Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zapomniane, prześlepione, ukryte – dokumenty osobiste, akta kryminalne, notatki, zdjęcia, wspomnienia. To właśnie z tych strzępków opowieści o osobach uznanych za „ludzi zbędnych” Joanna Ostrowska tworzy wyjątkowy i fascynujący asamblaż. Nierzadko dotarcie do tych źródeł upodabnia pracę autorki do śledztwa historycznego. Często o znalezieniu artefaktu decyduje przypadek oraz intuicja podparta doświadczeniem.
Ślady to z jednej strony zapis „odmieńczego” archiwum badaczki, efemerycznego i płynnego, tworzonego na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, z drugiej – próba zmierzenia się z tematem przepisywania historii ludzi, którą z rozmaitych powodów przeoczono w kontekście polskiej pamięci zbiorowej. W poruszającej książce dominują opowieści o osobach nienormatywnych, które przeżyły drugą wojną światową i próbowały odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Niektóre szkice są kontynuacją opowieści z poprzednich głośnych książek Ostrowskiej. Inne ujrzały światło dzienne przez zapośredniczone opowieści osób bohaterskich. Finałowa narracja to historia prababki autorki, o której dowiedziała się kilka lat temu – wcześniej ten rodzinny epizod wydawał się wszystkim „mało istotny”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 547
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
*seria historyczna w serii dotychczas ukazały się między innymi:
Andrzej Friszke * Adam Ciołkosz. Portret polskiego socjalisty * Państwo czy rewolucja. Polscy komuniści a odbudowanie państwa polskiego 1892–1920 * Czekanie na rewolucję. Komuniści w II RP 1921—1926
Borys Kagarlicki * Imperium na peryferiach. Rosja i system światowy
Marci Shore * Nowoczesność jako źródło cierpień
Tony Judt * Historia niedokończona. Francuscy intelektualiści 1944–1956 * Brzemię odpowiedzialności: Blum, Camus, Aron, i francuski wiek dwudziesty
Adam Leszczyński * Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980 * Obrońcy pańszczyzny
Eric Hobsbawm * Jak zmienić świat. Marks i marksizm 1840–2011 * Wiek rewolucji. 1789–1848 * Wiek kapitału. 1848–1875 * Wiek imperium. 1875–1914 * Wiek skrajności * O nacjonalizmie
Andrzej Leder * Prześniona rewolucja
Andrzej Mencwel * Stanisław Brzozowski. Postawa krytyczna. Wiek XX * Przedwiośnie czy potop 2. Nowe krytyki postaw polskich
Sönke Neitzel, Harald Welzer * Żołnierze. Protokoły walk, zabijania i umierania
Jan Józef Lipski * Idea Katolickiego Państwa Narodu Polskiego. Zarys ideologii ONR „Falanga”
Howard Zinn * Ludowa historia Stanów Zjednoczonych. Od roku 1492 do dziś
Marcin Napiórkowski * Powstanie umarłych. Historia pamięci 1944–2014
Jan W. Muller * Przeciw demokracji. Idee polityczne XX wieku w Europie
Elizabeth Dunn * Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji pracy
Sheila Fitzpatrick * Rewolucja rosyjska
Paweł Brykczynski * Gotowi na przemoc. Mord, antysemityzm i demokracja w międzywojennej Polsce
Sarah Bakewell * Kawiarnia egzystencjalistów. Wolność, Bycie i koktajle morelowe
Alicja Urbanik-Kopeć * Anioł w domu, mrówka w fabryce * Chodzić i uśmiechać się wolno każdemu. Praca seksualna w XIX wieku na ziemiach polskich
Marcin Król * Krótka historia myśli politycznej
Piotr M. Majewski * Kiedy wybuchnie wojna? 1938. Studium kryzysu * Niech sobie nie myślą, że jesteśmy kolaborantami. Protektorat Czech i Moraw, 1939—1945 * Brzydkie słowo na „k”. Rzecz o kolaboracji
Aleksandra Leyk, Joanna Wawrzyniak * Cięcia. Mówiona historia transformacji
Joanna Ostrowska * Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej
Jakub Gałęziowski * Niedopowiedziane biografie. Polskie dzieci urodzone z powodu wojny
Natalia Judzińska * Po lewej stronie sali. Getto ławkowe w międzywojennym Wilnie
Magda Szcześniak * Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce
Dariusz Zalega * Chachary. Ludowa historia Górnego Śląska
Anna Dobrowolska * Zawodowe dziewczyny. Prostytucja i praca seksualna w PRL * Nie tylko Chałupy. Naturyzm w PRL
Marcin Kościelniak * Aborcja i demokracja. Przeciw-historia Polski 1956–1993
Paweł Machcewicz * Narodowy komunizm po polsku. „Partyzanci” Moczara
Joanna Ostrowska, Ślady. Historia pewnego archiwum
Copyright © by Joanna Ostrowska, 2025
All Rights Reserved.
Published by the Agreement with Book/lab Literary Agency, Poland
www.literatura.com.pl
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2025
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-68267-71-6
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Seria historyczna
Warszawa 2025
Redakcja: Aleksandra Grzemska
Korekta: Anna Wojczyńska, Paulina Bieniek
Opieka redakcyjna: Patryk Walaszkowski
Współpraca redakcyjna: Vendula Czabak
Projekt okładki, układ typograficzny: Marcin Hernas | tessera.org.pl
Skład i łamanie: Katarzyna Błahuta
Indeks: Rafał Dajbor
Recenzje naukowe: prof. Marcin Kula, prof. Adam Leszczyński
Druk i oprawa: Drukarnia ReadMe, ul. Olechowska 83, 92-403 Łódź
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10 lok. 3
00–013 Warszawa
wydawnictwo.krytykapolityczna.pl
Książki Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w kawiarni Prześniona (ul. Jasna 10, lok. 3, Warszawa), księgarni internetowej KP (www.krytykapolityczna.pl/wydawnictwo) i w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.
Książka powstała dzięki wsparciu Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego w ramach Wyszehradzkich Rezydencji Literackich.
Książka powstała dzięki stypendium Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Pawłowi i Jagodzie
Całkiem niedawno w stolicy pewnego europejskiego kraju otwarto długo wyczekiwane muzeum albo raczej azyl, gdzie „ci, których nie dostrzegano”, wreszcie zostali zobaczeni. Po raz pierwszy pokazali się – bo wystawę tworzyły osoby odmieńcze – nie tylko jako apendyks do „prawdziwej opowieści”, „nadinterpretacja historii”, ale stali się osobną narracją. Nareszcie mogli opowiedzieć siebie nie tylko w kontekście prześladowań i medycznych ingerencji, lecz przede wszystkim opisać własną codzienność.
Instytucja muzealna miała poparcie władz lokalnych, bo przecież opowieści innych należą do wszystkich, nie tylko do mniejszości. W dniu inauguracji pewna pani – nazwijmy ją przedstawicielką systemu – oświadczyła, że wszelkie ślady wsparcia władzy winny zostać jak najszybciej wymazane. Nie wyjaśniła powodów tej radykalnej decyzji. W końcu reprezentowała ciało zwierzchnie, nie miała więc takiego obowiązku. Wymuszone przez urzędniczkę wymazywanie oznaczało zaklejanie, zasłanianie i przekreślanie symboli, które mogły zdradzać współpracę samorządu z azylem. W mgnieniu oka zmienił się status tego miejsca oraz historii w nim prezentowanych. Urzędnicza ingerencja stała się częścią queerowej opowieści.
Trudno mi sobie przypomnieć podobną anegdotę związaną z instytucjami tworzonymi w celu upamiętnienia doświadczeń jakichkolwiek grup marginalizowanych w pewnym europejskim kraju. Zjawisko, które obserwuję od lat, badając historię wykluczonych, w szczególności osób queerowych, to brak szacunku i troski współczesnych odpowiedzialnych za pamięć. I nie mam bynajmniej na myśli tylko osób wyznających poglądy przesycone homofobią, transfobią i queerfobią. Wręcz przeciwnie. Mówię o tych, którzy zdają się mieć świadomość, jak ważne jest przeciwdziałanie hierarchizacji ofiar i ocalałych bez względu na badaną epokę historyczną.
Na każdym kroku podkreślam, że bez zaangażowania odważnych archiwistów i archiwistek, lokalnych historyków i historyczek oraz grona pracowników i pracowniczek szeroko pojętego sektora kultury nie byłabym w stanie wykonywać swojej pracy badawczej. Właśnie te osoby – często wbrew polityce instytucji – kierowały mnie w stronę tropów, które pojawiają się również w tej książce. Istnieje też jednak niemała grupa osób pracujących w muzeach i miejscach pamięci, osób badających oraz przedstawicieli i przedstawicielek władzy, którzy i które bez odrobiny wstydu ignorują odmieńczą historię; często blokują badania – zasłaniając nazwiska, ukrywając materiały albo podtrzymując wersję, która pozostaje nieprawdziwa i oceniająca. Nie sposób zignorować frustracji, gdy po latach dekonstruowania mitów nadal można natknąć się na nie w kontekście prawdy objawionej w tekstach coraz młodszych badaczy instruowanych przez starszych przełożonych.
Ślady to zapis potyczek z ignorującymi. Nie opisuję jednak ich buty, nie kataloguję niewybrednych i oceniających słów skierowanych zarówno do osób bohaterskich, których biografie badam, jak i do mnie. Zrezygnowałam z „inwentaryzowania” często pełnych złości rozmów, podczas których byłam usilnie przekonywana, że te tematy i ci ludzie są po prostu niegodni opisania. (Takie notatki byłyby najlepszym przykładem archive of feelings Ann Cvetkovich). Pominęłam opinie głoszące, że wielu badającym takie pisanie historii kojarzy się raczej z kuglarstwem i zupełnie nie ma racji bytu.
Jeśli po kilkunastu latach pracy nad tematem związanym z przemocą seksualną w okresie II wojny światowej trafiam na zupełnie nowe źródło liczące kilka tysięcy stron, którego kopię umieszczono w zagranicznym archiwum, wracam z niedowierzaniem do archiwum matki tego dokumentu. Jeśli na pytanie, dlaczego to źródło nigdy nie było widoczne w inwentarzach i dostępne nie tylko dla mnie, ale też dla innych badaczy i badaczek, archiwista z rozbawieniem odpowiada: „Nigdy pani o nie nie zapytała”, wiem, że w ten sposób ujawnia się twarda polityka wymazywania odmieńczych śladóww pewnym europejskim kraju.
Przyzwyczajona do tego typu zachowań, które – wbrew zdaniu niektórych – nie są chlebem powszednim osób zajmujących się historią, staram się naszkicować efekty tej ignorancji, a niekiedy wręcz pogardy. Opór strażników instytucji prowokuje do dalszych poszukiwań, aby zmienić status quo – opowiedzieć nieopowiadalnych. Jednym z wiodących motywów tej książki będzie zatem prześlepianie odmieńczych opowieści i sygnałów, którego doświadczyłam i które obserwuję, badając historię „ludzi niebyłych”, pochodzących głównie z Europy Wschodniej w XX wieku.
Po latach kolekcjonowania historii, biografii, strzępków opowieści o wszystkich tych, których uznano za ludzi zbędnych, powstał pewnego rodzaju asamblaż różnych dokumentów kryminalnych, relacji osobistych, materiałów wizualnych, notatek innych badających, wycinków z gazet oraz zapisków z wywiadów i spotkań. Zbiór ten ‒ ze względu na jego efemeryczny i płynny charakter ‒ nazywam pewnym archiwum. Powstało jako wyraz buntu wobec tych, którzy chcą zapomnieć i wymazać QueerMuzeum w pewnym europejskim kraju.
List GeorgetteDokument pochodzi ze sprawy karnej z paragrafu 184 przeciwko Helene i Richardowi Knabe, LAB, sygn. A Rep. 358–02, no. 132651.
Od rozmowy z moją żoną wszystko się zmieniło. Kilka razy w tygodniu wieczorami chodzę na spacery, odwiedzam kina i bary ogrodowe. Wszędzie jestem uważana za damę. Jest to najlepszy dowód na to, że nawet w małym mieście można żyć zgodnie ze swoimi upodobaniami. Jestem szczęśliwa tylko wtedy, gdy noszę te piękne ubrania
– pisała Georgette w liście do pisma dla klientów berlińskiej gorseciarki Helli Knabe1. Napisane na maszynie wyznanie nie pozwala pozostać obojętnym, szczególnie jeśli ma się świadomość, że dotarło ono do pokaźnej grupy transpłciowych odbiorców. Miało być zachętą do życia po swojemu nie tylko w dużych niemieckich miastach, ale także na obszarach przygranicznych; nie tylko dla osób niemieckiego pochodzenia, ale także dla tych, którzy mówili po niemiecku.
Tytuł zwierzenia brzmi: Jak to się wszystko zaczęło! W nawiasie obok tekstu głównego widnieją dane osobowe: Dehmel, Grünberg2, dzięki czemu łatwo zorientować się, że wspomniane „małe miasto” to przedwojenna (niemiecka) Zielona Góra licząca wtedy około 26 tysięcy mieszkańców. Odmieńcza opowieść Georgette Dehmel jest więc przykładem opowieści poniemieckiej, ściśle związanej z przed- i powojennym Dolnym Śląskiem.
W tle pojawia się istniejący od lat 20. XX w. berliński biznes krawcowej – pani doktorowej Knabe3, która w ofercie handlowej oprócz gorsetów miała także bieliznę damską, suknie, sztuczne wkłady symulujące biust, peruki, kosmetyki do makijażu, książki i inne artykuły potrzebne „transwestytom”. Swoje usługi anonsowała w prasie, podpisując się „Helferin der Transvestiten in allen Fragen” – przyjaciółka „transwestytów”4. Biznes Knabe wiązał się także z budowaniem sieci osób trans, które z czasem zostawały przyjaciółmi Helli, odwiedzającymi ją i jej męża w Berlinie. Powstała również „gazetka dla klientów” rozprowadzana na terenie całych Niemiec. Osobą odpowiedzialną za jej drukowanie była Georgette – to dzięki niej pisemko miało szansę trafić do klienteli na wschód od Berlina.
„Życie w zgodzie ze swoimi upodobaniami” oznaczało dla autorki noszenie kobiecej garderoby – na początku pojedynczych rzeczy, jak zaznacza Georgette, później także bielizny, halek, sukienek dostarczanych przez firmę wysyłkową Knabe. Wychodziła tak ubrana najpierw w tajemnicy, wieczorami, aby nikt nie dostrzegł drobnych zmian w wyglądzie, później już otwarcie, bez strachu i wstydu. Przywoływany tekst pochodzi z późniejszego okresu (początek lat 30.), ale opisuje biografię osoby queerowej urodzonej w 1882 r., która do czerwca 1945 r. zamieszkiwała Grünberg 5. Przy dzisiejszej ul. Jedności 24, a przed 1945 r. Berlinerstr. 90, w kamieniczce na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie Georgette, a na parterze jego zakład introligatorski. Trudno dziś rozstrzygnąć, czy Georgette preferował tylko żeńskie zaimki. W życiu publicznym występowała jako Georg; szyld na domu Dehmelów, podobnie jak wszystkie materiały promocyjne biznesu, były także sygnowane tym imieniem. Uznaję to za wskazówkę płynności między tożsamościami ‒ Georg funkcjonował na równi z Georgette. Pisząc o tej osobie, używam obu form zaimków i imion bądź formy inkluzywnej uwzględniającej „x” w czasownikach.
Dehmelowie byli znaną lokalną rodziną zajmującą się od trzech pokoleń introligatorstwem i produkcją pocztówek6. Ojciec Georga konkurował ze swoim bratem Karlem i kilkoma innymi biznesmenami, ale po jego śmierci w 1921 r. Georg wraz z matką przejął rodzinny interes7. W materiałach promocyjnych podpisywał się następująco: Wydawnictwo Otto Dehmel Junior/Georg Dehmel albo po prostu Georg Dehmel. Ta gra imion to ważny wątek w historii Georgette nie tylko w kontekście odmieńczości, ale także współczesnych trudności badawczych8. W marcu 1923 r., jak podaje „Grünberger Wochenblatt”: „Mistrz introligatorski Otto Georg Hans Dehmel żeni się z Agnes Josephą Marie Mäerz w Crossen nad Odrą”9, czyli w Krośnie Odrzańskim. To dzięki Agnes Georgette nie musiała ukrywać swojej tożsamości, co zresztą wyjaśniła w następujący sposób:
Pod moją nieobecność moja partnerka znalazła moje rzeczy. To było dla mnie straszne, ponieważ nie miałxm odwagi wyznać jej prawdy. Walczyłxm ze sobą przez dwa dni, ale w końcu doszło do rozmowy. Jak wielka była radość nas obojga, kiedy w końcu wyznałxm prawdę. Moja towarzyszka podejrzewała niewierność, podczas gdy ja spodziewałxm się pogardy. Po wyjaśnieniach, że nie tylko ja mam takie predyspozycje, pojawiło się zrozumienie. Wykorzystaliśmy następną okazję, abym przedstawiła się jako kobieta, co wcale nie było dla mnie niekorzystne. Od tego czasu moja partnerka wspiera mnie we wszystkim, porządkując moje ubrania i bieliznę. Nie ma urodzin czy świąt, żebym nie dostała prezentu dla Damy.
Agnes nie tylko wspierała Georgette w codziennych zadaniach domowych, ale przede wszystkim uwieczniała wspólne życie dwóch dam. W aktach berlińskiej policji kryminalnej – bo tak naprawdę z powodu interwencji policyjnej dysponujemy tym unikalnym materiałem badawczym – przetrwało kilka fotografii skonfiskowanych z mieszkania rodziny Dehmel. W tym wyjątkowym albumie rodzinnym są trzy ujęcia Georgette10. Domyślam się, że zdjęcia na spacerach wykonywała żona, co częściowo potwierdzają materiały śledczych. Ale kto był autorem profesjonalnych fotografii?11 Na jednej z nich Georgette obejmuje młodszą kobietę (Agnes urodziła się w 1892 r.). Obie stoją na środku pokoju w typowo mieszczańskim mieszkaniu przystrojonym z okazji sylwestra albo zabawy karnawałowej. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zrobiła je mieszkająca drzwi w drzwi przy Berlinerstr. 91 fotografka Hertha Oye (po mężu Rohweder)12.
Nazwisko Richarda Oyego to przedwojenna rozpoznawalna marka nie tylko na terenie Dolnego Śląska, ale także w szerszych kręgach. Kiedy w 1906 r. cesarz Wilhelm II odwiedzał Schwedt, był uwieczniany na zdjęciach przez lokalnego fotografa Richarda. Drugie atelier otwarto w Grünbergu, dokąd Oye przeprowadził się wraz z żoną Marthą. Hertha urodziła się w 1899 r. i z czasem zaczęła współprowadzić rodzinny biznes13.
Gdyby nie wizyta w Zielonej Górze w 2024 r. i spotkanie z lokalnym historykiem i kolekcjonerem Bartłomiejem Gruszką, pewnie nie miałabym szans dowiedzieć się, że Hertha była lesbijką14. Przedwojenne małżeństwo z Karlem Rohwederem pozwoliło jej kontynuować pracę związaną z fotografią i, co najważniejsze, dla obojga było gwarancją spokoju. Zarówno Hertha, jak i Karl to osoby queerowe. Po wojnie ona przeniosła się do Buxtehude na północy Niemiec, gdzie otworzyła atelier fotograficzne razem z partnerką Johanną Kühler. Interes nazwały Foto Ro-Kü i zamieszkały wspólnie przy Kirchenstr. 1415. I znów, gdyby nie kontakt z osobą z rodziny Oye – Thamires Münzel – pewnie orientacja seksualna Herthy pozostałaby przede mną ukryta. Nie dowiedziałabym się także, jak miała na nazwisko partnerka Herthy. Po wstępnych badaniach okazało się, że Johanna to także mieszkanka przedwojennego Grünbergu – córka radnego miejskiego i właściciela fabryki włókienniczej. Mieszkała przy Klietstr. 8 (obecnie Mikołaja Reja 13), czyli około stu pięćdziesięciu metrów od Herthy i – jak wspomina w powojennej relacji – pracowała w zakładzie Richarda Oyego. Wraz z biografią Karla Rohwedera, Georgette i Agnes historia Herthy i Johanny składają się na zbiorową odmieńczą opowieść z przedwojennego Grünbergu. Jedna uliczka, dwie kamienice, pięć queerowych opowieści na prowincji wielkich metropolii.
„Jak to się wszystko zaczęło!” ‒ pisała Georgette. W tym przypadku wszystko zaczyna się od fragmentu zapisków, zapewne stylizowanych, ponieważ trudno sobie wyobrazić, żeby autorce z miasta Grünberg nie zależało na tym, jak ma być postrzegana. Co jednak najważniejsze ‒ jej opowieść nie jest pojedynczą wyrwą w normatywnej strukturze ani wyjątkiem potwierdzającym regułę braku istnienia odmieńczych biografii.
Pierwsza migawka nieznacznie przestawia sposób widzenia queerowej przeszłości, tak często odczytywanej w kategoriach braku historii. Nagle prowincja staje się równie odmieńcza i źródłotwórcza jak miasto, do którego zawsze przyzwyczailiśmy się uciekać. Nie tylko ze względu na postać Georgette, siatkę znajomości Helli Knabe, ale także z powodu kolejnych queerowych osób bohaterskich, w pewnym sensie uruchomionych przez wyznanie mieszkanki Berlinerstr. 90, które opublikowano w gazetce dla klientów salonu gorseciarskiego. Pierwsza migawka obrazuje siłę pojedynczego śladu i rozmach opowieści, zwłaszcza gdy jest tworzona wspólnie z lokalnymi badaczami i rodziną odmieńczych przeżywców16.
Od początku historii badań zapomnianych ofiar II wojny światowej czy szerzej: opowieści o tych, których uznano za nienormatywnych, każde świadectwo – migawka odmieńczości – było niezwykle cenne. I nie chodziło tylko o relacje, pamiętniki, dzienniki, listy, czyli po prostu spisane dokumenty osobiste odczytywane jako „głos” świadka, ale także o wizualia. Jeśli historia wyparta miała w końcu zaistnieć, to tylko dzięki twarzom osób oskarżanych bądź skazanych za odmieńczość. Na temat nieheteronormatywnych mężczyzn prześladowanych w okresie nazistowskim tworzono na przełomie lat 80. i 90. pierwsze filmy dokumentalne, które z jednej strony stanowiły próbę uwiecznienia nielicznych świadkujących, a z drugiej – stworzenia wizualnego archiwum przeżywców17.
Więźniowie z obozu Dachau w KL Buchenwald (wrzesień 1939)Archiwum Miejsca Pamięci Buchenwald, Koch-Album III, sygn. 489.097 oraz Buchenwald-035.
Współcześnie dwa najczęściej eksponowane zdjęcia zbiorowe wykonane na apelach w obozach Sachsenhausen i Buchenwald mają stanowić reprezentację queerowych ofiar. Nikt już chyba dziś nie pamięta, z jakiego powodu zostały wyselekcjonowane jako te, które prezentują więźniów uznanych za homoseksualnych i oznaczonych różowym trójkątem. Ta decyzja była i nadal jest na tyle wiążąca, że – bez względu na upływ czasu – obie fotografie stanowią najbardziej rozpowszechniony ekwiwalent wizualny queerowej historii w okresie II wojny światowej.
Historię pierwszego zdjęcia opisałam w swojej książce Oni. Homoseksualiści w czasie II wojny światowej, rozwijając śledztwo o obrazie, który był jedynie fragmentem serii fotografii propagandowych powstałych w czasie wizyty włoskiego badacza rasy Guida Landry w KL Sachsenhausen pod koniec grudnia 1938 r.18 Więźniów zaprezentowano, a ich wizerunki wykorzystano w narodowosocjalistycznej prasie. Fotografowanych opisywano jako „element asocjalny, który powinien być oddzielony od reszty społeczeństwa” albo „kryminalny żydowski typ”19. Przez lata osoby, których twarze uwieczniono w tej serii zdjęć, pozostawały anonimowe, choć jedno z ujęć było i nadal jest wielokrotnie reprodukowane jako obraz „różowych trójkątów”20. Zależało mi na tym, żeby to zmienić.
Druga fotografia, datowana na wrzesień 1939 r., stanowi fragment serii ośmiu zdjęć wykonanych w trakcie transportu więźniów z KL Dachau do KL Buchenwald. Odbitki wszystkich ujęć wklejono obok siebie na jednej stronie w albumie komendanta obozu Karla Ottona Kocha21. Kartę albumu podpisano po lewej stronie czerwoną kredką „Dachauer” (Więźniowie z Dachau). Cztery pierwsze ujęcia to długa kolumna więźniów w praktycznie jednakowych pasiakach, którzy idą w stronę obozu. Trzy kolejne – fotografie apelowe – pozwalają dostrzec twarze transportowanych. Na finałowym zdjęciu więźniowie to tło, a na pierwszym planie widać tylko załogę SS w ciemnych płaszczach. Druga postać od lewej to komendant Karl Koch.
Ponownie trudno powiedzieć, dlaczego z trzech zdjęć apelowych właśnie to jedno zostało wybrane jako wizualizacja „mężczyzn z różowym trójkątem”. Na wszystkich fotografiach widać, że niektórzy „obserwowani” więźniowie spoglądają w stronę fotografa. Patrzą w obiektyw, a na ich twarzach widać strach. Osoba wykonująca zdjęcie zrobiła trzy ujęcia tylko jednej grupy więźniów. To najbardziej znane przedstawia niejako róg figury stworzonej na apelu przez kolumny i rzędy uwięzionych. Dwa pozostałe kadry ukazują pierwsze rzędy więźniarskie.
Mimo usilnych starań udało mi się z trzech fotografii odczytać tylko cztery numery mężczyzn przywiezionych pod koniec września 1939 r. do KL Buchenwald. Walka od ich odcyfrowanie nie miałaby sensu, gdyby nie zachowana lista transportowa. W przeciwieństwie bowiem do materiałów dotyczących fotografii z obozu Sachsenhausen transport „Dachauer” przetrwał także na kartach dokumentacji obozowej zachowanej w Arolsen Archives. 26 września przetransportowano do KL Buchenwald 1000 więźniów: 962 trafiło do różnych bloków na terenie nowego obozu, 138 – na tzw. rewir. Lista transportowa z tego dnia liczy dwadzieścia stron, a poprzedza ją notatka podsumowująca kategorie i narodowości transportowanych. Dzięki tej karteczce wiemy, że największą grupą osób uwięzionych z tego transportu byli mężczyźni oznaczeni jako ASR („uchylający się od pracy”)22 – w tym przypadku głównie Romowie z Burgenlandu. Wśród 509 Romów znajdują się osoby, których numery udało mi się odcyfrować. Jeśli chodzi o więźniów skazanych na mocy paragrafu 175, w tym transporcie była tylko jedna osoba – dr Wilhelm von Braun23. Jego twarz znam z innej fotografii, ale nie rozpoznałam go w tłumie osób transportowanych z Dachau do Buchenwaldu24.
Oczywiście do fotografii reprezentujących historie różnych grup więźniów w obozach koncentracyjnych można podejść z pewną dozą umowności, ale w przypadku zdjęć z KL Sachsenhausen i KL Buchenwald współczesne decyzje zakrzywiają rzeczywistość. Odbitki obu zdjęć, powielane w prasie i internecie, mają często pokolorowane różowe winkle25. W ten sposób historia jednej grupy zapomnianych ofiar przykrywa opowieść o kolejnej. Inaczej rzecz ujmując: próba opowiedzenia przemilczanej historii „różowych trójkątów” przesłania opowieść o osobach uznanych za „asocjalne”, a w przypadku zdjęcia z obozu Buchenwald – o Romach. Wieloletnia eksploatacja buchenwaldzkiego zdjęcia jako dowodu na istnienie mężczyzn oznaczanych różowym trójkątem to z mojego punktu widzenia doskonały przykład powojennego błądzenia – wysiłek wypełnienia pustki spowodowanej brakiem badań historii grup innych niż więźniowie polityczni. Jednak śledztwo dotyczące obu fotografii z obozów Sachsenhausen i Buchenwald to także rodzaj odmieńczej opowieści, będącej przykładem „naprawiania”, uzupełniania historii nieopowiedzianych marginesów, których status jest wciąż kwestionowany26.
Tak jak Georgette pisała inaczej, niżbyśmy się spodziewali, tak samo seria zdjęć pokazuje de facto coś innego, niż chcieliśmy zobaczyć. Druga migawka to ślad, który zmusza do zmiany przyzwyczajeń patrzącego – nagle widoczny staje się ktoś zupełnie inny, niż oczekiwano. Ponowne odczytanie tych zdjęć kreuje wspólnotę wykluczonych, w której obie marginalizowane grupy, a co za tym idzie ‒ biografie i narracje – nachodzą na siebie i się przenikają27.
Ostatecznie jednak najważniejsze jest przerwanie status quo anonimowości osób na fotografiach. Wśród ponad pięciuset romskich mężczyzn, aresztowanych w większości w połowie 1939 r., można rozpoznać twarze urodzonego w 1917 r. w miejscowości Steingraben Paula Baranyaia, który był żonaty i deklarował religię katolicką. W rubryce „zawód” wpisano: robotnik pomocniczy. Jego żona miała na imię Rozalia i być może została powiadomiona o śmierci Paula 24 lutego 1940 r. w obozie Buchenwald rzekomo z powodu zapalenia płuc.
Trzy lata starszy od Baranyaia Stefan Horvath był więźniem obozów Dachau, Buchenwald, Mauthausen, Sachsenhausen. W połowie 1939 r. zatrzymała go policja kryminalna z Grazu (Kripo Graz), zaznaczając w dokumentacji, że jest stanu wolnego i wyznania katolickiego. Od lutego 1943 r. jego losy pozostają nieznane.
Anton Horvath urodził się w 1901 r. w St. Margarethen i pracował jako robotnik rolny. Miał siedmioro dzieci, ale nie był żonaty. Po przewiezieniu do obozu Buchenwald żył niecałe cztery miesiące. Wskazany powód śmierci to „słabość serca”.
I w końcu urodzony w Groß-Höflein bei Eisenstadt w 1920 r. Johann Horvath, którego wiedeńskie Kripo zatrzymało pod koniec czerwca 1939 r. Od tego momentu aż do końca wojny był więźniem czterech obozów: Buchenwaldu, Dachau, Neuengamme i Mauthausen. Przeżył wojnę i wrócił do Burgenlandu. W 1953 r. lokalne władze miejscowości Eisenstadt wysłały zapytanie do ITS Bad Arolsen (Międzynarodowa Służba Poszukiwań Bad Arolsen) z prośbą o potwierdzenie jego pobytu w obozach koncentracyjnych w celu wypłaty odszkodowania. Mieszkał wtedy w austriackiej gminie Krensdorf. Najprawdopodobniej nie zostawił żadnej relacji.
Opowieść dotycząca romskich mężczyzn z serii zdjęć z KL Dachau jest poszarpana, pełna luk, zaprzecza narracji przyczynowo-skutkowej. Przypomina wyliczankę poszczególnych miejsc zatrzymania bez jakichkolwiek osobistych wątków. Saidiya Hartman twierdzi, że ten brak wzmaga chęć wypełnienia luk żywą tkanką narracji: „Utrata opowieści zaostrza apetyt na nie. Kuszące jest wypełnianie luk i zapewnianie domknięcia tam, gdzie go nie ma. Tworzenie przestrzeni dla żałoby tam, gdzie jest ona zakazana. Sfabrykowanie świadka niedostrzeżonej śmierci”28. W tym przypadku jednak narracja tworzy się pomiędzy błędnym przekonaniem, że na fotografiach widać „mężczyzn z różowym trójkątem”, a próbą odnalezienia tych nielicznych Romów, których udaje się rozpoznać i którzy rzeczywiście 26 września 1939 r. zostali przetransportowani z Dachau do Buchenwaldu.
Jednocześnie kiedy po raz pierwszy trafiłam na listę transportową do Buchenwaldu ‒ będącą przecież śladem ostatecznym, który podważa zasadność używania tego zdjęcia jako wizualizacji mężczyzn oznaczanych różowym trójkątem ‒ miałam w głowie esej Arielli Aïshy Azoulay The Natural History of Rape 29. Analizując fotografie zdobytego Berlina, Azoulay pisze o procesie ukrywania cierpienia tych, którzy są bezradni – nie mogą się bronić i nie są chronieni. Wykorzystuje do tego opowieści o kobietach – ofiarach gwałtów wojennych – które zostały wręcz wymazane z wyzwoleńczej codzienności. Ich nieobecność, ich brak również stanowi trop. Podobnie jak błąd w rozpoznaniu więźniów z buchenwaldzkich zdjęć uznawanych do dziś za „mężczyzn z różowym trójkątem”.
List Georgette i zdjęcie z albumu komendanta Kocha otwierają możliwość innego, odmieńczego odczytania i opowiadania historii. Stają się tropem uruchamiającym kolejne scenariusze badawcze. Nagle z pozoru irracjonalne przekonanie, że queerowe – trans* ‒ przedwojenne życie dotyczyło także prowincji i nie zamykało się w wyjątkach, staje się częścią nowej opowieści. Ukrywanie strzępków własnego nienormatywnego życia było często związane z zagrożeniem w sferze publicznej, ale także na łonie rodziny. Dlatego proces ich odzyskiwania to śledztwo z małą ilością poszlak, w którym zdarzają się błędy i przeoczenia. Dokładnie tak jak w przypadku zdjęcia transportu z Dachau, kiedy odkrywanie historii jednej grupy przemilczanych „przykrywa” drugą. José Esteban Muñoz, pisząc o możliwych do odnalezienia śladach queerowości, wskazał pojęcie efemery kojarzone z historyczną ulotnością. Ważne, aby ją dostrzec, aby jej nie przegapić, nie prześlepić:
Dlatego też chcę mówić o queerowości jako o potencjale, rodzaju samowiedzy; o społecznym i relacyjnym sposobie funkcjonowania. Queerowy przekaz bywa nadawany pod przykrywką. Wynika to z faktu, że pozostawianie po sobie śladów niejednokrotnie wystawiało queerowe podmioty na atak. Zamiast pełnej dostępności w postaci widzialnego dowodu, queerowość funkcjonuje często jako domysł, plotka, ulotne chwile oraz praktyki performatywne rozpoznawalne tylko przez tych, którzy przynależą do ich poznawczego obszaru, natychmiast za to wyparowując pod palcami tych, których potencjał queeru nie dotyczy30.
Plotki, ulotne momenty, działania performatywne dotykające queerowości będą zatem prześwitami w normatywnej i dominującej strukturze, która jest tylko pozornie opowiedziana i zamknięta. Stąd większość sytuacji, biografii, anegdot pojawiających się w tej książcewywodzi się z bardzo ulotnych danych wyjściowych. Powiązane są one najczęściej z doświadczeniami osoby badającej, która sprawdza różne, często nietypowe materiały oraz próbuje je odczytać w inny sposób, wbrew przyjętym zasadom dyskursu. Jack Halberstam rozpoczyna Przedziwną sztukę porażki od zarysowania konceptu teorii niskiej, podkreślając, jak ważna jest ucieczka od zastanych binarnych opozycji, czyli także tych scenariuszy, które uznajemy za opowiedziane i które pozornie wydają się zamknięte:
Teoria niska stara się zidentyfikować wszystkie te miejsca „pomiędzy”, dzięki którym nie łapiemy się na haczyki hegemonii i nie ulegamy pokusom sklepu z pamiątkami [zamknięcia możliwości reinterpretacji – J.O.]. Przy tym godzi się jednak z ewentualnością, że alternatywy zamieszkują w mętnych wodach sprzecznego z intuicją, często bezgranicznie mrocznego królestwa krytyki i odmowy31.
Odmowy, czyli porażki, błędu, ale też przestoju w opowiadaniu, pułapki braku finału albo blokady instytucjonalnej uniemożliwiającej dalsze odzyskiwanie pamięci. Najbardziej frustrująca w tworzeniu historii queerowej jest świadomość, że cenne (albo i nie) źródło przetrwało, ale ktoś – nazwijmy go „strażnikiem instytucji”32 – ogranicza do niego dostęp. Zdaję sobie sprawę, że owa niemoc dotyczy każdej dziedziny badań (nie tylko) humanistycznych, ale nie sposób zbagatelizować faktu, że w odniesieniu do opowieści marginalizowanych, historii ludzi uznanych przez system za nienormatywnych, staje się ona badawczym lejtmotywem albo osobnym wątkiem, który powinien stać się wreszcie widoczny.
„Kształt paznokcia, małżowiny uszu, aureole i inne detale tego rodzaju, zwykle niedostrzegane, ale które fałszerz kopiuje zazwyczaj bardzo niestarannie” – to elementy pozwalające odróżnić kopię od oryginału, ponieważ artysta wykonuje ją „na swój własny, niepowtarzalny sposób”33. Carlo Ginzburg, analizując korzenie koncepcji paradygmatu poszlakowego jako metody badania historycznego, przywołuje metodę rozpoznawania autorstwa starych obrazów zaproponowaną przez Giovanniego Morellego w drugiej połowie XIX w. Poboczności głównego dzieła miały wskazywać na osobowość twórcy. Elementy rzucające się w oczy są łatwe do podrobienia, skopiowania i opisania w przeciwieństwie do tego, co widać na drugim planie, do detali uznawanych za nieistotne albo trudne do zobaczenia.
Uchwycenie niuansów, które z natury rzeczy (albo przez przypadek) pozostają niezauważone, może być punktem wyjścia do reinterpretacji dzieła i jednocześnie początkiem nowej narracji. Dla Ginzburga „ślady”, „symptomy” i „poszlaki” stanowiły podstawę do skonstruowania kontrnarracji w stosunku do tej widocznej gołym okiem34. De facto bardzo podobny sposób rozbrajania zastanych schematów opowieści proponuje Sarah Ahmed, używając konceptu „queerowego momentu” – „queerowej dezorientacji”, gdy następuje pewien rodzaj pęknięcia, zakrzywienia rzeczywistości, biografii lub sytuacji:
Badam, jak ciała prostują się pod presją „marginesów”, które zostały dla nich wyznaczone. Pokazuję, jak przymus heteroseksualności działa jako narzędzie normatywizacji, odczytując znaki queerowego pożądania jako odstępstwa od linii prostej. Queerowe orientacje to te, które umożliwiają dostęp do ciał nieosiągalnych w ramach konwencjonalnych genealogii. […] Queerowe orientacje nie mieszczą się w prostych liniach, a widząc świat „krzywo”, włączają w pole widzenia inne obiekty. Queerowa orientacja nie musi przekraczać wyznaczonej granicy ‒ może operować poza nią35.
W obu przypadkach liczy się przede wszystkim nastawienie patrzącego, czyli osoby badającej, zajmującej się historią. Uwzględnienie „nas” i „siebie” w budowaniu narracji wykluczonych proponowała wspomniana wcześniej Saidiya Hartman, ale warto podkreślić, że zarówno queerowe momenty, jak i tropy Ginzburga najpierw muszą zostać dostrzeżone. Nawiązując do metaforyki wizualnej: ktoś musi zobaczyć drobnostkę, musi nastąpić zbliżenie, aby coś zostało uznane za źródło36, a w konsekwencji zmieniło trajektorię opowiadania historii i stało się elementem queerowego archiwum.
Najczęściej jednak zapominamy, że poszukiwanie queerowych artefaktów i odmieńczych pęknięć w strukturze opowieści kończy się porażką. Błądzenie, fiasko założeń wstępnych to dominujące doświadczenie badających nie tylko w obrębie queerstorii. Wojciech Nowicki w eseju o twórczości Zofii Rydet pisze:
Na swojej artystycznej drodze – szczególnie dobrze widać to teraz, po wielu latach – ciągle wpadała w jakieś pułapki, popełniała kiksy, błądziła. Teraz łatwiej zapomnieć o tych błędach, bo pod koniec życia stworzyła Zapis socjologiczny, wielkie dzieło, które ma wszelkie szanse, by przetrwać37.
Następnie dodaje:
Zamiast opowieści o wielkości bez zastrzeżeń […] wolę spojrzeć na przypadek Zofii Rydet jak na przypowieść o życiu wynagrodzonym. Obietnicę, że można błądzić – olbrzymia część spuścizny Rydet to zapis poszukiwań, błądzeń, jałowych gestów – i ostatecznie się nie spóźnić; że talent eksplodować może niezależnie od wieku38.
Odwołuję się do spuścizny Rydet, ponieważ jej opus magnum Zapis socjologiczny39 to nie tylko gigantyczna kolekcja fotografii spod znaku rodziny we wnętrzu, ale także prywatne archiwum konstruowane według własnego zamysłu artystycznego, zgodnie z decyzją autorki. W zawartych w tej książce rozważaniach nie bez znaczenia jest też brak jednorodności kolekcji i fakt, że dotyczy wytwarzania i zbierania obrazów. W przypadku odmieńczej narracji historycznej, w zaproponowanym przeze mnie archiwum źródło będzie odpowiednio sytuacją zastaną przez fotografkę, a rolę fotografii odegra tekst powstały na przykładzie danego źródła albo w zestawieniu z innymi odnalezionymi materiałami.
Kiksy poszukującego są zatem wpisane w proces budowania kolekcji. Częściej mamy do czynienia z niezauważeniem „śladu” w źródle historycznym – z przeoczeniem tropu pozostawionego przez świadka albo zapisanego na karcie danego dokumentu. Jako osoby badające rzadko jednak o tym piszemy. Ten proces nazywam prześlepianiem źródła, jego fragmentu, które wynika często z niechęci dostrzeżenia potencjału nowego scenariusza opowieści albo z niemożności zauważenia go chociażby przez wymuszony brak dostępu do tego, co pozostaje poza naszym zasięgiem40.
Pierwszy przypadek może wiązać się ze ściśle określonym celem, o czym dobitnie wspomina Mariusz Mazur w tekście analizującym współczesne próby „przepisania” postaci Romualda Rajsa „Burego”:
Reinterpretacje mogą wynikać z dotarcia do nieznanych czy niewykorzystanych wcześniej źródeł, odwołania się do odmiennego paradygmatu, innych punktów widzenia wynikających z różnorodności doświadczeń, lektur, wyobraźni, wyborów etycznych, konduity estetycznej, nawet przyswojonego zasobu językowego. W szerszym zakresie za zmiany odpowiadają przemiany kulturowe towarzyszące kolejnej epoce, kiedy na dawne kwestie patrzy się w inny sposób, związany z całym wachlarzem odmienności. Można odczuwać psychologiczną potrzebę reinterpretacji wiedzy, kiedy to właśnie jednostkowe cechy psychologiczne, determinowane daleko idącym nonkonformizmem, implikują konieczność poszukiwania zmiany status quo. Zdarza się, i to już nie jest zgodne z prawidłami warsztatu historyka, że cele wynikają z powodów pozanaukowych – politycznych czy merkantylnych41.
Po tej samej stronie sytuuję także wszystkie przejawy prześlepień wynikających z homofobii, transfobii i queerfobii, które mogą przybierać radykalną formę związaną z celowym przemilczaniem – ukrywaniem informacji ‒ szczególnie w przypadku instytucji odpowiedzialnych za kształtowanie pamięci zbiorowej. W skrajnych przypadkach pewne wątki pozostają przez lata celowo wykluczane, co stanowi część nieinkluzywnej – queerfobicznej – polityki historycznej42.
Na polskim gruncie badawczym najlepszym potwierdzeniem tego typu działań jest wieloletnie unikanie albo wręcz zaprzeczanie istnieniu Polaków prześladowanych na mocy paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego (StGB)43. Nie ma logicznego wyjaśnienia, dlaczego powielano ten błąd, szczególnie w miejscach pamięci, w których znajdowała się dokumentacja potwierdzająca zupełnie inną tezę. Oprócz wyroków w sprawach karnych na mocy paragrafu 175 przeciwko obywatelom polskim44 przetrwały chociażby listy transportowe do obozów koncentracyjnych, na których w rubryce „kategoria” pojawiają się określenia „175Pole”45. Niewątpliwie powinien to być wystarczający dowód na stosowanie tego artykułu karnego także w stosunku do osób innej narodowości niż niemiecka.
W polskiej historiografii celowe – queerfobiczne – prześlepianie historii celnie podsumował Georg Gostomczyk, nawiązując do pierwszego tekstu o „więźniach z różowym trójkątem”, napisanego przez pracownika Muzeum Auschwitz-Birkenau. Proces niebadania i ukrywania tych wątków trwa do dziś:
Ponieważ więźniowie homoseksualni stanowili znikomy procent wśród innych więźniów, […] zachowało się niewiele dokumentów dotyczących [ich życia w obozie – J.O.]. Dodatkowo – co wydaje się kluczowe – nie pozostawili żadnych osobistych relacji. Ponadto większość więźniów homoseksualnych zachowywała się „po świńsku” [schweinisch – J.O.], ponieważ byli „kryminalistami i Niemcami”. Pełnili funkcje obozowe, które umożliwiały im wykorzystywanie seksualne polskich więźniów politycznych. Z tego właśnie powodu „polscy” badacze […] do tej pory koncentrowali się wyłącznie na kryminalnych więźniach homoseksualnych w KL Auschwitz, a nie na więźniach z różowym trójkątem46.
Hierarchizacja ofiar w badaniach polskich miejsc pamięci ‒ wpływająca na pamięć zbiorową, ale też przyczyniająca się do budowania współczesnych podziałów na „dobrych” i „złych” ocalałych ‒ to temat na osobną monografię, wymagającą nie tylko prześledzenia publikacji w języku polskim, ale również ich tłumaczeń na języki obce, ponieważ wersje często różnią się skalą homofobii47. Zdecydowanie widać jeden dominujący trend badawczy charakteryzujący politykę instytucji zajmujących się pamięcią zbiorową ‒ osoby uwięzione w okresie wojennym i skierowane do obozów jako więźniowie i więźniarki „kryminalne”, „asocjalne” i „homoseksualne” nie zajmują polskich badaczy i badaczek. Dlaczego? Próbuję odpowiedzieć na to pytanie od dwudziestu lat. Wykorzystywanie kategorii narodowościowej jako jedynej w kształtowaniu współczesnych badań dotyczących życia społeczności obozowej, twarde podtrzymywanie nazistowskich kategorii więźniarskich w opisywaniu przeszłości oraz brak szacunku do zapomnianych ofiar i przeżywców ‒ to rzeczywistość, w której bada się życiorysy osób uznanych za niegodne48.
Tkanka instytucjonalnego, ale przecież także tkanka ludzkiego oporu – ktoś decyduje o kierunku badawczym danego miejsca pamięci – jest w Polsce nadal silna. W Arolsen Archives, czyli największym na świecie archiwum zajmującym się pokrzywdzonymi w okresie narodowego socjalizmu, w każdym dokumencie edukacyjnym znajdziemy zdania rodzaju: „Byli więźniowie, którzy przebywali w obozach koncentracyjnych jako «aspołeczni», dopiero w 2020 r. zostali uznani za ofiary reżimu nazistowskiego”49. W Polsce rok 2020 nie zmienił kompletnie nic, zarówno pod względem prowadzenia badań czy upamiętniania, jak i pozbawionego oceny wspomnienia osób uznanych za nienormatywne przez nazistowski reżim50.
Obok radykalnych działań instytucji odpowiedzialnych za pamięć zbiorową przykładem miękkiej wersji celowego prześlepiania queerowego życia może być, analizowany przez Terry Castle, uniwersalna bez względu na szerokość geograficzną koncepcja „widmowości” lesbijek, z którą zetknęła się każda osoba badająca choćby wycinek queerstorii51. Anna Dżabagina nazywa to zjawisko zaskakującą „niewidzialnością” historycznych queerowych kobiet „pozostających przecież na pełnym widoku (ukrytych jedynie w szafach bibliotek i archiwów)”52. „Niespostrzegawcza” jest jednak nie tylko historia ogólna, ale także bezkrytyczna męskocentryczna historia queerowa. Mówiąc wprost – zawsze znajdzie się lepsze wyjaśnienie na temat życia dwóch kobiet niż to, że były w queerowej relacji.
Widać to również doskonale w badaniach okresu nazistowskiego, przykładowo w toczącej się od lat walce o to, czy queerowe kobiety rzeczywiście były prześladowane w okresie narodowego socjalizmu, gdyż nie podpadały pod paragraf 175; czy użycie innych paragrafów przeciwko queerowym kobietom wystarczy, aby uznać je za ofiary nazistowskiego prześladowania; czy i jak powinno się je upamiętniać53. W kontekście Europy Wschodniej dochodzi jeszcze jeden aspekt – czy rzeczywiście w sytuacji zbiorowego prześladowania społeczności żydowskiej, polskiej, ukraińskiej, białoruskiej, rosyjskiej, czeskiej i słowackiej przez nazistowskie władze okupacyjne tożsamość płciowa i orientacja seksualna miały znaczenie dla prześladowców. A jeśli tak, to jaka była różnica w traktowaniu osób uznanych za homoseksualnych mężczyzn i homoseksualne kobiety54.
W analizie „niewidzialności” odmieńczego życia najciekawsza wydaje się jednak powszechna pewność braku źródeł. Choć de facto niewiele osób wcześniej sprawdzało „szafy bibliotek i archiwów”, niejako z góry przyjęto, że baza źródłowa (głównie archiwa państwowe) nie jest wystarczająca, aby opowiadać tę historię55. W przeciwieństwie do zmian w archiwach niemieckich współpracujących z aktywistami LGBTQIA+, aby wypracować nowe sposoby poszukiwania queerowego życia, polskie instytucje milczą, hołdując opinii o braku śladów56.
Prześlepianie, które wynika z niemożności zobaczenia źródła bądź jego fragmentu, łączy się także ze wspomnianym przez Mazura „wachlarzem odmienności” powiązanym choćby z przemianami kulturowymi, kontekstem powstawania narracji historycznej albo po prostu z brakiem możliwości weryfikacji jednego śladu za pomocą innego. Ta ostatnia sytuacja wydaje się najczęstszym doświadczeniem osób badających historię marginalizowanych.
Niekiedy trop reinterpretacji jest obecny w źródle wyjściowym, ale z jakiegoś powodu nie sposób go rozpoznać. Dokładnie to doświadczenie było punktem wyjścia do napisania tej książki. Historia Alex ‒ rozpoczynająca się od jego rejestru karnego, w którym prześlepiłam jeden przedwojenny proces w polskim sądzie w Lublinie ‒ zupełnie zmieniła moje odczytanie historii osób transpłciowych w przedwojennym społeczeństwie polskim57.
Innym razem queerowa narracja obecna w głównym nurcie, podparta sporą liczbą źródeł, która wręcz powinna prowokować do dalszych badań, pozostaje zamknięta. Tak odbieram historię Witolda Smentka, która – z drobnymi wyjątkami – pozostaje niezauważona przez badaczy szeroko pojętej odmienności58. Przed wojną Smętek59 był znanym sportowcem lekkoatletą i jeszcze jako Zofia zdobywał medale w rzucie oszczepem. Jako osoba publiczna, której towarzyszyła prasa, zdecydował się na operację korekty płci. (Dziś Smętek jest opisywany jako osoba interpłciowa, ale istnieje prawdopodobieństwo, że był osobą trans). Dokumentacja medyczna Smentka nie przetrwała do czasów współczesnych, ale zachowały się jego wspomnienia wydane we Francji na początku 1939 r.60 Obie operacje Witolda w 1937 r., szeroko komentowane przez polską prasę, wykonywał profesor Henryk Beck, którego fragmenty spuścizny są dziś przechowywane w Dziale Starej Książki Medycznej Głównej Biblioteki Lekarskiej w Warszawie.
Przeszukując mocno nadwątlone archiwum Becka, znalazłam spis jego prac publikowanych od 1923 r. 61 Dwie kartki z prawie czterdziestoma artykułami obejmują tylko okres przedwojenny. Zaledwie jeden tekst ukazał się w języku obcym (po węgiersku) w czasopiśmie naukowym „Orvosi Hetilap” w 1936 r.62 – rok przed operacjami Witolda. Tytuł artykułu brzmi Wytworzenie sztucznej pochwy i stanowi studium przypadku dwudziestoczteroletniej nauczycielki L.K., która trzy lata wcześniej trafiła do Becka dzięki swojemu bratu lekarzowi. Najprawdopodobniej była osobą interpłciową (nie miesiączkowała, nie miała pochwy i macicy), która potrzebowała pomocy chirurgicznej. Beck dał jej rok do namysłu, przedstawiając możliwe komplikacje. Półtora roku później L.K. wróciła do kliniki, zdecydowana na operację wytworzenia sztucznej pochwy ze względu na „pogorszenie swoich odczuć psychicznych” i „kompleks niższości”. Operację przeprowadzono 24 lipca 1935 r., przebiegła pomyślnie i bez komplikacji.
Oczywiście „niechęć” i „niemożność” zobaczenia tropu badanego zjawiska często przeplatają się ze sobą. Kiedy zaczynałam badania dotyczące historii zapomnianych ofiar II wojny światowej, w szczególności kobiet pracujących przymusowo w obozowych domach publicznych, mierzyłam się ze zjawiskiem zasłaniania ich danych personalnych. W przypadku domów publicznych dla więźniów w KL Auschwitz I i KL Auschwitz III baza źródłowa w języku niemieckim dotycząca więźniarek tam umieszczonych jest rzeczywiście bardzo skąpa. Najważniejszy zachowany zespół to dokumentacja Instytutu Higieny SS z Rajska – instytucji medycznej badającej próbki lekarskie wysyłane zarówno z kompleksu obozowego, jak i z innych miejsc na terenie Generalnego Gubernatorstwa oraz części terenów anektowanych do Rzeszy. Próbki pobierano od załogi SS i od więźniów. Kobiety umieszczane w burdelach obozowych badano na występowanie chorób wenerycznych (badania krwi, wymazy z pochwy i szyjki macicy). Baza źródłowa opiera się na zleceniach tych badań, obejmujących formularze z jednym nazwiskiem i numerem więźniarskim albo listę kobiet zgłoszonych do badania w okresie od września 1943 do stycznia 1945 r.
Analizując dokumentację medyczną, zawsze mamy do czynienia z danymi wrażliwymi, które wymagają szczególnej ochrony ze strony instytucji przechowującej akta, lecz w tym przypadku zasłanianie nazwisk czarnymi prostokątami uniemożliwiało mi pracę badawczą63. Z jednej strony nie miałam możliwości kontynuowania poszukiwań moich bohaterek, ponieważ ich dane osobowe zostały utajnione, co automatycznie blokowało odtwarzanie nie tylko biografii wojennej, ale także tej sprzed 1939 r. i – jeśli przeżyły – powojennej. Ta grupa więźniarek przymusowo pozostawała niewidoczna.
Z drugiej strony celowe ukrywanie nazwisk przed osobami badającymi było tłumaczone „ochroną” bezpieczeństwa byłych więźniarek. Do dziś nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, na jakich zasadach wprowadzono stałe ograniczenie dostępu do danych osobowych tych kobiet, szczególnie że nie wszystkie nazwiska i dokumenty zostały zakryte. Nawet wstępny rekonesans chaotycznie zorganizowanych tomów kolekcji Instytutu SS pokazuje, że proces zanonimizowania był raczej arbitralny, być może zależny od wiedzy (niewiedzy) pracownika katalogującego dokumenty. W tym przypadku zatem niemożność zobaczenia tropu była skorelowana z celowym działaniem instytucji ograniczającej dostęp do dokumentów na temat obozowego burdelu. Jednocześnie w tym samym archiwum nie istnieje żadna procedura „ochronna”, a więc „blokująca”, w przypadku zespołu Księgi Chirurgii KL Auschwitz I64, gdzie zapisywano wszystkie zabiegi wykonywane więźniom: od nacięcia ropnia, założenia opatrunku gipsowego aż po operacje kastracji albo sterylizacji więźniów i więźniarek65. Żadne nazwisko w czterech tomach ksiąg nie zostało zasłonięte przez pracownika muzeum, a całość jest udostępniana badającym bez ingerencji współczesnych.
Ograniczenia w badaniu odmieńczego tropu oraz niewyjaśnione procedury w stosunku do archiwaliów prowokują do poszukiwania innych typów źródeł. Bezradność osoby badającej staje się punktem wyjścia do weryfikowania i kolekcjonowania innych artefaktów. Historia tej książki zaczęła się od uczucia bezsilności wobec działań instytucji.
Wracając do eseju Ginzburga o poszlakach w narracji historycznej, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden drobny fragment. Niejednokrotnie pożądane ślady to „odpadki i «śmieci» naszych obserwacji”66. Włoski mikrohistoryk kontynuuje wątek poszukiwania i odczytywania „drobnostek”, kierując się w stronę tematu narracji – opowieści historycznej: „Łowca byłby zatem pierwszą ludzką istotą „opowiadającą historie”, ponieważ tylko on potrafił odczytywać w niemych, a nawet ledwo dostrzegalnych śladach pozostawionych przez ofiarę, spójne następstwo wydarzeń”67.
W takim układzie odczytywanie i zapisywanie historii ma charakter „poszlakowy i przypuszczalny”, co automatycznie pozwala na reinterpretację fragmentu albo całej opowieści z zupełnie innej perspektywy68. Tropy – inaczej niż sygnały albo zapalniki69 – pozwalają osłabić to, co dotychczas było pewne w narracji historycznej. Innymi słowy, jako osoby piszące historię queerową nie tylko poszukujemy nowych źródeł, ale także tropimy pozorny brak śladów w miejscach, w sytuacjach, w których takie źródła powinny przetrwać.
Wspomniana wcześniej bezradność wynikająca z blokad instytucjonalnych albo wyczerpania opowieści – czasem nie ma możliwości kontynuowania historii, czasem biografia urywa się bez rozwiązania – pozwala odwrócić proces myślenia o danych zjawisku historycznym. Jeśli w każdym miejscu pamięci w Polsce nienormatywne grupy ofiar nazizmu pozostają przemilczane, a układ argumentów jest identyczny i opiera się zawsze na przekonaniu o braku źródeł, jest to sygnał, który z powodzeniem można odczytywać jako początek narracji o współczesnej queerfobii i lęku przed upamiętnianiem ofiar, których status nadal jest kwestionowany. Jeśli zasłanianie nazwisk grupy więźniarek w dokumentacji archiwalnej nie wynika z żadnego wzorca ani nie zostało poparte jasną deklaracją zasad wyłączenia dostępu do źródeł, to znaczy, że „współcześni” cenzurujący elementy biografii badanych bohaterek mają problem. Nie ma to nic wspólnego z ochroną powojennego życia tych osób. Wręcz przeciwnie – z jakiegoś powodu ktoś podejmuje decyzję o uniemożliwieniu im powiedzenia „tak” lub „nie” procesowi świadkowania.
W związku z tym odzyskiwanie odmieńczych historii to najczęściej mozaika opowieści naprawczo-ratunkowej dotyczącej opisywanego czasu historycznego i wybranych protagonistów, a także przenikająca wszystko relacja o technikach i narzędziach wymazywania nienormatywnych narracji, których jako osoby badające doświadczamy na własnej skórze. Wracając jednak do pojęcia sygnału albo zapalnika, skorzystam z zaproponowanej przez Azoulay kategorii dyskursywnego albo archiwalnego punktu zero, która pozwala dostrzec to, co wcześniej nie mogło być zobaczone70 – czyli zostało prześlepione.
Sygnał, ślad, trop może być nowym specyficznym źródłem albo wynikać z działania sygnalistów, sygnalistek, osób sygnalizujących. Tego określenia używam zarówno w stosunku do osób bohaterskich – świadków i świadkiń, których doświadczenia pozostały w sferze cienia – jak i tych stających z boku, przyglądających się, kodujących i zapamiętujących queerowe momenty w biografiach innych. Dlaczego sygnaliści i sygnalistki? Ponieważ wysyłają sygnał o pęknięciach w znormatywizowanej strukturze, biją na alarm, zwracając uwagę, że dzieje się coś odmieńczego i zarazem istotnego, czego nie można przeoczyć.
Janina Bauman opowiadała o swoich doświadczeniach wojennych wielokrotnie, zarówno w książkach autobiograficznych71, jak i w wywiadach nagranych m.in. dla Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie i USC Shoah Foundation. W Zimie o poranku stosowała pseudonimy, opisując poszczególne postacie przewijające się w jej okupacyjnej biografii, ale w Nigdzie na ziemi oraz w relacjach mówionych używała prawdziwych imion i nazwisk:
Staś […] był to młody człowiek. Miał wtedy chyba lat trzydzieści jeden czy coś takiego – przystojny – którego nie znałyśmy przedtem, który był przyjacielem jakiegoś mojego wuja z drugiej linii. Historii tej ja nie rozumiałam zupełnie. Dopiero później zrozumiałam, o co chodziło, bo jeszcze nie byłam gotowa rozumieć takich rzeczy. Ten Staś bardzo kochał tego mojego wuja dużo od niego starszego. Wuj poszedł na front i zginął pod Tobrukiem. Ale została jego siostra i jego matka, i Staś się nimi zajął. A jak już się nimi zajął, to i nami się zajął. Z miłości do tego Władka. Ale jak się zajął? Tak zupełnie, zupełnie bezinteresownie72.
Gdyby nie to powtarzane jak mantra imię i nazwisko ratującego Stanisława Chmielewskiego, który wcześniej był w relacji partnerskiej z Władysławem Bergmanem73, trudno byłoby dostrzec queerowy potencjał tej opowieści. Janina Bauman stała się sygnalistką tej historii, podobnie zresztą jak Lila Fuchs opowiadająca o parze ratujących ‒ księdzu Janie Lewiarzu i Romanie Hawrylaku74, a także Janina Wierzbicki świadcząca o Witalisie Wróblewskim i Stanisławie Micińskim75. We wszystkich trzech przypadkach uratowane Żydówki, zaznaczając orientację seksualną ratujących, stały się zapalnikiem do kontynuowania opowieści. Tylko dzięki nim byłam w stanie dostrzec ten queerowy moment.
Podtytuł tej książki brzmi Historia pewnego archiwum, w domyśle odmieńczego archiwum – kolekcji tworzonej od 2005 r. podczas moich badań dotyczących życia osób nienormatywnych na przestrzeni XX w. na terenach dzisiejszej Polski. Na początku nie miałam żadnego planu, a raczej wewnętrzną potrzebę zbierania artefaktów, głównie akt kryminalnych, których tak bardzo brakowało mi na początku pracy badawczej. Dziś wiem, że wynikało to z błędnego przekonania o tym, że dzięki „śladom” prześladowania uda się wywalczyć miejsce dla osób wymazanych z historii76. Jednocześnie kompulsywne zbieractwo i kopiowanie dokumentacji karnej wiązało się ze strachem przed tym, że jeśli instytucja/archiwum represji77 raz może zablokować dostęp do źródła, to warto mieć odbitkę jako – ponownie – dowód, że to źródło jednak istnieje. Finalnie chodziło również o przekonanie postronnych, że źródła istnieją, a archiwa nie są puste.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Migawki
Prześlepianie
Sygnalizowanie
Archiwum odmieńców
Koda
Podziękowania
Archiwa
Bibliografia
Filmografia
Indeks
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Indeks
