54,99 zł
Po raz pierwszy szesnastu ocalonych przedstawia pełną historię tego, co wydarzyło się w Andach.
Pablo Vierci
Oto poruszająca i brutalnie szczera opowieść o granicach ludzkiej wytrzymałości. Trzynastego października 1972 roku w wyniku tragicznej pomyłki w Andach rozbił się samolot, na którego pokładzie znajdowała się drużyna młodych rugbistów wraz z rodzinami i przyjaciółmi. Kadłub maszyny się przełamał, a fotele zostały wyrwane ze zniszczonej podłogi. Ci z pasażerów, którym udało się przeżyć – tytułowe śnieżne bractwo – w trakcie wielotygodniowego oczekiwania na ratunek stoczyli dramatyczną walkę o przetrwanie.
Część spośród nich umarła. Pozostali, uwięzieni na lodowcu, każdego dnia musieli się mierzyć z ekstremalnym zimnem, śmiertelnymi lawinami, brakiem jedzenia i wody oraz bólem po stracie przyjaciół. Aby przeżyć, podjęli się niewyobrażalnie trudnego zadania…
Dziennikarz Pablo Vierci przedstawia historie szesnastu ocalałych, nie stroniąc od intymnych szczegółów, którymi się podzielili podczas ekskluzywnych wywiadów. Jego książka nie tylko pokazuje, jak katastrofa na zawsze zmieniła życie tych, którzy przeżyli, ale jest też wzruszającym świadectwem siły wiary, przyjaźni i niezłomności ludzkiego ducha.
Na podstawie tej historii powstał nominowany do Oscara i Złotych Globów film Netflixa.
Przeżyliśmy siedemdziesiąt dwa dni bez mycia się, bez zmienienia odzieży. Żywiliśmy się w tym czasie ludzkim mięsem, z początku pojedynczymi plastrami, jednak z czasem nasze racje dziennie stawały się większe. Nieco później, gdy na śniegu leżały już ogryzione kości, zdarzało się, że ten czy ów podnosił jedną, chował do kieszeni kurtki, a potem wyciągał ją i ssał na oczach kolegów. Zresztą nawet nasze rozmowy brzmiały, jakbyśmy prowadzili je na dnie głębokich jaskiń – mówiliśmy bardzo cicho, powoli; głosy niewiele różniły się od szeptu. Być może w ten sposób nasze ciała próbowały oszczędzać drogocenne siły, a może osunęliśmy się w stan tak prymitywny, że przestawaliśmy być homo sapiens, a stawaliśmy się rozumnymi małpami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 534
Data ważności licencji: 5/17/2029
1.
Marzec 2006 roku: powrót na górę
Podjęta przeze mnie w marcu 2006 roku wyprawa na lodowiec w Dolinie Łez była przedsięwzięciem tyleż ryzykownym, co zuchwałym. Udawałem się na niższe stoki łańcucha górskiego San Hilario, między wulkanami Tinguiririca oraz Sosneado, gdzie pod śniegiem spoczywał kadłub pechowej maszyny wykonującej lot F571. Dotarcie tam wymagało mozolnej dwudniowej podróży konno ścieżkami wydeptanymi przez kozy i konie, nieprzekraczającymi sześćdziesięciu centymetrów szerokości. Poruszaliśmy się przez cały czas wzdłuż urwiska, pośród nieustannie zmieniającego się pejzażu górskiego. Ciągłe zmiany wysokości sprawiały, że stale towarzyszyło nam ryzyko doznania zawrotów głowy i utraty równowagi. Brnęliśmy powoli, krok za krokiem, mijając bystre górskie strumienie, których lodowata woda porywała wszystko, co znalazło się na jej drodze. Momentami zdawało się, że nasze konie i muły ulegną w starciu z bystrym nurtem. Jednak, mimo że zwierzęta chwiały się niepewnie, zawsze ostatecznie udawało im się bezpiecznie przeprawić na drugi brzeg. Wyruszając, postanowiliśmy zaopatrzyć się w kaski – i jak szybko się okazało, była to dobra decyzja, a to za sprawą drobnych kamyków toczących się w dół stoków z każdym krokiem stawianym przez nasze wierzchowce. Zdarza się, że pokonujący te szlaki jeźdźcy przewiązują sobie oczy, by nie wpaść w panikę, i zdają się całkowicie na instynkty swoich zwierząt.
Co jakiś czas przed nami rozpościerał się widok lub nieoczekiwana okoliczność, która przyprawiała nas o drżenie. Gdzieś u góry, nad naszymi głowami, niespodziewanie zrywały się śnieżne zawieruchy. W pewnym momencie jeden z mułów zboczył ze szlaku i zaczął ześlizgiwać się w dół zbocza. Wzbijane przez zwierzę kłęby pyłu całkowicie uniemożliwiły dostrzeżenie tego, co się wokół nas dzieje. W końcu muł zdołał zatrzymać się na skalnej półce. Człowiek jadący na jego grzbiecie, wychylony niebezpiecznie do przodu, kurczowo uczepił się grzywy zwierzęcia. Kiedy indziej potknął się koń, który kolanem jednej nogi wsparł się o ścieżkę i na moment zawisł nad urwiskiem, z tylnymi nogami w powietrzu. Innym razem juczny muł spłoszony wyciem wiatru nagle rzucił się do ucieczki w dół stoku. Gnał na złamanie karku pośród głazów, po drodze gubiąc torby przytroczone do siodła, a w pogoń za nim ruszył konno przewodnik. Zasady uległy zmianie, teraz zawroty głowy stały się już nieodłączną częścią wyprawy. Grupa docierała do prehistorii.
Dojście do Doliny Łez zajmuje nam jeszcze niemal dwa dni. Wspięliśmy się na wysokość blisko czterech tysięcy metrów nad poziomem morza, miejsce to leży w samym sercu Kordyliery Patagońskiej, na granicy Chile i Argentyny. Panorama, jaka nam się ukazała, była z jednej strony zachwycająca, z drugiej znów budziła grozę. Przypominała gigantyczny amfiteatr: pośrodku, na skalistym cyplu, wznosił się żelazny krzyż, wyznaczający miejsce, w którym pogrzebano szczątki ofiar katastrofy. Na południe, aż po horyzont, ciągnął się nieskończony bezmiar gór i szczytów, sięgający aż po przylądek Horn na samym krańcu kontynentu. Północ oferowała podobne widoki: tu Andy rozciągały się aż ku Panamie na długości ponad siedmiu tysięcy dwustu kilometrów, czyniącej z nich łańcuch górski dłuższy od Himalajów. Spojrzenie skierowane ku zachodowi napotykało potężną przeszkodę w postaci ściany skał i lodu – wysokie na pięć tysięcy sto metrów nad poziomem morza góry San Hilario, tak monumentalne, że patrzący na nie człowiek nie umie sobie nawet wyobrazić, jak może wyglądać skryty za nimi horyzont. Z kolei za nami, na wschód, leżała Argentyna – to z tamtej strony przyjechaliśmy konno. Tu uwagę przyciągał najwyższy szczyt, wznoszący się pośród bezmiaru śnieżnych gór: wulkan Sosneado o wysokości około pięciu tysięcy ośmiuset metrów nad poziomem morza. W tej bezludnej krainie na końcu świata królowała cisza. Od czasu do czasu ziemia pod naszymi stopami drżała od uderzeń wichru i kruszenia się lodowca.
Na tym etapie rozstaliśmy się z końmi, które musiały zejść dziewięćset metrów niżej, żeby zdążyć przed zachodem słońca i nie zamarznąć w nocy. Nas czekał jeszcze krótki marsz na dystansie około ośmiuset metrów w kierunku zachodnim, do żelaznego krzyża, postawionego w miejscu, w którym w lodowcu pogrzebany został kadłub rozbitego samolotu Fairchild. Ponieważ na tej wysokości powietrze jest bardzo rozrzedzone, płucom brakuje tlenu, a każdy krok jest bardziej męczący od poprzedniego. Ci spośród nas, którzy nie nawykli do wysokich gór, narzekali na chorobę wysokościową, objawiającą się mdłościami, dezorientacją i bólami głowy.
W naszej grupie znajdowało się czterech ocalonych z katastrofy w 1972 roku: Roberto Canessa, Gustavo Zerbino, Adolfo Strauch i Ramón „Moncho” Sabella. Wędrował z nami również Juan Pedro Nicola, którego rodzice zginęli w katastrofie. Podobnie jak wszyscy pozostali, wybrał się razem ze swoim dzieckiem, żeby pokazać mu, gdzie spoczywają szczątki dziadków i innych osób, które nigdy nie powróciły do swoich rodzin. Syn przyglądał się pogrążonemu w zadumie ojcu, którego wzrok ślizgał się po poszarpanej grani, wyznaczającej miejsce, gdzie spadł samolot.
Kiedy zaczęliśmy się zbliżać do lodowca i śnieżnych ścian San Hilario, nadszedł moment, gdy musieliśmy przywiązać się jeden do drugiego liną, a do podeszew butów zamocować raki. Lodowiec, w którego brzuchu utopiony był kadłub, poprzecinany był gęstą siecią szczelin głębokich na dwadzieścia–trzydzieści metrów, skrytych pod cienką warstwą lodu. Na przedzie posuwało się trzech profesjonalnych andynistów, którzy za pomocą kilofów i kijków sprawdzali, czy podłoże nie skrywa żadnych niespodzianek. Parę metrów za nimi szli czterej ocalali.
Widok, jaki ukazał się oczom Gustava Zerbiny trzynastego października o godzinie piętnastej trzydzieści pięć – tuż po katastrofie, gdy zniszczony kadłub zjechał ze śnieżnego stoku z dużą prędkością, jakimś cudem ominął wystające skały i zatrzymał się w końcu pośrodku lodowca – przez ostatnie trzydzieści cztery lata prawie się nie zmienił. Tym, co w pierwszej chwili przykuło jego uwagę, były strome zbocza na południu w całości pokryte śniegiem. Dzisiaj przybrały one postać skalnych iglic, które chwilę wcześniej obserwował Juan Pedro Nicola. Najwyższe wznosiły się na końcu – to właśnie o jedną z nich zahaczył lewym skrzydłem rozpędzony samolot, gdy piloci rozpaczliwie starali się uniknąć zderzenia z górami. Przy tej wysokości i biorąc pod uwagę fakt, że samolot całkowicie zboczył z kursu, okazało się jednak, że było ono nieuniknione. Oglądana z miejsca, w którym zagrzebany był kadłub, piętrząca się na zachodzie pokryta śniegiem kamienna ściana sprawiała wrażenie absolutnie niedostępnej – tworzące ją skały ustawione były całkowicie pionowo. Niedostępnej, dodajmy, dla człowieka, który nie zdobyłby się na krok przeczący zdrowemu rozsądkowi, a w każdym razie dla takiego, któremu nie przyszło żyć w nieznanym społeczeństwie.
Trzynastego października 1972 roku, o godzinie piętnastej trzydzieści siedem, Gustavo Zerbino, który jako dziewiętnastolatek należał do najmłodszych chłopców w grupie ocalałych, zmagał się z bardzo podobnymi problemami jak my teraz. Brakowało mu tchu, nie miał siły, dokuczał mu silny ból głowy i czuł się zdezorientowany. Jak się okazało, nie ucierpiał podczas wypadku i szybko zajął się pomaganiem swojemu koledze i rówieśnikowi Robertowi Canessie, którego unieruchomiły ostro zakończone żelazne druty sterczące z dwóch wyrwanych z podłogi foteli. Obaj młodzieńcy zajęli się następnie usuwaniem dalszych foteli, które zagradzały dostęp do pozostałych ocalałych, zarówno tych rannych, jak i w pełni sił. Aby wynieść zmasakrowane zwłoki, które wplątane były w powykręcane kawałki metalu i inne szczątki samolotu, musieli obwiązać im stopy pasami bezpieczeństwa na wysokości kostek i, z pomocą paru innych osób, wywlec ciała na zewnątrz. Leżały tam w śniegu, jakieś trzy metry od kadłuba, twarzami w dół.
Gustavo chciał pomagać na wszelkie możliwe sposoby. Nie było czasu na zastanawianie się, trzeba było jedynie działać razem z Robertem, który opatrywał rany, mierzył puls jednemu z konających pasażerów i rozglądał się za materiałem na prowizoryczną opaskę uciskową, która mogłaby uchronić Fernanda Vázqueza przed wykrwawieniem się na śmierć. W momencie upadku śmigło z silnika pod prawym skrzydłem oderwało się i z wielkim impetem przecięło kadłub, po drodze odcinając Vázquezowi nogę. Następnie Roberto pomógł Álvarowi Manginowi, nastawiając mu kość w złamanej nodze – tylko tyle mógł dla niego zrobić. Gustavo tymczasem zajął się kolegą, który leżał zwinięty w kłębek, dygocząc, z paskudną raną brzucha. Na widok Gustava chłopak szybko wstał, demonstrując metalową rurę, która przebiła mu wnętrzności.
– Nie boli mnie. Tylko mi zimno – wyjaśnił Enrique Platero.
Wszystko to zastaliśmy w stanie nienaruszonym, zupełnie jakby czas się zatrzymał. Na szczątkach samolotu, rozsianych wszędzie wkoło, próżno było szukać śladów rdzy. Lewe skrzydło, rozcięte pośrodku, dokładnie w miejscu, gdzie powinno znajdować się śmigło, lśniło nowością, na metalu widniały wyraźne oznaczenia: miejsce i data produkcji, różne techniczne terminy. Wtem niebo zasnuło się chmurami – czas było wracać osiemset metrów na skalny cypel z żelaznym krzyżem, gdzie zostały dwa rozstawione przez nas namioty.
Napływało coraz więcej ciemnych złowróżbnych chmur, grożących wichrem i burzą śnieżną, które potrafiły szarpać namiotami z taką mocą, jak gdyby chciały oderwać je od podłoża i porwać. Adolfo Strauch, który w 1972 roku miał dwadzieścia cztery lata i należał do najstarszych ocalonych, ostrzegł nas przed nadchodzącą lawiną. Wypatrywał zagrożenia i już po chwili wskazał swojej córce Alejandrze zachodnią ścianę, z której właśnie zaczynała zsuwać się gigantyczna masa śniegu. Towarzyszył temu donośny grzmot, a tor zejścia lawiny znaczył unoszący się w powietrzu śnieżny obłok. Ale tutaj, osiemset metrów od miejsca, w którym od 1972 roku spoczywają szczątki samolotu, byliśmy bezpieczni.
Gustavo Zerbino, stojący nieopodal żelaznego krzyża i ramieniem obejmujący Roberta Canessę, zadrżał na ten widok. W tym momencie miał wrażenie, jak gdyby cofnął się w czasie i na nowo przeżywał tamtą grozę. Poprzedniej nocy długo nie mógł zasnąć. Spędziliśmy ją w bazie El Barroso, w połowie drogi do Doliny Łez. Gustava przebywającego w namiocie dzielonym z jednym ze swoich dzieci dręczyły mdłości i koszmary. O świcie dosiadł konia i w milczeniu, pogrążony we wspomnieniach, powędrował dalej z resztą grupy. A kiedy zbliżaliśmy się do Doliny Łez, miał wrażenie, jak gdyby przeniósł się z powrotem na pokład samolotu wykonującego lot F571. Widoki, które teraz oglądaliśmy, pozbawiały go tchu, wywoływały wspomnienia tak żywe, że wydawało mu się, jak gdyby doświadczał tego wszystkiego ponownie. Jego ciało zareagowało identycznie jak w 1972 roku i mężczyzna odruchowo cofnął się o krok na widok upiornych szczątków rozbitego samolotu.
O godzinie piętnastej trzydzieści, w momencie gdy samolot, dostawszy się w dziurę powietrzną, uderzył w skalną grań, Gustavo zupełnie nieświadomie odpiął pas bezpieczeństwa, stanął w alejce między fotelami i kurczowo uczepił się metalowej półki bagażowej, tak by utrzymać się na nogach. Czuł impet, z jakim maszyna zderzyła się ze skałą, i momentalnie jego głowę, plecy i nogi zaczął chłostać wiatr ze śniegiem. W myślach odliczał niekończące się sekundy, w trakcie których kadłub zsuwał się po oblodzonym stoku, by w końcu gwałtownie znieruchomieć, miażdżąc fotele i siedzących w nich pasażerów, którzy siłą rozpędu powpadali jeden za drugim na ścianę przedziału bagażowego, oddzielającego kabinę pasażerską od kokpitu.
Roberto Canessa poczuł wstrząs, gdy samolot lewym skrzydłem zahaczył o skały, i z całej siły uczepił się oparcia fotela przed sobą. Miał gonitwę myśli, jakieś oderwane, pozbawione sensu obrazy wirowały mu przed oczami. Wszystkie one składały się w jeden nieubłagany sens: samolot, którym leciał, właśnie rozbijał się w Andach Patagońskich. Lada chwila mieli zginąć, a on dowie się, co czeka go po śmierci.
2.
Porzucony: Roberto Canessa
Czy pomysł taki nie mógł narodzić się w głowie jakiegoś szalonego naukowca? „Po co używać królików doświadczalnych, skoro możemy w lodowej krainie umieścić ludzi? Będą młodzi, a tym samym bardziej wytrzymali, tak by zbyt łatwo nie pokonały ich choroby i kontuzje. Z powietrza usuniemy tlen, przez co będą się poruszać z trudem, dręczeni przez halucynacje. W większości będą to studenci, przekonamy się, czy przetrwają, czy potrafią się zorganizować, pracować zespołowo, planować i znajdować twórcze rozwiązania problemów. Dodatkowo niechaj będą sportowcami, okaże się wtedy, czy takie nadprzeciętnie sprawne jednostki są w stanie przetrwać siedemdziesiąt dwa dni na lodowym pustkowiu. Najpierw trzech, a potem dwóch spośród nich podejmie samobójczą dziesięciodniową wędrówkę, będzie wspinać się na sięgające nieba szczyty, żeby dostać się do dolin po drugiej stronie Kordyliery i uciec z piekła. Będzie to eksperyment, który pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, czy w tych nieludzkich warunkach narodzi się śnieżne bractwo. Przekonajmy się, jak będą znosić kolejne wyzwania, ilu z nich wytrzyma do samego końca. A skoro dociągnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze zgrozy, zastosujmy kolejny trik: jeszcze okrutniejszy i bardziej upadlający, tak by zapadali się coraz głębiej w otchłań rozpaczy, która nie będzie mieć końca, i zawsze będzie czekać ich jeszcze coś gorszego”.
Najbardziej perwersyjnym aspektem tamtych doświadczeń było to, że naprawdę miałem wrażenie, jakbyśmy ja i pozostałych piętnastu ocalałych byli królikami doświadczalnymi.
Nasza sytuacja była tym trudniejsza do zniesienia, że mogliśmy postrzegać ją jako laboratoryjny eksperyment, w którym zmuszeni jesteśmy działać metodą prób i błędów. Miał on zademonstrować, jak ponosimy porażkę, jak podejmujemy błędne decyzje, jak pełni nadziei łudzimy się, że znaleźliśmy drogę ucieczki albo że słyszymy nadlatujące samoloty ratownicze. Ale to tylko złudzenia. Ten z nas, który wyruszył na południe, niemal umarł z wycieńczenia. Inny prawie oślepł. Ten, który poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wniosek, jaki wyciągasz z takich błędów, o ile rzecz jasna nadal nie porzuciłeś nadziei, jest następujący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podążać dalej, nawet jeśli poszedłeś nie tą ścieżką, co trzeba.
Upadlaliśmy się coraz bardziej, stopniowo zaciskając pętle na własnych szyjach do momentu, gdy niewyobrażalne stawało się rzeczywistością. Na początku odważyliśmy się zjadać tylko mięśnie wycięte ze zwłok, ale potem byliśmy zmuszeni sięgnąć również po organy wewnętrzne. W końcu musieliśmy posunąć się do rozłupywania kilofem czaszek, by wyjadać z nich mózgi.
Widzieliśmy, ilu z nas stopniowo umierało. Ich ciała znaczyły naszą prowizoryczną drogę ucieczki na zachód.
W śnieżnym bractwie obowiązywały zupełnie inne zasady niż w społeczeństwie żywych. Nie ceniono tego, co materialne, wręcz przeciwnie – wielkiej wartości nabrały rzeczy niematerialne, takie jak równość, bezinteresowność, braterstwo, serdeczność i podtrzymywanie nadziei. Właśnie dlatego tym, na czym najbardziej zależy mi w życiu, jest odtworzenie tamtego bractwa, które zawiązało się na zboczu góry, owego wyjątkowego doświadczenia ludzkiego, które opierało się, moim zdaniem, na pięciu najprostszych wartościach: pracy zespołowej, wytrwałości, miłości, inteligencji i przede wszystkim – nadziei. Jednak aby odtworzyć ów model, muszę wcześniej poznać odpowiedzi, jakich nam udzielił, odkryć jego tajemnice. Nie umiem sobie wyobrazić większego niedostatku i straszniejszego upodlenia niż te, jakich zaznaliśmy w Andach. A mimo to wróciliśmy z krainy zmarłych i oto jesteśmy. Czasami proszą nas o to, żebyśmy wytłumaczyli, jak to możliwe. Wokół nas nie brak przecież ludzi, którzy też zmuszeni są wędrować przez góry, jakie stawia przed nimi życie. Sądzę, że możemy użyczyć im butów, dzięki którym wydostaliśmy się przed laty z opałów.
Powróciliśmy do zwykłego społeczeństwa, jednak nasze spojrzenie na życie uległo zmianie. Wiemy teraz, że szklanka wody może oznaczać kilka godzin czekania, aż promienie słońca przedzierającego się przez chmury stopią śnieg. Wiemy, że byle kawalątek czerstwego chleba jest o niebo lepszy od tego, czym musieliśmy się żywić w górach. Że najtwardszy i najbrudniejszy materac jest miększy niż najeżony ostrymi krawędziami metal zamarzniętego kadłuba. I że skoro mam teraz do dyspozycji wszystkie te rzeczy, jestem bogaczem, ponieważ dysponuję wszystkim, co jest niezbędne do przeżycia, a cała reszta zależy tylko ode mnie. Ponieważ w każdej chwili twój samolot może runąć na ziemię, a wówczas uświadamiasz sobie i zaczynasz doceniać wszystko to, co miałeś, a co teraz utraciłeś.
Świat uznał, że zginęliśmy, i trudno mu się dziwić. My jednak staraliśmy się przetrwać z nadzieją, że jeśli nam się powiedzie, poprosimy społeczeństwo, by przyjęło nas z powrotem. Kiedy w końcu wyłoniliśmy się z mgły, ludzi dopadły wyrzuty sumienia, zmuszeni byli uznać swoją niewiedzę, ponieważ dowiedliśmy, że ich założenia były mylne. Z tego powodu przyjęli nas z powrotem i niechętnie zaakceptowali to, co mieliśmy do powiedzenia.
Społeczeństwo spisało nas na straty i tylko nasze rodziny, wiedzione jakimś irracjonalnym przymusem, kontynuowały poszukiwania. Jeśli o mnie chodzi, starałem się wysyłać telepatyczne wiadomości do mojej ówczesnej dziewczyny Lauri, w których przekonywałem ją, żeby cieszyła się życiem i nie zadręczała z mojego powodu. Błagałem ją w myślach, żeby nie wierzyła, że kiedyś wrócę, i starałem się ją przekonać, że powinna zapomnieć o swojej miłości do mnie, ponieważ uzależni to jej szczęście od mojego powrotu, który wydawał się niemożliwy.
Mój ojciec szukał mnie, ponieważ wiedział, że gdyby to samo przydarzyło się jemu, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby go odnaleźć, nie spocząłbym aż do śmierci. W poszukiwaniach pomagał mu ojciec Lauri, Luis Surraco, aby pocieszyć swoją córkę i móc powiedzieć jej to samo, do czego w myślach próbowałem ją nakłonić: „Nie płacz już więcej, Lauri. Skup się na swoim życiu. Twój chłopak istnieje już tylko na zdjęciach i we wspomnieniach”. Przed wylotem Lauri zaopatrzyła ojca w grube wełniane skarpety, skórzaną kurtkę i lekarstwa na ból żołądka. Powiedziała mu wówczas: „Roberto jest bardzo zmarznięty. Przed chłodem chronią go metalowe części rozbitego samolotu, z których zbudował dla siebie prowizoryczne schronienie”. Słowa te podyktowane były wiarą, którą dzieliła z moją matką, że przeżyłem i trzęsę się z zimna. Była to prawda. Przez siedemdziesiąt dwa dni spędzone na zboczu góry miałem na sobie gruby wełniany sweter, który moja matka zrobiła dla mnie na drutach rok wcześniej. Do teraz ma w zwyczaju sprawdzać, gdzie jestem, bo obawia się, że mogłaby mnie znowu stracić. Kto miał rację? Mój ojciec i Luis Surraco, opierający się na racjonalnych przesłankach, czy raczej moja matka i sympatia, żywiące irracjonalną nadzieję? Panował wówczas absolutny chaos, cały świat, jaki znałem, został wywrócony do góry nogami. W rezultacie to, co racjonalne, szło ramię w ramię z niemożliwym, a utopia zastępowała rzeczywistość.
Jako że nasza historia nie miała precedensu, istniało powszechne przekonanie, że niemożliwym jest, byśmy po rozbiciu się samolotu w górach pozostali przy życiu. Niemożliwe, byśmy przetrwali chłód, sforsowali ścianę śniegu, skał i lodu, a co ważniejsze – żebyśmy po wspięciu się na szczyt masywu, ujrzawszy bezmiar skąpanych w bieli gór zamiast utęsknionych zielonych dolin, nie porzucili nadziei. To prawda, wszystko to było niemożliwe. Jednak czymże innym była nasza przygoda w Andach, jeśli nie ciągiem nieprawdopodobnych wydarzeń, niewyobrażalnych i niedających się zaakceptować sytuacji?
Pomysł, by żywić się ciałami zmarłych, nie był dla mnie nowy. Jako student medycyny czytałem książkę poświęconą metabolizmowi, dzięki czemu znałem teoretyczny wymiar tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Wiedziałem, na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wiedziałem, że białko może przekształcać się w cukry, a tłuszcz w białko. Miałem też świadomość, że gdy będziemy żywić się wyłącznie mięsem, unikniemy śmierci z głodu. Białko niezbędne do przeżycia znajdowało się w ciałach naszych przyjaciół, ale nie miałem pozwolenia, by je tknąć. Naszą rozpaczliwą sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że nie mogliśmy spytać ich o zdanie, bo już nie żyli.
I wtedy zaproponowałem, byśmy zawiązali pakt – każdy z nas mógł zadeklarować, że w przypadku jego śmierci pozostali będą mogli wykorzystać jego ciało. Oddaję siebie, tak by moje ramiona pomogły innym, moje nogi ułatwiły im chodzenie, moje mięśnie umożliwiły im poruszanie się, niezbędne do przeżycia.
Kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę stać się rezerwuarem kluczowych dla przeżycia składników odżywczych dla kolegów, sytuacja zrobiła się prosta: wystarczyło odciąć kawałek i połknąć. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, byśmy wreszcie zrobili to, z czym zwlekaliśmy od dawna i na co wszyscy czekaliśmy. Miałem poczucie, że to ja muszę wypełnić ten obowiązek, wspólnie z Adolfem Strauchem i Gustavem Zerbiną. To był istny wyścig z czasem, a w tym konkretnym momencie czułem, że mogę biec na samym przedzie. Kierowała mną myśl, że dzisiaj albo jutro to ja stanę się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wówczas będę istniał już jedynie w ciałach innych – zresztą niewiele brakowało, by w następstwie lawiny tak się to skończyło.
Wykonanie tego pierwszego kroku wymagało kolosalnego wysiłku, mimo że sprowadzało się to zaledwie do pokonania kilku metrów, żeby dotrzeć na tyły samolotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zdawałem sobie sprawę, że konsekwencje będą nieodwracalne i potem już nigdy nie będziemy takimi samymi ludźmi. Krok, na który się decydowaliśmy, miał wymiar trudny do objęcia rozumem. Najpierw należało ściągnąć ubrania z ciała człowieka, którego się znało. Potem trzeba było dokonać niewyobrażalnego – odciąć kawałek jego zamarzniętego ciała. Przypominało to skok w otchłań. To, czego doświadczaliśmy teraz, było jeszcze straszniejszą tragedią od katastrofy, ponieważ o tym, że samolot spadł, zadecydowały czynniki niezależne od nas, natomiast odcinanie mięsa z ciał zabitych było już naszym wyborem.
Czułem się w tamtej chwili jak najpodlejsza i najbardziej pożałowania godna istota na całym świecie. Przyłapywałem się na myśli, jakąż to okropną zbrodnię musiałem popełnić, skoro teraz za karę jestem skazany na tak krańcowe upodlenie. Ci, którzy przyglądali nam się z wnętrza kadłuba, też odczuwali dojmujący smutek. W tamtym strasznym momencie, gdy wkładaliśmy do ust mięso naszych przyjaciół, wszyscy cierpieliśmy. I z tego powodu wszyscy po trochu umarliśmy tamtego dnia.
Rozmyślałem o mojej matce, która nieco wcześniej dowiedziała się o innym wypadku, w którym życie straciło trzech moich kolegów ze szkoły. Utopili się podczas pływania kajakiem po rzece La Plata, niedaleko plaży Carrasco. Matka powiedziała mi wtedy z przekonaniem, że nie przeżyłaby straty syna. Jej zdaniem nigdy nie zdołałaby udźwignąć tragedii, jaka spadła na te trzy matki, które odtąd nocami i dniami miały w snach błąkać się po plażach i palić lampy w oczekiwaniu na powrót synów. Dlatego nie mogłem jej zawieść. Każdy z moich przyjaciół miał powód równie istotny albo nawet ważniejszy niż mój, który dawał mu siłę niezbędną do przełknięcia tego pierwszego kęsa. W jednej chwili przestaliśmy być młodymi, beztroskimi chłopakami i obróciliśmy się w chwiejących się nad grobem starców. Postarzali, sędziwi chłopcy tak naznaczeni piętnem spożywania ludzkiego mięsa, mieliśmy poczucie, że upadamy coraz głębiej i głębiej, tylko po to, by odkryć, że pustka nie ma dna, ponieważ koniec pojawia się dopiero wtedy, gdy umierasz.
Poznaliśmy dobrze tę górę. Nauczyła nas, że kiedy wznoszący się na wschodzie wulkan o nazwie Sosneado skrywa się za chmurami, oznacza to, iż nocą przyjdzie burza i że spędzimy ją, drżąc z zimna i ze strachu, podczas gdy rozeźlona czymś góra będzie ryczeć nad naszymi głowami. Dowiedzieliśmy się też, że lawiny, jakie widywaliśmy w oddali, nie mogą nas dosięgnąć. Byliśmy jednak w błędzie, ponieważ jedna z nich w końcu na nas runęła i musieliśmy wszystko zaczynać od nowa.
W pierwszych godzinach po lawinie nadal, krok za krokiem, schodziliśmy w otchłań, ponieważ zmuszeni byliśmy zjadać ciała tych, którzy leżeli tuż obok nas. Zdawałem sobie sprawę, że jeśli sam nie wykonam tego kroku, jeśli nie pokażę pozostałym, że to nasza jedyna szansa, nie wydostaniemy się stąd. Czułem, że to ja muszę dać przykład pozostałym, mimo że w normalnym życiu nigdy bym nie pomyślał, iż będę zdolny do takich rzeczy. Wiedziałem zarazem, że to, co zrobimy, spotęguje tylko ból rodzin ofiar. Być może moje studia medyczne pozwoliły mi spojrzeć na to okiem chirurga, który wie, że aby móc rozkroić brzuch i wyjąć z niego narząd, uprzednio należy oddzielić sferę fizyczną od duchowej.
Człowiek pogrzebany żywcem uczy się, czym jest oczekiwanie. Z minuty na minutę nasza egzystencja stawała się niewysłowienie bardziej żałosna. Miałem wręcz poczucie, jakbyśmy cofnęli się do stadium nasienia: byliśmy znowu jedynie życiem potencjalnym, co do którego nie ma pewności, że zakiełkuje. Kolejny raz zasady gry uległy zmianie i znowu stało się to bez naszej wiedzy. Kadłub samolotu, który mieliśmy za nasze schronienie, czy wręcz prowizoryczny dom, okazał się pułapką, która w każdej chwili mogła sprowadzić na nas śmierć.
Był taki moment, gdy pomyślałem, że chyba zmieniamy się w dzikie zwierzęta, że nasza pierwotna natura bierze nad nami górę i wkrótce wchłonie to, co ludzkie. Myliłem się. Okoliczności zmusiły nas co prawda, byśmy postępowali jak zwierzęta, na przykład zjadali zwłoki przedstawicieli własnego gatunku, ale godziliśmy się na to, kierowani szlachetnym wspólnym postanowieniem, które nawet po tylu latach nie przestało mnie wzruszać: mogę jutro stać się twoim jedzeniem. Na zboczu tamtej góry widziałem zachowania tak naznaczone dobrocią i bezinteresownością, jakich nie spotkałem na swojej drodze ani nigdy wcześniej, ani nigdy później. I to właśnie one, zwłaszcza gdy wychodziły od ciężko rannych, mających świadomość, że ich czas dobiega końca, zobowiązywały, byś również i ty oddał siebie całego, do ostatniej kropli krwi.
Kiedy po wyprawie w poszukiwaniu oderwanego ogona samolotu powróciłem do kadłuba, z całą wyrazistością ujrzałem opłakany stan moich przyjaciół: oszpeceni, z długimi włosami i brodami, przeraźliwie brudni, o twarzach wychudzonych i wynędzniałych. Wszyscy mieli strasznie podkrążone oczy, ich kości łuku brwiowego wyraźnie się odznaczały, a policzki były zapadnięte. Ten widok sprawił, że wróciło do mnie wspomnienie ilustracji z książki Charlesa Dickensa Opowieść o dwóch miastach, na których dzieci miały surowe, wyniszczone twarze dorosłych ludzi. Staliśmy się żywymi trupami, szkieletami obleczonymi w skórę, balansującymi na granicy życia i śmierci, z wysuszonymi, popękanymi wargami, stale otoczeni smrodem cmentarzyska.
Znałem obie grupy, ponieważ od początku byłem częścią społeczności pasażerów. Starałem się pomagać, w czym tylko mogłem – razem z Gustavem Zerbiną i Diegiem Stormem opiekowałem się rannymi. Nieco później, gdy zajmowałem się Gustavem po tym, jak półżywy wrócił z wyprawy na południe, przekonałem się, jak wygląda życie w tym drugim świecie, poza kadłubem. Po drodze stracił wzrok, mówił, że czuje, jakby w oczach miał piasek. Kiedy go karmiłem, musiałem wcześniej przeżuwać mięso i wkładać mu maleńkie kawałki do ust, ponieważ ruszały mu się wszystkie zęby. Masowałem i nacierałem mu stopy, które odmroził w czasie marszu i stracił w nich czucie.
Jeden z moich kolegów, Arturo Nogueira, który miał połamane obie nogi, powiedział mi: „Jesteś wielkim szczęściarzem, Roberto, że możesz chodzić i w ten sposób pomagać innym”. I wtedy dotarło do mnie, że na tym właśnie polega moja rola w grupie. A kiedy człowiek pogodzi się z taką myślą, zaczyna się zmieniać w snach i marzeniach pozostałych. Chodzi się wówczas nie tylko dla samego siebie, ale robi się to także dla innych, tych, którzy ci zaufali. I wszystko odbywa się bez słów, ponieważ są to tego rodzaju informacje i rzeczywistość, której inni nie mogą poznać ani pojąć.
I w takiej atmosferze podejmowaliśmy przygotowania do ostatniej ekspedycji: wyczynu, który na papierze nie mógł się powieść. Naszła mnie wtedy myśl: będę robił, co w mojej mocy, i poproszę Boga o to, by nam pomógł, jeśli tylko jest w stanie to zrobić. Gdy na drodze stanie nam lodowa ściana, niechaj przynajmniej będzie miała szczeliny, tak bym miał gdzie wczepić się w nie palcami dłoni i stóp. A jeżeli natkniemy się na inną przeszkodę, niechaj da się ją ominąć.
Zaraz potem nadeszła chwila prawdy: znaleźliśmy się w sytuacji, gdy nie było więcej ochotników gotowych przeprawić się przez góry. Nando zobowiązał się, że weźmie udział w wyprawie. Chciał za wszelką cenę wrócić do ojca, który opłakiwał śmierć swojej matki i siostry, i powiedzieć mu, że nie wszystko stracone. Tintín brał już udział we wcześniejszych ekspedycjach, w których świetnie sobie radził – wyruszał z bazy i do niej wracał. Z natury wiele od siebie wymagał, a w przypadku tej ostatniej ekspedycji (na trasie długości siedemdziesięciu kilometrów) był przekonany, że sprosta wyzwaniu. Był gotów dać z siebie wszystko, mimo że wskutek ran odniesionych w katastrofie stracił dwa litry krwi, co doprowadziło do powstania dużego skrzepu w żyle, czego skutki wciąż mu dokuczały.
Życie śnieżnego bractwa pełne było wspaniałych i wzniosłych momentów, jednak nawet one przez cały czas podszyte były grozą. Najlepszą, a zarazem jedną z najstraszniejszych nocy była ta, która nadeszła pierwszego dnia ostatniej ekspedycji. Mijał sześćdziesiąty pierwszy dzień naszej gehenny. Wspinaliśmy się, to znaczy Nando, Tintín i ja, na zbocze monumentalnej góry. Brnęliśmy przez cały dzień po ścianie nachylonej pod tak dużym kątem, że kręciło nam się od tego w głowach. Wspinaczki jednak nie przerwaliśmy, nawet gdy szybko zaczęło się zmierzchać i zerwał się lodowaty wiatr. Nasze przemoczone spodnie zaczynały zamarzać. Jak okiem sięgnąć nie było żadnego miejsca, w którym moglibyśmy bezpiecznie przycupnąć, odpocząć, przespać się. Zapadała noc, a w ciemności nie widzieliśmy, gdzie stawiamy kroki. Byliśmy ślepi, podczas gdy wkoło nas roztaczał się labirynt klifów i lodowych szczelin. Wpadaliśmy już w rozpacz, a ja szlochałem z bezsilności – wiedziałem, że nie zdołam dotrzymać danego słowa, że przeżyję i uratuję naszych przyjaciół. I właśnie wtedy natrafiliśmy na załom schowany w skale. Za nim, ku naszemu zdumieniu, ujrzeliśmy kawałek płaskiej skały pokrytej śniegiem i lodem, o powierzchni dwóch metrów kwadratowych. Ułożyliśmy na niej poduszki wyrwane z samolotowych foteli, które miały chronić nas od spodu przed chłodem, a na nie rzuciliśmy nasz prowizoryczny śpiwór. Nie dowierzaliśmy swojemu szczęściu. Równie zdumiewające było to, że kiedy tylko odnaleźliśmy to miejsce, niemal natychmiast wiatr przestał wiać. Na niebie ukazał się księżyc, a w jego blasku ujrzeliśmy niesamowicie białą dolinę, na której dnie został samolot. Gwiazdy wydawały się tak bliskie. Pomyślałem wtedy: nie wierzę, że zachwycam się pięknem tego widoku, a tuż nad naszymi głowami wiszą trzy gwiazdy z Pasa Oriona i księżyc. Ale to działo się naprawdę: tamtej nocy poczułem, jak wielkim przywilejem jest być w tym miejscu. I że ja i moi dwaj przyjaciele jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy oglądają wszechświat z takiej perspektywy. Miałem przedziwne poczucie, że księżyc jest lustrem, które lada moment pokaże mi mój dom, i że na pewno zdołam zobaczyć go na własne oczy, gdy wrócę do Montevideo. A wszystkie te myśli kłębiły się w mojej głowie, mimo że parę chwil wcześniej byłem przekonany, iż jestem już trupem. Tamta noc czegoś mnie nauczyła – a lekcja ta pozostała ze mną na zawsze – nawet gdy wydaje nam się, że jesteśmy zagubieni w bezkresie, jest to tylko towarzyszące nam uczucie.
Mężczyznę kształtują okoliczności, z jakimi się mierzy, a cała nasza trójka, to znaczy Nando, Tintín i ja, tworzyliśmy zgrany zespół. O ile oni liczyli się z moim zdaniem, o tyle ja, przed podjęciem takiej czy innej decyzji, zdawałem się na niezłomną wolę Nanda, by niestrudzenie brnąć dalej, i niezachwianą pewność Tintína. Te trzy czynniki współdziałały ze sobą w harmonii, tworząc idealną symbiozę. Później, gdy Tintín wrócił do samolotu, między mną i Nandem zawiązało się szczególne partnerstwo, w którym wzajemnie się uzupełnialiśmy. Na końcu do tej wspólnoty dołączył jeszcze nasz wybawca, poganiacz mułów Sergio Catalán. Latem wypasa swoje stada na „letnim pastwisku”, jak nazywają je pasterze, gdzie spod lodu gdzieniegdzie wyrasta zielona trawa i gdzie cielą się zwierzęta. Pasterz znakomicie zna swoją trzodę, dogląda matek i ich młodych i musi przez cały czas mieć je na oku, ponieważ na muły polują pumy. Jak mógłby porzucić mulicę albo cielę, które zna od urodzenia? Z tymi zwierzętami łączy go osobliwa więź, której nie sposób zrozumieć, jeśli nie zobaczy się na własne oczy, co dzieje się między nimi i człowiekiem. Osobiście uważam, że kiedy nas ujrzał, zadziałał podobny mechanizm. Jak mógłby odmówić pomocy dwóm obdartym chłopakom, którzy chwiejnym krokiem zbliżali się do niego po sforsowaniu łańcucha górskiego, skoro sam był człowiekiem gór, tym, który musi sobie radzić w każdej sytuacji? To właśnie dzięki temu wykazał się tak wielką szlachetnością serca i współczuciem, które kazały mu odbyć długą wędrówkę, żeby nas uratować. Zawsze uważałem, że to, czego doświadczyliśmy, nie było dziełem przypadku. Gdyby ta sama sytuacja rozegrała się niedaleko od cywilizacji, a nie w dzikich Andach, w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, i gdybyśmy próbowali zatrzymać jakąś napotkaną osobę i poprosić ją o pomoc, być może nie mielibyśmy tyle szczęścia. Na naszej drodze stanął skromny człowiek o dobrym sercu, Sergio Catalán, który potrafił porzucić swoją pracę, wydać swoje muły na pastwę dzikich kotów i udać się w ośmiogodzinną podróż konno, a potem jeszcze jechać drugie tyle samochodem Ministerstwa Robót Publicznych do oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów miejscowości Puente Negro, gdzie znajdował się posterunek karabinierów – a wszystko to jedynie z potrzeby niesienia pomocy nieznajomym.
Czasami wracam do nagrań filmowych, na których uwieczniono moment, gdy Nando i ja przybyliśmy do miejscowości Los Maitenes i zostaliśmy podjęci przez karabinierów. Zawsze w takich chwilach zwracam uwagę na swoje oczy. Z początku przypatruję się przytomnie dziennikarzowi, ale już po chwili moje spojrzenie przesuwa się gdzie indziej i traci ostrość. Udzielam odpowiedzi na pytania i nagle spoglądam w bok, jak gdybym przestał słuchać, co mówi dziennikarz. Kiedy Nando stwierdza: „Tak, czujemy się dobrze”, warto obserwować jego twarz, która zdradza coś zgoła innego. A kiedy pada pytanie, ile osób liczy jego rodzina, operator ponownie kieruje kamerę na mnie, a moje spojrzenie znowu ginie w jakimś nieokreślonym punkcie w przestrzeni.
Do Los Maitenes zawitaliśmy na podobieństwo duchów. Pomimo zdumienia, jakie musieliśmy budzić wśród ludzi, którzy przecież wcale na nas nie czekali, przyjęto nas z otwartymi ramionami, ponieważ widziano w nas tych, którzy wrócili z zaświatów. To, a także ciekawość, były głównym powodem tak serdecznego przyjęcia.
Gehenna, jakiej doświadczyliśmy w górach, nauczyła nas, że wszystko musimy zrobić sami. I w tym duchu wyobrażaliśmy sobie, że po zejściu z góry pójdziemy do Santiago i tam odnajdziemy stację kolejową. Mieliśmy odłożone pieniądze na bilet kolejowy na pociąg, który przetnie góry i zatrzyma się w Buenos Aires. Potem planowaliśmy przebyć rzekę La Plata na pokładzie jakiegoś statku i dalej wędrować na piechotę, aż dotrzemy do naszych domów. Zadzwonimy do drzwi, otworzymy je i zawołamy do naszych najbliższych, że żyjemy. Ale w naszych rachubach ani przez moment nie braliśmy pod uwagę, że natkniemy się na pasterza mułów ani że światu będzie tak bardzo zależało na naprawieniu popełnionego błędu.
Byliśmy niczym metafora dla członków tego społeczeństwa: skoro ci niedoświadczeni, naiwni chłopcy przeżyli katastrofę samolotu i pokonali Andy, życie nie może być aż takie trudne. I być może ta myśl pomaga wszystkim tym ludziom, którym brakuje odwagi i wiary we własne siły, a którzy mimo to przychodzą do Doliny Łez w poszukiwaniu czegoś, choć sami nie wiedzą czego. Na wysokości czterech tysięcy metrów wieją potężne wiatry, powietrze jest zbyt rozrzedzone i trudno się oddycha, a ciało nigdy nie może się wystarczająco rozgrzać. Chcą zrozumieć, jak zdołaliśmy przeżyć. A odpowiedź, która tu na nich czeka, zaskakuje swoją prostotą: nigdy nie straciliśmy woli ucieczki i całym sercem wierzyliśmy, że człowiek zdolny jest do nadzwyczajnych czynów. Zamiast kurczowo trzymać się wspomnień, staraliśmy się posuwać naprzód.
Obecnie moje życie nie upływa już na tej górze, ale z drugiej strony nie całkiem się uwolniłem od jej cienia. Któregoś razu w programie telewizyjnym spytano mojego syna, czy podziwia ojca za to, co się wydarzyło w Andach. Odpowiedział: „Nie wiem, ponieważ wtedy nie było mnie jeszcze na świecie. Podziwiam go za to, że codziennie chodzi do pracy, żebyśmy mieli wszystko, co niezbędne do życia”.
Mamy szansę żyć dla tych, którzy nie mieli tyle szczęścia – tych wszystkich pochowanych pod tym żelaznym krzyżem. Ażeby uszanować ich pamięć, muszę dobrze żyć, tak by w momencie śmierci, popełniwszy wiele błędów, móc powiedzieć: „Wiem, że nie zrobiłem wystarczająco wiele, ale starałem się, jak mogłem”.
Kim byliśmy? Grupą pechowych chłopaków. A teraz? Grupą dorosłych mężczyzn starających się zrozumieć, dlaczego spotkała ich ta wielka tragedia. Nigdy nie przypuszczałem, że opowiadając tę historię, uzyskam tak cenny dar. Kiedy na Harvardzie prowadzę wykłady z medycyny, reakcje studentów są stonowane: przyjmują do wiadomości przekazywaną przeze mnie wiedzę i to w zupełności wystarczy. Ale kiedy opowiadam o Andach, są poruszeni, płaczą, zadają pytania, przytulają mnie. To historia, która przemawia głęboko do serca słuchacza. Poznawszy ją, człowiek odchodzi wzbogacony. Jestem zaledwie narratorem tej opowieści, ale byłem także świadkiem tego, co się wtedy działo. Stanowię niepodważalny dowód, że tamte wydarzenia naprawdę miały miejsce.
W górach istniał pewien sposób na przetrwanie, który musieliśmy wypracować i wdrożyć. Doskonale pamiętam skrzypienie śniegu pod naszymi stopami. To, jak zapadaliśmy się w nim po kolana w trakcie ostatecznie porzucanych ekspedycji. Pamiętam też, jak podczas ostatniej wyprawy byłem do tego stopnia wycieńczony, że moje mięśnie przestawały słuchać poleceń wydawanych przez mózg. Do dzisiaj jest ze mną chłód tamtych wieczorów, lodowaty wicher zrywający się po zachodzie słońca, ryk schodzących lawin, bezsilność.
W Andach umówiliśmy się, że wyrzekamy się pychy i próżności wpajanych nam przez współczesne społeczeństwo, które nas ukształtowało. Stanowiliśmy niewinną społeczność przyjaciół, którzy nie wstydzili się przytulać nawzajem, przepraszać, gdy przypadkiem podnieśli głos albo w inny sposób sprawili przykrość jeden drugiemu, ponieważ o ile stres, w którym żyliśmy, był nie do wytrzymania, o tyle najtrudniej znieść było niepokój. Równocześnie zachowaliśmy etos ludzi gór, pielęgnowany przez karabinierów: zawsze nieś pomoc, nawet z narażeniem swojego życia.
Wracając na tę górę, poczułem się, jakbym znowu miał dziewiętnaście lat. Z tej wielkiej wysokości znowu dostrzegam to wszystko, co dało mi siłę, by żyć. I boleję, że nie możemy powrócić tu wszyscy; że innym nie dane było wypełnić do końca ich przeznaczeń i że ich przygoda skończyła się tak wcześnie. Wydaje mi się, że właśnie z myślą o nich powinniśmy spróbować dokonać w naszym życiu tego wszystkiego, czego im samym nie było dane. Stoczyli trudną walkę o przetrwanie. Wielkim nakładem sił starali się wyrwać z tego miejsca. My ze swojej strony robiliśmy, co w naszej mocy, by zachować czujność i ich uratować. Ostatecznie jednak nie starczyło nam siły, by ich stąd wydostać. I za to, przyjaciele, proszę was o wybaczenie. Ufam, że dany jest wam pokój i że pogodziliście się już z faktem, że żyjemy dla was.
Roberto Canessa urodził się w 1953 roku. Ukończył, śladem swojego ojca, studia medyczne podjęte w 1971 roku, specjalizując się w kardiologii dziecięcej. Dwukrotnie został uhonorowany Państwową Nagrodą Medyczną. Ożenił się ze swoją sympatią, z którą związany był już w momencie katastrofy – Lauri. Doczekał się z nią trojga dzieci: najstarsze z nich, syn Hilario, imię zawdzięcza wysokiej na pięć tysięcy metrów górze, na którą wspinali się jego ojciec i Nando. Drugie dziecko, Roberto, podobnie jak on studiuje medycynę. Córka Laura Inés dotrzymuje tacie towarzystwa w jego powrotach na górę, wykazując się taką samą jak on siłą i zuchwałością.
Dom, który zbudował Roberto Canessa, rozgałęzia się na wszystkie strony i przypomina labirynt. Frontowe drzwi nigdy nie są zamknięte na klucz, ponieważ w jego wnętrzu nieustannie przewijają się ludzie. W swoim życiu Roberto udostępniał to niezwykłe domostwo wielu osobom w potrzebie. Wszystkie je łączy z nim coś wspólnego: mówią o miłości, serdeczności, drżą, dzieląc się wzruszającymi historiami, a słuchając muzyki, która porusza ich serca, nie potrafią powstrzymać łez.
3.
Pierwsza ofiara: upadek na Kordylierę
Gustavo Zerbino miał przeczucie, które przygasiło radosny nastrój, towarzyszący mu przez całą dotychczasową podróż. Od godziny siódmej rano poprzedniego dnia, dwunastego października, kiedy grupa zatrzymała się w Mendozie, mieście położonym u podnóża argentyńskiej części Kordyliery, intuicja podpowiadała mu, że stanie się coś złego. Tuż przed wejściem na pokład samolotu na lotnisku Plumerillo, na przedmieściach Mendozy, zwierzył się Esther, żonie doktora Francisco Nicoli, lekarza drużyny rugby, że nie chce lecieć, ponieważ ma osobliwe przeczucie, że samolot się rozbije. Gustavo oczekiwał, że kobieta go pocieszy i uspokoi. Tymczasem jej odpowiedź go zdumiała: kiedy zbliżali się do schodów prowadzących do samolotu, przyznała, że ją też dręczą takie myśli.
Trzynastego października, o godzinie piętnastej dwadzieścia, dokładnie dziesięć minut przed wypadkiem, z Gustavem nagle zaczęło się dziać coś dziwnego: odczuwał przemożny niepokój, pocił się obficie i nie mógł spokojnie usiedzieć na miejscu, podczas gdy jego koledzy żartowali i się wygłupiali. Wrócił na tyły samolotu, do ostatnich rzędów foteli, gdzie siedzieli jego trzej koledzy z drużyny: Guido Magri, Gastón Costemalle i Daniel Shaw. Chłopcy umilali sobie podróż grą w karty z dwoma członkami personelu pokładowego: stewardem Ovidiem Joaquínem Ramírezem i nawigatorem Ramónem Martínezem. Fakt, że nawigator nie przebywał z kokpicie z pilotami w czasie, gdy samolot przelatywał nad Kordylierą, wydał się Gustavowi zaskakujący. Udał się na drugi koniec samolotu i bez pukania wszedł do kabiny pilotów. Jego niepokój wzrósł, gdy zorientował się, że obaj piloci, Julio Ferradás i Dante Lagurara, wcale nie skupiają się na tablicy przyrządów, zamiast tego prowadząc beztroską pogawędkę i racząc się herbatą.
– Nikt nie kieruje? – spytał, nie kryjąc zaskoczenia.
Obaj mężczyźni zgodnie odparli, że samolot wyposażony jest w najnowszą technologię automatycznego pilota, która sprawia, że „maszyna praktycznie leci sama”.
– Myślałem, że nawet przy wykorzystaniu automatycznego pilota człowiek musi trzymać rękę na pulsie – stwierdził Gustavo, po czym wycofał się z kabiny pilotów.
Chwilę później zobaczył nawigatora idącego w kierunku kokpitu. Mężczyzna wrócił bardzo szybko i niosąc mapy lotu, skierował się ku ogonowi maszyny. Niedługo potem samolot wleciał w pierwsze dziury powietrzne, co dało początek turbulencjom. A kiedy wynurzyli się z chmur, oczom Gustava ukazały się szczyty górskie, które nagle wydały się niebezpiecznie bliskie. Po chwili inny członek załogi nakazał pasażerom, by zajęli miejsca, zapięli pasy i zachowali spokój. W kabinie pasażerskiej, jeszcze przed chwilą pełnej wesołych donośnych głosów, zapadła nerwowa cisza.
Samolot Fairchild 571 (F571), dwusilnikowy turboodrzutowiec wyczarterowany od Urugwajskich Sił Powietrznych, wleciał w olbrzymią dziurę powietrzną i zdawał się spadać niczym kamień. Gustavo przestraszył się, że rozbiją sobie głowy o strop kabiny. Ciszę przeciął przenikliwy sygnał alarmu o traceniu wysokości; oznaczało to, że maszyna może lada chwila runąć na ziemię. Całym stalowym cielskiem samolotu targały gwałtowne szarpnięcia i dygot, jak gdyby miało rozlecieć się na kawałki. Wreszcie, parę sekund później, Gustavo usłyszał wybuch tak głośny, że niemal całkowicie go ogłuszył (samolot zaczepił lewym skrzydłem o skały albo uderzył brzuchem w skaliste podłoże). W tym samym momencie chłopak rozpiął pas bezpieczeństwa, zerwał się na równe nogi i z całej siły – dla zachowania równowagi – uczepił się metalowej konstrukcji górnej półki bagażowej. Właśnie wtedy dał się słyszeć przyprawiający o gęsią skórkę pisk łamanego i giętego metalu i samolot rozłamał się na dwie części. Tuż za plecami Gustava ział teraz olbrzymi otwór, przez który w pustkę pomknął jego fotel oraz fotel sąsiedni, z przypiętym do niego kolegą Carlosem Valetą. Gustavo powierzył się boskiej opiece i powtarzał: „Słodki Jezu, nie opuszczaj mnie. Proszę Cię, Jezu, nie opuszczaj mnie”, podczas gdy kadłub samolotu, utraciwszy rozpęd, zaczął gwałtownie spadać. W końcu zderzył się z ziemią i zaczął zygzakiem zsuwać się w dół zbocza. Pomimo krętego ruchu kadłub przez cały czas pozostał w pozycji, w której wylądował – nie obrócił się na bok ani nie wyskakiwał w powietrze na nierównym podłożu. Siła tarcia w zatrważającym tempie niszczyła podłogę, która kruszyła się i wyginała. Pod jej wpływem wyrwane zostały wszystkie fotele.
Jazda w dół trwała długie sekundy, aż wreszcie kadłub wbił się w stertę śniegu i gwałtownie się zatrzymał. Absolutna cisza, która zapanowała wkoło, w pierwszej chwili zrodziła w Gustavie podejrzenie, że umarł i że tak wyglądają zaświaty: nadal istniejesz, lecz w całkowitej ciszy i bezruchu.
W trakcie lotu większość chłopców kręciła się po kabinie pasażerskiej. Kiedy maszyna wpadła w pierwszą dziurę powietrzną i jeden z członków załogi wyszedł z kabiny pilotów, żeby poprosić ich o powrót na miejsce i poinformować, że czekają ich duże turbulencje, nikt nie zwrócił na niego uwagi. Dopiero przy drugiej dziurze powietrznej większość chłopaków zastosowała się do polecenia. W tym momencie José Luis „Coche” Inciarte wyraźnie usłyszał głos jednego z pilotów, który zwracał się do swojego kolegi słowami: „Więcej mocy, potrzebuję więcej mocy!”. Samolot zaczął wznosić się tak gwałtownie, że Coche poczuł, jak jego plecy wciskają się w oparcie fotela. Zaraz potem maszyna zaczęła się trząść, a po chwili dał się słyszeć huk eksplozji, po której rozległ się straszliwy syk. Coche momentalnie wyczuł gwałtowną zmianę atmosfery: cały lot upływał pasażerom w przyjemnej temperaturze, za to teraz w przeciągu kilku sekund owionęło ich lodowate powietrze. Chłopak drżał w podmuchach chłodu, ale nie potrafił stwierdzić, skąd właściwie dolatywały. Czuł na sobie uderzenia różnych przelatujących przedmiotów. Ponieważ nie słyszał mechanicznego ryku, pomyślał, że samolot nadal leci przy wyłączonych silnikach, jednak chwilę później poczuł kolejny potężny wstrząs. Rozbita maszyna zaczęła się ześlizgiwać w dół zbocza. Teraz oprócz lodowatego powietrza poczuł coś jeszcze – śnieg… tak, śnieg. Pochylił głowę, zamknął oczy i przygotował się na najgorsze.
Tymczasem przełamany na pół samolot kontynuował swoją chaotyczną podróż. Zsuwając się, gromadził przed sobą olbrzymią ilość śniegu. Po pewnym czasie było go już tak dużo, że wrak zarył w nim dziobem i znieruchomiał. Nagłe zatrzymanie się sprawiło, że wszystko, co znajdowało się w środku, z ogromną siłą poleciało do przodu.
Pierwszym, co zrobił Roberto Canessa po zatrzymaniu się samolotu, było sprawdzenie, czy nadal ma ręce i nogi. Ze zdumieniem stwierdził, że wszystkie członki są na swoim miejscu. Co jeszcze bardziej zaskakujące, uniknął nawet złamań – ramiona i nogi reagowały na polecenia wydawane przez mózg. Ze wszystkich stron docierały pojękiwania i płacz, które szybko przerodziły się we wrzaski rozpaczy. Roberto spróbował się podnieść, ale nie był w stanie.
W pewnym momencie ktoś popchnął jego barki, by uwolnić go spod foteli, które przygniotły go tak, że metalowe elementy zamknęły go w potrzasku. Spieszącym z pomocą był przyjaciel Roberta, Gustavo Zerbino, który wpatrywał się teraz w niego z niedowierzaniem, jak gdyby chciał spytać: „I co teraz?”, „Od czego zacząć?”. Chwilę później obaj młodzi mężczyźni, bez słowa, zabrali się do pracy. Pierwszą osobą, jaką odnalazł Canessa, był Álvaro Mangino, którego przygniótł fotel, tak że jego noga zakleszczyła się między metalowymi elementami. Gustavo uniósł siedzenie, a w tym czasie Roberto starał się wyciągnąć spod niego Álvara. Jego nogę przygniatała metalowa płyta, na której podczas lotu opierał stopy. Kiedy Roberto zdołał ją usunąć, zorientował się, że noga zwisa bezwładnie. Jak się okazało, była złamana w wielu miejscach.
Jako że Roberto studiował na drugim roku medycyny, a Gustavo na pierwszym, naturalną koleją rzeczy obaj przeobrazili się w lekarzy starających się nieść pomoc poszkodowanym w katastrofie. Ich wiedza była ograniczona, wyzwania, jakie się przed nimi piętrzyły, onieśmielające, a do dyspozycji nie mieli niczego z wyjątkiem własnych dłoni i rozumu. W walizkach, które uchowały się w przedziale bagażowym, znaleźli płaszcze i koszule, które po podarciu posłużyły za prowizoryczne bandaże umożliwiające zatamowanie krwawienia. W przeciągu paru minut temperatura powietrza wewnątrz zrujnowanego samolotu spadła z dwudziestu czterech stopni Celsjusza do dwudziestu ośmiu stopni Celsjusza poniżej zera.
Kolejną osobą, której próbowali pomóc, był Adolfo Strauch. Mężczyzna był w szoku – starał się wcisnąć w najciemniejszy kąt kabiny, by zwinięty w kłębek niczym przerażone zwierzę udawać, że niczego nie widzi ani nie słyszy.
Wcześniej do uszu Adolfa dotarł dowcip, który zresztą niezbyt przypadł mu do gustu. Dwie dziewczyny, które wraz z Cochem poznali w Mendozie, odprowadziły ich na lotnisko Plumerillo i na pożegnanie zawołały za nimi, gdy odchodzili w kierunku Fairchilda, że powinni zostać w Mendozie, bo ich samolot się rozbije. W końcu był piątek trzynastego, pechowy dzień. Przez pierwszą godzinę lecieli nad pogórzem, a po dotarciu do Malargüe samolot wykonał skręt, by pokonać łańcuch górski, przelatując przez przełęcz Planchón. To wtedy po raz pierwszy Adolfo ujrzał bezmiar śnieżnych szczytów. Widok ten wprawił go w zdumienie, ale nie trwało to długo, ponieważ zaraz wlecieli w chmury i widoczność spadła do zera. Chwilę później samolot wykonał jeszcze jeden skręt, tym razem w kierunku północnym. Adolfo podejrzewał, że pokonali już Kordylierę i teraz kierowali się na lotnisko Pudahuel w Santiago. Ale kiedy wlecieli w trzecią z rzędu dziurę powietrzną, zrozumiał, że coś jest nie w porządku i że ważą się ich losy. Przez okno widział teraz, że prawe skrzydło znajduje się o wiele za blisko skalistych szczytów, wyzierających zza chmur. Był przekonany, że samolot lada chwila roztrzaska się o skały. Wtedy dał się słyszeć wzmożony warkot pracujących na najwyższych obrotach silników, a zaraz po nim przenikliwy sygnał alarmu o traceniu szybkości. Kiedy metal ocierał się o skałę, przez kadłub przeszły trzy albo cztery potężne wstrząsy, jeden po drugim – a wszystko to w umyśle Adolfa wydarzało się równocześnie. Nagle poczuł wokół siebie przejmujący chłód, zaraz potem przez chwilę miał poczucie, jak gdyby zawisł w próżni. Wtem zalała go ciemność, ponieważ uderzył głową w coś twardego i stracił przytomność.
Kiedy się ocknął, nie potrafił zaakceptować tego, co rozpościerało się przed jego oczami. Wydawało mu się, że leży w łóżku w swoim pokoju w domu rodzinnym. Rozpoznawał nawet znajome widoki i zapachy. I dlatego w końcu, rozpiąwszy pas bezpieczeństwa, nie bacząc na rozlegającą się wokół kakofonię przepełnionych bólem wrzasków, wstał z łóżka we własnym domu i przemierzył zrujnowane przejście w swoim pokoju w Parque Batlle. Dotarł w ten sposób do pokoju dziennego i zaczął posuwać się dalej, zmierzając do kuchni. Miał zamiar nalać sobie szklankę wody, bo chciało mu się pić. Odczuwał przemożne pragnienie, jednak po zrobieniu kolejnych czterech czy pięciu kroków, gdy wyciągnął rękę po dzbanek z wodą, wpadł twarzą w śnieg, a dzbanek się rozbił. Kiedy się podniósł, odkrył, że siedzi po pas w miękkim śniegu. Jego twarz chłostał lodowaty, niosący śnieg wiatr. Z każdą chwilą powracał coraz bardziej do rzeczywistości. Ktoś pomógł mu wgramolić się z powrotem do rozerwanego kadłuba samolotu. Kiedy siedział już bezpiecznie na brzegu, przyjrzał się pomagającemu – był to jego kuzyn, Daniel Fernández. Adolfo na czworakach przedostał się z powrotem do wnętrza kadłuba, poszukał dla siebie miejsca pośród wszystkich ludzi i masy pogruchotanych foteli i zwinął się tam w kłębek. Miał na sobie tylko T-shirt, był boso, a jego spodnie były całe w strzępach.
Jakiś czas później ktoś podał mu dwie koszule, sweter i parę spodni. Ubierając się, rozglądał się za swoimi kuzynami i przyjaciółmi, aczkolwiek nie mógł sobie przypomnieć, co właściwie sprowadziło ich wszystkich do jego domu. W pewnym momencie wydawało mu się, że widzi Cochego Inciartego, który szedł za Canessą. Pamiętał też, że widział Daniela Fernándeza. Nigdzie nie mógł natomiast wypatrzeć Daniela Shawa ani Eduarda Straucha. Usłyszał, jak ktoś z boku półgłosem mówi, że ktoś inny wspina się na szczyt góry (jakiej znowu góry?), a nieco później wołanie. Zobaczył wtedy, że obok niego leży jego kuzyn Eduardo Strauch. Adolfo spytał go, co to za miejsce i czy mogą już wrócić do domu, na co Eduardo odpowiedział: „Zaraz pójdziemy. Daj mi chwilę, żebym zebrał siły, i możemy ruszać”.
Głos słyszany nieco wcześniej przez Adolfa należał do Carlitosa Páeza, wołającego Carlosa Valetę. Wydzierał się na całe gardło, starając się naprowadzić zagubionego chłopca z powrotem do samolotu. Wydawało się jednak, że Valeta, pod wpływem szoku, a także ogłuszony wyciem wiatru, nie widzi ani nie rozumie tego, co się dzieje. Brnął po omacku przed siebie w poszukiwaniu przyjaciół czekających na drugim brzegu szczeliny, w którą wpadł. Carlitos Páez starał się dotrzeć do miejsca, w którym zniknął jego przyjaciel, ale natrafił na głęboki śnieg, który uniemożliwił mu dalsze poszukiwania.
Tuż przed następującymi po sobie wstrząsami, gdy maszyna uderzała w skały, przez głowę Carlitosa przeleciały trzy myśli. Najpierw zjawiło się w niej wspomnienie wycieczki z ojcem do Rio de Janeiro, gdy podczas lotu czytał instrukcje na wypadek lądowania awaryjnego; zapamiętał z nich, że należy chronić głowę ramionami. Następnie jego mózg wyświetlił w kalejdoskopowym skrócie obrazy członków rodziny. Na koniec zaś uległ przekonaniu, że nastał moment na pojednanie się z Bogiem. I ta ostatnia myśl sprawiła, że zaczął się modlić. Najpierw odmawiał Ojcze nasz, ale za moment uznał, że umrze lada chwila, a ta modlitwa jest zbyt długa, więc przerzucił się na Zdrowaś Mario. Ta modlitwa była krótsza i wydała mu się bardziej odpowiednia na ostatnie parę sekund życia, jakie mu pozostały. Odmówił ją do końca, a do ostatniego Amen doszedł w tym samym momencie, gdy maszyna zatrzymała się gwałtownie i wszystkie fotele runęły ku przodowi niczym pchane jakąś nadprzyrodzoną siłą. Carlitos wylądował na swoich najbliższych przyjaciołach, którzy razem z nim byli najmłodszymi chłopcami w całej grupie: Diegu Stormie i Gustavie Nicolichu. We trzech wspólnymi siłami zdołali odsunąć przygniatające ich fotele i pogięty metal. Gdy ze zdziwieniem stwierdzili, że przeżyli upadek samolotu praktycznie bez uszczerbku, skierowali się na tyły kadłuba. Pierwszą osobą, na jaką się natknęli, był Roberto Canessa.
– Ktoś zginął? – spytał go Carlitos.
Canessa uniósł na niego ponure spojrzenie.
– To jakiś koszmar – wymamrotał.
Carlitos ze zgrozą odkrył, że rana na ramieniu muskularnego Antonia „Tintína” Vizintína obficie krwawi. Po dotarciu na koniec rozerwanego kadłuba zszedł na dół. Zastał tam swojego kolegę Bobby’ego Françoisa, który właśnie palił papierosa.
– Zgaś to natychmiast! – naskoczył na niego Carlitos. – Nie widzisz, że wokół ciebie jest nafta?
– To i tak bez znaczenia – odparł ze spokojem Bobby, zupełnie jakby cudem nie ocalał z potwornej katastrofy.
Kiedy Carlitos wrócił do rozbitego kadłuba, napotkał innego swojego kolegę i rówieśnika, Roya Harleya, który cały pokryty był jakimś niebieskim płynem.
Loty z ostatnich dni przeskakiwały dla Roya Harleya z jednej skrajności w drugą. Poprzedniego dnia, nie wiedząc, dlaczego właściwie muszą lecieć z Buenos Aires do Mendozy, chłopcy próbowali zrobić psikusa pilotom i rozbujać wiszący w powietrzu samolot. W tym celu wszyscy przesiedli się na miejsca po jednej stronie kadłuba. Doprowadzili do tego, że w pewnym momencie z kokpitu wyszli piloci. Miny mieli bardzo poważne. Roy przypomniał sobie teraz, jak dzień wcześniej któryś z jego kolegów, w odpowiedzi na naganę ze strony członka załogi, rzucił żartem: „Ale my mamy siedem żyć, jak koty”.
Nazajutrz atmosfera była już diametralnie inna. Roy zachował wyraźne wspomnienie chwil, gdy samolot wpadał w głębokie dziury powietrzne i trzeszczał, jak gdyby był rozrywany na pół. Pomyślał wtedy, że ci nazbyt pewni siebie młodzi mężczyźni, którzy zaledwie dzień wcześniej próbowali rozbujać samolot, w ułamku chwili stali się przestraszonymi małymi chłopcami, lękającymi się duchów. W momencie, gdy przypiął się pasem bezpieczeństwa, kadłub zarył dziobem w śnieg, a fotel, na którym siedział, poleciał do przodu, prosto ku chaotycznej gmatwaninie metalu. Otworzył oczy i ze zdumieniem stwierdził, że pomimo ogromu zniszczeń oświetlenie sufitowe nadal działa. Pomyślał: „Skoro widzę światło, to znaczy, że żyję! Zużyłem jedno życie, ale nadal mam sześć w zapasie”. Spróbował wyciągnąć stopę, która utknęła między dwoma kawałami metalu. Wytężał wszystkie siły, lecz na próżno. Na myśl o tym, że wszędzie rozlane jest paliwo i samolot lada chwila może wybuchnąć, Roya ogarnęła panika. Pociągnął jeszcze raz i w końcu zdołał się uwolnić. Rozciął sobie przy tym nogę, porwał skarpetę i stracił jeden but. Mimo że na sobie miał tylko T-shirt, wyszedł na zewnątrz. To wtedy jego oczom ukazał się surrealistyczny widok – zobaczył swojego kolegę Bobby’ego Françoisa, który ze spokojem spoglądał ku ciągnącym się po horyzont górom na północy, jak gdyby nigdy nic paląc papierosa. I wtedy Roy uzmysłowił sobie coś jeszcze: był nie tylko ogłuszony, ale też całkiem przemoknięty! To nie deszcz ani śnieg go zmoczyły, lecz jakaś lepka substancja z samolotu. Kiedy zrozumiał, że to benzyna i że w każdej chwili może zająć się ogniem, po plecach przeszedł mu dreszcz. Ponieważ jednak dominującym w tamtym momencie doznaniem był chłód, zapomniał o ogniu, wdrapał się z powrotem do kadłuba i półżywy z wyczerpania opadł na podłogę, opierając się plecami o metalową ścianę. Chwilę potem przed nim pojawił się Canessa i powiedział:
– Jesteś niebieski.
Przez ułamek sekundy Roy myślał, że może to śmierć ma taki kolor.
Gustavo Zerbino i Moncho Sabella wyjrzeli na zewnątrz i wspierając się dłońmi o górę kabiny, rzucili na śnieg trzy poduszki z foteli, które miały ich uchronić przed zapadaniem się w nim. Posuwali się ku przodowi samolotu. Robili dwa kroki, po czym ostatnią poduszkę przerzucali do przodu i tak powoli brnęli. Dziób maszyny, zmiażdżony i wgnieciony do środka, zamienił się w bezkształtną metalową masę. Dawało się rozpoznać jedynie koło, pogięte w kształt cyfry osiem. Na fotelu głównego pilota, po lewej stronie, siedział drugi pilot, Dante Lagurara. W momencie, gdy samolot gwałtownie się zatrzymał, tablica przyrządów, pierwotnie znajdująca się w odległości jednego metra od niego, pod wpływem siły bezwładu wbiła mu się w tors i przykuła go do fotela. Przednie okno było roztrzaskane, a kokpit wypełniony śniegiem.
Na pytania Moncha drugi pilot udzielał jednej i tej samej odpowiedzi. Mówił tak cicho, że ledwo było go słychać:
– Minęliśmy Curicó, minęliśmy Curicó…
Następnie szeptem poprosił o wodę. Sabella podał mu wtedy śnieg do ust. Lagurara poprosił chłopców, by go zastrzelili. Mieli w tym celu użyć rewolweru Smith & Wesson kaliber 38, który drugi pilot trzymał w walizce za fotelem. Przez cały czas mamrotał przy tym:
– Co za nieszczęście! Co ja narobiłem!
Moncho zaczął mocować się z oparciem fotela Lagurary, próbując wyciągnąć z niego poduszkę, żeby zmniejszyć napór na jego tors. Nagle poczuł ból, który promieniował od ud i rozlewał się po plecach.
Roberto Canessa czuł, że jest u kresu sił, ciśnienie atmosferyczne było bardzo niskie, dłonie i ramiona miał czerwone od krwi rannych i konających, którymi się zajmował. W poszukiwaniu miejsca do odpoczynku skierował się na drugi koniec samolotu. Zerbino, który opatrywał ciężko rannego, nie wiedział, gdzie podziewają się Storm i pozostali. Nieco wcześniej, kiedy krążył po samolocie, Roberto wypatrzył siatkę, z której teraz zrobił hamak. Liczył, że położy się na nim i zdoła choć trochę odpocząć. Wraz z nadejściem świtu czekał go ogrom pracy. Kiedy jednak odnalazł hamak, odkrył, że ktoś wpadł na taki sam pomysł. Potem wspominał, że czuł się, zupełnie jakby obserwował tę scenę z dystansu, tych dwóch młodych nieznajomych odpoczywających w prowizorycznym hamaku, pośród oceanu zniszczeń, wstrząsanych dreszczami, obejmujących się nawzajem, by nie zamarznąć na śmierć w trakcie tego, co miało się okazać drugą najstraszniejszą nocą w ich życiu. Chłopak, do którego przytulony przetrwał tę noc, był dla niego obcym człowiekiem: nazywał się Coche Inciarte.
4.
Odliczanie: Coche Inciarte
Postanowiłem, że umrę w wigilię Bożego Narodzenia, dwudziestego czwartego grudnia. Wypadał wtedy siedemdziesiąty trzeci dzień naszej gehenny. Do tego momentu zostało trochę czasu. Byłem w trakcie spisywania w małym notatniku wszystkiego, co zrobiłem, by przeżyć, gdy nagle coś sobie uświadomiłem: ostatnia ekspedycja i tak nas nie uratuje, ponieważ jej członkowie zabrali ze sobą tylko tyle jedzenia, że wystarczy im go jedynie na dziesięć dni. Dwudziestego drugiego grudnia zapasy się skończą i oni umrą. Umówiłem się ze sobą, że zaczekam na nich jeszcze dwa dni, tak na wszelki wypadek, a potem sam też umrę.
Adolfo Strauch, który zobaczył, że się poddałem i nie wstaję już z podłogi, opiekował się mną jak rodzic dzieckiem. Musiał przejrzeć moje myśli, ponieważ stwierdził, że mi na to nie pozwoli. Ja jednak wiedziałem, że jeśli zechcę, bez trudu go oszukam. Wystarczyło, że po prostu dam sobie przyzwolenie na to, by umrzeć.
Świadomość, że pozostało mi jeszcze trochę czasu, przepełniała mnie spokojem. W tych dniach niewiele już ze sobą rozmawialiśmy, nasze umysły błądziły po niewiadomych drogach. Niedawno jeszcze cieszyliśmy się, gdy budząc się rano, odkrywaliśmy, że wciąż oddychamy, jednak radość ta stopniowo nas opuszczała. Obojętne na kogo spojrzeliśmy, każdy z nas mógł służyć za lustro dla pozostałych. Wszyscy mieliśmy te same pozbawione nadziei wyrazy twarzy i zapadnięte oczy, w których można było wyczytać nadchodzący koniec. I właśnie dlatego postanowiłem, że jeśli nasi przyjaciele nie wrócą do dwudziestego czwartego grudnia, ja także rozstanę się z pozostałymi. Byłoby to ciche pożegnanie, mające miejsce w moich myślach, a potem pozwoliłbym się porwać i ponieść, tak jak tej nocy, gdy nadeszła lawina.
Osiemnastego dnia po katastrofie rozpocząłem powolny proces umierania. Całkiem straciłem apetyt, jedzenie wywoływało we mnie mdłości. Dzieliłem się swoją mikroskopijną porcją mięsa z każdym, kto miał na nią ochotę. Obdarowani zwracali mi je pod wpływem karcącego wzroku Adolfa, ja jednak po kryjomu podrzucałem je im ponownie.
Co gorsza, po lawinie, która zeszła w niedzielę dwudziestego dziewiątego października, nabawiłem się zakażenia w nodze. Wdała się w nią gangrena i nie mogłem już dłużej chodzić. Zdany byłem na pomoc innych. Musiałem jednak samodzielnie przeprowadzić operację na zaatakowanej przez chorobę kończynie. Uznałem, że jako student piątego roku rolnictwa jestem lepiej wykwalifikowany od Roberta Canessy, który pomimo godnego podziwu spokoju, z jakim niósł pomoc potrzebującym, był studentem zaledwie drugiego roku medycyny. Canessa proponował, że natnie zgorzel ostrzem znalezionej w samolocie siekiery. Ostatecznie zrobiłem to sam za pomocą brzytwy. Ze środka wytrysnęła zmieniona chorobowo tkanka i w ten sposób uratowałem nogę. Nie mogłem jednak chodzić i stałem się inwalidą.
Dziewiętnastego i dwudziestego dnia naszego pobytu w Andach mój koniec jeszcze bardziej się przybliżył. Ponieważ znalazłem się na skraju śmierci głodowej, mój system odpornościowy osłabł i na nogach utworzyły mi się duże czyraki.
Na tym etapie potrafiłem już przyglądać się swojemu życiu z dystansu. Zadawałem sobie pytania, które nigdy dotąd nie przychodziły mi do głowy, i dochodziłem do całkowicie nowych dla mnie wniosków. Ta świeża perspektywa zakorzeniła się we mnie na stałe i pozostaje we mnie żywa również dzisiaj, trzydzieści sześć lat po tamtych tragicznych wydarzeniach. Życie uchodziło ze mnie w taki sam sposób, jak opuszczała nas nadzieja, że ostatnia ekspedycja naszych przyjaciół odniesie sukces. Wyobrażałem sobie, jak Nando i Roberto samotnie brną przez nieskończony bezmiar bieli. Za sprawą opowieści Tintína mogłem też sobie wyobrazić, co widzą: bezkres gór, wobec którego pomimo niezłomności ich dusz prędzej czy później ich zmuszone do nadludzkiego wysiłku ciała muszą ulec. Wizje, w których nadal żyli, nie wpadli w szczelinę, nie zamarzli, nie zgubili się we mgle, nawiedzały nas coraz rzadziej.
W czwartek dwudziestego pierwszego grudnia byłem już tak osłabiony, że nie potrafiłem nawet usiąść. Mimo że straciło to dla mnie wszelkie znaczenie, nadal starałem się zadbać o swoje najbardziej podstawowe potrzeby. Od ponad dwóch miesięcy nie zdejmowałem kilku par spodni, które miałem na sobie. A jednak tamtej nocy coś kazało mi je ściągnąć i obejrzeć, w jakim stanie jest moje ciało. W tych ostatnich dniach umierania nauczyłem się, że trzeba być godnym tego, by żyć; że życie to nie jest coś darowanego za nic. Ażeby zasłużyć sobie na nie, trzeba coś z siebie dać, a najważniejszymi darami są miłość i serdeczność. I to właśnie nimi obdarowywaliśmy w tych dniach naszych braci, zarówno tych żyjących, jak i martwych. Rozmyślałem o tym wszystkim, ponieważ przygotowywałem się wewnętrznie na śmierć. Zbliżałem się do niej z każdym dniem. W końcu dzieliły mnie od niej dokładnie tylko trzy dni, o czym wiedziałem, ponieważ liczyłem godziny. Moje życie miało skończyć się zbyt wcześnie, ja jednak umierałem ze świadomością, że warto było się tak starać. Na ironię losu zakrawał fakt, że nazajutrz, dwudziestego drugiego grudnia, nadeszła wiadomość o sukcesie Nanda i Roberta! Wspomnienie tamtych chwil nadal mnie wzrusza. Oczy zachodzą mi łzami na myśl o tym, że dawałem im jeszcze dwa dni na powrót, zanim pozwolę sobie na śmierć, tymczasem oni – wbrew zdrowemu rozsądkowi – dopięli swego, a ja zachowałem życie.
Przed świtem tego dnia otworzyłem oczy i podziwiałem spektakl mroźnego wschodu słońca. U mojego boku nie było Daniela Fernándeza, który jak co dzień tuż przed brzaskiem wyszedł z samolotu w mrok, by dygocząc z zimna, pokryty szronem, wsłuchiwać się w szum radia. Radia będącego jedyną nicią łączącą nas ze światem, w które zresztą nikt już nie wierzył, a mimo to nie potrafiliśmy przestać słuchać, co też powie. W kadłubie nie było również Eduarda Straucha i Álvara Mangina. Zacisnąłem powieki, uciekając przed strasznym widokiem kadłuba, w którym tak wielu przeszło na drugą stronę. Kiedy znów otworzyłem oczy, ujrzałem Daniela Fernándeza. Gramolił się do kadłuba, a jego twarz miała tak odmienny wyraz od tego, co widzieliśmy przez ostatnie miesiące, że wyglądał jak ktoś zupełnie inny. Oczy mu błyszczały, ubyło mu dziesięć albo dwadzieścia lat.
Od połowy grudnia śnieg, na którym osiadł samolot, stopniał. Zachowała się tylko bryła lodu pod spodem, która nie stopiła się, ponieważ leżała w cieniu kadłuba. W rezultacie samolot sterczał jedną stroną zadarty w górę. O ile wcześniej musieliśmy brodzić w śniegu, to teraz zmuszeni byliśmy skakać, żeby wydostać się na zewnątrz, i skakać, żeby dostać się z powrotem do środka. Daniel, chwyciwszy się podłogi, wspiął się i wszedł przez otwór wyrwany w kadłubie.
– Nando i Roberto dotarli do cywilizacji! Udało im się! – krzyczał w uniesieniu.
O kurwa! Wszyscy popatrzyliśmy po sobie, zupełnie nas zatkało. Gdy kolejne żywe trupy podnosiły się ze swoich legowisk, by, początkowo z niedowierzaniem, zacząć padać sobie w ramiona i szlochać, kadłub zakołysał się niebezpiecznie na lodowej podstawie, na której się wspierał. Ponieważ znajdowaliśmy się na stoku, istniało ryzyko, że samolot ześlizgnie się i potoczy ku dnu doliny. I dlatego natychmiast wszyscy jak jeden mąż zamarliśmy bez ruchu; każdy starał się skurczyć w sobie, żeby ważyć jeszcze mniej, niż ważył. A po chwili w ciszy zaczęliśmy skradać się na czworakach w kierunku wyjścia. Po kolei zeskakiwaliśmy z krawędzi, a znalazłszy się już na dole, nareszcie mogliśmy dać upust emocji, której nie dano nam było doświadczyć przez siedemdziesiąt jeden dni. Z radości tarzaliśmy się w śniegu i całowaliśmy się. W całej tej euforii podawaliśmy sobie z ręki do ręki tubkę pasty do zębów, która przez ostatnie miesiące pełniła dla nas funkcję deseru, i wyczyściliśmy sobie zęby, które przypominały teraz poczerniałe klawisze maszyny do pisania. Ruszały się, gdy się ich dotknęło, ponieważ dziąsła zaatakowane przez szkorbut cofnęły się i wydawało się, jakby zęby miały z nich lada moment powypadać. Teraz czyściliśmy dziąsła, nie zważając na krwawienie. Smak, jaki czułem w ustach, diametralnie się zmienił, a wraz z nim rozpoczęła się we mnie kolejna powolna transformacja.
Nie konsultując tego ze sobą w żaden sposób, wszyscy zgodnie zaczęliśmy się zachowywać, jakbyśmy na nowo znaleźli się w poukładanym cywilizowanym społeczeństwie, z którego pochodziliśmy. Wymieniliśmy się torbami, tak by każdy wracał z własnym bagażem, swoimi rzeczami. O godzinie dziewiątej rano nazajutrz siedziałem we wschodniej części kadłuba w oczekiwaniu na nadlatujące śmigłowce ratunkowe. Z radia – oprócz tego, że Nando i Roberto dotarli do cywilizacji – dowiedzieliśmy się też, że planowane jest wznowienie akcji poszukiwawczej.
O godzinie dwunastej czterdzieści pięć, przynajmniej według mojego zegarka, którego używam do dzisiaj, doleciał nas hałas, którego nigdy dotąd tu nie słyszeliśmy. Dobiegał zza gigantycznej górskiej ściany na zachodzie, ale niemal natychmiast ucichł, zagłuszony wyciem wiatru. Powtarzała się sytuacja z pierwszych dni naszej gehenny, gdy wszyscy zawzięcie dyskutowaliśmy, czy to, co słyszeliśmy, było warkotem silnika przelatującego samolotu, a może jedynie wyciem wiatru albo grzmotem lawiny, czy przeciwnie – dźwiękiem, o którym wszyscy marzyliśmy: łomotem wirnika w śmigłowcu, który nareszcie przyleciał, by nas uratować. Teraz wpatrywaliśmy się w niebo, ale minuty mijały, a nic się nie zmieniało. Czyżby znowu coś nam się przesłyszało? I wtedy ktoś krzyknął: „Tam są!”. Popatrzyłem w niebo nad górą i z początku niczego nie zauważyłem. Pomyślałem, że pewnie po prostu wszystkim nam już doszczętnie odbiło. Kiedy odwróciłem się, żeby sprawdzić, kto krzyczał, zobaczyłem kolegę, który właśnie niezdarnie gramolił się z ziemi. I wtedy dostrzegłem w dolinie na wschodzie dwie czarne kropki. O tym, że owe punkciki się poruszały, mogliśmy się przekonać jedynie na podstawie obserwacji nieruchomych elementów krajobrazu, które znaliśmy już na pamięć. Śmigłowce zbliżały się w ciszy. „Dlaczego nie wydawały żadnych dźwięków?” – zachodziłem w głowę. Czy znowu płatały nam figla nasze nadwyrężone umysły? Dopiero gdy podleciały znacznie bliżej – tak blisko, że wyraźnie już rozpoznawaliśmy charakterystyczny kształt helikopterów – i przesunęły się nad naszymi głowami, spłynął na nas ryk silników. W kokpicie dojrzałem salutujących nam ludzi, a razem z nimi Nanda. Tamten mechaniczny huk wydawał mi się jakąś wzniosłą pieśnią wychwalającą życie, wciąż mogę przywołać go w pamięci w każdym momencie. A ilekroć słyszę śmigłowiec, wybucham płaczem i szlocham tak samo jak wtedy, dwudziestego drugiego grudnia 1972 roku.
Nie mam pojęcia, jak to się stało, że w pewnym momencie znalazłem się dokładnie pod jednym z helikopterów. W każdym razie któryś z ratowników chwycił mnie, jakbym był jakąś walizą, i wrzucił na pokład. Z powodu wściekłych podmuchów wiatru, a także z tej racji, że znajdowaliśmy się na stoku, a nie płaskiej powierzchni, pilot wolał nie ryzykować lądowania i zamiast tego utrzymywał maszynę na stałej wysokości. Wszystko, co działo się wtedy, pamiętam jak przez mgłę. Tak naprawdę to nie wiem, co tam zaszło. Sądziłem, że śmigłowce podjęły nas wszystkich, ale myliłem się. Odlot był bardzo trudny, zawierucha ciskała maszyną na wszystkie strony. Pomyślałem wtedy: „Kurwa mać, zamiast dwudziestego czwartego, zginę teraz”. A chwilę potem, zupełnie niespodziewanie, otoczyła nas absolutna cisza. Pilot, kapitan Carlos García, tłumaczył, że wpadliśmy w strumień ciepłego powietrza unoszący się spomiędzy gór. Ponieważ nic z tego nie rozumiałem, ze strachu zamknąłem oczy, jak podczas mojej pierwszej nocy w Andach. Nie wiem, jak długo trwał nasz lot – może długo, może krótko – całkowicie straciłem poczucie czasu. Kiedy otworzyłem znów oczy, odkryłem, że coś się zmieniło w pejzażu przesuwającym się na dole. Zieleń, na którą teraz patrzyłem, była wszechogarniająca.
