Sezon na niepodległość. Czy odrodzona Polska mogła przetrwać? - Kloc Krzysztof - ebook

Sezon na niepodległość. Czy odrodzona Polska mogła przetrwać? ebook

Kloc Krzysztof

0,0

Opis

 Czy Polska Odrodzona była państwem sezonowym? Czy rzeczywiście jej los zależał tylko w niewielkim stopniu od samych Polaków, w głównej mierze zaś od polityki sąsiadów i układu sił pomiędzy Niemcami a Związkiem Sowieckim? Czy jej sezonowość to tylko propagandowa teza suflowana przez wrogie Polsce mocarstwa?

Niepodległa Polska borykała się z wieloma problemami, swoistymi wewnętrznymi kwadraturami koła – pozaborowymi różnicami cywilizacyjnymi i mentalnościowymi, zapóźnieniem gospodarczym, napięciami narodowościowymi. Słabości te były realne, strukturalne i często wzmacniały zewnętrzne narracje o niestabilności i nietrwałości Polski Odrodzonej. Czy to one wraz z napaścią Niemiec i Związku Sowieckiego przyczyniły się do upadku naszego kraju po dwudziestu latach?

Książka jest refleksją nad granicami sprawczości państwa położonego między młotem a kowadłem, a wnioski z jej lektury stanowią przestrogę, że niepodległość pozbawiona trwałych fundamentów może okazać się jedynie krótkim epizodem historii.

 

Krzysztof Kloc (ur. 1989), historyk, profesor w Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Interesuje się historią Polski XX w., ze szczególnym uwzględnieniem dziejów Dwudziestolecia i obozu piłsudczykowskiego, losami polskiej inteligencji i historią środowiska „Kultury” Jerzego Giedroycia oraz biografistyką tego okresu. Autor książek Michał Sokolnicki (1880-1967). Piłsudczyk  ̶  historyk  ̶  dyplomata (2018), Piłsudski. Studium fenomenu Komendanta (2021), „Białorusin, który udaje Litwina". Czesław Miłosz i Polska 1919-1939 (2024). Edytor i wydawca źródeł. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 335

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Recenzja naukowa:

prof. dr hab. Andrzej Chwalba

dr hab. Janusz Mierzwa, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego

dr hab. Grzegorz Kulka, prof. Uniwersytetu Wrocławskiego

Redakcja: Renata Nowak

Korekta: Małgorzata Frączek

Skład i łamanie: Tomasz Gąska | 7colors.pl

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser |

Projekt okładki: Tomasz Ortyl

Zdjęcie autora na skrzydełku: prywatne archiwum Krzysztofa Kloca

Copyright © 2026 by Krzysztof Kloc

All rights reserved.

This edition copyright © 2026 by MT Biznes Sp. z o.o.the owner of „Wydawnictwo Poltext” 73700

All rights reserved.

Warszawa 2026

Wydanie pierwsze

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

MT Biznes Sp. z o.o.

wydawnictwoprzeswity.pl

[email protected]

ISBN 978-83-8175-820-8 (epub)

ISBN 978-83-8175-821-5 (mobi)

Klarze

Uciekłem z płonącego domu i znalazłem chwilowe schronienie w źle strzeżonej prochowni.

Dmitrij Fiłosofow, rosyjski emigrant, antykomunista, o Polsce Dwudziestolecia[1]

I megalomania, i samoopluwanie osiągnęły u nas nasilenie niebywałe.

Stefan Kisielewski[2]

Nil mirari, nil indignari, sed intellegere

(Nie dziwić się, nie oburzać, lecz zrozumieć)

Wstęp

Pytajnik w tytule książki wzbudza zazwyczaj w czytelniku niepokój, i to wielorakiego rodzaju. Po pierwsze, może sugerować, że autor będzie starał się rozwikłać jakiś bardzo skomplikowany problem, nad którym na kartach swojej – mówiąc Leszkiem Kołakowskim – „książeczki” rozwodzi się długo i najpewniej nudno. Po wtóre, rzeczony pytajnik może wskazywać, że autor powziął z góry jakąś tezę, którą będzie za wszelką cenę udowadniał, choćby kosztem intelektualnej uczciwości. Będzie bronił jej jak niepodległości i narzucał ją czytelnikowi, a sam znak zapytania robi w takim wypadku tylko za wabik. Po trzecie, wreszcie, pytajnik rzucający się w oczy z okładki można interpretować jako „autorski bezpiecznik” – wywód będzie zawiły, mętny, włos będzie dzielony co najmniej na czworo, a i tak ostatecznie okaże się, że po lekturze całości wie się tyle, co i przed nią, czyli nic, ale po drodze uczenie „dowiedziono”, że tak ma widocznie być. Bywa i tak.

No cóż, jak widać, książka niniejsza długa nie jest, a czy również nie jest nudna – tego obiecać niestety nie mogę. Zapewnić za to mogę, że nie jest to kolejna praca poświęcona całości dziejów Polski Odrodzonej ani nowa próba syntezy czy podręcznik akademicki. Choć nawet gdyby tak było, to przecież historykom powinna być wiadoma stara zasada, o której niestety coraz częściej zapominają: Si duo faciunt idem, non est idem (gdy dwóch robi to samo, to nie jest już to samo). Zasada ta w sposób szczególny nabiera sensu, gdy odniesiemy ją do międzywojennej Polski, o której Andrzej Paczkowski powiadał, że „dzieje tej krótkiej Niepodległości można pisać na tysiąc i jeden sposobów, wyławiać z nich to, co bliskie i topić to, co wrogie”, dodając: „w zręcznych dłoniach tamta Polska – jedyna i niepowtarzalna – staje się materiałem o dużej plastyczności, poddającym się obróbce jak chyba żaden inny okres w dziejach Polski”[3]. W rzeczy samej – historyk Polski Niepodległej ma, z czego i co kroić. Wykrojenie odautorskiej opowieści o Polsce Odrodzonej, bez przedstawiania pełni jej historii, niesie wszelako pewne konsekwencje. Raczej nie jest to lektura wprowadzająca w polskie Dwudziestolecie, o czym uczciwie muszę czytelnika uprzedzić. Tam, gdzie tylko mogłem, zarysowywałem tło i konteksty problematyki, którą się zajmowałem.

Przyrzec również mogę, choć to znak czasów, że wypada mi to w ogóle czynić, że nie przeprowadzam tu żadnej z góry powziętej tezy. Znana jest wszystkim, od czasów szkoły podstawowej i ściennych gazetek w salach historycznych, sentencja, że Historia magistra vitae est, błędnie się tłumaczy i wtłacza do głów uczniów, jak Polska długa i szeroka, że historia jest nauczycielką życia. Ano – nie jest. W zamyśle Cycerona historia bowiem była i jest mistrzynią życia, a między nauczycielką a mistrzynią – przyznajmy – jest naprawdę duża różnica, a przynajmniej w idealnym świecie powinna być. A jak powiadał Władysław Konopczyński: „historia wtedy bywa najlepszą mistrzynią życia, gdy najmniej ma pretensji do pouczania ludzi”[4]. W książce tej nie zamierzam zatem pouczać czytelnika i narzucać mu moich poglądów. Nie chcę także dokonywać sądów nad Polską Dwudziestolecia i jej bohaterami, choć człowiek – jak to powtarzał Zbigniew Herbert – ma naturalną przyrodzoną skłonność do sądzenia wszystkiego i wszystkich. A cóż to dopiero za pokusa dla historyka! Jak malarz w dawnych czasach dziejopis ma nieodpartą ochotę podsuwać pod nos czytelnika czarne lusterko, w którym można by znaleźć odbicie grzechów, zaniechań i zaniedbań tamtej Polski.

Na kartach tej książki pragnę zastanowić się nad problemem, o którym wspomina jej tytuł – sezonowości Polski Niepodległej. I to bez snucia – niech to wybrzmi od razu i bardzo mocno – jakichkolwiek fikcyjnych, wielopiętrowych, innych scenariuszy historii dla międzywojennego państwa polskiego i jego losów. Tyle i aż tyle. Sezonowości rozumianej jako koniunktura geopolityczna, swoiste okienko pogodowe, które otworzyło się dla Polski i innych państw podczas Wielkiej Wojny – „polityczna próżnia”, jak pisał Piotr Wandycz[5], a zamknęło się, czy precyzyjniej: zostało zamknięte, brutalnie zatrzaśnięte w 1939 roku poprzez współdziałanie Niemiec i Związku Sowieckiego. Sezonowość jest tymczasowa, chwilowa, przejściowa, przelotna i nie ma się na nią wpływu… État passager – jak tłumaczył pojęcie „państwa sezonowego” Kazimierz Smogorzewski w precyzyjnej francuszczyźnie[6]. Był to termin z arsenału pojęć propagandowych, pejoratywnych, ale często przecież występował także u mężów stanu i polityków w analizach sytuacji międzynarodowej w Europie po I wojnie światowej. Sezonowe miały być konkretne państwa, takie jak np. Polska w optyce Niemiec. Ale i z polskiej perspektywy, szczególnie po 1926 roku, bytem sezonowym była Czechosłowacja. Sezonowy, kruchy, prowizoryczny, miał być ład wersalski w Europie Środkowej i Wschodniej. Ta nuta rychłej, jak gdyby wręcz wyczekiwanej przemijalności odróżniała go od epoki porządku wiedeńskiego. Winston Churchill, wiosną 1945 roku, pisał, że „przeżywszy wszystkie europejskie niepokoje” po 1918 roku, i dokładnie „przestudiowawszy ich przyczyny”, doszedł do wniosku, że gdyby mocarstwa Ententy podczas konferencji pokoju w Paryżu „nie wyobrażały sobie, iż zmiecenie z powierzchni ziemi odwiecznych dynastii stanowi formę postępu, i gdyby pozwoliły Hohenzollernowi, Wittelsbachowi oraz Habsburgowi powrócić na swoje trony, nie byłoby Hitlera”[7].

Uważam, że nie tyle można, ile wręcz trzeba nam stawiać pytanie o sezonowość Polski Odrodzonej. Trzeba nam stawiać pytania o inne – wewnętrzne, na pierwszy rzut oka beznadziejne trudności, problemy bez wyjścia, z którymi borykała się ona od początku do końca, o kwadratury koła tamtej Polski, które w parze z jej położeniem geopolitycznym często wykorzystywano w narracji o sezonowości państwa polskiego. A przecież były to problemy realne, fundamentalne, niewymyślone. Rzecz to w zasadzie łączna, naczynia połączone. To w mej opinii kwestia pierwszorzędna dla próby zrozumienia dziejów państwa polskiego nie tylko doby Dwudziestolecia, lecz także w całym wieku XX, a może i w całości historii Polski. I jestem o tym przekonany, że wciąż aktualna. Zajmuje mnie przeto w tej książce nie tylko polityka, lecz także kwestia ciągłości państwa polskiego – rzecz, która stanowiła ważny problem dla polskich elit, w ich filozofii politycznej oraz w dyplomacji historycznej, dalej – temat różnic pozaborowych, stanowiących ogromne wyzwanie dla odradzającego się państwa, upośledzenie gospodarcze Polski Niepodległej, nierozwiązany i bodaj nie do rozwiązania problem reformy rolnej, sprawa mniejszości narodowych, które stanowiły ok. 30% ówczesnego społeczeństwa i traktowane były przez polską większość jako goście w państwie polskim, co niosło za sobą oczywiste skutki. Wreszcie książkę, a zarazem wszystkie wspomniane wątki, zamykają rozważania nad tytułowym problemem sezonowości Polski Odrodzonej.

Historyk co prawda nie szuka w przeszłości – a przynajmniej nie powinien szukać – zero-jedynkowego wyjaśnienia otaczającej go rzeczywistości, lecz nikt nie zabroni mu – obywatelowi wszak – wyciągać pewnych wniosków i robić z nich intelektualnego użytku. „Miesiąc czasu wystarczył, aby Polskę zlikwidować”[8] – notował w swym dzienniku jesienią 1939 roku Stanisław Ossowski. Nie można się mimowolnie nie wzdrygnąć, czytając ten przerażająco suchy zapis i przejść obok tego faktu obojętnie. Jest to lekcja w polskim elementarzu, którą stale nam odrabiać trzeba. Szczególnie w dzisiejszych czasach, tak bardzo niepewnych, gdy za naszą wschodnią granicą od kilku lat Rosja próbuje zniszczyć Ukrainę, w narracji Moskwy państwo wszak sezonowe. Tak zadany temat jest przy tym jedynie wspólnym mianownikiem, do którego sprowadza się szereg spraw i zagadnień, nie tylko, jak tego chce wielu, polska polityka zagraniczna lat 1938-1939, tworzących mocno powiązany ze sobą i przez to trudny do rozsupłania węzeł. Aby supeł ten mimo wszystko równo, dokładnie, bez szkody dla wagi problematyki przeciąć i aby nie było to tylko „pradziadów mędrkowanie” wkoło o tym samym, nie można zajmować się jedynie stale powracającym pytaniem o politykę Becka. Nie tędy droga.

Pytając o taką właśnie sezonowość Polski i jej permanentne wewnętrzne bolączki, nie powinno się przy tym narażać na zarzut ulegania niemieckiej narracji, czy też – jak pisał Witkacy – samoopluwania się à la manière russe. Zwłaszcza że samo pojęcie „państwa sezonowego” można, i trzeba, różnie odczytywać, nie sprowadzając tego terminu wyłącznie do powszechnie kojarzonej niemieckiej propagandowej interpretacji Polski jako Saisonstaat – państwa z natury przejściowego oraz – skutkiem polnische Wirtschaft – z samej istoty upadłego. Odpowiedzi wszak nie są tu z góry przesądzone, a obawa przed nimi jest intelektualną nieuczciwością. Dyskusja na ten temat wpisuje się zresztą w spór od wieków obecny w polskiej myśli politycznej i historiografii, toczony pomiędzy „pesymistami” i „optymistami”, gdzie w rozumieniu polskich dziejów ściera się ze sobą analiza własnych win i czynników od nas niezależnych. Refleksjom moim – taką mam nadzieję – sprzyja forma eseju, w którą „ubrałem” moje rozważania. „Esej nie rozwiązuje problemów, ale je stawia… Esej stawia problem i pozostawia swobodę wyciągania wniosków”[9] – pisał Bolesław Miciński. Nic dodać, nic ująć. Jeśli bowiem niniejsza książka skłoni czytelnika do choć chwili refleksji nad problematyką polskiej niepodległości, zarówno w Dwudziestoleciu, jak i współcześnie, to niezależnie od konkluzji, będzie to jej, a przy okazji i mój, największy sukces.

W dzisiejszym świecie niesłychanie łatwo o „erudycję”. Kilka kliknięć poszerza naszą bibliografię o niezliczone źródła i wielojęzyczną literaturę. Łatwo się na takie popisy dać nabrać, aczkolwiek podchodząc uczciwie do możliwości i narzędzi, które daje nam współczesny internet, naprawdę można wynieść z niego rzeczy cenne, poznawczo wartościowe, pobudzające intelektualnie, niesłychanie ułatwiając sobie przy tym pracę. Przypomina mi się teraz lektura jednej z książek Mariana Małowista, w której uczony narzekał na tureckich historyków, że mało publikują w językach kongresowych, przez co Małowist nie mógł korzystać w swoich badaniach z ich ustaleń. Dziś – w dobie precyzyjnych translatorów – przy rzetelnym ich wykorzystywaniu takich problemów by nie miał. Skala digitalizacji źródeł, prasy i książek jest tak ogromna, że oszczędzamy nie pojedyncze dni, ale miesiące, a niekiedy lata całe, w naszych badaniach. Coraz częściej historycy dzielą się swoimi źródłowymi odkryciami w mediach społecznościowych, by wspomnieć tu prof. Wojciecha Mazura czy badacza stosunków polsko-brytyjskich Marka Rodzika. Nadto jest rzeczą oczywistą, a przynajmniej powinno być, że czyta się znacznie więcej, niż się podaje w bibliografii. Toteż oprócz wykorzystanych przeze mnie źródeł i piśmiennictwa na końcu książki dodatkowo zamieściłem wykaz literatury, który jest z mojej strony poleceniem czytelnikowi dalszych studiów źródłowych i lektur. Aparat naukowy w postaci przypisów ograniczyłem właściwie do minimum, stosując odsyłacze głównie tam, gdzie pojawiają się cytaty.

Mój namysł nad epoką Polski Odrodzonej trwa już kilkanaście lat. Przy okazji każdej z moich dotychczasowych książek Polska Dwudziestolecia stanowiła ich tło bądź motyw przewodni, o Polsce Niepodległej – z różnych perspektyw – opowiadam studentom na wykładach. W niniejszej pracy wykorzystałem także kilka moich wcześniejszych tekstów[10]. Zdałem sobie sprawę, że gdy zacząłem pisać tę książkę, była ona już od dość dawna napisana w mojej głowie. Dziękuję Wydawnictwu Prześwity, które wiosną 2025 roku wyszło z inicjatywą napisania niniejszego studium, że z głowy mojej je wyciągnęło.

Kłaniam się nisko pierwszym czytelnikom książki bądź jej fragmentów – p. Markowi Jurkowi, prof. Stanisławowi Żerce oraz recenzentom – prof. prof. Andrzejowi Chwalbie, Grzegorzowi Kulce i Januszowi Mierzwie. Dziękuję im za wszystkie krytyczne komentarze, uwagi i sugestie.

Często w wypowiedziach i twórczości historyków, gdy zagajają jakiś temat, jakąś problematykę, podczas wykładów, spotkań, dyskusji, można się spotkać ze stwierdzeniem: „zacznijmy od tego, co właściwie wiemy o…”, „powiedzmy na początek, co nam wiadomo o…” itp. W tej książce piszę, co ja wiem i co myślę o Polsce Odrodzonej, szukając własnego do niej klucza. Wszystkie zatem błędy, omyłki i potknięcia idą na konto mojej niewiedzy, nieoczytania i być może niemądrych interpretacji. A niech!

Pisałem w Krakowie

październik–grudzień 2025

Rozpoczynając swe głośne dzieło Miary i ludzie, Witold Kula z przekorą i humorem pytał czytelników, czy wiedzą, skąd się tytułowe miary wzięły. I odpowiadał: na pewno nie wiecie! Mógłbym sparafrazować znanego historyka i w takim samym duchu zapytać: czy wiecie, skąd się wzięła Druga Rzeczpospolita i udzielić odpowiedzi identycznej jak Kula: ano z pewnością – nie wiecie! W tym momencie być może część z czytelników uzna takie postawienie sprawy za intelektualną prowokację i po chwili zastanowienia zacznie w myślach przypominać sobie, a potem jednym tchem wymieniać daty, nazwiska i wydarzenia: 11 listopada! Piłsudski! Dmowski! Paderewski! Witos! Paryż i Wersal! Wojna polsko-sowiecka! Pomijając jednak fakt, że takie wyliczanki zbyt wiele w kontekście odzyskiwania przez Polskę wolności nam nie wyjaśniają, a wśród wskazywanych przez Polaków „Ojców niepodległości” jeszcze niedawno pojawiali się obok Dmowskiego i Piłsudskiego Lech Wałęsa i Karol Wojtyła, to nie o to mi tutaj chodzi. Chcę bowiem zacząć nasze rozważania, parafrazując Karola Zbyszewskiego, bardziej „od tyłu” niż „od przodu” i na początek interesuje mnie Druga Rzeczpospolita nie jako państwo, które odrodziło się – symbolicznie – w 1918 roku, lecz jego nazwa. Jej historia – tego pojęcia, terminu – dużo nam bowiem mówi o samych losach Polski doby Dwudziestolecia i otwiera nas na szereg problemów, z którymi mierzymy się na kartach tego eseju.

Na pierwszy rzut oka problem wydaje się wydumany i niewarty czernienia papieru. Istniała wszak już kiedyś Rzeczpospolita, spopularyzowana przez Pawła Jasienicę jako Rzeczpospolita Obojga Narodów, niekiedy nazywana ­dawną Rzeczpospolitą, a jeszcze częściej po prostu – I Rzecz­pospolitą, która końcem XVIII wieku, nie zdążywszy doprowadzić do końca reform, mających ją wyrwać z marazmu i wzmocnić, została ostatecznie rozebrana przez sąsiadów, wielkie mocarstwa zaborcze – Rosję, Prusy i Austrię – i zniknęła z map świata. Następnie, w 1918 roku, po długim wieku XIX, czasie zbrojnych powstań, pracy organicznej i budzenia się narodu, w wyniku rozstrzygnięć Wielkiej Wojny i własnej „woli narodowej”, powstała wolna, niepodległa Polska, czyli siłą rzeczy, po tej dawnej, pierwszej, Rzeczpospolita z liczebnikiem dwa – Druga Rzeczpospolita. Wizja to jednak dość podręcznikowa, choć wykładnia częsta, by nie powiedzieć, że dla wielu naturalna.

Tymczasem już od pierwszych chwil, jeszcze w okresie Rady Regencyjnej, gdy tylko na horyzoncie zaczął z wolna ukazywać się cień szansy na odbudowę własnej państwowości, a w perspektywie także niepodległości, polskie elity – zgodne w tym punkcie z uświadomionym politycznie polskim narodem – podkreślały z całą mocą historyczną ciągłość państwa polskiego, jego trwanie mimo zaborów, mimo niewoli. Rzeczpospolita w czasie miała być jedna i niepodzielna, natomiast rozbiory stanowiły akt nielegalny i zbrodniczy, podeptanie prawa polskiego narodu do życia. Polska miała być państwem odrodzonym, a nie nowym.

Tysiąc lat historii ma za sobą zorganizowany w Państwo naród polski – powiadał Bogusław Miedziński. Nie jesteśmy państwem nowym ani narodem tworzącym się – i nie bylibyśmy godni pamięci naszych wielkich przodków – gdybyśmy w obecnych naszych działaniach nie pamiętali o doświadczeniach dawnej Rzeczypospolitej – o sprawach, które wiodły ją niegdyś bądź ku potędze – bądź ku upadkowi[11].

Takie było stanowisko polskiej wspólnoty narodowej, konsekwentnie domagającej się od opinii międzynarodowej uznania tego faktu. Podkreślmy: polskiej wspólnoty narodowej. Polskę Dwudziestolecia zamieszkiwało bowiem ok. 30% mniejszości narodowych, dla których ciągłość i kontynuacja stanowiły coś obcego bądź niechcianego, a Polska – z ich perspektywy – często była tworem sezonowym, sztucznym, niepotrzebnym i opresyjnym, a ich stosunek do niej był zazwyczaj obojętny bądź wrogi. Owszem, „listopad stał się miesiącem Polaków”[12], ale czy rzeczywiście dla Niemców, Ukraińców, Żydów – jak niektórzy głoszą – Polska po Wielkiej Wojnie była państwem zupełnie nowym? Mam tu duże wątpliwości. Pamięć przybiera różne formy – może być wdzięczna, jak w tym przypadku u Polaków dążących do restytucji swojego państwa, może być i niewdzięczna, krytyczna, ale mimo to obecna. Przykładowo pamięć o rozbiorach Rzeczypospolitej i historii przyłączanych do Prus ziem polskich była u Niemców jak najbardziej żywa. Widzimy to w pruskiej i niemieckiej polityce oraz filozofii politycznej przez cały wiek XIX, obserwujemy podczas Wielkiej Wojny, dostrzegamy w koncepcjach Mitteleuropy Friedricha Naumanna, gdy ten wspomina o konsekwencjach „wchłonięcia” Polski przez Prusy nim te „same stały się niemieckim państwem narodowym”[13], widzimy i u progu polskiej niepodległości. W ostatnich tygodniach wojny światowej, gdy porażka Niemiec była już przesądzona, a sprawa polska galopowała w kierunku odbudowy przez Polaków własnego państwa, elity niemieckie powszechnie zdawały sobie sprawę z tego, że w stosunkach z Berlinem „strona polska będzie dążyła przede wszystkim do naprawienia krzywdy rozbiorowej” i upomni się o Wielkopolskę, a dalej o Prusy Zachodnie[14]. Można także spojrzeć na stosunek Ukraińców – szczególnie w Galicji – do powstającego państwa polskiego jako bytu niechcianego, wrogiego, z którym rywalizuje się o terytorium, ale w kontekście historii ziem, o które istniał konflikt, jako państwa nienowego. Dla Ukraińców w Galicji, ich ruchu narodowego, mimo funkcjonowania na co dzień w ramach monarchii Austro-Węgier, jak trafnie to ujął Andrzej Zięba, to „polska norma, polski wzór, polskie piętno były modelem dominującym”[15]. Rzeczpospolita w pamięci galicyjskich Ukraińców była historyczno-kulturowym punktem odniesienia, a jej widmo unoszące się nad Galicją przez cały XIX wiek materializowało się w Polsce wyłaniającej się z Wielkiej Wojny. Tak jak dla wychodzących z mroku nieświadomości narodowej Ukraińców, podobnie, choć w innym jeszcze kontekście, dla rozrzuconych po polskich ziemiach Żydów. Były to – by „podkraść” to zgrabne pojęcie Timothy’emu Snyderowi – „narody sukcesyjne” dawnej Rzeczypospolitej[16]. Oczywiście przez cały okres Dwudziestolecia istniało pytanie, czy państwo polskie, które było – jak to wynika z klasycznej definicji – organizacją polityczną zamieszkującego Polskę społeczeństwa, politycznie obejmowało całość społeczeństwa czy tylko jego polską etnicznie część? Do problemu tego wrócimy w innym rozdziale.

W październiku 1918 roku, gdy niepodległość stawała się już czymś namacalnym, organ ludowców spod znaku PSL „Piast” pisał: „Będziemy mieli polski rząd, polski sejm, polskie szkoły, polskie urzędy, polskie koleje, będziemy mieć wszystko to, co naród ma prawo mieć, a co nam przemoc zbrodnicza zabrała”[17]. Ta nuta wymierzania dziejowej sprawiedliwości będzie czymś stałym w orężu polityków, prawników, geografów, historyków i publicystów argumentujących za odradzaniem się, a nie powstawaniem Polski[18]. Roman Dmowski już w memorandach adresowanych do rządów Ententy w czasie wojny podkreślał potrzebę naprawienia zbrodni rozbiorów, dokonanej na Polsce w XVIII wieku. Podczas paryskiej konferencji w lutym 1919 roku w nocie dotyczącej polskich postulatów terytorialnych i wykreślenia zachodniej granicy stwierdzał, że odbudowanie państwa polskiego powinno być uważane za akt sprawiedliwości dziejowej (także: wynik rozwoju sił narodowych polskich mimo polityki mocarstw zaborczych oraz konieczność ustanowienia między Niemcami a Rosją „państwa silnego i prawdziwie niepodległego”)[19]. „Kataklizm dziejowy, jakim była wojna 1914 r. – pisał Dmowski już z perspektywy czasu – miał dla Polski całkiem inne skutki, niż dla wielkich narodów, które tę wojnę wszczęły i właściwie ją prowadziły. Zdobyła ona w tej wojnie to, co dla każdego narodu jest rzeczą najważniejszą: odzyskała swój niezawisły byt państwowy”. Odzyskała! „Odzyskała swe państwo od razu na zjednoczonych ziemiach polskich, na głównym swoim obszarze narodowym, wraz ze swoim brzegiem Bałtyku. Tym sposobem Polacy odnieśli w tej wojnie największe ze wszystkich narodów zwycięstwo. Należało się ono narodowi, który w ciągu blisko półtora stulecia był ofiarą krzywd największych, innym narodom nieznanych”[20]. O Polsce, o jej sytuacji geopolitycznej, poprzez kontekst rozbiorów myślano ciągle, historia rozbiorów i ich konsekwencje towarzyszyły polskiej polityce, nie tylko zagranicznej, przez cały okres Dwudziestolecia. Rozbiory były memento wiszącym stale nad Polską. Roman Knoll, wówczas referent w Departamencie Polityczno­-Dyplomatycznym MSZ, w czerwcu 1919 roku przestrzegał w swym memorandum, że „Polska nie może wcisnąć się niepostrzeżenie do systemu porozbiorowego, nic w nim nie zmieniając; otaczające ją potencje rozbiorcze dążyłyby dalej wytrwale do powtórzenia rozbiorów”[21]. Proszę zwrócić tutaj uwagę na dobór słów: system porozbiorowy. Innymi słowy: przekreślenie rozbiorów i odrodzenie się Polski było z perspektywy Warszawy aktem założycielskim całego nowego systemu geopolitycznego Europy. Toteż – stwierdzał Józef Dąbrowski, bardziej znany jako Grabiec – „naród zamieszkały w takim miejscu musi być dzielnym i czynnym, lub – zginie. Dla niedołęgów i próżniaków miejsca tu nie ma”[22]. Jestem przekonany, że Grabiec napisałby to samo i dzisiaj.

Co ciekawe, nie brakowało interpretacji utrzymanych w duchu „powrotu” dawnej Polski na mapy świata wśród najważniejszych polityków i opinii publicznej innych krajów. O „zmartwychwstaniu” Polski, której fakt rozbiorów i podzielenia, rozdzielenia narodu był „koszmarem Europy”, prasa francuska pisała już latem 1914 roku po… manifeście wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza do Polaków. „Zmartwychwstanie i autonomia” Polski – cóż za wspaniały prezent cara dla Europy![23] W styczniu 1917 roku podczas posiedzenia francuskiej rady ministrów premier Aristide Briand powiedział, że „problem Polski musi być załatwiony zgodnie z prawem i sprawiedliwością dziejową”[24] (ten sam Briand – już przy innej okazji – Polskę nazwał „reumatyzmem Europy”[25]). Kilkanaście miesięcy później, w ogłoszonej 3 czerwca 1918 roku niesłychanie ważnej deklaracji wersalskiej, przywódcy Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch ogłosili, że: „Utworzenie zjednoczonej i niepodległej Polski z dostępem do morza stanowi jeden z warunków trwałego i sprawiedliwego pokoju oraz przywrócenia prawa w Europie” – du rétablissement du droit en Europe![26]. Punkt wyjścia – możliwość odrodzenia się Rzeczypospolitej – bywał jednak tym, który stawał się dla zachodnich mężów stanu powodem do wysnuwania pesymistycznych dla sprawy polskiej tez. Znamiennym przykładem jest tutaj memoriał szefa brytyjskiego Foreign Office Arthura Balfoura z października 1916 roku pt. The Peace Settlement of Europe, w którym czytamy m.in., że minister obawia się, iż „nowa Polska cierpiałaby na te same choroby, jakie spowodowały śmierć dawnej Polski; że byłaby areną nieustannych intryg pomiędzy Niemcami a Rosją, i jej istnienie, nie sprzyjając bynajmniej sprawie europejskiego pokoju, stwarzałoby nieustanne powody do europejskich zamieszek”[27].

W każdym razie Polska Odrodzona, jak nazwał jeden z rozdziałów swych Dziejów Adam Krzyżanowski, miała być „pomnikiem rehabilitacji narodu” za to, że tej obcej przemocy naród kiedyś uległ[28]. Ale to ten sam naród, naród, któremu przyświecała cały czas jedna główna wizja – odzyskanie niepodległości dla tej samej Rzeczypospolitej, która ją wcześniej utraciła. O restytucji państwa polskiego, jak głosił Szymon Askenazy, zdecydowała „wola narodu”. Narodu, który, jak stwierdzał ukraiński historyk Roman Szporluk, dał lekcję światu na temat przetrwania i rozwoju bez własnego państwa. Władysław Konopczyński szedł jeszcze dalej i dość kontrowersyjnie pisał, że ideą łączącą w historii Polski wiek X z wiekami następnymi, w tym z wiekiem XX, jest właśnie idea narodowa, a nie państwowa, że naród od tysiąca lat pozostaje ten sam. Kazimierz Dembski, idąc tym tropem, powiadał, że po 1918 roku nie doszło do wskrzeszenia konkretnej, tej samej co dawniej Rzeczypospolitej, lecz powstała Polska nowa w formie ustroju i stosunków społecznych. Była to jednak Polska „jednorodzajowa, co do swego podmiotu suwerenności – narodu polskiego”[29]. Było to właściwie powtórzenie myśli Wacława Makowskiego – prawnika, jednego z twórców konstytucji kwietniowej, ostatniego przed wybuchem II wojny światowej marszałka Sejmu. W 1930 roku opublikował studium pod znamiennym tytułem Nowa Polska w nowej Europie, w którym stwierdzał, że:

„Pomiędzy Polską, która upadła w końcu XVIII wieku, a tą, która powstała w wieku XX, zachodzi głęboka różnica. Istotę tej różnicy stanowi powszechna przemiana społeczna i polityczna, jaka się dokonała w ciągu stu z górą lat polskiej niewoli”. Dokonała się ona jednak w obrębie tego samego narodu. Makowski, przechodząc już na grunt ustrojowy, dodawał, że „Polska odrodzona, jako państwo w wieku XX musi z istoty rzeczy rozwiązać swoje zagadnienia ustrojowe nie tylko pod kątem widzenia wspomnień, własnych lub cudzych, nie tylko pod kątem widzenia teorii mniej lub więcej swojskiej – ale w ścisłym związku z rzeczywistością, z życiem dzisiejszego dnia, ze stanem życia publicznego dzisiejszej Europy, który, jak to łatwo dostrzec, różni się niezmiernie zarówno od wzorów z czasu upadku Polski a zakładania podwalin demokracji przez Francję, jak i od czasu, kiedy demokracja polityczna rozrastała się i przeobrażała poza podzieloną Polską”[30].

I tak wizja zamykająca się w przeświadczeniu, że dążenie do niepodległości to obowiązek, stała się ideą przekazaną jeszcze przez reformatorów doby Stanisława Augusta Poniatowskiego następnym pokoleniom świadomych Polaków i dalej przekazywaną przez cały wiek XIX. Wizja „że ich niezbywalnym prawem jest życie we własnym państwie”[31] to po prostu idea wolności, która miała towarzyszyć Polakom od czasów rozbiorów, Baru i Kościuszki aż po Wielką Wojnę i szczęśliwy jej finał. „Macie szczęście być dziećmi niepodległego narodu i tego się trzymajcie” – powiadał już w Dwudziestoleciu Dmitrij Fiłosofow[32]. To właśnie pragnienie wolności miało łączyć naród polski w czasie, stanowić pomost pomiędzy Rzeczpospolitą z XVIII wieku a Rzeczpospolitą wyłaniającą się z mroków niewoli. Naród-upiór, by przywołać Josepha Conrada, który według niego nawiedzał obszary dawnej Rzeczypospolitej, straszył zaborców, napełniał trwogą bezprawnych posiadaczy, wdzierał się na dwory i do gabinetów mężów stanu. Polska – „ambasador ludzkości” – pisał wcześniej Lelewel. Dużo się mówi zwykle o krytycznej dla polskich win i zaniechań tzw. historycznej szkole krakowskiej z Walerianem Kalinką, Józefem Szujskim i Michałem Bobrzyńskim na czele i jej wpływie na polskich intelektualistów i inteligencję, ale przecież na drugim biegunie wciąż pozostawał szereg nie mniej poczytnych historyków-optymistów, którzy analizując upadek dawnej Rzeczypospolitej, inaczej rozkładali akcenty, a kult wolności Polaków wybijali często na plan pierwszy. Tadeusz Korzon, Szymon Askenazy, Stanisław Kutrzeba, Wacław Sobieski, nawet Oskar Halecki czy wreszcie już w ostatnich zaborowych latach publicysta Antoni Chołoniewski, którego Duch dziejów Polski – wielka apoteoza szlacheckiej Rzeczypospolitej, stanie się – ku rozpaczy m.in. Jerzego Giedroycia – niesłychanie poczytną książeczką. Podkreślę: ciągłość i kontynuacja – to słowa klucze do otwarcia drzwi, za którymi kryła się odradzająca się, a niepowstająca na nowo, Polska w 1918 roku. Józef Piłsudski, tuż przed tym jak został Tymczasowym Naczelnikiem Państwa, w telegramie z 16 listopada 1918 roku notyfikującym przed światem istnienie państwa polskiego stwierdził, że Polska „wznowiła” swą niepodległość i suwerenność i że jest to fakt dokonany (la reconstitution de l’indépendance et de la souveraineté de la Pologne est désormais un fait accompli).

[1] B. Miciński, J. Stempowski, Listy, oprac. A. Micińska, J. Klejnocki, A.S. Kowalczyk, Warszawa 1995, s. 93.

[2] S. Kisielewski, Reakcjonista. Autobiografia intelektualna, wybór i oprac. M. Sopyło, Warszawa 2021, s. 63.

[3] A. Jakubowski [A. Paczkowski], Okolice „Buntu Młodych”, „Aneks” 1980, nr 23, s. 122.

[4] W. Konopczyński, Dzieje Polski nowożytnej, t. I, wyd. drugie krajowe uzupełnione, wstęp. J. Maternicki, oprac. J. Dzięgielewski, Warszawa 1986, s. 68.

[5] P. Wandycz, Cena wolności. Historia Europy Środkowowschodniej od średniowiecza do współczesności, przekł. T. Wyrozumski, Kraków 2003, s. 292.

[6] C. Smogorzewski, L’effet du hitlérisme sur les minorités allemandes en Pologne, „L’Europe nouvelle” 1934, nr 847, s. 457.

[7]Churchill by himself. The Definitive Collection of Quotations, ed. by R.M. Langworth, New York 2008, s. 240.

[8] S. Ossowski, Dzienniki, t. 1, 1905-1939, oprac. R. Sułek, Warszawa 2019, s. 263.

[9] B. Miciński, Myśli do konkluzji, [w:] B. Miciński, J. Stempowski, Listy, oprac. A. Micińska, J. Klejnocki, A.S. Kowalczyk, Warszawa 1995, s. 310.

[10] K. Kloc, A Few Notes on Józef Piłsudski and the Treaty of Riga, „Trimarium. The History and Literature of Central and Eastern European Countries” 2024, nr 1, s. 157-185; idem, „Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki?”. Kilka uwag o krytyce polskości Dwudziestolecia po II wojnie światowej [w druku].

[11]Silną i tajną straż trzymamy ku obronie Państwa. Mowa pos. Bogusława Miedzińskiego na otwarciu II Zjazdu Polaków z Zagranicy, „Dzień Pomorski” z 9 VIII 1934, nr 178, s. 3.

[12] A.B., Dwa listopady, „Polska Zbrojna” 1931, nr 308, s. 2.

[13] F. Naumann, Mitteleuropa – nowy porządek w sercu Europy, tłum. K. Markiewicz, Warszawa 2022, s. 90.

[14] P. Hauser, Niemcy wobec perspektywy rozstrzygnięć konferencji pokojowej w sprawie zachodnich granic Polski (październik 1918 – czerwiec 1919),[w:] Powrót Polski na mapę Europy, red. Cz. Bloch, Z. Zieliński, Lublin 1995, s. 118.

[15] A.A. Zięba, Mniejszość Galicji w przededniu wojny, [w:] Perspektywy przegranych i zwycięzców Wielkiej Wojny: zbiorowe tożsamości i indywidualne doświadczenia w Europie Środkowo-Wschodniej (1914-1921), red. A. Nowak, Warszawa 2018, s. 19.

[16] T. Snyder, Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569-1999. Pogranicze, Sejny 2006.

[17]Polska zmartwychwstała!,„Piast” 1918, nr 41, s. 2.

[18] L. Antonowicz, Narodziny Drugiej Rzeczypospolitej ze stanowiska prawa międzynarodowego, „Przegląd Sejmowy” 1998, nr 5, s. 17-27.

[19] J. Pajewski, Polska. Historia czasów najnowszych, „Encyklopedia Nauk Politycznych” 1939, t. 4: N-P, s. 487.

[20] R. Dmowski, Świat powojenny i Polska, Częstochowa 1937, s. 16.

[21]Polskie Dokumenty Dyplomatyczne. Czerwiec–grudzień 1919, red. S. Dębski, Warszawa 2019, s. 47.

[22] J. Grabiec, Jak odzyskaliśmy wolną ojczyznę i jak obroniliśmy ją przed wrogiem, Warszawa 1921, s. 135.

[23] M. G. Hanotaux, La Resurrection de la Pologne, „Le Petit Démocrate” z 1 IX 1914, nr 421, s. 4.

[24] J. Zamoyski, Pomoc Francji w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, [w:] Powrót Polski na mapę Europy, red. Cz. Bloch, Z. Zieliński, Lublin 1995, s. 61.

[25] S. Barańczak, Jak leczyć „migrenę świata”?, „Aneks” 1983, nr 31, s. 119.

[26] J. Blociszewski, La restauration de la Pologne et la diplomatie européenne, Paris 1927, s. 114.

[27] W. Sukiennicki, Balfour a Polska, „Zeszyty Historyczne” 1970, z. 17, s. 41.

[28] A. Krzyżanowski, Dzieje Polski, Paryż 1973.

[29] K. Dembski, Polonia Restituta – kontynuacja czy państwo nowe?, „Czasopismo Prawno-Historyczne” 1974, nr 2, s. 167-191.

[30] W. Makowski, Nowa Polska w nowej Europie, Warszawa 1930, s. 5-6.

[31] T. Kizwalter, Polska – jaka ma być?, [w:] Salon niepodległości, Warszawa 2008, s. 286-287.

[32] J. Timoszewicz, Fiłosofow – Czapski – Stempowski, „Kultura” 1998, nr 4, s.147.