Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W zaroślach na środku największego ronda w Głogowie odkryte zostają nagie zwłoki młodej kobiety, Roksany Zawiały. Zbrodnia wstrząsa aspirant Ritą Lewandowską, policjantką po przejściach, która dopiero od roku służy w głogowskiej komendzie. Policja szybko trafia na trop mężczyzny, który przyznaje się do zamordowania kobiety. Lewandowskiej sprawa wydaje się niejasna i podejrzana. Policjantka nie wierzy w winę mężczyzny, więc zaczyna prywatne, nieoficjalne śledztwo, który prowadzi ją do Drezna, gdzie Roksana pracowała. Tam Lewandowska musi skonfrontować się z bardzo niebezpiecznymi ludźmi, a spotkanie z nimi prowadzi do tragedii...
Robert Ostaszewski – twórca między innymi bestsellerowej trylogii kryminalnej z podkomisarzem Konradem Rowickim („Zginę bez ciebie”, „Śmierć last minute", „Tysiąc ciętych róż”), kryminalnej serii śląskiej („Zabij ich wszystkich” i „Ukochaj na śmierć”) oraz bestsellerowej serii o komisarz Renacie Łukowskiej "Zemsta & Partnerzy" i opartego na autentycznych zdarzeniach thrillera ”Oskórowany”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 111
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Robert Ostaszewski
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Tytuł oryginału: Sarenka z ronda
Seria: Podkomisarz Rita Lewandowska (t. 1)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Wydawnictwa Lind&Co Polska sp. z o o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki: Magdalena Zawadzka Aureusart
Grafiki na okładce: shutterstock /Nomad_Soulshutterstock /Yana Lysoshutterstock /AI Asset Generator
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-67978-81-1
21 maja 2024 roku, wtorek, Głogów
To nie tak miało być! Ale cóż, miał słabą wolę, to teraz – za swoje.
Pokonywał kolejne ronda, mniejsze i większe. Rozkołysany ruch jazdy po łuku wcale go jednak nie uspokajał. Wręcz przeciwnie. W weekend na działce nieźle dał w palnik z kolegami. Zaczęło się niewinnie. Pogoda była jak dzwon, w sam raz na grilla, a wiadomo, że grill bez piwka to żadna atrakcja. Od piwka do piwka, zaczęło się kulturalnie, ale potem oczywiście poczuli smaka na wódkę, żeby podkręcić świetnie rozkręcającą się zabawę. Skończyło się tak, że na kacu pojechał w poniedziałek rano do roboty. Nawet kiedy już wrócił z pracy, nie czuł się najlepiej. Wpadł więc na genialny pomysł, żeby w ramach klina wypić piwo. Jedno. Skończyło się na pięciu. Porypany za mnie gość, ale co zrobisz, jak nic nie zrobisz, myślał filozoficznie. A teraz łupało go w głupim łbie. Musiał tylko jakoś dojechać do huty na pierwszą zmianę, potem już będzie lepiej, bo jak mawiają, na kaca najlepsza praca.
Z ulicy Obrońców Pokoju wjechał na Rondo Konstytucji 3 Maja, co tam rondo – to był istny gigant w samym centrum miasta, ze sporym parkiem pośrodku. Jadąc wokoło niego, spokojnie mógł pocisnąć, tym bardziej że ruch wciąż nie był za duży. Sięgnął po papierosy i w tym momencie kątem oka zauważył, że zza zarośli na skraju środka ronda wyprysnęło stadko saren.
– Kurwa jego… – wrzasnął, wciskając hamulec.
Większość zwierząt przemknęła mu przed maską, ale ostatnia sarna nie zdążyła. Uderzona zderzakiem wyleciała w górę i walnęła prosto w przednią szybę. A jego uderzyła w twarz wybuchająca poduszka powietrzna.
– Kurwa, długo będziemy tu tak kwitnąć bez sensu?
Niewysoki mężczyzna ze sporym brzuchem, który mocno opinał się na roboczym kombinezonie, rzucił niedopałek pod nogi i zdeptał.
– A wszystko przez jedno głupie bydlę – ciągnął narzekania. – Już dawno ktoś powinien zrobić porządek z tymi sarnami na rondzie.
Drugi mężczyzna w takim samym kombinezonie z logo Głogowskiego Przedsiębiorstwa Komunalnego oderwał plecy od burty firmowej półciężarówki i zrobił krok w stronę miejsca wypadku, by zobaczyć, co tam się dzieje. Rzucił przez ramię:
– A co ty tak się, Tomuś, ciskasz? Zluzuj, bo ci żyłka pęknie. Pierdząca. – Zaśmiał się w głos.
– Zejdź ze mnie, bo nie jestem w nastroju.
– Kacyk męczy?
– A gdzie tam. Stara mi żyć nie daje o pieniądze. Daj na to, daj na tamto. Ciągle jej mało. A skąd niby mam brać więcej? – spytał na koniec, rozkładając ręce.
– No niby taka bardziej racja. Życie, chłopie, życie.
Cofnął się, znowu oparł o samochód, wyciągnął w stronę kolegi paczkę papierosów. Fajki są dobre na wszystko, ponoć. Znowu zapalili. Machnął ręką w kierunku miejsca, gdzie wciąż krzątali się policjanci, i powiedział:
– Psiarnia zrobi swoje, to sprzątniemy padlinę. I po temacie. – Splunął przed siebie. – Swoją drogą ciekawa sprawa z tymi sarnami.
– Sławek, co ty mi tu o sarnach pierdolisz z rana?! – Brzuchacz wciąż był poddenerwowany.
– No przecież mówię, że ciekawy temat. Podobno co jakiś czas leśnicy czy tam kto, nie wnikałem, odławiają te zwierzaki na rondzie i wywożą do lasu. A one jednak wracają do miasta.
– Głupie toto, jak to leśne bydlę, więc wraca. Co niby w tym ciekawego? A potem tylko kłopoty i wypadki.
– Ale zobacz tak na zdrowy rozum. Pamiętasz jakiś wypadek tutaj z sarną ostatnio?
Tomek poczochrał się po mocno przerzedzonych blond włosach.
– Nie bardzo.
– A widzisz. – Sławek zaciągnął się głęboko. – Ja też nie. Sarny są strachliwe i nie pchają się pod koła. A temu biedakowi dzisiaj podobno całe stado wyskoczyło przed auto.
– No tak mówił Zdzichu ze straży miejskiej. I właściwie co z tego?
– Coś je musiało spłoszyć – oznajmił Sławek i rzucił peta na jezdnię.
– To mógł być lis, bo też tu podobno łażą, pies, nie mam pojęcia. Może nawet jebana wiewiórka. Może jakiś samochód nagle zatrąbił. To mogło być cokolwiek. Po kiego wnikać?
– Ano mówię, że właśnie z ciekawości. Pójdę na rondo w te zarośla, z których wyskoczyły, zobaczę co i jak. Może na coś trafię.
– Co ty taki ekolog?
Sławek tylko wzruszył ramionami.
– Ty mnie tu od ekologów nie wyzywaj. A pójdę, bo i tak nie mam nic lepszego do roboty.
Nie dopowiedział, że na dodatek zaczęły go drażnić gadki Tomka. Nie chciał się z nim wykłócać, zaogniać sytuacji, bo mieli razem jeszcze resztę dniówki do odrobienia. Na co mu był potrzeby wkurw kumpla?
Przeszedł przez trzy pasy jezdni, czując się nieco dziwnie. Wokoło ogromnego ronda, do którego docierały najważniejsze drogi przebiegające przez Głogów, niemal zawsze panował ruch. Nawet nocą. A teraz, po zamknięciu drogi przez policję, jezdnia była pusta. Po niewielkiej skarpie, wczesną wiosną na nowo obsadzonej kwiatami, wspiął się do miejsca gęsto porośniętego wysokimi krzewami, pomiędzy którymi rosły wyższe i niższe drzewa. Część krzaków została stratowana przez sarny. Idąc po śladach kopyt, kierował się w stronę środka… No właściwie nie wiedział, jak określić to, co znajdowało się na rondzie. Park? Lasek? Chuj wi co i na co, pewnie powiedziałby Tomek. Sławek roześmiał się na tę myśl. Rozglądał się dookoła, ale nie widział niczego podejrzanego. Wokoło tylko drzewa, krzaczory, trochę kwiatów i trawsko. Jak w innych parkach, których w mieście nie brakowało. Spojrzał w stronę Mlecznego Domku, starego, niewielkiego budynku, który parę ładnych lat wstecz odremontowano, właściwie nie wiadomo po co, skoro przechodnie nie mieli dostępu do środka ronda. Mleczny Domek, myślał, kolejna interesująca rzecz. Stary kiedyś mówił, że jakiś czas po wojnie był w nim sklep z dywanami, ale mogło mu się coś popierdzielić od chlania.
Już miał wracać, kiedy kątem oka zauważył, że niedaleko budyneczku, na niewielkiej skarpie, coś bieleje. Przywiało reklamówkę czy co? Ciekawość pociągnęła go w tamtą stronę. Już po kilkunastu krokach wiedział, że to na pewno nie foliowa torba. To było coś zdecydowanie większego. Coś, co nie poruszało się na wietrze, który tego poranka wiał dosyć mocno w Głogowie. Parł naprzód, chociaż w głowie zaczęły mu coraz głośniej wybrzmiewać ostrzegawcze dzwonki. Nie idź tam, bo pożałujesz! Zawróć! Natychmiast! Nie zatrzymał się nawet wtedy, kiedy już był pewien, że ma przed sobą ciało. Nieruchome, nagie ciało drobnej rudowłosej. W jego głowie już nie dzwoniło, ale wyło, żeby odwrócił się na pięcie, po prostu spierdalał i nie mieszał się do tej ponurej historii. Na nic zdało się wycie, bo podszedł do ciała i spojrzał w otwarte, brązowe oczy kobiety. Jak najbardziej martwej. Absurdalnie skojarzyły mu się z oczami zabitej sarenki. Przetarł dłonią swoją twarz. Nie miał pojęcia, czy był przerażony, czy może bardziej chciało mu się płakać. Pokręcił głową i nie myśląc, co robi i czy powinien, próbował przymknąć jej powieki. Słabo mu to szło.
– Kto cię ubił, sarenko? – wyszeptał.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Prolog
Rozdział pierwszy
Mieszkanie smutnych kobiet
Rozdział drugi
Oczywista oczywistość
Rozdział trzeci
Ona jedna
Epilog
