Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania - Pablo Vierci - ebook

Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania ebook

Pablo Vierci

0,0
54,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Po raz pierwszy szesnastu ocalonych przedstawia pełną historię tego, co wydarzyło się w Andach.

Pablo Vierci

Oto poruszająca i brutalnie szczera opowieść o granicach ludzkiej wytrzymałości. Trzynastego października 1972 roku w wyniku tragicznej pomyłki w Andach rozbił się samolot, na którego pokładzie znajdowała się drużyna młodych rugbistów wraz z rodzinami i przyjaciółmi. Kadłub maszyny się przełamał, a fotele zostały wyrwane ze zniszczonej podłogi. Ci z pasażerów, którym udało się przeżyć – tytułowe śnieżne bractwo – w trakcie wielotygodniowego oczekiwania na ratunek stoczyli dramatyczną walkę o przetrwanie.

Część spośród nich umarła. Pozostali, uwięzieni na lodowcu, każdego dnia musieli się mierzyć z ekstremalnym zimnem, śmiertelnymi lawinami, brakiem jedzenia i wody oraz bólem po stracie przyjaciół. Aby przeżyć, podjęli się niewyobrażalnie trudnego zadania…

Dziennikarz Pablo Vierci przedstawia historie szesnastu ocalałych, nie stroniąc od intymnych szczegółów, którymi się podzielili podczas ekskluzywnych wywiadów. Jego książka nie tylko pokazuje, jak katastrofa na zawsze zmieniła życie tych, którzy przeżyli, ale jest też wzruszającym świadectwem siły wiary, przyjaźni i niezłomności ludzkiego ducha.

Na podstawie tej historii powstał nominowany do Oscara i Złotych Globów film Netflixa.

Przeżyliśmy siedemdziesiąt dwa dni bez mycia się, bez zmienienia odzieży. Żywiliśmy się w tym czasie ludzkim mięsem, z początku pojedynczymi plastrami, jednak z czasem nasze racje dziennie stawały się większe. Nieco później, gdy na śniegu leżały już ogryzione kości, zdarzało się, że ten czy ów podnosił jedną, chował do kieszeni kurtki, a potem wyciągał ją i ssał na oczach kolegów. Zresztą nawet nasze rozmowy brzmiały, jakbyśmy prowadzili je na dnie głębokich jaskiń – mówiliśmy bardzo cicho, powoli; głosy niewiele różniły się od szeptu. Być może w ten sposób nasze ciała próbowały oszczędzać drogocenne siły, a może osunęliśmy się w stan tak prymitywny, że przestawaliśmy być homo sapiens, a stawaliśmy się rozumnymi małpami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 534

Data ważności licencji: 5/17/2029

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1. Marzec 2006 roku: powrót na górę

1.

Marzec 2006 roku: powrót na górę

Pod­jęta przeze mnie w marcu 2006 roku wyprawa na lodo­wiec w Doli­nie Łez była przed­się­wzię­ciem tyleż ryzy­kow­nym, co zuchwa­łym. Uda­wa­łem się na niż­sze stoki łań­cu­cha gór­skiego San Hila­rio, mię­dzy wul­ka­nami Tin­gu­iri­rica oraz Sosne­ado, gdzie pod śnie­giem spo­czy­wał kadłub pecho­wej maszyny wyko­nu­ją­cej lot F571. Dotar­cie tam wyma­gało mozol­nej dwu­dnio­wej podróży konno ścież­kami wydep­ta­nymi przez kozy i konie, nie­prze­kra­cza­ją­cymi sześć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów sze­ro­ko­ści. Poru­sza­li­śmy się przez cały czas wzdłuż urwi­ska, pośród nie­ustan­nie zmie­nia­ją­cego się pej­zażu gór­skiego. Cią­głe zmiany wyso­ko­ści spra­wiały, że stale towa­rzy­szyło nam ryzyko dozna­nia zawro­tów głowy i utraty rów­no­wagi. Brnę­li­śmy powoli, krok za kro­kiem, mija­jąc bystre gór­skie stru­mie­nie, któ­rych lodo­wata woda pory­wała wszystko, co zna­la­zło się na jej dro­dze. Momen­tami zda­wało się, że nasze konie i muły ule­gną w star­ciu z bystrym nur­tem. Jed­nak, mimo że zwie­rzęta chwiały się nie­pew­nie, zawsze osta­tecz­nie uda­wało im się bez­piecz­nie prze­pra­wić na drugi brzeg. Wyru­sza­jąc, posta­no­wi­li­śmy zaopa­trzyć się w kaski – i jak szybko się oka­zało, była to dobra decy­zja, a to za sprawą drob­nych kamy­ków toczą­cych się w dół sto­ków z każ­dym kro­kiem sta­wia­nym przez nasze wierz­chowce. Zda­rza się, że poko­nu­jący te szlaki jeźdźcy prze­wią­zują sobie oczy, by nie wpaść w panikę, i zdają się cał­ko­wi­cie na instynkty swo­ich zwie­rząt.

Co jakiś czas przed nami roz­po­ście­rał się widok lub nie­ocze­ki­wana oko­licz­ność, która przy­pra­wiała nas o drże­nie. Gdzieś u góry, nad naszymi gło­wami, nie­spo­dzie­wa­nie zry­wały się śnieżne zawie­ru­chy. W pew­nym momen­cie jeden z mułów zbo­czył ze szlaku i zaczął ześli­zgi­wać się w dół zbo­cza. Wzbi­jane przez zwie­rzę kłęby pyłu cał­ko­wi­cie unie­moż­li­wiły dostrze­że­nie tego, co się wokół nas dzieje. W końcu muł zdo­łał zatrzy­mać się na skal­nej półce. Czło­wiek jadący na jego grzbie­cie, wychy­lony nie­bez­piecz­nie do przodu, kur­czowo ucze­pił się grzywy zwie­rzęcia. Kiedy indziej potknął się koń, który kola­nem jed­nej nogi wsparł się o ścieżkę i na moment zawisł nad urwi­skiem, z tyl­nymi nogami w powie­trzu. Innym razem juczny muł spło­szony wyciem wia­tru nagle rzu­cił się do ucieczki w dół stoku. Gnał na zła­ma­nie karku pośród gła­zów, po dro­dze gubiąc torby przy­tro­czone do sio­dła, a w pogoń za nim ruszył konno prze­wod­nik. Zasady ule­gły zmia­nie, teraz zawroty głowy stały się już nie­od­łączną czę­ścią wyprawy. Grupa docie­rała do pre­hi­sto­rii.

Doj­ście do Doliny Łez zaj­muje nam jesz­cze nie­mal dwa dni. Wspię­li­śmy się na wyso­kość bli­sko czte­rech tysięcy metrów nad pozio­mem morza, miej­sce to leży w samym sercu Kor­dy­liery Pata­goń­skiej, na gra­nicy Chile i Argen­tyny. Pano­rama, jaka nam się uka­zała, była z jed­nej strony zachwy­ca­jąca, z dru­giej znów budziła grozę. Przy­po­mi­nała gigan­tyczny amfi­te­atr: pośrodku, na ska­li­stym cyplu, wzno­sił się żela­zny krzyż, wyzna­cza­jący miej­sce, w któ­rym pogrze­bano szczątki ofiar kata­strofy. Na połu­dnie, aż po hory­zont, cią­gnął się nie­skoń­czony bez­miar gór i szczy­tów, się­ga­jący aż po przy­lą­dek Horn na samym krańcu kon­ty­nentu. Pół­noc ofe­ro­wała podobne widoki: tu Andy roz­cią­gały się aż ku Pana­mie na dłu­go­ści ponad sied­miu tysięcy dwu­stu kilo­me­trów, czy­nią­cej z nich łań­cuch gór­ski dłuż­szy od Hima­la­jów. Spoj­rze­nie skie­ro­wane ku zacho­dowi napo­ty­kało potężną prze­szkodę w postaci ściany skał i lodu – wyso­kie na pięć tysięcy sto metrów nad pozio­mem morza góry San Hila­rio, tak monu­men­talne, że patrzący na nie czło­wiek nie umie sobie nawet wyobra­zić, jak może wyglą­dać skryty za nimi hory­zont. Z kolei za nami, na wschód, leżała Argen­tyna – to z tam­tej strony przy­je­cha­li­śmy konno. Tu uwagę przy­cią­gał naj­wyż­szy szczyt, wzno­szący się pośród bez­miaru śnież­nych gór: wul­kan Sosne­ado o wyso­ko­ści około pię­ciu tysięcy ośmiu­set metrów nad pozio­mem morza. W tej bez­lud­nej kra­inie na końcu świata kró­lo­wała cisza. Od czasu do czasu zie­mia pod naszymi sto­pami drżała od ude­rzeń wichru i kru­sze­nia się lodowca.

Na tym eta­pie roz­sta­li­śmy się z końmi, które musiały zejść dzie­więć­set metrów niżej, żeby zdą­żyć przed zacho­dem słońca i nie zamar­z­nąć w nocy. Nas cze­kał jesz­cze krótki marsz na dystan­sie około ośmiu­set metrów w kie­runku zachod­nim, do żela­znego krzyża, posta­wio­nego w miej­scu, w któ­rym w lodowcu pogrze­bany został kadłub roz­bi­tego samo­lotu Fair­child. Ponie­waż na tej wyso­ko­ści powie­trze jest bar­dzo roz­rze­dzone, płu­com bra­kuje tlenu, a każdy krok jest bar­dziej męczący od poprzed­niego. Ci spo­śród nas, któ­rzy nie nawy­kli do wyso­kich gór, narze­kali na cho­robę wyso­ko­ściową, obja­wia­jącą się mdło­ściami, dez­orien­ta­cją i bólami głowy.

W naszej gru­pie znaj­do­wało się czte­rech oca­lo­nych z kata­strofy w 1972 roku: Roberto Canessa, Gustavo Zerbino, Adolfo Strauch i Ramón „Mon­cho” Sabella. Wędro­wał z nami rów­nież Juan Pedro Nicola, któ­rego rodzice zgi­nęli w kata­stro­fie. Podob­nie jak wszy­scy pozo­stali, wybrał się razem ze swoim dziec­kiem, żeby poka­zać mu, gdzie spo­czy­wają szczątki dziad­ków i innych osób, które ni­gdy nie powró­ciły do swo­ich rodzin. Syn przy­glą­dał się pogrą­żo­nemu w zadu­mie ojcu, któ­rego wzrok śli­zgał się po poszar­pa­nej grani, wyzna­cza­ją­cej miej­sce, gdzie spadł samo­lot.

Kiedy zaczę­li­śmy się zbli­żać do lodowca i śnież­nych ścian San Hila­rio, nad­szedł moment, gdy musie­li­śmy przy­wią­zać się jeden do dru­giego liną, a do pode­szew butów zamo­co­wać raki. Lodo­wiec, w któ­rego brzu­chu uto­piony był kadłub, poprze­ci­nany był gęstą sie­cią szcze­lin głę­bo­kich na dwa­dzie­ścia–trzy­dzie­ści metrów, skry­tych pod cienką war­stwą lodu. Na prze­dzie posu­wało się trzech pro­fe­sjo­nal­nych andy­ni­stów, któ­rzy za pomocą kilo­fów i kij­ków spraw­dzali, czy pod­łoże nie skrywa żad­nych nie­spo­dzia­nek. Parę metrów za nimi szli czte­rej oca­lali.

Widok, jaki uka­zał się oczom Gustava Zerbiny trzy­na­stego paź­dzier­nika o godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści pięć – tuż po kata­stro­fie, gdy znisz­czony kadłub zje­chał ze śnież­nego stoku z dużą pręd­ko­ścią, jakimś cudem omi­nął wysta­jące skały i zatrzy­mał się w końcu pośrodku lodowca – przez ostat­nie trzy­dzie­ści cztery lata pra­wie się nie zmie­nił. Tym, co w pierw­szej chwili przy­kuło jego uwagę, były strome zbo­cza na połu­dniu w cało­ści pokryte śnie­giem. Dzi­siaj przy­brały one postać skal­nych iglic, które chwilę wcze­śniej obser­wo­wał Juan Pedro Nicola. Naj­wyż­sze wzno­siły się na końcu – to wła­śnie o jedną z nich zaha­czył lewym skrzy­dłem roz­pę­dzony samo­lot, gdy piloci roz­pacz­li­wie sta­rali się unik­nąć zde­rze­nia z górami. Przy tej wyso­ko­ści i bio­rąc pod uwagę fakt, że samo­lot cał­ko­wi­cie zbo­czył z kursu, oka­zało się jed­nak, że było ono nie­unik­nione. Oglą­dana z miej­sca, w któ­rym zagrze­bany był kadłub, pię­trząca się na zacho­dzie pokryta śnie­giem kamienna ściana spra­wiała wra­że­nie abso­lut­nie nie­do­stęp­nej – two­rzące ją skały usta­wione były cał­ko­wi­cie pio­nowo. Nie­do­stęp­nej, dodajmy, dla czło­wieka, który nie zdo­byłby się na krok prze­czący zdro­wemu roz­sąd­kowi, a w każ­dym razie dla takiego, któ­remu nie przy­szło żyć w nie­zna­nym spo­łe­czeń­stwie.

Trzy­na­stego paź­dzier­nika 1972 roku, o godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści sie­dem, Gustavo Zerbino, który jako dzie­więt­na­sto­la­tek nale­żał do naj­młod­szych chłop­ców w gru­pie oca­la­łych, zma­gał się z bar­dzo podob­nymi pro­ble­mami jak my teraz. Bra­ko­wało mu tchu, nie miał siły, doku­czał mu silny ból głowy i czuł się zdez­o­rien­to­wany. Jak się oka­zało, nie ucier­piał pod­czas wypadku i szybko zajął się poma­ga­niem swo­jemu kole­dze i rówie­śni­kowi Rober­towi Canes­sie, któ­rego unie­ru­cho­miły ostro zakoń­czone żela­zne druty ster­czące z dwóch wyrwa­nych z pod­łogi foteli. Obaj mło­dzieńcy zajęli się następ­nie usu­wa­niem dal­szych foteli, które zagra­dzały dostęp do pozo­sta­łych oca­la­łych, zarówno tych ran­nych, jak i w pełni sił. Aby wynieść zma­sa­kro­wane zwłoki, które wplą­tane były w powy­krę­cane kawałki metalu i inne szczątki samo­lotu, musieli obwią­zać im stopy pasami bez­pie­czeń­stwa na wyso­ko­ści kostek i, z pomocą paru innych osób, wywlec ciała na zewnątrz. Leżały tam w śniegu, jakieś trzy metry od kadłuba, twa­rzami w dół.

Gustavo chciał poma­gać na wszel­kie moż­liwe spo­soby. Nie było czasu na zasta­na­wia­nie się, trzeba było jedy­nie dzia­łać razem z Rober­tem, który opa­try­wał rany, mie­rzył puls jed­nemu z kona­ją­cych pasa­że­rów i roz­glą­dał się za mate­ria­łem na pro­wi­zo­ryczną opa­skę uci­skową, która mogłaby uchro­nić Fer­nanda Vázqueza przed wykrwa­wie­niem się na śmierć. W momen­cie upadku śmi­gło z sil­nika pod pra­wym skrzy­dłem ode­rwało się i z wiel­kim impe­tem prze­cięło kadłub, po dro­dze odci­na­jąc Vázquezowi nogę. Następ­nie Roberto pomógł Álvarowi Man­gi­nowi, nasta­wia­jąc mu kość w zła­ma­nej nodze – tylko tyle mógł dla niego zro­bić. Gustavo tym­cza­sem zajął się kolegą, który leżał zwi­nięty w kłę­bek, dygo­cząc, z paskudną raną brzu­cha. Na widok Gustava chło­pak szybko wstał, demon­stru­jąc meta­lową rurę, która prze­biła mu wnętrz­no­ści.

– Nie boli mnie. Tylko mi zimno – wyja­śnił Enri­que Pla­tero.

Wszystko to zasta­li­śmy w sta­nie nie­na­ru­szo­nym, zupeł­nie jakby czas się zatrzy­mał. Na szcząt­kach samo­lotu, roz­sia­nych wszę­dzie wkoło, próżno było szu­kać śla­dów rdzy. Lewe skrzy­dło, roz­cięte pośrodku, dokład­nie w miej­scu, gdzie powinno znaj­do­wać się śmi­gło, lśniło nowo­ścią, na metalu wid­niały wyraźne ozna­cze­nia: miej­sce i data pro­duk­cji, różne tech­niczne ter­miny. Wtem niebo zasnuło się chmu­rami – czas było wra­cać osiem­set metrów na skalny cypel z żela­znym krzy­żem, gdzie zostały dwa roz­sta­wione przez nas namioty.

Napły­wało coraz wię­cej ciem­nych zło­wróżb­nych chmur, gro­żą­cych wichrem i burzą śnieżną, które potra­fiły szar­pać namio­tami z taką mocą, jak gdyby chciały ode­rwać je od pod­łoża i porwać. Adolfo Strauch, który w 1972 roku miał dwa­dzie­ścia cztery lata i nale­żał do naj­star­szych oca­lo­nych, ostrzegł nas przed nad­cho­dzącą lawiną. Wypa­try­wał zagro­że­nia i już po chwili wska­zał swo­jej córce Ale­jan­drze zachod­nią ścianę, z któ­rej wła­śnie zaczy­nała zsu­wać się gigan­tyczna masa śniegu. Towa­rzy­szył temu dono­śny grzmot, a tor zej­ścia lawiny zna­czył uno­szący się w powie­trzu śnieżny obłok. Ale tutaj, osiem­set metrów od miej­sca, w któ­rym od 1972 roku spo­czy­wają szczątki samo­lotu, byli­śmy bez­pieczni.

Gustavo Zerbino, sto­jący nie­opo­dal żela­znego krzyża i ramie­niem obej­mu­jący Roberta Canessę, zadrżał na ten widok. W tym momen­cie miał wra­że­nie, jak gdyby cof­nął się w cza­sie i na nowo prze­ży­wał tamtą grozę. Poprzed­niej nocy długo nie mógł zasnąć. Spę­dzi­li­śmy ją w bazie El Bar­roso, w poło­wie drogi do Doliny Łez. Gustava prze­by­wa­ją­cego w namio­cie dzie­lo­nym z jed­nym ze swo­ich dzieci drę­czyły mdło­ści i kosz­mary. O świ­cie dosiadł konia i w mil­cze­niu, pogrą­żony we wspo­mnie­niach, powę­dro­wał dalej z resztą grupy. A kiedy zbli­ża­li­śmy się do Doliny Łez, miał wra­że­nie, jak gdyby prze­niósł się z powro­tem na pokład samo­lotu wyko­nu­ją­cego lot F571. Widoki, które teraz oglą­da­li­śmy, pozba­wiały go tchu, wywo­ły­wały wspo­mnie­nia tak żywe, że wyda­wało mu się, jak gdyby doświad­czał tego wszyst­kiego ponow­nie. Jego ciało zare­ago­wało iden­tycz­nie jak w 1972 roku i męż­czy­zna odru­chowo cof­nął się o krok na widok upior­nych szcząt­ków roz­bi­tego samo­lotu.

O godzi­nie pięt­na­stej trzy­dzie­ści, w momen­cie gdy samo­lot, dostaw­szy się w dziurę powietrzną, ude­rzył w skalną grań, Gustavo zupeł­nie nie­świa­do­mie odpiął pas bez­pie­czeń­stwa, sta­nął w alejce mię­dzy fote­lami i kur­czowo ucze­pił się meta­lo­wej półki baga­żo­wej, tak by utrzy­mać się na nogach. Czuł impet, z jakim maszyna zde­rzyła się ze skałą, i momen­tal­nie jego głowę, plecy i nogi zaczął chło­stać wiatr ze śnie­giem. W myślach odli­czał nie­koń­czące się sekundy, w trak­cie któ­rych kadłub zsu­wał się po oblo­dzo­nym stoku, by w końcu gwał­tow­nie znie­ru­cho­mieć, miaż­dżąc fotele i sie­dzą­cych w nich pasa­że­rów, któ­rzy siłą roz­pędu powpa­dali jeden za dru­gim na ścianę prze­działu baga­żo­wego, oddzie­la­ją­cego kabinę pasa­żer­ską od kok­pitu.

Roberto Canessa poczuł wstrząs, gdy samo­lot lewym skrzy­dłem zaha­czył o skały, i z całej siły ucze­pił się opar­cia fotela przed sobą. Miał goni­twę myśli, jakieś ode­rwane, pozba­wione sensu obrazy wiro­wały mu przed oczami. Wszyst­kie one skła­dały się w jeden nie­ubła­gany sens: samo­lot, któ­rym leciał, wła­śnie roz­bi­jał się w Andach Pata­goń­skich. Lada chwila mieli zgi­nąć, a on dowie się, co czeka go po śmierci.

2. Porzucony: Roberto Canessa

2.

Porzu­cony: Roberto Canessa

Czy pomysł taki nie mógł naro­dzić się w gło­wie jakie­goś sza­lo­nego naukowca? „Po co uży­wać kró­li­ków doświad­czal­nych, skoro możemy w lodo­wej kra­inie umie­ścić ludzi? Będą mło­dzi, a tym samym bar­dziej wytrzy­mali, tak by zbyt łatwo nie poko­nały ich cho­roby i kon­tu­zje. Z powie­trza usu­niemy tlen, przez co będą się poru­szać z tru­dem, drę­czeni przez halu­cy­na­cje. W więk­szo­ści będą to stu­denci, prze­ko­namy się, czy prze­trwają, czy potra­fią się zor­ga­ni­zo­wać, pra­co­wać zespo­łowo, pla­no­wać i znaj­do­wać twór­cze roz­wią­za­nia pro­ble­mów. Dodat­kowo nie­chaj będą spor­tow­cami, okaże się wtedy, czy takie nad­prze­cięt­nie sprawne jed­nostki są w sta­nie prze­trwać sie­dem­dzie­siąt dwa dni na lodo­wym pust­ko­wiu. Naj­pierw trzech, a potem dwóch spo­śród nich podej­mie samo­bój­czą dzie­się­cio­dniową wędrówkę, będzie wspi­nać się na się­ga­jące nieba szczyty, żeby dostać się do dolin po dru­giej stro­nie Kor­dy­liery i uciec z pie­kła. Będzie to eks­pe­ry­ment, który pozwoli nam odpo­wie­dzieć na pyta­nie, czy w tych nie­ludz­kich warun­kach naro­dzi się śnieżne brac­two. Prze­ko­najmy się, jak będą zno­sić kolejne wyzwa­nia, ilu z nich wytrzyma do samego końca. A skoro docią­gnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze zgrozy, zasto­sujmy kolejny trik: jesz­cze okrut­niej­szy i bar­dziej upa­dla­jący, tak by zapa­dali się coraz głę­biej w otchłań roz­pa­czy, która nie będzie mieć końca, i zawsze będzie cze­kać ich jesz­cze coś gor­szego”.

Naj­bar­dziej per­wer­syj­nym aspek­tem tam­tych doświad­czeń było to, że naprawdę mia­łem wra­że­nie, jak­by­śmy ja i pozo­sta­łych pięt­na­stu oca­la­łych byli kró­li­kami doświad­czal­nymi.

Nasza sytu­acja była tym trud­niej­sza do znie­sie­nia, że mogli­śmy postrze­gać ją jako labo­ra­to­ryjny eks­pe­ry­ment, w któ­rym zmu­szeni jeste­śmy dzia­łać metodą prób i błę­dów. Miał on zade­mon­stro­wać, jak pono­simy porażkę, jak podej­mu­jemy błędne decy­zje, jak pełni nadziei łudzimy się, że zna­leź­li­śmy drogę ucieczki albo że sły­szymy nad­la­tu­jące samo­loty ratow­ni­cze. Ale to tylko złu­dze­nia. Ten z nas, który wyru­szył na połu­dnie, nie­mal umarł z wycień­cze­nia. Inny pra­wie oślepł. Ten, który poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wnio­sek, jaki wycią­gasz z takich błę­dów, o ile rzecz jasna na­dal nie porzu­ci­łeś nadziei, jest nastę­pu­jący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podą­żać dalej, nawet jeśli posze­dłeś nie tą ścieżką, co trzeba.

Upa­dla­li­śmy się coraz bar­dziej, stop­niowo zaci­ska­jąc pętle na wła­snych szy­jach do momentu, gdy nie­wy­obra­żalne sta­wało się rze­czy­wi­sto­ścią. Na początku odwa­ży­li­śmy się zja­dać tylko mię­śnie wycięte ze zwłok, ale potem byli­śmy zmu­szeni się­gnąć rów­nież po organy wewnętrzne. W końcu musie­li­śmy posu­nąć się do roz­łu­py­wa­nia kilo­fem cza­szek, by wyja­dać z nich mózgi.

Widzie­li­śmy, ilu z nas stop­niowo umie­rało. Ich ciała zna­czyły naszą pro­wi­zo­ryczną drogę ucieczki na zachód.

W śnież­nym brac­twie obo­wią­zy­wały zupeł­nie inne zasady niż w spo­łe­czeń­stwie żywych. Nie ceniono tego, co mate­rialne, wręcz prze­ciw­nie – wiel­kiej war­to­ści nabrały rze­czy niemate­rialne, takie jak rów­ność, bez­in­te­re­sow­ność, bra­ter­stwo, ser­decz­ność i pod­trzy­my­wa­nie nadziei. Wła­śnie dla­tego tym, na czym naj­bar­dziej zależy mi w życiu, jest odtwo­rze­nie tam­tego brac­twa, które zawią­zało się na zbo­czu góry, owego wyjąt­ko­wego doświad­cze­nia ludz­kiego, które opie­rało się, moim zda­niem, na pię­ciu naj­prost­szych war­to­ściach: pracy zespo­ło­wej, wytrwa­ło­ści, miło­ści, inte­li­gen­cji i przede wszyst­kim – nadziei. Jed­nak aby odtwo­rzyć ów model, muszę wcze­śniej poznać odpo­wie­dzi, jakich nam udzie­lił, odkryć jego tajem­nice. Nie umiem sobie wyobra­zić więk­szego nie­do­statku i strasz­niej­szego upodle­nia niż te, jakich zazna­li­śmy w Andach. A mimo to wró­ci­li­śmy z kra­iny zmar­łych i oto jeste­śmy. Cza­sami pro­szą nas o to, żeby­śmy wytłu­ma­czyli, jak to moż­liwe. Wokół nas nie brak prze­cież ludzi, któ­rzy też zmu­szeni są wędro­wać przez góry, jakie sta­wia przed nimi życie. Sądzę, że możemy uży­czyć im butów, dzięki któ­rym wydo­sta­li­śmy się przed laty z opa­łów.

Powró­ci­li­śmy do zwy­kłego spo­łe­czeń­stwa, jed­nak nasze spoj­rze­nie na życie ule­gło zmia­nie. Wiemy teraz, że szklanka wody może ozna­czać kilka godzin cze­ka­nia, aż pro­mie­nie słońca prze­dzie­ra­ją­cego się przez chmury sto­pią śnieg. Wiemy, że byle kawa­lą­tek czer­stwego chleba jest o niebo lep­szy od tego, czym musie­li­śmy się żywić w górach. Że naj­tward­szy i naj­brud­niej­szy mate­rac jest mięk­szy niż naje­żony ostrymi kra­wę­dziami metal zamar­z­nię­tego kadłuba. I że skoro mam teraz do dys­po­zy­cji wszyst­kie te rze­czy, jestem boga­czem, ponie­waż dys­po­nuję wszyst­kim, co jest nie­zbędne do prze­ży­cia, a cała reszta zależy tylko ode mnie. Ponie­waż w każ­dej chwili twój samo­lot może runąć na zie­mię, a wów­czas uświa­da­miasz sobie i zaczy­nasz doce­niać wszystko to, co mia­łeś, a co teraz utra­ci­łeś.

Świat uznał, że zgi­nę­li­śmy, i trudno mu się dzi­wić. My jed­nak sta­ra­li­śmy się prze­trwać z nadzieją, że jeśli nam się powie­dzie, popro­simy spo­łe­czeń­stwo, by przy­jęło nas z powro­tem. Kiedy w końcu wyło­ni­li­śmy się z mgły, ludzi dopa­dły wyrzuty sumie­nia, zmu­szeni byli uznać swoją nie­wie­dzę, ponie­waż dowie­dli­śmy, że ich zało­że­nia były mylne. Z tego powodu przy­jęli nas z powro­tem i nie­chęt­nie zaak­cep­to­wali to, co mie­li­śmy do powie­dze­nia.

Spo­łe­czeń­stwo spi­sało nas na straty i tylko nasze rodziny, wie­dzione jakimś irra­cjo­nal­nym przy­mu­sem, kon­ty­nu­owały poszu­ki­wa­nia. Jeśli o mnie cho­dzi, sta­ra­łem się wysy­łać tele­pa­tyczne wia­do­mo­ści do mojej ówcze­snej dziew­czyny Lauri, w któ­rych prze­ko­ny­wa­łem ją, żeby cie­szyła się życiem i nie zadrę­czała z mojego powodu. Bła­ga­łem ją w myślach, żeby nie wie­rzyła, że kie­dyś wrócę, i sta­ra­łem się ją prze­ko­nać, że powinna zapo­mnieć o swo­jej miło­ści do mnie, ponie­waż uza­leżni to jej szczę­ście od mojego powrotu, który wyda­wał się nie­moż­liwy.

Mój ojciec szu­kał mnie, ponie­waż wie­dział, że gdyby to samo przy­da­rzyło się jemu, poru­szył­bym niebo i zie­mię, żeby go odna­leźć, nie spo­czął­bym aż do śmierci. W poszu­ki­wa­niach poma­gał mu ojciec Lauri, Luis Sur­raco, aby pocie­szyć swoją córkę i móc powie­dzieć jej to samo, do czego w myślach pró­bo­wa­łem ją nakło­nić: „Nie płacz już wię­cej, Lauri. Skup się na swoim życiu. Twój chło­pak ist­nieje już tylko na zdję­ciach i we wspo­mnie­niach”. Przed wylo­tem Lauri zaopa­trzyła ojca w grube weł­niane skar­pety, skó­rzaną kurtkę i lekar­stwa na ból żołądka. Powie­działa mu wów­czas: „Roberto jest bar­dzo zmar­z­nięty. Przed chło­dem chro­nią go meta­lowe czę­ści roz­bi­tego samo­lotu, z któ­rych zbu­do­wał dla sie­bie pro­wi­zo­ryczne schro­nie­nie”. Słowa te podyk­to­wane były wiarą, którą dzie­liła z moją matką, że prze­ży­łem i trzęsę się z zimna. Była to prawda. Przez sie­dem­dzie­siąt dwa dni spę­dzone na zbo­czu góry mia­łem na sobie gruby weł­niany swe­ter, który moja matka zro­biła dla mnie na dru­tach rok wcze­śniej. Do teraz ma w zwy­czaju spraw­dzać, gdzie jestem, bo oba­wia się, że mogłaby mnie znowu stra­cić. Kto miał rację? Mój ojciec i Luis Sur­raco, opie­ra­jący się na racjo­nal­nych prze­słan­kach, czy raczej moja matka i sym­pa­tia, żywiące irra­cjo­nalną nadzieję? Pano­wał wów­czas abso­lutny chaos, cały świat, jaki zna­łem, został wywró­cony do góry nogami. W rezul­ta­cie to, co racjo­nalne, szło ramię w ramię z nie­moż­li­wym, a uto­pia zastę­po­wała rze­czy­wi­stość.

Jako że nasza histo­ria nie miała pre­ce­densu, ist­niało powszechne prze­ko­na­nie, że nie­moż­li­wym jest, byśmy po roz­bi­ciu się samo­lotu w górach pozo­stali przy życiu. Nie­moż­liwe, byśmy prze­trwali chłód, sfor­so­wali ścianę śniegu, skał i lodu, a co waż­niej­sze – żeby­śmy po wspię­ciu się na szczyt masywu, ujrzaw­szy bez­miar ską­pa­nych w bieli gór zamiast utę­sk­nio­nych zie­lo­nych dolin, nie porzu­cili nadziei. To prawda, wszystko to było nie­moż­liwe. Jed­nak czymże innym była nasza przy­goda w Andach, jeśli nie cią­giem nie­praw­do­po­dob­nych wyda­rzeń, nie­wy­obra­żal­nych i nie­da­ją­cych się zaak­cep­to­wać sytu­acji?

Pomysł, by żywić się cia­łami zmar­łych, nie był dla mnie nowy. Jako stu­dent medy­cyny czy­ta­łem książkę poświę­coną meta­bo­li­zmowi, dzięki czemu zna­łem teo­re­tyczny wymiar tego, co mie­li­śmy zamiar zro­bić. Wie­dzia­łem, na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wie­dzia­łem, że białko może prze­kształ­cać się w cukry, a tłuszcz w białko. Mia­łem też świa­do­mość, że gdy będziemy żywić się wyłącz­nie mię­sem, unik­niemy śmierci z głodu. Białko nie­zbędne do prze­ży­cia znaj­do­wało się w cia­łach naszych przy­ja­ciół, ale nie mia­łem pozwo­le­nia, by je tknąć. Naszą roz­pacz­liwą sytu­ację dodat­kowo pogar­szał fakt, że nie mogli­śmy spy­tać ich o zda­nie, bo już nie żyli.

I wtedy zapro­po­no­wa­łem, byśmy zawią­zali pakt – każdy z nas mógł zade­kla­ro­wać, że w przy­padku jego śmierci pozo­stali będą mogli wyko­rzy­stać jego ciało. Oddaję sie­bie, tak by moje ramiona pomo­gły innym, moje nogi uła­twiły im cho­dze­nie, moje mię­śnie umoż­li­wiły im poru­sza­nie się, nie­zbędne do prze­ży­cia.

Kiedy zda­łem sobie sprawę, że mogę stać się rezer­wu­arem klu­czo­wych dla prze­ży­cia skład­ni­ków odżyw­czych dla kole­gów, sytu­acja zro­biła się pro­sta: wystar­czyło odciąć kawa­łek i połknąć. Teraz już nic nie stało na prze­szko­dzie, byśmy wresz­cie zro­bili to, z czym zwle­ka­li­śmy od dawna i na co wszy­scy cze­ka­li­śmy. Mia­łem poczu­cie, że to ja muszę wypeł­nić ten obo­wią­zek, wspól­nie z Adol­fem Strau­chem i Gusta­vem Zerbiną. To był istny wyścig z cza­sem, a w tym kon­kret­nym momen­cie czu­łem, że mogę biec na samym prze­dzie. Kie­ro­wała mną myśl, że dzi­siaj albo jutro to ja stanę się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wów­czas będę ist­niał już jedy­nie w cia­łach innych – zresztą nie­wiele bra­ko­wało, by w następ­stwie lawiny tak się to skoń­czyło.

Wyko­na­nie tego pierw­szego kroku wyma­gało kolo­sal­nego wysiłku, mimo że spro­wa­dzało się to zale­d­wie do poko­na­nia kilku metrów, żeby dotrzeć na tyły samo­lotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zda­wa­łem sobie sprawę, że kon­se­kwen­cje będą nie­od­wra­calne i potem już ni­gdy nie będziemy takimi samymi ludźmi. Krok, na który się decy­do­wa­li­śmy, miał wymiar trudny do obję­cia rozu­mem. Naj­pierw nale­żało ścią­gnąć ubra­nia z ciała czło­wieka, któ­rego się znało. Potem trzeba było doko­nać nie­wy­obra­żal­nego – odciąć kawa­łek jego zamar­z­nię­tego ciała. Przy­po­mi­nało to skok w otchłań. To, czego doświad­cza­li­śmy teraz, było jesz­cze strasz­niej­szą tra­ge­dią od kata­strofy, ponie­waż o tym, że samo­lot spadł, zade­cy­do­wały czyn­niki nie­za­leżne od nas, nato­miast odci­na­nie mięsa z ciał zabi­tych było już naszym wybo­rem.

Czu­łem się w tam­tej chwili jak naj­po­dlej­sza i naj­bar­dziej poża­ło­wa­nia godna istota na całym świe­cie. Przy­ła­py­wa­łem się na myśli, jakąż to okropną zbrod­nię musia­łem popeł­nić, skoro teraz za karę jestem ska­zany na tak krań­cowe upodle­nie. Ci, któ­rzy przy­glą­dali nam się z wnę­trza kadłuba, też odczu­wali doj­mu­jący smu­tek. W tam­tym strasz­nym momen­cie, gdy wkła­da­li­śmy do ust mięso naszych przy­ja­ciół, wszy­scy cier­pie­li­śmy. I z tego powodu wszy­scy po tro­chu umar­li­śmy tam­tego dnia.

Roz­my­śla­łem o mojej matce, która nieco wcze­śniej dowie­działa się o innym wypadku, w któ­rym życie stra­ciło trzech moich kole­gów ze szkoły. Uto­pili się pod­czas pły­wa­nia kaja­kiem po rzece La Plata, nie­da­leko plaży Car­ra­sco. Matka powie­działa mi wtedy z prze­ko­na­niem, że nie prze­ży­łaby straty syna. Jej zda­niem ni­gdy nie zdo­ła­łaby udźwi­gnąć tra­ge­dii, jaka spa­dła na te trzy matki, które odtąd nocami i dniami miały w snach błą­kać się po pla­żach i palić lampy w ocze­ki­wa­niu na powrót synów. Dla­tego nie mogłem jej zawieść. Każdy z moich przy­ja­ciół miał powód rów­nie istotny albo nawet waż­niej­szy niż mój, który dawał mu siłę nie­zbędną do prze­łknię­cia tego pierw­szego kęsa. W jed­nej chwili prze­sta­li­śmy być mło­dymi, bez­tro­skimi chło­pa­kami i obró­ci­li­śmy się w chwie­ją­cych się nad gro­bem star­ców. Posta­rzali, sędziwi chłopcy tak nazna­czeni pięt­nem spo­ży­wa­nia ludz­kiego mięsa, mie­li­śmy poczu­cie, że upa­damy coraz głę­biej i głę­biej, tylko po to, by odkryć, że pustka nie ma dna, ponie­waż koniec poja­wia się dopiero wtedy, gdy umie­rasz.

Pozna­li­śmy dobrze tę górę. Nauczyła nas, że kiedy wzno­szący się na wscho­dzie wul­kan o nazwie Sosne­ado skrywa się za chmu­rami, ozna­cza to, iż nocą przyj­dzie burza i że spę­dzimy ją, drżąc z zimna i ze stra­chu, pod­czas gdy roze­źlona czymś góra będzie ryczeć nad naszymi gło­wami. Dowie­dzie­li­śmy się też, że lawiny, jakie widy­wa­li­śmy w oddali, nie mogą nas dosię­gnąć. Byli­śmy jed­nak w błę­dzie, ponie­waż jedna z nich w końcu na nas runęła i musie­li­śmy wszystko zaczy­nać od nowa.

W pierw­szych godzi­nach po lawi­nie na­dal, krok za kro­kiem, scho­dzi­li­śmy w otchłań, ponie­waż zmu­szeni byli­śmy zja­dać ciała tych, któ­rzy leżeli tuż obok nas. Zda­wa­łem sobie sprawę, że jeśli sam nie wyko­nam tego kroku, jeśli nie pokażę pozo­sta­łym, że to nasza jedyna szansa, nie wydo­sta­niemy się stąd. Czu­łem, że to ja muszę dać przy­kład pozo­sta­łym, mimo że w nor­mal­nym życiu ni­gdy bym nie pomy­ślał, iż będę zdolny do takich rze­czy. Wie­dzia­łem zara­zem, że to, co zro­bimy, spo­tę­guje tylko ból rodzin ofiar. Być może moje stu­dia medyczne pozwo­liły mi spoj­rzeć na to okiem chi­rurga, który wie, że aby móc roz­kroić brzuch i wyjąć z niego narząd, uprzed­nio należy oddzie­lić sferę fizyczną od ducho­wej.

Czło­wiek pogrze­bany żyw­cem uczy się, czym jest ocze­ki­wa­nie. Z minuty na minutę nasza egzy­sten­cja sta­wała się nie­wy­sło­wie­nie bar­dziej żało­sna. Mia­łem wręcz poczu­cie, jak­by­śmy cof­nęli się do sta­dium nasie­nia: byli­śmy znowu jedy­nie życiem poten­cjal­nym, co do któ­rego nie ma pew­no­ści, że zakieł­kuje. Kolejny raz zasady gry ule­gły zmia­nie i znowu stało się to bez naszej wie­dzy. Kadłub samo­lotu, który mie­li­śmy za nasze schro­nie­nie, czy wręcz pro­wi­zo­ryczny dom, oka­zał się pułapką, która w każ­dej chwili mogła spro­wa­dzić na nas śmierć.

Był taki moment, gdy pomy­śla­łem, że chyba zmie­niamy się w dzi­kie zwie­rzęta, że nasza pier­wotna natura bie­rze nad nami górę i wkrótce wchło­nie to, co ludz­kie. Myli­łem się. Oko­licz­no­ści zmu­siły nas co prawda, byśmy postę­po­wali jak zwie­rzęta, na przy­kład zja­dali zwłoki przed­sta­wi­cieli wła­snego gatunku, ale godzi­li­śmy się na to, kie­ro­wani szla­chet­nym wspól­nym posta­no­wie­niem, które nawet po tylu latach nie prze­stało mnie wzru­szać: mogę jutro stać się twoim jedze­niem. Na zbo­czu tam­tej góry widzia­łem zacho­wa­nia tak nazna­czone dobro­cią i bez­in­te­re­sow­no­ścią, jakich nie spo­tka­łem na swo­jej dro­dze ani ni­gdy wcze­śniej, ani ni­gdy póź­niej. I to wła­śnie one, zwłasz­cza gdy wycho­dziły od ciężko ran­nych, mają­cych świa­do­mość, że ich czas dobiega końca, zobo­wią­zy­wały, byś rów­nież i ty oddał sie­bie całego, do ostat­niej kro­pli krwi.

Kiedy po wypra­wie w poszu­ki­wa­niu ode­rwa­nego ogona samo­lotu powró­ci­łem do kadłuba, z całą wyra­zi­sto­ścią ujrza­łem opła­kany stan moich przy­ja­ciół: oszpe­ceni, z dłu­gimi wło­sami i bro­dami, prze­raź­li­wie brudni, o twa­rzach wychu­dzo­nych i wynędz­nia­łych. Wszy­scy mieli strasz­nie pod­krą­żone oczy, ich kości łuku brwio­wego wyraź­nie się odzna­czały, a policzki były zapad­nięte. Ten widok spra­wił, że wró­ciło do mnie wspo­mnie­nie ilu­stra­cji z książki Char­lesa Dic­kensa Opo­wieść o dwóch mia­stach, na któ­rych dzieci miały surowe, wynisz­czone twa­rze doro­słych ludzi. Sta­li­śmy się żywymi tru­pami, szkie­le­tami oble­czo­nymi w skórę, balan­su­ją­cymi na gra­nicy życia i śmierci, z wysu­szo­nymi, popę­ka­nymi war­gami, stale oto­czeni smro­dem cmen­ta­rzy­ska.

Zna­łem obie grupy, ponie­waż od początku byłem czę­ścią spo­łecz­no­ści pasa­że­rów. Sta­ra­łem się poma­gać, w czym tylko mogłem – razem z Gusta­vem Zerbiną i Die­giem Stor­mem opie­ko­wa­łem się ran­nymi. Nieco póź­niej, gdy zaj­mo­wa­łem się Gusta­vem po tym, jak pół­żywy wró­cił z wyprawy na połu­dnie, prze­ko­na­łem się, jak wygląda życie w tym dru­gim świe­cie, poza kadłu­bem. Po dro­dze stra­cił wzrok, mówił, że czuje, jakby w oczach miał pia­sek. Kiedy go kar­mi­łem, musia­łem wcze­śniej prze­żu­wać mięso i wkła­dać mu maleń­kie kawałki do ust, ponie­waż ruszały mu się wszyst­kie zęby. Maso­wa­łem i nacie­ra­łem mu stopy, które odmro­ził w cza­sie mar­szu i stra­cił w nich czu­cie.

Jeden z moich kole­gów, Arturo Nogu­eira, który miał poła­mane obie nogi, powie­dział mi: „Jesteś wiel­kim szczę­ścia­rzem, Roberto, że możesz cho­dzić i w ten spo­sób poma­gać innym”. I wtedy dotarło do mnie, że na tym wła­śnie polega moja rola w gru­pie. A kiedy czło­wiek pogo­dzi się z taką myślą, zaczyna się zmie­niać w snach i marze­niach pozo­sta­łych. Cho­dzi się wów­czas nie tylko dla samego sie­bie, ale robi się to także dla innych, tych, któ­rzy ci zaufali. I wszystko odbywa się bez słów, ponie­waż są to tego rodzaju infor­ma­cje i rze­czy­wi­stość, któ­rej inni nie mogą poznać ani pojąć.

I w takiej atmos­fe­rze podej­mo­wa­li­śmy przy­go­to­wa­nia do ostat­niej eks­pe­dy­cji: wyczynu, który na papie­rze nie mógł się powieść. Naszła mnie wtedy myśl: będę robił, co w mojej mocy, i popro­szę Boga o to, by nam pomógł, jeśli tylko jest w sta­nie to zro­bić. Gdy na dro­dze sta­nie nam lodowa ściana, nie­chaj przy­naj­mniej będzie miała szcze­liny, tak bym miał gdzie wcze­pić się w nie pal­cami dłoni i stóp. A jeżeli natkniemy się na inną prze­szkodę, nie­chaj da się ją omi­nąć.

Zaraz potem nade­szła chwila prawdy: zna­leź­li­śmy się w sytu­acji, gdy nie było wię­cej ochot­ni­ków goto­wych prze­pra­wić się przez góry. Nando zobo­wią­zał się, że weź­mie udział w wypra­wie. Chciał za wszelką cenę wró­cić do ojca, który opła­ki­wał śmierć swo­jej matki i sio­stry, i powie­dzieć mu, że nie wszystko stra­cone. Tintín brał już udział we wcze­śniej­szych eks­pe­dy­cjach, w któ­rych świet­nie sobie radził – wyru­szał z bazy i do niej wra­cał. Z natury wiele od sie­bie wyma­gał, a w przy­padku tej ostat­niej eks­pe­dy­cji (na tra­sie dłu­go­ści sie­dem­dzie­się­ciu kilo­me­trów) był prze­ko­nany, że spro­sta wyzwa­niu. Był gotów dać z sie­bie wszystko, mimo że wsku­tek ran odnie­sio­nych w kata­stro­fie stra­cił dwa litry krwi, co dopro­wa­dziło do powsta­nia dużego skrzepu w żyle, czego skutki wciąż mu doku­czały.

Życie śnież­nego brac­twa pełne było wspa­nia­łych i wznio­słych momen­tów, jed­nak nawet one przez cały czas pod­szyte były grozą. Naj­lep­szą, a zara­zem jedną z naj­strasz­niej­szych nocy była ta, która nade­szła pierw­szego dnia ostat­niej eks­pe­dy­cji. Mijał sześć­dzie­siąty pierw­szy dzień naszej gehenny. Wspi­na­li­śmy się, to zna­czy Nando, Tintín i ja, na zbo­cze monu­men­tal­nej góry. Brnę­li­śmy przez cały dzień po ścia­nie nachy­lo­nej pod tak dużym kątem, że krę­ciło nam się od tego w gło­wach. Wspi­naczki jed­nak nie prze­rwa­li­śmy, nawet gdy szybko zaczęło się zmierz­chać i zerwał się lodo­waty wiatr. Nasze prze­mo­czone spodnie zaczy­nały zama­rzać. Jak okiem się­gnąć nie było żad­nego miej­sca, w któ­rym mogli­by­śmy bez­piecz­nie przy­cup­nąć, odpo­cząć, prze­spać się. Zapa­dała noc, a w ciem­no­ści nie widzie­li­śmy, gdzie sta­wiamy kroki. Byli­śmy ślepi, pod­czas gdy wkoło nas roz­ta­czał się labi­rynt kli­fów i lodo­wych szcze­lin. Wpa­da­li­śmy już w roz­pacz, a ja szlo­cha­łem z bez­sil­no­ści – wie­dzia­łem, że nie zdo­łam dotrzy­mać danego słowa, że prze­żyję i ura­tuję naszych przy­ja­ciół. I wła­śnie wtedy natra­fi­li­śmy na załom scho­wany w skale. Za nim, ku naszemu zdu­mie­niu, ujrze­li­śmy kawa­łek pła­skiej skały pokry­tej śnie­giem i lodem, o powierzchni dwóch metrów kwa­dra­to­wych. Uło­ży­li­śmy na niej poduszki wyrwane z samo­lo­to­wych foteli, które miały chro­nić nas od spodu przed chło­dem, a na nie rzu­ci­li­śmy nasz pro­wi­zo­ryczny śpi­wór. Nie dowie­rza­li­śmy swo­jemu szczę­ściu. Rów­nie zdu­mie­wa­jące było to, że kiedy tylko odna­leź­li­śmy to miej­sce, nie­mal natych­miast wiatr prze­stał wiać. Na nie­bie uka­zał się księ­życ, a w jego bla­sku ujrze­li­śmy nie­sa­mo­wi­cie białą dolinę, na któ­rej dnie został samo­lot. Gwiazdy wyda­wały się tak bli­skie. Pomy­śla­łem wtedy: nie wie­rzę, że zachwy­cam się pięk­nem tego widoku, a tuż nad naszymi gło­wami wiszą trzy gwiazdy z Pasa Oriona i księ­życ. Ale to działo się naprawdę: tam­tej nocy poczu­łem, jak wiel­kim przy­wi­le­jem jest być w tym miej­scu. I że ja i moi dwaj przy­ja­ciele jeste­śmy jedy­nymi ludźmi, któ­rzy oglą­dają wszech­świat z takiej per­spek­tywy. Mia­łem prze­dziwne poczu­cie, że księ­życ jest lustrem, które lada moment pokaże mi mój dom, i że na pewno zdo­łam zoba­czyć go na wła­sne oczy, gdy wrócę do Mon­te­vi­deo. A wszyst­kie te myśli kłę­biły się w mojej gło­wie, mimo że parę chwil wcze­śniej byłem prze­ko­nany, iż jestem już tru­pem. Tamta noc cze­goś mnie nauczyła – a lek­cja ta pozo­stała ze mną na zawsze – nawet gdy wydaje nam się, że jeste­śmy zagu­bieni w bez­kre­sie, jest to tylko towa­rzy­szące nam uczu­cie.

Męż­czy­znę kształ­tują oko­licz­no­ści, z jakimi się mie­rzy, a cała nasza trójka, to zna­czy Nando, Tintín i ja, two­rzy­li­śmy zgrany zespół. O ile oni liczyli się z moim zda­niem, o tyle ja, przed pod­ję­ciem takiej czy innej decy­zji, zda­wa­łem się na nie­złomną wolę Nanda, by nie­stru­dze­nie brnąć dalej, i nie­za­chwianą pew­ność Tintína. Te trzy czyn­niki współ­dzia­łały ze sobą w har­mo­nii, two­rząc ide­alną sym­biozę. Póź­niej, gdy Tintín wró­cił do samo­lotu, mię­dzy mną i Nan­dem zawią­zało się szcze­gólne part­ner­stwo, w któ­rym wza­jem­nie się uzu­peł­nia­li­śmy. Na końcu do tej wspól­noty dołą­czył jesz­cze nasz wybawca, poga­niacz mułów Ser­gio Catalán. Latem wypasa swoje stada na „let­nim pastwi­sku”, jak nazy­wają je paste­rze, gdzie spod lodu gdzie­nie­gdzie wyra­sta zie­lona trawa i gdzie cielą się zwie­rzęta. Pasterz zna­ko­mi­cie zna swoją trzodę, dogląda matek i ich mło­dych i musi przez cały czas mieć je na oku, ponie­waż na muły polują pumy. Jak mógłby porzu­cić mulicę albo cielę, które zna od uro­dze­nia? Z tymi zwie­rzętami łączy go oso­bliwa więź, któ­rej nie spo­sób zro­zu­mieć, jeśli nie zoba­czy się na wła­sne oczy, co dzieje się mię­dzy nimi i czło­wie­kiem. Oso­bi­ście uwa­żam, że kiedy nas ujrzał, zadzia­łał podobny mecha­nizm. Jak mógłby odmó­wić pomocy dwóm obdar­tym chło­pa­kom, któ­rzy chwiej­nym kro­kiem zbli­żali się do niego po sfor­so­wa­niu łań­cu­cha gór­skiego, skoro sam był czło­wie­kiem gór, tym, który musi sobie radzić w każ­dej sytu­acji? To wła­śnie dzięki temu wyka­zał się tak wielką szla­chet­no­ścią serca i współ­czu­ciem, które kazały mu odbyć długą wędrówkę, żeby nas ura­to­wać. Zawsze uwa­ża­łem, że to, czego doświad­czy­li­śmy, nie było dzie­łem przy­padku. Gdyby ta sama sytu­acja roze­grała się nie­da­leko od cywi­li­za­cji, a nie w dzi­kich Andach, w miej­scu, gdzie dia­beł mówi dobra­noc, i gdy­by­śmy pró­bo­wali zatrzy­mać jakąś napo­tkaną osobę i popro­sić ją o pomoc, być może nie mie­li­by­śmy tyle szczę­ścia. Na naszej dro­dze sta­nął skromny czło­wiek o dobrym sercu, Ser­gio Catalán, który potra­fił porzu­cić swoją pracę, wydać swoje muły na pastwę dzi­kich kotów i udać się w ośmio­go­dzinną podróż konno, a potem jesz­cze jechać dru­gie tyle samo­cho­dem Mini­ster­stwa Robót Publicz­nych do odda­lo­nej o pięć­dzie­siąt kilo­me­trów miej­sco­wo­ści Puente Negro, gdzie znaj­do­wał się poste­ru­nek kara­bi­nie­rów – a wszystko to jedy­nie z potrzeby nie­sie­nia pomocy nie­zna­jo­mym.

Cza­sami wra­cam do nagrań fil­mo­wych, na któ­rych uwiecz­niono moment, gdy Nando i ja przy­by­li­śmy do miej­sco­wo­ści Los Maite­nes i zosta­li­śmy pod­jęci przez kara­bi­nie­rów. Zawsze w takich chwi­lach zwra­cam uwagę na swoje oczy. Z początku przy­pa­truję się przy­tom­nie dzien­ni­ka­rzowi, ale już po chwili moje spoj­rze­nie prze­suwa się gdzie indziej i traci ostrość. Udzie­lam odpo­wie­dzi na pyta­nia i nagle spo­glą­dam w bok, jak gdy­bym prze­stał słu­chać, co mówi dzien­ni­karz. Kiedy Nando stwier­dza: „Tak, czu­jemy się dobrze”, warto obser­wo­wać jego twarz, która zdra­dza coś zgoła innego. A kiedy pada pyta­nie, ile osób liczy jego rodzina, ope­ra­tor ponow­nie kie­ruje kamerę na mnie, a moje spoj­rze­nie znowu ginie w jakimś nie­okre­ślo­nym punk­cie w prze­strzeni.

Do Los Maite­nes zawi­ta­li­śmy na podo­bień­stwo duchów. Pomimo zdu­mie­nia, jakie musie­li­śmy budzić wśród ludzi, któ­rzy prze­cież wcale na nas nie cze­kali, przy­jęto nas z otwar­tymi ramio­nami, ponie­waż widziano w nas tych, któ­rzy wró­cili z zaświa­tów. To, a także cie­ka­wość, były głów­nym powo­dem tak ser­decz­nego przy­ję­cia.

Gehenna, jakiej doświad­czy­li­śmy w górach, nauczyła nas, że wszystko musimy zro­bić sami. I w tym duchu wyobra­ża­li­śmy sobie, że po zej­ściu z góry pój­dziemy do San­tiago i tam odnaj­dziemy sta­cję kole­jową. Mie­li­śmy odło­żone pie­nią­dze na bilet kole­jowy na pociąg, który prze­tnie góry i zatrzyma się w Buenos Aires. Potem pla­no­wa­li­śmy prze­być rzekę La Plata na pokła­dzie jakie­goś statku i dalej wędro­wać na pie­chotę, aż dotrzemy do naszych domów. Zadzwo­nimy do drzwi, otwo­rzymy je i zawo­łamy do naszych naj­bliż­szych, że żyjemy. Ale w naszych rachu­bach ani przez moment nie bra­li­śmy pod uwagę, że natkniemy się na paste­rza mułów ani że światu będzie tak bar­dzo zale­żało na napra­wie­niu popeł­nio­nego błędu.

Byli­śmy niczym meta­fora dla człon­ków tego spo­łe­czeń­stwa: skoro ci nie­do­świad­czeni, naiwni chłopcy prze­żyli kata­strofę samo­lotu i poko­nali Andy, życie nie może być aż takie trudne. I być może ta myśl pomaga wszyst­kim tym ludziom, któ­rym bra­kuje odwagi i wiary we wła­sne siły, a któ­rzy mimo to przy­cho­dzą do Doliny Łez w poszu­ki­wa­niu cze­goś, choć sami nie wie­dzą czego. Na wyso­ko­ści czte­rech tysięcy metrów wieją potężne wia­try, powie­trze jest zbyt roz­rze­dzone i trudno się oddy­cha, a ciało ni­gdy nie może się wystar­cza­jąco roz­grzać. Chcą zro­zu­mieć, jak zdo­ła­li­śmy prze­żyć. A odpo­wiedź, która tu na nich czeka, zaska­kuje swoją pro­stotą: ni­gdy nie stra­ci­li­śmy woli ucieczki i całym ser­cem wie­rzy­li­śmy, że czło­wiek zdolny jest do nad­zwy­czaj­nych czy­nów. Zamiast kur­czowo trzy­mać się wspo­mnień, sta­ra­li­śmy się posu­wać naprzód.

Obec­nie moje życie nie upływa już na tej górze, ale z dru­giej strony nie cał­kiem się uwol­ni­łem od jej cie­nia. Któ­re­goś razu w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym spy­tano mojego syna, czy podzi­wia ojca za to, co się wyda­rzyło w Andach. Odpo­wie­dział: „Nie wiem, ponie­waż wtedy nie było mnie jesz­cze na świe­cie. Podzi­wiam go za to, że codzien­nie cho­dzi do pracy, żeby­śmy mieli wszystko, co nie­zbędne do życia”.

Mamy szansę żyć dla tych, któ­rzy nie mieli tyle szczę­ścia – tych wszyst­kich pocho­wa­nych pod tym żela­znym krzy­żem. Ażeby usza­no­wać ich pamięć, muszę dobrze żyć, tak by w momen­cie śmierci, popeł­niw­szy wiele błę­dów, móc powie­dzieć: „Wiem, że nie zro­bi­łem wystar­cza­jąco wiele, ale sta­ra­łem się, jak mogłem”.

Kim byli­śmy? Grupą pecho­wych chło­pa­ków. A teraz? Grupą doro­słych męż­czyzn sta­ra­ją­cych się zro­zu­mieć, dla­czego spo­tkała ich ta wielka tra­ge­dia. Ni­gdy nie przy­pusz­cza­łem, że opo­wia­da­jąc tę histo­rię, uzy­skam tak cenny dar. Kiedy na Harvar­dzie pro­wa­dzę wykłady z medy­cyny, reak­cje stu­den­tów są sto­no­wane: przyj­mują do wia­do­mo­ści prze­ka­zy­waną przeze mnie wie­dzę i to w zupeł­no­ści wystar­czy. Ale kiedy opo­wia­dam o Andach, są poru­szeni, pła­czą, zadają pyta­nia, przy­tu­lają mnie. To histo­ria, która prze­ma­wia głę­boko do serca słu­cha­cza. Poznaw­szy ją, czło­wiek odcho­dzi wzbo­ga­cony. Jestem zale­d­wie nar­ra­to­rem tej opo­wie­ści, ale byłem także świad­kiem tego, co się wtedy działo. Sta­no­wię nie­pod­wa­żalny dowód, że tamte wyda­rze­nia naprawdę miały miej­sce.

W górach ist­niał pewien spo­sób na prze­trwa­nie, który musie­li­śmy wypra­co­wać i wdro­żyć. Dosko­nale pamię­tam skrzy­pie­nie śniegu pod naszymi sto­pami. To, jak zapa­da­li­śmy się w nim po kolana w trak­cie osta­tecz­nie porzu­ca­nych eks­pe­dy­cji. Pamię­tam też, jak pod­czas ostat­niej wyprawy byłem do tego stop­nia wycień­czony, że moje mię­śnie prze­sta­wały słu­chać pole­ceń wyda­wa­nych przez mózg. Do dzi­siaj jest ze mną chłód tam­tych wie­czo­rów, lodo­waty wicher zry­wa­jący się po zacho­dzie słońca, ryk scho­dzą­cych lawin, bez­sil­ność.

W Andach umó­wi­li­śmy się, że wyrze­kamy się pychy i próż­no­ści wpa­ja­nych nam przez współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo, które nas ukształ­to­wało. Sta­no­wi­li­śmy nie­winną spo­łecz­ność przy­ja­ciół, któ­rzy nie wsty­dzili się przy­tu­lać nawza­jem, prze­pra­szać, gdy przy­pad­kiem pod­nie­śli głos albo w inny spo­sób spra­wili przy­krość jeden dru­giemu, ponie­waż o ile stres, w któ­rym żyli­śmy, był nie do wytrzy­ma­nia, o tyle naj­trud­niej znieść było nie­po­kój. Rów­no­cze­śnie zacho­wa­li­śmy etos ludzi gór, pie­lę­gno­wany przez kara­bi­nie­rów: zawsze nieś pomoc, nawet z nara­że­niem swo­jego życia.

Wra­ca­jąc na tę górę, poczu­łem się, jak­bym znowu miał dzie­więt­na­ście lat. Z tej wiel­kiej wyso­ko­ści znowu dostrze­gam to wszystko, co dało mi siłę, by żyć. I boleję, że nie możemy powró­cić tu wszy­scy; że innym nie dane było wypeł­nić do końca ich prze­zna­czeń i że ich przy­goda skoń­czyła się tak wcze­śnie. Wydaje mi się, że wła­śnie z myślą o nich powin­ni­śmy spró­bo­wać doko­nać w naszym życiu tego wszyst­kiego, czego im samym nie było dane. Sto­czyli trudną walkę o prze­trwa­nie. Wiel­kim nakła­dem sił sta­rali się wyrwać z tego miej­sca. My ze swo­jej strony robi­li­śmy, co w naszej mocy, by zacho­wać czuj­ność i ich ura­to­wać. Osta­tecz­nie jed­nak nie star­czyło nam siły, by ich stąd wydo­stać. I za to, przy­ja­ciele, pro­szę was o wyba­cze­nie. Ufam, że dany jest wam pokój i że pogo­dzi­li­ście się już z fak­tem, że żyjemy dla was.

Roberto Canessa uro­dził się w 1953 roku. Ukoń­czył, śla­dem swo­jego ojca, stu­dia medyczne pod­jęte w 1971 roku, spe­cja­li­zu­jąc się w kar­dio­lo­gii dzie­cię­cej. Dwu­krot­nie został uho­no­ro­wany Pań­stwową Nagrodą Medyczną. Oże­nił się ze swoją sym­pa­tią, z którą zwią­zany był już w momen­cie kata­strofy – Lauri. Docze­kał się z nią trojga dzieci: naj­star­sze z nich, syn Hila­rio, imię zawdzię­cza wyso­kiej na pięć tysięcy metrów górze, na którą wspi­nali się jego ojciec i Nando. Dru­gie dziecko, Roberto, podob­nie jak on stu­diuje medy­cynę. Córka Laura Inés dotrzy­muje tacie towa­rzy­stwa w jego powro­tach na górę, wyka­zu­jąc się taką samą jak on siłą i zuchwa­ło­ścią.

Dom, który zbu­do­wał Roberto Canessa, roz­ga­łę­zia się na wszyst­kie strony i przy­po­mina labi­rynt. Fron­towe drzwi ni­gdy nie są zamknięte na klucz, ponie­waż w jego wnę­trzu nie­ustan­nie prze­wi­jają się ludzie. W swoim życiu Roberto udo­stęp­niał to nie­zwy­kłe domo­stwo wielu oso­bom w potrze­bie. Wszyst­kie je łączy z nim coś wspól­nego: mówią o miło­ści, ser­decz­no­ści, drżą, dzie­ląc się wzru­sza­ją­cymi histo­riami, a słu­cha­jąc muzyki, która poru­sza ich serca, nie potra­fią powstrzy­mać łez.

3. Pierwsza ofiara: upadek na Kordylierę

3.

Pierw­sza ofiara: upa­dek na Kor­dy­lierę

Gustavo Zerbino miał prze­czu­cie, które przy­ga­siło rado­sny nastrój, towa­rzy­szący mu przez całą dotych­cza­sową podróż. Od godziny siód­mej rano poprzed­niego dnia, dwu­na­stego paź­dzier­nika, kiedy grupa zatrzy­mała się w Men­do­zie, mie­ście poło­żo­nym u pod­nóża argen­tyń­skiej czę­ści Kor­dy­liery, intu­icja pod­po­wia­dała mu, że sta­nie się coś złego. Tuż przed wej­ściem na pokład samo­lotu na lot­ni­sku Plu­me­rillo, na przed­mie­ściach Men­dozy, zwie­rzył się Esther, żonie dok­tora Fran­ci­sco Nicoli, leka­rza dru­żyny rugby, że nie chce lecieć, ponie­waż ma oso­bliwe prze­czu­cie, że samo­lot się roz­bije. Gustavo ocze­ki­wał, że kobieta go pocie­szy i uspo­koi. Tym­cza­sem jej odpo­wiedź go zdu­miała: kiedy zbli­żali się do scho­dów pro­wa­dzą­cych do samo­lotu, przy­znała, że ją też drę­czą takie myśli.

Trzy­na­stego paź­dzier­nika, o godzi­nie pięt­na­stej dwa­dzie­ścia, dokład­nie dzie­sięć minut przed wypad­kiem, z Gusta­vem nagle zaczęło się dziać coś dziw­nego: odczu­wał prze­możny nie­po­kój, pocił się obfi­cie i nie mógł spo­koj­nie usie­dzieć na miej­scu, pod­czas gdy jego kole­dzy żar­to­wali i się wygłu­piali. Wró­cił na tyły samo­lotu, do ostat­nich rzę­dów foteli, gdzie sie­dzieli jego trzej kole­dzy z dru­żyny: Guido Magri, Gastón Coste­malle i Daniel Shaw. Chłopcy umi­lali sobie podróż grą w karty z dwoma człon­kami per­so­nelu pokła­do­wego: ste­war­dem Ovi­diem Joaquínem Ramírezem i nawi­ga­to­rem Ramó­nem Martínezem. Fakt, że nawi­ga­tor nie prze­by­wał z kok­pi­cie z pilo­tami w cza­sie, gdy samo­lot prze­la­ty­wał nad Kor­dy­lierą, wydał się Gusta­vowi zaska­ku­jący. Udał się na drugi koniec samo­lotu i bez puka­nia wszedł do kabiny pilo­tów. Jego nie­po­kój wzrósł, gdy zorien­to­wał się, że obaj piloci, Julio Ferradás i Dante Lagu­rara, wcale nie sku­piają się na tablicy przy­rzą­dów, zamiast tego pro­wa­dząc bez­tro­ską poga­wędkę i racząc się her­batą.

– Nikt nie kie­ruje? – spy­tał, nie kry­jąc zasko­cze­nia.

Obaj męż­czyźni zgod­nie odparli, że samo­lot wypo­sa­żony jest w naj­now­szą tech­no­lo­gię auto­ma­tycz­nego pilota, która spra­wia, że „maszyna prak­tycz­nie leci sama”.

– Myśla­łem, że nawet przy wyko­rzy­sta­niu auto­ma­tycz­nego pilota czło­wiek musi trzy­mać rękę na pul­sie – stwier­dził Gustavo, po czym wyco­fał się z kabiny pilo­tów.

Chwilę póź­niej zoba­czył nawi­ga­tora idą­cego w kie­runku kok­pitu. Męż­czy­zna wró­cił bar­dzo szybko i nio­sąc mapy lotu, skie­ro­wał się ku ogo­nowi maszyny. Nie­długo potem samo­lot wle­ciał w pierw­sze dziury powietrzne, co dało począ­tek tur­bu­len­cjom. A kiedy wynu­rzyli się z chmur, oczom Gustava uka­zały się szczyty gór­skie, które nagle wydały się nie­bez­piecz­nie bli­skie. Po chwili inny czło­nek załogi naka­zał pasa­że­rom, by zajęli miej­sca, zapięli pasy i zacho­wali spo­kój. W kabi­nie pasa­żer­skiej, jesz­cze przed chwilą peł­nej weso­łych dono­śnych gło­sów, zapa­dła ner­wowa cisza.

Samo­lot Fair­child 571 (F571), dwu­sil­ni­kowy tur­bo­od­rzu­to­wiec wyczar­te­ro­wany od Uru­gwaj­skich Sił Powietrz­nych, wle­ciał w olbrzy­mią dziurę powietrzną i zda­wał się spa­dać niczym kamień. Gustavo prze­stra­szył się, że roz­biją sobie głowy o strop kabiny. Ciszę prze­ciął prze­ni­kliwy sygnał alarmu o tra­ce­niu wyso­ko­ści; ozna­czało to, że maszyna może lada chwila runąć na zie­mię. Całym sta­lo­wym ciel­skiem samo­lotu tar­gały gwał­towne szarp­nię­cia i dygot, jak gdyby miało roz­le­cieć się na kawałki. Wresz­cie, parę sekund póź­niej, Gustavo usły­szał wybuch tak gło­śny, że nie­mal cał­ko­wi­cie go ogłu­szył (samo­lot zacze­pił lewym skrzy­dłem o skały albo ude­rzył brzu­chem w ska­li­ste pod­łoże). W tym samym momen­cie chło­pak roz­piął pas bez­pie­czeń­stwa, zerwał się na równe nogi i z całej siły – dla zacho­wa­nia rów­no­wagi – ucze­pił się meta­lo­wej kon­struk­cji gór­nej półki baga­żo­wej. Wła­śnie wtedy dał się sły­szeć przy­pra­wia­jący o gęsią skórkę pisk łama­nego i gię­tego metalu i samo­lot roz­ła­mał się na dwie czę­ści. Tuż za ple­cami Gustava ział teraz olbrzymi otwór, przez który w pustkę pomknął jego fotel oraz fotel sąsiedni, z przy­pię­tym do niego kolegą Car­lo­sem Valetą. Gustavo powie­rzył się boskiej opiece i powta­rzał: „Słodki Jezu, nie opusz­czaj mnie. Pro­szę Cię, Jezu, nie opusz­czaj mnie”, pod­czas gdy kadłub samo­lotu, utra­ciw­szy roz­pęd, zaczął gwał­tow­nie spa­dać. W końcu zde­rzył się z zie­mią i zaczął zyg­za­kiem zsu­wać się w dół zbo­cza. Pomimo krę­tego ruchu kadłub przez cały czas pozo­stał w pozy­cji, w któ­rej wylą­do­wał – nie obró­cił się na bok ani nie wyska­ki­wał w powie­trze na nie­rów­nym pod­łożu. Siła tar­cia w zatrwa­ża­ją­cym tem­pie nisz­czyła pod­łogę, która kru­szyła się i wygi­nała. Pod jej wpły­wem wyrwane zostały wszyst­kie fotele.

Jazda w dół trwała dłu­gie sekundy, aż wresz­cie kadłub wbił się w stertę śniegu i gwał­tow­nie się zatrzy­mał. Abso­lutna cisza, która zapa­no­wała wkoło, w pierw­szej chwili zro­dziła w Gusta­vie podej­rze­nie, że umarł i że tak wyglą­dają zaświaty: na­dal ist­nie­jesz, lecz w cał­ko­wi­tej ciszy i bez­ru­chu.

W trak­cie lotu więk­szość chłop­ców krę­ciła się po kabi­nie pasa­żer­skiej. Kiedy maszyna wpa­dła w pierw­szą dziurę powietrzną i jeden z człon­ków załogi wyszedł z kabiny pilo­tów, żeby popro­sić ich o powrót na miej­sce i poin­for­mo­wać, że cze­kają ich duże tur­bu­len­cje, nikt nie zwró­cił na niego uwagi. Dopiero przy dru­giej dziu­rze powietrz­nej więk­szość chło­pa­ków zasto­so­wała się do pole­ce­nia. W tym momen­cie José Luis „Coche” Inciarte wyraź­nie usły­szał głos jed­nego z pilo­tów, który zwra­cał się do swo­jego kolegi sło­wami: „Wię­cej mocy, potrze­buję wię­cej mocy!”. Samo­lot zaczął wzno­sić się tak gwał­tow­nie, że Coche poczuł, jak jego plecy wci­skają się w opar­cie fotela. Zaraz potem maszyna zaczęła się trząść, a po chwili dał się sły­szeć huk eks­plo­zji, po któ­rej roz­legł się strasz­liwy syk. Coche momen­tal­nie wyczuł gwał­towną zmianę atmos­fery: cały lot upły­wał pasa­że­rom w przy­jem­nej tem­pe­ra­tu­rze, za to teraz w prze­ciągu kilku sekund owio­nęło ich lodo­wate powie­trze. Chło­pak drżał w podmu­chach chłodu, ale nie potra­fił stwier­dzić, skąd wła­ści­wie dola­ty­wały. Czuł na sobie ude­rze­nia róż­nych prze­la­tu­ją­cych przed­mio­tów. Ponie­waż nie sły­szał mecha­nicz­nego ryku, pomy­ślał, że samo­lot na­dal leci przy wyłą­czo­nych sil­ni­kach, jed­nak chwilę póź­niej poczuł kolejny potężny wstrząs. Roz­bita maszyna zaczęła się ześli­zgi­wać w dół zbo­cza. Teraz oprócz lodo­watego powie­trza poczuł coś jesz­cze – śnieg… tak, śnieg. Pochy­lił głowę, zamknął oczy i przy­go­to­wał się na naj­gor­sze.

Tym­cza­sem prze­ła­many na pół samo­lot kon­ty­nu­ował swoją cha­otyczną podróż. Zsu­wa­jąc się, gro­ma­dził przed sobą olbrzy­mią ilość śniegu. Po pew­nym cza­sie było go już tak dużo, że wrak zarył w nim dzio­bem i znie­ru­cho­miał. Nagłe zatrzy­ma­nie się spra­wiło, że wszystko, co znaj­do­wało się w środku, z ogromną siłą pole­ciało do przodu.

Pierw­szym, co zro­bił Roberto Canessa po zatrzy­ma­niu się samo­lotu, było spraw­dze­nie, czy na­dal ma ręce i nogi. Ze zdu­mie­niem stwier­dził, że wszyst­kie członki są na swoim miej­scu. Co jesz­cze bar­dziej zaska­ku­jące, unik­nął nawet zła­mań – ramiona i nogi reago­wały na pole­ce­nia wyda­wane przez mózg. Ze wszyst­kich stron docie­rały poję­ki­wa­nia i płacz, które szybko prze­ro­dziły się we wrza­ski roz­pa­czy. Roberto spró­bo­wał się pod­nieść, ale nie był w sta­nie.

W pew­nym momen­cie ktoś popchnął jego barki, by uwol­nić go spod foteli, które przy­gnio­tły go tak, że meta­lowe ele­menty zamknęły go w potrza­sku. Spie­szą­cym z pomocą był przy­ja­ciel Roberta, Gustavo Zerbino, który wpa­try­wał się teraz w niego z nie­do­wie­rza­niem, jak gdyby chciał spy­tać: „I co teraz?”, „Od czego zacząć?”. Chwilę póź­niej obaj mło­dzi męż­czyźni, bez słowa, zabrali się do pracy. Pierw­szą osobą, jaką odna­lazł Canessa, był Álvaro Man­gino, któ­rego przy­gniótł fotel, tak że jego noga zaklesz­czyła się mię­dzy meta­lo­wymi ele­men­tami. Gustavo uniósł sie­dze­nie, a w tym cza­sie Roberto sta­rał się wycią­gnąć spod niego Álvara. Jego nogę przy­gnia­tała meta­lowa płyta, na któ­rej pod­czas lotu opie­rał stopy. Kiedy Roberto zdo­łał ją usu­nąć, zorien­to­wał się, że noga zwisa bez­wład­nie. Jak się oka­zało, była zła­mana w wielu miej­scach.

Jako że Roberto stu­dio­wał na dru­gim roku medy­cyny, a Gustavo na pierw­szym, natu­ralną koleją rze­czy obaj prze­obra­zili się w leka­rzy sta­ra­ją­cych się nieść pomoc poszko­do­wa­nym w kata­stro­fie. Ich wie­dza była ogra­ni­czona, wyzwa­nia, jakie się przed nimi pię­trzyły, onie­śmie­la­jące, a do dys­po­zy­cji nie mieli niczego z wyjąt­kiem wła­snych dłoni i rozumu. W waliz­kach, które ucho­wały się w prze­dziale baga­żo­wym, zna­leźli płasz­cze i koszule, które po podar­ciu posłu­żyły za pro­wi­zo­ryczne ban­daże umoż­li­wia­jące zata­mo­wa­nie krwa­wie­nia. W prze­ciągu paru minut tem­pe­ra­tura powie­trza wewnątrz zruj­no­wa­nego samo­lotu spa­dła z dwu­dzie­stu czte­rech stopni Cel­sju­sza do dwu­dzie­stu ośmiu stopni Cel­sju­sza poni­żej zera.

Kolejną osobą, któ­rej pró­bo­wali pomóc, był Adolfo Strauch. Męż­czy­zna był w szoku – sta­rał się wci­snąć w naj­ciem­niej­szy kąt kabiny, by zwi­nięty w kłę­bek niczym prze­ra­żone zwie­rzę uda­wać, że niczego nie widzi ani nie sły­szy.

Wcze­śniej do uszu Adolfa dotarł dow­cip, który zresztą nie­zbyt przy­padł mu do gustu. Dwie dziew­czyny, które wraz z Cochem poznali w Men­do­zie, odpro­wa­dziły ich na lot­ni­sko Plu­me­rillo i na poże­gna­nie zawo­łały za nimi, gdy odcho­dzili w kie­runku Fair­childa, że powinni zostać w Men­do­zie, bo ich samo­lot się roz­bije. W końcu był pią­tek trzy­na­stego, pechowy dzień. Przez pierw­szą godzinę lecieli nad pogó­rzem, a po dotar­ciu do Malargüe samo­lot wyko­nał skręt, by poko­nać łań­cuch gór­ski, prze­la­tu­jąc przez prze­łęcz Plan­chón. To wtedy po raz pierw­szy Adolfo ujrzał bez­miar śnież­nych szczy­tów. Widok ten wpra­wił go w zdu­mie­nie, ale nie trwało to długo, ponie­waż zaraz wle­cieli w chmury i widocz­ność spa­dła do zera. Chwilę póź­niej samo­lot wyko­nał jesz­cze jeden skręt, tym razem w kie­runku pół­noc­nym. Adolfo podej­rze­wał, że poko­nali już Kor­dy­lierę i teraz kie­ro­wali się na lot­ni­sko Puda­huel w San­tiago. Ale kiedy wle­cieli w trze­cią z rzędu dziurę powietrzną, zro­zu­miał, że coś jest nie w porządku i że ważą się ich losy. Przez okno widział teraz, że prawe skrzy­dło znaj­duje się o wiele za bli­sko ska­li­stych szczy­tów, wyzie­ra­ją­cych zza chmur. Był prze­ko­nany, że samo­lot lada chwila roz­trza­ska się o skały. Wtedy dał się sły­szeć wzmo­żony war­kot pra­cu­ją­cych na naj­wyż­szych obro­tach sil­ni­ków, a zaraz po nim prze­ni­kliwy sygnał alarmu o tra­ce­niu szyb­ko­ści. Kiedy metal ocie­rał się o skałę, przez kadłub prze­szły trzy albo cztery potężne wstrząsy, jeden po dru­gim – a wszystko to w umy­śle Adolfa wyda­rzało się rów­no­cze­śnie. Nagle poczuł wokół sie­bie przej­mu­jący chłód, zaraz potem przez chwilę miał poczu­cie, jak gdyby zawisł w próżni. Wtem zalała go ciem­ność, ponie­waż ude­rzył głową w coś twar­dego i stra­cił przy­tom­ność.

Kiedy się ock­nął, nie potra­fił zaak­cep­to­wać tego, co roz­po­ście­rało się przed jego oczami. Wyda­wało mu się, że leży w łóżku w swoim pokoju w domu rodzin­nym. Roz­po­zna­wał nawet zna­jome widoki i zapa­chy. I dla­tego w końcu, roz­piąw­szy pas bez­pie­czeń­stwa, nie bacząc na roz­le­ga­jącą się wokół kako­fo­nię prze­peł­nio­nych bólem wrza­sków, wstał z łóżka we wła­snym domu i prze­mie­rzył zruj­no­wane przej­ście w swoim pokoju w Parque Batlle. Dotarł w ten spo­sób do pokoju dzien­nego i zaczął posu­wać się dalej, zmie­rza­jąc do kuchni. Miał zamiar nalać sobie szklankę wody, bo chciało mu się pić. Odczu­wał prze­możne pra­gnie­nie, jed­nak po zro­bie­niu kolej­nych czte­rech czy pię­ciu kro­ków, gdy wycią­gnął rękę po dzba­nek z wodą, wpadł twa­rzą w śnieg, a dzba­nek się roz­bił. Kiedy się pod­niósł, odkrył, że sie­dzi po pas w mięk­kim śniegu. Jego twarz chło­stał lodo­waty, nio­sący śnieg wiatr. Z każdą chwilą powra­cał coraz bar­dziej do rze­czy­wi­sto­ści. Ktoś pomógł mu wgra­mo­lić się z powro­tem do roze­rwa­nego kadłuba samo­lotu. Kiedy sie­dział już bez­piecz­nie na brzegu, przyj­rzał się poma­ga­ją­cemu – był to jego kuzyn, Daniel Fernández. Adolfo na czwo­ra­kach prze­do­stał się z powro­tem do wnę­trza kadłuba, poszu­kał dla sie­bie miej­sca pośród wszyst­kich ludzi i masy pogru­cho­ta­nych foteli i zwi­nął się tam w kłę­bek. Miał na sobie tylko T-shirt, był boso, a jego spodnie były całe w strzę­pach.

Jakiś czas póź­niej ktoś podał mu dwie koszule, swe­ter i parę spodni. Ubie­ra­jąc się, roz­glą­dał się za swo­imi kuzy­nami i przy­ja­ciółmi, acz­kol­wiek nie mógł sobie przy­po­mnieć, co wła­ści­wie spro­wa­dziło ich wszyst­kich do jego domu. W pew­nym momen­cie wyda­wało mu się, że widzi Cochego Inciar­tego, który szedł za Canessą. Pamię­tał też, że widział Daniela Fernándeza. Ni­gdzie nie mógł nato­miast wypa­trzeć Daniela Shawa ani Edu­arda Strau­cha. Usły­szał, jak ktoś z boku pół­gło­sem mówi, że ktoś inny wspina się na szczyt góry (jakiej znowu góry?), a nieco póź­niej woła­nie. Zoba­czył wtedy, że obok niego leży jego kuzyn Edu­ardo Strauch. Adolfo spy­tał go, co to za miej­sce i czy mogą już wró­cić do domu, na co Edu­ardo odpo­wie­dział: „Zaraz pój­dziemy. Daj mi chwilę, żebym zebrał siły, i możemy ruszać”.

Głos sły­szany nieco wcze­śniej przez Adolfa nale­żał do Car­li­tosa Páeza, woła­ją­cego Car­losa Valetę. Wydzie­rał się na całe gar­dło, sta­ra­jąc się napro­wa­dzić zagu­bio­nego chłopca z powro­tem do samo­lotu. Wyda­wało się jed­nak, że Valeta, pod wpły­wem szoku, a także ogłu­szony wyciem wia­tru, nie widzi ani nie rozu­mie tego, co się dzieje. Brnął po omacku przed sie­bie w poszu­ki­wa­niu przy­ja­ciół cze­ka­ją­cych na dru­gim brzegu szcze­liny, w którą wpadł. Car­li­tos Páez sta­rał się dotrzeć do miej­sca, w któ­rym znik­nął jego przy­ja­ciel, ale natra­fił na głę­boki śnieg, który unie­moż­li­wił mu dal­sze poszu­ki­wa­nia.

Tuż przed nastę­pu­ją­cymi po sobie wstrzą­sami, gdy maszyna ude­rzała w skały, przez głowę Car­li­tosa prze­le­ciały trzy myśli. Naj­pierw zja­wiło się w niej wspo­mnie­nie wycieczki z ojcem do Rio de Jane­iro, gdy pod­czas lotu czy­tał instruk­cje na wypa­dek lądo­wa­nia awa­ryj­nego; zapa­mię­tał z nich, że należy chro­nić głowę ramio­nami. Następ­nie jego mózg wyświe­tlił w kalej­do­sko­po­wym skró­cie obrazy człon­ków rodziny. Na koniec zaś uległ prze­ko­na­niu, że nastał moment na pojed­na­nie się z Bogiem. I ta ostat­nia myśl spra­wiła, że zaczął się modlić. Naj­pierw odma­wiał Ojcze nasz, ale za moment uznał, że umrze lada chwila, a ta modli­twa jest zbyt długa, więc prze­rzu­cił się na Zdro­waś Mario. Ta modli­twa była krót­sza i wydała mu się bar­dziej odpo­wied­nia na ostat­nie parę sekund życia, jakie mu pozo­stały. Odmó­wił ją do końca, a do ostat­niego Amen doszedł w tym samym momen­cie, gdy maszyna zatrzy­mała się gwał­tow­nie i wszyst­kie fotele runęły ku przo­dowi niczym pchane jakąś nad­przy­ro­dzoną siłą. Car­li­tos wylą­do­wał na swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­cio­łach, któ­rzy razem z nim byli naj­młod­szymi chłop­cami w całej gru­pie: Diegu Stor­mie i Gusta­vie Nico­li­chu. We trzech wspól­nymi siłami zdo­łali odsu­nąć przy­gnia­ta­jące ich fotele i pogięty metal. Gdy ze zdzi­wie­niem stwier­dzili, że prze­żyli upa­dek samo­lotu prak­tycz­nie bez uszczerbku, skie­ro­wali się na tyły kadłuba. Pierw­szą osobą, na jaką się natknęli, był Roberto Canessa.

– Ktoś zgi­nął? – spy­tał go Car­li­tos.

Canessa uniósł na niego ponure spoj­rze­nie.

– To jakiś kosz­mar – wymam­ro­tał.

Car­li­tos ze zgrozą odkrył, że rana na ramie­niu musku­lar­nego Anto­nia „Tintína” Vizintína obfi­cie krwawi. Po dotar­ciu na koniec roze­rwa­nego kadłuba zszedł na dół. Zastał tam swo­jego kolegę Bobby’ego Françoisa, który wła­śnie palił papie­rosa.

– Zgaś to natych­miast! – nasko­czył na niego Car­li­tos. – Nie widzisz, że wokół cie­bie jest nafta?

– To i tak bez zna­cze­nia – odparł ze spo­ko­jem Bobby, zupeł­nie jakby cudem nie oca­lał z potwor­nej kata­strofy.

Kiedy Car­li­tos wró­cił do roz­bi­tego kadłuba, napo­tkał innego swo­jego kolegę i rówie­śnika, Roya Har­leya, który cały pokryty był jakimś nie­bie­skim pły­nem.

Loty z ostat­nich dni prze­ska­ki­wały dla Roya Har­leya z jed­nej skraj­no­ści w drugą. Poprzed­niego dnia, nie wie­dząc, dla­czego wła­ści­wie muszą lecieć z Buenos Aires do Men­dozy, chłopcy pró­bo­wali zro­bić psi­kusa pilo­tom i roz­bu­jać wiszący w powie­trzu samo­lot. W tym celu wszy­scy prze­sie­dli się na miej­sca po jed­nej stro­nie kadłuba. Dopro­wa­dzili do tego, że w pew­nym momen­cie z kok­pitu wyszli piloci. Miny mieli bar­dzo poważne. Roy przy­po­mniał sobie teraz, jak dzień wcze­śniej któ­ryś z jego kole­gów, w odpo­wie­dzi na naganę ze strony członka załogi, rzu­cił żar­tem: „Ale my mamy sie­dem żyć, jak koty”.

Naza­jutrz atmos­fera była już dia­me­tral­nie inna. Roy zacho­wał wyraźne wspo­mnie­nie chwil, gdy samo­lot wpa­dał w głę­bo­kie dziury powietrzne i trzesz­czał, jak gdyby był roz­ry­wany na pół. Pomy­ślał wtedy, że ci nazbyt pewni sie­bie mło­dzi męż­czyźni, któ­rzy zale­d­wie dzień wcze­śniej pró­bo­wali roz­bu­jać samo­lot, w ułamku chwili stali się prze­stra­szo­nymi małymi chłop­cami, lęka­ją­cymi się duchów. W momen­cie, gdy przy­piął się pasem bez­pie­czeń­stwa, kadłub zarył dzio­bem w śnieg, a fotel, na któ­rym sie­dział, pole­ciał do przodu, pro­sto ku cha­otycz­nej gma­twa­ni­nie metalu. Otwo­rzył oczy i ze zdu­mie­niem stwier­dził, że pomimo ogromu znisz­czeń oświe­tle­nie sufi­towe na­dal działa. Pomy­ślał: „Skoro widzę świa­tło, to zna­czy, że żyję! Zuży­łem jedno życie, ale na­dal mam sześć w zapa­sie”. Spró­bo­wał wycią­gnąć stopę, która utknęła mię­dzy dwoma kawa­łami metalu. Wytę­żał wszyst­kie siły, lecz na próżno. Na myśl o tym, że wszę­dzie roz­lane jest paliwo i samo­lot lada chwila może wybuch­nąć, Roya ogar­nęła panika. Pocią­gnął jesz­cze raz i w końcu zdo­łał się uwol­nić. Roz­ciął sobie przy tym nogę, porwał skar­petę i stra­cił jeden but. Mimo że na sobie miał tylko T-shirt, wyszedł na zewnątrz. To wtedy jego oczom uka­zał się sur­re­ali­styczny widok – zoba­czył swo­jego kolegę Bobby’ego Françoisa, który ze spo­ko­jem spo­glą­dał ku cią­gną­cym się po hory­zont górom na pół­nocy, jak gdyby ni­gdy nic paląc papie­rosa. I wtedy Roy uzmy­sło­wił sobie coś jesz­cze: był nie tylko ogłu­szony, ale też cał­kiem prze­mok­nięty! To nie deszcz ani śnieg go zmo­czyły, lecz jakaś lepka sub­stan­cja z samo­lotu. Kiedy zro­zu­miał, że to ben­zyna i że w każ­dej chwili może zająć się ogniem, po ple­cach prze­szedł mu dreszcz. Ponie­waż jed­nak domi­nu­ją­cym w tam­tym momen­cie dozna­niem był chłód, zapo­mniał o ogniu, wdra­pał się z powro­tem do kadłuba i pół­żywy z wyczer­pa­nia opadł na pod­łogę, opie­ra­jąc się ple­cami o meta­lową ścianę. Chwilę potem przed nim poja­wił się Canessa i powie­dział:

– Jesteś nie­bie­ski.

Przez uła­mek sekundy Roy myślał, że może to śmierć ma taki kolor.

Gustavo Zerbino i Mon­cho Sabella wyj­rzeli na zewnątrz i wspie­ra­jąc się dłońmi o górę kabiny, rzu­cili na śnieg trzy poduszki z foteli, które miały ich uchro­nić przed zapa­da­niem się w nim. Posu­wali się ku przo­dowi samo­lotu. Robili dwa kroki, po czym ostat­nią poduszkę prze­rzu­cali do przodu i tak powoli brnęli. Dziób maszyny, zmiaż­dżony i wgnie­ciony do środka, zamie­nił się w bez­kształtną meta­lową masę. Dawało się roz­po­znać jedy­nie koło, pogięte w kształt cyfry osiem. Na fotelu głów­nego pilota, po lewej stro­nie, sie­dział drugi pilot, Dante Lagu­rara. W momen­cie, gdy samo­lot gwał­tow­nie się zatrzy­mał, tablica przy­rzą­dów, pier­wot­nie znaj­du­jąca się w odle­gło­ści jed­nego metra od niego, pod wpły­wem siły bez­władu wbiła mu się w tors i przy­kuła go do fotela. Przed­nie okno było roz­trza­skane, a kok­pit wypeł­niony śnie­giem.

Na pyta­nia Mon­cha drugi pilot udzie­lał jed­nej i tej samej odpo­wie­dzi. Mówił tak cicho, że ledwo było go sły­chać:

– Minę­li­śmy Curicó, minę­li­śmy Curicó…

Następ­nie szep­tem popro­sił o wodę. Sabella podał mu wtedy śnieg do ust. Lagu­rara popro­sił chłop­ców, by go zastrze­lili. Mieli w tym celu użyć rewol­weru Smith & Wesson kali­ber 38, który drugi pilot trzy­mał w walizce za fote­lem. Przez cały czas mam­ro­tał przy tym:

– Co za nie­szczę­ście! Co ja naro­bi­łem!

Mon­cho zaczął moco­wać się z opar­ciem fotela Lagu­rary, pró­bu­jąc wycią­gnąć z niego poduszkę, żeby zmniej­szyć napór na jego tors. Nagle poczuł ból, który pro­mie­nio­wał od ud i roz­le­wał się po ple­cach.

Roberto Canessa czuł, że jest u kresu sił, ciśnie­nie atmos­fe­ryczne było bar­dzo niskie, dło­nie i ramiona miał czer­wone od krwi ran­nych i kona­ją­cych, któ­rymi się zaj­mo­wał. W poszu­ki­wa­niu miej­sca do odpo­czynku skie­ro­wał się na drugi koniec samo­lotu. Zerbino, który opa­try­wał ciężko ran­nego, nie wie­dział, gdzie podzie­wają się Storm i pozo­stali. Nieco wcze­śniej, kiedy krą­żył po samo­lo­cie, Roberto wypa­trzył siatkę, z któ­rej teraz zro­bił hamak. Liczył, że położy się na nim i zdoła choć tro­chę odpo­cząć. Wraz z nadej­ściem świtu cze­kał go ogrom pracy. Kiedy jed­nak odna­lazł hamak, odkrył, że ktoś wpadł na taki sam pomysł. Potem wspo­mi­nał, że czuł się, zupeł­nie jakby obser­wo­wał tę scenę z dystansu, tych dwóch mło­dych nie­zna­jo­mych odpo­czy­wa­ją­cych w pro­wi­zo­rycz­nym hamaku, pośród oce­anu znisz­czeń, wstrzą­sa­nych dresz­czami, obej­mu­ją­cych się nawza­jem, by nie zamar­z­nąć na śmierć w trak­cie tego, co miało się oka­zać drugą naj­strasz­niej­szą nocą w ich życiu. Chło­pak, do któ­rego przy­tu­lony prze­trwał tę noc, był dla niego obcym czło­wie­kiem: nazy­wał się Coche Inciarte.

4. Odliczanie: Coche Inciarte

4.

Odli­cza­nie: Coche Inciarte

Posta­no­wi­łem, że umrę w wigi­lię Bożego Naro­dze­nia, dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia. Wypa­dał wtedy sie­dem­dzie­siąty trzeci dzień naszej gehenny. Do tego momentu zostało tro­chę czasu. Byłem w trak­cie spi­sy­wa­nia w małym notat­niku wszyst­kiego, co zro­bi­łem, by prze­żyć, gdy nagle coś sobie uświa­do­mi­łem: ostat­nia eks­pe­dy­cja i tak nas nie ura­tuje, ponie­waż jej człon­ko­wie zabrali ze sobą tylko tyle jedze­nia, że wystar­czy im go jedy­nie na dzie­sięć dni. Dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia zapasy się skoń­czą i oni umrą. Umó­wi­łem się ze sobą, że zacze­kam na nich jesz­cze dwa dni, tak na wszelki wypa­dek, a potem sam też umrę.

Adolfo Strauch, który zoba­czył, że się pod­da­łem i nie wstaję już z pod­łogi, opie­ko­wał się mną jak rodzic dziec­kiem. Musiał przej­rzeć moje myśli, ponie­waż stwier­dził, że mi na to nie pozwoli. Ja jed­nak wie­dzia­łem, że jeśli zechcę, bez trudu go oszu­kam. Wystar­czyło, że po pro­stu dam sobie przy­zwo­le­nie na to, by umrzeć.

Świa­do­mość, że pozo­stało mi jesz­cze tro­chę czasu, prze­peł­niała mnie spo­ko­jem. W tych dniach nie­wiele już ze sobą roz­ma­wia­li­śmy, nasze umy­sły błą­dziły po nie­wia­do­mych dro­gach. Nie­dawno jesz­cze cie­szy­li­śmy się, gdy budząc się rano, odkry­wa­li­śmy, że wciąż oddy­chamy, jed­nak radość ta stop­niowo nas opusz­czała. Obo­jętne na kogo spoj­rze­li­śmy, każdy z nas mógł słu­żyć za lustro dla pozo­sta­łych. Wszy­scy mie­li­śmy te same pozba­wione nadziei wyrazy twa­rzy i zapad­nięte oczy, w któ­rych można było wyczy­tać nad­cho­dzący koniec. I wła­śnie dla­tego posta­no­wi­łem, że jeśli nasi przy­ja­ciele nie wrócą do dwu­dzie­stego czwar­tego grud­nia, ja także roz­stanę się z pozo­sta­łymi. Byłoby to ciche poże­gna­nie, mające miej­sce w moich myślach, a potem pozwo­lił­bym się porwać i ponieść, tak jak tej nocy, gdy nade­szła lawina.

Osiem­na­stego dnia po kata­stro­fie roz­po­czą­łem powolny pro­ces umie­ra­nia. Cał­kiem stra­ci­łem ape­tyt, jedze­nie wywo­ły­wało we mnie mdło­ści. Dzie­li­łem się swoją mikro­sko­pijną por­cją mięsa z każ­dym, kto miał na nią ochotę. Obda­ro­wani zwra­cali mi je pod wpły­wem kar­cą­cego wzroku Adolfa, ja jed­nak po kry­jomu pod­rzu­ca­łem je im ponow­nie.

Co gor­sza, po lawi­nie, która zeszła w nie­dzielę dwu­dzie­stego dzie­wią­tego paź­dzier­nika, naba­wi­łem się zaka­że­nia w nodze. Wdała się w nią gan­grena i nie mogłem już dłu­żej cho­dzić. Zdany byłem na pomoc innych. Musia­łem jed­nak samo­dziel­nie prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję na zaata­ko­wa­nej przez cho­robę koń­czy­nie. Uzna­łem, że jako stu­dent pią­tego roku rol­nic­twa jestem lepiej wykwa­li­fi­ko­wany od Roberta Canessy, który pomimo god­nego podziwu spo­koju, z jakim niósł pomoc potrze­bu­ją­cym, był stu­dentem zale­d­wie dru­giego roku medy­cyny. Canessa pro­po­no­wał, że natnie zgo­rzel ostrzem zna­le­zio­nej w samo­lo­cie sie­kiery. Osta­tecz­nie zro­bi­łem to sam za pomocą brzy­twy. Ze środka wytry­snęła zmie­niona cho­ro­bowo tkanka i w ten spo­sób ura­to­wa­łem nogę. Nie mogłem jed­nak cho­dzić i sta­łem się inwa­lidą.

Dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego dnia naszego pobytu w Andach mój koniec jesz­cze bar­dziej się przy­bli­żył. Ponie­waż zna­la­złem się na skraju śmierci gło­do­wej, mój sys­tem odpor­no­ściowy osłabł i na nogach utwo­rzyły mi się duże czy­raki.

Na tym eta­pie potra­fi­łem już przy­glą­dać się swo­jemu życiu z dystansu. Zada­wa­łem sobie pyta­nia, które ni­gdy dotąd nie przy­cho­dziły mi do głowy, i docho­dzi­łem do cał­ko­wi­cie nowych dla mnie wnio­sków. Ta świeża per­spek­tywa zako­rze­niła się we mnie na stałe i pozo­staje we mnie żywa rów­nież dzi­siaj, trzy­dzie­ści sześć lat po tam­tych tra­gicz­nych wyda­rze­niach. Życie ucho­dziło ze mnie w taki sam spo­sób, jak opusz­czała nas nadzieja, że ostat­nia eks­pe­dy­cja naszych przy­ja­ciół odnie­sie suk­ces. Wyobra­ża­łem sobie, jak Nando i Roberto samot­nie brną przez nie­skoń­czony bez­miar bieli. Za sprawą opo­wie­ści Tintína mogłem też sobie wyobra­zić, co widzą: bez­kres gór, wobec któ­rego pomimo nie­złom­no­ści ich dusz prę­dzej czy póź­niej ich zmu­szone do nad­ludz­kiego wysiłku ciała muszą ulec. Wizje, w któ­rych na­dal żyli, nie wpa­dli w szcze­linę, nie zamar­zli, nie zgu­bili się we mgle, nawie­dzały nas coraz rza­dziej.

W czwar­tek dwu­dzie­stego pierw­szego grud­nia byłem już tak osła­biony, że nie potra­fi­łem nawet usiąść. Mimo że stra­ciło to dla mnie wszel­kie zna­cze­nie, na­dal sta­ra­łem się zadbać o swoje naj­bar­dziej pod­sta­wowe potrzeby. Od ponad dwóch mie­sięcy nie zdej­mo­wa­łem kilku par spodni, które mia­łem na sobie. A jed­nak tam­tej nocy coś kazało mi je ścią­gnąć i obej­rzeć, w jakim sta­nie jest moje ciało. W tych ostat­nich dniach umie­ra­nia nauczy­łem się, że trzeba być god­nym tego, by żyć; że życie to nie jest coś daro­wa­nego za nic. Ażeby zasłu­żyć sobie na nie, trzeba coś z sie­bie dać, a naj­waż­niej­szymi darami są miłość i ser­decz­ność. I to wła­śnie nimi obda­ro­wy­wa­li­śmy w tych dniach naszych braci, zarówno tych żyją­cych, jak i mar­twych. Roz­my­śla­łem o tym wszyst­kim, ponie­waż przy­go­to­wy­wa­łem się wewnętrz­nie na śmierć. Zbli­ża­łem się do niej z każ­dym dniem. W końcu dzie­liły mnie od niej dokład­nie tylko trzy dni, o czym wie­dzia­łem, ponie­waż liczy­łem godziny. Moje życie miało skoń­czyć się zbyt wcze­śnie, ja jed­nak umie­ra­łem ze świa­do­mo­ścią, że warto było się tak sta­rać. Na iro­nię losu zakra­wał fakt, że naza­jutrz, dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia, nade­szła wia­do­mość o suk­ce­sie Nanda i Roberta! Wspo­mnie­nie tam­tych chwil na­dal mnie wzru­sza. Oczy zacho­dzą mi łzami na myśl o tym, że dawa­łem im jesz­cze dwa dni na powrót, zanim pozwolę sobie na śmierć, tym­cza­sem oni – wbrew zdro­wemu roz­sąd­kowi – dopięli swego, a ja zacho­wa­łem życie.

Przed świ­tem tego dnia otwo­rzy­łem oczy i podzi­wia­łem spek­takl mroź­nego wschodu słońca. U mojego boku nie było Daniela Fernándeza, który jak co dzień tuż przed brza­skiem wyszedł z samo­lotu w mrok, by dygo­cząc z zimna, pokryty szro­nem, wsłu­chi­wać się w szum radia. Radia będą­cego jedyną nicią łączącą nas ze świa­tem, w które zresztą nikt już nie wie­rzył, a mimo to nie potra­fi­li­śmy prze­stać słu­chać, co też powie. W kadłu­bie nie było rów­nież Edu­arda Strau­cha i Álvara Man­gina. Zaci­sną­łem powieki, ucie­ka­jąc przed strasz­nym wido­kiem kadłuba, w któ­rym tak wielu prze­szło na drugą stronę. Kiedy znów otwo­rzy­łem oczy, ujrza­łem Daniela Fernándeza. Gra­mo­lił się do kadłuba, a jego twarz miała tak odmienny wyraz od tego, co widzie­li­śmy przez ostat­nie mie­siące, że wyglą­dał jak ktoś zupeł­nie inny. Oczy mu błysz­czały, ubyło mu dzie­sięć albo dwa­dzie­ścia lat.

Od połowy grud­nia śnieg, na któ­rym osiadł samo­lot, stop­niał. Zacho­wała się tylko bryła lodu pod spodem, która nie sto­piła się, ponie­waż leżała w cie­niu kadłuba. W rezul­ta­cie samo­lot ster­czał jedną stroną zadarty w górę. O ile wcze­śniej musie­li­śmy bro­dzić w śniegu, to teraz zmu­szeni byli­śmy ska­kać, żeby wydo­stać się na zewnątrz, i ska­kać, żeby dostać się z powro­tem do środka. Daniel, chwy­ciw­szy się pod­łogi, wspiął się i wszedł przez otwór wyrwany w kadłu­bie.

– Nando i Roberto dotarli do cywi­li­za­cji! Udało im się! – krzy­czał w unie­sie­niu.

O kurwa! Wszy­scy popa­trzy­li­śmy po sobie, zupeł­nie nas zatkało. Gdy kolejne żywe trupy pod­no­siły się ze swo­ich lego­wisk, by, począt­kowo z nie­do­wie­rza­niem, zacząć padać sobie w ramiona i szlo­chać, kadłub zako­ły­sał się nie­bez­piecz­nie na lodo­wej pod­sta­wie, na któ­rej się wspie­rał. Ponie­waż znaj­do­wa­li­śmy się na stoku, ist­niało ryzyko, że samo­lot ześli­zgnie się i poto­czy ku dnu doliny. I dla­tego natych­miast wszy­scy jak jeden mąż zamar­li­śmy bez ruchu; każdy sta­rał się skur­czyć w sobie, żeby ważyć jesz­cze mniej, niż ważył. A po chwili w ciszy zaczę­li­śmy skra­dać się na czwo­ra­kach w kie­runku wyj­ścia. Po kolei zeska­ki­wa­li­śmy z kra­wę­dzi, a zna­la­zł­szy się już na dole, naresz­cie mogli­śmy dać upust emo­cji, któ­rej nie dano nam było doświad­czyć przez sie­dem­dzie­siąt jeden dni. Z rado­ści tarza­li­śmy się w śniegu i cało­wa­li­śmy się. W całej tej eufo­rii poda­wa­li­śmy sobie z ręki do ręki tubkę pasty do zębów, która przez ostat­nie mie­siące peł­niła dla nas funk­cję deseru, i wyczy­ści­li­śmy sobie zęby, które przy­po­mi­nały teraz poczer­niałe kla­wi­sze maszyny do pisa­nia. Ruszały się, gdy się ich dotknęło, ponie­waż dzią­sła zaata­ko­wane przez szkor­but cof­nęły się i wyda­wało się, jakby zęby miały z nich lada moment powy­pa­dać. Teraz czy­ści­li­śmy dzią­sła, nie zwa­ża­jąc na krwa­wie­nie. Smak, jaki czu­łem w ustach, dia­me­tral­nie się zmie­nił, a wraz z nim roz­po­częła się we mnie kolejna powolna trans­for­ma­cja.

Nie kon­sul­tu­jąc tego ze sobą w żaden spo­sób, wszy­scy zgod­nie zaczę­li­śmy się zacho­wy­wać, jak­by­śmy na nowo zna­leźli się w poukła­da­nym cywi­li­zo­wa­nym spo­łe­czeń­stwie, z któ­rego pocho­dzi­li­śmy. Wymie­ni­li­śmy się tor­bami, tak by każdy wra­cał z wła­snym baga­żem, swo­imi rze­czami. O godzi­nie dzie­wią­tej rano naza­jutrz sie­dzia­łem we wschod­niej czę­ści kadłuba w ocze­ki­wa­niu na nad­la­tu­jące śmi­głowce ratun­kowe. Z radia – oprócz tego, że Nando i Roberto dotarli do cywi­li­za­cji – dowie­dzie­li­śmy się też, że pla­no­wane jest wzno­wie­nie akcji poszu­ki­waw­czej.

O godzi­nie dwu­na­stej czter­dzie­ści pięć, przy­naj­mniej według mojego zegarka, któ­rego uży­wam do dzi­siaj, dole­ciał nas hałas, któ­rego ni­gdy dotąd tu nie sły­sze­li­śmy. Dobie­gał zza gigan­tycz­nej gór­skiej ściany na zacho­dzie, ale nie­mal natych­miast ucichł, zagłu­szony wyciem wia­tru. Powta­rzała się sytu­acja z pierw­szych dni naszej gehenny, gdy wszy­scy zawzię­cie dys­ku­to­wa­li­śmy, czy to, co sły­sze­li­śmy, było war­ko­tem sil­nika prze­la­tu­ją­cego samo­lotu, a może jedy­nie wyciem wia­tru albo grzmo­tem lawiny, czy prze­ciw­nie – dźwię­kiem, o któ­rym wszy­scy marzy­li­śmy: łomo­tem wir­nika w śmi­głowcu, który naresz­cie przy­le­ciał, by nas ura­to­wać. Teraz wpa­try­wa­li­śmy się w niebo, ale minuty mijały, a nic się nie zmie­niało. Czyżby znowu coś nam się prze­sły­szało? I wtedy ktoś krzyk­nął: „Tam są!”. Popa­trzy­łem w niebo nad górą i z początku niczego nie zauwa­ży­łem. Pomy­śla­łem, że pew­nie po pro­stu wszyst­kim nam już doszczęt­nie odbiło. Kiedy odwró­ci­łem się, żeby spraw­dzić, kto krzy­czał, zoba­czy­łem kolegę, który wła­śnie nie­zdar­nie gra­mo­lił się z ziemi. I wtedy dostrze­głem w doli­nie na wscho­dzie dwie czarne kropki. O tym, że owe punk­ciki się poru­szały, mogli­śmy się prze­ko­nać jedy­nie na pod­sta­wie obser­wa­cji nie­ru­cho­mych ele­men­tów kra­jo­brazu, które zna­li­śmy już na pamięć. Śmi­głowce zbli­żały się w ciszy. „Dla­czego nie wyda­wały żad­nych dźwię­ków?” – zacho­dzi­łem w głowę. Czy znowu pła­tały nam figla nasze nad­wy­rę­żone umy­sły? Dopiero gdy pod­le­ciały znacz­nie bli­żej – tak bli­sko, że wyraź­nie już roz­po­zna­wa­li­śmy cha­rak­te­ry­styczny kształt heli­kop­te­rów – i prze­su­nęły się nad naszymi gło­wami, spły­nął na nas ryk sil­ni­ków. W kok­pi­cie doj­rza­łem salu­tu­ją­cych nam ludzi, a razem z nimi Nanda. Tam­ten mecha­niczny huk wyda­wał mi się jakąś wznio­słą pie­śnią wychwa­la­jącą życie, wciąż mogę przy­wo­łać go w pamięci w każ­dym momen­cie. A ile­kroć sły­szę śmi­gło­wiec, wybu­cham pła­czem i szlo­cham tak samo jak wtedy, dwu­dzie­stego dru­giego grud­nia 1972 roku.

Nie mam poję­cia, jak to się stało, że w pew­nym momen­cie zna­la­złem się dokład­nie pod jed­nym z heli­kop­te­rów. W każ­dym razie któ­ryś z ratow­ni­ków chwy­cił mnie, jak­bym był jakąś walizą, i wrzu­cił na pokład. Z powodu wście­kłych podmu­chów wia­tru, a także z tej racji, że znaj­do­wa­li­śmy się na stoku, a nie pła­skiej powierzchni, pilot wolał nie ryzy­ko­wać lądo­wa­nia i zamiast tego utrzy­my­wał maszynę na sta­łej wyso­ko­ści. Wszystko, co działo się wtedy, pamię­tam jak przez mgłę. Tak naprawdę to nie wiem, co tam zaszło. Sądzi­łem, że śmi­głowce pod­jęły nas wszyst­kich, ale myli­łem się. Odlot był bar­dzo trudny, zawie­ru­cha ciskała maszyną na wszyst­kie strony. Pomy­śla­łem wtedy: „Kurwa mać, zamiast dwu­dzie­stego czwar­tego, zginę teraz”. A chwilę potem, zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie, oto­czyła nas abso­lutna cisza. Pilot, kapi­tan Car­los García, tłu­ma­czył, że wpa­dli­śmy w stru­mień cie­płego powie­trza uno­szący się spo­mię­dzy gór. Ponie­waż nic z tego nie rozu­mia­łem, ze stra­chu zamkną­łem oczy, jak pod­czas mojej pierw­szej nocy w Andach. Nie wiem, jak długo trwał nasz lot – może długo, może krótko – cał­ko­wi­cie stra­ci­łem poczu­cie czasu. Kiedy otwo­rzy­łem znów oczy, odkry­łem, że coś się zmie­niło w pej­zażu prze­su­wa­ją­cym się na dole. Zie­leń, na którą teraz patrzy­łem, była wszech­ogar­nia­jąca.