Sitwa - Paulina Świst - ebook + audiobook

487 osób właśnie czyta

Opis

"Sitwa" Pauliny Świst to kolejny mocny tytuł w dorobku najgłośniejszej polskiej debiutantki ostatnich lat. Po bestsellerowej "Karuzeli" przyszedł czas na kolejną odsłonę cyklu, w którym w grę wchodzą już nie tylko przekręty finansowe i wielka namiętność, ale też przemyt złota i afera kościelna.

Funkcjonariusz CBŚ Michał Grosicki zostaje skierowany na Śląsk. Tak dobrze udaje mu się wtopić w przestępcze środowisko, że zostaje aresztowany przez prokuratora Zimnickiego. To dopiero początek nowego spisku, w który zamieszani są dobrze znani bohaterowie "Karuzeli" – Orzeł i Olka. Wszystko wskazuje na to, że historia finansowych przekrętów wcale nie skończyła się wraz z ich ucieczką z kraju...

 

Lektura "Sitwy" to prawdziwa jazda bez trzymanki. Afera goni aferę, stawka bezustannie rośnie, a wszystko, rzecz jasna, w atmosferze rozpalonych namiętności. Paulina Świst jak nikt inny łączy brawurową sensację ze śmiałą erotyką i tajemnicami adwokackiego świata. Specjalizująca się w prawie karnym autorka zna na wylot ciemne strony systemu karnego w Polsce. Na bazie własnych doświadczeń tworzy kolejną kryminalną historię, która spokojnie mogłaby wydarzyć się naprawdę. Zresztą, kto wie, czy się nie wydarzyła…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Monika Frączak

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Maria Śleszyńska

© for the text by Paulina Świst

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Zdjęcia na okładce

© iStockphoto/Maravic

© slhy/Shutterstock

ISBN 978-83-287-1189-1

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2019

Wszystkie wydarzenia są jeszcze bardziej zmyślone niż w Karuzeli ;) Powaga ;)

Mecenas Płonce – za to, że zawsze we mnie wierzyła. Nawet wtedy, kiedy było to absolutnie bezpodstawne. Bez której oblałabym trzy czwarte egzaminów i nigdy nie wysłałabym do Wydawnictwa ani jednego fragmentu tekstu :*

„Nie ma kar ani nagród, są jedynie konsekwencje”.

Karin Alvtegen

– Nie powiem ani słowa bez adwokata – rzuciłem w stronę prokuratora.

Bardzo mi się nie podobał. Siedział w fotelu jak jakaś pierdolona gwiazda i patrzył na mnie jak na kupę gówna. Nie mogłem się doczekać jego miny, kiedy dowie się, jak wielką akcję CBŚP spieprzył. Na samą myśl o tym uśmiechnąłem się z satysfakcją.

– Cieszę się, że ma pan dobry humor – powiedział z przekąsem, przeczesując ręką włosy.

Miał prawie dwa metry wzrostu i wyglądał jak Marcin Dorociński. Nie dziwię się, że z taką buźką był bardzo pewny siebie. Z niecierpliwością czekałem, kiedy mu powiem, jak bardzo się pomylił. Ale jeszcze nie teraz, to nie jest najlepszy moment.

– Nie wiem, czy na pana miejscu byłbym ubawiony, gdyby zatrzymano mnie naćpanego, z nielegalnie posiadaną bronią, w towarzystwie osób ze zorganizowanej, byłbym… Wyrwa? Jak myślisz? – zapytał policjanta, który mnie zatrzymał, a obecnie ze skupieniem gapił się w laptopa.

– Nie mam czasu. Jadę czołgiem – odpowiedział policjant.

– Pluton[1]?

Prokurator się ożywił.

– Nie. Twierdza[2]. Jak się pośpieszysz, „Zimny”, to w następnej będzie wolne miejsce.

Patrzyłem raz na jednego, raz na drugiego. Byli kompletnie popierdoleni. W innych okolicznościach nawet mógłbym z nimi pracować.

Prokurator kiwnął głową w moją stronę.

– Zaraz dołączę Wyrwa, ale najpierw muszę skończyć z tym miłym panem. Ma pan ustanowionego obrońcę?

– Mam.

– Nazwisko.

– Lilianna Płonka.

– Odpada – oznajmił spokojnie.

– Zna ją pan?

Spojrzałem na niego badawczo.

– Niestety. Jest z Wrocławia, prawda? Właśnie zaczęliśmy przesłuchanie. Coś mi mówi, że nie dojedzie na czas.

A więc tak chciał grać. Mógł zadzwonić do Lilki i powiedzieć, że właśnie mnie przesłuchuje. Fizycznie nie była w stanie dojechać. Stary numer. W duchu pochwaliłem go za metody, ale miałem jeszcze asa w rękawie.

– Okej. Druga próba. Kinga Błońska – rzuciłem od niechcenia.

W tym momencie prokurator pierwszy raz pokazał emocje. Mimowolnie zacisnął zęby. Musiały napsuć mu krwi. A on spierdolił moją akcję. Postanowiłem się trochę zabawić.

– Ją też pan zna? Niech pan nie marudzi, bardzo się lubimy. Jestem pewny, że zdąży w piętnaście minut. W dodatku to niezła dupa, przynajmniej dzięki niej to śmieszne przesłuchanie nabierze walorów estetycznych – powiedziałem cwaniacko.

– Let’s get ready to rumble! – ryknął Wyrwa tonem spikera zapowiadającego walki bokserskie.

Spojrzałem na policjanta ze zdziwieniem. Prokurator wstał tak szybko, że wywrócił fotel, i w sekundę stanął nade mną.

– Kim ty, kurwa, jesteś? – zapytał lodowatym tonem.

***

Zerknęłam zaskoczona na telefon. „Zimny”? Mimo że przez ostatnie trzy lata nawiązała się między nami subtelna nić sympatii, to telefon od niego, a nie od Kingi, mógł zwiastować wyłącznie kłopoty.

– Dzień dobry, panie prokuratorze. Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? W co tym razem wpakował się nasz Błoniaczek? – zapytałam wesoło, choć trochę się niepokoiłam.

Z Kingą Błońską przyjaźnimy się od lat i kocham ją nad życie, ale dziewczyna ma ponadprzeciętny talent do pakowania się w kłopoty. W tym związku to ja uchodzę za odpowiedzialną i spokojną. Doskonale pamiętam, jak się poznałyśmy. Potraktowała mnie nieufnie. Uważała, że wszyscy prawnicy mają coś nie tak pod deklem, z nią włącznie. Dopiero kiedy przepiłam ją na pierwszej imprezie na aplikacji, nabrała do mnie szacunku. Od tego czasu stałyśmy się nierozłączne. Jesteśmy jak woda i ogień. Mnie ciężko jest wyprowadzić z równowagi, podczas gdy ona to niewyobrażalny nerwus. Ogólnie lubię ludzi i mam do nich pozytywne nastawienie. W zasadzie czuję niechęć może do pięciu osób na całym świecie, a troje z nich znalazło się na mojej liście, ponieważ wycięło jakiś numer Kindze. Ona potrafi znielubić pięciu jednego dnia. Tylko gadamy tak samo dużo. Niestety teraz już nie tak często, co kiedyś, bo wyprowadziła się na ten cholerny Śląsk, ale już zdążyłam jej to wybaczyć.

– Kinga jest grzeczna – rzucił „Zimny”.

Niemal zachłysnęłam się kawą. Naiwniak.

– Mówi ci coś nazwisko Keller? – zapytał.

– Kompletnie nic.

– A to dziwne, bo mam takiego jednego na dołku, który twierdzi, że jest twoim klientem.

– Nie znam typa.

Mam świetną pamięć do nazwisk, a już z pewnością pamiętałabym klienta, więc bardziej z ciekawości dopytałam:

– Jakie zarzuty?

– Nielegalne posiadanie broni i narkotyków, takie tam. Poza tym… – „Zimny” się zawahał. – Coś mi tu nie pasuje. Kiedy powiedziałem, że nie dojedziesz na przesłuchanie, poprosił o Kingę.

– Masz koszmarne metody, panie prokuratorze – oburzyłam się na niby. – A skąd wiesz, że bym nie dojechała? Poza tym podejrzewam, co ci nie pasuje. Jesteś o niego zazdrosny. Jest przystojny? – Śmiałam się już na całego.

– Nie w moim typie. – „Zimny” zazgrzytał zębami. – Dobra, dzięki. Do zobaczenia!

– Pa. – Przerwałam połączenie.

Przez chwilę śmiałam się, a potem zaczęłam się zastanawiać: cholera, jaki Keller?

***

Nie miałem pojęcia, co tu jest grane, ale stwierdziłem, że rozsądniej będzie się zamknąć. Prokurator wyszedł z pokoju, policjant natomiast przyglądał mi się badawczo.

– JakTwierdza? – zaryzykowałem.

– Wdupiliśmy. – Odsunął od siebie laptopa. – Skąd znasz Kingę?

– Jest moim obrońcą.

– Jakim, kurwa, cudem, panie Michale Keller z Gdańska?

– Skąd możecie wiedzieć, gdzie ma sprawy? Popierdoliło was na tym Śląsku? To mój interes, kto mnie broni.

– Niekoniecznie… – Policjant wrócił do laptopa.

Dwadzieścia minut później przyszedł prokurator. Najwyraźniej rozumieli się z policjantem bez słów, bo prokurator tylko wskazał na mnie głową, a policjant natychmiast wyprowadził mnie do pomieszczenia wypełnionego tomami akt. Posadził mnie na krześle i usiadł obok. Po chwili usłyszałem dźwięk otwieranych drzwi.

– Jaram się, kiedy wzywasz mnie bez wyjaśnień, panie prokuratorze. Masz ważny powód, jak mniemam? Czy może myślisz, że w robocie tylko siedzę i wyszywam białe orły, jak niektórzy na państwowej posadce? Ojej, nie masz kajdanek? Czuję, że moje zainteresowanie gwałtownie opada…

Usłyszałem wesoły głos Kingi i zbaraniały popatrzyłem na Wyrwę.

– Już rozumiesz? Masz przejebane… – szepnął mi do ucha.

O tak. Rozumiałem.

– Siadaj, Mała – głos prokuratora był spokojny.

– Co się stało, Łukasz? – Kinga poważnie się zaniepokoiła.

– Znasz typa?

Najwyraźniej pokazał jej zdjęcie, które przed chwilą mi zrobiono. Kuuurwa.

– Znam. No i?

– Twój klient czy Lilki? – pytał nadal spokojnie.

– Twojej starej – rzuciła tonem zniecierpliwionej trzynastolatki. – Łukasz, przecież to cebeeś z Wrocławia.

Tego właśnie się obawiałem. Wyrwa popatrzył na mnie, jakby na czole wyrosło mi trzecie oko.

– Radek! – ryknął prokurator.

Policjant błyskawicznie wciągnął mnie do gabinetu „Zimnego”. Kinga siedziała na krześle i patrzyła na mnie ze zdziwieniem.

– Nudzi wam się? Czemu aresztujecie się nawzajem? Przypomniał mi się taki mem o policjantach w przebraniu udających sprzedawców narkotyków, aresztowanych przez policjantów w przebraniu udających nabywców narkotyków. – Wybuchnęła śmiechem.

– Michał Keller z Gdańska.

Prokurator wskazał na mnie palcem.

– Yhm. A ja jestem księżna Kate. Z Londynu – powiedziała Kinga, wstając. – Porozmawiajcie, bo chyba lekko weszliście sobie w paradę. Ale macie burdel w tym wymiarze sprawiedliwości!

Roześmiała się jeszcze głośniej i pocałowała prokuratora w policzek.

– Jak już sobie wszystko wyjaśnicie, to zaproś Michała wieczorem na flaszkę. – Puściła do mnie oko. – I nie zawracajcie mi dupy pierdołami. Mam co robić.

Wychodząc z gabinetu, trzasnęła drzwiami.

***

Telefon znów zaczął dzwonić. Po raz kolejny odłożyłam akta. Jeśli tak dalej pójdzie, to nigdy tego nie przejrzę. Kinga.

– Dzień dobry, pani mecenas. Co za zbieg okoliczności, przed chwilą rozmawiałam z twoim chłopakiem – rzuciłam wesoło.

– No wiem, a ja przed chwilą widziałam się z twoim. – Kinga chichotała jak nastolatka.

– „Zimny” aresztował Colina Farrella? – zapytałam ze szczerym udawanym zdziwieniem.

Po ostatnich doświadczeniach uznałam, że jeszcze bardzo długo nie będę się spotykać z facetami. Działają mi na nerwy. Wszyscy, jak jeden mąż. Banda niezdecydowanych mazgajów albo cwaniaki-maślaki. Nie wiem, co gorsze.

– Źle się wyraziłam… Jednego z twoich pretendentów! – Kinga naprawdę dobrze się bawiła.

– Za dużo czasu spędzasz z prokuraturą, zaczynasz pieprzyć jak oni. Chodzi o tego całego Kellera? Kto to jest? Nie kojarzę.

– Żaden Keller… Łukasz właśnie aresztował Michała Grosickiego! Wyobrażasz sobie, jaka wtopa prokuratury? Aż żałuję, że pewnie każe mi trzymać język za zębami i nie będę mogła zawiadomić „Faktu”.

Poczułam zimny dreszcz na karku.

– Kinga… Muszę ci coś powiedzieć, ale nie przez telefon. Będę na Śląsku… – Zerknęłam na zegarek. – Za dwie godziny.

Wcześniej

Otworzyłem drzwi do gabinetu psycholog policyjnej Bernadetty Klementyny Sobańskiej. Ciekawe, czy w jakimkolwiek formularzu udawało jej się zmieścić oba imiona? Chwilowo nie było to moje największe zmartwienie, ale morda sama mi się śmiała na tę myśl. Dystans, kurwa, albo wszyscy zginiemy! Dostałem skierowanie do „umysłowego” po ostatniej akcji. Niewiele brakowało, żeby odstrzelili mi ten durny łeb. Procedury wskazywały, że w takim wypadku z pewnością jestem w szoku i ktoś musi mi zajrzeć do głowy. Kiedy usłyszałem o tym od Wandzi, asystentki szefa, zrobiłem zeza, przyłożyłem kciuki do uszu i zamachałem rękami, śpiewając jednocześnie: „tere-fere, nic mi nie jest”. Zareagowała jak zawsze – ciężkim westchnieniem. Niestety, tym razem nie udało mi się wymiksować.

– Dzień dobry – przywitałem się ze zbolałą miną. – Czy mam położyć się na kozetce? W filmach pac­jenci zawsze tak robią.

– Dzień dobry – wymamrotała pod nosem siedząca przy biurku postać.

Na pierwszy rzut oka oceniłem, że wyciska sztangi cięższe niż ja. Bałbym się z nią siłować na rękę.

– Skoro pan musi, to proszę.

Poczuciem humoru też nie nadrabiała… Już wiedziałem, że mnie nie lubi, ale jeszcze nie wiedziałem dlaczego.

– Czy mogę prosić o wodę?

Rozciągnąłem się jak długi i ułożyłem ręce pod głową. Musiałem wyglądać jak typowy Janusz na wakacjach w Egipcie.

– Proszę bardzo.

Podała mi szklankę i usiadła na krześle obok mnie.Wzięła do ręki notatnik i założyła nogę na nogę. Tak wielgachnych łydek nie widziałem od podstawówki. Takie same, tylko jeszcze bardziej owłosione miała moja nauczycielka w pierwszej klasie.

– Został pan do mnie skierowany w związku z bezpośrednim zagrożeniem życia podczas akcji przy rozbijaniu grupy narkotykowej.

– Tak – potwierdziłem i przymknąłem oczy, jakby temat był dla mnie zbyt bolesny.

– Funkcjonariusz Michał Grosicki. W służbie od dwa tysiące dziesiątego roku. Kilkanaście nagród, sześć postępowań dyscyplinarnych. Cztery nagany z wpisem do akt. Jak widzę, ma pan problem z dyscypliną.

Poprawiła okulary i wyszczerzyła zęby w sztucznym uśmiechu. W tym momencie przypominała Godzillę na sekundę przed rozdeptaniem Tokio.

– Dawne dzieje – skwitowałem, po czym jednym haustem opróżniłem szklankę.

– Był pan do mnie kierowany wielokrotnie, ale nigdy się pan nie pofatygował. Czy mogę wiedzieć, czemu nareszcie zawdzięczam ten zaszczyt? – w jej głosie zabrzmiała triumfalna nuta.

– Słyszałem od przełożonych, że będzie pani kwestionować moją przydatność do służby, więc postanowiłem spróbować – wymamrotałem pokornie.

Powinienem być aktorem. Jestem pewien, że Oskara odebrałbym jeszcze przed trzydziestką.

– Jak widać, trzeba pana czasem zmuszać do pewnych rzeczy. – Sobańska znów wyszczerzyła zęby.

Godzilla zaraz złapie do ręki Tokio Skytree i użyje jej jako wykałaczki. Najwyraźniej to uwielbiała. Zdominować. Dopierdolić. Udowodnić swoją wyższość. Moja bujna wyobraźnia od razu podsunęła mi jej obraz, jak w lateksowym stroju szkoli jakiegoś Bogu ducha winnego chłopa, którego pewnie trzymała w domu pod butem. Na samą myśl o tym przeszył mnie dreszcz.

– Ale wróćmy do meritum. – Znów poprawiła okulary. – Może mi pan opowiedzieć o tej akcji?

– Nie wiem, czy będę potrafił – zacząłem cicho. – Od tego czasu miewam sny…

– Jakie sny? – zachęcała do dalszych zwierzeń, wpatrując się we mnie z niezdrową ekscytacją.

Widać chciała wpisać mi w papiery: niezdolny do służby. Bardzo mnie to bawiło, bo nie miała bladego pojęcia ani o mojej pracy, ani o tym, z jakimi obciążeniami się wiązała. Nie wiedziała, bidulka, że moi szefowie nigdy nie dopuszczą do tego, by taka adnotacja znalazła się w moich aktach. Byłem na to zwyczajnie za dobry.

– Śni mi się, że dwie seksowne Hawajki, ubrane tylko w pomarańczowe kwiaty ilima, robią mi na zmianę loda, kręcąc jednocześnie hula-hoopem. Sama pani rozumie, że w związku z tym ostatnie, czego potrzebuję, to żeby ktoś mnie wyleczył – powiedziałem i wstałem. – Dość na dziś. To było traumatyczne przeżycie. Kiedy mam znowu wpaść? – Uśmiechnąłem się uroczo.

– Jest pan kompletnie nieodpowiedzialny!

Zrobiła się czerwona na twarzy. Czy ona miała zalążki wąsa, czy tylko mi się wydawało?

– „Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech…” – zanuciłem przebój Maanamu, kierując się do drzwi.

***

Monika wparowała do gabinetu.

– Telefon.

– Ki diabeł? – zapytałam, patrząc na słuchawkę jak na węża. Nie chciało mi się już nic robić. Praca w piątek powinna być zakazana. – Jak tylko zostanę obrzydliwie bogatą, starą mecenaską, będę zamykać ten burdel już w czwartek! – rzuciłam teatralnym szeptem.

– Mówisz tak od pięciu lat. – Monika uśmiechnęła się pobłażliwie. – Radca prawny Alan Surdzielek.

– A ten czego chce? Nie wie, ile jest czasu na wniosek o uzasadnienie?

Wysiliłam się na branżowy dowcip. Jak wywalą Strasburgera z Familiady, to bez cienia wątpliwości dostanę jego fuchę.

– Powiedział, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. – Zdjęła rękę z głośnika, który do tej pory zasłaniała, i wcisnęła mi słuchawkę do ręki.

Surdzielek był jedną z pięciu osób na świecie, których nie byłam w stanie znieść. Budził we mnie najgorsze instynkty, głównie ze względu na koszmarny charakter, choć wygląd też miał osobliwy. Wyglądał jak Wodnik Szuwarek. Ważył może z sześćdziesiąt kilogramów i był mojego wzrostu, a więc miał niewiele ponad metr siedemdziesiąt. Nosił wielkie okulary w rogowej oprawie, które miały dodawać mu powagi. Nie dodawały. Założę się, że nadal miał pryszcze i przykrywał je fluidem. Takim pomarańczowym za pięć złociszy, popularnym w czasach mojej młodości. Kiedy się na niego patrzyło, do głowy przychodziło tylko jedno słowo: PIZDUŚ. Mówił z flegmą, powoli… Zawsze, kiedy przemawiał do mnie tym tonem, miałam ochotę zrobić gest wiosłowania: „Do brzegu, stary, do brzegu”. Poza tym, co drażniło mnie najbardziej, był sztywny, jakby połknął kij. Ę, ą, bułkę przez bibułkę. Typ, który zgrywał cwaniaka przed postronnymi osobami, a przed kolegami po fachu sikał w majtki ze strachu. Nie zamierzałam się z nim kumplować. Reprezentował wszystko, co najgorsze w prawnikach. A do tego, parę lat temu wysmarował na mnie skargę do ORA. Kinga powiedziała mu kiedyś po pijaku, kiedy spotkali się w knajpie na rynku, że go za to dojedzie, więc wysmarował też na nią, ale nie miał najmniejszego dowodu. Jak zawsze jej się upiekło.

– Dzieńdoberek, panie radco, czemu zawdzięczam ten wątpliwy zaszczyt? – spytałam złośliwie.

Powinnam tytułować go mecenasem, tak nakazywał zwyczaj, ale nie byłam w stanie się przemóc.

– Dzień dobry. – Chrząknął z niesmakiem. – Dzwonię w naszej wspólnej sprawie.

– A to my mamy wspólne sprawy? – zdziwiłam się wielce.

– Tak, reprezentuję brata pana Kozielskiego. Pani klientka, Dorota Kozielska, bestialsko go zamordowała.

Na twarz wypełznął mi szeroki uśmiech. Dałam pana radcę na głośnik i skinęłam ręką na Monikę, by podeszła bliżej. To będzie dobre. Let’s dance.

– Jest pan pełnomocnikiem oskarżyciela posiłkowego? W sprawie karnej? Nie boi się pan? Z tego, co słyszałam, do tej pory reprezentował pan raczej wodociągi w procesach z ludźmi zalegającymi z opłatą za wodę… – stwierdziłam, tłumiąc śmiech.

– Postanowiłem podjąć się nowych wyzwań. Ja nigdy nie przegrywam, powinna pani to wiedzieć. I apeluję do pani, aby wzięła się pani w garść. – Surdzielek przybrał mentorski ton. – Te wnioski dowodowe i wniosek o uchylenie aresztu to stek bzdur. Kwalifikuje się to do naruszenia dóbr osobistych.

Zasłoniłam ręką usta, żeby nie parsknąć śmiechem.

– Proszę się opanować, pani mecenas, bo ja panią zdyscyplinuję. Wydaje mi się, że ktoś powinien wziąć panią w ryzy…

Radca prawny Alan Surdzielek ewidentnie się rozmarzył.

Monika pokiwała głową, uśmiechając się szeroko. Najwyraźniej zgadzała się z nim. Pokazałam jej międzynarodowy znak pokoju prawniczego, czyli środkowy palec. A potem powiedziałam najsłodszym tonem, na jaki było mnie stać:

– A umie pan utrzymać w ryzach chociażby własną żonę? Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się. Dlatego wątpię, aby udało się panu ze mną. Żegnam.

Rozłączyłam się, a dopiero potem zastanowiłam, czy to aby nie było przegięcie.

– Jesteś walnięta. – Monika potwierdziła moje obawy. – Przesadziłaś z tym tekstem o żonie! Całe miasto plotkuje, że babka przyprawia mu takie rogi, że biedak pewnie rysuje sufit, kiedy wchodzi do podziemnego parkingu.

– Wiem, ale nie umiem się w jego towarzystwie powstrzymać. To silniejsze ode mnie. – Pogodziłam się z losem. – Protokolantki nazywają go „Cornuto”. Możesz go tak zapisać w telefonie. I nie odbierać, jak będzie dzwonił.

– Tak jest, szefowo.

Monika pokazała mi gestem, że mam nie po kolei w głowie. Odkąd dostała się na studia prawnicze i zaliczała wszystkie egzaminy na piątki, coraz śmielej sobie poczynała. Byłam z niej bardzo dumna.

– Dobry niewolnik! – rzuciłam za nią z uśmiechem.

***

– Grosix! – usłyszałem sekundę przed otwarciem drzwi.

Kurwa, wiedziałem, że to jeszcze nie koniec.

– Tak, Wandziu? – odezwałem się do sekretarki szefa z najbardziej niewinną miną, jaką miałem w arsenale.

– Rozumiem, że nie otrzymałeś notatki z informacją, że masz w trybie pilnym stawić się u szefa?

– Nie. A mam?

Oczywiście, że dostałem notatkę. Leżała właśnie w koszu obok mojego biurka, między opakowaniem po kanapce z pikantnym kurczakiem, który jak na mój gust i tak był mdły, a puszką po red bullu.

– Gdybym nie znała cię dziewięć lat, to może bym uwierzyła. A tak serio, to chyba ma coś ważnego.

– Tego się właśnie obawiam – powiedziałem cicho.

Zapukałem do drzwi Tadeusza i nie czekając na zaproszenie, wpakowałem się do środka.

– Nareszcie! – Szef ściągnął okulary i przetarł oczy. – Siadaj.

– Postoję, już wychodzę. Co do pani psycholog…

– Pierdolę panią psycholog! – Tadeusz gestem wskazał mi krzesło.

– Tak? To współczuję.

– Tobie się tylko wydaje, że jesteś zabawny!

Najwyraźniej nie był w nastroju do żartów. Opadłem na wskazane krzesło. Darowałem sobie tekst, że jego żona uważa przeciwnie, chociaż trochę mnie to kosztowało.

– Przenoszę cię z narkotyków. Jesteś tam spalony. Ta akcja była dobra, ale zakończyła się niespecjalnie. Zresztą za długo siedzisz w tej branży. Wszędzie byłeś i nie mam cię już gdzie wysyłać. Ale mam zlecenie specjalne. Wiesz, co to oznacza?

– Yhm. Zlecenie specjalne jest wtedy, kiedy medal za zasługi wysyłają rodzinie.

– Masz rację. Nie będę cię czarował, że sprawa jest prosta. Musisz wejść pod przykrywką w pewną grupę. Teoretycznie chodzi o VAT…

Zachowałem kamienną twarz, choć od razu zapaliła mi się czerwona lampka; to wyjątkowo śliski temat, jeśli o mnie chodzi. Ale raczej nie mogłem zwierzyć się z tego Tadeuszowi.

– Teoretycznie, bo mam całkiem sprawdzone info, że obok VAT-u grany tam będzie ogromny przekręt na styku polityki, Kościoła i nieruchomości.

– Dołóż coś jeszcze, nie krępuj się. Wypłynie przy okazji, kto zabił Papałę, Olewnika, Kennedy’ego i gdzie jest Bursztynowa Komnata?

– Bursztynową Komnatę ma Putin. Co do reszty, to… nie zdziwiłbym się.

Podał mi teczkę. Otworzyłem ją i zobaczyłem zdjęcie jakiegoś lowelasa w garniturze za co najmniej dwadzieścia tysięcy zeta.

– Co to za piękny Lolo, kwiat burdelu?

– Artur Piła. Śląski odłam grupy. Udało nam się złapać tam dobry kontakt, wprowadzi cię i pozna z Arturem. Jesteś biznesmenem z Pomorza. Twoją historię uwiarygodni nasz uchol w pomorskiej grupie. Będzie zarzekał się, że siedział z tobą w Sztumie. Twoim covermanem jest Marcel Potocki.

– „Mister”? Raczysz żartować!

Nie mogłem w to uwierzyć. Nie trawiłem gościa. Z wzajemnością. Za dużo ryzykował, był zuchwały, bezczelny, przeginał pałę na każdym kroku. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że nie lubię go tak bardzo, bo jesteśmy niemalże identyczni.

– W dupie mam wasze osobiste sprawy. Jesteście najlepsi, a ja nie mogę spierdolić tej akcji. Macie się jakoś dogadać albo obu was wypieprzę do drogówki, zrozumiałeś?

– Doskonale. – Przerzucałem papiery w teczce, zapoznając się pobieżnie ze sprawą. Mój wzrok błys­kawicznie przykuło jedno nazwisko: Lilianna Płonka. Zdjęcie zrobiono, kiedy wychodziła z sądu. Miała togę przewieszoną przez ramię. Nie wiedziała, że ktoś ją fotografuje, bo patrzyła w przeciwną stronę. Poczułem ból z tyłu głowy. Sprawa zaczynała się zdrowo komplikować.

– A ta adwokatka to kto? – zapytałem takim tonem, jakbym w dupie miał odpowiedź.

– Obrońca Doroty Kozielskiej. Babka siedzi za zabójstwo męża.

– Niespełniony sen połowy mężatek. I jaki to niby ma związek?

– Nie wiem. – Rozłożył ręce. – Prawdopodobnie żadnego. Kozielski był mocno zaangażowany w nieruchomości, był też wrednym knurem, który lał żonę, chlał i ogólnie był społecznym odpadem. Masz w tej teczce wszystko, co wiemy. Przygotuj się i pożegnaj ze wszystkimi swoimi dziewczynami. W poniedziałek o ósmej odprawa, a potem wyjeżdżasz do krainy węgla i hut.

– Krainy węgla i hut? Ja pierdolę, spróbuj być jeszcze bardziej pompatyczny, nawijasz jak Ojciec Dyrektor!

– Spierdalaj stąd i nie wracaj bez wyników. Lepiej?

Tadeusz też potrafił się wkurwić.

– O wiele lepiej. Papatki.

Wyszedłem z gabinetu i uśmiech momentalnie zniknął z mojej twarzy. Tylko takich kłopotów mi jeszcze brakowało. Na domiar złego, po chwili dorwała mnie Sobańska. Zbliżyła się na odległość dziesięciu centymetrów i wysyczała złośliwie:

– Panie podinspektorze! Zaraz złożę raport! To, co pan zrobił, niszczy kwintesencję mojej pracy!

– Odbiera to pani zbyt osobiście. – Odsunąłem się o krok. – Niech się pani nie martwi. Wiele osób pewnie potrzebuje pani pomocy. Szanuję to, ale nie zaliczam się do tej grupy. I nie lubię, kiedy ktoś mnie do czegoś zmusza – powiedziałem grzecznie i uśmiechnąłem się uroczo.

– Jeszcze zobaczymy – rzuciła, napinając muskuły.

Ruszyła w stronę gabinetu mojego szefa.

– Czemu się pani tak wścieka? Złość piękności szkodzi…

– Ty wredny gnojku! Myślisz, że wszystko ci wolno, prawda? Nie zapomnę ci tego! – nie wytrzymała i wydarła się na całe gardło.

Kilku obecnych na korytarzu policjantów z zainteresowaniem obejrzało się w naszą stronę. W tym Marcel. Nie mogłem zmarnować takiej okazji. Zawołałem donośnie:

– Bernadetta!

Jak się spodziewałem, odwróciła się oburzona, bo nie byliśmy na ty.

– Nie martw się! Jeszcze znajdziesz faceta, który cię doceni! Ja nie mogę się z tobą umówić, ale bądź czujna, strzała Amora w każdej chwili może cię trafić.

– Ty…!

Najwyraźniej zabrakło jej pomysłu, co dalej. Zerknęła w stronę wpatrujących się w nią facetów, spaliła raka i weszła do gabinetu Tadeusza, zatrzaskując za sobą drzwi. No cóż, będę smażył się w piekle.

***

Usłyszałam dźwięk telefonu i zrezygnowana wstałam z kanapy. Kinga.

– Cześć, masz chwilę czy już grzeszysz? – zapytała.

– Nie, Marcel nie ma czasu. Mogę gadać. Co tam? – rzuciłam wesołym tonem. A przynajmniej starałam się, żeby był wesoły.

– Czego, kurwa, nie ma? – zapytała Kinga z udawanym zdumieniem.

– Czasu! Nie mamy po piętnaście lat, tylko trzydzieści trzy! Każdy ma swoje zajęcia – wyjaśniłam spokojnie.

– Kto się z facetami urodzonymi w latach osiemdziesiątych umawiał, ten się w cyrku nie śmieje. – Kinga była jak zawsze bezlitosna. – Jak to nie ma czasu? Ma dym w robocie? Jest na OIOM-ie? Zajebali mu koła z auta? Kogut mu zdechł? Czy po prostu akurat spotyka się z inną laską? No, powiedz mi, Lilu, co sprawia, że do ciebie nie przyjedzie i cię nie przeleci, skoro wysłałaś mu esemesa, którego nie można zrozumieć inaczej niż: „Przyjedź, dam ci, i to bez zobowiązań”?!

– Kinga, na Boga! Nie miałam tego na myśli, napisałam mu tylko, że się nudzę i mam w domu dobre wino!

– Przyjechałbym nawet z OIOM-u, ciągnąc za sobą kroplówkę! – usłyszałam ryk „Zimnego” w tle.

Tylko tego mi było trzeba: rad od totalnie popieprzonej pary.

– Myślisz, że tacy faceci jak „Zimny” rosną na drzewach? Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście… – powiedziałam zasmuconym tonem. Chociaż specjalnie nie musiałam się silić, bo rzeczywiście było mi przykro, że Marcel ma inne zajęcia, ale jak zawsze walczyłam do końca.

– Szczęście? To kawał aroganckiego, zawsze mającego rację, przekonanego o swojej wyjątkowości pracoholika. Sama nie wiem, czemu z nim jestem.

– Bo jestem zajebisty w łóżku! – usłyszałam kolejny ryk „Zimnego”, a potem śmiech Kingi.

– Co fakt, to fakt. I to ci, kochana, doradzam. Odpicuj się jak szczur na otwarcie kanału i idź na miasto! Olej tego całego Marcela, bo jak o nim słyszę, to mi się nóż w kapsie otwiera.

– W kapsie? – wybuchnęłam śmiechem. – Widzę, że asymilujesz się na tym Śląsku?

– Nie mam wyjścia. Obiecaj mi, że pójdziesz na miasto!

– Obiecuję – powiedziałam tylko i wyłącznie dla świętego spokoju.

Odłożyłam telefon i podeszłam do ogromnego lustra w przedpokoju. Wyglądałam bardzo, bardzo dobrze. Rzeczywiście, skoro już byłam zrobiona, to przecież mogłam wyjść, zamiast siedzieć w domu i rozpaczać. Z westchnieniem wzięłam z wieszaka kurtkę i wezwałam ubera. Po kilkunastu minutach wysiadłam zaraz obok rynku i powoli skierowałam się do Whisky. W sumie drink albo dwa z pewnością mi nie zaszkodzą. Miałam też spore szanse spotkać kogoś znajomego i uratować wieczór. Nie ma sensu martwić się rzeczami, na które nie mamy wpływu, przekonywałam sama siebie. A Marcel z pewnością doceni to, że jestem wyrozumiała i zostawiam mu przestrzeń.

Kilka minut później przeszłam pod imponującą instalacją z butelek po jacku daniel’sie i usiadłam przy barze.

– Wódkę z red bullem – rzuciłam do barmana.

Uśmiechnął się szeroko.

– Może podwójną?

– Tylko czyta pan w myślach czy wróży też z kart? – zapytałam i odwzajemniłam uśmiech.

– Owszem, ale wyłącznie pięknym kobietom z ponadnormatywnym biustem – powiedział z zawadiac­kim uśmiechem, patrząc w mój zbyt głęboki dekolt.

Przywykłam do tego. Kinga zawsze twierdziła, że żaden facet na świecie nie jest w stanie powiedzieć, jaki mam kolor oczu, bo wszyscy patrzą tylko na moje cycki. A przecież oczy miałam zielone i bardzo ładne. Co z tego, skoro Marcel…

– Dzień dobry, pani mecenas – usłyszałam nad głową głos radcy prawnego Alana Surdzielka.

Po chwili usadowił się obok mnie. Czy ten dzień nigdy się nie skończy? – pomyślałam z rezygnacją. Brakuje tylko, żeby jeszcze pojawił się „były” z bukietem róż i zaczął błagać, bym do niego wróciła. A zaraz potem moja ulubiona ciotka z pytaniem, kiedy wyjdę za mąż. I akwizytor próbujący opchnąć mi masującą matę na podagrę.

– Dobry wieczór – rzuciłam i jednym haustem wypiłam połowę drinka. – Jest piątek, jestem po pracy, więc nie jestem mecenasem i nie znam pana – wypaliłam, zanim zdążyłam pomyśleć. Nie potrafiłam być dla niego miła.

– Ja też jestem po pracy – powiedział, poprawiając okulary. – Niepotrzebnie się dziś unieśliśmy… Pomyślałem, że może…

Język znów zadziałał mi szybciej niż głowa.

– Myślenie nie jest pana najmocniejszą stroną.

Co się ze mną dzieje? Przecież ja się tak nie zachowuję! Surdzielek zrobił minę, jakby coś mu zdechło. Od razu poczułam wyrzuty sumienia, mimo że to on zaczął wojnę między nami, podpieprzając mnie do Rady. Nagle usłyszałam za plecami głęboki, męski śmiech.

***

Nie miałem pomysłu, co ze sobą zrobić, postanowiłem więc, że pójdę do Whisky i zobaczę, co przyniesie mi wieczór. Miałem nadzieję, że będzie to urocza małolata z niewielkim rozumkiem, gdyż ostatnie, na co miałem dziś ochotę, to wysilać swój. Coś mi bardzo nie odpowiadało w tej misji… Nie chciałem jechać na Śląsk i nie chciałem mieć nic wspólnego z jakimikolwiek karuzelami. Zbyt wiele wydarzyło się w zeszłym roku, żebym nie był w stanie przewidzieć, jak to może się dla mnie skończyć. Siedziałem przy narożnym stoliku i szacowałem dostępne opcje. Przy barze były dwie dziewczyny. Brunetka miała niezłą figurę, ale patrzyła na wszystko z wyższością. Księżniczka. Miała minę, jakby coś jej śmierdziało. Natychmiast ją skreśliłem. Jej ruda koleżanka była brzydsza, ale przynajmniej się uśmiechała. Przy stoliku w rogu siedziała blondynka w dużych okularach i powoli sączyła drinka. Ta jest niezła, zanotowałem w myślach i ponownie spojrzałem w kierunku baru, bo pojawiła się nowa postać… Mecenas Lilianna Płonka. Hm… Chwilę rozmawiała z barmanem, a kiedy wreszcie podał jej drinka, z zapałem rzuciła się na szklankę. Mimo że Lilka kojarzyła mi się z wydarzeniami z zeszłego roku, bardzo ją polubiłem. Wtedy sprawiała wrażenie osoby, która zastanawia się nad konsekwencjami swoich czynów. Choć w towarzystwie Olki i Piotrka nietrudno było uchodzić za rozważną… Echa najgłośniejszej afery w adwokaturze ostatnich lat jeszcze nie ucichły. Karuzeli, którą rozkręcili moi dobrzy znajomi z roku. Co prawda, gazety nareszcie przestały maglować ten temat, ale w prokuraturze nadal dostawano palpitacji serca na dźwięk nazwisk Orłowski i Tredel. Póki co, proces był zawieszony – świadek incognito, czyli Madzia Orłowska, zwariowała. Starali się ją podleczyć, ale z docierających do mnie plotek wynikało, że terapia nie dawała efektów. Podobno chodziła po psychiatryku we własnoręcznie wykonanej koronie z papieru toaletowego i udawała Meghan Markle. Kiedy przekazałem te wieści Olce, która pałała do niej szczerą nienawiścią, przez kilkanaście minut nie mogła przestać się śmiać. Zamknęła się dopiero, kiedy powiedziałem jej, że wysłano za nimi „łowców cieni”[3]. Póki co, jeszcze ich nie zlokalizowali, bo Piotrek był naprawdę mistrzowskim strategiem, i to ich ratowało. Mieli też mnie, choć coraz częściej zastanawiałem się, czy nie ryzykuję dla nich zbyt wiele…

Tak się zamyśliłem, że nie zauważyłem, że do Lilki przysiadł się jakiś facet. Choć „facet” to zdecydowanie nie było dobre słowo… Mlaś usiadł przy barze z uduchowioną miną. Pił coś z filiżanki, którą trzymał, odginając mały palec w geście, który wydawał mu się wielkopański. Spojrzałem na jego szary garnitur, a potem na buty. I jeszcze raz. Garnitur, buty. Nie. Nie myliłem się. Miał białe kowbojki. W komplecie z szarym garniturem i czerwonymi pryszczami na twarzy reprezentował dawno zapomniany szyk i klasę schyłku lat osiemdziesiątych. Wyglądał jak skrzyżowanie Johna Travolty z Budem Bundym. Wziąłem piwo i powoli ruszyłem w ich stronę. Ciekawość była silniejsza ode mnie.

– Myślenie nie jest pana najmocniejszą stroną – usłyszałem głos Lilki i wybuchnąłem śmiechem.

Błyskawicznie się obejrzała.

– Kto to? – zapytał koleś tonem małżonka z dwudziestoletnim stażem.

Lilka zacisnęła zęby. Pierwszy raz widziałem u niej taką minę, koleś naprawdę musiał jej podpaść. I z pewnością nie spodobało się jej, że ją przepytuje.

– Mój chłopak – powiedziała i uwiesiła mi się na szyi. – Michał, poznaj, proszę, radcę prawnego Alana…

Uniosłem brew. Jeśli coś wkurwiało mnie bardziej niż nadawanie zagranicznych imion dzieciom, to tylko ludzie wierzący w to, że ziemia jest płaska, a szczepienie dzieci powoduje autyzm. Ten koleś wyglądał na zwolennika wszystkich tych teorii.

– …Surdzielka – dokończyła Lilka.

Uśmiechnąłem się szeroko, wyciągnąłem rękę i spojrzałem mu w oczy.

– Michał Grosicki.

Podał mi lepką od potu dłoń i uścisnął moją z energią śniętej ryby. Od razu uciekł spojrzeniem w bok.

– Kociaku, dość się już na ciebie naczekałem. Wybaczy nam pan, ale mamy sprawę niecierpiącą zwłoki – powiedziałem i przesunąłem rękę z talii Lilki na jej tyłek.

***

– Weź tę łapę, chyba że chcesz do końca życia robić sobie dobrze lewą ręką! – syknęłam cicho, idąc z Michałem w stronę jego stolika.

Zachichotał. Rękę zabrał dopiero, kiedy odsuwał krzesło. Usiadł naprzeciwko i uśmiechnął się szeroko.

– Mam od tego ludzi. Poza tym, właśnie dowiedziałem się, że mam dziewczynę. – Napił się piwa. – Wybrałaś już imiona dla naszych dzieci? I co ze ślubem? Preferujesz styl boho, wianek na głowie i te sprawy, czy robimy huczne weselicho w remizie? Ja wolałbym remizę. Nie napierdalałem się sztachetami, odkąd rozpracowywałem grupę handlarzy bimbrem na Podlasiu.

Wbrew własnej woli wybuchnęłam śmiechem.

– Taa? A ja słyszałam, że robisz w narkotykach.

Sączyłam drinka, z satysfakcją obserwując jego zdziwioną minę.

– Skąd masz taką wiedzę?

– Taką, czyli operacyjną? – uśmiechnęłam się szeroko. – Umawiam się z twoim kolegą z pracy.

– Z którym?

– Z Marcelem – powiedziałam dumna i blada.

– Potockim?

Minę miał poważną, ale oczy, boskie zielone oczy, były rozbawione.

– Tak.

– Aha. To inna rozmowa. Długo się znacie?

Prowadził niezobowiązującą pogawędkę i w ogóle nie sprawiał wrażenia zazdrosnego. Dziwne.

– Parę miesięcy.

– No proszę.

Michał uśmiechnął się do kelnerki, a ta w dwie sekundy znalazła się przy naszym stoliku. Rzeczywiście, miał zniewalający uśmiech. I te barki… Mimo że jego koszulka nie była obcisła, bez trudu mogłam sobie wyobrazić, jak musi wyglądać bez niej. Uwielbiałam facetów z potężnymi barami i nic nie mogłam na to poradzić. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że to jakiś spadek po kobiecie pierwotnej. Przełknęłam ślinę. Gdybym nie była nieprzytomnie zakochana w chmurnym, problematycznym i nieludzko niezdecydowanym Marcelu, to z pewnością zmiękłyby mi kolana.

– Jeszcze raz to samo, dobrze? – Wskazał ruchem głowy na nasze szkło.

– Oczywiście!

Kelnerka uśmiechnęła się, i ruszyła do baru, kręcąc tyłkiem.

Michał zmierzył ją aprobującym spojrzeniem.

– Może zabierze cię kiedyś na naszą firmową imprezę? – kontynuował.

– Mam nadzieję… – rzuciłam, osuszając szklankę. Drink był mocny, więc obudziła się we mnie wrodzona szczerość. – Ale nie sądzę. Wiecznie nie ma czasu, nigdy nie poznałam jego przyjaciół. Albo wstydzi się mnie, albo naprawdę macie w tej robocie koszmarny kocioł.

– Ma wiele zajęć. – Michał się uśmiechnął i szybko zmienił temat. – O co chodzi z tym analem?

– Z czym??? – Parsknęłam, opluwając się drinkiem, który przed chwilą podała kelnerka.

– No, z tym radcą – udał zdziwienie. – Nie tak miał na imię?

Znów zaczęłam się śmiać.

***

Marcel, ty ciulu, pomyślałem. Lilka, ty kompletna idiotko, dodałem po chwili, także w myślach. No cóż, sama się przekona… Nie miałem zamiaru się wtrącać. Póki co, najważniejsze były kwestie zawodowe. Skoro spotkaliśmy się w takich okolicznościach, skoro w zeszłym roku popełniliśmy razem przestępstwo, postanowiłem grać z nią w otwarte karty. Najpierw jednak musiałem dowiedzieć się, o co chodzi z tym radcą.

– Radca prawny Alan Surdzielek – powiedziała Lilka, spoglądając z niesmakiem na Travoltę, wciąż okupującego krzesło przy barze. – Jest wrednym, oślizgłym i fałszywym gnojkiem. Teraz mam go po przeciwnej stronie w sprawie o zabójstwo, a on, zdaje się, chyba chce się zakolegować.

– Nie wygląda to dobrze – stwierdziłem od niechcenia. – A jeszcze gorzej wygląda to, że wyskakujesz mi w materiałach operacyjnych.

Wybałuszyła oczy.

– Słucham?

– Szczerość za szczerość, pani mecenas. Powiem ci, co wiem, ale oczekuję rewanżu.

– Dobrze.

Miała wystraszoną minę.

– Kozielska i jej zmarły mąż – rzuciłem natychmiast.

– To właśnie sprawa, w której mam Surdzielka. Nic nadzwyczajnego. Zabiła go, przyznała się, ale będę starała się udowodnić afekt. A nawet jeśli to nie przejdzie, to nadzwyczajne złagodzenie w maksymalnym wymiarze. Ten facet był najgorszym knurem, jaki stąpał po ziemi.

– Wiem, słyszałem. Masz jakieś informacje, które mogłyby świadczyć o tym, że był zamieszany w jakieś przekręty z nieruchomościami albo… w karuzelę?

– Kureeeewa, wiedziałam. – Lilka odchyliła się na krześle. – Wiedziałam, że to się tak łatwo nie skończy.

– Nie panikuj. Nie pytam o Piotrusiową karuzelę. Pytam ogólnie. Mam sprawę wyjazdową na Śląsku i to w niej przewijają się jakieś niejasne powiązania.

Znowu wytrzeszczyła oczy.

– Niejasne powiązania, czyli ja?

– Ty pośrednio, a bezpośrednio zmarły mąż twojej klientki. Dowiesz się czegoś więcej?

Popatrzyłem na nią z nadzieją.

– Zrobię, co w mojej mocy – odpowiedziała szybko. – Pomogę ci, jeśli ty pomożesz mnie i dasz mi znać, jeśli będzie działo się coś niedobrego. No i pod warunkiem, że ta sprawa pozostanie tylko między nami.

– Szkoda. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Chciałem opowiedzieć o wszystkim Ewie Drzyzdze w Rozmowach w toku. Zawsze byłem ciekaw, jak wyglądam z doklejonym wąsem i fryzurą z lat osiemdziesiątych. Uwielbiam ich charakteryzacje i te opisy! „Michał, lat trzydzieści trzy, opowiada o trudnej pracy i relacjach z cycatą koleżanką…”

– Pocałuj mnie w… – Zawiesiła głos.

Pochyliłem się w jej stronę.

– W co?

***

– W co chcesz – dokończyłam z uśmiechem.

Moje oczy zatrzymały się na jego ustach, które jakimś zagadkowym sposobem znalazły się w odleg­łości dziesięciu centymetrów od moich. Były bardzo charakterystyczne: dolna warga pełna, a górna wąska, jakby od innego kompletu. W zależności od tego, jaką akurat robił minę, wyglądał albo jakby chciał spuścić mi manto, albo mnie pocałować. W tej chwili zdecydowanie to drugie… Uświadomiłam sobie, że mam na to nieludzką ochotę… No pięknie! Wystarczy, że Marcel przez parę dni nie ma czasu się spotkać, a ja już kombinuję. Ubiczowałam się moralnie i błyskawicznie wstałam. Muszę się stąd zawijać, zanim zrobię coś głupiego. Coś, czego będę żałować…

– Lecę. Będziemy w kontakcie, dobrze?

Miałam nadzieję, że nie zauważył, jak bardzo się speszyłam.

– Dobrze, Lilu. Wiesz, że się zaczerwieniłaś, prawda?

Rozsiadł się swobodnie w krześle i wypił pół piwa jednym haustem.

– To uczulenie.

Starałam się jakoś wybrnąć, ale rumieniec na policzkach tylko się pogłębił. Jezu, jestem beznadziejna!

– Yhm.

Jego mina świadczyła o tym, że doskonale wie, jak działa na dziewczyny, i nie ma najmniejszych wątpliwości, że nie jestem wyjątkiem.

– A na co to uczulenie? – dopytywał bezczelnie.

Nabijał się ze mnie, cholerny cwaniak.

– Na głupie pierdolenie! – odpysknęłam, zanim zorientowałam się, jak szpetnie się wyrażam.

Na sekundę osłupiał, a potem zaczął śmiać się jak wariat.

***

Należało mi się. Czasem zapominałem, że była jednym z najlepszych adwokatów karnych we Wrocławiu. Musiała umieć pyskować i czasem użyć mocniejszego słowa. Straciłem czujność, ponieważ prywatnie robiła to dużo rzadziej niż na przykład Olka, która nie potrafiła powiedzieć zdania bez soczystej „kurwy”…

– Zadzwonię do ciebie – rzuciłem, kiedy ruszyła do wyjścia. – Albo wpadnę bez zapowiedzi, może spotkam się z Marcelem?

Nawet się nie odwróciła, tylko podniosła dłoń i pokazała mi środkowy palec. Ogarnęła mnie przemożna chęć, by ustawić ją do pionu. Nie wiem, co zrobiła z sobą w ciągu ostatniego pół roku, ale oprócz cyc­ków, które zawsze miała epickie, wypracowała również taki tyłek, że mógłbym cały dzień chodzić za nią po schodach. Zastanawiałem się czy jest sens się w to pakować… Jeszcze ten Marcel… Chyba sobie odpuszczę. Zdecydowałem, że nie będę przekraczał zawodowych granic. Uregulowałem rachunek i wyszedłem na rynek.

***