Siedem ważnych słów. Michał Heller w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem - Wojciech Bonowicz, Michał Heller - ebook + audiobook

Siedem ważnych słów. Michał Heller w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem ebook

Wojciech Bonowicz, Michał Heller

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

„Cały kosmos jest tajemnicą, a my jesteśmy jego częścią”

Ks. Michał Heller – wybitny uczony, myśliciel, fizyk i duchowny. Przez lata przybliżał nam tajemnice kosmologii i natury wszechświata. Tym razem, prowadzony przez Wojciecha Bonowicza, wyrusza w rejony bardziej osobiste.

Jak łączy świat wiary i nauki? Czego się obawia w perspektywie wieczności? Jak wygląda jego modlitwa? Dlaczego nie przepada za pytaniami o Boga?

Tam gdzie inni widzą same sprzeczności, Michał Heller dostrzega dopełniające się światy. Udowadnia przy tym, że poszukiwanie większego sensu i naukowe poznawanie świata mogą iść tą samą drogą.

„Jeśli spojrzę na własne ciało, choćby na tę rękę, w której trzymam kartkę, i uświadomię sobie, że część atomów, które w niej są, jest rezultatem Wielkiego Wybuchu, a inne powstały w gwiazdach – zupełnie inaczej widzę siebie w relacji do kosmosu. Kiedy się o tym wie, metafora ulepienia człowieka z gliny czy prochu staje się niemal dosłowna”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 140

Data ważności licencji: 11/3/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki:

Michał Jakubik

Fotografia na okładce

Marek Lasyk / EAST NEWS

Fotografie na wyklejce

archiwum prywatne autorów

Redaktorka inicjująca

Kinga Janas

Redaktorki prowadzące

Kinga Janas

Hanna Mickiewicz

Opieka redakcyjna

Katarzyna Węglarczyk

Promocja

Kinga Wojnicka

Korekta

Katarzyna Onderka

Marta Tyczyńska-Lewicka

Copyright © by Michał Heller & Wojciech Bonowicz

© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026

ISBN 978-83-8427-137-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026.

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Od poprzeczki do czarnych dziur, czyli O WYOBRAŹNI

Wojciech Bonowicz: Zapytam Cię na początek o najwcześniejsze poruszenia wyobraźni, te dziecięce jeszcze. Jak one wyglądały? Czy byłeś dzieckiem, które wybiega wyobraźnią w przyszłość? Albo ku innym światom?

Michał Heller: Zacznę od uwagi ogólniejszej. W dzieciństwie i młodości wyobraźnia odgrywa dużo większą rolę niż cokolwiek innego. Bo racjonalnego myślenia człowiek się uczy stopniowo, krok po kroku, a wyobraźnia budzi się wraz ze świadomością albo zaraz potem. I zachowuje się nieposłusznie: prowadzi tam, gdzie ona chce, a nie tam, gdzie ja bym chciał. Co więcej, z czasem człowiek nabiera ochoty, żeby pójść w tę stronę, w którą ona go prowadzi. Bo wyobraźnia ma w sobie coś urzekającego.

Otaczający nas świat jest z początku dosyć ubogi. Jednym z pierwszych wrażeń, jakie zapamiętałem, był widok poprzeczki w moim łóżeczku. Było ono otoczone siatką, żebym nie wypadł, i ta siatka kończyła się poprzeczką. Kiedy patrzyłem w stronę okna, ta poprzeczka mi przeszkadzała i dlatego ją sobie zapamiętałem. Moje pierwsze spojrzenie na świat to było spojrzenie przez poprzeczkę.

Kiedy miałeś trzy i pół roku, wybuchła wojna i musieliście uciekać. Potem była wywózka w głąb Rosji. Może atmosfera zagrożenia i częste zmiany miejsca sprzyjały uciekaniu w świat wyobraźni?

Byłbym skłonny powiedzieć, że ani sprzyjały, ani nie sprzyjały, po prostu było tak, jak powinno być. To znaczy dla starszych to był kataklizm, kryzys, a dla mnie to były kolejne zdarzenia, które przynosiła ze sobą codzienność. Kiedy we Lwowie przyszli rosyjscy żołnierze i kazali nam się spakować, to starsi się pakowali, a ja gapiłem się na karabiny, bo bardzo mi się podobały. Jako dziecko byłem dość skutecznie chroniony przed grozą tego, co się działo. W pociągu, który nas wiózł na Sybir, ludzie byli przygnębieni, a ja cieszyłem się, że mam piękne widoki z okna. Kiedy zobaczyłem Bajkał, strasznie mi się spodobał, i dziwiłem się, czemu ludzie płaczą.

A takie doświadczenia mocno wchodzące w ciało, jak głód chociażby? Czy one sprawiają, że wyobraźnia się obkurcza, czy przeciwnie?

W dzieciństwie i młodości wyobraźnia odgrywa dużo większą rolę niż cokolwiek innego. Bo racjonalnego myślenia człowiek się uczy stopniowo, krok po kroku, a wyobraźnia budzi się wraz ze świadomością albo zaraz potem.

Doświadczenie głodu pamiętam bardzo dobrze. Wyobrażałem sobie wtedy kromkę chleba, którą chciałbym zjeść. Ale chleba brakowało.

Na Syberii kuchnią zajmowała się babcia. I wymyślała rozmaite namiastki. Na przykład jajecznicę, w której nie było jajek, tylko trochę mąki wymieszanej z wodą. Coś tam jeszcze się dodawało i powstawały płynne kluski, które babcia nazywała jajecznicą. Podobnie z lodami. Ktoś przynosił do domu zamarznięte mleko, odłupywało się kawałek i lizało, a babcia opowiadała o tym, jakie to lody jadało się przed wojną. Sprzed wojny zapamiętałem taką scenę: musiałem mieć jakieś problemy z żołądkiem, bo mama wzięła banana, ściągnęła z niego skórkę i zawartość podawała mi łyżeczką. Przez całą wojnę ten banan był dla mnie symbolem czegoś niesłychanie smacznego, wręcz luksusowego. Do tej pory lubię banany.

Jak właściwie kształtuje się nasze wyobrażenie świata? Jak ten świat się nam poszerza?

Punktem wyjścia są bardzo konkretne rzeczy. W moim przypadku były to parowozy. Pierwszym zawodem, o jakim marzyłem, był zawód maszynisty. Tak się złożyło, że często, także na zesłaniu, mieszkaliśmy w pobliżu stacji kolejowej. Maszyna parowa, taka jak w wierszu Tuwima, jest czymś wyjątkowym, inspirującym. Fascynowały mnie te poruszające się tłoki, para wychodząca z cylindrów. W nas, chłopcach, był wtedy jakiś taki kult maszyny – a to była maszyna par excellence. Trochę mi żal, że już nie ma parowozów. Lokomotywy elektryczne nie mają tej aury.

Wiem, że z fascynacją pociągami nie pożegnałeś się tak zupełnie…

Czasem, kiedy nie mogę zasnąć, puszczam sobie w komputerze film, na którym pokazywana jest podróż jakiegoś pociągu przez kilka amerykańskich stanów. Takich filmów, długich, pozbawionych komentarza, jest w internecie mnóstwo. Są widocznie ludzie, którym to sprawia przyjemność – widzieć tę potężną maszynę w ruchu.

Bardzo ważną rolę w rozwoju mojej wyobraźni odgrywały lektury. Najpierw to były bajki, ale one mnie jakoś mniej pociągały. Lubiłem przygody raczej niebajkowe. Z początku chciałem więc być maszynistą, ale zaraz potem chciałem być bohaterem każdej książki, którą czytałem. Jak wiadomo, w tamtych czasach książki dla młodzieży musiały mieć bohatera pozytywnego. I ja się zawsze z jakimś utożsamiałem. Jak byłem trochę starszy, to moim ulubionym bohaterem był d’Artagnan z Trzech muszkieterów. I nie wystarczało mi to, co było w powieści. Już leżąc w łóżku, przed snem, dopisywałem sobie w wyobraźni kolejne przygody, w których brałem udział. Wiem, że to przechodziło pewne ewolucje, w zależności od tego, jakie książki czytałem. Ale bardzo długo przetrwał ten zwyczaj rozgrywania dramatów, wielkich i małych, przed zaśnięciem.

W którym momencie my tę naszą wyobraźnię zaczynamy powściągać, kontrolować? Czy wtedy, kiedy idziemy do szkoły, zdobywamy wiedzę i ona sprawia, że wyobraźnia przestaje być „bujaniem w obłokach”, a zaczyna funkcjonować w ramach tej wiedzy? Mówi się, że rozwój konkretnego człowieka przypomina trochę rozwój cywilizacji: wychodzi się od bardzo pierwotnych intuicji, wyobrażeń i doświadczeń, a potem wkracza się w bardziej skomplikowane, usystematyzowane myślenie. Czy uważasz, że to porównanie jest trafne?

Dosyć wcześnie, jeszcze zanim zacząłem studiować filozofię, na podstawie lektur sam ukułem taką tezę, że rozwój indywidualny człowieka „kopiuje” historię filozofii, przynajmniej europejskiej. Na początku mamy okres mitologii, bajek, świata zaczarowanego, a potem przybywa nam wiedzy i to wszystko się stopniowo racjonalizuje. Jeszcze później przychodzi okres pozytywizmu, podawania w wątpliwość autorytetów i wpojonych nam przekonań, a następnie próba przezwyciężenia tego pozytywizmu. W miarę upływu czasu wchodzimy w coś, co można by nazwać okresem kontemplatywnym: człowiek zapuszcza się myślą w regiony, co do których jeszcze niedawno uważał, że nie ma tam dostępu.

Trzeba tu jednak zrobić ważne zastrzeżenie: w gruncie rzeczy my nie znamy przeszłości. My ją, między innymi na podstawie własnych przeżyć, odtwarzamy czy konstruujemy, ale ona na pewno – i to nie tylko w drobnych, lecz i w grubych szczegółach – wyglądała inaczej. Przede wszystkim była bardziej skomplikowana. Kiedy uczymy się historii, to, czego się uczymy, jest jakąś „średnią” wyciągniętą z informacji, które udało się nam zgromadzić. Często taka „średnia” jest po prostu nieprawdziwa. Karl Popper pisał, że historia prawdziwa, nieuproszczona, powinna być historią nie wojen, królów i morderstw, tylko historią każdego człowieka, który wstaje rano, wkłada buty i nie wie, co mu dany dzień przyniesie. Dopiero historia każdego pojedynczego człowieka tworzy rzeczywistą historię ludzkości.

Dlatego każde pokolenie musi historię napisać od nowa, dla siebie. Nie mówiąc już o tym, że jak się posuwamy w czasie, to z danego punktu widzenia, gdy się obrócimy wstecz, historia wygląda już inaczej, niż wyglądała dwadzieścia lat wcześniej. A jeszcze trzeba dodać, że różne reżimy świadomie fałszują historię i wmawiają młodym ludziom, że ona wyglądała tak, a nie inaczej, i coś z tego zawsze w głowach zostaje.

Dopiero historia każdego pojedynczego człowieka tworzy rzeczywistą historię ludzkości.

Przez wieki zmieniała się wizja nie tylko historii, ale też świata jako takiego. Jakie momenty czy etapy najmocniej wpłynęły na zmianę naszych wyobrażeń o świecie?

Pierwszym ważnym etapem był przełom szóstego i piątego wieku przed naszą erą, kiedy w Grecji rodziła się myśl filozoficzna. To była pierwsza intelektualna rewolucja w historii ludzkości. Myśliciele greccy rzucili światu wyzwanie – podjęli ryzyko rozumienia go na własny rachunek, bez pomocy mitów, bez pomocy religii. Żeby pojąć znaczenie tego gestu, spróbujmy sobie wyobrazić, że coś takiego nigdy nie nastąpiło. Jak wyglądałoby następnych dwadzieścia parę wieków? Było to zatem wydarzenie, które nie miało równego sobie w dziejach.

A potem – jeśli zgodzimy się operować bardzo grubymi przybliżeniami – kolejne zmiany w sposobie widzenia i rozumienia świata jakoś odpowiadają ogólnie przyjętej periodyzacji: starożytność, średniowiecze, nowożytność, czasy współczesne. Taki podział przyjął się nie bez powodu.

Wyraża go klasyczna sinusoida ukazująca naprzemienność epok.

Średniowiecze rzeczywiście różniło się od starożytności i z kolejnymi epokami było podobnie. Z tym że, oczywiście, musimy na wspomnianą sinusoidę nałożyć jeszcze małe drgania, które bez przerwy się pojawiały. Inaczej było w Europie, a inaczej w Azji. Inaczej było w Grecji, a inaczej u ludów germańskich. A my – powtórzę to raz jeszcze – mamy w wyobraźni coś uśrednionego, a nie pełny obraz tego, co się działo.

Niemniej w wiekach średnich rzeczywiście było tak, że przez długi czas zdobycze kultury greckiej były praktycznie zaprzepaszczone. Często przywołuję ten przykład, że na przełomie starożytności i średniowiecza nie pozostał przy życiu ani jeden człowiek, który byłby w stanie zrozumieć w pełni Elementy Euklidesa. Nie było takiego człowieka! Tekst się zachował, ale był kopiowany bez zrozumienia. Trzeba było dobrych kilku wieków, żeby stopniowo dopracować się rozumienia tego tekstu.

Wróciłbym jeszcze na chwilę do tego etapu greckiego. To wtedy zapadła decyzja, że myślenie, logos, będzie podstawową siłą, przy pomocy której człowiek spróbuje poradzić sobie z tym, co go otacza i czego doświadcza. To było jak skok w nową rzeczywistość.

Ryzyko wzięcia na siebie odpowiedzialności za prawdę – o to w tym chodziło. O wybór metody, która potem była udoskonalana. W średniowieczu ta metoda racjonalna, metoda rozumowego dociekania prawdy, przybrała postać scholastyki, polegającej – z grubsza rzecz biorąc – na szukaniu pierwszych zasad, z których wszystko by mogło wynikać. Metoda scholastyczna, zanim się zdegenerowała, była dużym krokiem naprzód w pilnowaniu ścisłości rozumowań.

A potem nastąpił bardzo ważny zwrot: odkrycie, że świata nie da się całkowicie wyrozumować z jakichś pierwszych zasad, lecz trzeba po prostu otworzyć oczy i przyglądać się, jaki on jest. Bez tego doświadczalnego kontaktu ze światem nie pójdziemy dalej albo pójdziemy w całkiem fałszywym kierunku. W ten sposób na przełomie czasów średniowiecznych i nowożytnych naro­dziła się metoda empiryczna, chociaż elementy takiego myślenia pojawiały się już w starożytności. Metoda doświadczalna jest wydoskonalana do dziś i znakomicie współpracuje z metodą dociekania – z tym że palmę pierwszeństwa w tym dociekaniu przejęły metody matematyczne. Tak powstały warunki dla kolosalnego postępu, który obserwujemy.

Jednak to tylko jeden aspekt – problem metody. On polaryzuje poznanie i sprawia, że widzimy różnicę między tym, co jest teraz, a tym, co było dawniej. Innym takim elementem jest refleksja o człowieku. Jaką pozycję człowiek zajmuje w obrazie świata? Bo dociekanie prawdy automatycznie generuje jakiś obraz świata i miejsca człowieka w nim. W średniowiecznej filozofii na początku ścierały się dwie tendencje: tendencja oparta na próbie dojścia do tego, jaki świat jest, czyli ontologia świata, i konkurencyjna wobec niej epistemologia, zajmująca się tym, jak my, ludzie, poznajemy i zapisujemy świat. Te dwie tendencje konkurowały, ale też uzupełniały się wzajemnie. A potem przyszła rewolucja Kopernika i problem człowieka stanął jeszcze bardziej na ostrzu noża. Gdzie właściwie jest miejsce człowieka w świecie, w którym Ziemia straciła swą centralną pozycję?

W swoich publikacjach – chociażby w książce Nauka i teologia niekoniecznie tylko na jednej planecie – często wracasz do problemu konfrontacji wyobraźni religijnej z obrazem świata, którego dostarcza nam nauka. Co jest głównym punktem sporu? Co sprawia, że te obrazy się rozjeżdżają, a konflikt co jakiś czas powraca, z mniejszym lub większym natężeniem?

Kluczową sprawą jest tu znów kwestia metody. W metodzie naukowej – powiedzmy, od czasów nowożytnych do dziś, kiedy ta metoda się wyraźnie skrystalizowała – liczymy tylko na siebie. Nie przyjmujemy informacji, która pochodzi skądinąd, musi to być nasze osiągnięcie: my to musimy stwierdzić, zobaczyć, zbadać eksperymentalnie, wyprowadzić z jakichś założeń. Natomiast w religii przyjmuje się, że podstawowe prawdy są objawione, dane z góry. W świecie wiedzy zdobytej przez nas samych są one czymś z zewnątrz, jakimś obcym ciałem. To jest trudność metodologiczna, ale ona powoduje też trudność psychologiczną, właściwie nie do pokonania, jeśli ktoś jest przyzwyczajony i przywiązany tylko do jednej z tych metod.

Dociekanie prawdy automatycznie generuje jakiś obraz świata i miejsca człowieka w nim.

We wspomnianej książce piszesz: „Naukowy obraz świata musi być naturalnym środowiskiem teologii”. Ktoś jednak mógłby powiedzieć: nie ma jednego naukowego obrazu świata, ten obraz się zmienia. Owszem, przyjmujemy metodę matematyczno-empiryczną, za pomocą której weryfikujemy poszczególne hipotezy, ale ona ciągle jest udoskonalana. Generalnie – stawiamy rozmaite hipotezy, potem je obalamy. Może więc (powiedziałby taki ktoś) lepiej zostać przy dziewiętnastowiecznym podziale, w którym teologia ma swoją drogę, idzie za objawieniem, a nauki przyrodnicze mają swoją. Jedna sfera nie wchodzi na teren drugiej – i tak jest dobrze. Co byś komuś takiemu odpowiedział?

Odpowiedziałbym, że ma dużo racji, ale coś takiego jest niewykonalne. Bo nawet jeżeli programowo założymy, że nie wiążemy teologii z żadnym obrazem świata, to on i tak tam będzie. Człowiek od młodości oddycha obrazem świata swojej epoki, czy tego chce, czy nie.

Proponowałbym teologom następujące ćwiczenie: kiedy przygotowywano ostatni katechizm religii katolickiej pod kierunkiem ówczesnego kardynała Ratzingera, ci, którzy go opracowywali, wyraźnie starali się nie wiązać z żadnym obrazem świata. Gdyby jednak spróbować zrekonstruować ten obraz, który tam mimo wszystko jest, zobaczylibyśmy, jak bardzo nie jest on obrazem współczesnym – choćby przez unikanie niektórych tematów czy przyjęcie określonych założeń. Warto takie ćwiczenie zrobić.

Chcesz powiedzieć, że teologia bazuje na wyobrażeniach, które już dawno zostały zweryfikowane przez naukę?

Bo te wyobrażenia nadal funkcjonują. Nie da się uprawiać teologii oczyszczonej z jakiegokolwiek obrazu świata. Po prostu się nie da. I dlatego lepiej to robić w sposób kontrolowany.

Dzisiejszy obraz świata to nie jest taki sam obraz, jaki był za czasów Newtona. Co tu dużo mówić?! Pierwowzory obecnego katechizmu zostały opracowane w okresie potrydenckim! Wtedy obraz świata był mechanistyczny, a oprócz tego istniały mocne pozostałości obrazu średniowiecznego. I to wszystko w tych katechizmach jest. I nawet jeśli czasem nie da się czegoś od siebie oddzielić – bo być może te tkanki już się zrosły – to trzeba mieć świadomość, że takie elementy są i one nie należą do substancji wiary, tylko do substancji opakowania, w którym się podaje wino prawdy. To jest aluzja do znanego powiedzenia Bruce’a Marshalla: że jako Kościół mamy napoić ludzi winem prawdy, a wpychamy im to wino do gardła razem z butelką i dziwimy się, że nie mogą przełknąć.

Nie da się uprawiać teologii oczyszczonej z jakiegokolwiek obrazu świata. Po prostu się nie da. I dlatego lepiej to robić w sposób kontrolowany.

Pytanie tylko, czy ta pewna anachroniczność spojrzenia, z którą mamy do czynienia w katechizmach, nie jest bliższa naszemu osobistemu, zwłaszcza dziecięcemu, doświadczeniu świata. Może religia musi trochę „odstawać”, bo inaczej stanie się po prostu religią nauki? Czy wraz z „unaukowieniem” religii nie utracilibyśmy czegoś, dzięki czemu może dojść do głosu jakiś inny ważny wymiar człowieczeństwa?

Skomentuję Twoje pytanie – czy Twoją prowokację – atakując trochę z boku. Mianowicie, w osiemnastym wieku w teologii, zwłaszcza protestanckiej, pojawiła się tendencja, by odbrązawiać obrazy biblijne. Na przykład opisane w Biblii cuda interpretowało się w sposób naturalny: mówiło się, że Izraelici przeszli przez Morze Czerwone nie jakimś cudownym sposobem, tylko akurat wiatry tak zawiały… Chciano w ten sposób ułatwić ludziom przyjęcie tych obrazów jako wiarygodnych. Prawdopodobnie rzeczywiście tak jest, że wiele wydarzeń opisanych w Biblii jako cudowne miało swoje naturalne przyczyny. Natomiast branie każdego indywidualnego wydarzenia i odbrązawianie go prowadziło do zupełnie egzotycznych pomysłów.

O co mi chodzi? Otóż trzeba mieć świadomość, że taki proces odbrązawiania jest potrzebny, ale w prywatnej pobożności niekoniecznie trzeba się nim kierować. Można w niej zachować ten, jak powiedziałeś, dziecięcy obraz, mając jednocześnie świadomość, że ów obraz trzeba retuszować – ale nie retuszować go na własną rękę, bo to łatwo prowadzi do nonsensów i śmieszności. Można na obrazy religijne patrzeć tak, jak się patrzyło wtedy, gdy człowiek przystępował do pierwszej komunii, jeśli to pomaga naszej pobożności. Natomiast trzeba mieć świadomość, że one wymagają retuszów naprawdę mocnych. Niemniej nie można tych retuszów robić wedle kryterium „bo tak mi się wydaje”.

W sukurs przychodzą nam rozmaite nauki biblijne i okołobiblijne. Dzięki nim możemy znaleźć taką drogę krytycyzmu i rewizji, która nie będzie niszcząca dla doświadczenia religijnego.

Jeśli takie możliwości mamy, to trzeba z nich korzystać. W ogóle nauka, naukowy obraz świata, jest ogromną pomocą w interpretacji Biblii. Zawsze w tym kontekście przywołuję przykład Galileusza, który był oskarżony o to, że źle interpretuje Biblię, to znaczy ją odbrązawia, podczas gdy trzeba rozumieć ją dosłownie. A Galileusz tłumaczył, powołując się na ojców Kościoła, że w niektórych wypadkach Biblię trzeba interpretować niedosłownie. Co się okazało po latach? Że co do interpretacji Biblii to właśnie Galileusz miał rację. Dziś oficjalne dokumenty Kościoła idą po linii Galileusza. Natomiast gdy chodzi o pogląd, czy Słońce się porusza czy nie, to z kolei rację miało… Święte Oficjum. Jego przedstawiciele żądali, żeby Galileusz głosił swoje poglądy jako hipotezę, a nie jako pewnik. No i mieli rację – w świetle teorii względności Einsteina to, czy Ziemia się porusza naokoło Słońca, czy Słońce naokoło Ziemi, zależy od tego, jaki wybierzemy układ odniesienia. Na przykład gdy obliczamy trajektorię ruchu rakiety na Marsa, liczymy względem układu współrzędnych, w którym Ziemia spoczywa, bo tak jest wygodniej.

Paradoks polegał więc na tym, że teologicznie rację miał Galileusz, a naukowo – Święte Oficjum. I z tej lekcji warto wyciągnąć wnioski.

Z Twoich wypowiedzi wynika, że jesteś zwolennikiem mitygowania wyobraźni religijnej, trzymania jej na wodzy. Wolisz ujęcia apofatyczne, ostrożne, które opatrzone są zastrzeżeniem, że wszystko, co mówimy o Bogu, jest tylko przybliżeniem. Jak dalece, Twoim zdaniem, powinniśmy poskramiać naszą wyobraźnię religijną? Nie da się ukryć, że religijność, nie tylko chrześcijańska przecież, karmi się obrazami. Mówi się nawet, że współczesny kryzys religijności polega na tym, iż wiele z tych obrazów zostało zakwestionowanych i ta religijność jest po prostu „głodna”: potrzebuje obrazu, który przemówi do zmysłów, a nie tylko do rozumu.

Rzeczywiście, według mnie najlepsza teologia to teologia apofatyczna, to znaczy taka, która nie tyle mówi, kim Bóg jest, ile kim nie jest. Czyli podkreśla, że nasza wiedza o Bogu jest negatywna: cokolwiek o Nim powiemy, powinniśmy zaraz temu zaprzeczyć, bo zapewne rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Apofatyzm jest, moim zdaniem, ważny w teologii i de facto każdy rozsądny teolog w jakimś stopniu go uznaje. Wyobraźmy sobie jednak taki maksymalistyczny apofatyzm. Nie da się przecież mówić o czymś, nie mówiąc nic. No bo jak nic – to trzeba by po prostu milczeć. A w religii nie można milczeć, bo życie nie pozwala milczeć, musisz więc posługiwać się obrazami. I jeśli masz świadomość, że teologia jest apofatyczna, otwiera się ogromne pole dla wyobraźni. Możesz sobie wyobrażać, co chcesz, tylko musisz pamiętać, że te wyobrażenia są przede wszystkim tobie potrzebne, a naprawdę jest jeszcze ciekawiej.

Moja teza jest taka, że apofatyzm nie niszczy wyobraźni, przeciwnie – stwarza dla niej nieograniczone horyzonty.

A zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że apofatyzm jest dla wiary religijnej tym, czym metoda naukowa dla obrazu świata w ogóle? To znaczy czymś w rodzaju zabezpieczenia, wewnętrznej krytyki.

Może jest zabezpieczeniem, ale przede wszystkim jest po prostu wewnętrzną koniecznością. Najlepszym określeniem Pana Boga jest nazwanie Go nieskończonością. W ten sposób, tylko innymi słowami, przyznajemy, że nigdy Go nie zrozumiemy. A zatem cała teologia jest w pewnym sensie apofatyczna.

Jeszcze do tego tematu wrócimy… A jak to wygląda w innych kręgach kulturowych? Czy te napięcia między naukowym a religijnym obrazem świata są podobne?

Trzeba pamiętać, że nauka, w szczególności nauki ścisłe, są uniwersalistyczne. Jeśli ktoś chce wysłać rakietę na Księżyc, niezależnie czy będą to Chińczycy, czy Amerykanie, musi stosować dokładnie te same metody. Podobnie jeśli chce się zrobić skuteczną szczepionkę przeciwko wirusowi. Nauka jest chyba pierwszym tworem człowieka, który jest uniwersalny. To oczywiście nie znaczy, że wszyscy z niej korzystają. Są narody, które nie mają dostępu do dobrodziejstw nauki. Zresztą, nie tylko dobrodziejstwa ona ze sobą niesie, ale i środki zagłady…

Tak czy owak nauka jest uniwersalistyczna, ale już interpretacja nauki wcale taka nie jest. W znacznym stopniu zależy od kultury. Oprócz zachodniej interpretacji nauk ścisłych dosyć rozpowszechnione są interpretacje wschodnie, inspirowane braminizmem, buddyzmem, i tak dalej. Nie chcę jednak na ten temat wiele mówić, bo nie znam się na tym odpowiednio dobrze. Trochę więcej wiem o odbiorze nauki w teologii prawosławnej.

Jak wiadomo, teologia chrześcijańska rozdzieliła się na dwie części – zachodnią i wschodnią. Stało się to dość wcześnie, jeszcze zanim Kościół został podzielony. Teologia ojców greckich była inna niż ojców łacińskich, bardziej nastawiona na mistykę, podczas gdy zachodnia postawiła na racjonalność, logiczną argumentację i tak dalej. Pamiętam, że krótko po upadku komunizmu, kiedy można było z rosyjskimi uczonymi rozmawiać na te tematy, dyskutowanie konfliktu między nauką i religią było dla nich czymś niezrozumiałym. Jeden z rosyjskich fizyków tłumaczył mi, że jeśli Pan Bóg jest nieskończony, to muszą być konflikty, bo On myśli inaczej niż my – ale to w niczym nie przeszkadza. W Kościele jest tak, w nauce tak, i niech sobie będzie. Zasada sprzeczności tam, na Wschodzie, jest inaczej pojmowana, bardziej mistycznie właśnie.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Łapiwilczek i kosmologiczne koany, czyli O JĘZYKU

Dostępne w wersji pełnej

Jak załamała się władza Chronosa, czyli O CZASIE

Dostępne w wersji pełnej

Zobaczyć świat cały naraz, czyli O WIECZNOŚCI

Dostępne w wersji pełnej

Nieskończoność „największej mocy”, czyli O BOGU

Dostępne w wersji pełnej

Jesteśmy częścią tajemnicy, czyli O CZŁOWIEKU

Dostępne w wersji pełnej

Odpowiednia długość fali, czyli O MĄDROŚCI

Dostępne w wersji pełnej

Nota

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Siedem ważnych słów, Michał Heller

Karta redakcyjna

Od poprzeczki do czarnych dziur, czyli O WYOBRAŹNI

Łapiwilczek i kosmologiczne koany, czyli O JĘZYKU

Jak załamała się władza Chronosa, czyli O CZASIE

Zobaczyć świat cały naraz, czyli O WIECZNOŚCI

Nieskończoność „największej mocy”, czyli O BOGU

Jesteśmy częścią tajemnicy, czyli O CZŁOWIEKU

Odpowiednia długość fali, czyli O MĄDROŚCI

Nota