Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ślepiec - Max Czornyj

Cudze oczy patrzą na was.
Zawsze.

Ona ma takie piękne oczy. Muszę je mieć…

 

W pustym mieszkaniu w jednym z gdańskich bloków zostaje znalezione makabrycznie okaleczone ciało mężczyzny. Sprawa zostaje przydzielona komisarz Lizie Langer, która musi zmierzyć się także z własnymi problemami z przeszłości.
Do zespołu śledczych dołącza Orest Rembert - młody profiler, który zdaje się bardziej zafascynowany tworzeniem portretu psychologicznego komisarz niż zabójcy. Langer i Rembert tworzą szczególny duet, razem stawiając czoła seryjnemu mordercy.
Sprawa jednak stanęła w martwym punkcie do momentu, kiedy morderca znowu daje o sobie znać. Po raz kolejny ze szczególnym okrucieństwem upodobał sobie oczy swojej ofiary. Kim jest mężczyzna nazywający siebie Ślepcem? Kto będzie kolejną ofiarą?

Bestialstwo zbrodni i presja opinii publicznej napędzają akcję do zawrotnego tempa, a Czornyj po raz kolejny udowadnia, że nie zdobył list bestsellerów przez przypadek.

Opinie o ebooku Ślepiec - Max Czornyj

Fragment ebooka Ślepiec - Max Czornyj

Jak to na przykład stało się we współczesnej Europie: panuje dziś przesąd, który pojęcia „moralny”, „nieegoistyczny”, „desinteresse” za równowartościowe uważa, już z siłą idée fixe.

Fryderyk Nietzsche, Z genealogii moralności

(w przekładzie L. Staffa)

Pamięci Jerzego Reutera,

pisarza, redaktora, dramaturga.

Mężczyzny, który ożywił pasję chłopca

DZIEŃ PIERWSZY

1.

− Ayahuasca w języku keczua znaczy tyle, co „pnącze dusz”. Mogą mi państwo nie wierzyć, ale już po pierwszym łyku tego wywaru nazwa wyda się nam zupełnie oczywista... (śmiech)

Wystarczy rozmowa na temat ayahuasci i od razu robi się weselej. Ale do rzeczy, bo – niestety – narzucono nam barbarzyński limit czasu antenowego. Tego nie przeskoczymy, bez względu na zażyte substancje. Pytał pan redaktor, jak wyglądają indiańskie ceremonie plemienne związane z tym psychodelikiem. Dawniej większość z nich polegała na przepowiadaniu przyszłości i wróżbach. Coś jak nasze gusła. Teraz najczęściej ayahuascą po prostu się leczy. To znaczy nie do końca tak, jak antybiotykiem czy, powiedzmy, syropkiem. Ayahuascą leczy się tak, że pije ją i chory, i szaman, a potem obaj są zdrowi i zadowoleni. Piękne, prawda?

– No dobrze, ale czy są jakiekolwiek naukowe przesłanki działania tego specyfiku? Wspomniał pan, że prowadzono badania nad wpływem...

– Tak, tak. Ayahuasca i jej wpływ na organizm zostały przebadane na wszystkie strony. Przez amerykańskie agencje rządowe, koncerny farmaceutyczne, Chińczyków, a kilka lat temu prywatną ekspedycję do dżungli wysłała nawet jakaś firma z Polski.

Co odkryto? Ano, nic nadzwyczajnego.

Do wywaru trafiają między innymi liście chacruny, zwanej też psychotrią. W tym wypadku nazwa mówi sama za siebie, chyba nie muszę tłumaczyć. (chichot) Znajduje się w nich substancja halucynogenna zwana DMT. Warto nadmienić, że również każdy z nas ma w sobie pewien jej zasób. Produkuje ją szyszynka, maleńki gruczoł ulokowany wśród płatów naszego mózgu.

Drodzy państwo, jest tu miejsce na pewną dygresję. Istnieje teoria, zgodnie z którą rozkład szyszynki następuje już w chwili umierania, w ostatnich sekundach życia. Efektem jest gwałtowne uwolnienie zmagazynowanych DMT, czym między innymi tłumaczy się fantastyczne wizje, o których opowiadają niektórzy odratowani pacjenci. Smutne, ale prawdziwe. Znaczyłoby to, że nie widzieli bram niebios ani...

Dobra, dość tego. Żadnego znaku dającego nadzieję na stację benzynową, żadnej knajpy ani przydrożnego zajazdu. Szyszynka Michała Kasprzyckiego miała się dobrze, za to jego pęcherz buzował i groził eksplozją. W gównianej audycji zaczynali smęcić i przynudzać. Doświadczenia pośmiertne. Indiańskie eliksiry. Zaraz będą zapraszać na zorganizowane wycieczki. Tylko dokąd? Do dżungli czy do szpitala? A może wystarczyłaby Praga lub Amsterdam...

Mężczyzna rozglądał się za najmniejszym kawałkiem utwardzonego pobocza. Powinien kupić suva albo cokolwiek większego niż dwuosobowe bmw ze sztandarowym napędem na tylne koła. Byle błoto unieruchomiłoby go tu na dobre. Chociaż może to nie kwestia auta, a gównianego kierowcy? Raczej nie dopuszczał tej ewentualności.

W chwili, gdy o tym pomyślał, niebezpiecznie przyspieszył i zbyt optymistycznie obliczył kąt wejścia w zakręt. Samochodem zarzuciło, wciśnięty hamulec zblokował koła, a opony zapiszczały, trąc o szorstką nawierzchnię. Tylko cudem powstrzymał auto przed wypadnięciem z drogi. Było w tym zresztą więcej zasługi elektronicznych systemów niż jego umiejętności.

Musiał się wysikać.

Cholerny pęcherz dekoncentrował go bardziej, niż gdyby prowadził rozmowę konferencyjną. Nie zwracając uwagi na żwir, zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Włączył światła awaryjne.

Nie wszedł nawet w głąb lasu, tylko stanął przy pierwszej linii drzew.

Ulga.

Zabawa hormonami naprawdę mogła przynieść odlot, skoro wystarczyło zwykłe opróżnienie pęcherza, by zrobiło się o niebo lepiej. Może nerki w trakcie sikania wydzielały DMT czy inne cuda. Kto wie?

Kiedy wracał do auta, poczuł intensywny zapach benzyny. W jednej chwili oblepił mu nozdrza i gardło, mieszając się z gęstą wonią opadłego igliwia oraz lasu. Musiał splunąć. Słodkawy posmak był nie do zniesienia.

Nachylił się i klnąc, zajrzał pod auto. Nie zauważył jednak żadnego wycieku. Naprawdę powinien kupić nowy wóz. Zdrowy rozsądek od dawna za tym przemawiał, lecz on wzbraniał się, zbierając grosz do grosza na przytulne gniazdko, w którym zamieszkaliby z Lizą.

Obszedł rupiecia jeszcze z drugiej strony. Maszerując przez wąski pas trawy, nieopatrznie trącił coś butem. Sześcienne tekturowe pudełko, przypominające te, jakich używa się do pakowania prezentów świątecznych, wydało z siebie ciche piśnięcie.

Bombowo. Naprawdę bombowo.

Pochylił się nad nim ze złym przeczuciem, co będzie w środku. Piśnięcia przypominały stłumiony, przerywany płacz dziecka. W jakiejś reklamie podobny odgłos wydawała lalka, po naciśnięciu jej w zaokrąglony brzuszek. Idiotyzm.

Strącił wieczko i wbił wzrok w splątane, drżące ciałka pięciu szczeniaków. One również z pewnością popatrzyłyby na niego, gdyby nie były jeszcze ślepe, bezradne i otumanione.

– Szlag!

Dlaczego wszystko waliło mu się na głowę właśnie wtedy, kiedy się spieszył? Liza marzyła o uroczym zwierzątku. Ratując zasrane szczeniaki, zostałby bohaterem dnia, a sprowadzając jednego do domu...

Nie było takiej cholernej opcji. Jeśli marzył o podpisaniu projektu, miał niecałe pół godziny na dojechanie do firmy. Prezesik Cienki-Kurczę-Krawat zachowywał się jak primadonna przed spektaklem i potrafił strzelić niemożebnego focha za minutę spóźnienia. Po dwóch przypominał furiata, a później Kim Dzong Un stawał się przy nim przykładem przewidywalności.

Wyjął komórkę i wyszukał numer pogotowia dla zwierząt. Nie mógł ich tu przecież zostawić. Rozkład dnia i zapchany terminarz nie przewidywały choćby pięciu minut na rozwożenie autostopowiczów po schroniskach, ale karma powinna mu zwrócić chwilę poświęconą na znalezienie numeru. Dlaczego matka natura dała mu wrażliwe serce, które litowało się nad każdym zwierzęciem?

– Cholera, ładuj się...

Jeden z łebków poruszył się, jakby mu przytakiwał. Strona wczytywała się w ślimaczym tempie. Wreszcie zamiast wyników wyświetliła się informacja o błędzie.

– Kurw... – syknął, minimalizując aplikację.

Jedna kreska to było za mało dla Internetu, ale połączenia powinny działać. Wybrał pierwszy domyślny numer. Oczywiście, był to kontakt do Lizy i, oczywiście, odebrała po pierwszym sygnale.

– Jesteś w domu? – Nie wiedział, jak przejść do sedna.

– Coś się stało?

– Chodzi mi o to, czy masz teraz chwilę.

– Jasne. – Jej głos zdradzał zaniepokojenie i – a być może przede wszystkim – podejrzliwość. – O co chodzi?

– Jestem dwadzieścia kilometrów od Gdańska. Dokładnie w... – Przysłonił dłonią oczy, starając się rozczytać majaczący w oddali znak. – Mam kilometr do Nadbrzeźnicy.

– Złapałeś gumę czy co się stało? Michał, do licha!

– Spokojnie... – Popatrzył na skłębione, kudłate ciałka. – Zatrzymałem się wysikać i prawie wlazłem w pudełko ze szczeniakami. Jakiś gnój je tu wyrzucił. Potrzebuję numeru...

– Weź je do auta.

– Wiesz, że jestem umówiony na to cholerne spotkanie! Nie będę przecież paradował po biurze z pudełkiem pełnym szczeniaków.

– Chwila, zaczekaj...

– Posłuchaj, zaraz się spóźnię i będzie pozamiatane – przekonywał nie tylko Lizę, lecz także siebie. – Zadzwoń do schroniska i powiedz, że są w pudełku po prawej stronie krajowej siódemce w kierunku Gdańska. Jakieś sto metrów przed... Albo do diabła z tym, zaniosę je prosto pod znak, że został kilometr do cholernej Nadbrzeźnicy.

Przytrzymał telefon pomiędzy uchem a ramieniem i wziął pudełko. Nie było ciężkie. Pięć szczeniąt razem nie ważyło więcej niż kilogram.

– Michał?

– No?

– Ładne są?

– Raczej ślepe i brudne. I tak, owszem, z bezgraniczną chęcią wziąłbym jednego z nich, gdyby moja robota nie wisiała na włosku.

– Już mam numer. Zapiszę namiary tego schroniska. Może potem...

– Dzwoń do nich. Pudełko jest pod samym znakiem, nie wylezą z niego. Ja muszę już pędzić.

– Jasne. Krajowa, znak, że za kilometr Nadbrzeźnica?

– Zgadza się. Do zobaczenia wieczorem.

Westchnięcie. Tak jak szczenięta rozkosznie piszczą, tak kobiety wymownie wzdychają.

– Gdybyś się jednak skusił na jednego...

– Liza. To kilkudniowe szczeniaki. Szczerze wątpię, czy dociągną do jutra. Niech ludzie ze schroniska się pospieszą i wezmą cholerne smoczki.

Wrócił do auta i uruchomił silnik. Jeszcze raz zerknął w stronę pudełka.

– Muszę kończyć. Naprawdę się spieszę.

– Przepraszam, już dzwonię. Daj znać, gdy tylko dojedziesz.

– Dam. Kocham cię.

Wiedział, że Liza powie „ja ciebie bardziej”, ale w tym momencie już odsunął telefon od ucha. Rozłączył się i wyjechał na drogę główną. Z szutrem auto poradziło sobie bez problemu. Może niepotrzebnie się na nie dąsał. Dawało przecież niesamowitą frajdę z jazdy, a poza tym w obecnej sytuacji nie było go stać na nic lepszego.

Skupił się na prowadzeniu i szybko zapomniał o szczeniętach. Po obu stronach drogi ciągnął się gęsty, intensywnie zielony las. Od kilku minut Michał nie minął żadnego auta, co ze względu na porę było co najmniej dziwne. Jeżeli trasę zablokował jakiś wypadek, mężczyzna był ugotowany. Włączył nawigację, aby sprawdzić najnowsze informacje, lecz urządzenie nie miało zasięgu. Z technicznego punktu widzenia nie było to prawdopodobne, a wręcz – było zupełnie niemożliwe.

Connecting...

Radio wydało z siebie szmer trzasków, oznajmiając, że znalazł się w samym środku pustkowia. Podgdański trójkąt bermudzki, do kurwy nędzy.

– Warto nadmienić, że również każdy z nas ma w sobie jej pewien zasób. Produkuje je szyszynka, maleńki gruczoł...

Zaraz, co jest?! Przecież to już było. Czy te gnoje powtarzają audycję? Usłyszał za sobą piski szczeniąt. Tego było za wiele. Odwrócił się w stronę tylnej kanapy i wstrzymał oddech.

Zamrugał.

W ułamku sekundy świat się zassał, rozjaśnił i skurczył do innej rzeczywistości. Poczuł się, jakby prosto w oczy zaświeciła mu latarnia morska. Zawrót głowy był tak silny, że zebrało mu się na wymioty.

Pisk szczeniąt okazał się piszczeniem metalowego odłamka, który zwisał z dachu. Chociaż nie do końca... Dach znajdował się pod jego nogami, lecz zdrętwiałe dłonie dotykały skórzanej podsufitki. Wokół palców skrzyły się czerwone krople. Jak sople krwistego lodu zastygły, by zaraz się rozpuścić i poznaczyć materiał brudnymi smugami. Zrobiło się bardzo zimno.

Myśli Kasprzyckiego pędziły jak na obłędnym rollercoasterze, lecz kolejne wagoniki wypadały z trasy. Gubiły się i rozpływały. Chciał głęboko zaczerpnąć powietrza, ale z jego gardła dobiegło jedynie zduszone rzężenie. Znowu poczuł intensywny zapach benzyny. Jej mdły posmak oblepił mu przełyk, jednak nie miał dość siły, by splunąć.

Radio trzeszczało z różną głośnością, jakby ktoś się nią bawił. Niewidoczna dłoń kręciła pokrętłem. Nagle sygnał się wyostrzył i kabinę pojazdu wypełnił czysty śpiew Edyty Geppert.

A ostatni smuteczek jest o to,

Że człowiek jedzie, a pies musi biec piechotą.

Lecz wystarczy pieskowi dać mleczko

I już nie ma smuteczków nad rzeczką...

Ostatnie dźwięki porwał szum zakłóceń, ale mężczyzna znał ten fragment na pamięć. Gdyby nie krew zbierająca się w jego gardle, mógłby go nawet zanucić.

To byłyby jego ostatnie słowa. Audycja, której wysłuchał, wcale nie była do dupy. Rzeczywiście, w ostatnich chwilach życia uwalniają się rezerwy hormonów. Ułamek sekundy przed wybuchem zbiornika z benzyną Michał Kasprzycki uśmiechnął się. Być może zyskał nawet dar jasnowidzenia. Być może właśnie rozkładała się jego szyszynka. Ale nie było przy nim nikogo, komu mógłby o tym opowiedzieć.

2.

Lęk jest zdrową reakcją organizmu. Wyostrza zmysły, przygotowuje do odparcia ataku lub do ucieczki. Pozwala przeżyć. Jednak przesadny lęk paraliżuje, tłamsi zdolność obrony, a w skrajnych przypadkach może doprowadzić nawet do zgonu. Psychiatrzy nazywają go lękiem napadowym. Pojawia się znikąd i oplata swoją zdobycz demonicznymi szponami. Nagły wzrost stężenia adrenaliny przyspiesza rytm serca i stanowi jasną zapowiedź rychłego zawału, którego najbardziej charakterystycznym objawem jest silny ból w klatce piersiowej, tuż za mostkiem. Zazwyczaj przypomina pieczenie lub ucisk, które trwają kilkadziesiąt minut, narastając z każdą chwilą. Zdarza się, że promieniuje aż do krtani, a czasem i dalej, przejmując we władanie całą lewą rękę ofiary.

Olgierd Lipta nie wiedział, czy Felczyńskiego zabił lęk. Nie wiedział nawet, jak Felczyński miał na imię. Właśnie stracił pacjenta. Jednego z kilkunastu tygodniowo i kilkuset rocznie. Pacjent, numerek, człowiek. Lipta walczył do końca, lecz musiał się poddać. Niemal godzinna reanimacja nie była w stanie przywrócić życia czterdziestoletniemu, niepalącemu adwokatowi. Tyle o nim wiedział. Personel lubił takie ciekawostki, zebrane podczas wywiadu. Prześcieradło zarzucono na postawną, wysportowaną sylwetkę człowieka, o którym kilka godzin wcześniej powiedziano by, że jest okazem zdrowia i uosobieniem sił witalnych. Pojawiał się w mediach, przemieszczał nafaszerowanym gadżetami mercedesem, regularnie chodził na basen, gdzie przepływał równy kilometr, a następnie wypacał brudy swojego fachu w leczniczej saunie. Gdyby zabił go strach, byłoby to bardziej humanitarne od poddania się zwykłej miażdżycy.

Godzina zgonu: czwarta sześć nad ranem.

Nocne wezwania zakończone podobnym lakonicznym stwierdzeniem niezmiennie napawały go przygnębieniem. Oto wyrwany telefonem w środku nocy jechał, aby stoczyć walkę, w której nie chodziło o pas mistrzowski. Sam stanowił jedynie tło, a po pojedynku to nie jego rękę podnoszono w tryumfalnym geście. Pacjent zmarł, a jego ponownie dopadło poczucie bezsensu. Tym bardziej że sam miał czterdzieści jeden lat, trzy razy w tygodniu przebiegał po osiem kilometrów i nie palił papierosów. Pił też umiarkowanie. Z rozsądkiem, jak powiedziałaby jego babka. Dyżury pod telefonem potrafiły jednak wykończyć.

Parkingowy podniósł szlaban, ale w ostatniej chwili wyszedł ze swojej budki i machnął w jego stronę. Lipta opuścił szybę. Chciał jak najszybciej wrócić do domu.

– Nie ma pan flaka, doktorze?

Elektroniczny system pokazywał, że wszystko jest w porządku. Mimo tego Lipta wysiadł z auta i zerknął na oponę, którą wskazywał chudy jak szczapa stróż. Rzeczywiście, w żółtym świetle latarni wydawało się, że wypełnia ją zbyt mało powietrza.

– Cholera... – Lipta przegładził palcami gumę, ale nie wyczuł nierówności. Nie było widać żadnych uszkodzeń.

– Może to tylko ciśnienie?

– Komputer pokazuje, że wszystko w porządku...

– Nafaszerują te auta techniką, a sam pan widzi. Jest kapeć.

W tonie podstarzałego chudzielca wyczuwał ironię. Gapił się na oponę, z której z całą pewnością uszło powietrze, a bredził o komputerze, jakby ten był nieomylną wyrocznią.

– Pojadę na stację i sprawdzę. Dzięki.

Zirytowany wrócił do auta i trzasnął drzwiami. Jeszcze raz przełączył systemowe ekrany podglądu. Nagle mrugnęła czerwona ikonka. Ciśnienie w przedniej, lewej oponie spadło do półtora bara. Graniczna wartość, jazda, przy której narażała felgę na odkształcenia. Ryzyko było niewielkie. Do stacji miał niespełna kilkaset metrów, a na założenie dojazdówki poświęciłby zbyt wiele czasu. Zabawa z zestawem naprawczym też mu się nie uśmiechała. O tej porze miał jeszcze szansę wrócić do domu i zdrzemnąć się chwilę przed powrotem na poranną zmianę.

Machnął do parkingowego i powoli wyjechał na główną ulicę. Kilka minut później, wzdychając, odnotował, że opona nie została uszkodzona. Z niezrozumiałych względów zeszło z niej po prostu powietrze. Dwa razy odczekał, upewniając się, że ciśnienie pozostanie w normie, wreszcie odłożył gumowy przewód miernika i ruszył w stronę budynku stacji. Skoro stracił już kwadrans snu, strata kolejnych pięciu minut była bez znaczenia. Smak hot doga z sosem tysiąca wysp w pełni ją rekompensował, a co więcej, pozwalał zaoszczędzić czas przeznaczony na przyrządzenie i zjedzenie śniadania. Po solidnej porcji bułki z parówką z całą pewnością nie będzie miał na nie ochoty. A co do zdrowotności... No cóż. Nie należało być przesadnie drobiazgowym.

Dokładnie o czwartej trzydzieści dwie Olgierd Lipta wytarł umazane sosem palce w papierową serwetkę i wyrzucił ją do kosza. Dwanaście minut później zaparkował sportowe auto w podziemiach trzypiętrowego apartamentowca. Jeszcze raz zerknął na oponę, ale wszystko wydawało się być w porządku. Elektroniczny system również to potwierdzał.

– Pieprzyć systemy elektroniczne – syknął do siebie.

Obszedł auto, wyciągnął z bagażnika skórzaną teczkę i ruszył do windy. Na stałe zapalone były jedynie reflektory wzdłuż głównej alei parkingu, a światło przy bocznych stanowiskach uruchamiało się, gdy czujniki zarejestrowały ruch. W godzinach szczytu rozwiązanie wydawało się idiotyczne, bo co chwilę rozbłyskiwały inne fragmenty podziemi. W godzinach nocnych, kiedy przemierzało się parking w pojedynkę, napawało niepokojem.

Cyk.

Zamigotały żarówki przed nim.

Klik.

Lampa z tyłu spełniła już swoje zadanie.

Ciągłe zmiany kąta padania światła wywoływały przesuwające się spazmatycznie po dziesiątkach aut cienie, które gięły się i wiły w obłych zakątkach karoserii. Wpełzały, chowając się pod ich podwoziami.

Echo niosło kroki Lipty, jakby podziemia przemierzała cała kompania wojska. Poza nim jedynym odgłosem był szum wody w zawieszonych pod stropem rurach. Ktoś już obudził się do życia. A może, tak jak on, właśnie wrócił do mieszkania i wziął prysznic przed wskoczeniem do nagrzanego przez żonę łóżka.

Lipta przywołał windę. Jej kabina zjechała bezszelestnie. Przez kilka sekund, kiedy stał nieruchomo, czujniki światła zdążyły o nim zapomnieć. Ostatnia lampa, zawieszona tuż nad jego głową, zgasła. Zniecierpliwiony, machnął ręką. W tej samej chwili rozsunęły się metalowe drzwi i brzęknął zapraszający do środka dzwonek.

W windzie pachniało mdłymi damskimi perfumami. Stara panna z ostatniego piętra liczyła na to, że wylewając na siebie cały ich flakonik, zdoła usidlić każdego napotkanego mężczyznę. Trwało to co najmniej od trzech miesięcy, a jedynym efektem była permanentna woń wypełniająca korytarze budynku, włażąca w każdy zakamarek i nasączająca wykładziny.

Świństwo.

Winda ruszyła. Lipta przejrzał się w lustrze pokrywającym jedną z jej ścian. Miał podkrążone oczy, zmierzwione włosy i ciemną szczecinę zarostu, który zdążył urosnąć przez ostatnią dobę. W bladym świetle ledowej żarówki jego skóra przybrała kolor mleka zmieszanego z jogurtem jagodowym. Wyglądał na chorego. Winda zaczęła wyhamowywać. Wreszcie drzwi się rozsunęły, a dzwonek dał sygnał pożegnania. Taki sam jak ten, który przed chwilą zapraszał go do środka. Kwestia interpretacji.

Na piętrze znajdowały się cztery mieszkania, otaczające niewielki prostokąt wspólnego korytarza. Również tutaj światła uruchamiały się, kiedy czujniki wykryły zmianę temperatury. Właśnie tym był dla nich ruch.

Lipta wyciągnął z teczki klucze i nimi potrząsnął. Jak na złość ten właściwy wiecznie zahaczał się o resztę. Już dawno planował odłączyć go od całego pęku. Oczywiście, nigdy nie było na to czasu.

Przeszedł obok rzędu butów ustawionych przy wycieraczce sąsiada i zdał sobie sprawę, że coś się nie zgadza. Nie chodziło o liczbę par ani bałagan. Dopiero po chwili jego umysł zarejestrował, w czym rzecz. Kolejne drzwi, opatrzone mosiężną tabliczką z numerem siedemnaście, były uchylone. Mieszkanie, w którym od ponad roku nikt nie mieszkał, nie miało prawa być otwarte. Właściciele przeprowadzili się do stolicy, a lokal był ich inwestycją na przyszłość. Wynajem ich nie interesował. Poprosili Liptę, aby w miarę możności zwracał na nie uwagę, co właściwie ograniczało się do zerknięcia na drzwi, ewentualnie – z zewnątrz na balkon.

Zawsze mogli wrócić.

Światło w środku było jednak zgaszone.

Może nie domknęli drzwi i poszli spać.

Kiedy przed niespełna trzema godzinami wychodził na telefoniczne wezwanie, były zamknięte.

Śpieszył się. Mógł to przegapić.

Podciągnął rękaw płaszcza i sprawdził godzinę. Za trzy piąta. W sam raz, aby jeszcze chwilę się zdrzemnąć.

Zrobił krok do przodu i zastukał. Odpowiedziała mu cisza. Westchnął i zdenerwowany zapukał ponownie. Nie wiedział nawet, czy w mieszkaniu znajdowały się jakiekolwiek sprzęty. Właściciele mogli wszystko zabrać ze sobą, co wydawało mu się najrozsądniejsze. Nasłuchiwał przez kilka sekund. Znowu nic.

Z irytacją pchnął drzwi. Przez niedomknięte żaluzje do środka wpadał poranny brzask, rozświetlając zupełnie pusty przedpokój. Naga czarno-biała terakota skrzyła się w subtelnym świetle. Z tej pozycji Lipta nie widział niczego więcej. Bezwiednie napinając mięśnie, przestąpił próg i zerknął w głąb mieszkania.

Światło za nim ponownie się włączyło.

Klik.

Cyk.

Nie musiał wchodzić dalej.

– O kurwa...

Tym razem to na jego czterdziestoletnim sercu lęk zacisnął swoją morderczą dłoń.

3.

Deszczowy pies znowu dopadł ją w środku nocy i nie pozwoli się odgonić przez wiele następnych dni. Będzie warczał i skomlał, i nie odstąpi jej nawet na krok. Była tego pewna.

Z mnóstwa wizyt u lekarza terapeuty wyniosła umiejętność obrazowania nadciągającego przygnębienia, stos recept i w miarę głębokie przeświadczenie, że nie jest tak źle, aby za najlepsze lekarstwo uznała służbowego glocka. Kiedyś zresztą otarła się o tę myśl.

W ostatniej chwili zrozumiała, że deszczowego psa nie powinna się bać. Musi go tylko zobaczyć. Po raz pierwszy pojawił się w dniu, kiedy psycholog kazał jej przyrównać samopoczucie do dowolnego przedmiotu lub sytuacji. Nie mówił, że będzie to proste. Nie mówił, że w jakikolwiek sposób poczuje się dzięki temu lepiej. Zmrużył jedynie mętne oczka i czekał. Kiedy nie odzywała się przez zbyt długą chwilę, złożył dłonie w piramidkę, a po kolejnych kilkudziesięciu sekundach pochylił się w fotelu. Był to ruch niemal niezauważalny. Terapeuta odchylił się ledwie o kilka stopni od skórzanego oparcia, lecz zrobił wszystko, by skupić na sobie pełną uwagę. Znała tę technikę, a jednak jak dziecko jej uległa. Musiała coś powiedzieć, a pierwsza myśl wiązała się z podświadomym, pierwotnym skojarzeniem. W żadnej innej sytuacji nie pozwoliłaby mu przedrzeć się do realnego świata.

Smutek był jak deszczowy pies.

Za każdym razem wskakiwał na nią, przewracał i stojąc łapami na jej piersiach, otrzepywał się, rozbryzgując wokół grudy błota i strzępy zmierzwionej sierści. Nie lizał jej radośnie po dłoniach ani nie merdał ogonem. Odsłaniając kły, warczał tuż przy jej twarzy. Wibracje wściekłego bulgotu roznosiły się po całym jej ciele. Skóra była membraną tego, co tkwiło w najbardziej ukrytym zakątku jej duszy. To właśnie ten warkot powodował wewnętrzne napięcie i przewlekłe rozdrażnienie. Strużki psiej śliny szpeciły jej twarz, zmuszając do odwracania się od ludzi. Nie mogła ich niczym zetrzeć.

Z pewnej perspektywy mogło się to wydawać śmieszne. Kiedyś z całą pewnością rozbawiłoby ją do łez. Obrazowanie problemu? Deszczowe psy? To była abstrakcja.

Terapia nie różniła się niczym od policyjnych przesłuchań. Pacjenta należało traktować jak podejrzanego. Główny cel stanowiło wyłuskanie z niego najpilniej skrywanych sekretów. Można by wręcz pomyśleć, że psycholodzy korzystali z instrukcji sporządzonych przez FBI lub CBŚ, choć robili to znacznie rozważniej niż ich funkcjonariusze.

Przesłuchiwany jest najważniejszy. Traktuj go jak partnera, a nie jak wroga. Zrób wszystko, aby czuł się bezpiecznie i swobodnie. Nigdy nie miej przy sobie widocznej broni. Jeżeli rozpoczynasz z pozycji siły, w ponad pięćdziesięciu procentach przypadków właśnie przegrałeś.

Również gabinet terapeutyczny miał wiele wspólnego z pokojem przesłuchań. Już po pierwszej wizycie mogła odtworzyć w pamięci każdy jego szczegół. Jasne ściany, wbrew telewizyjnym schematom niewiele sprzętów, opuszczone żaluzje. Został doskonale wyciszony, aby rozmowy nie mącił nawet najdrobniejszy odgłos z zewnątrz i aby nie opuściła go żadna tajemnica. Prawdziwa twierdza wyznań, gwarantująca, że zachowa w swych murach wszelkie sekrety.

Nie zgadzały się jedynie wymiary. FBI przeprowadziło tysiące eksperymentów, które pozwoliły ustalić doskonałe proporcje pokojów przesłuchań. Jednoznacznie stwierdzono, że powinny mierzyć dokładnie dwa metry i siedemdziesiąt centymetrów na trzy i pół metra. Gabinet terapeutyczny był jednak sporo większy. Dwu-, może nawet niemal trzykrotnie. Mimo to siedziała naprawdę blisko terapeuty i nie dzielił ich żaden przedmiot. Otwarta przestrzeń pozwalała na obserwację gestów, drżenia nóg oraz mimiki.

Dokładnie o to samo chodziło podczas przesłuchań.

Nawet sposób prowadzenia terapii przypominał techniki opisane w podręcznikach dla śledczych. Okazuj zainteresowanie rozmówcy. Porozumiewawcze „mhm” jest doskonałą formą nakłonienia go do rozwinięcia myśli. Rób wszystko, aby przesłuchiwany się przed tobą otworzył. „Wiem, że trudno ci o tym mówić”, „Nie jestem pewny, czy dobrze zrozumiałem...”, te same schematy i chwyty. Eufemistyczne nazywanie śmierci „odejściem”, a wypadku – „zdarzeniem” lub „incydentem” stanowiło odbicie zakazu dosadnego traktowania popełnionych czynów. „Wziąłeś te pieniądze z kasy?” zamiast „Ukradłeś tę cholerną forsę?”.

Deszczowy pies nie był jednak eufemizmem. Był prawdziwy. Namacalny.

Stał na jej piersi i nie pozwalał zaczerpnąć tchu.

Liza Langer otworzyła oczy. Sięgnęła po leżący na szafce nocnej telefon i odblokowała ekran. Piąta dwadzieścia cztery. Za trzydzieści sześć minut martwą ciszę brutalnie przetnie wrzask budzika. Czy to w ogóle miało znaczenie? Miało. Codzienne funkcjonowanie utrzymywało ją przy zdrowych zmysłach. Zgodnie z zaleceniami terapeuty wtłoczyła się w sztywne ramy rytuałów, które wypełniały jej całą dobę. Ścisłe godziny posiłków, kaw, które były przerywnikami, krótkich gimnastyk, wypalanych papierosów...

O ile tylko praca jej na to pozwalała, żyła od rytuału do rytuału. Pomiędzy nimi mogła zapaść w odmęty katatonicznego otępienia, ale zawsze widziała przed sobą kolejny cel. Pora mycia zębów, odsłonięcia rolet, przekręcenia zamka w drzwiach była tak samo istotna jak wszystkie inne etapy życia. Poczęcie i umieranie. Urodziny osiemnaste i dziewięćdziesiąte. Pozostałe do wrzasku budzika trzydzieści sześć minut powinna spędzić w łóżku, gorączkowo starając się zasnąć. Tym razem wiedziała, że to niemożliwe. Sen strącił ją do najgłębszego dołu, po którego krawędziach musiała się mozolnie wspinać, aby w ogóle rozpocząć dzień. Wstanie z łóżka okaże się cięższe niż kiedykolwiek. Ale później będzie tylko lepiej. W dni, gdy przychodził deszczowy pies, to właśnie poranki były najgorsze.

Liza spojrzała w stronę niewielkiego okna. Światło brzasku przeciekało już przez miodową roletę i rozpraszało się po pomieszczeniu. Po raz pierwszy od prawie tygodnia dzień nie rozpoczynał się od wiosennej ulewy. Nie budził Lizy łomotem o cienki dach przyczepy kempingowej, a wiatr nie starał się zdmuchnąć tego prowizorycznego domu. Mieszkała tu od ponad pół roku. Wiedziona potrzebą przewrócenia swojego życia do góry nogami, sprzedała dwa niewielkie pokoje na blokowisku Wrzeszcza i zakotwiczyła na Stogach. Być może ta podjęta spontanicznie decyzja uratowała jej życie.

Kątem oka zauważyła, że ekran telefonu zamrugał. Chwilę później pomieszczenie wypełnił upiorny kobiecy krzyk. Trwał niespełna trzy sekundy i powtórzył się, zapętlony w elektronicznych tonach dzwonka. Langer wciąż patrzyła w okno. Przez lufcik wpadały delikatne powiewy wiatru, które wprawiały w ruch roletę. Materiał szeleścił, ocierając się o ścianę.

Krzyk był jednak głośniejszy.

Nie odrywając wzroku od okna, sięgnęła po telefon. Odebrała połączenie, ale się nie odezwała.

– Langer, jesteś tam?

Inspektor Romuald Siwecki zawsze mówił podniesionym tonem. Nawet jeżeli opowiadał o wakacjach spędzonych z żoną w kurorcie nad Atlantykiem, niemalże krzyczał.

– Halo!

Liza odsunęła aparat od ucha na kilka centymetrów.

– Jeszcze nie ogłuchłam.

– To czemu się, do cholery, nie odzywasz? Mamy pieprzony pożar, potrzebuję cię natychmiast.

– A ponoć nie jesteśmy ze straży pożarnej...

– Nie filozofuj, tylko pakuj manatki i zasuwaj do roboty. Naprawdę, nie musisz mi dziękować.

– A za co miałabym niby...

– Za swoje pierwsze zabójstwo. Chciałaś czegoś większego od pieprzonej wybitej szyby, to masz.

– Ale...

Siwecki rzucił jeszcze adres i się rozłączył. Langer odłożyła telefon, wciąż patrząc na falującą roletę. Zabójstwo? Deszczowy pies otrząsnął się w jej pokoju, jak zawsze sprowadzając kłopoty.

Choć chyba od dawna pakowała się w nie z premedytacją.

4.

– Drzwi balkonowe były zamknięte.

– To nie ma żadnego znaczenia.

– Przecież...

– Świadczy tylko o tym, że sprawca nimi nie wyszedł. A skoro na korytarzu ani w windzie nie ma kamer, nie robiło mu to żadnej różnicy.

Langer nie sądziła, żeby ktokolwiek dostał się do mieszkania na drugim piętrze przez balkon, lecz nie zamierzała odrzucać nawet najbardziej kuriozalnej teorii. Zbadanie zamka i zdjęcie śladów z balkonu nie wymagały zachodu wartego kilkuminutowej utarczki. Technicy najwyraźniej testowali jej zdolność do samodzielnego sprawowania nadzoru nad świeżo przydzieloną sprawą. Ich wątpliwości były zresztą uzasadnione, bo odkąd znalazła się na miejscu i zrozumiała, że musi dowodzić całym zespołem, miała gulę w gardle. Upierdliwość była jedną z metod, by rozładować stres, a utyskiwania podwładnych musiała traktować jak telepawkę dziecka z ADHD. Ubrany w kombinezon ochronny mężczyzna wzruszył ramionami. Miał co najwyżej trzydzieści pięć lat, ale od dawna spotykali się na miejscach przestępstw. Z tą różnicą, że nigdy dotąd nie wydawała mu rozkazów. Najbzdurniejsze polecenia, rzucane przez innych komisarzy, wykonywał zawsze bez zająknięcia. I z całą pewnością nie chodziło o ich wiek, bo niektórzy byli młodsi od Langer. W takim razie dlaczego? Nie była seksistką, ale z prawdziwą przyjemnością nakazała mu dokładne sprawdzenie balkonu. Milimetr po milimetrze. Drobnostka, która potrafiła ułagodzić nawet skowyt deszczowego psa.

I tak już od prawie godziny sterczała na korytarzu przed wejściem do feralnego mieszkania, żeby nie utrudniać pracy technikom. Inspektor Siwecki wprowadził ją w sprawę, przedstawił reszcie zespołu, którego członków znała od lat, i po pocieszającym klepnięciu w ramię zostawił jako dowódcę na placu boju. Tym ukradkowym gestem została pasowana na rycerza. Albo raczej dostała solidnego kopniaka w tyłek, wypychającego ją na ring.

Od tego czasu gniotła w dłoni papierosa, którego powinna zapalić tuż po śniadaniu. Oba rytuały odeszły w zapomnienie. Aby zachować pozory opanowania, musiała posłużyć się ich namiastką. Z braku wyboru za substrat pierwszego posiłku musiały jej posłużyć truskawkowe tic taki. Prawdę mówiąc, po pochłonięciu połowy opakowania miała ich serdecznie dość.

– To doktor Lipta. – Z zamyślenia wyrwał ją nosowy głos jednego z sierżantów. – Jest już gotowy.

Obróciła się w stronę korytarza. Przed drzwiami sąsiedniego mieszkania stało dwóch mężczyzn. Smagły jak Cygan policjant niezgrabnym gestem wskazywał na przystojnego czterdziestolatka. Mimo że sprawiał on wrażenie, jakby właśnie ukończył bieg triatlonowy, zmusił się do uśmiechu.

– Przykro mi poznawać się w takich okolicznościach... – Langer schowała papierosa do kieszeni i przedstawiła się, podając mu rękę. – Obawiam się zresztą, że to nie będzie jedyne nasze spotkanie.

Lekarz zbył tę uwagę chrząknięciem.

– Słyszałam, że to pan... – Langer szukała odpowiedniego słowa – …zanieczyścił ślady.

Wprawienie w zażenowanie z całą pewnością nie było zalecaną techniką śledczą. Jednak zażenowani ludzie starają się znaleźć usprawiedliwienie, a dzięki temu przypominają sobie rozmaite szczegóły. Przynajmniej Langer miała nadzieję, że tak właśnie jest.

Sierżant popatrzył na nią z dezaprobatą, ale nie odważył się odezwać. Kurtuazyjnie usunął się na bok, korzystając z okazji przytrzymania drzwi wychodzącemu technikowi.

Lekarz natomiast wbił wzrok w wypolerowaną posadzkę.

– Zwymiotowałem...

– W pańskim zawodzie kontakt ze zwłokami to chyba nic nadzwyczajnego?

– W szpitalu. Nie w cholernym mieszkaniu za ścianą. Poza tym...

– Tak?

– Wcześniej zemdlił mnie smród perfum w windzie.

– Smród perfum?

– Sąsiadka z góry chyba się w nich kąpie. Wie pani, w ten sposób chce...

Mężczyzna przerwał. Langer nie zamierzała jednak zostawić tematu.

– Czego chce?

– Sam nie wiem. – Lipta wreszcie skierował na nią spojrzenie. – Chyba jechała pani windą, to...

– Nie. Weszłam po schodach. Windę musieliśmy chwilowo unieruchomić. W niej również zabezpieczamy ewentualne ślady.

– Aha.

„Aha” lekarza wcale nie było nastawione na podtrzymanie rozmowy.

– Czy poza ponownym zaserwowaniem ostatniego posiłku czegoś pan dotykał? Ruszał pan ciało? Może próbował reanimacji?

– Proszę nie żartować! – Lipta otarł dłońmi twarz. – Widziała pani w ogóle tego trupa?

– Nie.

– Nie? Zadaje pani pytania, a nie oglądała jeszcze ofiary?

– Na wszystko jest czas. – Langer o kilka centymetrów zmniejszyła dzielący ich dystans. – Dlaczego mówi pan o ofierze?

– A woli pani ładniejsze słowa? „Denat”? „Nieboszczyk”? Może „trupek”?

Lekarz podniósł głos, lecz zaraz się opanował. Odchylił głowę do tyłu i przeczesał palcami kruczoczarne, kręcone włosy. Langer dostrzegła kępki nierówno ogolonego zarostu na jego szyi.

– To nie są synonimy – mruknęła znacząco.

– Słucham?

– Jest różnica pomiędzy nieboszczykiem a ofiarą. Statystyczny nieboszczyk umiera na szpitalnym łóżku, otoczony rodziną. Chyba pan coś o tym wie.

– Obstawiam, że do takiego statystycznego nieboszczyka nie przyjeżdża też pół komendy.

– Trafnie. – Langer cmoknęła. – Naprawdę trafnie.

– Po co więc te cholerne dygresje?

– A po co zaraz nerwy?

– Bo...

Nie dała mu skończyć.

– Niech mi pan pozwoli wszystko sobie zobrazować. Scena po scenie.

Lipta zaczerpnął powietrza. Przez chwilę przytrzymał je w ustach, wydymając policzki. Najwyraźniej hamował się w ten sposób przed wyrzuceniem potoku przekleństw.

– A więc nie dotykał pan... ofiary? – Langer zmrużyła oczy. – Jeżeli pan sobie teraz wszystko przypomni, zaoszczędzimy sporo czasu.

– Na Boga, nie dotykałem!

– Ustalmy więc kolejność. Wszedł pan tylko do przedpokoju?

– Tak.

– Zobaczył pan trupa, zwymiotował i natychmiast zawiadomił policję?

– W zasadzie tak.

– W zasadzie?

– Jeżeli dba pani o każdy pieprzony szczegół, to zanim się porzygałem, zdążyłem jeszcze przysłonić dłonią usta.

Gdyby nie wzrok deszczowego psa, Langer uśmiechnęłaby się przynajmniej w duchu. Szczegóły. Rzeczywiście zaczynali mówić o pieprzonych szczegółach. Przesunęła się, robiąc miejsce dwóm mężczyznom wynoszącym z mieszkania rozkładane statywy i reflektory. Technicy kończyli robotę na miejscu zdarzenia. W pustych pomieszczeniach mieli ułatwione zadanie.

Odwróciła się do lekarza. Złożyła dłonie jak do modlitwy i przytknęła środkowe palce do nosa.

– Drzwi były otwarte na oścież czy tylko przymknięte?

– Uchylone.

– Na jaką szerokość?

– Wsuniętej stopy, może nieco więcej. Tak mi się zdaje.

– Hmm...

– Co w tym dziwnego?

Liza wzruszyła ramionami.

– Zazwyczaj nie utrzymują się długo w takiej pozycji. Albo zamyka je przeciąg, albo opadają przez luzy w zawiasach.

– Mówię, co widziałem.

– A ja temu nie zaprzeczam.

– Tylko?

Langer opuściła dłonie i włożyła je do kieszeni. Zdała sobie sprawę, że złamała schowanego wcześniej papierosa.

– Cholera – warknęła, rozcierając w palcach tytoń. – Niech to szlag!

Kardiolog popatrzył na nią uważnie.

– Co się stało?

Nie zwróciła uwagi na jego pytanie.

– Na którym piętrze była winda, kiedy ją pan przywołał?

– Nie wiem. Po prostu nie pamiętam...

– Ale otworzyła się od razu czy musiał pan czekać?

Lipta przymknął na chwilę oczy. Nie był to jednak odruch człowieka, który się zastanawia. Z trudem opierał się senności.

– Czekałem – odparł po chwili. – Pamiętam, że zgasło światło. Czujka wykrywa ruch, więc musiałem tak stać co najmniej kilka sekund.

– A kiedy zjechała, poczuł pan w kabinie woń perfum?

– Raczej smród.

– Jest pan pewny, że właśnie tych, których używa pańska sąsiadka? Z całym szacunkiem, ale dla mężczyzn woda toaletowa to zazwyczaj to samo, co woda z toalety.

– Sąsiadka z góry – sprecyzował pospiesznie Lipta. – Z trzeciego piętra. Kilka razy byliśmy razem w windzie i proszę mi wierzyć, to śmierdzi gorzej niż woda z toalety. Choć może właśnie tak walą feromony.

Langer otworzyła usta, by zadać kolejne pytanie, lecz z mieszkania wyszedł ostatni członek ekipy kryminalistycznej. Pucołowaty mężczyzna o ciemnych, przetłuszczonych włosach przypominał Napoleona z angielskich karykatur. Miał rozpięty kombinezon, a w ręce trzymał zmięte rękawiczki. Brakowało, żeby w triumfalnym geście wsunął je pod połę ochronnego ubrania i przyłożył do wypiętego brzucha.

– Skończone – oznajmił ponuro. – Zapraszam do środka.

Gula w przełyku Langer urosła do poziomu krytycznego. Musiała zwolnić i spłycić oddech, aby do płuc dostała się jakakolwiek dawka tlenu. Zaschło jej w ustach, a język zdrętwiał. Już wcześniej mogła chociażby zerknąć do mieszkania, ale uparcie odsuwała ten moment. Właściwie powinno być jej wszystko jedno. Deszczowy pies zobojętniał ją tak samo na radości, jak i na problemy. Jedyny stres Lizy dotyczył tego, że musi żyć.

Tym razem było jednak inaczej. Może bardziej racjonalnie?

Nie bała się, lecz wciąż czuła zdenerwowanie. Choć nie tylko o nie chodziło. Przede wszystkim przeszywała ją głęboka ekscytacja, o której istnieniu już dawno zapomniała. Wreszcie pobudzał ją dreszcz pozytywnej, motywującej emocji.

Jasne, nie chciała spieprzyć swojej pierwszej poważnej sprawy. Wolała też nie być za pierwszym razem wrzuconą na zbyt głęboką wodę. W końcu nigdy nie rozważała śmierci przez utonięcie. Jednak przede wszystkim chodziło o prawdziwą, nakręcającą ekscytację i zaciekawienie tym, co się wydarzy.

Bez słowa odwróciła się od lekarza. Z tylnej kieszeni jeansów wyjęła paczkę tic taców i wsypała do ust kilka pastylek. W asyście technika oraz smagłego sierżanta ruszyła do mieszkania.

– Brawo – szepnął ten ostatni, kiedy tylko przekroczyli próg. – Zrobiłaś sobie z głównego świadka wroga.

– Esempe.

– Co takiego?

– Esempe. – Langer nawet nie starała się zniżyć tonu. – A konkretnie SMP. Skurwysyńska metoda przesłuchań.

Pchnęła mocniej drzwi i zatrzymała się przy plamie wymiocin. Następnie spojrzała w głąb mieszkania. Stała w tym samym miejscu, w którym musiał się znajdować Lipta, kiedy jego mięśnie nie powstrzymały wyrzutu treści pokarmowych.

Nic dziwnego. Mimo że jej wrażliwość na bodźce pozostawała stłumiona, doskonale go rozumiała.

5.

Denat leżał na plecach, a strzępy ubrania to było wszystko, co przypominało, że był człowiekiem. Tylko dlatego, że papkowata miazga wieńczyła odgiętą szyję, można ją było nazwać głową. Połamane kości twarzoczaszki poprzebijały skórę, przypominając obtłuczoną skorupkę jajka. Mózg wylał się i skleił ze zmierzwionymi włosami, a krew rozpłynęła na kształt postrzępionej aureoli. Usta nieboszczyka stanowiły ciemną, rozwartą dziurę, przez którą można było zajrzeć w głąb jego zdewastowanych wnętrzności. Zęby nie stanowiły przeszkody. Kilka z nich leżało rozrzuconych na terakocie, reszta zmieszała się z kościsto-mięsną mielonką. Połamane oczodoły zionęły lepką pustką.

Koszula opinająca nieruchomą pierś przybrała kolor zakrzepniętej krwi. Została rozcięta razem z powłokami brzusznymi, z których wydarto trzewia i rozciągnięto je pomiędzy podkulonymi nogami. Jelita zawinięto tak, jak zawija się kiszki wołowe w lodówkach chłodniczych sklepów mięsnych. Kilka metrów kwadratowych terakoty zostało upapranych krwią oraz płynami ustrojowymi. Rdzawe mazaje znaczyły również pobliską ścianę, pomalowaną na piekielnie nudne, lecz modne w ostatnich latach écru. Wyglądały jak chaotyczne paćki malarza testującego właściwy dobór kolorów. Jednak malarze, szczególnie pokojowi, rzadko wpadają w taki trans, by podczas pracy rozedrzeć cienki tynk i o powstałą szczelinę wydrzeć paznokieć. Razem z kawałkiem mięsa i skóry.

Ten obraz towarzyszył Langer przez kolejne godziny. Widziała już ofiary wypadków komunikacyjnych, samobójcę, który pocałował się z pociągiem, i nielota usiłującego wzbić się w powietrze z dachu wieżowca. A raczej to, co z nich zostało. Jednak żadne z tych marnych szczątków nie obrzydziły Langer w podobnym stopniu, co nieboszczyk odnaleziony dzisiejszego poranka. Właściwie obrzydzenie nie wiązało się z samymi szczątkami, a z bezbrzeżnym okrucieństwem ludzkiego działania. Plugawości rozmyślnego, sadystycznego postępowania szaleńca. Oczywiste było, że ten człowiek nie zrobił sobie tego sam.

Poza tym w pomieszczeniu utrzymywał się już wyczuwalny zapach śmierci, płynów ustrojowych i krwi. W ciągu kilku godzin rozniósłby się po całym piętrze i zatruł je, wgryzając się w draperie i wykładziny. Rozkład zmasakrowanych zwłok następował znacznie szybciej niż u statystycznego nieboszczyka.

* * *

– I co o tym myślisz?

Inspektor Siwecki utkwił w niej skupione spojrzenie. Swoim zwyczajem zsunął okulary na sam czubek nosa i patrzył sponad ich fotochromowych szkieł. Miał okrągłą twarz, łysą czaszkę i zaróżowione od nadciśnienia policzki. Starannie zawiązany węzeł krawata był tak zaciśnięty, że znad kołnierza koszuli wypływały fałdki skóry. Siedział w skórzanym fotelu, masywnymi rękami oparty o dębowe biurko. Przed nim ułożony był laptop, sterta luźnych papierów i kilka teczek. Szczyt piramidy wieńczyło pióro Watermana, złożone na aksamitnej wyściółce w otwartym firmowym futerale. Langer splotła ręce na piersi. Popatrzyła na czubki swoich czarnych tenisówek i przeniosła wzrok na szefa. Była zirytowana, że wezwał ją, kiedy nie zdążyła jeszcze zebrać myśli.

– Czekam na raport laboratorium, dopiero wtedy będzie można wyciągnąć pierwsze wnioski. Również wyniki sekcji powinny być jeszcze dzisiaj...

Siwecki odchylił się w fotelu. Skórzane oparcie stęknęło.

– Nie pytałem o to, czy masz już sprawcę, tylko co o tym myślisz.

Lekko wzruszyła ramionami.

– Afekt. To pierwsze, co mi przychodzi do głowy. Wtedy można się spotkać z podobną brutalnością.

– A porachunki przestępcze?

– W Polsce tylko kilkukrotnie zdarzyło się, aby gangsterzy robili z zabójstwa pokazówkę.

– Ale się zdarzyło. Właściciel mieszkania był notowany.

– Ciągle nie wiemy, czy to jego zwłoki. Po identyfikacji będzie można wziąć pod uwagę taką możliwość. Teraz to zwykłe strzelanie ślepakami...

– Liza, ja po prostu chcę zobaczyć, że masz otwarty umysł. – Inspektor wyciągnął z szuflady tabakę i nasypał ją w zagłębienie pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym. – Takie sprawy to bagno. Trafiają się raz na kilka lat, ale potrafią schrzanić człowiekowi kawał życia.

Wciągnął tabakę i otarł nos. Langer nie zamierzała dać się podpuścić moralizatorskim tekstom. Nie chciała dywagować ani snuć teorii opartych jedynie na domysłach. To do niczego nie prowadziło, a później musiałaby się z nich wycofywać. Siwecki lubił takie gierki. Ona nie.

– Dziękuję za zaufanie. – Zmusiła się do uśmiechu.

– Słucham?

– Dziękuję za to, że pamiętał pan o mnie, szukając osoby, której można schrzanić kawał życia.

– Ostatnim razem sama o to prosiłaś.

– I uznał pan, że nie jestem jeszcze gotowa.

– A teraz jesteś?

Inspektor nasunął okulary wyżej. Jego niebieskie oczy lustrowały ją zza przyciemnionych szkieł.

– Poradzę sobie.

– Podoba mi się ten optymizm. – Pokręcił głową i powstrzymał kichnięcie. – Twój cyrk, twoje małpy. Mnie interesuje finalne rozliczenie. Prokuraturę na razie również, ale czas przedstawienia nie powinien...

Nim zdążył rozwinąć metaforę, przerwało mu pukanie. Nie czekając na zaproszenie, ktoś nacisnął klamkę i wszedł do gabinetu.

– O, wreszcie jest! – Siwecki podniósł się z fotela i wyciągnął dłoń w stronę wysokiego blondyna. Wymienili solidne uściski. – To doktor Rembert. A to komisarz Langer.

Langer lakonicznie skinęła głową. Mężczyzna na zaproszenie inspektora przyciągnął do biurka krzesło. Miał na sobie ciemnogranatowy garnitur i śnieżnobiałą koszulę z czerwonymi guzikami. Dwa najwyższe były rozpięte. Poruszał się z lekkością tancerza, lecz jego ruchy sprawiały wrażenie nieskoordynowanych, jakby każda część jego ciała funkcjonowała bez porozumienia z resztą. Roztaczał wokół siebie aurę chaosu. Najpierw postawił krzesło obok fotela, na którym siedziała Langer, lecz po chwili je odwrócił i usiadł na nim okrakiem, opierając dłoń na oparciu. Siwecki nie wyglądał na zaskoczonego.

– Pozwolisz, że dorzucę do twojego cyrku jeszcze jedną małpę – mruknął w stronę komisarz. – Przepraszam, doktorze, za sformułowanie, ale właśnie zabawialiśmy się przenośniami...

– Cudownie mieć takiego tresera. – Rembert posłał Lizie szeroki uśmiech. – Oczywiście, również mówiąc w przenośni.

Langer całkowicie go zignorowała. Utkwiła w Siweckim pytające spojrzenie. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Inspektor odwrócił wzrok. Wreszcie klasnął i zatarł dłonie.

– No, dobrze. Należy się kilka słów wyjaśnienia – powiedział rzeczowym tonem. – Doktor Rembert jest psychologiem i prowadzi zajęcia na uczelni dla potencjalnych profilerów. Nie mieliście chyba jeszcze okazji razem pracować...

– Niestety, nie. – Blondyn bez wahania wszedł mu w słowo. – Ale lepiej późno niż później, jak to się mówi. Prawda?

– Otóż to.

Langer była innego zdania. Z zażenowaniem patrzyła na wymianę uśmiechów sześćdziesięcioletniego inspektora i zadufanego w sobie podrostka, który mógłby być jego synem. Choć z całej trupy tej małpie było najbliżej do oryginału.

– Jak dotąd mamy same dobre wspomnienia. – Siwecki kontynuował peany. – Analizy doktora pomogły w poszukiwaniach dwóch zaginionych kobiet... – Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia. – W każdym razie nie współpracowaliśmy jeszcze przy zabójstwie.

– W Gdańsku – podkreślił Rembert.

– Tak, w Gdańsku. Doktor udzielał konsultacji w innych miastach. Nie tylko w Polsce.

– Zdarzyło się kilka razy...

– A ja, w przeciwieństwie do niektórych moich kolegów, nie traktuję pracy profilera jak wróżenia z fusów.

– Chwała panu za to...

Langer odchrząknęła. Traciła właśnie czas. Zdała sobie sprawę, że tępo gapi się w wahadło elektrycznego zegara i od kilku minut nie słucha wymiany nachalnych uprzejmości.

– Co pan o tym myśli? – zapytała, spoglądając na Remberta.

– Jaki pan! – zaprotestował psycholog. – Orest. Bez zdrobnienia.

– To imię?

– No tak. Jak Orest Lenczyk.

– Kto?

– Ten trener...

Langer westchnęła.

– Co więc o tym myślisz, Oreście?

– Chodzi ci ogólnie o sprawę?

– Tak.

Ton komisarz stawał się coraz bardziej napastliwy i Siwecki poczuł się zobowiązany zareagować. Przesunął stos kartek, po czym z plaśnięciem położył ręce na lśniącej łysinie.

– Zdążyłeś już przejrzeć to, co ci przesłałem?

Jego koncyliacyjny ton jeszcze bardziej zirytował Langer. Posłała obu mężczyznom kpiące spojrzenie. Rembert pozostał niewzruszony, nonszalancko opierając się o oparcie krzesła.

– Na podstawie wstępnego raportu z miejsca zdarzenia i udostępnionych mi fotografii wygląda to raczej kiepsko – powiedział na jednym wydechu. – A w zasadzie znacznie gorzej niż kiepsko. Jeśli chodzi o rys psychologiczny, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent możemy być pewni tylko jednego.

Siwecki znowu poprawił okulary, jakby tajemniczym przewodem były połączone z jego aparatem słuchowym. Langer spodziewała się teraz usłyszeć jakiś tandetny tekst. Błyskawicznie obstawiła dwie opcje: „Tego, że ten człowiek nie żyje” lub „Tego, że to nie samobójstwo”.Mogłaby się o to nawet założyć. Dlatego zdziwiło ją, że Rembert przez kilka kolejnych sekund zachował kamienną twarz. Wreszcie przełknął ślinę i otworzył usta.

– Jeżeli nie będziemy mieć fartu, na tym trupie się nie skończy. Jak bum-cyk-cyk trafił się nam seryjny.

„Jak bum-cyk-cyk”.

6.

To było uwłaczające. Siwecki zachowywał się, jakby obecność psychologa gwarantowała rozwiązanie sprawy. A przede wszystkim, jakby tylko dzięki jego zbawiennej asyście Langer była w stanie poradzić sobie z jej prowadzeniem. Nakazał im ścisłą współpracę, przydzielił Rembertowi pełne prawo do korzystania z biura komisarz jako lokum i zakończył dyskusję. Od tej pory formalnie umywał ręce i czekał na rezultaty. Odprawa, która miała na celu jedynie zapoznanie dwójki członków zespołu, dobiegła końca.

Liza szybko zrozumiała, że psycholog zamierza się zachowywać jak jej upiorny cień. Powlókł się za nią do gabinetu i z przymilnym uśmiechem zapytał, którą część dwustronnego biurka może przeznaczyć na swoje szpargały. Kiedy bez słowa zrobiła mu miejsce tam, gdzie dotąd siedziała, wyglądał na zaskoczonego.

– Nie chciałbym się tak panoszyć... – mruknął, rozglądając się po pomieszczeniu. – Wystarczy mi jedna szafka. Stołeczek i kawałek podłogi. Dwie, trzy klepki. Nie jestem wybredny.

– Naprawdę?

– Słowo honoru.

Langer wyjęła z szuflady paczkę papierosów i rzuciła ją na blat biurka.

– Jeśli w ogóle mamy dzielić gabinet, niech będzie sprawiedliwie.

– Coś takiego jakieś sto lat temu nazwali socjalizmem. Ale się nie sprawdziło.

– Już zrobiłam ci miejsce. Zasada jest taka, że nie dotykasz moich rzeczy.

– Skoro nalegasz...

– Jedynie wykonuję rozkazy.

– I tak nie będę tu spędzał wiele czasu.

– Trzymam za słowo.

Liza ucięła rozmowę, podłączając laptopa do gniazdka przy swojej nowo zaaranżowanej części biurka.

– Swoją drogą od dawna miałam usiąść twarzą w stronę okna.

Rembert obszedł mebel i oparł się o parapet. Najwyraźniej tylko w tej pozie miał poczucie komfortowego ułożenia dłoni. Gwizdnął przeciągle.

– Widok niczego sobie.

Jak na Gdańsk widok był żałośnie smutny. Biskupia Górka. Linie kolejowe, blokowisko, a za nimi – ceglaste zabudowania dawnego schroniska młodzieżowego z pozostałościami wieży zegarowej i wżynającym się w niebo drutem anteny. Gdyby znajdowali się dwa piętra wyżej...

– Jesteś z Gdańska? – Langer odpaliła papierosa.

– Chodzi ci o to, czy się tutaj urodziłem?

– Ja, genau.

– Nie. – Rembert machnął ręką, odganiając od siebie kłąb dymu. – Musisz tu kopcić te rakowe pałeczki?

– Nie muszę, ale lubię.

– Zrobisz z nas tytoniową wędzonkę.

– Lepsze to od zostania zabitym przez przeciąg. – Langer obeszła biurko i ostentacyjnie zamknęła uchylone dotąd okno. – Jeszcze jakieś pytania? A może zaczniemy koncert życzeń?

Rembert wzruszył ramionami. Nie wydawał się zdenerwowany. Wręcz przeciwnie, w jego spojrzeniu, co rusz rzucanym komisarz, pojawiło się jeszcze większe zainteresowanie. Uśmiechnął się i ruszył w stronę wyjścia.

– Zaraz wracam. Nie tęsknij.

Swoim giętkim, chaotycznym krokiem wypadł na korytarz i znowu zagwizdał. Zbyt mocno pociągnięte drzwi rąbnęły o futrynę. Langer odczekała chwilę, a kiedy upewniła się, że Rembert odszedł, zgasiła papierosa w doniczce z rachitycznym kaktusem. Stała przez chwilę, patrząc przez okno. Widok od dawna nie przykuwał jej uwagi. Kiedyś lubiła obserwować przejeżdżające pociągi, lecz teraz ich świst notorycznie ją dekoncentrował. Poza tym wiosna nie przywdziała jeszcze szczypiorkowych szat, a krajobraz wciąż prześwitywał przez bezlistną szarość. W słoneczny dzień natura wydawała się jeszcze bardziej naga.

Deszczowy pies się otrząsnął, ochlapując Lizę przygnębieniem. Wiedziała o tym i czuła jego obecność tuż obok. Terapeuta zaleciłby jej serię ćwiczeń albo nakazał powrót do leków. Czy naprawdę już do końca życia miała się szprycować, by polepszyć sobie humor? A może właśnie teraz była sobą. Trochę zła, trochę obojętna, ani trochę szczęśliwa. Świadoma swojego stanu na tyle, żeby nie otworzyć okna i nie rzucić się te kilka pięter w dół.

– Szlag by to – szepnęła do swojego odbicia. – Szlag by cię, kundlu.

Kiedy po kilku minutach Rembert wrócił, starała się opanować narastającą złość. Psycholog w prawej dłoni trzymał poprzecieraną skórzaną lekarską torbę, a lewą przyciskał do piersi dwa kubki parującej kawy. Dopiero teraz Langer przyjrzała się uważnie jego twarzy. Żadnych zmarszczek, niewiele zarostu, prosty nos. Gładka, różowawa cera blondyna, który, muśnięty słońcem, w ułamku sekundy nabiera kolorów dojrzałego pomidora. Wyłupiaste oczy stanowiły jedyny niedoskonały element tego wizerunku. Przypominały rybie ślepia, które pilnie obserwują otaczający je świat, gotowe w każdej chwili wychwycić sygnał do ucieczki.

Mężczyzna postawił przed nią kubek kawy. Swoją natychmiast wypił duszkiem i zmiął tekturowe opakowanie.

– Obstawiłem, że lubisz czarną, mocną, bez cukru – powiedział, otwierając torbę. – Jak siekiera.

– O tej porze najlepiej podwójną.

Langer upiła łyk. Chciałaby powiedzieć, że tego jej było trzeba, ale nic się nie zmieniło. Czarny płyn nie wypłucze z niej szarości.

– Nie wiem, czy automat przewiduje takie udogodnienia.

– Automat nie, ale mój zestaw już tak.

Skinęła głową w stronę szafki, na której stały ekspres, kilka puszek kaw i herbat. Rembert pokręcił głową.

– Zawsze przygotowana, co?

Wyciągnął z torby tablet i podkładkę pod mysz. Ustawił je obok siebie. Następnie do sprzętów dołączyło urządzenie składające się z dwóch chromowanych prostokątów, pomiędzy którymi rozwieszone były metalowe kulki. Rembert odchylił skrajną z nich i puścił. Kulka z metalicznym trzaskiem uderzyła o następną, która się nie poruszyła, podobnie jak dwie kolejne. Zareagowała jednak ostatnia z nich. Na biurku rozgrywał się automatyczny mecz ping ponga przy użyciu stalowej piłeczki.

Stuk-puk. Stuk-puk.

– Zgłupiałeś? – Langer odstawiła kubek kawy tak, że kilka kropli napoju spadło dookoła. – Chcesz, żebym oszalała?

Rembert nie odrywał wzroku od zabawki.

– To kołyska Newtona.

– Może być i cholerne perpetuum mobile, ale ma stąd zniknąć.

– Zawrzyjmy pakt.

– Co takiego?

– Rakowe pałeczki albo to będzie się tłukło przez cały czas. Sama wspomniałaś o sprawiedliwości.

Langer bez słowa sięgnęła po paczkę mińsków. Wyciągnęła z niej papierosa i odpaliła go, przymykając oczy. Wypuściła kłąb dymu w stronę psychologa.

– Sprawiedliwość? – zapytała ironicznie. – Od hałasu się nie umiera.

– Tak myślisz? – Rembert położył dłonie na biurku i oparł na nich głowę. – Chińczycy torturowali hałasem. Zresztą podobnie jak Amerykanie w Guantanamo. To dziwne, że ten sam dźwięk niektórych uspokaja, a innych doprowadza do szaleństwa. – Wymowne milczenie trwało jedynie kilka sekund. – A może ty jesteś szalona?

Langer strzepnęła popiół do doniczki. W jej głowie rozbłysła seria ostrzegawczych pytań. Czyżby nieopierzony psycholog już zdołał postawić jej diagnozę? Zaszufladkował ją? Zdał sobie sprawę z ponurej obecności deszczowego psa?

Nie. To