Sobowtór profesora Rawy - Alfred Szklarski - ebook

Sobowtór profesora Rawy ebook

Alfred Szklarski

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Pruszkowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 206

Rok wydania: 1993

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

ALFRED SZKLARSKI

 

ALFRED SZKLARSKI

 

 

Projekt okładki: Maciej Sadowski

Redakcja: Krystyna Szklarska, Aleksandra Ławniczak

Redakcja graficzno-techniczna: Renata Jaśtak

Skład i łamanie: Mariusz Jaśtak

Korekta: Małgorzata Burakiewicz, Andrzej Zasieczny, Mariola Stańczak

 

© by MUZA S.A., Warszawa 1993

 

ISBN 83-7079-103-4

 

MUZA S A.

Warszawa 1993

Niepokojące wezwanie

Mimo pełni kalendarzowego lata, już od kilku dni trwała zła, niemal jesienna pogoda. Szare, o niskim pułapie chmury wciąż zasnuwały niebo. Co chwila porywisty wiatr smagał ulice strugami zimnego deszczu. Właśnie zapadał przedwczesny wieczorny zmrok.

Pospieszny pociąg Warszawa-Gliwice mknął na południowy zachód w kierunku Katowic. Okna rozkołysanych pędem wagonów rozbłysły elektrycznym światłem.

Wagon restauracyjny był bez przerwy zapełniony. Kelner niezmordowanie krążył od stolików do bufetu i roznosił zamówione dania. Co pewien czas ciekawie zerkał na barczystego, starszego mężczyznę o skroniach mocno już przyprószonych siwizną. Zajął on miejsce przy stoliku zaraz po wyruszeniu pociągu z Warszawy i przez cały czas siedział głęboko zamyślony, nie zwracając na nikogo uwagi. Zamówiony przez niego obiad już dawno wystygł na talerzu, a mężczyzna wciąż w skupieniu coś rozważał.

Kelner właśnie szedł do bufetu, gdy naraz ktoś przytrzymał go za ramię. To był ten milczący, zamyślony pasażer, który zapytał: - Czy w Katowicach będziemy bez opóźnienia?

- Tak, już nadrobiliśmy tych kilka minut, przyjedziemy zgodnie z rozkładem - odparł kelner. - Czy może mam podać panu coś innego?

- Podać...? Co podać? - zdziwił się pasażer, jakby nie zrozumiał pytania.
- Nawet nie tknął pan obiadu. Może przynieść panu jakąś zakąskę? Na pewno jest pan głodny.
- Nie zjadłem obiadu? - zdziwił się profesor Rawa. Spojrzał na stolik i dodał: - Zamyśliłem się i zapomniałem o nim... Nie jestem głodny.
- A może by tak filiżankę czarnej kawy? To czasem pomaga człowiekowi - zaproponował kelner.
- Mówi pan, że pomaga... Nie, dziękuję, proszę o herbatę.

Profesor znów pogrążył się w rozmyślaniach. Kelner, zaintrygowany nieznajomym, podążył do bufetu. Wydawało mu się, że w szarych oczach roztargnionego pasażera czaił się jakiś nieokreślony niepokój.

Profesor Rawa wolno popijał gorącą herbatę. Już od dawna zachowywał odpowiednią dietę, dzięki czemu posiadał sprawność fizyczną, jasność umysłu i pewność siebie, które właśnie tego dnia mogły mu być bardzo potrzebne.

Czas szybko mijał... Wkrótce za oknami wagonu zajaśniała łuna, w której od czasu do czasu rozbłyskiwały ciemnoczerwone odblaski. Pociąg jechał przez Zagłębie. Niebawem ukazały się uliczne latarnie i barwne neony. Pociąg wjeżdżał do Katowic.

Uśmiech pojawił się na poważnej twarzy profesora Rawy. Lubił to miasto. Było ono dla niego miniaturą pulsujących pracą i życiem miast zachodnioeuropejskich. Zerkając przez okno profesor położył na stoliku banknot dla kelnera. Pociąg już wjeżdżał na peron. Rawa szybko narzucił na ramiona płaszcz, wziął podróżny neseser i ruszył ku wyjściu.

Kelner tymczasem zabrał pieniądze ze stolika i podążył za dziwnym pasażerem.

- Proszę pana! Proszę pana! - wołał za wysiadającym profesorem. - Nie wziął pan reszty!

Nim jednak dotarł do drzwi wagonu, profesor Rawa już wmieszał się na peronie w tłum pasażerów, szybko schodzących do niżej położonych, krytych pasaży. Niebawem znalazł się w hali dworcowej.

Pojawienie się Rawy nie uszło uwagi mężczyzny opartego o automat biletowy. Spod opuszczonego na oczy ronda kapelusza badawczo obserwował przechodzących pasażerów. Gdy spostrzegł profesora Rawę, przyjrzał mu się uważnie, po czym ostentacyjnie podniósł do góry kołnierz płaszcza. W tym momencie, jakby na umówione hasło, inny mężczyzna, niby czytający "Dziennik Zachodni", schował gazetę do kieszeni płaszcza i szybko wyszedł z hali dworcowej na ulicę.

Ostatnia taksówka właśnie odjechała sprzed dworca. Profesor Rawa niezdecydowany przystanął na skraju chodnika. Zastanawiał się, czy ma czekać na przyjazd taksówki, czy też wsiąść w tramwaj kursujący na Brynów.

Dwaj mężczyźni, którzy przed chwilą wymieniali porozumiewawcze znaki w hali dworca, nie spuszczali wzroku z roztargnionego naukowca. Gdy profesor Rawa przystanął na skraju chodnika, jeden z nich wyjął z kieszeni płaszcza gazetę i wrzucił ją do wiszącego na słupie kosza na śmieci. Drugi, zapalając papierosa, zatrzymał się na chwilę za profesorem. Jakby w odpowiedzi na ten znak granatowy duży fiat, zaparkowany na poboczu, ruszył ku dworcowi i zatrzymał się przy chodniku tuż przed profesorem. Kierowca otworzył drzwi i uprzejmie powiedział:

- Jadę do Ligoty, jeżeli to panu po drodze, mogę podwieźć. Czekałem na żonę, miała przyjechać tym pociągiem, ale widocznie coś jej wypadło i przyjedzie później.
- Mieszkam na Różyckiego, to w tym samym kierunku. Bardzo dziękuję, chyba z nieba mi pan spadł! - ucieszył się Rawa. - Kiepska dzisiaj pogoda.

Kierowca dyskretnie się uśmiechnął i odparł:

- Prawie całe lato do niczego. Podwiozę pana, proszę wsiadać.

Profesor usiadł obok kierowcy. Nawet nie zauważył, że teraz przed dworcem pojawiło się od razu kilka wolnych taksówek.

Mężczyzna, który przed chwilą stał obok Rawy zapalając papierosa, rzucił niedopałek i pobiegł do policyjnego białego fiata stojącego nie opodal. Na widok nadbiegającego drzwi samochodu otworzyły się i siedzący za kierownicą policjant krótko zapytał:

- No i co?!
- Akcja przebiega planowo, jedzie podstawionym wozem - padła odpowiedź. - Wyprzedź ich i wal prosto na Różyckiego.

Skąpana deszczem nawierzchnia pnącej się w górę ulicy Kościuszki skrzyła się w świetle latarń, które, niby kryształowy różaniec, wiodły do południowej dzielnicy Katowic.

Uprzejmy kierowca, który zabrał profesora Rawę, mocniej nacisnął pedał gazu, gdy policyjny biały fiat znacznie go już wyprzedził. Samochód lekko wspinał się na wzniesienie przy Parku Kościuszki. Kilka miejskich tramwajów stało przed zajezdnią. Po prawej stronie zarysowała się ciemna skarpa parku, na niej zaś strzeliste kontury zabytkowego, drewnianego kościółka oraz dzwonnicy1.

- Zaraz za skarpą należy skręcić w prawo - wyjaśnił Rawa.
- Znam tę dzielnicę - odparł kierowca i zapytał: - Który numer?
- Czwarty dom z kolei - wyjaśnił profesor. - Willa stoi nieco w głębi ogrodu. Z ulicy numer jest prawie niewidoczny.

Kierowca trochę przyhamował na zakręcie. Wjechali pomiędzy wysokie krzewy odgradzające ulicę Różyckiego od ulicy Kościuszki. Samochód przystanął przed żelazną, ażurową bramą. Profesor dziękując za podwiezienie wcisnął w rękę kierowcy banknot, po czym wysiadł z samochodu, który wkrótce znikł w wylocie opustoszałej ulicy.

Rawa przybliżył się do żelaznej furtki, obramowanej dwoma kamiennymi słupkami. Na każdym z nich, na wysokości twarzy dorosłego mężczyzny, widniały trzy błyszczące, metalowe ozdoby, wykonane w kształcie wypukłej, okrągłej tarczy. Profesor przystanął przed słupem, w który wmurowane były zawiasy furtki. Dotknął dłonią środkowej tarczy, następnie wykonał nią płaski półobrót w kierunku ruchu wskazówek zegara. W odsłoniętym w ten sposób otworze ukazało się wgłębienie kryjące wylot tuby.

- Nie mam kluczy! - zawołał półgłosem.

Mechanizm zamka szczęknął i furtka otworzyła się szeroko. Dwóch mężczyzn, obserwujących Rawę z ukrycia w pobliskich zaroślach, porozumiewawczo trąciło się łokciami.

Furtka sama zamknęła się, gdy profesor wszedł do ogrodu.

Kilkanaście metrów za parkanem, wśród drzew, znajdowała się obszerna jednopiętrowa willa z wykuszami i wejściem osłoniętym dość głębokim podcieniem. Parter domu zbudowany był z ciosanego białego kamienia, wyżej zaś mur tworzyły nie tynkowane, czerwone cegły. We frontowej ścianie widniało tylko jedno małe i okrągłe jak okrętowy iluminator okienko, dzięki czemu dom sprawiał wrażenie dość ponurej, ufortyfikowanej budowli.

Profesor znalazł się wkrótce w głębi podcienia przed drzwiami bez klamki. Nad wbudowaną w nie płaskorzeźbą głowy robota z rozchylonymi ustami i oczami widniała emaliowana tabliczka z zagadkowym, czarnym napisem: "Powiedz kim jesteś, a dowiesz się, czy zastałeś gospodarza w domu."

Profesor Rawa nie tracąc czasu pochylił się ku robotowi i szepnął:

- Sezam...

Jak za wypowiedzeniem zaklęcia legendarnego Ali Baby, drzwi otworzyły się bezszelestnie. Profesor przekroczył próg domu. Światło samoczynnie zapłonęło w żyrandolu zwisającym z sufitu. Rawa uważnie rozejrzał się po obszernym hallu. Wszystkie przedmioty znajdowały się na właściwych miejscach. W domu panowała niczym nie zmącona cisza. Profesor ominął lustro wbudowane w środek ściennego wieszaka. Nie zdejmując płaszcza ani kapelusza stanął przed dużymi, dwuskrzydłowymi drzwiami bez klamki. Lekko przesunął lewą dłonią po bocznej futrynie.

Drzwi same otworzyły się cicho...

Rawa błyskawicznym, niespokojnym spojrzeniem obrzucił swoją pracownię. Dopiero po dłuższej chwili ucho mogło uchwycić leciuteńki szum urządzeń klimatyzacyjnych. Wszędzie panowała idealna czystość i porządek. Pośrodku sali stał długi i szeroki, jasny stół. Na nim znajdował się z boku mały mózg cybernetyczny2 i różnego rodzaju przyrządy pomiarowe, z wyglądu podobne do telewizorów, anteny, mikrofony, magnetofony, części radiowe i telewizyjne wmontowane w jakieś aparaty, wzmacniacze oraz duże i małe skrzynki z ekranami, tarczami lub wskaźnikami i strzałkami, rozmaite urządzenia elektromechaniczne.

W głębi pracowni znajdowała się nisza zakryta cztero-skrzydłowym parawanem. Rawa podbiegł do niej. Gwałtownym szarpnięciem odsłonił jedno skrzydło parawanu. Strumień jasnego światła automatycznie oświetlił fotel, w którym siedział wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Zewnętrznie stanowił wierną kopię profesora Rawy. Z lekko odchyloną do tyłu głową spoglądał w sufit szklistymi, nieruchomymi oczami. Opuszczone w dół ręce bezwładnie zwisały ku posadzce.

Westchnienie ulgi wyrwało się z ust profesora Rawy, gdy ujrzał swego sobowtóra siedzącego za parawanem. Zaraz jednak pochylił się ku niemu, obrzucając go badawczym spojrzeniem... Od razu spostrzegł w marynarce, na lewej piersi, szerokie rozcięcie, jak po pchnięciu nożem.

Profesor Rawa zachmurzył się i bardzo zaniepokojony szepnął:

- Ach, więc to tak!

Nie tracąc czasu podbiegł do stołu stojącego na środku pracowni i włączył monitor kontrolny. Pochylony nad stołem utkwił wzrok w dużym ekranie, na którym kolejno zaczęły ukazywać się wnętrza innych pomieszczeń w domu: jadalnia, gabinet i zarazem jego sypialnia, pokój syna, pokój gościnny, kuchnia, strych, a w końcu garaż z niebieskim volkswagenem garbusem. Nigdzie nie było żywego ducha.

Rawa wyłączył monitor. Niemal przerażony pobiegł w róg pracowni, gdzie naprzeciwko drzwi wejściowych znajdował się przyrząd w kształcie stojącego zegara. Zamiast tarczy ze wskazówkami posiadał ekran, nad nim zaś ruchomy obiektyw. Był to aparat nazywany przez wynalazcę Ego, co w języku łacińskim oznacza "ja" lub "ja sam". Ego był niezawodnym okiem i uchem profesora, bowiem mógł ukazywać osoby, które mimo surowego zakazu wchodziły do pracowni podczas jego nieobecności, a nawet powtarzać ich rozmowy.

Rawa uruchomił przyrząd. Ciszę pracowni zakłócił głos ostrzegający kogoś, aby samowolnie nie przekraczał jej progu. Wkrótce na ekranie pojawił się obraz pokoju, w którym obecnie przebywał profesor Rawa. Słychać było przyciszoną rozmowę dwóch mężczyzn. Naraz jakiś zamaskowany osobnik pochylił się nad długim stołem.

"Precz z rękoma! Możesz niechcący uruchomić system alarmowy!" ostrzegł drugi intruz, również kryjący twarz pod maską. Jego prawa dłoń, schowana w kieszeni płaszcza, zapewne zaciskała się na rękojeści broni.

"Masz rację, to diabelski dom!" mruknął pierwszy osobnik i natychmiast cofnął się od stołu. Ostrożnie podszedł do parawanu. Odsłonięte jedno skrzydło pozwalało ujrzeć jaskrawo oświetlony, pusty fotel.

- A więc sobowtór wychodził z pracowni podczas mojej nieobecności... - szepnął Rawa gniewnie marszcząc brwi.

Po krótkiej naradzie intruzi wycofali się z pracowni. Potem Ego znów ostrzegał kogoś. Na ekranie pojawiło się trzech chłopców i dziewczynka.

Profesor Rawa uśmiechnął się na widok syna, lecz zaraz znów spochmurniał. Więc jednak Andrzej odważył się wprowadzić tutaj swoich przyjaciół. Wszakże nie miał czasu na zastanawianie się nad nieposłuszeństwem syna, gdyż nowe sceny na ekranie i rozmowy dzieci przykuły jego uwagę.

Dzieci otaczały siedzącego w fotelu sobowtóra i rozmawiały z nim. Sobowtór cierpliwie odpowiadał na ich pytania, spacerował, wykonywał różne czynności. Kolejny obraz przedstawiał sobowtóra wychodzącego z Andrzejem z pracowni, a w końcu myszkującego po niej obcego mężczyznę.

Rawa, głęboko wzburzony, wyłączył aparat. Niezwykłe relacje Ego spotęgowały niepokój, jaki ogarnął go w Londynie po telefonicznej rozmowie z oficerem śledczym policji katowickiej, który doradził mu jak najszybszy powrót do domu. Profesor teraz nabrał pewności, że alarmujące podejrzenia policji były jak najbardziej uzasadnione. W jego domu naprawdę czaiło się groźne niebezpieczeństwo. Aby móc skutecznie stawić mu czoło, zaczął porządkować kolejność wydarzeń.

A więc przede wszystkim na dwa dni przed wyjazdem Rawy do Anglii jego syn, Andrzej, wymknął się w nocy z domu. Dlaczego?

Potajemna wyprawa

W nocnej ciszy rozbrzmiewało ćwierkanie świerszcza. Andrzej przewrócił się na drugi bok. Widocznie śniło mu się coś przyjemnego, gdyż uśmiech nie znikał z jego twarzy. Tymczasem ćwierkanie świerszcza, z początku dość ciche i monotonne, z każdą chwilą stawało się bardziej natarczywe, aż nagle przerwało je krakanie wrony. Wyrwany ze snu chłopiec szybko wyłączył głośnik oryginalnego budzika, stojącego na stoliczku przy łóżku. Zaniepokojony spojrzał na fosforyzującą tarczę zegara: była minuta po trzeciej. A więc zbudziło go dopiero krakanie wrony!

"Oj, do licha! - pomyślał zły na siebie. - Jeśli ojciec nie wyłączył mikrofonu, wpadłem na całego!"

Jeszcze raz zerknął na swój wspaniały budzik. Otrzymał go zaledwie przed kilkoma dniami od ojca w nagrodę za pomyślnie zdany egzamin do liceum. Profesor Rawa, chcąc sprawić przyjemność swemu jedynakowi, który był zapalonym konstruktorem urządzeń elektronicznych, sam zaprojektował i zbudował dla niego ten niezwykły upominek. Odpowiednio nastawiony czasomierz mógł budzić chłopca utrwalonymi na taśmie głosami zwierząt. Najpierw więc, zamiast dzwonka, rozlegało się stopniowo coraz głośniejsze ćwierkanie świerszcza, potem krakanie wrony, a w końcu przeraźliwy pomruk lwa, który nawet największego śpiocha zrywał na równe nogi.

Andrzej w dalszym ciągu leżał w łóżku, przezornie jednak odwrócił się twarzą do ściany. Zaniepokojony zerkał w ciemność i przez pewien czas pilnie nasłuchiwał. Przecież w domu tym trudno było cokolwiek ukryć przed ojcem. Jeśli usłyszał u siebie w pracowni dość głośne krakanie wrony, światło w pokoju chłopca mogło rozbłysnąć lada chwila. Byłby to znak, że ojciec sprawdza na ekranie swego monitora, co się dzieje w sypialni jedynaka. Andrzej tymczasem pragnął, aby ojciec nie przejrzał jego planów.

Ojciec Andrzeja, wybitny matematyk i fizyk, od szeregu lat poświęcał się badaniom naukowym stosunkowo młodej dziedziny wiedzy - cybernetyki oraz szczególnie z nią związanych - automatyki 3 i elektroniki4. Dzięki swym dużym uzdolnieniom osiągnął w pracy wprost niezwykłe wyniki i dokonał kilku wynalazków. Był również współkonstruktorem produkowanych w Polsce maszyn analogowych, służących do obliczania równań różniczkowych oraz matematycznych maszyn cyfrowych, zwanych popularnie komputerami. Większość badań naukowych prowadził we własnej pracowni, przylegającej do jego prywatnego mieszkania. By móc rozwiązać niektóre zagadnienia z zakresu elektroniki i cybernetyki, profesor musiał nieraz najpierw rozwikłać szereg drobnych, lecz nie mniej ważnych problemów, toteż niemal codziennie zamykał się do późnej nocy w ciszy obszernej pracowni, wyposażonej w najnowocześniejszą aparaturę oraz urządzenia.

Szczególnie wiele zainteresowania i czasu poświęcał profesor Rawa jednej z ważniejszych metod cybernetyki, jaką jest modelowanie. Budowane przez niego (na wzór żywych organizmów) modele maszyn cybernetycznych pozwalały mu sprawdzać słuszność założeń i rozważań teoretycznych, a jednocześnie dostarczały niezmiernie ciekawych materiałów obserwacyjnych do badań układów znacznie bardziej złożonych, występujących w żywym organizmie.

Zdarzało się często, że podczas badań nad poszczególnymi częściami maszyn cybernetycznych, profesor odkrywał nowe możliwości rozszerzenia ich działania. Wówczas, całkowicie pochłonięty nowym pomysłem, nie widywał się z nikim przez kilka dni. W tym czasie nawet jego syn nie miał dostępu do niego. Nie oznaczało to, że wynalazca całkowicie zrywał kontakt z otoczeniem. Rozmieszczone niemal w całym domu kamery telewizyjne umożliwiały mu czuwanie nad jedynakiem oraz kontrolowanie wszystkiego, co działo się w willi i najbliższym jej otoczeniu. Aby uchronić się przed zbytnią ciekawością nieproszonych gości, profesor zabezpieczył swą posiadłość, a szczególnie pracownię, systemem specjalnych urządzeń alarmowych.

Rawa był wdowcem. Po śmierci żony synem jego opiekowała się szwagierka, mieszkająca w pobliżu, na ulicy Fitelberga. Dopiero po ukończeniu dwunastu lat Andrzej wprowadził się na stałe do domu ojca. Chłopiec odziedziczył zamiłowanie do techniki i zdolności matematyczne. Uczył się doskonale, z zapałem uczęszczał do pracowni elektromechanicznej w Pałacu Młodzieży, a gdy tylko ojciec na to pozwalał, wszystkie wolne chwile spędzał w jego pracowni, obserwując z niezmiernym zainteresowaniem niezwykłe doświadczenia. Najbardziej pasjonowała go automatyka i sterowanie. Profesor-wynalazca nie skąpił synowi pouczających wyjaśnień, udzielał wskazówek, toteż Andrzej w bardzo krótkim czasie przeniknął wiele jego drobnych tajemnic naukowych.

Andrzej, wyłączywszy budzik, leżał nieruchomo odwrócony twarzą do ściany. Pełen niepokoju oczekiwał, czy przypadkiem nie rozbłyśnie w pokoju światło. Ojciec od wielu już dni nie opuszczał pracowni. Przeprowadzał jakieś doświadczenia przed wyjazdem do Londynu na zjazd cybernetyków. Tym niemniej dzięki istniejącym w domu urządzeniom mógł o każdej porze dnia i nocy obserwować syna, słyszeć jego głos. Andrzej zazwyczaj zwierzał się ojcu ze wszystkich swoich zamierzeń, jednak tym razem musiał zachować ostrożność. Ojciec na pewno nie pozwoliłby mu na tak wczesne wyjście z domu i Andrzej nie dotrzymałby przyrzeczenia, uroczyście złożonego wobec wszystkich członków nowo powstałego Klubu Poszukiwaczy Przygód.

Założycielem Klubu był Marek, szkolny kolega Andrzeja. Chłopcy mieszkali blisko siebie i przyjaźnili się mimo różnych upodobań. Marek stale marzył o niezwykłych przygodach. Czytywał książki podróżnicze, uwielbiał bohaterskich Indian, entuzjazmował się wyświetlanymi w telewizji przygodowymi filmami i z zapałem organizował zawadiackie zabawy. Andrzej natomiast pasjonował się techniką. Naśladując ojca stale coś majstrował bądź studiował odpowiednie podręczniki i jedynie podczas wakacji oddawał się pod komendę żądnego przygód przyjaciela.

Właśnie na początku wakacji Marek zorganizował "tajne stowarzyszenie", nazwane w regulaminie Klubem Poszukiwaczy Przygód. Oprócz Andrzeja zwerbował na członków Klubu jego młodsze cioteczne rodzeństwo: Maćka i Bożenę. Na inauguracyjnym zebraniu wszyscy przybrali odpowiednie pseudonimy, czyli nazwiska, pod którymi mieli występować, a następnie Marek zaproponował, aby uczcić fakt powstania Klubu jakimś śmiałym czynem. Wtedy to właśnie dziewięcioletnia Bożena pierwsza pospiesznie przypieczętowała decyzję:

- Wódz Cętkowana Twarz ma rację, musimy coś zrobić! Już wiem! Napadniemy na obóz harcerzy! - zawołała z entuzjazmem.

Wódz Cętkowana Twarz, czyli piegowaty Marek, z uznaniem spojrzał na dziewczynę i odparł:

- Wiercipięta podsunęła niezły pomysł. Poddaję go pod głosowanie!

W ten sposób wyprawa na harcerzy została jednomyślnie uchwalona. Napad miał być dokonany następnego dnia, na krótko przed świtem. Nie było to zbyt łatwe zadanie. Przede wszystkim młodzi entuzjaści przygód nie mieli odwagi prosić rodziców o pozwolenie na tak wczesne wyjście z domu. Musieli więc wymknąć się niepostrzeżenie, a to znów zmuszało do samodzielnego przebudzenia się o odpowiedniej porze. Ku swemu wielkiemu zmartwieniu wszyscy członkowie Klubu niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki zapadali w mocny, zdrowy sen i niemało wysiłku trzeba było ze strony rodziców, aby nakłonić ich do wczesnego wstawania. Nic więc dziwnego, że w zaplanowanej nocnej wyprawie wspaniały budzik Andrzeja odgrywał główną rolę.

Po dłuższej chwili Andrzej ostrożnie odwrócił się twarzą do pokoju. Spojrzał w okno. W czerń nocy wkradała się delikatna szarość przedświtu. W domu w dalszym ciągu panowała niczym nie zmącona cisza. Chłopiec zsunął się z łóżka, ułożył kołdrę w ten sposób, aby sprawiała wrażenie, że okrywa śpiącego, po czym szybko nałożył ubranie i z butami w rękach wyszedł na mały taras. Do niskiej, kamiennej balustrady przymocowany był sznur, na którym w równych odstępach zawiązano grube węzły.

Andrzej opuścił sznur w dół poza balustradę. Po chwili chyłkiem przemykał się przez ogród do sąsiedniej posesji. Przejście przez płot nie zajęło mu wiele czasu. Przystanął przed boczną ścianą domu. Jedno okno na wysokim parterze było trochę uchylone. W półmroku obmacywał ścianę, dopóki nie znalazł sznurka spuszczonego z okna. Lekko pociągnął za sznurek, którego drugi koniec miał być przywiązany do nogi Marka. Po chwili pociągnął nieco mocniej, lecz nadal nie było odpowiedzi. Zniecierpliwiony energicznie oburącz szarpnął sznurkiem. Serce zabiło mu mocno, gdy usłyszał łomot ciała zwalającego się na podłogę i okrzyk przestrachu. Zaraz jednak zapanowała cisza.

Sznurek wysunął się z ręki Andrzeja i wkrótce zniknął w oknie.

Minęło kilka denerwujących minut, zanim okno uchyliło się bezszelestnie. W ciemnym otworze ukazała się sylwetka rosłego chłopca, który wszedł na parapet. Zwinnie zeskoczył na ziemię.

- Uf...! - szepnął Andrzej. - Niechcący przestraszyłem cię! Spadłeś z łóżka! Nie chciałem pociągnąć tak mocno!

Marek wzruszył ramionami. Z politowaniem spojrzał na przewrażliwionego przyjaciela. Przerastał go przecież co najmniej o głowę i jak na swój wiek, był doskonale zbudowany.

- Przy mojej wadze prędzej byś zerwał sznurek niż ściągnął mnie z łóżka - wyjaśnił urażony. - Właśnie śniło mi się, że to już po wakacjach i że ma być klasówka z matmy. Gdy szarpnąłeś sznurkiem, zdawało mi się, że mama budzi mnie do szkoły...

Andrzej zachichotał. Marek nie poświęcał zbyt wiele czasu nauce. Często przepisywał od niego zadania, a przed klasówką z matematyki zawsze odczuwał uzasadnioną obawę.

- No, tylko bez głupich śmichów chichów! - burknął Marek. - Nie każdy ma profesora w rodzie! Poza tym nie czas na poufałości. Jesteśmy na stopie służbowej! Nie złożyłeś meldunku!

Andrzej zaraz spoważniał, przypominając sobie regulamin Klubu.

- Rozkaz ściśle wykonałem - pospiesznie meldował.
- Wprawdzie zbudziło mnie dopiero krakanie wrony, ale mimo to tata nic nie usłyszał. Leżałem jakiś czas odwrócony twarzą do ściany. Wstałem dopiero wtedy, gdy upewniłem się, że wszystko w porządku. Sznur przymocowany do balustrady zastałem na miejscu. Nikogo nie spotkałem po drodze.
- No dobra! Jestem z ciebie zadowolony, Mądra Głowo - pochwalił wódz Cętkowana Twarz. - Chodźmy teraz po Chytrego Węża i Wiercipiętę!

Ledwie ruszyli biegiem, gdy naraz zza krzewów wyłoniły się dwie postacie.

- Kto idzie?! - półgłosem zapytał Cętkowana Twarz.
- Chytry Wąż i Wiercipięta! - natychmiast padła odpowiedź.
- Ho, ho! Czy zbudziliście się sami? - zdumionym głosem zapytał wódz.
- Nie mogłam usnąć ze strachu, że zaśpimy! Czuwałam całą noc - zawołała Wiercipięta. - Gdy mi się oczy kleiły, to szczypałam się w nogę.
- Powinnaś być mężczyzną, a nie babą - rzekł Marek.
- Czy wódz Cętkowana Twarz nie myśli, że z czasem to się da zrobić? - nieśmiało zapytała Wiercipięta. - Przecież ja też często noszę spodnie!
- Co baba, to baba, a mężczyzna to mężczyzna! Głupia sroka! Czego to się jej zachciewa?! - wtrącił Maciek, zwany Chytrym Wężem.
- A czy chłopiec, który zmywa naczynia po obiedzie, nie jest babą?! - odcięła się Wiercipięta.

Prawa dłoń Chytrego Węża spadła z suchym trzaskiem na pośladek Wiercipięty. Oburzona, bez jednego słowa

skoczyła bratu do oczu. Na szczęście wódz Cętkowana Twarz swoim potężnym cielskiem rozdzielił zwaśnionych.

- Zły duch was chyba opętał! - syknął. - Czy chcecie zaprzepaścić naszą pierwszą wyprawę?!
- To dlaczego ten łobuz, Chytry Wąż, wciąż mnie bije?
- indyczyła się Wiercipięta. - Prawda w oczy kole! On codziennie zmywa garnki!
- A cóż to tobie przeszkadza, że Maciek pomaga mamie?
- wtrącił się Andrzej. - Wyśmiewasz go, zamiast mu pomóc!
- Czemu nie powiesz Chytremu Wężowi, żeby nie wymyślał mi od bab?! - zawołała Wiercipięta. - Baby zmywają naczynia!
- Uspokójcie się - poważnie rzekł Cętkowana Twarz.
- Wiercipięta otrzymuje naganę za egoizm. To szlachetny uczynek pomagać mamie. Ja... też zmywam naczynia po obiedzie!
- Aha, to właśnie dlatego z nim trzymasz! - odparowała dziewczynka.
- Milcz, Wiercipięto, albo wykluczymy cię z Klubu - ostrzegł Cętkowana Twarz. - Za wyśmiewanie szlachetnych uczynków musisz ponieść karę. Od dzisiaj będziesz co drugi dzień zmywała naczynia. Chytry Wąż złoży meldunek, czy wykonujesz rozkaz!
- Mam was w nosie!
- Jeśli tak, to zmykaj do domu! - rozgniewał się Marek.
- Cóż to wódz Cętkowana Twarz stał się dzisiaj taki obrażalski? - zaoponowała Wiercipięta. - Już świta! To najlepsza pora do napadu!
- Przyrzekłaś przestrzegać regulaminu naszego Klubu, a on właśnie przewiduje spełnianie dobrych uczynków - odparł Cętkowana Twarz. - Będziesz zmywała co drugi dzień lub ruszaj swoją drogą!
- Ha, skoro tak mówi nasz regulamin, to muszę ustąpić - niemal słodkim głosem powiedziała dziewczynka. - Jednak nie lubię zmywania garów. Wolę wycierać... codziennie. Zgoda?
- Co na to Chytry Wąż? - zapytał Cętkowana Twarz.
- Dobra, niech wyciera, ale bez przypominania!

Wiercipięta zadowolona klasnęła w dłonie. Zdołała coś tam wytargować, aczkolwiek za nic w świecie nie mogłaby zrezygnować z uczestniczenia w napadzie na harcerzy.

Marek, nie tracąc już więcej czasu, poprowadził swój oddziałek w stronę Parku Kościuszki. Tam bowiem, w kotlinie między parkiem a Brynowem, znajdowało się obozowisko harcerzy, którzy zapewne przed wyjazdem na letni obóz przeprowadzali w terenie kilkudniową próbę sprawności z nowo przyjętymi do zastępu druhami. Im to właśnie członkowie Klubu Poszukiwaczy Przygód zamierzali spłatać figla.

Grupka spiskowców ominęła półkolem rząd domów rzadko rozrzuconych wzdłuż ulicy Różyckiego i niebawem dotarła do południowego skraju przedłużenia Parku Kościuszki w kierunku Brynowa. Tutaj Marek, jako wytrawny strateg, zatrzymał się, by obmyślić dalszy plan działania. W różowych odblaskach świtu leżała przed nimi wąska kotlina porośnięta krzewami i kępami drzew. Nie opodal, na stoku wzniesienia pnącego się ku północy, bielił się cmentarzyk żołnierzy radzieckich, poległych w 1945 roku podczas walk o Katowice, za nim, wśród szerokiego pasma zielonych koron topól, brzóz i sosen, widać było poczerniały, drewniany dach zabytkowego kościółka. W głębi kotliny sterczała wysoka tyka, z zawieszonym na niej harcerskim proporczykiem.

Marek jak urzeczony spoglądał w kierunku obozu i rozmyślał. Wiercipięta niespokojnie przestępowała z nogi na nogę, aż w końcu, zniecierpliwiona, zawołała:

- Co się z tobą dzieje?! A może strach cię obleciał?!

Marek drgnął. Odwrócił się do dziewczynki i burknął:

- Cicho, gaduło! Wróg już blisko! Za mną!

Ruszył pierwszy szybkim krokiem, wykorzystując krzewy jako osłonę. Wkrótce ujrzeli pięć namiotów ustawionych szeregiem przed wysoką tyką z lekko łopoczącym proporczykiem. Tuż obok "słupa" flagowego, przy wygasłym ognisku, siedział z podwiniętymi po turecku nogami młody harcerz. Oparłszy łokcie na udach spał w najlepsze z głową schowaną w dłoniach.

Widok ten niezmiernie ucieszył spiskowców. Podniecona Wiercipięta uszczypnęła brata w nogę. Cała grupka przyczaiła się za krzewem.

- Prędzej, co robimy...? - szepnęła Wiercipięta.

Marek przyłożył palec do ust nakazując milczenie. Po chwili odezwał się szeptem:

- Zabierzemy im proporczyk! Chytry Wąż ściągnie go ze słupa, ja zaś i Mądra Głowa przypilnujemy, aby śpioch nie narobił hałasu.
- A ja, a ja?! - niepokoiła się Wiercipięta.
- Ty jesteś obserwatorem - odparł wódz Cętkowana Twarz. - Siedź tutaj i pilnuj namiotów. Gdyby coś zaczęło się dziać, ostrzeżesz nas ćwierkaniem świerszcza.

Wiercipięta kiwnęła głową i od razu przystąpiła do wykonywania ważnego zadania. Marek tymczasem zwrócił się do Andrzeja:

- Podkradniemy się do wartownika. Gdyby zbudził się, nakryj mu łepetynę swetrem i trzymaj mocno, dopóki go nie obezwładnię!
- Bądź spokojny, nie piśnie ani słówka — odszepnął Mądra Głowa.

Trzech chłopców zaczęło skradać się ku śpiącemu wartownikowi.

Cenny łup

Chytry Wąż czołgał się po ziemi. Drobne krzewy były dla niego doskonałą osłoną, toteż bez przeszkód znalazł się w kręgu namiotów. Tuż za nim czaili się Cętkowana Twarz i Mądra Głowa. Wartownik wciąż spał w najlepsze, kiwając się na wszystkie strony.

Chytry Wąż pełzł ostrożnie, nie odrywał wzroku od pleców wartownika. Porannej ciszy nie zakłócił najdrobniejszy szelest czy trzask nadepniętej gałązki; wartownik był tuż, tuż, prawie na wyciągnięcie ręki. Chytry Wąż obejrzał się na przyjaciół. Ręką dał im znak. Wyminęli go, by przykucnąć za wartownikiem. Mądra Głowa ze swetrem w dłoniach pochylił się nad śpiącym, podczas gdy Cętkowana Twarz jak sęp czatował gotów do skoku.

Chytry Wąż rozsupłał węzeł linki. Wolniutko zaczął ściągać proporczyk. W pewnej chwili źle naoliwiony blok zaskrzypiał złowieszczo. Chytry Wąż zamarł w bezruchu. Jego towarzysze jeszcze bardziej pochylili się nad nieszczęsnym wartownikiem, lecz ten ani drgnął. Zachrapał tylko głośniej. Na uspokajający znak wodza, Chytry Wąż szybko ściągnął proporczyk5. Jedno cięcie finką zakończyło sprawę. Cenny łup zniknął pod kurtką Chytrego Węża, który natychmiast rozpoczął odwrót. Przyjaciele krok za krokiem cofali się za nim. Naraz Cętkowana Twarz przystanął przy ogołoconej tyczce. Wydobył z kieszeni notesik i ołówek. Po krótkiej chwili zastanowienia napisał: "Jeśli ciekawi was los proporczyka, niech wasz dowódca stawi się o godzinie 9 przy cmentarzu radzieckich żołnierzy. Klub Poszukiwaczy Przygód”.

Wyrwał kartkę, przywiązał ją do końca linki i z Mądrą Głową podążyli za Chytrym Wężem.

- Ależ wspaniale się udało! - zawołała Wiercipięta z uciechy klaszcząc w dłonie, gdy grupka spiskowców znalazła się z dala od obozu.
- Będą mieli miłe przebudzenie, nie ma co gadać - dodał Chytry Wąż.
- Dobrze im tak! Kto śpi na warcie, zasługuje na surową karę - powiedział Mądra Głowa. - Nie chciałbym znaleźć się w skórze tego wartownika.
- Dostanie po nosie, na pewno dostanie - powtórzył Cętkowana Twarz.
- Co zrobimy z proporczykiem? - zagadnęła Wiercipięta. - Trochę mi żal tego harcerzyka. Może za karę każą mu zmywać wszystkie miski po obiedzie?
- Marek, co napisałeś na kartce pozostawionej w obozie? - zapytał Chytry Wąż.
- Wyznaczyłem im spotkanie o dziewiątej rano przy cmentarzu - wyjaśnił Cętkowana Twarz.
- Wspaniale! Wszyscy tam pójdziemy! - zawołała Wiercipięta.

Wódz zmroził ją surowym spojrzeniem.

- Mylisz się - zaprzeczył. - Nie pójdziemy wszyscy!
- A to dlaczego?! - zaperzyła się dziewczynka. - Pewno znów zamierzacie mnie wykiwać! Ja także chcę zobaczyć, jakie będą mieli miny!
- Jestem wodzem, a podczas wojny wodzowie decydują o wszystkim. Zrozumiałaś?
- No tak, tak, ale ty sam kazałeś wybrać siebie!
- Nie kłóć się - skarcił ją Chytry Wąż. - Marek wymyślił Klub Poszukiwaczy Przygód i słusznie jemu pierwszemu należała się ta funkcja.
- A dlaczego nie możemy pójść wszyscy?
-