Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Brawurowe pieśni, elegie i prozy rozpięte między historią światowego handlu, giełdą, astrologią, oceanicznymi głębinami, rozpadem prowincjonalnych miast i doświadczeniem pracy w korporacji. Spotykają się tu Pacyfik, ośmiornice, call center i zamykane linie kolejowe. Wojciech Kopeć buduje poezję opartą na montażu, zestawieniach i niespodziewanych połączeniach, ale pod powierzchnią erudycji stale pracuje konkret materialnego świata. „Przypadek” z tytułu okazuje się nie tyle chaosem, ile sposobem ujawniania ukrytych relacji między rzeczami, ludźmi i historiami. To książka o rzeczywistości wymykającej się prostym opisom, a jednocześnie stale domagającej się opowiedzenia. O rozpadzie, który nigdy nie jest całkowicie abstrakcyjny. I o świecie, którego nie da się już oddzielić od ekonomicznych, technologicznych i klimatycznych zależności.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 67
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
I’m a cork on the ocean
Floating over the raging sea
How deep is the ocean?
The Beach Boys, „‘Til I Die”
All the small boats on the water
Aren’t going anywhere
Surely, they must be loaded with
More than simple matter
Floating on top and gracefully
Tending to the same pole
Stereolab, „The Flower Called Nowhere”
Prosilibyśmy tylko o coś na kształt ciszy
Przed tym, jak uda nam się zupełnie ogłuchnąć.
Trwało to znacznie krócej. Rzeczywiście, nawet
Nie zdążyła zmienić się barwa morza, która
W tych stronach słynie przecież z bezwstydnej czystości.
Aż trudno uwierzyć, choć istnieje; istnieje
Jak zdanie: musimy wyjść z czymś nowym do ludzi;
Energia słoneczna nie musi wcale brać się
Ze słońca. Każdy podmuch powietrza to jedna
Strzałka – do miejsca zbiórki zwrócona plecami.
Ewakuacja, strzeżcie się roku tygrysa,
Nie przekręcajcie równań na rzecz Pacyfiku,
Jeśli coś ma się dzielić, to wskazujcie na was!
Dzielić setki rąk, a wpaść w hałas ziemi. Nikt tu
Nie słyszał o wpadaniu w światło. Noc, awatar
Miasta fosforyzuje. Czas jak zwykle broczy.
Głaskać w najlepszym razie można zbiory – dziesięć
Tysięcy rąk podniosło z prefektury Kioto
Ziarno ryżu, biorąc je za dobrą monetę.
Zdarzenie miało miejsce. Data miała miejsce,
Gdy z osobnego punktu, upuszczonej szpilki,
Rozpisała się przyszłość jak okablowanie
Wiersza spisanego na straty. Mało kto zna
Korzyść dnia dziewiątego od końca. Rozmowy
Toczą się pomyślnie. Kurs przyspieszony z tego,
Co czerwone, co często dzieje się ku dłoni.
Pan Delomer: bogaty kupiec, oszczędności
Życia, wzięty na konie poprosił o rzekę
I dostał ją. Ktoś jeszcze? Infantka: punkt wyjścia,
Królestwo za dwie rzeki, sala posiedzeń, gdzie
Przedstawiała późniejsze rozwiązanie zbiorów.
U pozostałych osób odstępstw nie wykryto.
Znaczenie hałasu tkwi nie tyle w niezmiennej
Obecności tego, co zewnętrzne – przewodów
Elektrycznych i ognia – w domu letniskowym
Wystawionym na sprzedaż, ile raczej w braku
Obecności w podobnym domu osób trzecich.
Korytarze, błyszczące klamki, kamery, lecz
Tym razem bez napisów końcowych – tak długo
Może trwać wypuszczanie powietrza na wolność.
Fotografia przedstawia słonia. Skąd dokładnie
Pochodzi wieloryb? Do kogo przypuszczalnie
Należy rozwiązanie tłumu w jego szóste
Urodziny? Wyjaśniać na podstawie skrzynki
Z narzędziami zaćmienie pierwszego lepszego
Drzewa, które jeszcze nie zdążyło zgasnąć, a
Być w samym środku słońca, trzymać w dłoni szpilkę
I wskazywać na wąskość znaczeń. Tak, byłem tam.
Przenosiłem kabałę, kiedy długa pamięć
Wisiała nade mną jak oko satelity.
Długa pamięć. Współrzędna z rozkrojonym miastem
W środku. Podwinięta do siebie ludzka głowa.
Zarówno na planszy, jak i w życiu, dla Krakena pogrążonego w pustce nic wcale nie jest niczym. Bezruch Krakena nie oznacza braku ruchu. Zero to wszechobecność. Na tym właśnie polega ruch, który wygląda jak bezruch, i jest to najpotężniejszy ruch ze wszystkich.
Ch. Miéville, Kraken, tłum. K. Chodorowska
Niewykluczone, że niektóre poukrywane na co dzień zjawiska, kształty, zaraz po tym, gdy dowiadujemy się o ich istnieniu – choćby miały tyczyć się którejś z setek małych wysp rozsianych po obcej dla nas półkuli – zaczynają się narzucać tak silnie, że nasza codzienność i tamto, które się wydarza bez naszego udziału, a wydarzać się musi, choć jest całkowicie niedorzeczne, wchodzą sobie w drogę i stanowią zaczątek jakiejś małej, ale nieodwołalnej katastrofy. Można sobie wyobrazić kompulsywne przybliżanie i oddalanie błękitnych, szerokich plam na Google Maps pomiędzy Azją i Australią oraz obiema Amerykami, choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, co tam zobaczymy – wielką wodę ustrojoną w pasy raf koralowych i jaśniejsze punkciki na ich tle: atole. Niewykluczone, że jeszcze trudniej byłoby nam opróżnić nasz umysł z liczb, na które natrafimy w poszukiwaniu wysp zagrożonych w perspektywie kilkuset najbliższych lat wyginięciem. Wyspy Marshalla, Vanuatu czy Tonga to państwa, w których mieszka od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzi ze świadomością powolnego rozpuszczania się lądu pod ich stopami. Mimo to, wraz z chwilą, gdy wiedza kogoś takiego jak ja – czy kogokolwiek innego, konfrontującego się właśnie z istnieniem konglomeratów oplatających Pacyfik jak zła wiara – wzbogaca się o trudne do przełknięcia zjawisko, w świecie nic nie zostaje odkryte, nie tworzy się żadne nowe połączenie między zdarzeniem A a zdarzeniem B, nic nie wybucha, nic nie wyłania się z niejawności ku światłu.
Być może nie muszę wcale wyciągać na wierzch najbardziej niedorzecznych gatunków ryb głębinowych, żeby o tym opowiedzieć. Jakkolwiek historia pąkla, skorupiaka osiadłego na skałach czy statkach, dodajmy dla ścisłości – obojnaka, który zrósłszy się z obcym gatunkiem, próbuje pomnożyć swoje szanse rozpłodowe, zwiększając długość prącia do kilkukrotnej wielkości reszty organizmu, ma w sobie coś heroicznego, to raczej nie wchodzi w kolizyjny kurs z moją historią, rozstajemy się ze sobą w pokoju. A może jednak coś ustawia nas naprzeciwko siebie i zderza ze sobą? Może dla dobra sprawy warto choćby przez chwilę pomyśleć o głębokich – jak długie trwanie banków, domów handlowych i usług – upadających państwach?
Można też wyobrazić sobie innego rodzaju obiekty, w których zamiast widzieć tylko martwe przesypywanie jednych danych liczbowych w drugie dostrzegamy również ość blokującą ten swobodny przepływ. Mówi się, że pieniądz podobnie jak życie nie znosi próżni, ale to nieprawda, raczej sam jest próżnią zasysającą się do wewnątrz i tylko od czasu do czasu implodującą jak gwiazdy. Na tym właśnie polegają kryzysy. Ale, jak już się rzekło, nie każda ryba daje się gładko połknąć. Ktoś powiedziałby „słoń w pokoju”, doglądając pikujących akcji sporej firmy, w której w chwili pisania tych słów wciąż jeszcze jestem zatrudniony. Wizualna metafora działa na wyobraźnię – od niektórych słoń dostaje po kryjomu jeść, inni bojąc się na niego spojrzeć, skupiają się na zbieraniu odchodów, jeszcze inni przemeblowują biurowiec, udając przed resztą pracowników, że chodzi tu o komfort pracy ich wszystkich. Jednak metafora jest metaforą i o ile łatwo chwyta niezręczność, jaką wywołuje ta gra w obchodzenie problemu, o tyle umyka jej niezręczność samego „słonia”. Nie tyle interesuje mnie fakt, że nie da się go obejść, ile jednoczesne przerażenie i zachwyt, w które wprawić mogą jego namacalne cechy.
Podstawmy pod obraz ze słoniem kałamarnicę i od razu zrobi się ciekawiej. Kilka lat temu natrafiłem zresztą na rycinę, która była już zapowiedzią podobnego przesunięcia w konstrukcji metafory. Grafika przedstawiała przestronny, dziewiętnastowieczny salon wypełniony zwierzętami najróżniejszego gatunku – małpa kapucynka uczepiona żyrandola, kakadu stąpająca po fortepianie, a gdzieś z dołu nieśmiało spoglądało na nie ogromne oko kalmara. Zakładam, że rycina powstała na potrzeby edukacji wczesnoszkolnej, w końcu ukazywała coś na kształt rodzajowego przekroju, a że większość przedstawionych zwierząt pochodzi ze skrajnie odmiennych środowisk, to musiały spotkać się na neutralnym dla siebie gruncie i jakaś anonimowa graficzka najwyraźniej uznała, że to kryterium doskonale spełnia wnętrze pałacu. Poza kadrem najprawdopodobniej ciągnęły się długie labirynty prowadzące do niewielkich pokojów wypełnionych gośćmi z list rezerwowych. Pokoje z kolei dzieliły się na szuflady, przegrody budowlane, dziury w chlebie i ślady po ugryzieniach; można ciągnąć tę matrioszkową klasyfikację bez końca.
Oczywiście nie wykluczam, że doszło do spektakularnej pomyłki i parę różnych obrazków połączyło się w jedną niezborną całość albo w jedno mgliste wspomnienie wślizgnęły się podstępne macki głowonoga, który przykuł moją uwagę tak naprawdę zupełnie niedawno. Rozważając moją rolę w odgrywaniu nikomu niepotrzebnych pracowniczych rytuałów – dzwonienia do klientów ze sprostowaniem informacji, która dotarła do nich dwa dni wcześniej, czy podejmowania arbitralnych wyborów, ostatecznie i tak rozbitych o wyższe szczeble decyzyjności – zrozumiałem, że nigdy nie złapię na gorącym uczynku struktury, dla której jestem tylko kolejną mijającą ją najeżoną rybą. Wtedy dopiero połączyłem fakty – opowieści o Cthulhu i Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi, Krakena oraz horror włoskiej produkcji o sugestywnym tytule Macki. Kogo nie zafascynowałaby ta plątanina przyssawek wyglądających jak skupisko wielu małych, ale czujnych oczu przymroczonych chwilowo chmurą atramentu? Zwierzę powoli przesuwające się w ciemnym oceanie, które samo dla siebie jest jedynym, najważniejszym punktem odniesienia.
Justynie Kulikowskiej
Kto umarł z przejedzenia, kiedy trzecie oko
Mijanego poranka zgasło we właściwym
Jedynie sobie czasie? Niech błogosławieni
Będą karmiciele i ichniejsze zwyczaje,
Spadający dzień na rzecz poławiaczy pereł.
Być może nikt nie umarł. Być może to cudza
Ręka sięgająca po białko, hydrolizat –
Być może o tym mówi metafora światła.
Śmierć i dłoń sięgająca do zgniecionych puszek –
