Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy Pruszcz Gdański
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 299
Rok wydania: 2003
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jerzy Sawicki
SKARB MENONITÓW
AGNI
- 2003 -
ILUSTRACJE: Krystyna Pokrzywnicka
(Copyright © by Krystyna Pokrzywnicka and Jerzy Sawicki, Gdańsk 2003)
PROJEKT OKŁADKI: Jerzy Sawicki
EDYCJA: Wydawnictwo AGNI
(Copyright © by Wydawnictwo AGNI and Jerzy Sawicki, Pruszcz Gdański 2003)
ISBN 83-919523-2-0
Spis treści
Wstęp
Rozdział pierwszy
NOCNA WIZYTA
Rozdział drugi
MOJA PIERWSZA SPRAWA
Rozdział trzeci
PRZYGOTOWANIA DO WYPRAWY
Rozdział czwarty
JEDZIEMY!
Rozdział piąty
ZNOWU GOŁĘBICA!
Rozdział szósty
PODSŁUCHANA ROZMOWA
Rozdział siódmy
MAM POMOCNIKA
Rozdział ósmy
BEZCENNA KARTECZKA
Rozdział dziewiąty
MAM LISTY!
Rozdział dziesiąty
DOM PRZY ULICY SIKORSKIEGO
Rozdział jedenasty
SPOTKANIE „OKO W OKO”
Rozdział dwunasty
REKONESANS W STĄRYM DOMU
Rozdział trzynasty
JEST SKARB!
Zakończenie
Zmierzch otulił już podnóże Biskupiej Górki. Chłodem majowego wieczoru ogarnął Stare Szkoty, Zaroślak, Chmielniki i pozostałe podmiejskie osady, na równi z głównymi kwartałami wielkiego Gdańska. Złagodził nieco emocje pospólstwa, które od kilku już dni hałaśliwie, a chwilami nawet groźnie, wyrażało swoje niezadowolenie z warunków bytowania. Za parę monet, zdobywanych ciężką pracą, niemal z dnia na dzień otrzymywało się od kupców coraz mniej towaru. Równocześnie rosły ceny i spadała wartość pieniądza.
Gromady wzburzonej biedoty miejskiej, czeladników, niebieskich ptaków, ale też drobnych kupców i rzemieślników, powoli odpływały spomiędzy przedmiejskich zabudowań. Jedni szli już do swych domostw, podczas gdy inni dążyli jeszcze do podrzędnych gospód i zajazdów. Tam, wychylając kolejne darmowe kufle piwa, wysłuchiwali płomiennych oracji fundatorów poczęstunku, którzy bynajmniej nie odczuwali trudów życia codziennego, zaś grali o większą stawkę niż codzienny bochen chleba i dzban napitku. Zapełniający karczmy osobnicy, popijając i słuchając mówiących, utwierdzali się w przekonaniu, że źródłem ich kłopotów są przybysze z innych krajów, rozpychający się w Gdańsku i jego okolicach. Mieli oni przechwytywać dobrą monetę, bitą w polskich mennicach, a w zamian wprowadzać do obiegu pieniądz lichy, przywożony z zagranicy. Ucztujący obiecywali więc sobie, że następnego dnia wrócą na przedmieścia, by znów domagać się ukrócenia tego procederu. Byli zdesperowani, a taki stan ducha sprzyja decyzjom nagłym i gwałtownym, których potem się gorzko żałuje, a których skutki bywają niemożliwe do odrobienia.
Stary człowiek odsunął się nieco od okna, przez które z wnętrza swego domu ukradkiem obserwował poczynania demonstrujących. Z ulgą usiadł w bogato rzeźbionym zydlu z czarnego dębu, westchnął głęboko.
W niedużej izbie panowała niemalże zupełna ciemność. Rozpraszał ją jedynie migotliwy płomień łojowej świeczki, dopalającej się w cynowym lichtarzu. Mrok podkreślany był czernią gdańskich, dębowych mebli, rozstawionych w izbie, oraz takąż barwą stroju mężczyzny. Kontrastowała z nim śnieżna biel jego płóciennych, choć obszytych koronką, mankietów i kołnierza. Mężczyzna nie myślał wszakże o tym, że mógłby pozować do portretu swemu rodakowi, Rembrandtowi van Rijn, który być może w tej samej chwili w dalekim Amsterdamie pracował nad którymś ze swych kolejnych arcydzieł.
Stary człowiek nazywał się Pieter Claassen i był menonitą, na co wskazywało jego niderlandzkie nazwisko, skromny, purytański strój i nie licująca z lichotą przedmieścia solidność domostwa. I to nie poślednim, gdyż należał do najbardziej szanowanych obywateli swojej gminy wyznaniowej. Znaczny wpływ na ten szacunek miało jego powodzenie w interesach. Był bowiem właścicielem dobrze prosperującego warsztatu pasamonickiego, w którym kilkunastu czeladników i uczniów wytwarzało pasy, paski, frędzle, taśmy i inne wyroby pasmanteryjne, służące do wykańczania, bramowania i ozdabiania odzieży. Jego produkty cieszyły się wzięciem u kupców nie tylko z okolic Gdańska, ale i poza granicami kraju, toteż sprzedawał je bez trudu i z godziwym zyskiem.
Ale nie o swych sukcesach myślał zacny Pieter Claassen. Zajmowały go sprawy niepokojące, bo perspektywy na najbliższą przyszłość nie były dobre.
Nie martwiła go zbytnio sama tylko kolejna fala zamieszek, które od kilku już dni zakłócały spokój pracowitych zwolenników Menno Simonsa, twórcy zasad wyznawanej przez nich religii. W końcu, jako menonita, był przyzwyczajony do wyobcowania ze środowiska, do różnorakich szykan, do zwiększonych podatków i dodatkowych opłat, do ograniczeń i limitów. Utrudniały one codzienne życie braci, ale też zmuszały ich do większego wysiłku, który tym samym przynosił większe zyski. Były te trudności nawet powodem pewnej dumy i umacniały ich przekonanie o słuszności obranej drogi. W końcu nie darmo bracia przyjmowali chrzest dopiero jako ludzie dorośli, a dla poświadczenia swych przekonań gotowi byli na poważne wyrzeczenia.
Pieter Claassen wiedział też świetnie, że już od ponad półwiecza Europą wstrząsał kryzys finansowy. Jego dotychczasowym skutkiem był ponad dwukrotny spadek zawartości srebra w monetach. A przecież miedziaki Tytusa Boratiniego oraz liche złotówki, bite przez braci Tymfów, miały dopiero dopełnić miary załamania gospodarczego. Stary człowiek z bólem przyjmował do wiadomości, że to właśnie ich — pracowitych i bogobojnych menonitów — w pierwszym rzędzie oskarżano o spekulację i o psucie monety. Rozumiał jednak, że tak naprawdę niewiele osób w pełni odróżniało ich od ogółu kupców i finansistów niderlandzkich. A z drugiej strony, przecież wartość monety nie spadała bez powodu. Zdesperowani ludzie zawsze szukają kozłów ofiarnych. Trudno żądać rozsądku od tych, których warunki bytowe pogarszają się bez ich winy. Tak więc ze stoickim spokojem starał się znosić napaści pospólstwa, nawet jeśli co parę dni któryś z braci został znieważony czy okradziony lub wręcz poturbowany.
Gorzej jednak przedstawiały się kontakty z krajami ościennymi. Właśnie upływało dwadzieścia lat od zawarcia w Sztumskiej Wsi rozejmu między Rzeczpospolitą a Szwecją, zaś do jego wygaśnięcia pozostawało jeszcze sześć lat. W tym czasie miasto Gdańsk zdołało już odbudować się ze zniszczeń po okresie wojen szwedzkich, a nawet zaczęło umacniać swoje fortyfikacje obronne. Ale dla każdego, kto jak Pieter Claassen utrzymywał kontakty z kupcami z innych stron świata, było jasne, że słabość Rzeczypospolitej, wyczerpanej niedawną wojną z kozakami, prowadzonymi przez Bohdana Chmielnickiego, jest zbyt dużą pokusą dla nowego króla Szwecji.
Należało się więc lada miesiąc spodziewać kolejnej nawałnicy ze Szwecji, przynoszącej zawieruchę wojenną. A w sytuacjach zagrażających bytowi swojego miasta, gdańszczanie byli bezlitośni: lekkie, z reguły szkieletowe budynki, luźnymi grupami rozrzucone wokół wałów miejskich, zawczasu szły z dymem, by nie ułatwiać ataku ewentualnym napastnikom i nie utrudniać obrony żołnierzom, będącym na służbie Gdańska.
Pieter Claassen przeżył już wiele zamieszek i niepokojów, od czasu gdy urodził się we wsi Markushof1, dokąd jego rodzice przybyli z Fryzji wraz z gromadą współbraci. Szukali oni swego nowego miejsca na ziemi w tym obiecującym i tolerancyjnym kraju, zwanym Rzeczpospolitą Obojga Narodów, a który tych narodów zamieszkiwało o wiele więcej niż dwa. Gdy mały Pieter miał lat sześć, jego rodzina przeniosła się do Gdańska. A ściślej nie do samego miasta, lecz na teren Starych Szkotów, należących do biskupów włocławskich. Tam spędził część dzieciństwa, młodość i dorosłe życie, tam założył rodzinę, tam wkroczył w wiek dojrzały i tam doczekał pierwszych oznak nadchodzącej starości. Opuszczał swe domostwo na dłużej tylko wtedy, gdy zmuszały go do tego okoliczności. Tam też chciał złożyć w ziemi swe sterane wiekiem i ciężką pracą kości.
Jednakże miał żonę i ośmioro potomstwa. Dzieci były co prawda dorosłe, a niektóre obdarzyły go już nawet wnukami, ale przecież nie chciał lekkomyślnie ryzykować utraty swego majątku, zdobytego pracą całego życia. Nie tylko zresztą własnego, lecz i życia jego rodziców. Pragnął pozostawić ten majątek swoim potomkom, by umiejętnie z niego korzystali i nadal go pomnażali.
Wielokrotnie zadawał sobie ostatnio pytanie, czy zostać pod Gdańskiem, w zacisznych, choć niebezpiecznych w okresie wojny, Starych Szkotach, czy zmienić miejsce pobytu. Ostatecznej odpowiedzi wciąż nie umiał sobie udzielić. Na razie postanowił, że przynajmniej część dobytku i kosztowności przeniesie do wsi Thiensdorf2, gdzie mieszkała jedna z jego sióstr, Anna Maria, wraz ze swym mężem Abrahamem Steffensem oraz liczną gromadką dzieci. Mógł tam liczyć na bezpieczne przechowanie choć części tego, co zgromadził, a w razie chęci przeprowadzenia się w te okolice na stałe całej jego rodziny — znaleźć pomoc u licznie tam zamieszkałych współbraci.
Jak postanowił, tak i uczynił. Kilka dębowych, solidnie okutych skrzyń wysłał pod opieką swych trzech synów — Hansa, Jacoba i Hildebranta — oraz gromadki zaufanych czeladników w drogę, do Thiensdorfu. Uprzednio zaś posłał umyślnego z listem, by uprzedzić siostrę i jej męża.
Zastanawiał się, czy dobrze czyni, ekspediując przesyłkę tylko po wstępnych rozmowach ze szwagrem, gdy ten bawił w Gdańsku kilka tygodni wcześniej. Jednakże w mieście miał ważne spotkania i transakcje, a z okolic Szczecina dochodziły coraz bardziej alarmujące wieści o gromadzeniu się szwedzkich pułków. Wierzył też w spryt i rozsądek swych synów. Liczył, że podróż z Gdańska do Thiensdorfu, wraz z powrotem, nie może zająć więcej czasu niż osiem dni. Gdy jednak wyznaczony termin minął z okładem, dwunastego dnia od wyjazdu ekspedycji poczuł głęboki niepokój, który wzmagał się z każdym następnym zachodem słońca. I dopiero dziś, po upływie z górą dwóch tygodni, odetchnął z ulgą — jego synowie wrócili, wraz z ludźmi, zdrowi i cali, przywożąc ze sobą list od Abrahama Steffensa. Być może ta właśnie ulga pozwoliła mu tak pogodnie znosić zamieszki, skierowane przeciwko jego współwyznawcom.
Westchnąwszy więc raz jeszcze, stary człowiek podniósł się z zydla podszedł do stojącego na środku izby stołu. Od ogarka dogasającej już łojówki zapalił pięć grubych, woskowych świec. W izbie pojaśniało. Ponownie wziął do ręki leżący na stole list. I choć jego treść znał już prawie na pamięć, znów począł odczytywać uspokajające słowa: ...
...Tak więc, drogi mój bracie, synowie Twoi szczęśliwie do mnie dotarli i depozyt Twój w całości i bezpiecznie ostawili. Którym ja też przezornie inter domesticos parietes3 lokował.
Winien Ci wszakże jestem wyjaśnienie okoliczności i przyczyn tego, żem zamieszkał wraz z moimi w Tiegenhof4). Puste to wciąż jeszcze okolice, ale jest tam dwór potężny, zameczek niemalże, panów Wejherów domena, dzierżawców okolicznej królewszczyzny. Postawiono go nad niedużą lecz spławną rzeką którą zowią Tuga, albo też Święta Tuga. Na drugim zaś brzegu tej rzeki, wzdłuż gościńca, stoi wiele zacnych nawet domostw, które bracia nasi pobudowali, miasto Tiegenhof fundując. Przybyli oni tam lat już kilka dziesiątków temu, wezwani przez bankierów gdańskich, Szymona i Michała Loytzów. Oni im korzystne wiełce tenuty5 zaoferowali, iżby bracia nasi nowe dla nich tereny, wodą dotychczas pokryte, dla upraw wydobyli.
Thiensdorf, gdziem tak wiele lat życia mego spędził, to też zacna osada, ale na uboczu położona. Dla tych, co jeno rolę obrabiają, wielce sposobna. A jak sam to wiesz, ja interesa rozliczne prowadzę i zawszem tak kalkulował, iż zdałoby się zamieszkać w bardziej dogodnej okolicy. Jakoż i trafiła się okazja. Brat nasz jeden, co w Tiegenhof domostwo z obejściem nowe pobudował, zachorzał z nagła na płuca i we trzy niedziele duszę swą Bogu oddał. Wdowa, co po nim ostała wraz z dziećmi, do Thiensdorfu wrócić zaraz chciała, bo i ma tu rodziną liczną, gdyż słabej wdowie zawsze łatwiej, sposobniej, a i przyzwoiciej wśród swoich. W końcu się domówiliśmy. Ona nasz stary dom weźmie, wraz ze słuszną sumą w gotowym pieniądzu, jaką to wraz ze starszymi sprawiedliwie obliczyliśmy. My zaś do Tiegenhofu wszyscyśmy pojechali, gdzie nowy nasz dom w posiadanie objęliśmy. Zacny jest on wielce i obszerny, to i na piętrze izbę do modlitw urządzam, dla braci mieszkających w pobliżu. I właśnie podczas krzątaniny i przejazdów licznych, szczęśliwym trafem, synowie Twoi nas tu odnaleźli.
Jakom więc już rzekł, depozyt Twój przezpiecznie ulokowałem. A gdzie, to i sam obaczysz, kiedy tylko widzieć mnie zechcesz, co łacno Ci przyjść może, bo do Tiegenhofu masz ledwie pół tej drogi, co przódzi do Thiensdorfu. Tyłe tylko Ci teraz zdradzę, że skarb ów nie tylko przed oczyma ludzkimi zasłonięty, ale i modły braci naszych chronić go będą.
List kończyły serdeczności, pozdrowienia i gorące polecenie adresata oraz jego rodziny opiece Pańskiej.
Lekki uśmiech pojawił się na twarzy Pietera Claassena. Odłożył przeczytany list, usiadł za stołem, na którym leżały czyste arkusze papieru. Sięgnął po świeżo zaostrzone pióro, umoczył je w inkauście i zaczął pisać odpowiedź do szwagra: Wielce mi miły bracie!
Sam zapewne nie wiesz, jak wielką mi ulgę przyniosło pismo Twoje, które synowie moi właśnie przywieźli....
Stary człowiek pisał powoli, wyraźnie stawiając duże litery. Chciał, by odbiorca listu, na owe czasy równie wiekowy jak i on sam, przeczytał go bez trudu, a nawet z przyjemnością. Ale czy mógł przewidzieć, że gdy jego pismo dotrze do Tiegenhofu, Abrahama Steffensa już nie będzie wśród żywych? I że on sam, Pieter Claassen, wkrótce podąży za mężem swej siostry.
Rozdział pierwszy
Znane porzekadło mówi, że w nocy wszystkie koty są czarne. Ale przecież dotyczy ono tylko koloru, a nie gatunku zwierzęcia. Czyli mimo mroku mamy jednak jakieś możliwości dostrzegania rzeczy i zjawisk.
Okazja do nocnych obserwacji nadarzyła się panu Bartłomiejowi Otto, mieszkańcowi wsi Jezioro, zagubionej wśród plątaniny kanałów melioracyjnych, gęstą siecią pokrywających Żuławy Wiślane. Choć na karku dźwigał on już siódmy krzyżyk, to wielu młodszych mężczyzn mogło mu pozazdrościć krzepy, ostrości zmysłów i dobrego humoru. Z pewnością w zachowaniu takiej formy pomagał mu właściwy tryb życia — jadał zdrowo, a spać chodził z kurami.
Jednak tej nocy pan Bartłomiej długo nie mógł zasnąć. Przyczyna tego stanu była bardzo prozaiczna — dzień wcześniej aż do późnego popołudnia wypoczywał po hucznych imieninach córki Ireny. Snuł się więc po swym przytulnym domku, położonym na południowym skraju wsi. Stary zegar wiszący na ścianie wybijał kolejne godziny, zbliżała się już północ. W drugiej dekadzie września o tej porze mrok był już bardzo gęsty. W znikomym stopniu rozjaśniał go cienki sierp księżyca.
I nagle ciemność nocy przecięły dwie smugi światła, padającego z reflektorów samochodu osobowego, wolno toczącego się po asfaltowej nawierzchni szosy. Pan Bartłomiej stał właśnie na oszklonej werandzie swego domu, więc aż zamknął oczy, oślepiony tą nagłą iluminacją.
„Jakaś lepsza maszyna. Warkotu silnika prawie nie słychać. A przecież większość aut, nawet przy tak małej prędkości, o wiele bardziej hałasuje” — pomyślał sobie, a otworzywszy po chwili oczy mógł zobaczyć już tylko zarys sylwetki oddalającego się samochodu, na tle rozjaśnianego reflektorami mroku.
„Ciekawe, któż to się tak tłucze po nocy?” — zastanawiał się nasz przypadkowy obserwator. W końcu od momentu, gdy w trakcie powojennej wędrówki ludów trafił z bagnistych łąk nad brzegami Niemna na bliskie mu klimatem podmokłe tereny Żuław, minęło z górą pół wieku. Znał więc w najbliższej okolicy wszystkich ludzi i chyba wszystkie miejsca.
„To pewnie obcy ludzie, przejazdem...” — uznał gdy samochód minął ostatnie budynki wsi. Spodziewał się teraz pan Bartłomiej ujrzeć, jak słabnący czerwony blask tylnych lamp pozycyjnych pojazdu będzie się przesuwać wzdłuż niewidocznej w mroku drogi, która prostą linią biegła ku krzyżówce w Balewie.
Ale światełko znaczące położenie pojazdu nagle zgasło.
„Czyżby nagle zachciało im się stanąć pod drzewkiem?” — zadał sobie pytanie starszy pan. I już chciał udać się na spoczynek, gdy w jego głowie zadźwięczał dzwonek ostrzegawczy:
„Zaraz, zaraz! Ten samochód stanął na wysokości opuszczonej kaplicy menonitów, koło starego cmentarza. A tam przecież jest sklep spożywczy. Czyżby to byli jacyś amatorzy cudzej własności?” — myślał. Partyzancka młodość nauczyła go ostrożności i pewnej podejrzliwości. Nie chciał jednakże zbyt pochopnie układać jakichś kryminalnych hipotez.
„Poczekam jeszcze kilka minut — postanowił. — Może zatrzymali się tylko na chwilkę i zaraz ruszą dalej?”
Ale minęło dziesięć minut, potem jeszcze pięć, a światła samochodu nie rozbłyskiwały. Rozbudzona ciekawość nie pozwalała panu Bartłomiejowi machnąć ręką na całą sprawę. Więc choć nie bardzo mu się uśmiechał spacer w chłodzie nocy, odział się ciepło, na głowę wcisnął czapkę-maciejówkę, cichutko otworzył drzwi, by nie zbudzić śpiącej małżonki, po czym wyszedł przed dom. Rozejrzał się wokół, szukając czegoś, co mogło w razie potrzeby posłużyć jako broń. Po krótkim namyśle ujął w dłoń jedną z drewnianych sztachet, które przygotował do naprawy otaczającego dom płotu i ruszył poboczem drogi w mrok, w kierunku starego cmentarza.
Do spodziewanego miejsca postoju tajemniczego pojazdu miał nie więcej niż trzysta metrów. Oczy wędrującego mężczyzny powoli oswajały się z ciemnością, toteż gdy po kilku minutach dotarł do celu, mógł już rozróżnić zarysy budynków i drzew. Bez trudu zauważył też sylwetkę samochodu, stojącego na placyku pomiędzy kaplicą menonitów a jaśniejącymi ścianami pawilonu sklepowego. Drzwiczki samochodu były zamknięte, wokół nie było nikogo widać. Także przy zakratowanych drzwiach, tworzących jedyne wejście do sklepu, nie działo się nic podejrzanego.
„Czyżby spali?” — przyszło mu do głowy możliwe wytłumaczenie dziwnego w tym miejscu i o tej porze postoju samochodu. W końcu nie mógł wykluczyć, że jacyś zbłąkani podróżni, nie znalazłszy na tych peryferiach Żuław noclegu, postanowili spędzić noc w swym pojeździe, by rano ruszyć w dalszą drogę.
Podszedł więc stary partyzant nieco bliżej obserwowanego obiektu. Elegancka karoseria auta nie kojarzyła mu się z żadną znaną marką. W ciemnościach nie mógł jednak dojrzeć żadnych znaków firmowych, a nie chciał podchodzić zbyt blisko, by nie uruchomić alarmu, który mógł być zamontowany w samochodzie. Zdołał tylko zauważyć, że tablice rejestracyjne pojazdu są jakieś inne, nietypowe, mniejsze od polskich.
- To jacyś zagraniczni goście... — mruknął cicho do siebie i właściwie chciał już ruszyć w drogę powrotną, gdy nagle na tle ciemnego masywu starej kaplicy ujrzał krótki błysk światła.
„Ki diabeł? Przecież drzwi do kaplicy są zamknięte na kłódkę. A w środku i tak nic nie ma. Czyżby mi się przywidziało?”
Wpatrzył się więc w mrok i po chwili znów ujrzał lekki błysk latarki, a za moment — następny. I jeszcze jeden. Najwyraźniej ktoś myszkował we wnętrzu opuszczonej świątyni.
Pan Bartłomiej powoli ruszył w kierunku, z którego dobiegały błyski światła. Znalazłszy się blisko frontonu kaplicy dostrzegł, że jej drzwi wejściowe są lekko uchylone.
„A więc jednak się włamali! Tylko po co? — myślał intensywnie „ Cóż to za tajemnicza historia?”
Ostrożnie podszedł jeszcze bliżej. Drzwi do świątyni bardziej zasługiwały na miano wrót. Zrobiono je dość niedbale z prostych desek, między którymi widniały szpary, miejscami szerokie na dwa palce. Przez jedną z nich nasz obserwator zajrzał do wnętrza. Ujrzeć mógł bardzo niewiele, bo tylko te miejsca, na które padały snopy światła, rzucane przez dwie latarki, trzymane przez dwie osoby. Zresztą pan Bartłomiej nawet nie starał się dostrzec wnętrza świątyni. Od czasu gdy przybył do Jeziora, widział je przecież już wiele razy, w dużo lepszych warunkach. Skupił swą uwagę tylko na nocnych przybyszach.
Po kilku chwilach stwierdził, że jedna ze znajdujących się w kaplicy osób jest kobietą. Na głowie nosiła kapelusik, bardzo dziwacznie wyglądający w tym otoczeniu. Profil jej twarzy, widziany kilkakrotnie w wędrującym świetle latarki, cechował się jakąś ptasią drapieżnością. Wrażenie to wywoływał zagięty ku dołowi nos kobiety. Z kolei jej towarzysz był rosłym, wręcz zwalistym mężczyzną. Musiał ważyć dobrze ponad sto kilogramów.
Ale oprócz tych niezbyt wyraźnych impresji optycznych, udało się panu Bartłomiejowi usłyszeć fragment rozmowy, prowadzonej przez intruzów.
— Rozumiem, rozumiem! Ale to i tak czyste wariactwo. O tej porze?
— Dobra Zdzichu, przestań marudzić. Niedługo wrócimy do Elbląga, to się wyśpisz. A teraz...
Dalsze słowa kobiety trudno już było zrozumieć, bo rozmawiający odwrócili się tyłem do drzwi. Aby więc usłyszeć coś jeszcze, pan Bartłomiej mocniej przycisnął ucho do szpary. W efekcie marnie wykonane i osadzone drzwi ugięły się, przeraźliwie skrzypiąc. Spowodowało to natychmiastową reakcję myszkującej w kaplicy pary. Dwa snopy światła skierowane zostały w kierunku drzwi.
Kto tam? — rzucił dość bezsensowne w tej sytuacji pytanie zwalisty mężczyzna, po czym ruszył ku drzwiom.
Zanim pan Bartłomiej zdążył pomyśleć o podjęciu ucieczki, lub przynajmniej o ukryciu się, stał przed nim przewyższający go fizycznie mężczyzna. W świetle latarki stwierdził on bez trudu, że niespodziewany świadek nocnych oględzin wnętrza starej kaplicy nie stanowi dla niego najmniejszego zagrożenia, mimo trzymanej w ręku sztachety.
- Co wy tu robicie? Tu jest zamknięte! Nie wolno! — próbował wyrazić swój sprzeciw pan Bartłomiej, groźnym głosem maskując ogarniający go lęk.
- Cicho bądź, dziadku! To nie twoja sprawa! — lekceważąco burknął trzymający latarkę osiłek i mocno popchnął starszego pana swą łapą przypominającą jeśli nie bochenek chleba, to z pewnością dwie duże drożdżówki.
Siła tego pchnięcia była na tyle duża, że pan Bartłomiej przewrócił się i pokoziołkował w mrok. Na jego szczęście teren wokół kaplicy był dość równy, ale i tak kilka leżących tam kamieni, drągów i jakichś żelaznych kształtek nieznanego pochodzenia boleśnie poobijało mu kości.
„Całe szczęście, że miałem na sobie waciak” — pomyślał niespodziewanie trzeźwo, gramoląc się z plątaniny chwastów, porastających miejsce upadku.
Początkowo chciał głośno wzywać pomocy. Zdał sobie jednak sprawę, że jest bardzo późno, najbliższe domy znajdują się kilkaset metrów dalej, a napastnicy przestali mu zagrażać, bo zniknęli. Odjechali już swoim samochodem, którego tylne światła pozycyjne zdążył pan Bartłomiej jeszcze ujrzeć gdy wstał z ziemi. Poprawił więc ubranie, parę razy głęboko odetchnął aby ukoić rozdygotane serce, po czym ruszył z powrotem w stronę wsi, by wraz z sąsiadami podjąć jakieś działania.
Po powrocie w pierwszej kolejności obudził sołtysa. Zanim dotarł do jego domu zdołał się już na tyle uspokoić, że wystarczyło tylko dwukrotne powtórzenie całej opowieści by sołtys uwierzył, iż zacny sąsiad nie robi mu kawałów. Zadzwonili więc na najbliższy posterunek policji, znajdujący się we wsi Markusy.
Dyżurujący tam policjant cierpliwie wysłuchał całej relacji. Zadał kilka dodatkowych pytań, po czym uznał, że sprawa nie wymaga natychmiastowej interwencji. Zapowiedział więc przyjazd kompetentnej osoby dopiero za dnia.
Jakoż około godziny dziesiątej pojawił się we wsi dzielnicowy. Udał się wraz z poszkodowanym świadkiem na miejsce nocnych wydarzeń. Towarzyszyła im kilkunastoosobowa grupa mieszkańców Jeziora, gdyż wieść o włamaniu do starej kaplicy już się wśród nich rozniosła. Na pobojowisku nie znaleziono prawie żadnych śladów nocnych wydarzeń. Jedynie wyłamany skobel, na którym wisiała zamykająca dostęp do kaplicy kłódka, świadczył o tym, że nie były one wytworem wyobraźni pana Bartłomieja.
Policjant przeprowadził więc oględziny wskazanego mu miejsca, wykonał parę zdjęć, spisał zeznania świadka i wrócił na swój posterunek w Markusach. A tam przywiezione materiały trafiły do stosownej teczki, czekając na dalszy bieg wydarzeń, zaś informacja o włamaniu we wsi Jezioro trafiła do raportu dziennego. Został on rozesłany do różnych jednostek, zgodnie z policyjną procedurą.
Raport dzienny, wbrew swej nazwie, zawiera nie tylko informacje o wydarzeniach z ostatniej doby, lecz także z kilku dni poprzednich. Daje więc pogląd na nieco dłuższy okres czasu, szczególnie wtedy, gdy czytany jest przez osobę wnikliwą. A był taką osobą komisarz Paweł Kukułka, naczelnik wydziału dochodzeniowo-śledczego w Komendzie Miejskiej Policji w Elblągu.
Popijając poranną kawę, przeglądał leżące na swym biurku papiery, przysłane w poczcie dziennej. Jak zwykle bardzo uważnie przestudiował informacje o ostatnich wydarzeniach w rejonie podległym jego wydziałowi.
— Hm! Z pewnością nie są to wyrafinowane zbrodnie, ani nawet zagadki kryminalne na miarę Agaty Christie — mruknął do siebie komisarz i już miał odłożyć raport dzienny, gdy nagle zdał sobie sprawę, że kilka przedstawionych w nim przypadków łączył jeden wspólny element. Otóż wydarzyły się one w miejscach związanych z zabytkami kultury menonickiej.
Komisarz Kukułka raz jeszcze zajrzał do raportu po czym na czystej kartce papieru zanotował nazwy trzech miejscowości: Szaleniec, Rozgard i Jezioro. W każdej z nich znajdował się stary cmentarz menonicki, zaś w dwóch ostatnich — także kaplice, użytkowane niegdyś przez menonitów. Same wydarzenia nie wyglądały groźnie. Co najwyżej można by je nazwać wykroczeniami. Na cmentarzach w Szaleńcu i Rozgardzie ktoś wykopał po kilka niezbyt głębokich dołów, nie uszkadzając samych nagrobków. Stwierdzono też ślady włamań do obu kaplic. Sprawców nie złapano, a zauważyć ich dało się tylko podczas włamania we wsi Jezioro, które miało miejsce przedostatniej nocy. Przyłapani na gorącym uczynku przez przypadkowego obserwatora, mieszkańca pobliskiego domu, poturbowali go nieco i zbiegli. Ale przynajmniej udało się ustalić, że była to szczupła kobieta imieniem Krystyna oraz zwalisty mężczyzna imieniem Zdzisław.
„Czyżby to nie był przypadek? — zastanawiał się oficer. — Czyżby jakieś hieny cmentarne próbowały poszukiwać skarbów? Ale jakie skarby mogli pozostawić menonici? O ile wiem, byli to ludzie bardzo pracowici, a zasady ich religii były bardzo surowe. Więc może tych trzech wydarzeń nie należy ze sobą łączyć? Ale jeśli mają one coś Wspólnego, to podobne przypadki mogły być odnotowane jeszcze gdzieś. Przecież pozostałości po menonitach rozrzucone są po całych Żuławach, od Elbląga do Gdańska. Trzeba zapytać sąsiadów.”
Wysłał więc komisarz telegram ze stosownym zapytaniem do Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku, a gdy nazajutrz otrzymał odpowiedź okazało się, że intuicja go nie zawiodła. W ciągu ostatnich dziesięciu dni w Gdańsku odnotowano włamanie do kościoła, zbudowanego niegdyś przez menonitów, a także zauważono dwóch mężczyzn, najprawdopodobniej wyposażonych w wykrywacz metali, buszujących na terenie cmentarza we wsi Jeziernik. Spłoszeni przez okolicznych mieszkańców, mężczyźni zdołali uciec, lecz uprzednio wykopali między grobami kilka dołów.
„A więc coś w tym jest” — ucieszył się komisarz Kukułka. Jednakże dysponował tak wątłymi śladami, że pozostało mu tylko złożyć wszystkie dotychczas zebrane materiały do jednej teczki i czekać na dalszy rozwój wydarzeń. A że w pracy policyjnej nigdy dość przezorności, więc o zaobserwowanej zbieżności poinformował zarówno swoich przełożonych, jak i podwładnych w terenie. A ponadto przygotował notatkę informacyjną do Ministerstwa Kultury. Trafiła ona do urzędników, zajmujących się ochroną zabytków.
Rozdział drugi
Pozwólcie, że się przedstawię: Mirosław Katyszew, prywatny detektyw. Brzmi to pięknie, lecz nie do końca odpowiada prawdzie. Lepiej więc opowiem wszystko dokładnie.
Zaledwie parę miesięcy temu ukończyłem studia na Wydziale Geografii Uniwersytetu Warszawskiego. O zatrudnienie dla młodego człowieka w tej branży nie było łatwo. Nawet w Warszawie, gdzie urodziłem się, wychowałem i mieszkam. Ale dla mnie problem wyboru miejsca pracy nie istniał, gdyż rozstrzygnąłem go wcześniej. Już w połowie studiów postanowiłem, że będę pracował jako samodzielny poszukiwacz odpowiedzi na pytania nurtujące tych, którzy zechcą być moimi klientami. Krótko mówiąc, chciałem założyć własną firmę, zajmującą się tym, co mogłem i umiałem robić — analizami, rejestrami, spisami, przeglądami, kwerendami, inwentaryzacją zestawieniami statystycznymi, gromadzeniem wycinków prasowych i podobnymi usługami. Niekoniecznie zresztą na tematy czysto geograficzne. Gotów byłem podejmować także inne zadania.
Nie liczyłem na to, że trafiać mi się będą wielkie zlecenia, dotyczące związków między społeczeństwem a środowiskiem, czy analizy zmian w strukturze krajowego przemysłu. Nie czekałem na współpracę z agendami rządowymi, bankami, czy wielkimi instytutami. Nie, nic z tych rzeczy! Byłem realistą. Ale przecież w codziennym życiu musiał być popyt na to, co zamierzałem oferować. Wiedziałem o tym dobrze, przecież praca w zespołach zajmujących się takimi sprawami była jednym ze źródeł moich studenckich dochodów. Prawdę mówiąc liczyłem na to, że już nawiązane kontakty będą zalążkiem przyszłej pomyślności mojej własnej firmy. Ufałem jednak, że nie będę wyłącznie garbił się nad zakurzonymi aktami i rocznikami statystycznymi. W głębi duszy liczyłem na różne zagadki i emocje, dzięki którym mógłbym nazywać się detektywem.
Trudno powiedzieć, aby to postanowienie w zasadniczy sposób wpłynęło na moje studenckie życie. Ale z pewnością umilało mi ślęczenie, nieraz do późnej nocy, nad stronicami opasłych podręczników. Ułatwiało przyswajanie wiadomości, niezbędnych przyszłemu geografowi, pragnącemu podejmować nietypowe zlecenia. No i oczywiście pamiętałem o środkach finansowych, niezbędnych przy zakładaniu własnej firmy. Możliwie dużą część dorywczo zarabianych pieniędzy lokowałem więc na swym koncie bankowym. Największy zaś wpływ na jego stan miały wakacyjne zbiory truskawek i innych jagód w Szwecji, jak też pomocnicze prace w zleceniach, wykonywanych na uczelni.
Gdy odebrałem dyplom magistra geografii, byłem gotów do realizacji swych zamysłów. Co więcej, gotowi byli też moi rodzice. Choć starałem się nie zamęczać ich opowieściami o swych planach zawodowych, to jednak nawet krótkie wzmianki pozwoliły się im oswoić z tym, co zamierzałem zrobić.
Korzystnie wyglądała też moja sytuacja lokalowa. Dotychczas mieszkałem wraz z rodzicami w niedużym mieszkaniu, położonym w starej, solidnej warszawskiej kamienicy przy ulicy Siennej. Tak się jednak złożyło, że z końcem moich studiów rodzice przenieśli się do niedalekiego Pułtuska, częściowo ze względów zawodowych, a częściowo — rodzinnych. Zostałem więc panem na włościach. Liczyły one prawie sześćdziesiąt metrów kwadratowych powierzchni, podzielonych między dwa pokoje, kuchnię, łazienkę, mały schowek i korytarz.
Tuż koło mej kamienicy ulicę Sienną przecinała potężna arteria komunikacyjna, wzdłuż której powstawały coraz to nowe wieżowce z betonu, stali i szkła. Mieszkałem więc w zupełnie wyjątkowym miejscu — w zasadzie przy bocznej, spokojnej ulicy, a jednocześnie niemal w środku nowoczesnego centrum wielkiego miasta. A że moje mieszkanie znajdowało się na parterze, więc wręcz idealnie nadawało się na siedzibę takiej firmy, jaką zamierzałem prowadzić. Umieszczony na prostopadłych do ściany wspornikach szyld, ozdobny lecz elegancki, który zamocowałem po rejestracji firmy, widać było z zupełnie przyzwoitej odległości. Dobitnie widniało na nim słowo KWERES, które wybrałem na nazwę swego interesu. To staromodne słowo było spolszczeniem łacińskiego pytania Quae res?, czyli naszego swojskiego Co za sprawa? Czyż nie pasowało ono świetnie do profilu mojej firmy? Liczyłem na to, że skutecznie zaintryguje i przyciągnie klientów.
Pierwsze tygodnie zajęło mi załatwianie wszelkich pozwoleń, uzgodnień i zatwierdzeń. Nabiegałem się przy tym, lecz nawet w minimalnym stopniu nie osłabiło to mego entuzjazmu. Skoro postanowiłem pracować na swoim, to będę!
Równocześnie ze staraniami o to, by moja firma była zgłoszona i zarejestrowana we wszystkich wymaganych urzędach i instytucjach, zajmowałem się jej zapleczem materialnym. Z natury rzeczy musiałem mieć możliwość niezależnego przemieszczania się oraz przewozu różnych rzeczy. Choćby owych zakurzonych ksiąg. Trzeba więc było nabyć jakiś samochód. Po wielu deliberacjach i naradach z kolegami, zdecydowałem się na kupno używanej skody, której konstruktorzy nadali wdzięczne imię felicia. Była w dobrym stanie, zadbana, a jej granatowy kolor uznałem za dostatecznie nobliwy.
Za resztki mego kapitału założycielskiego nabyłem kilka różnych przyrządów technicznych. Zakupów dokonywałem po długim krążeniu w peryferyjnych rejonach wielkich bazarów, gdzie przesiadywali małomówni mężczyźni o kruczoczarnych włosach, posługujący się łamaną polszczyzną. Szczególnie zadowolony byłem z wykrywacza metali oraz 2 „pluskwy”. Ten powszechnie chyba znany wyraz określa nieduży czujnik, wielkości zegarka ręcznego. Za pomocą paru sprytnych zaczepów sprężynowych można go było z łatwością przymocować do niemal każdego obiektu. Wysyłał on regularne impulsy elektryczne, które odbierane przez elektroniczną centralkę pozwalały z dokładnością do kilkunastu metrów wskazywać aktualne położenie „pluskwy”. Przyrządy te nie były co prawda niezbędne w mojej przyszłej pracy, ale postanowiłem kupując je „wywołać wilka z lasu”. A nuż się przydadzą?
Miałem jeszcze ochotę na zakup noktowizora, najwyraźniej wymontowanego z jakiegoś starego czołgu, oferowanego po bardzo atrakcyjnej cenie przez egzotycznych dostawców. Jednakże stan mego konta nie pozwalał na to. Odłożyłem więc zamiar wzbogacenia mej bazy technicznej na przyszłość i uznałem, że mogę rozpocząć działalność. Była na to właściwa pora, gdyż lato zbliżało się już ku końcowi, a wraz z nimkończyły się wakacje. Ludzie wracali do swych domów i do pracy. Czyż z początkiem jesieni nie mogłem spodziewać się pierwszych zamówień?
W ostatni poniedziałek września pogoda była całkiem listopadowa. Wiał przenikliwy wiatr, ostro zacinający kropelki siąpiącego deszczu. Wychodząc ze sklepu ująłem więc torby z zakupami w jedną rękę, by wolną dłonią przytrzymać rozchylający się pod szyją kołnierz kurtki. Kilkoma susami dopadłem stojącej niedaleko felicji, szybko wsunąłem się do jej wnętrza i z ulgą odetchnąłem.
Po załatwieniu w mieście urzędowych spraw i zrobieniu zakupów, wracałem do mieszkania. Czy raczej do siedziby swojej Firmy! Gdy dotarłem na Sienną, była już prawie godzina druga po południu. W planach miałem „dzień gospodarczy”, czyli sprzątanie, pranie, prasowanie i tym podobne przyjemności. Przed rozpoczęciem pracy postanowiłem napić się herbaty. Z filiżanką w dłoni rozsiadłem się w fotelu, gdy nagle zadzwonił telefon.
Żartobliwy sposób bycia, potężna sylwetka i tubalny głos, to były nieodłączne cechy starszego kuzyna mojego ojca, czyli właśnie stryja Mateusza. Był on zastępcą dyrektora jednego z departamentów Ministerstwa Kultury. Zajmował się sprawami ochrony zabytków. Zawsze dobrze mi się gawędziło ze stryjem. Nie ukrywałem przed nim swoich detektywistycznych ciągotek, toteż nie zaskoczyło mnie jego pytanie.
Moje zdziwienie tym razem nie miało być żartobliwe. Głos stryja brzmiał niewyraźnie. Chyba był przeziębiony. Nic więc dziwnego, że gdy usłyszałem przez telefon jakiś wyraz, zaczynający się na literę „Ż”, to mając do wyboru rolniczą krainę nad Bałtykiem oraz formację wojskową, założoną w 1831 roku w Algierii przez Francuzów, która wyróżniała się malowniczymi mundurami o arabskim kroju, prędzej doszukiwałem się artystycznych skojarzeń w tym drugim sensie niewyraźnie usłyszanego słowa. Tym bardziej, że zaraz przypomniałem sobie właśnie „żuawów śmierci”, jak nazywano jeden z oddziałów w powstaniu styczniowym 1863 roku. A przecież wiedziałem, gdzie pracuje mój rozmówca.
Zaintrygowany wstałem z fotela i zacząłem się przechadzać po pokoju. Byłem pewien, że nie chodzi o zwykły udział w jednym z wielu odczytów. Czułem, że coś się za tym kryje, albowiem wiedziałem, że stryj Mateusz lubi tajemniczość. Mój starszy krewniak trzymał coś w zanadrzu. Ale co? Na odpowiedź musiałem poczekać przynajmniej do następnego dnia.
Tymczasem zabrałem się do wcześniej zaplanowanych prac domowych, a po kolacji próbowałem odświeżyć swoje wiadomości o Żuławach. Przeglądałem znajdujące się w domu podręczniki, aż w końcu zmorzył mnie sen.
Nazajutrz wstałem wypoczęty i rześki, choć wciąż padał deszcz. Szybko uporałem się z porannymi zajęciami — golenie, mycie, ubranie, śniadanie i już byłem gotów do pracy. W pierwszej kolejności zatelefonowałem do biura stryja Mateusza. Od sekretarki uzyskałem dokładne informacje o miejscu, w którym miało odbyć się to intrygujące seminarium. Następnie przejrzałem poranną gazetę i zająłem się swoimi sprawami. A konkretnie, układałem teksty ogłoszeń, informujących o istnieniu mojej firmy. Dla oszczędności starałem się korzystać z możliwości bezpłatnej reklamy. Zaś gdy już musiałem płacić, to próbowałem na jak najmniejszej powierzchni umieścić jak najwięcej informacji.
Kwadrans po dwunastej postanowiłem wyjść z domu. Niebo lekko się przejaśniło, więc zdecydowałem się pójść piechotą. W końcu Krakowskie Przedmieście nie było aż tak daleko. Natomiast z rejonu Nowego Miasta, gdzie przy ulicy Franciszkańskiej mieszkał mój stryj, którego miałem odwiedzić po odczycie, mogłem wrócić na Sienną korzystając z komunikacji miejskiej.
Na terenie Uniwersytetu Warszawskiego szybko odnalazłem właściwy budynek, a w nim salę o podanym mi numerze. Wolnych krzeseł było jeszcze sporo, więc bez kłopotu zająłem dogodne miejsce o charakterze „strategicznym”, czyli położone blisko wyjścia. W końcu nigdy nie wiadomo, czy nie zajdzie potrzeba nagłego a dyskretnego opuszczenia sali. Na przykład wtedy, gdy stopień zainteresowania słuchacza poruszanym w referacie tematem spadnie poniżej progu jego odporności. Rozejrzałem się wokoło. Siedziałem w typowej uniwersyteckiej sali wykładowej, którą świetnie pamiętałem ze świeżo zakończonego studenckiego żywota. Ściany sali zdecydowanie wołały o remont. Ale, że za kilka dni miał się rozpocząć kolejny rok akademicki, wyglądało to na „wołanie na puszczy”.
Zbliżała się już pora rozpoczęcia seminarium. Na sali zgromadziło się ponad pół setki słuchaczy. W zdecydowanej większości byli to studenci, dla których udział w seminarium mógł być obowiązkowy. Ale między nimi siedziało też kilka starszych osób, wśród których rozpoznałem dwóch pracowników Muzeum Etnograficznego, jak też paru znajomych z instytucji, zajmujących się sprawami kultury i turystyki.
Punktualnie o trzynastej przez boczne drzwi sali wkroczyło dwóch mężczyzn. Jeden z nich — przedstawiciel gospodarzy — zabrał głos jako pierwszy:
— Dzień dobry! Witam wszystkich bardzo serdecznie, w imieniu dziekana naszego wydziału oraz w swoim własnym. Dzisiejsze seminarium poświęcone jest Żuławom Wiślanym, które są bardzo interesującym mezoregionem geograficznym. Ale na prośbę prelegenta, doktora Iwo Płóciennika, który przyjechał do nas z Uniwersytetu Gdańskiego, potraktujemy temat nieco szerzej. Będziemy więc mówili nie tylko o problemach czysto geograficznych, ale także o historii tego obszaru, o jego kulturze oraz o możliwościach rozwojowych. Jeśli dobrze zrozumiałem zamiar naszego gościa, ma to być coś w rodzaju promocji Żuław. A więc oddaję głos panu doktorowi.
Mówca podszedł do katedry. Był to zażywny mężczyzna około czterdziestki, średniego wzrostu, z lekką łysinką. Ubrany w zielonkawo-beżowy garnitur z samodziału i ciemną koszulę ze zręcznie zawiązaną muszką— wyglądał jak doktor Owen Tuby, jeden z bohaterów znanych powieści Priestleya „Londyn” i „Poza miastem”.
Prelegent zawiesił głos i począł wyjmować z kartonowej teczki odbite na foliach mapki, szkice i rysunki. W sali lekko przyciemniono światło i na ekranie rzutnika jako pierwsza ukazała się duża mapa ujścia Wisły. Wyraźnie widniały na niej Gdańsk i Elbląg, a między nimi — wielka, niebieska litera V, utworzona przez oba ramiona Wisły — Leniwkę i Nogat, Po chwili mówca kontynuował swoje wystąpienie:
