkreślił, że „musimy dalej produkować maszyny, żeby nam pozwolono dalej produkować maszyny, bo jedyne, czego nigdy nie zrobi maszyna, to wyprodukowanie maszyny”.

Niefortunnych wypowiedzi premiera jesto wiele więceji od razu zachęciły dziennikarzy wszystkich czołowych hiszpańskich gazet do ich przeanalizowania. Internauci również nie pozostawili na nim suchej nitki. Chcąc ocieplić trochę swój wizerunek, Rajoy udostępnił na Twitterze zdjęcie, na którym widać na pierwszym planie gęsi oraz premiera biegnącego za nimiw stroju sportowym. Niestetyz planu nici, ponieważ najpopularniejszym komentarzem okazał się: „Gęsi symbolizują Hiszpanię uciekającą przed panem [Rajoyem]”. Na niewiele zdałsię również udziałw popularnych programach radiowychi występy w prywatnych stacjach telewizyjnych, ponieważ tam również pojawiały się lapsusy językowe czy absurdalne tautologie, takie jak: „szklanka to szklanka,a talerz to talerz”.

*

Poczucie humoru Hiszpanów możnaz łatwością zauważyćw języku. Wydaje mi się, że żaden inny naród nie jest tak dobryw żartach językowych jak Hiszpanie. Nie chodzi tylkoo podwójne (a czasamii potrójne) znaczenia wyrazów, ale także zmienianie formy męskiej na żeńską (i na odwrót) tak, aby dało to jakiś zabawny efekt czy rym. Gdy na przykład jakiś nastolatek coś przeskrobałi chce wytłumaczyć się rodzicom, że to nie była jego wina,i mówi „pero…” (ale…), rodzice mogą odpowiedzieć: „¡Ni pero ni pera!” (ani ale, ani gruszka). Gdy ktoś pyta: „¿Qué pasa?” (Co się dzieje?), dzieci często odpowiadają rymowanką: „¡Un burro por tu casa!”(Osioł [idzie] przez twój dom).

I chociaż hiszpański uchodzi za jedenz łatwiejszych języków obcych, nie do końca mogę sięz tym zgodzić. Prawdą jest, że aby móc się komunikowaćw sytuacjach życia codziennego, nauka nie jest drogą przez mękę, jednak im dalejw las, tym więcej drzew. Myślę, że stereotyp ten jest związanyz przyjemnym dla naszego ucha brzmieniem tego języka. Słowa hiszpańskojęzycznych piosenek, które lecą na okrągłow radiu, są często podobne do polskich albo na tyle pamiętamy jez latynoamerykańskich telenowel, że czujemy, jakbyśmy znali hiszpański od dawna,a całe kwestie aktorów siedzą głębokow nas, czekając, aż jew końcu uwolnimy.

Sami Hiszpanie nie radzą sobie do końcaz językami obcymi, więc gdyw próbie dogadania się rzucimy kilkoma słowami po hiszpańsku, to nasi rozmówcy przejdą na tryb „turbo”, uznając, że na pewno wszystko bez problemów zrozumiemy.

Również kultura Hiszpanii wydaje się atrakcyjna dla wielu Polaków.Z roku na rok coraz większe zainteresowanie kulturąi językiem hiszpańskim zaobserwować można zwłaszcza wśród dzieci, które rodzice chętnie zapisują na zajęciaw szkołach językowych,a wielu młodych adeptów języka Cervantesa zna piosenki Álvara Solera na pamięć. Hiszpański jest także popularny wśród studentów, którzy po najczęściej nieudanej przygodziew szkolez językiem niemieckim lub francuskim czują, że nadchodzą (o ile już nie nadeszły?) czasy,w których znajomość języka angielskiego przestanie być wystarczająca. Również osoby dojrzałe uznają, żew przyszłości hiszpański może się przydać, czy to podczas wakacji, czy po przeprowadzce do krajów hiszpańskojęzycznych na zasłużoną emeryturę. Bez względu na motywacje język hiszpański cieszy się od wielu lat niesłabnącą popularnościąi miejmy nadzieję, że tak pozostanie.

*

Ważną cechą hiszpańskiego charakteru jest poczucie, że jest się częścią grupy,i aktywne uczestnictwow niej. Częste kontaktyz rodzinąi przyjaciółmi, nawet jeśli sprowadzają się tylko do przesłania krótkiej wiadomości czy zabawnego zdjęcia, są częścią każdego dnia. Jednymz największych fenomenów są jednak grupy konwersacyjne na WhatsAppie, do których,w zależności od ich charakteru, możemy dodać naszych znajomych czy rodzinę.I mimo że na pierwszy rzut oka nie maw tym nic nadzwyczajnego, to jednak Hiszpanie przodująw zakładaniu grup, które istnieją czasami tylko kilka godzin. Zazwyczaj wygląda to tak, że założyciel lub założycielka grupy chce np. jechać do IKEA kupić poduszkę. Wiadomo, że jechanie samemu do sklepu meblowego to żadna frajda. Na tym etapie powstaje właśnie grupa, do której organizator dodaje kilkanaście lub kilkadziesiąt osób, szukając chętnych na wybranie się po poduszkę.

Polska jest jednym z popularniejszych kierunków wśród hiszpańskich studentów decydujących się na program Erasmus+. Z drugiej strony również Hiszpania prawie co roku znajduje się na podium, jeśli chodzi o liczbę przyjezdnych studentów (47 138), wyprzedzając Niemcy (32 876) i Zjednoczone Królestwo (31 243)[10]. Pierwsze, co robią Hiszpanie po przyjeździe do Polski, to oczywiście założenie wspólnej grupy na WhatsAppie, aby wymieniać się komentarzami na temat akademika i zorganizować pierwsze spotkanie. Kiedyś udało mi się także dostać do takiej grupy, aby sprawdzić, czego najbardziej brakuje studentom przyjeżdzającym do naszego kraju. Zona común, czyli dosłownie „strefa wspólna”, a właściwie jej brak, to kwestia, która przewijała się od samego początku. Na nic zdawały się poszukiwania wielkiego pomieszczenia, w którym wszyscy mogliby razem usiąść, dlatego w tym celu kolonizowano kuchnie na piętrach, na których większość stanowili właśnie Hiszpanie. W grupie raźniej.

Hiszpanie są często bardzo towarzyscy, chętnie poznają nowych ludzii łatwo im jest złapać kontaktz innymi. Wydaje mi się, że to ostatnie związane jestz jednym prostym słowem, które na pewno znacie,a mianowicie ¡hola!.Tak, zwykłe powiedzenie „cześć” może zdziałać cuda. Nieważne, czy wchodzimy do supermarketu, lekarza czy urzędu, zwykłe ¡hola! od razu skraca dystans pomiędzy rozmówcami. Tak samo hiszpańskie tutear,czyli zwracanie się do siebie na ty, ma się świetniei sukcesywnie wypiera formy grzecznościowe, które mogą być nawet uznane za niegrzeczne. Przekonałem sięo tym, gdy po raz pierwszy przyjechałem do Kraju Basków spędzić wakacjeu hiszpańskiej rodziny. Przyzwyczajony, żew Polsce nawet do rodziców moich przyjaciół, których znam od kilkunastu lat, zwracam się, używając słów „pan”i „pani”, podczas pierwszej wspólnej kolacji odzywałem się do gospodarzy, używając form grzecznościowych.W pewnym momencie mama mojego znajomego nie wytrzymała: „Śpisz pod moim dachem, siedzisz przy moim stole, jesz moje jedzenie, myjesz się pod moim prysznicemi mówisz do mnie »pani«?!”.I gdyby się nad tym zastanowić, to rzeczywiście jest to dziwne, ale czy oznacza to, że do wszystkich możemy mówić na ty? Jeśli nie jesteśmy w oficjalnej sytuacji i nie rozmawiamy zosobamiw podeszłym wieku,w zasadzie tak. Ciekawymi popularnym rozwiązaniem jest zwracanie się do siebie po imieniu, gdy już kogoś znamy choćbyz widzenia. Chociaż ciężko mi sobie wyobrazić, jakw Polsce, mijając moją sąsiadkę na klatce, mówię: „Cześć, Halina!”, tow Hiszpanii nie maw tym nic nadzwyczajnego. Często się zdarza, że gdy ktoś nieznajomy nas zaczepia, najpierw pytao imięi następnie właśnie tak prowadzi resztę rozmowy.

Zupełnie innymi prawami kierują się sprzedawcy na targach (mercado), gdzie każdy może poczuć się jak gwiazdaz okładek magazynów opędzająca się od fanów. Nikogo nie powinno zdziwić, jeśli podczas przechodzenia obok stoiskaz owocami czy warzywami usłyszy skierowane do siebieguapo (przystojniak), bonita (ładniutka), mi cielo (moje niebo), mi amor (moja miłości), reina (królowa), princesa (księżniczka) czy rey (król). Klient nasz pan!

*

Ciekawe jest także to, jak Hiszpanie odbierają nasi nasz kraj. Emilia Dowgiało, nauczycielka hiszpańskiegow szkole podstawowejw Sewillii autorka książkiO flamenco polskim piórem… Kulturowe realiai słowne bariery, postanowiła założyć polsko-hiszpańskie stowarzyszenie „Tu kultura”,w ramach którego promuje język polski i naucza gow stolicy Andaluzji. Zanim wyruszyłem do Sewilli, wymieniliśmy kilka e-maili,w których uzgodniliśmy, że poprowadzę zajęciao stereotypach regionalnychw Polsce. Gdy jużw Sewilli spotkaliśmy się na jednymz licznych placów, wręczyła mi laptopai ruszyliśmy do centrum kultury mieszczącego sięw XIX-wiecznym Casa de las Sirenas (Dom syren), gdzie odbywały się zajęciaz języka polskiego. Niedawno odremontowany pałac otoczony zadbanym ogrodem mieści się przy szerokiej alei Alameda de Hércules,która swoją nazwę wzięła od rosnących wzdłuż niej álamos (topól). Tętniące życiem centrum ma wiele do zaoferowania mieszkańcom dzielnicy: kursy językowe, warsztaty, wystawy, zajęcia teatralne, taneczne, lekcje gitary,a nawet kurs projektowania komiksów.A wszystko to za darmo lub za symboliczną opłatę, co przyciąga wielu chętnych.

Na zajęciachz języka polskiego pojawili się Carlos, Mark, Nacho, Pablo, Paquii Pelario. Wiedziałem, że Marki Paqui już dobrze mówią po polsku, tylko jeszcze nie do końca orientowałem się, co tak naprawdęw tym przypadku znaczy „dobrze mówić po polsku”. Szybko jednak się przekonałem, że mogę powiedzieć wszystkoi zostać zrozumianym. Gdy weszliśmy do sali,w której właśnie zakończył się kurs niemieckiego, minęliśmyw drzwiach mężczyznę, który zapytał, czy za chwilę odbędą się tu zajęcia z polskiego. José Luisowi, który byłw Polsce kilka razy, bardzo sięu nas podobałoi dlatego po lekcjach niemieckiego chciałby zmierzyć się takżei z