55,90 zł
Poruszające i niepokojące studium społeczno-politycznych resentymentów w zapomnianym sercu Ameryki.
Autorka bestsellerowego „Obcego we własnym kraju” ponownie daje nam wgląd w przyczyny rosnących sukcesów konserwatywnych polityków. Rozmawia z ludźmi z jednych najbiedniejszych regionów i okręgów wyborczych, często niepytanymi i pomijanymi w dyskusjach o polityce. Poprzez wieloletnie rozmowy i badania, Hochschild odkrywa „paradoks dumy” – jak przekonanie o zasługiwaniu na sukces dzięki ciężkiej pracy zderza się z realiami upadku przemysłu, bezrobociem i kryzysem narkotykowym.
Książka ukazuje, jak te emocje – strata, wstyd i gniew – stały się paliwem dla wzrostu prawicowych nastrojów i białego nacjonalizmu. „Skradziona duma” to nie tylko diagnoza współczesnych podziałów w Ameryce, ale także empatyczna próba zrozumienia mechanizmów, które kształtują polityczne wybory ludzi żyjących na peryferiach swoich krajów, oferując jednocześnie refleksję nad drogą wyjścia z kryzysu społecznego i politycznego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 501
Rok wydania: 2025
Arlie Russell Hochschild, Skradziona duma. Strata, wstyd i triumf prawicy
Tytuł oryginału: Stolen Pride: Loss, Shame, and the Rise of the Right
Warszawa 2025
Copyright © by Arlie Russell Hochshild, 2024
Copyright © for the translation Hanna Pustuła-Lewicka, 2025
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2025
All right reserved
Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka
Redakcja: Paulina Bieniek
Korekta: Jolanta Gomółka
Projekt okładki: Patryk Mogilnicki
Układ typograficzny i łamanie: Katarzyna Błahuta
Redaktor prowadzący: Patryk Walaszkowski
Współpraca redakcyjna: Rozalia Kowalska
Indeks: Rafał Dajbor
Druk i oprawa: Drukarnia ReadMe, ul. Olechowska 83, 92-403 Łódź
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
ul. Jasna 10, lok. 3
00-013 Warszawa
wydawnictwo.krytykapolityczna.pl
Wydawnictwa Krytyki Politycznej dostępne są w kawiarni Prześniona (ul. Jasna 10, Warszawa), księgarni internetowej KP (wydawnictwo.krytykapolityczna.pl) i w dobrych księgarniach na terenie całej Polski.
Książka powstała przy wsparciu European Climate Foundation. Odpowiedzialność za informację i opinie w niej przedstawione spoczywa na autorce. European Climate Foundation nie ponosi odpowiedzialności za wykorzystanie zawartych lub wyrażonych w niej treści.
wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-68267-67-9
Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Dla Joan Cole
Opowiadanie historii jest jak sięganie do spichrza pełnego pszenicy i wyjęcie z niego garści zboża. Zawsze jest więcej do opowiedzenia, niż można opowiedzieć. — Wendell Berry, Jayber Crow
Głos był uprzejmy. Ton nienatarczywy. Akcent spoza Appalachów. Telefon zadzwonił rano na początku kwietnia 2017 roku, kiedy nabrzmiewające pączki sekwoi i dereni zapowiadały nadejście wiosny. W Pikeville w stanie Kentucky telefon zadzwonił w biurze Donovana Blackburna, zarządcy miasta Pikeville.
„Moja asystentka zajrzała do gabinetu i spytała, co robimy z prośbą o zgodę na marsz na Main Street. Facet nazywał się Matthew Heimbach” – opowiadał mi później Blackburn, emanujący spokojem wysoki, szczupły czterdziestolatek o przenikliwych niebieskich oczach, szpakowatej brodzie. „Kiedy go wyguglowaliśmy, okazało się, że to neonazista”. Donovan często używa liczby mnogiej, gdy mówi o swoim rozrastającym się zespole, który zbierze liczne pochwały za to, jak poradził sobie z sytuacją. „Ciągnął się za nim ślad brutalnej przemocy”.
Rzeczywiście, kiedy zaledwie dziewięć miesięcy wcześniej mężczyzna o uprzejmym głosie szedł na czele marszu białych nacjonalistów w kalifornijskim Sacramento, ludzie byli bici, kopani i wleczeni po ziemi, a dziesięć osób z ranami kłutymi trafiło do szpitala1.
Pikeville leży u podnóża góry w zubożałym hrabstwie należącym do piątego okręgu wyborczego w Kentucky (KY-5), drugiego najbiedniejszego i jednocześnie najbielszego z wszystkich czterystu trzydziestu pięciu okręgów wyborczych w Stanach Zjednoczonych2. W przeszłości miasto było prężnym ośrodkiem wydobycia węgla. Usłyszę, że to „dzięki nam ludzie w całym kraju mieli światło w domach!” i: „To my napędzaliśmy przemysł w czasie drugiej wojny światowej!”. Ale zawsze w czasie przeszłym. Teraz to już tylko wspomnienie przywołujące obraz pociągów wiozących czarne złoto z gór w otwartą paszczę przemysłowej Ameryki. Węgiel się skończył, zaczęły się narkotyki i obecnie region boryka się z ogromnymi trudnościami. „Ludzie nie wiedzą, jak ciężko nam się tu żyje” – powiedział mi jeden z moich rozmówców. „Albo myślą, że sami jesteśmy sobie winni”. Hrabstwo Pike jest jednym z pięciu amerykańskich hrabstw najgwałtowniej skręcających w prawo3.
Protesty białych nacjonalistów wybuchają także w innych miastach. W ciągu trzech miesięcy przed tamtym telefonem w kwietniu 2017 roku takie grupy przemaszerowały przez Seattle, Waszyngton i Lake Oswego w stanie Oregon4. W Minneapolis biały mężczyzna postrzelił trzy osoby, które protestowały pod hasłem Black Lives Matter5. W Harrison w stanie Arkansas biali supremacjoniści z Knights Party przeprowadzili wiec pod hasłem „Miłość do flagi”6. W Berkeley w Kalifornii ponad tysiąc osób starło się ze zwolennikami płomiennego mówcy alternatywnej prawicy, Mila Yiannopoulosa. W Kalifornii obowiązuje zakaz noszenia broni bez pozwolenia w miejscach publicznych, ale państwowy uniwersytet nie mógł zakazać wstępu na kampus obywatelom stanu, którzy nie są studentami. Na materiałach z zamieszek widać, jak zamaskowani, ubrani na czarno demonstranci wybijają okna i podkładają ogień; uczelnia poniosła straty w wysokości 800 tysięcy dolarów7.
W 2000 roku Southern Poverty Law Center naliczył pięćset dziewięćdziesiąt dziewięć grup nienawiści; w 2017 roku, kiedy Heimbach dzwonił do zarządu Pikeville, było ich już dziewięćset pięćdziesiąt cztery8. W samym Kentucky działało jedenaście takich organizacji9. Wzrosło również znaczenie ekstremistycznych mediów, takich jak Alt-Right TV, White Pride Radio czy White Resistance News, które relacjonują wydarzenia organizowane przez swoich słuchaczy i znajdują szerokie grono wdzięcznych odbiorców.
Tymczasem Pike – jak prawie wszystkie sto dwadzieścia hrabstw Kentucky – ogłosiło się twierdzą Drugiej poprawki, w której nie obowiązują ograniczenia dotyczące broni10. Biali nacjonaliści, o ile ukończyli dwadzieścia jeden lat, mogli przynieść na marsz Heimbacha naładowaną broń, w tym broń szturmową bez ograniczeń pojemności magazynka, i nie musieli pozyskiwać żadnych pozwoleń ani zdawać testów11. W Kentucky obowiązuje zasada stand your ground (nie cofaj się/nie ustępuj), dopuszczająca użycie broni w samoobronie lub w obronie innych; wystarczy subiektywne odczucie, że jest to konieczne12. Od 2010 roku w Kentucky stale rośnie liczba zgonów w wyniku postrzału z broni palnej13.
„Nie wierzę w biały nacjonalizm” – powie mi Donovan Blackburn. „Wychowałem się tu niedaleko, w Greasy Creek. Tutaj żyli moi przodkowie. Tutaj chodziłem do szkoły. Tam, skąd pochodzę, i wszędzie tutaj, mieszkają dobrzy ludzie. Wierzymy w prawo do życia, Drugą poprawkę i w ludzką przyzwoitość. Kiedy do twojej społeczności wchodzi ktoś nowy, ofiarujesz mu miłość, godność i szacunek. Mamy mniejszości: czarnych, Żydów i muzułmanów. Zasługują, by czuć się tak samo bezpiecznie jak wszyscy. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by ich chronić. Ale żyjemy w wolny kraju. Szanujemy wolność słowa. Jesteśmy dobrymi ludźmi”.
Przyjechałam do Pikeville zaniepokojona pogłębiającym się podziałem politycznym i niezwykle ciekawa nieznanego mi miejsca, a także z pewnym pomysłem na temat roli emocji w polityce, który, jak sądziłam, mógłby pokazać nadciągającą burzę z innej perspektywy. Podczas pracy przy mojej poprzedniej książce, Obcy we własnym kraju. Gniew i żal amerykańskiej prawicy, wybrałam się na rozlewiska Missisipi i do osad leżących niedaleko zakładów petrochemicznych w Luizjanie. Spędziłam tam sporo czasu i poznałam ludzi z konserwatywnej strony politycznej przepaści. Odkryłam na pół pogrzebaną historię, której nadałam nazwę „głębokiej historii”. Wielu moich wczesnych rozmówców czuło się, jakby stali w kolejce po amerykański sen, ale nie przesuwali się do przodu, ponieważ, w ich mniemaniu, przed nich wpychali się Afroamerykanie, kobiety, imigranci i uchodźcy. Zaczynali popierać prawicę w nadziei, że położy kres jawnej niesprawiedliwości.
Wtedy nie przewidziałam, że gniew wobec „drugiej strony” wyeskaluje do nienawiści i nawoływania do „zemsty”14. Przewidział to przedsiębiorca z hrabstwa Pike i zagorzały zwolennik Trumpa, który napisał, że: „wybory w 2024 roku będą brutalne. Już wcześniej byliśmy spolaryzowani, ale teraz już w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Jest tak jak w 1861 roku. Zmierzamy w kierunku wojny domowej”. Socjolożka Kirstin Krusell, która od lat bada preppersów (Amerykanów przygotowujących się na totalną katastrofę), zauważyła, że zainteresowanie preppingiem gwałtownie wzrosło po wyborach prezydenckich w 2008 roku, kiedy zwyciężył Barack Obama, i w 2016 roku, kiedy wygrał Donald Trump15. Chciałam „popłynąć pod prąd”, od gniewu do doświadczeń i okoliczności, które go rozbudziły i podsycają.
Z potężną siłą zawładnęła amerykańską prawicą i podzieliła naród idea, że wybory prezydenckie w 2020 roku zostały „skradzione”. Sześćdziesiąt procent Amerykanów – dziewięćdziesiąt procent demokratów i dwadzieścia trzy procent republikanów – uważało, że Joe Biden uczciwie wygrał wybory16. Jednakże Trump oświadczył, że zostały „skradzione” i zapowiedział „odwet”17.
Postanowiłam przesunąć uwagę z głębokiego południa na Appalachy i skupić się na wschodniej części stanu Kentucky18. Wszystkie regiony naszego kraju mają własną tradycję polityczną, historię, gospodarkę i mądrość ludową. W przypadku Luizjany były to tradycja, historia, gospodarka i folklor wielkich plantacji; w przypadku Appalachów – odciętych od świata osad w surowym górskim krajobrazie. To one nadały odmienne tony językowi dzisiejszej polityki19.
Luizjana od dawna głosowała na Republikanów; stanowiła bastion prawicy. Kentucky było umiarkowane, ale ostatnio wykonało skręt w prawo. Według Cook Political Report z 2023 roku okręg wyborczy KY-5 w 1996 roku plasował się niemal w politycznym centrum kraju; blisko dwieście trzydzieści pięć okręgów było bardziej liberalnych, a ponad dwieście bardziej konserwatywnych od niego. Ale w 2023 roku piaty okręg wyborczy Kentucky zajmował już drugie miejsce na liście najbardziej konserwatywnych okręgów w Stanach Zjednoczonych Ameryki20. KY-5 i drugi okręg wyborczy w Oklahomie to dwa z pięciu okręgów, w których Trump miał największy margines zwycięstwa w wyborach zarówno w 2016 roku, jak i 2020 roku21. Osiemdziesiąt procent mieszkańców piątego okręgu wyborczego – i samego hrabstwa Pike – zagłosowało w 2016 roku, i ponownie w 2020 roku, na Trumpa22. Byłam ciekawa dlaczego.
Przez dłuższy okres istnienia Stanów Zjednoczonych Partia Republikańska przyciągała zamożnych przeciwników podatków i rządowych programów społecznych, i tak jest do dzisiaj. Obecnie przyciąga jednak również przedstawicieli innych klas, głównie białych, w tym białych żyjących w ubóstwie lub na granicy ubóstwa. W 2014 roku piąty okręg wyborczy Kentucky zajął ostatnią pozycję w badaniu dobrobytu Well-Being Index Instytutu Gallupa i firmy Healthways23. Rejon spadł na samo dno pod względem jakości życia, warunków pracy, zdrowia psychicznego, zdrowia fizycznego, nawyków zdrowotnych i dostępu do opieki zdrowotnej. W tamtym czasie trzydzieści sześć procent mieszkańców hrabstwa było beneficjentami programu Medicaid; Republikanie konsekwentnie krytykują ten program i domagają się jego ograniczenia24. W czasie pandemii COVID-19 z Medicaid korzystała już połowa mieszkańców hrabstwa Pike (jednego z trzydziestu jeden hrabstw należących do piątego okręgu wyborczego Kentucky)25. Trzydzieści osiem procent budżetu prawicowego Kentucky pochodzi z funduszy federalnych. Moje wyobrażenie o zwolennikach Partii Republikańskiej nie pasowało do ludzi, których miałam tam poznać. Zastanawiałam się, co mi umyka.
W przeszłości w moich badaniach często skupiałam się na kobietach, ale sytuacja na prawicy przekierowała moją uwagę na mężczyzn. W 2020 roku pięćdziesiąt osiem procent białych wyborców zagłosowało na Donalda Trumpa; w grupach białych mężczyzn i białych mężczyzn bez wykształcenia wyższego (licencjatu) było to odpowiednio sześćdziesiąt jeden procent i siedemdziesiąt procent26.
Odnosiłam wrażenie, że u podłoża tego trendu leży kryzys, który najboleśniej dotknął mężczyzn. Jak Helena Norberg-Hodge zauważyła w studium azjatyckich kultur rolniczych poddanych presji modernizacji, związane z takim trendem napięcia najwyraźniej objawiają się w grupie młodych mężczyzn. W Stanach Zjednoczonych w marszach białych nacjonalistów oraz grupach prawicowych bojówkarzy praktycznie nie ma kobiet. Mężczyźni z klasy robotniczej okazują się najbardziej podatni na tak zwane choroby z rozpaczy (uzależnienia, alkoholizm i samobójstwa), będące plagą dzisiejszej Ameryki. Muszę ze smutkiem stwierdzić, że rejon Appalachów jest epicentrum tej epidemii27.
Dla niektórych osób z lewicy cztery słowa –rolnicze, biali, robotnicy, mężczyźni – funkcjonują jako stereotyp. Chciałam go poznać od środka, zamiast osądzać z zewnątrz. Sądziłam, że ten wrażliwy obszar czerwonej Ameryki, piąty okręg wyborczy Kentucky, może nam sporo powiedzieć o całej czerwonej Ameryce, a może nawet o wietrze białych nacjonalizmów, wiejącym dzisiaj na całym świecie. Przede wszystkim jednak chciałam odbyć wnikliwe rozmowy z tamtejszymi mieszkańcami i zrozumieć, jak oni sami widzą trendy, które wpływają na ich życie; a także przeprowadzić podobne rozmowy z ludźmi, którzy przyjeżdżają do ich miasta, by ich przeciągnąć na stronę białego nacjonalizmu.
Skupiłam się zatem na małym mieście w Appalachach, a w nim przede wszystkim na mężczyznach. I właśnie tam, w tamtym regionie, wśród jego mieszkańców, odkryłam najczarniejszą wersję scenariusza wspólnego dla hrabstwa Pike i większości czerwonych stanów. Od lat 70. XX wieku czerwone stany najdotkliwiej odczuwają negatywne aspekty globalizacji. W czerwonych stanach, gdzie edukacja jest bardziej niedofinansowana, mieszkańcy są bardziej narażeni na wypadki, a oczekiwana długość życia jest niższa, odpływ biznesu za granicę, automatyzacja i osłabienie związków zawodowych wyrządziły większe szkody w obrębie zamożności i zdrowia mieszkańców niż w stanach niebieskich28. Na stare problemy nałożyły się nowe: zachorowania i zgony na COVID-19 i negatywne skutki zmian klimatycznych.
Hrabstwo Pike ucierpiało jeszcze bardziej niż pozostała część czerwonej Ameryki. Tradycyjną gospodarkę dotknęła zapaść. Kopalnie węgla są zamknięte od dawna, ale stare konstrukcje kopalniane, które po nich zostały, nie pozwalają o tym zapomnieć. Dudniące przenośniki taśmowe, które służyły do sortowania i mycia węgla, sterczą w krajobrazie jak oniemiałe długonogie świerszcze. Zniknęły miejsca pracy, za to pojawiły się narkotyki. Oparty na kłamliwych twierdzeniach marketing środka przeciwbólowego OxyContin szemranej firmy farmaceutycznej Purdue Pharma, szczególnie intensywny w Wirginii Zachodniej i wschodniej części Kentucky, doprowadził do fali uzależnień, zgonów z przedawkowania i osobistych tragedii. A teraz, jakby wykorzystując te dwa nieszczęścia, do miasta zjeżdżali biali nacjonaliści ze swoim marszem i ofertą „rozwiązania” miejscowych problemów. Pikeville wydawało się epicentrum kryzysu29.
Byłam ciekawa, jak radzili sobie z tą zawieruchą mieszkańcy miasta, tak czule opisywani przez Donovana Blackburna. Czy wierzyli, że rząd federalny pomoże im uporać się z problemami? Ich stosunek do władz w Waszyngtonie był bardzo ambiwalentny30. W 1964 roku siedemdziesiąt siedem procent Amerykanów wierzyło, że rząd federalny „zawsze albo prawie zawsze postępuje właściwie”31. 2023 roku takie zaufanie deklarowało już tylko szesnaście procent obywateli32. W latach 80. ubiegłego wieku szydercza krytyka służb i regulacji rządowych stała się zasadniczym elementem przekazu prezydentury Ronalda Reagana. Powtarzana następnie przez republikanina George’a H.W. Busha i demokratę Billa Clintona, przyczyniła się do ogólnego spadku zaufania do instytucji federalnych33. Ponad połowa republikanów chce przekazania części uprawnień władzom poszczególnych stanów; podobnie myśli tylko osiemnaście procent demokratów, ale zaufanie do rządu federalnego jest niskie wśród zwolenników obu partii34.
Pewna część amerykańskiego elektoratu od dawna opowiadała się za silniejszym przywództwem, a nawet takim, które nie potrzebuje większości. Democracy Fund Voter Study Group (Grupa Badawcza Wyborców – Fundusz na rzecz Demokracji) zapytała Amerykanów, czy chcą „silnego przywódcy, który nie musiałby przejmować się Kongresem ani wyborami”. Dwadzieścia cztery procent respondentów odpowiedziało „tak”35. Zapotrzebowanie na aż tak silnego lidera oczywiście może wystąpić po obu stronach, prawej i lewej, ale jak pokazało badanie Centrum Badawczego Pew przeprowadzone w dziesięciu rozwiniętych demokracjach świata, w 2017 roku zwolenników „silnego przywództwa” było od dwóch do trzech razy więcej po prawej stronie sceny politycznej36. Obecnie w Stanach Zjednoczonych takiej formy przywództwa życzyłoby sobie dwadzieścia siedem procent osób o poglądach prawicowych i czternaście procent osób o poglądach lewicowych37. W 2018 roku, po dwóch latach w fotelu prezydenta, Donald Trump wyraził się z uznaniem o prezydencie Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpingu, piastującym swoje stanowisko dożywotnio: „Jest dożywotnim prezydentem. […] Uważam, że to wspaniałe. Możliwe, że my też kiedyś tak spróbujemy”38.
„Dożywotni prezydent” – zastanawiałam się, czy zostało to powiedziane żartem czy na poważnie, w charakterze balonu próbnego? Jeśli na poważnie, to jakie to rodzi pytania dla współmieszkańców Donovana Blackburna i dla nas wszystkich? Ta wizja znajduje też oddźwięk poza Ameryką: jak zauważył politolog Kas Mudd, od 2000 roku światowe demokracje przeżywają czwartą falę wzrostu siły radykalnej prawicy od czasów drugiej wojny światowej39. W 2020 roku już blisko jedna czwarta ludności świata żyła w państwach rządzonych przez skrajną prawicę. Taką właśnie wizję Matthew Heimbach chciał przedstawić Pikeville: „silnego człowieka”, który stoi ponad prawem, konstytucją i mechanizmami kontroli władzy. W Stanach Zjednoczonych i na całym Zachodzie po części już istnieją nieodzowne warunki: brak zaufania do władzy, zniecierpliwienie problemem imigracji i żądania, by go natychmiast rozwiązać, niezadowolenie narastające poza finansowymi i przemysłowymi centrami władzy i tam, gdzie nie ma związków zawodowych. Zastanawiałam się, czy Ameryka dołączy do tego trendu, czy też mu się oprze. I byłam ciekawa, co o tym sądzą mieszkańcy Appalachów, którzy życzliwie otworzyli mi drzwi do swojego życia.
Do Pikeville sprowadziła mnie naukowa ciekawość, jak bardzo i w jaki sposób na politykę wpływają emocje, a zwłaszcza duma i wstyd. Atrakcyjność przywódcy często opiera się na emocjach, do jakich się on odwołuje. Emocja nie jest przypadkowym dodatkiem do poznawczego omówienia zasad i wytycznych, które nazywamy „polityką”. Przeciwnie, poglądy polityczne mogą pełnić funkcję tacy, na której podana jest emocja. Aby zrozumieć upolitycznioną emocję, musimy najpierw zrozumieć, przez co ludzie przechodzą i co jest dla nich ważne40.
W hrabstwie Pikeville poznałam wiele osób, które chciałyby odczuwać dumę ze spełnienia amerykańskiego snu, lecz zamiast tego muszą się mierzyć z „paradoksem dumy”. Z jednej strony republikanie z rolniczego okręgu wyborczego w czerwonym stanie Kentucky byli niezwykle dumni ze swojej ciężkiej pracy i brania odpowiedzialności za swoje życie. Sukces był powodem do dumy. Porażka – do wstydu. Z drugiej strony trudna sytuacja gospodarcza znacznie obniżała ich szanse na odniesienie sukcesu. Paradoks dumy stawiał konserwatystów z czerwonych stanów przed problemem, z którym trudno im się zmierzyć: jak reagować na nieuzasadnioną porażkę. Ludzie radzili sobie z tym na różne sposoby: kierowali wstyd do środka, projektowali go na zewnątrz albo znajdowali kreatywne rozwiązanie paradoksu, często dzięki własnej inwencji.
Przygotowując się do wywiadów z mieszkańcami wschodniego Kentucky, zawsze zaczynałam od położenia na stole dyktafonu. Przed wciśnięciem guzika nagrywania wyjaśniałam, o co mi chodzi, i prosiłam o zgodę na zarejestrowanie rozmowy. „Jeśli z jakiegoś powodu będziesz chciał/chciała powiedzieć coś poza protokołem, daj mi znać. Wyłączę nagrywanie” – mówiłam.
Czasem ktoś wskazywał palcem lub skinieniem głowy dyktafon i prosił, żebym go wyłączyła. Prawie nigdy nie zdarzyło się, by ktoś chciał w ten sposób chronić siebie; niemal zawsze chodziło o to, by chronić dumę bliskiej osoby.
Wiele z tych opowieści krążyło wokół narkotyków. Jeden rozmówca ze smutkiem mówił o swoim bracie, który zrobił dziecko siedemnastoletniej dziewczynie i wyjechał, by podjąć dobrze płatną pracę w fabryce i móc płacić alimenty. Młoda matka pogrążyła się w depresji, następnie uzależniła od substancji psychoaktywnych i została zmuszona do oddania dziecka do rodziny zastępczej. Ktoś inny opowiadał o ukochanym ojcu, górniku, który po stracie pracy objeżdżał autostopem inne kopalnie w nadziei, że któraś go zatrudni, ale potem wpadł w nałóg i przedawkował. To było przejmujące przypomnienie, że przeżywamy nie tylko własny smutek lub wstyd, lecz dźwigamy również smutek i wstyd innych.
Uświadomiłam sobie, że Ameryka ma nie tylko gospodarkę materialną, lecz także równoległą do niej i równie ważną ekonomię dumy. Bo duma i wstyd, choć zawsze są odczuwane osobiście, są zakorzenione w szerszych warunkach społecznych. Odkryłam, że duma moich rozmówców ma wiele źródeł: region, etykę pracy, łamanie zasad i konwenansów (bad boy), wyjście z nałogu. Co się dzieje, kiedy główne źródło dumy całej społeczności, dobrze płatne miejsca pracy, znika albo gdy stare umiejętności i tradycyjne sposoby życia przestają być użyteczne i tracą wartość? Co się dzieje, gdy – przy braku prawdziwych rozwiązań dla prawdziwych problemów – poczucie straty i wstyd stają się cenną „rudą”, eksploatowaną przez polityków?
Chciałam zrozumieć „fatalny zbieg okoliczności” z tylu punktów widzenia, z ilu tylko mi się uda, z góry na dół i z lewa na prawo. W tym celu rozmawiałam z obrońcami miasta, jak choćby z Donovanem Blackburnem, ale też z organizatorem wiecu Unite the Right (Zjednoczyć prawicę). Rozmawiałam z potencjalnymi ofiarami marszu: Afroamerykaninem, żydowskim uchodźcą z nazistowskich Niemiec i lekarzem, muzułmańskim imigrantem i opiekunem meczetu. Chciałam zrozumieć nastawienie różnych mieszkańców miasta i okolic. Na górze rozmawiałam z przywódcami miasta: byłym gubernatorem Kentucky, dwoma burmistrzami i sędzią. Na dole, takim, jak ja go postrzegam, z przestępcami i wychodzącymi z nałogu narkomanami. Rozmawiałam z demokratami, wyborcami głosującymi na kandydatów niezależnych, republikanami, osobami nieinteresującymi się polityką lub odnoszącymi się do niej sceptycznie. Chciałam ich wszystkich, z góry na dół i z lewa do prawa, zapytać, co myślą o marszu, o swoim życiu i o polityce.
Liczyłam na to, że poznam zdanie moich rozmówców o zwracaniu się ponad pogłębiającym się politycznym podziałem do ludzi po jego drugiej stronie. W obecnej chwili Amerykanom nie bardzo wychodzi rozmawianie ze sobą – a najgorzej, jak się okazuje, wychodzi to białym liberałom. Zgodnie z wiele mówiącymi wynikami sondażu Centrum Badawczego Pew z 2019 roku czterdzieści pięć procent Amerykanów przestało rozmawiać z kimś o polityce z powodu czegoś, co ten ktoś powiedział. Z takim twierdzeniem zgodziło się czterdzieści pięć procent konserwatywnych republikanów i aż sześćdziesiąt procent liberalnych demokratów. Rozmowę częściej ucinają biali niż czarni: jest to odpowiednio pięćdziesiąt i trzydzieści siedem procent41. Czego można się dowiedzieć od tych, którzy nie zatrzasnęli się w swojej skorupie?
Jestem „ceperką” z niebieskiego stanu na Wschodnim Wybrzeżu. Chciałam poznać „górali” i postanowiłam dać sobie na to tyle czasu, ile będzie trzeba. Przez większość życia mieszkałam w miastach nad oceanem i wcześniej tylko raz odwiedziłam Kentucky na zaproszenie tamtejszej uczelni. Miałam jednak pewne pojęcie o życiu na wsi, ponieważ w dzieciństwie co roku spędzałam wakacje na farmie mlecznej mojej babci w rolniczej części Maine. Kiedy się urodziłam, krów już nie było, ale zostały stodoła, dojarnia, zapach, wiedza ludowa, etyka pracy i rozległy zarośnięty ogród. I między innymi z tym wspomnieniem wyruszyłam w 2017 roku do hrabstwa Pike w Kentucky.
Pikeville zachowało wiele dawnych amerykańskich tradycji. Miasteczko leży dwieście dwadzieścia pięć kilometrów od Lexington, ostatniej stacji na głównej trasie Kolei Podziemnej42; czterysta dwadzieścia kilometrów od Fort Knox, zbudowanego z betonu i stali najlepiej zabezpieczonego skarbca na świecie, gdzie przechowywana jest połowa rezerwy złota Stanów Zjednoczonych. Sto sześć kilometrów od Blair Mountain, miejsca największego powstania w Stanach Zjednoczonych od czasu wojny secesyjnej, które władze kopalni próbowały stłumić, zrzucając na strajkujących górników, czarnych, białych, urodzonych za granicą, w tym wielu weteranów, bomby z pierwszej wojny światowej. Osiemdziesiąt dwa kilometry od Inez w Kentucky, gdzie w 1964 roku prezydent Lyndon Johnson wypowiedział wojnę biedzie – wspominając to słynne wydarzenie, moi rozmówcy często wbijali wzrok w ziemię albo kręcili głową. Johnson przysiągł „wyprowadzić mieszkańców tego regionu na autostradę nadziei”43. Kilkadziesiąt lat po jego wizycie wielu ludzi miało poczucie, że ta obietnica nie została spełniona. Część osób, które tam poznałam, była zniecierpliwiona brakiem postępu i miała dosyć przytyków ludzi z zewnątrz, którzy lekceważyli ich albo próbowali zawstydzić. Pikeville leży też trzysta sześćdziesiąt kilometrów od Sinking Spring Farm, gdzie urodził się Abraham Lincoln, którego wezwanie do narodowej iponadrasowej jedności nadal jest dziś aktualne.
W kwietniu 2017 roku mieszkańcy Pikeville zaczęli znajdować na progach swoich domów ulotki z wizerunkiem rosłego, silnego ojca podrzucającego czule do góry roześmiane dziecko i patrzącej na nich z uwielbieniem mamy44. Ulotka, skierowana do „białych rodzin robotniczych”, informowała mieszkańców o zbliżającym się marszu nacjonalistów.
Donovan Blackburn był już wtedy w pracy.
„Po rozmowie z Heimbachem zadzwoniłem do prawnika, żeby sprawdzić, jakie prawa mają uczestnicy marszu i jakie prawa ma miasto. Następnie zadzwoniłem do komendanta policji, biura szeryfa i policji stanowej”. W międzyczasie nadeszły gorsze wiadomości: „Zadzwonili do mnie z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego (DPK). Monitorowali Facebooka pod kątem kluczowych słów i skrótowców – KKK, NSM45 League of South, słowa na «n». Na podstawie liczby białych nacjonalistów, członków Antify i innych, którzy protestowali w Louisville, DPK szacował, że powinniśmy się przygotować na 2–3 tysiące, a może nawet 6 tysięcy uczestników i przeciwników marszu. Pikeville ma raptem 7 tysięcy mieszkańców. Nie powiem, żebym wpadł w panikę”.
Wiadomość o marszu szybko się rozeszła i zaczęli się zgłaszać chętni do pomocy. „Kiedy usłyszałem o marszu – powiedział mi burmistrz pobliskiego miasteczka Coal Run – zadzwoniłem do Donovana i spytałem: «Jak mogę ci pomóc? Potrzebujesz dodatkowego wsparcia policji?»”.
Donovan otrzymał też inne propozycje pomocy: „Zadzwonił gubernator i zaoferował, że postawi w stan gotowości Gwardię Narodową. W każdej chwili mógł wysłać funkcjonariuszy policji stanowej. Zgłosiło się FBI. Nawet Służba Ochrony Zasobów Rybnych i Dzikiej Przyrody wyciągnęła do nas pomocną dłoń”. Pojawiła się też bardziej niepokojąca oferta: „Odezwał się facet z Proud Boys. Powiedział, że widzieli, jak Antifa narozrabiała w Berkeley. Oświadczył: «Mamy broń i przyjedziemy wam pomóc». Odpowiedziałem mu, że doceniamy ich propozycję, ale dziękujemy”.
Po dokładnym rozważeniu wszystkich okoliczności – ciągnący się za Heimbachem ślad aktów przemocy, narastanie prawicowych ekstremizmów w skali całego kraju, stanowe przepisy dotyczące broni, tradycję gościnności hrabstwa Pike, własne przywiązanie do wolności słowa – Donovan Bluckburn podjął decyzję: „Wziąłem głęboki oddech i wydałem zgodę na marsz”.
Siedmiotysięczne Pikeville tkwi niczym klejnot w dolinie o kształcie podkowy, która owija się wdzięcznie wokół niewysokiej góry, w rozwidleniu Big Sandy River na węglonośnym pogórzu wschodniego Kentucky. Praca w górnictwie odeszła w przeszłość. Pojawiły się narkotyki. Biali nacjonaliści planowali przemarsz przez miasto.
Z pozoru nic nie zapowiadało nadciągającej burzy. Życie w miasteczku toczyło się spokojnym rytmem. W czerwcu na latarniach wzdłuż handlowej Main Street wisiały kosze białych i czerwonych petunii i wielkie portrety uśmiechniętych absolwentów miejscowego liceum. Pikeville, szczycące się szpitalem okręgowym i niedużym uniwersytetem, uchodziło za „bogate” w oczach mieszkańców dulin, które były „biedne”. Przewodnik wycieczek opowiadał ze swadą o krwawych waśniach, które w nieprzebytych niegdyś ostępach toczyły rodziny McCoyów i Hatfieldów z powodu rzekomo skradzionego świniaka. W sklepie z pamiątkami sprzedawano breloczki do kluczy z symbolem Butcher Hollow, gdzie urodziła się słynna w całym kraju gwiazda muzyki country Loretta Lynn, i DVD o niej, zatytułowane Coal Miner’s Daughter [Córka górnika].
W pewnym sensie Pikeville leżało w pół drogi między dużymi miastami – Louisville, Cincinnati i Detroit, do których w ciężkich czasach migrowali robotnicy – i osadami na zboczach, gdzie przy krętych, zbiegających na dno duliny uliczkach cisnęły się domy krewnych i przyjaciół. Schludne budynki na obrzeżach ustępowały miejsca porzuconym pordzewiałym przyczepom. Według określenia pastora Pikeville było „uprzejmie republikańskie”. Jak zauważył członek zarządu miasta, Afroamerykanin, który przeniósł się tam z Nowego Jorku, było „bezpieczniejsze niż Queens”.
Z regionu znikały dobrze płatne miejsca pracy, a w ślad za nimi wyjeżdżali mieszkańcy. Szacuje się, że do 2040 roku liczba ludności hrabstwa Pike, wynosząca obecnie 59 tysięcy, spadnie do 48 tysięcy46. Jednak wystawy sklepowe odwoływały się do pragnienia pozostania na miejscu. Na witrynie Drugiej Ulicy, obok Bridgett’s Quiliting z materiałami do szycia patchworków, królowały kominek, wielka tablica z napisem „Home”, wieniec bożonarodzeniowy i hasło: „TU CHCĘ BYĆ”. Autorka aranżacji wyjaśniała w dołączonym tekście: „Zainspirowały mnie moje prababcie… Damy ze wschodniego Kentucky łuskały groszek z własnego ogródka, robiły przetwory i piekły chleb kukurydziany, nigdy nie skarżąc się na swój los”. Zastanawiałam się, czy kierowała swój przekaz do niezadowolonych uciekinierów, narzekających miejscowych czy wiedzionych nostalgią przyjezdnych. Jak zauważył z zadumą podczas wizyty w mieście pisarz i aktywista Wendell Berry, który również pochodził z Kentucky: „Kiedy Amerykanie opuszczają swoją ziemię, zaczynają przenosić się z miejsca na miejsce i zostają permanentnymi migrantami”47. Witryny sklepowe w Pikeville mogły też mówić: „Pewnego dnia powrócicie i już zostaniecie na dobre”.
Władze miasta robiły, co w ich mocy, by przyciągnąć miejsca pracy. Rektor Uniwersytetu Pikeville, nazywanego czule UPike, opublikował cykl wywiadów z przedsiębiorcami, którzy zamierzali aktywnie działać w regionie. Dwaj prominentni emerytowani właściciele kopalni postanowili uczyć bezrobotnych górników programowania i w tym celu otworzyli ośrodek szkoleniowy w wyremontowanej rozlewni coca-coli. Nazwali go Bit Source.
– Górnik tak naprawdę jest technikiem, który się brudzi – wytłumaczył mi radośnie jeden z nich, Rusty Justice48.
– Motywowanie głodem – rzucił półżartem programista z Bit Source49.
Bit Source robiło dobrą robotę, ale miasto i tak nieustannie szukało nowych, lepszych miejsc pracy50.
Tymczasem mieszkańcy zaciekle dyskutowali nad tym, dlaczego neonaziści postanowili namieszać akurat w spokojnym Pikeville. Przeważały dwie wersje. Pierwsza brzmiała: czysty przypadek. „Facet powiesił mapę Stanów i rzucił rzutką” – wyraził przypuszczenie pewien przedsiębiorca. Recepcjonistka z Hampton Inn była podobnego zdania: „Jechał palcem po alfabecie i dotarł do P”. Strzelniczy, którego praca polegała na wtykaniu lasek dynamitu w zbocza gór, by móc poszerzyć drogę, powiedział: „Jeśli ekstremiści maszerują w Minneapolis, Minnesocie i kalifornijskim Berkeley, a teraz na wschodzie Kentucky, to znaczy, że próbują zjednoczyć prawicę, która ich zdaniem jest rozsiana po całym kraju”.
Według drugiej wersji Kentucky stanowiło łatwy cel. Z punktu widzenia białych nacjonalistów było akurat takie, jakie trzeba – biedne, białe, położone w rejonie rolniczym, zapomniane przez Boga i ludzi – by mogli liczyć na to, że chętnie nadstawi ucha. „Neonaziści chcą wywołać wojnę rasową i przyjeżdżają do najbielszego miejsca, jakie udało im się znaleźć, bo myślą, że jesteśmy rasistami, którymi wcale nie jesteśmy” – oświadczył z powagą pewien mężczyzna. Nauczyciel matematyki z miejscowego gimnazjum sądził podobnie: „Neonaziści szukają przegranych miejsc, gdzie nie ma pracy, za to pojawiły się narkotyki, ale nikt o tych miejscowościach nie pamięta i nie próbuje nic z tym zrobić. To właśnie my!”.
Organizatorzy marszu przynosili ze sobą dwie idee: rasową oraz niedemokratycznej władzy. Gdyby Matthew Heimbach przejrzał badania krajowe, dostrzegłby związek między profilem demograficznym hrabstwa Pike (i znów, przewaga białych, starzejących się mieszkańców wsi, z wykształceniem średnim, urodzonych w Stanach Zjednoczonych, biednych, którzy ucierpieli wskutek dekoniunktury gospodarczej) i poglądami na temat białej tożsamości. Ankieterzy American National Election Studies zapytali około tysiąca białych respondentów o to, jak ważna jest dla nich biała tożsamość. Proponowane odpowiedzi mieściły się na skali od „niezmiernie” do „w ogóle nie”. Tylko piętnaście procent białych ze stopniem licencjata lub wyższym i najwyższymi dochodami odpowiedziało „niezmiernie” lub „bardzo ważna”. W grupie białych z wykształceniem średnim lub niższym i z najniższymi dochodami takich odpowiedzi było trzydzieści procent. Badania wskazywały, że nawet w najbardziej obiecującej z punktu widzenia Matthew Heimbacha grupie demograficznej najbiedniejszych, słabo wykształconych białych dwie trzecie osób nie uważa rasy za „niezmiernie” lub „bardzo ważny” element swojej tożsamości51.
Co ciekawe, w KY-5, najbielszym okręgu wyborczym w kraju, określenie „biały” nie było wcale jednoznaczne. Jak zauważył autor Albion’s Seed, historyk David Hackett Fischer, w XVIII wieku wielu mieszkańców Appalachów określało się jako „mieszani”, a część jako „niebiali”. We wczesnym okresie amerykańskiej historii termin „mieszany” oznaczał kogoś, kto miał przodków irlandzkich, szkockich, włoskich, niemieckich, angielskich lub skandynawskich w dowolnym zestawieniu i proporcjach52. Później dodano Rdzennych Amerykanów i potomków Afrykanów. Kiedy opowiedziałam o mojej pracy burmistrzowi Coal Run, Andrew Scottowi, życzliwie zaoferował mi pomoc i oświadczył z dumą: „Tak naprawdę jestem Melungeonem”. Termin ten odnosi się do grupy etnicznej złożonej z potomków białych, Rdzennych Amerykanów i Afroamerykanów: „Tu, w Appalachach, trochę nas jest”.
Jednak zapaść gospodarcza potrafi zmienić sposób myślenia o rasie, choćby tylko przejściowo. W artykule Tides and Prejudice: Racial Attitudes During Downturns in the United States, 1974–2014 ekonomiści Arjun Jayadev i Robert Johnson prześledzili stosunek do rasy w latach 1979–2014 – przed kryzysem 2008 roku i po nim. I stwierdzili, że w okresach wysokiego bezrobocia wrogość rasowa białych rosła. Zauważyli też inną optymistyczną i jednocześnie intrygującą prawidłowość: gdy pojawiały się nowe miejsca pracy, wrogość rasowa malała53. To pokazuje, że lęk związany z pewnym zjawiskiem, na przykład znikaniem miejsc pracy, może wzmacniać wrogość, związaną z czymś innym, w tym przypadku rasą. Analogicznie lęk wywołany masowymi strzelaninami, epidemią COVID-19 i zmianami klimatycznymi mógł wzmocnić wcześniejsze przekonania na temat rasy czy demokracji. Negatywne skutki tych różnych problemów dotknęły czerwone stany, a zwłaszcza region Appalachów, znacznie bardziej niż resztę kraju54. Byłam ciekawa, w jakim stopniu zręczny przywódca polityczny może zmienić kierunek przepływu tego potężnego emocjonalnego paliwa. To by dało pewną podstawę do uzasadnionych przypuszczeń, gdzie biali ekstremiści mogą liczyć na przychylny odbiór.
W przeszłości obszarom, które znalazły się w trudnej sytuacji, pomagał rząd federalny, krytykowany obecnie za to, że jest za duży, zbyt rozrzutny, że państwo stało się podejrzanie „głębokie”. Ale podczas zapowiedzianego marszu ludzie Matthew Heimbacha mieli przejść obok gmachu sądu federalnego, który wzniesiono w 1940 roku ze środków programu Works Progress Administration (WPA), kojarzonego z dobrą władzą. Budynek nadal pełni swoją funkcję55.
Interesującym pomnikiem największej pomocy federalnej dla regionu jest przejazd drogowo-kolejowy Cut-Through, wykuty w skale w latach 1973–1987 przez Wojskowy Korpus Inżynieryjny56. Raz po raz słyszałam pytanie: „Widziałaś już Cut-Through?” albo: „Byłaś na platformie widokowej?”. Kiedy emerytowany właściciel kopalni o zacięciu społecznikowskim dowiedział się, że jestem nowa w mieście, zawiózł mnie tam, by pokazać mi widok. Inskrypcja na pamiątkowej tablicy z brązu informuje, że Cut-Through jest „największym osiągnięciem inżynieryjnym w Stanach Zjednoczonych i drugim na świecie, ustępującym jedynie Kanałowi Panamskiemu. […] Poprowadzenie czteropasmowej autostrady, linii kolejowej i koryta rzeki przez górę położyło kres katastrofalnym wylewom Big Sandy River”57. Strona internetowa dla turystów nazywa Pikeville miastem „śmiałych marzeń” i „małym miasteczkiem, które «poruszyło górę»”58. Dziś Pikeville jest czystym, suchym ośrodkiem regionalnym, a Cut-Through jedną z jego głównych atrakcji turystycznych. Ale pamięć o tym, że monumentalny przejazd przez górę sfinansował rząd federalny, jest podtrzymywana jedynie w broszurach Biura Turystycznego, a mieszkańcy nigdy nie wspominali o tym w naszych rozmowach.
Grupa chętnych do udzielenia pomocy Donovanowi Blackburnowi rosła. Dołączył do niej żywotny osiemdziesięciojednolatek w okularach, były gubernator Kentucky z ramienia Demokratów i rektor tytularny Uniwersytetu w Pikeville, Paul Patton. Pochodzący z niezamożnej rodziny rodowity mieszkaniec hrabstwa zrobił zawrotną karierę, którą zwieńczył urzędem gubernatora. Rządząc stanem, aktywnie działał na rzecz poprawy edukacji i zwiększenia liczby miejsc pracy. Dziś już na emeryturze, przyjął mnie, siedząc w skórzanym fotelu w okazałym gabinecie w gmachu uniwersytetu. Dziesiątki oprawionych w ramki fotografii upamiętniało kolejne etapy jego awansu społecznego: uśmiechnięci mężczyźni, uściski dłoni z innymi gubernatorami, senatorami i prezydentami. Podniósł się energicznie zza biurka i obszedł fotel, żeby pokazać mi obraz olejny wielkości muralu, na którym przecinająca rozległy zielony trawnik ścieżka kierowała wzrok patrzącego na majestatyczną budowlę z białymi kolumnami: rezydencję gubernatora.
Rektor tytularny Uniwersytetu w Pikeville został też uhonorowany wzniesieniem trzymetrowego posągu, który stanął u stóp schodów o dziewięćdziesięciu dziewięciu stopniach, prowadzących do głównego wejścia do gmachu uczelni. Odlana w brązie postać w prawej dłoni trzyma dużą replikę statusu stanowego Kentucky, a w lewej księgę. Spod profesorskiej togi wyziera biznesowy garnitur. Były gubernator spogląda oczyma z brązu w stronę ukochanych Appalachów.
Patton przyszedł na świat w wyremontowanym silosie zbożowym w Fallsburgu w stanie Kentucky, sto trzydzieści kilometrów od Pikeville.
„Jedliśmy to, co urosło w ogrodzie, polowaliśmy na króliki, wiewiórki i dzikie świnie” – wspomina. „Lodówkę kupiliśmy, kiedy miałem jedenaście lat, a samochód, kiedy miałem dwanaście. Chodziłem do czteroizbowej szkoły podstawowej, wybudowanej w ramach WPA59”. Ojciec Pattona, wędrowny nauczyciel, wbrew własnym chęciom zakończył naukę na ośmiu klasach szkoły prowadzonej przez baptystów. „Przenosiliśmy się za ojcem tam, gdzie dostał pracę. Później zarabiał na życie przy budowie kolei. Mama też skończyła tylko osiem klas, ale była zapaloną czytelniczką «Woman’s Home Companion» i «Good Housekeeping», a na stole w naszym małym domku zawsze stały kwiaty”.
Ojciec dziewczyny, którą Patton poznał w koledżu i z którą się ożenił, był właścicielem kopalni węgla. To on sfinansował dwa ostatnie lata jego studiów inżynierskich, a następnie przyjął go do pracy. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Patton miał już własną kopalnię, był milionerem i piął się po szczeblach kariery politycznej. Zaczął jako starosta powiatu Pike, następnie został wicesekretarzem stanu Kentucky, szefem stanowych struktur Partii Demokratycznej i w końcu gubernatora Kentucky60.
„Pamiętają mnie jako gubernatora Kentucky od miejsc pracy i szkolnictwa” – powiedział z promiennym uśmiechem. „Kiedy w 1995 roku zaczynałem pierwszą kadencję, stanowy system edukacji szorował po dnie. Chwała Bogu za Missisipi, inaczej już byłoby po nas. W czasie mojej drugiej kadencji, do 2003 roku, doszliśmy do średniego poziomu”.
Obecnie pod względem edukacji Kentucky zajmuje trzydzieste pierwsze miejsce pośród pięćdziesięciu stanów61.
Kariera Pattona ma również ciemne karty: skandal seksualny, rozwód, uzależnienie się od narkotyków przez jego syna. Nie zmienia to faktu, że podobnie jak Abraham Lincoln, który również pochodził z Kentucky, w jednym z najbiedniejszych regionów kraju wspiął się po własnych dziewięćdziesięciu dziewięciu stopniach, by zrealizować amerykański sen.
Jak prawie wszyscy moi rozmówcy Patton potępiał neonazistów. Uznawał ich prawo do zorganizowania marszu, ale nie życzył sobie, by jego dumne miasto zalała fala ekstremizmu. Podobne obawy na skalę całego stanu żywili członkowie legislatury stanowej. Kilka tygodni przed zapowiedzianą datą marszu przyjęli oni w głosowaniu ustnym uchwałę potępiającą Traditionalist Workers Party, której przewodniczył Matthew Heimbach. „Pierwsza poprawka daje im prawo do wyrażania nienawiści – stwierdzał dokument – ale na mocy tej samej Pierwszej poprawki mamy prawo oświadczyć, że nie pozwolimy na to w naszej społeczności”. Władze jasno określiły swoje stanowisko.
Mimo to marsz miał stać się lekcją poglądową dla innych lokalnych społeczności i pokazać im, jak wygląda wkroczenie do miasta białego nacjonalizmu. Groźni, uzbrojeni po zęby mężczyźni w glanach i ciemnych okularach, ostrzyżeni na krótko i z ponurym, zaciętym wyrazem twarzy – tak wygląda. Maszerując sztywnym krokiem, wzbudzą skojarzenia z przeklętym Niemcem, który z trzydziestoprocentowym poparciem doszedł do władzy w 1933 roku. Słabą, wyizolowaną lewicę obarczono odpowiedzialnością za klęskę kraju w pierwszej wojnie światowej, Partia Narodowosocjalistyczna budowała swoją siłę na obietnicy przywrócenia dumy narodowej, utraconej w wyniku tej haniebnej porażki. Marsz Matthew Heimbacha przywoła w pamięci obraz tamtego człowieka i tamtych czasów – odległy, jak mogłoby się wydawać, nieamerykański i dla przytłaczającej większości mieszkańców Pikeville niepożądany. Cmentarzyki na stokach były pełne grobów, które oprócz bukietów kwiatów zdobiły amerykańskie flagi i tabliczki z odznaką „Veterans of Foreign Wars”.
„Wielu naszych dziadków i pradziadków walczyło z nazistami” – usłyszałam od pielęgniarki, która czyściła nagrobek swojego przodka. „Nie zapomnieliśmy o tym”.
Obecny rektor Uniwersytetu w Pikeville, który nie wyraził zgody na protest białych nacjonalistów na terenie kampusu, dostał wiadomość z groźbą śmierci. Od kogo? Nie wiadomo. Również zarządca miasta znalazł się w sytuacji zagrożenia. „FBI ostrzegło mnie, że moje nazwisko pojawia się na Twitterze – powiedział mi Donovan, po czym dodał spokojnie: – W negatywnym kontekście”.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
CZĘŚĆ PIERWSZA. Marsz
1. Uprzejmy głos
2. „Jesteśmy dobrymi ludźmi”
CZĘŚĆ DRUGA. Twarze w tłumie
CZĘŚĆ TRZECIA. Rola pioruna
Pożegnania
ANEKS 1. Badania
ANEKS 2. Górna i dolna kładka mostu empatii
Posłowie
Podziękowania
Bibliografia
Indeks
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Meritum publikacji
Indeks
Bibliografia
