64,99 zł
Świat jest bardziej martwy niż żywy.
Na Ziemi żyje obecnie nieco ponad osiem miliardów ludzi, którzy depczą po prochach poprzednich pokoleń.
„Śmierciologia” to podróż przez ludzką fascynację śmiercią — od pradawnych rytuałów i pochówków, przez rozwój medycyny i anatomii, aż po współczesne pytania o granice życia.
Uczestniczymy w szczegółowej autopsji, przyglądamy się kolejnym etapom rozkładu zwłok, bierzemy udział w kremacji. Trafiamy na wyspy, gdzie ludzie wierzą, że rozpadające się ciała nadal żyją. Zaglądamy do trumien, w których pogrzebano żywych ludzi. Obserwujemy cmentarne robactwo oraz nekroflorę. U boku naukowców analizujemy zapisy EEG, które być może każą zweryfikować definicję śmierci. Czy dotąd mieliśmy o niej mylne wyobrażenie? Czym tak naprawdę są doświadczenia ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną?
Ta podróż to jednak znacznie więcej. Poznamy wspaniałe dzieła sztuki oraz okoliczności zgonów słynnych ludzi. Będziemy uczestniczyć w śledztwach dotyczących morderstw oraz samobójstw.
Ta książka o śmierci odmieni wasze życie. Przynosi odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.
„Max Czornyj podchodzi (prawie śmiertelnie) poważnie do tematu śmierci, tabuizowanego w przestrzeni medialnej i literackiej. Znakomite historie o naszej śmiertelności doprawia sztuką, anegdotą, naukowymi ciekawostkami i przesądami. Mało kto tak pięknie i zabawnie potrafi opowiadać o przygodach Kostuchy w świecie (jeszcze) żywych”.
Renata Kuryłowicz (Renata z Worka Kości)
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 522
Rok wydania: 2026
Copyright © by Max Czornyj, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: © Andrzej Komendziński, Radosław Stępniak
Projekt wnętrza: © Andrzej Komendziński, Radosław Stępniak
Grafiki użyte na okładce: © Rawpixel.com / Shutterstock, Shikha Rani Das / Vecteezy, Miguel Angel / Vecteezy, Patrick Guenette / Vecteezy
Grafiki użyte wewnątrz książki: © Vecteezy
Konsultacja merytoryczna: Lek. Szymon Rzepczyk, biegły i wykładowca z zakresu medycyny sądowej
Redakcja: Chat Blanc Anna Poinc-Chrabąszcz
Korekta: Chat Blanc Anna Poinc-Chrabąszcz
Redaktor prowadząca: Małgorzata OchabPR i Marketing: Karolina Czwojdzińska
ISBN: 978-83-8441-175-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA NA FAKTACH
umarłym, wciąż w nas żyjącym
Tam, gdzie nie ma śmierci, tam nie ma życia, jest wieczność.
Tam, gdzie nie ma życia, tam nie ma śmierci, jest nicość.
Świat jest bardziej martwy niż żywy. Na Ziemi żyje obecnie nieco ponad osiem miliardów ludzi, którzy – całkiem dosłownie – depczą po prochach poprzednich pokoleń. Według różnych szacunków dotychczas na świecie umarło od stu do stu pięćdziesięciu miliardów przedstawicieli gatunku homo sapiens. Gdyby ich ciała położyć jedno obok drugiego, szczelnie wypełniłyby obszar o powierzchni Portugalii, Urugwaju lub Tunezji. Nie pozostałby nawet centymetr kwadratowy przerwy.
Śmierć jest w nas od chwili naszego urodzenia, a nawet poczęcia. Proces obumierania naszych komórek rozpoczyna się w momencie ich powstania. Można powiedzieć, że jesteśmy zaprogramowani na śmierci. Celem życia jest umarcie. Dla niektórych to wada biologiczna lub genetyczna, gdyż marzą o nieśmiertelności. Są programy badawcze poszukujące sposobu na odroczenie nieuchronnego oraz naukowcy wierzący w nieskończenie długie życie. Abstrahując od tego, czy owa wieczność w ogóle istnieje, śmierć nie musi stanowić jej przeciwieństwa. Wbrew temu, co twierdził Heraklit, mówiąc, że tam, gdzie jesteśmy my, nie ma śmierci, a tam, gdzie nie ma nas, jest śmierć, życie i śmierć mogą się toczyć równolegle. Mogą się dopełniać i przenikać.
Są ludy, które medyczne symptomy zgonu uważają jedynie za etap choroby. Zmarli – jak nazwaliby ich ludzie Zachodu – nadal mieszkają pod jednym dachem z żywymi, a nawet uczestniczą w obrzędach rodzinnych. Na Madagaskarze co kilka lat wyjmuje się zwłoki z grobów, by pokazać umarłym, jak zmienił się świat, a wyznawcy wudu traktują zjawisko zombi jako coś oczywistego. U eksperymentalnych szczurów wykryto niezwykłe sygnały EEG wiele minut po stwierdzeniu ich śmierci. Czy można je wykryć także u ludzi?
Być może uda się nam przedłużać życie i będziemy wymieniać chore elementy ciała na nowe, zdrowe. Ale śmierć nadal będzie w nas tkwiła. Nigdy i nigdzie nie ma od niej ucieczki. Podlegają jej zarówno żyjące kilka godzin jętki z rzędu Ephemeroptera, jak i żyjące tysiące lat głęboko w oceanach gąbki szklane. To tylko kwestia mierzenia czasu ludzką miarą.
A może paradoksalnie jedyną ucieczką przed śmiercią jest właśnie śmierć? Samobójstwo i eutanazja, choć przez stulecia zwalczane, tkwiły zaklęte w pradawnych rytuałach. W niektórych częściach świata ich tajemnic strzegły „służebnice śmierci”, gdzie indziej uciekano się do kuglarstwa znaczeniowego i niemal infantylnych eufemizmów, a jeszcze gdzie indziej uchodziły za akt największej łaski. Choć dzisiaj dobicie rannego to zbrodnia wojenna, rycerze, których przecież obowiązywało przestrzeganie etosu honorowego, mieli specjalną broń temu służącą.
Świat jest bardziej martwy niż żywy. Nawet w sensie materialnym. Wystarczy się zastanowić nad wszelkimi bogactwami złożonymi do grobów, strawionymi przez ogień lub oddanymi wodzie w trakcie rytuałów pogrzebowych. Wiele cywilizacji przekazało zmarłym fortuny przekraczające wartość ich skarbców i budżetów. Nie wspominajmy przy tym ofiar z ludzi oraz zwierząt.
Skoro zarówno świat, jak i my sami jesteśmy bardziej martwi niż żywi, cóż może być bardziej interesującego niż śmierć? Można śmiało założyć, że większość kultur świata podporządkowało całe życie umieraniu, jednocześnie starając się rozwiązać tajemnicę tego ostatniego. Najpierw należało jednak pojąć tajniki życia, do czego – paradoksalnie – posłużyły setki czy wręcz tysiące trupów. Bez nich nie byłoby współczesnej sztuki, medycyny, a nawet architektury.
Z niczym nie wiąże się więcej mitów niż ze sferą ludzkiej śmiertelności. Pochówki wampiryczne i grzebanie żywcem, tabu zwłok, choroby z nimi związane, słynne ostatnie słowa i gesty, zakłamanie etosu rycerskiego, a nawet sposób – skuteczny! – na to, jak oszukać Kostuchę – o tym wszystkim będzie ta książka. Być może pewne fragmenty wydadzą się niektórym zbyt makabryczne lub przekroczą granice ich wrażliwości. Starałem się jednak, by żaden wątek, żadne zagadnienie ani żadna drażliwa kwestia nie były poruszane przesadnie długo.
Niektórych interesuje aspekt medyczny, innych historyczny, jeszcze innych artystyczny śmiertelności. Ta książka stanowi konglomerat owych ujęć, chociaż diabelnie poważnie wierzę, że Czytelnicy wykroczą poza sferę własnego komfortu i utartych zainteresowań. W każdej chwili można jednak powiedzieć: „Dość, to mnie przerasta”, i przejść o kilka stron dalej. Ludwik Pasteur pewnego razu również nie wytrzymał tego, co widział. Nie byłbym sobą, gdyby szczegółowy opis jego spostrzeżeń nie znalazł się na kolejnych kartach… Podobnie jak spostrzeżeń osób, które widziały zmarłych powstałych z grobu, oraz słynnych lekarzy bądź artystów, którzy mogliby uchodzić za morderców.
Śmierć jest ciekawa. Śmierć jest pewna. Śmierć nie może stanowić tabu. Nie pamiętając o niej, nie pamiętamy o życiu. Uświadommy sobie, że bakterie, które kiedyś przyczynią się do naszego rozkładu, już w nas są i nie pozbędziemy się ich za pomocą żadnych tabletek odrobaczających. Memento vermi.
Kiedy któryś fragment tej książki stanie się nazbyt przytłaczający, oderwijcie Państwo oczy od tekstu, spójrzcie za okno, na kochaną osobę bądź towarzyszące Wam zwierzę i pomyślcie: „Cieszę się, że żyję”. Niech właśnie takie przesłanie daje nam wszystkim Śmierć.
max v. czornyj
W połowie drogi żywota naszego
nagle się w gęstym obłąkałem lesie.
Już ścieżki prawej oczy nie dostrzegą,
o, jak wyrazić ciężko… słowo rwie się…
bory zaborcze, las dziki i ciemny,
który wspomnieniem samym trwogę niesie
tak ciężką, jak strach przed śmiercią nikczemny!1[*]
Śmiało! Chwyciwszy czym prędzej Dantego Alighieri za rękę, zabłąkani w ciemnym lesie domysłów, nadziei i obaw, ruszajmy w nieznane. Nie wiemy, co nas czeka, ale to przecież nic zaskakującego. Czy jesteśmy tylko wolteriańskimi robakami pożerającymi się wzajemnie na atomie błota zwanym Ziemią? Do tego robakami umierającymi już od chwili poczęcia? Czy może żyjemy od zawsze i zawsze żyć będziemy, a Śmierć jest zaledwie cieniem rzucanym przez Księżyc na Słońce życia?
Chodźmy. Przekonajmy się, co czeka każdego z nas. Bez względu na wyznanie, płeć i przekonania. To nasza wspólna droga. Czy tego chcemy, czy nie. Śmierć nas obserwuje.
1 D. Alighieri, Boska komedia, przeł. A. Świderska, M. Kot, Wydawnictwo M. Kot, Kraków 1947 (Wszystkie cytowane fragmenty Boskiej komedii pochodzą z tego wydania).
[*] Przypisy bywają traktowane jak tortury – któż do nich dobrowolnie zagląda? W końcu dają pozór mądrości, podczas gdy książka ma być przede wszystkim strawna i lekka (co nie znaczy: lekkostrawna). Dlatego ukłony dla tych, którzy czytają te słowa. Nagrodą niech będzie wskazówka, że w dalszych przypisach, poza niezbędnymi didaskaliami, znajdą się ciekawostki, smaczki i kurioza.
Słowo daję, Pan Andersen tylko wygląda na martwego
czyli o śmierci na niby
Rok 1793 przyniósł światu wiele istotnych wydarzeń. We Francji ścięto króla Ludwika XVI, a niedługo później wybuchło powstanie w Wandei, w wyniku którego rewolucjoniści dosłownie zdziesiątkowali ludność regionu. W Grodnie odbył się sejm zatwierdzający dalszy rozbiór Polski między Prusy i Rosję. Erupcja wulkanu na japońskiej wyspie Kiusiu zabiła kilkadziesiąt tysięcy osób. Fiński zamek Oulu wyleciał w powietrze wraz z całą załogą na skutek zaprószenia ognia w prochowni.
W tym samym roku w Warszawie Jan Krzysztof Kilemann ucałował na pożegnanie żonę. Poważany nadworny introligator królewski był znacznie starszy od swojej małżonki. Źródła podają różne dane, lecz musiał przekroczyć pięćdziesiątkę, podczas gdy ona miała trzydzieści trzy lata. Kilemann wybierał się w kilkutygodniową podróż.
Anna Regina Kilemann była drobną, smukłą kobietą o dużych oczach, pełnych ustach oraz wydatnym, spiczastym nosie. W chwili pożegnania Jan Krzysztof dotknął jej zaokrąglonego brzucha – kobieta była w ósmym miesiącu ciąży, która nie zmieniła jednak nadzwyczaj jej kształtów.
Z pewnych względów można przypuszczać, że małżeństwo było zżyte i udane. Para zamieszkiwała prestiżowy lokal w kamienicy przy ulicy Trębackiej. W drugiej połowie XVIII wieku w okolicy znajdowało się dziesięć budynków murowanych oraz cztery drewniane, z wyróżniającym się pałacem podskarbiego wielkiego koronnego, Teodora Wessla.
Wreszcie musiał przyjść kres pożegnań. Jan Krzysztof wsiadł do czarnej lakierowanej karety podróżnej zaprzężonej w dwa konie. Zająwszy miejsce, odsunął firankę i posłał żonie ostatnie spojrzenie. Uśmiechnął się do niej, a w tym samym momencie woźnica ruszył.
Niedługo później historia przybiera dramatyczny obrót, a źródła opisujące kolejne wydarzenia stają się nieco rozbieżne. Jan Krzysztof nadal przebywa w podróży, gdy jego żona niespodziewanie traci przytomność. Pada na podłogę, co wywołuje natychmiastową reakcję służby. Zostaje wezwany lekarz, który jednak nie jest zdolny nic zrobić w obliczu tragedii – kobieta nie wykazuje już żadnych funkcji życiowych. Pozostaje mu tylko pobrać drobną zapłatę za wezwanie. Najbliżsi Anny Reginy rozpoczynają przygotowania do pogrzebu.
Być może właśnie wtedy wysłano gońca mającego odnaleźć Jana Krzysztofa, a może mężczyzna był już w drodze powrotnej. W każdym razie pewne jest, że kobietę pochowano jeszcze pod jego nieobecność. Kiedy zacny introligator dotarł wreszcie do Warszawy, przeżył szok. Nie wierzył, że żona, która przed jego wyjazdem wyglądała tak pięknie, teraz leży martwa. Wykorzystując swoje wpływy, nakazał wydobycie trumny z grobowca i jej otwarcie. Inna wersja historii mówi, że to grabarz posłyszał dochodzące z cmentarza jęki. Przerażony, czym prędzej pobiegł do nadzorcy nekropolii, który nakazał otwarcie grobowca.
Dokładny przebieg wydarzeń nie jest tu jednak istotny. Zapewne każdy poznający tę historię jest zaintrygowany tym samym, co rozbudzało ciekawość wszystkich nachylających się nad świeżo wydobytą trumną. Co też znajduje się w środku? Czy pani Kilemann na pewno nie żyje?
Z łatwością możemy sobie wyobrazić jęk przerażenia, który dobył się z piersi zgromadzonych po odrzuceniu wieka na widok makabrycznego obrazu. Nienaturalna pozycja ciała kobiety, podkurczone ręce i dłonie o połamanych paznokciach. Otwarte usta z pogryzionymi wargami i wybałuszone oczy. Jednak to nie wszystko. Obok zwłok kobiety leżało bowiem jeszcze jedno ciało – niemowlęcia, które kobieta powiła już w trumnie. Jakiż dramat musiał się tu rozegrać! Nie sposób sobie to wszystko uzmysłowić. Jak się nie wzdrygnąć na samą myśl i nie poczuć nieprzyjemnego ukłucia w żołądku? Ta historia jest przecież ziszczeniem lęku towarzyszącego ludzkości, zapewne odkąd wprowadzono grzebalną formę pochówku – lęku przed tym, że doświadczy się pochowania żywcem (zob. il. 1).
Czy historia Anny Kilemann jest w pełni prawdziwa, możemy się tylko domyślać. Opisano ją po raz pierwszy prawdopodobnie dopiero około stu lat po śmierci kobiety. Być może inspirację stanowił niezwykły grobowiec na Cmentarzu Ewangelicko-Augsburskim w Warszawie. Z pewnością warto zapuścić się tam osobiście i zetknąć się z tą przerażającą historią. Niezwykła płyta nagrobna znajduje się niedaleko muru od strony ulicy Młynarskiej.
Nie budzi wątpliwości, że opowieści o nieszczęśnikach pogrzebanych żywcem pobudzały wyobraźnię i przyprawiały o dreszcze. Ukuto nawet termin na określenie lęku przed tym zjawiskiem: tafefobia. Cierpiało na nią wiele słynnych postaci. Zanim jednak powiemy o nich coś więcej, przenieśmy się do dziewiętnastowiecznej Danii.
Rolighed to rezydencja niegdyś wznosząca się w dzielnicy Kopenhagi zwanej Østerbro. Po przebudowie w 1869 roku było w niej coś bajkowego – wieżyczka w stylu renesansowym, zaokrąglone attyki i szczyty holenderskie, bluszcz porastający różowawą fasadę aż do wysokości pierwszego piętra, wreszcie furkoczący wiatrowskaz na górze iglicy. To właśnie od państwa Melchiorów – właścicieli tego specyficznego pałacyku – otrzymał apartament Hans Christian Andersen. Słynny pisarz zamieszkał w nim niemal na stałe.
Tak jak wszędzie, gdzie nocował, również w Rolighed na szafce nocnej przy łóżku zawsze zostawiał karteczkę z informacją, że „śpi i tylko wygląda na zmarłego”. Wątek błędnego stwierdzenia zgonu przewijał się zresztą od dawna w jego twórczości. Od 1872 roku, kiedy pisarz upadł w swoim pokoju, jego stan szybko się pogarszał, co sprawiło, że coraz częściej rozmyślał o tym, jak może się ustrzec od przebudzenia w trumnie. Trzy lata później czuł nadchodzący kres. Regularnie przywoływał do siebie panią Melchior i błagał, by po jego śmierci podcięła mu żyły. Nie ma jednak żadnych informacji, by kobieta lub któreś z jej dzieci spełniło życzenie Andersena po jego zgonie w sierpniu 1875 roku. Cóż, na szczęście nic również nie wskazuje na to, by Hans Christian został pochowany żywcem.
Na tafefobię cierpiał także inny słynny pisarz – Nikołaj Gogol. W testamencie nakazywał, by pochowano go dopiero wtedy, gdy ciało znajdzie się w stanie wyraźnego rozkładu. I w tym przypadku na nic się to życzenie zdało. Pisarz, prawdopodobnie dręczony depresją, 24 lutego 1852 roku spalił część swoich rękopisów i odmówił przyjmowania jakichkolwiek posiłków. Po dziewięciu dniach stwierdzono zgon. Pochowano go w Monasterze Daniłowskim, który osiem dekad później mieli zniszczyć komuniści. Szczątki pisarza postanowiono przenieść do grobu na Cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie. Jakież było zaskoczenie, gdy okazało się, że Gogol musiał obudzić się w trumnie i ostatecznie, być może po szalonej walce o życie, spoczął w niej w pozycji na brzuchu…
Według różnych źródeł przyjmuje się, że od końca XVI po początek XIX wieku od dwóch do nawet czterech procent pochówków odbywało się za życia pozornego nieboszczyka. Przypadki pochowania żywcem można by mnożyć. Mieszały się z opowieściami, legendami oraz plotkami. Podsycały je opowiadania grozy, między innymi te spisywane przez kolejnego cierpiącego na tafefobię twórcę – Edgara Alana Poego.
Zdarzało się jednak, że wątek złożenia do grobu żywcem wykorzystywano nie tylko w celu straszenia. Przez stulecia utrzymywano, że taki dramatyczny koniec spotkał księdza Piotra Skargę. Ponoć po otwarciu trumny jego szczątki zdradzały ślady walki z drewnianym wiekiem i prób oswobodzenia się. Najprawdopodobniej to jednak tylko czarna legenda, mająca utrudnić lub wręcz zniweczyć proces beatyfikacji jezuity. Wszak jego oponenci utrzymywali, że po przebudzeniu z letargu Skarga mógł bluźnić i złorzeczyć Bogu… Nie ma jednak na to, rzecz jasna, żadnych dowodów. Co więcej, swego czasu co roku w rocznicę śmierci jezuity jego trumna była otwierana, by wierni mogli się przy niej pomodlić. Część z nich bez wątpienia wynosiła ze środka fragmenty szczątków zmarłego oraz jego szat jako relikwie. Wówczas nie stwierdzono, by ciało spoczywało w nienaturalnej pozycji.
Lęk przed byciem pochowanym żywcem przełożył się również na grunt osobliwej inżynierii. W 1792 roku dla Ferdynanda, księcia Brunszwiku-Wolfenbüttel zaprojektowano pierwszą trumnę z dostępem do świeżego powietrza oraz miejscem na zapasy żywności. W następnych latach opracowano trumny połączone z dzwonkiem umieszczonym na powierzchni ziemi, a do tego wyposażone w specjalne gwizdki. W niektórych grobowcach drzwi lub wrota można było bez problemu otworzyć od środka.
Trumny bezpieczeństwa, zwane też trumnami ratunkowymi, projektowano przede wszystkim w państwach objętych wiktoriańską pruderią – Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii, lecz również Polacy wnieśli do tej dziedziny swój wkład. W 1892 roku poznański ogrodnik Wojciech Kwiatkowski opracował trumnę, z której w wypadku pogrzebania żywcem można było wysunąć „kłębek kolorowej materii”. Wynalazek udoskonalił hrabia Kajetan Karnicki, który skonstruował specjalny dzwonek oraz wysuwaną z grobu chorągiewkę (zob. il. 2). Warszawska akademia lekarska co prawda doceniła pomysłowość hrabiego, lecz nie zdecydowała się na polecenie jego wynalazku zarządom cmentarzy. Po pierwsze, uznano, że mechanizm alarmowy może uruchamiać trup rozdymający się w procesie rozkładu. Po drugie, postulowano rozwój kontroli lekarskiej zgonów zamiast przeciwdziałania pochówkom za życia.
Warto jednak cofnąć się o ponad pół wieku, do roku 1828. Wówczas pruski zaborca zdecydował o przekształceniu Poznania w twierdzę, której strategicznym punktem miała się stać ogromna cytadela. Postanowiono wznieść ją na terenie dawnego fortu na Wzgórzu Winiarskim, na którego zboczu znajdował się wówczas cmentarz parafialny przy Kościele Świętego Leonarda. Do działania przystąpiono niezwłocznie, z pruskim militarystycznym rozmachem. W trakcie likwidacji nekropolii okazało się, że wiele ciał nosi znamiona przebudzenia w trumnach. Ówczesne gazety podchwyciły sensacyjny temat, wywołując psychozę strachu.
Wydarzenia stały się inspiracją dla hrabiego Edwarda Raczyńskiego z Rogalina. Nie wiadomo, w jakim stopniu ze strachu, a w jakim z prawdziwie szlachetnych pobudek, Raczyński zdecydował się wznieść budynek mający chronić mieszkańców miasta przed pochowaniem za życia.
Hrabia musiał słyszeć o funkcjonujących od kilkudziesięciu lat, przede wszystkim na terenie Niemiec, przysionkach śmierci, zwanych także domami dla pozornie zmarłych. Tu zatrzymajmy się na chwilę, aby dokładniej przyjrzeć się ich historii.
Wydaje się, że w Europie Zachodniej wzrost tafefobii – wtedy jeszcze nienazwanej – można odnotować od połowy XVIII wieku, gdy opublikowano książkę Jeana-Jacque’a Bruhiera pod znamiennym tytułem: Dissertation sur l'incertitude des signes de la mort (Rozprawa o niepewności znaków śmierci). Choć pozycja była właściwie tłumaczeniem i rozwinięciem prac niderlandzkiego lekarza Jacoba Winsløwa, trafiła na podatny grunt i stała się bestsellerem swoich czasów. Autor nie tylko opisywał w niej sposoby stwierdzenia zgonu, ale również z prawie niezdrową fascynacją rozwodził się nad mniej lub bardziej fikcyjnymi sprawami pochówków za życia. Jednocześnie optował za uznaniem jedynej „pewnej” metody weryfikacji śmierci, mianowicie postępującego rozkładu ciała.
Tłumaczenie książki Bruhiera na niemiecki w 1754 roku doprowadziło do rozprzestrzenienia się dysputy w środowiskach naukowych. Zresztą Niemcy szybko postanowili potraktować temat nadzwyczaj metodycznie i całościowo. Pojawiły się postulaty wzniesienia specyficznych kostnic w każdym większym mieście. Owe obiekty, zwane Leichenhalle lub Totenhaus1, miały gromadzić zwłoki pod czujnym okiem strażników, których głównym zadaniem było wyglądanie, czy aby nikt się nie przebudził (zob. il. 3 i 4). Dopiero kiedy na ciałach pojawiały się wyraźne ślady rozkładu, można je było pochować. Nie trzeba się chyba nawet rozwodzić nad tym, jaki w podobnych budynkach musiał panować odór. Poza tym w niektórych kostnicach instalowano złożony system dzwonków podłączonych do zwłok, które na skutek procesów gnilnych były wprawiane w ruch i wywoływały fałszywe alarmy, zapewne przyprawiając niejednego dozorcę o palpitację serca.
Choć odpowiedniki tych budowli powstawały również w innych miastach – Pradze, Lizbonie, a nawet w Nowym Jorku – pozostały przede wszystkim niemiecką specjalnością. Ich popularność zaczęła spadać w drugiej połowie XIX wieku, kiedy placówkom zaczęło brakować „klientów” – wszak korzystanie z ich usług kosztowało, lecz nie pojawiły się żadne dowody, by kiedykolwiek spełniły swą funkcję i trafił do nich ktoś przedwcześnie uznany za zmarłego. W pewnym momencie stały się głównie atrakcją turystyczną, aż wreszcie większość zmieniła przeznaczenie lub została wyburzona.
Jednak o ich przyszłości hrabia Raczyński nie mógł mieć pojęcia. Kiedy w 1843 roku zwrócił się do C. M. Maya, radcy miejskiego w Eisenach, z prośbą o przesłanie dokumentacji tamtejszego domu dla pozornie zmarłych, podobne placówki przeżywały swój rozkwit. Wkrótce na życzenie hrabiego przystąpiono do prac projektowych na terenie Cmentarza Starofarnego na Wzgórzu Świętego Wojciecha w Poznaniu. Raczyński zobowiązał się do partycypacji w kosztach inwestycji oraz utrzymania placówki przez sześć lat, po których miała przejść na własność miasta.
Prace nad poznańskim przysionkiem śmierci jednak nie ruszyły. Hrabia skupił się na innych działalnościach, atmosfera paniki nieco zelżała, więc do projektu wrócił dopiero jego syn – Roger. Placówkę otwarto w Nowy Rok 1848. Trudno odnaleźć jakiekolwiek pewne przedstawienia tego obiektu. Funkcjonował krótko i został rozebrany już po czterech latach, a liczba jego klientów pozostaje nieznana. Wiadomo jednak, że składały się na niego dwie sale – jedna dla mężczyzn, a druga dla kobiet. Palce zwłok były połączone systemem sznurków oraz dzwoneczków mających zawiadomić dozorcę o ewentualnym poruszeniu któregoś z ciał. W razie stwierdzenia takiego „przebudzenia” opracowana została również specjalna procedura. Wezwany lekarz miał wlać do ust niedoszłego denata krztynę nafty, winien nasmarować nią również okolice serca, a pod nos nieszczęśnika podstawić spirytus. Czy kiedykolwiek przeprowadzono podobną akcję, niestety nie wiadomo.
Temat pogrzebań za życia pozostał jednak w pewnej mierze aktualny do dziś. Zgodnie z prawem w większości państw europejskich zwłok nie można pogrzebać szybciej niż w dobę od stwierdzenia zgonu. Wyjątkiem są sytuacje nadzwyczajne, jak choćby śmierci w wyniku chorób zakaźnych.
W latach pięćdziesiątych XX wieku w jednym z londyńskich szpitali rozegrała się niezwykła scena. Mimo wysiłków lekarzy młody pacjent, nastoletni chłopiec, który uległ wypadkowi na rowerze, właśnie był w agonii. Na nic zdawały się wszelkie działania. Walka o życie wydawała się ostatecznie przegrana. Dwóch lekarzy i asystujący im personel wymieniło ponure spojrzenia. To był koniec. Starszy, doświadczony chirurg ściągnął maseczkę i skierował się do drzwi. W ten sposób sygnalizował, że jego praca została zakończona. Papierologia zawsze przypadała w udziale komuś innemu. Zgodnie z wprowadzonym niedawno protokołem stwierdzono śmierć mózgu pacjenta i zdecydowano o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej oddychanie oraz sztuczne krążenie krwi. Gdy dotknięto głowy nastolatka, ten jakby się wzdrygnął, gdzieniegdzie na jego skórze pojawiła się gęsia skórka, po czym chłopiec powoli uniósł ręce i niczym mumia egipska skrzyżował je na piersi.
– Cholera… – wyrwało się młodemu lekarzowi. Mężczyzna przypatrywał się wszystkiemu bez przesadnego strachu, lecz z naukowym zaciekawieniem. – Przecież on jest martwy!
Był to pierwszy raz, gdy medyk spotkał się z podobnym zachowaniem, przy czym było ono znane starszym pracownikom szpitala. „Odruch Łazarza” już od kilku dekad opisywano i badano. Stanowi on reakcję odruchową, która odbywa się wyłącznie poprzez nerwy, bez udziału mózgu. Kolejne impulsy zachodzą jedynie na poziomie rdzenia kręgowego. W pewnym sensie można go przyrównać do odruchu kolanowego, będącego reakcją na przykład na uderzenie przez neurologa młoteczkiem w ścięgno mięśnia czworogłowego uda pod rzepką, co powoduje wyprostowanie nogi w stawie kolanowym.
Imię Łazarza z Betanii, którego Chrystus ożywił z martwych, dało nazwę również innemu zjawisku, syndromowi Łazarza. 5 sierpnia 2013 roku Anthony Yahle, trzydziestosiedmioletni mieszkaniec Bellbrook w amerykańskim stanie Ohio, zaczął cieżko oddychać. Mimo prób nie udało się go obudzić. Stan mężczyzny błyskawicznie się pogarszał, aż jego puls całkowicie ustał. Ratownicy medyczni przybyli w ostatniej chwili, by przeprowadzić resuscytację, która zakończyła się szczęśliwie – mężczyźnie przywrócono akcję serca. To jednak dopiero początek historii. Pan Yahle został przetransportowany do Kettering Medical Center, gdzie ponownie doszło u niego do zatrzymania krążenia. Tym razem reanimacja się nie powiodła i lekarzom pozostało stwierdzić zgon pacjenta. Co do jego śmierci nie było najmniejszych wątpliwości.
Kilkadziesiąt minut później do szpitala przybył syn zmarłego.
– Proszę się pożegnać – rzuciła do niego ponuro pielęgniarka. – Przykro mi.
Zdruzgotany mężczyzna wszedł na salę, gdzie spoczywało ciało pana Yahle’a. Personel szpitala jeszcze nie zdążył przykryć go prześcieradłem ani odłączyć od aparatury. Syn zmarłego podszedł do łóżka i dotknął dłoni ojca. W tym samym momencie zerknął na ekran monitora wiszącego u wezgłowia łóżka.
– Proszę pani! – krzyknął nagle.
Kiedy do sali wpadła pielęgniarka, zapytał zdumiony:
– Czy to tak powinno wyglądać?
Monitor wskazywał, że serce pana Yahle’a nadal bije. Po wielu minutach przerwy niespodziewanie podjęło pracę. Natychmiast przystąpiono do akcji ratunkowej i… udało się przywrócić mężczyznę do życia oraz pełni zdrowia. Przez kolejne lata wielokrotnie występował publicznie i opowiadał o swoich doświadczeniach.
U Anthony’ego Yahle’a stwierdzono syndrom Łazarza. Występuje on, gdy po przerwaniu akcji reanimacyjnej u pacjenta dochodzi do powrotu krążenia oraz czynności życiowych. Następuje to w ciągu różnego czasu, zazwyczaj paru lub parunastu minut, lecz zdarzało się, że również w ciągu kilku godzin. Co niezwykłe, wielu dotkniętych syndromem nie miało później żadnych poważniejszych problemów neurologicznych. Mimo prowadzonych badań do tej pory nie zdołano w pełni zrozumieć mechanizmu tego zjawiska. Przypuszcza się, że może za nie odpowiadać zwiększone na skutek reanimacji ciśnienie w klatce piersiowej pacjenta lub reakcja na podawane leki, przede wszystkim adrenalinę.
Podejrzewa się, że znaczna część najgłośniejszych w ostatnich latach wybudzeń w kostnicy lub domach pogrzebowych ma związek właśnie z wystąpieniem syndromu Łazarza, choć liczba udokumentowanych przypadków ogranicza się do kilkudziesięciu. Występowały również w Polsce. Rano 6 listopada 2014 roku pewien mężczyzna w Ostrowie Lubelskim odwiedził swoją dziewięćdziesięciojednoletnią ciocię. W domu panowała cisza, a staruszka – jak się okazało – leżała bez życia w sypialni. Zgon stwierdziła doświadczona lekarka – ciało wykazywało już pierwsze symptomy stężenia pośmiertnego. Zmarła trafiła do kostnicy. Nie sposób wyobrazić sobie zaskoczenia jej pracownika, gdy kilkanaście godzin później otworzył worek z ciałem, a rzekoma denatka wbiła w niego zdziwione spojrzenie. Niebawem poruszyła ręką, co zmobilizowało mężczyznę do natychmiastowego działania. Wezwany lekarz stwierdził nie tylko, że staruszka jest żywa, ale również że nie wymaga hospitalizacji.
Syndrom Łazarza oraz odruch Łazarza należy odróżnić od jeszcze jednego zjawiska – śmierci pozornej, czyli stanu, kiedy czynności życiowe, na przykład oddychanie i bicie serca, są bardzo spowolnione lub wręcz zatrzymane. Zdarza się wówczas, że podobna katatonia na skutek braku możliwości przeprowadzenia dokładniejszych badań jest mylona ze śmiercią. To właśnie ten stan uznaje się za najczęstszą przyczynę przedwczesnych pochówków w ubiegłych wiekach. Co ciekawe, upodabnia się on również do zjawiska nazywanego przez biologów tanatozą. Obserwując mrówki domowe, można dostrzec, że często w chwilach śmiertelnego zagrożenia doskonale udają one śmierć. Zdaje się wówczas, że są martwe, lecz kiedy zagrożenie mija, odzyskują pełną sprawność. Tanatozę odnotowano również między innymi w przypadku oposów zapadających w katatonię na skutek szoku, zaskrońców leżących bezwładnie na grzbiecie jak martwe lub samic niektórych żab, które popadają w stan półśmierci, aby uniknąć niechcianych stosunków. Biologia człowieka ma więcej wspólnego z ogółem świata przyrody, niż zazwyczaj sądzimy. Łączą ją z nim również „sprawy ostateczne”.
W 1837 roku belgijski malarz Antoine Wiertz kończył studia na akademii w Rzymie. Gdy miał już za sobą większość egzaminów, dotarły do niego wieści o epidemii cholery, która rozprzestrzeniała się w Neapolu. Gnany romantycznym niepokojem ducha, artysta postanowił natychmiast udać się do stolicy Królestwa Obojga Sycylii. To, co zastał na miejscu, miało pozostać w nim na całe życie.
Przemierzając karetą duszne ulice miasta, Wiertz widział dziesiątki umierających, którzy leżeli na bruku tuż obok zmarłych. Wszędzie niosły się jęki i zawodzenia. Jeszcze zdrowi mieszkańcy domagali się od władz miejskich natychmiastowego usuwania zwłok i grzebania ich w zbiorowych mogiłach. Nikt nie weryfikował zgonów. Bez wątpienia niejednokrotnie przepracowani grabarze rzucali na wozy żywych ludzi, którzy następnie trafiali do bezimiennych grobów. Podobne sceny rozgrywały się zresztą w trakcie niemal wszystkich poprzednich pomorów. Wspominają o nich chociażby Samuel Pepys i Daniel Defoe w kontekście epidemii dżumy w Londynie w 1665 roku.
Stworzony w 1854 roku przez Wiertza obraz jest jednym z najwyborniejszych świadectw przerażających wydarzeń. L’inhumation précipitée (Przedwczesny pogrzeb) – taki nosi tytuł – przedstawia ciemne wnętrze krypty, w której znajdują się proste trumny, szkielet i gruba lina. Z trumny złożonej naprzeciw widza z trudem wydostaje się człowiek. Unosi wieko i wyciąga dłoń, a jego przerażone spojrzenie pada na czaszkę. Wnikliwy oglądający dostrzeże ciekawy akcent – czerwony napis na boku wieka: Mort du cholera – certifié par nous docteurs [signé] sandoutes (Umarły na cholerę – poświadczono przez naszych lekarzy, bez żadnych wątpliwości).
Tanatoza i śmierć pozorna mogą zawsze zostać wykluczone w wyniku prawidłowego badania stwierdzającego zgon. Właśnie metodom jego stwierdzenia, czyli owemu punktowi wyjścia do rozważań o śmierci, należy się więcej uwagi. Podobnie jak samemu zdefiniowaniu, czym tak naprawdę jest śmierć. A to wcale nie takie proste…
– Synu mój – do mnie mistrz uprzejmy powie –
ci, co w niełasce umierają bożej,
wszystkich stron świata schodzą tu synowie,
i owe wody przebywać są skorzy,
bo sprawiedliwość tak ich prze surowa,
że pragną właśnie tego, co ich trwoży.
Pokonaliśmy przedpiekle, Charon już czeka. Ale niektórzy jeszcze mogą zawrócić. Choć zdaje się to nieprawdopodobne, są wśród nas chorzy, lecz nie umarli. Są tu umarli, lecz nadal słyszący, są ci, którzy zastygli w swojej pozie i od stuleci tkwią w medytacyjnej zadumie. Łódź Charona nie utrzymuje ich ciężaru, buja się niebezpiecznie, zagrażając nie tylko przewoźnikowi śmierci, ale i płynącym z nim zmarłym. Nikt przecież nie wie, czy w zaświatach trup może utonąć. Ale czy ktokolwiek miał w ogóle odwagę się nad tym zastanawiać?
Wyruszmy im na spotkanie. Przedpiekle za nami. Przed nami kręgi piekielne.
Dalsza część w wersji pełnej
1 W samych początkach nazywano je również poetycko: vitae dubiae azilia – azylami wątpliwego życia.
2 J 11,43, Biblia Tysiąclecia, Pallottinum, Poznań 2003. Kolejne cytaty z Biblii za tym wydaniem.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Wstęp, ze śmiertelną powagą
Rozdział I. Słowo daję, Pan Andersen tylko wygląda na martwego
A kiedy przyjdzie po mnie…
Uwaga, wkraczają Prusacy!
„Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
