Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim - Plank Liz - ebook

Samiec alfa musi odejść. Dlaczego patriarchat szkodzi wszystkim ebook

Plank Liz

4,3

Opis

Rozumiemy już, że płeć nie musi ograniczać kobiet, ale co z mężczyznami? Liz Plank, która przez dziesięć lat badała, jak patriarchat wpływa na kobiety, w swojej książce pyta zaczepnie: a gdzie się podział ruch feministyczny dla mężczyzn?

Ciekawie i ożywczo przypomina, że wszyscy jesteśmy ograniczeni stereotypami związanymi z płcią, ale przede wszystkim pokazuje, jak bardzo toksyczna męskość szkodzi samym mężczyznom – odbijając się na ich zdrowiu, relacjach i karierze. Plank analizuje też związki między patriarchatem a ochroną środowiska, opisuje szkodliwe wzorce męskości w kreskówkach Disneya, a także wyjaśnia, dlaczego za sprawą producenta klocków Lego dzielimy zabawki na odpowiednie dla chłopców i dziewczynek.

Samiec alfa musi odejść nie jest poradnikiem dla mężczyzn ani książką, która pomoże kobietom lepiej zrozumieć swoich partnerów. To lektura dla wszystkich, niezależnie od płci i przekonań. Plank mówi stanowczo: nie uda nam się zapewnić równości płci, dopóki skupiamy się wyłącznie na kobietach. Pora zastąpić toksyczną męskość świadomą męskością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (83 oceny)
43
27
7
3
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tinna

Nie oderwiesz się od lektury

Książka otwierająca oczy i kobietom i mężczyznom. Lektura obowiązkowa, pokazująca, że tak naprawdę gramy w jednej drużynie.
10
tynana

Dobrze spędzony czas

Odejmuję gwiazdkę za tragiczne tłumaczenie tytułu - jest wyjątkowo odstraszające i negatywne - w oryginale to „For the Love of Men” - czyli „Z miłości do mężczyzn” co na pewno wzbudziłoby w wielu osobach pozytywniejsze odczucia. Wygląda na to że kontrowersja lepiej się sprzedaje, a szkoda - bo pewnie faceci po tę książkę nie sięgną, a niejednemu mogłaby pomóc. Bardzo merytoryczna i obiektywnie napisana pozycja, bez prób wywijania batem feminizmu - a bardziej z miejsca próby zrozumienia z czym borykają się dzisiejsi mężczyźni. Pokazuje szkodliwe schematy które szkodzą nam wszyscy, bez polaryzacji „kobiety kontra faceci”. Świetnie się czyta.
10
JacekSz47

Nie oderwiesz się od lektury

Książka ta dała mi dużo do myślenia choć nie koniecznie ze wszystkim się zgodzę. Mimo wszystko godne uwagi spojrzenie na świat które może odtworzyć oczy. Mi książka bardzo pomogła w życiowych dylematach. Polecam.
10
AmeliaKotkowa

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawa książka
10
slate222

Nie oderwiesz się od lektury

świetna
00

Popularność




Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego For the Love of Men. A New Vision for Mindful Masculinity

Projekt okładki Aleksandra Nałęcz-Jawecka, to/studio

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Copyright © 2019 by Elizabeth Plank

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2022

Copyright © for the Polish translation by Martyna Tomczak, 2022

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Sandra Trela

Korekta Joanna Kłos / d2d.pl, Karolina Górniak-Prasnal / d2d.pl

Skład Robert Oleś

We acknowledge the support of the Canada Council for the Arts for this translation.

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-479-6

Dla Taty, który zdecydowanie wolałby, żeby to była książka o matematyce

Od autorki

Przed większością rozdziałów zamieściłam krótkie szkice z historiami mężczyzn identyfikujących się z różnymi grupami jednocześnie, by dać przykład tego, jak istotna i pilna jest dyskusja na temat świadomej męskości. Thomas Page McBee, dziennikarz i autor książek, zrozumiał wyzwania związane z byciem „prawdziwym mężczyzną” po dokonaniu korekty płci. Victor Pineda, imigrant i osoba z niepełnosprawnością, podważa mit tak zwanego mężczyzny samowystarczalnego. Wade Davis, jeden z niewielu wyoutowanych gejów w NFL, dorastał w przekonaniu, że nieheteronormatywność i męskość wzajemnie się wykluczają. Glen Canning zaangażował się w walkę z przemocą wobec kobiet po tym, jak jego córka odebrała sobie życie. Wyjątkowa droga życiowa Maurice’a Owensa, orędownika ciemnoskórych chłopaków, zawiodła go do Białego Domu. D’Arcee Charington Neal, czarnoskóry gej z niepełnosprawnością, jak mało kto rozumie, że konwencjonalne myślenie o płci przeszkadza mężczyznom w pełnym wyrażaniu swojego człowieczeństwa. Zaś Nicolas Juarez, Amerykanin meksykańskiego pochodzenia o tzotzilskich korzeniach, na własnej skórze doświadczył tego, jak niewiele miejsca system zbudowany na przestarzałych poglądach na temat męskości połączonych z ideą supremacji białych pozostawia dla potomków rdzennych ludów. Nie zdołam zawrzeć w tej książce pełnej złożoności męskich doświadczeń, ale te drobne przystawki to zawsze jakiś początek.

Wstęp

Dlaczego gdy mężczyzna zostaje laureatem Pokojowej Nagrody Nobla, nie mówimy: „Chłopaki tak mają”.

Michael Kimmel

Choć w serwisach informacyjnych dominują doniesienia o terroryzmie, katastrofach naturalnych i wojnie jądrowej, to w naszych czasach nie istnieje większe zagrożenie dla rodzaju ludzkiego niż powszechnie przyjęte definicje męskości.

To odważne stwierdzenie. Komuś, kto nigdy wcześniej się nad nim nie zastanawiał, może się wydawać przesadzone. Ale zanim odłożysz tę książkę, spróbuj pomyśleć przez chwilę o losie mężczyzn widzianym przez pryzmat ich ról społecznych. Od dziesięciu lat piszę o teorii gender i zarówno w artykułach naukowych, jak i wystąpieniach medialnych koncentrowałam się dotąd na tym, w jaki sposób patriarchat wpływa na kobiety, bo konsekwencji jest mnóstwo. Ale kiedy zaczęłam rozmawiać z mężczyznami o społecznym postrzeganiu ich płci, zatkało mnie. Te rozmowy zmieniły całe moje spojrzenie na feminizm. Zaczęłam się zastanawiać: dlaczego kłamstwa, które opowiada się o męskości, nie lądują codziennie na pierwszych stronach gazet.

Psychologowie już biją na alarm. Po raz pierwszy w historii Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne (American Psychological Association, APA) stworzyło zestaw jasnych wytycznych dla specjalistów pracujących z mężczyznami i chłopcami. W raporcie ostrzega się terapeutów przed negatywnym wpływem tak zwanej tradycyjnej ideologii męskości na zdrowie psychiczne, fizyczne oraz ogólny dobrostan mężczyzn. Wcześniej wiele razy sporządzano podobne wytyczne dla terapeutów zajmujących się choćby kobietami, członkami rozmaitych mniejszości bądź osobami LGBTQ+, teraz jednak APA uznało, że fałszywe założenia dotyczące męskości, którymi wszyscy nasiąknęliśmy, stanowią zagrożenie dla zdrowia samych mężczyzn.

Zresztą nie jest to tylko amerykański problem. Kryzys dotyczy całego świata. W Chinach pojawiło się ostatnio nowe pojęcie, 直男癌, które w języku mandaryńskim oznacza „nowotwór atakujący heteroseksualnych mężczyzn”.

W Islandii istnieje wyrażenie eitruđ karlmennska, czyli „toksyczna” bądź „trująca męskość”. W hindi to samo określa się słowem Mardaangi. W Quebecu, z którego pochodzę, facetów definiujących się poprzez dominację nad innymi nazywamy un macho. Na ich przeciwieństwo, a więc facetów świadomych własnych emocji, mówi się pejoratywnie l’homme rose, czyli w tłumaczeniu „różowy mężczyzna”.

Kiedy rozmawiałam z panami w najróżniejszych miejscach na świecie, od krajów skandynawskich przez Amerykę Północną po Afrykę Subsaharyjską, słyszałam wciąż te same rzeczy. Toksyczna męskość to epidemia, która nie zważa na granice. Jeszcze żadne społeczeństwo nie znalazło na nią lekarstwa.

Objawia się subtelnie, chociażby w podejściu do wychowania dzieci różnej płci. Zaczyna się, gdy zrównujemy emocje ze słabością i kierujemy chłopcami tak, by ponad wszystko demonstrowali swoją siłę. Podczas gdy dziewczynki zachęca się do okazywania prawdziwych uczuć, od chłopców wymaga się, żeby je ukrywali. Wolimy widzieć chłopca z plastikowym pistoletem niż z lalką, bo chcielibyśmy, by trzymał coś do zabijania, a nie coś, co płacze.

Wiele czasu poświęciliśmy na dyskusje o negatywnym wpływie księżniczek i lalek Barbie na rozwój dziewczynek i na ich sposób postrzegania samych siebie, natomiast zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie o to, co robią z chłopcami gry wideo typu Manhunt, Thrill Kill czy Mortal Kombat. Niespecjalnie się przejmujemy, gdy Narodowe Stowarzyszenie Strzeleckie Ameryki (National Rifle Association of America, NRA) wydaje darmową grę wideo (w dodatku miesiąc po masakrze w Newtown) i oznacza ją jako odpowiednią dla chłopców od lat czterech. Indoktrynujemy chłopców, i to od najmłodszych lat.

W 1969 roku, podczas wysłuchania w Senacie dotyczącego finansowania telewizji PBS, sławny prezenter programów dla dzieci znany jako Mr. Rogers oznajmił, że mówienie o uczuciach jest w porządku i łatwiej sobie wtedy z nimi radzić. Dzisiejsze programy przeznaczone dla chłopców zupełnie tego nie sugerują. Rogers zresztą w ogóle był bardzo krytyczny wobec przemocy, zarówno słownej, jak i fizycznej, tak często pokazywanej w popularnych programach dziecięcych. „Sądzę, że scena, w której dwóch mężczyzn rozpracowuje swój gniew, zawiera znacznie więcej dramatyzmu niż chociażby scena strzelaniny” – powiedział. Jednak zanim jeszcze młody chłopak postanowi, kim chciałby być w życiu, oswaja się go z przemocą, czasem wręcz chwali za agresywne zachowanie, karci zaś za najmniejszy wyraz czułości. Pełne przemocy obrazki, którymi ich karmimy, mają moc. Wystarczy zapytać naukowców z MIT, którym udało się stworzyć pierwszego robota psychopatę poprzez jedno proste działanie: pokazywanie mu „najmroczniejszych zakątków Reddita”. Nazwali go nawet Norman Bates, na cześć głównego bohatera Psychozy. Mężczyźni nie rodzą się agresywni – takimi ich tworzymy.

Żyjemy w kulturze wpajającej chłopcom wyższość stoicyzmu nad autentycznością, dominacji nad empatią i to, że jeśli nie będą postępować według schematu, zostaną uznani za „niewystarczająco męskich”. Uczymy ich niezadawania pytań, gdyż prośba o pomoc oznacza brak zdolności przywódczych. Zachowania chłopców są ściśle monitorowane, tak by wychwycić każdy fałszywy krok i każdą pomyłkę. Ich językiem staje się wewnętrzna autocenzura. Znieczulają się na emocje, żeby nikt ich na nich nie przyłapał. Odbiera im się uczucia. Jak twierdzi bell hooks w książce The Will to Change [Wola zmiany], chłopcy uczą się, że „lepiej wzbudzać strach niż miłość”.

W warunkach, jakie powstały w ramach naszej kultury, chłopcy próbujący odnaleźć i wyrazić samych siebie zawsze mają pod górkę, a gdy już im się uda, jest to postrzegane jako skaza na charakterze. Jeśli okazują tak istotne dla ludzkiego doświadczenia smutek czy wrażliwość, naprostowuje się ich za pomocą jednej prostej formułki leżącej u podstaw toksycznej ideologii, w której ich wychowujemy: „chłopaki nie płaczą”. Gdy zaś zachowują się okropnie, gdy krzywdzą, biją lub atakują innych w sposób urągający człowieczeństwu, co mówimy? „Chłopaki tak mają”. Dziwimy się, gdy robią coś paskudnego, i nie rozumiemy, że dokładnie na tym poziomie ustawiliśmy im poprzeczkę. Mamy wobec nich tak niskie wymagania, że aż przeniosły się one do języka. Co myślą sobie chłopcy, słysząc te dwa najczęściej wygłaszane na ich temat powiedzonka?

Machamy ręką na ich złe zachowanie, a potem udajemy zdziwionych, gdy postępują tak, jak się spodziewaliśmy.

Taki obrót sprawy od dawna powoduje konsternację psychologów dziecięcych: podczas gdy dziewczynki z wiekiem stają się coraz bardziej dojrzałe emocjonalnie, ten sam proces u chłopców ulega zahamowaniu. Wśród maluchów dopiero uczących się chodzić to chłopcy są bardziej ekspresyjni, jednak już w wieku czterech–sześciu lat zaczynają wytracać tę cechę, która u dziewczynek stopniowo się rozwija. W domu zachęca się je do wyrażania uczuć, tymczasem chłopców traktuje się inaczej. Przeważnie jest to działanie podświadome i niezależne od płci rodziców. To samo zjawisko występuje wśród dorosłych – w każdej grupie wiekowej mężczyźni znacznie częściej duszą w sobie emocje. I choć w środowisku akademickim jest bardzo mało tematów, co do których panuje powszechna zgoda, to właściwie jednogłośnie uważa się, że systemowe wypieranie uczuć stanowi jedno z najbardziej wyniszczających doświadczeń, jakie są udziałem człowieka. Właśnie to, co naukowcy uznali za niebezpieczne i niezdrowe, jest obecnym modelem wychowania chłopców. Jak stwierdziły Tara M. Chaplin z Yale School of Medicine i Amelia Aldao z Uniwersytetu Stanowego Ohio: „Mamy coraz więcej dowodów, że ograniczenie zakresu wyrażanych emocji zwiększa prawdopodobieństwo problemów w funkcjonowaniu psychospołecznym lub ryzyko wystąpienia zaburzeń psychicznych”.

Schematyczne postrzeganie męskości jest wszczepiane chłopcom w dzieciństwie niczym czip. Coraz liczniejsze badania wskazują, że wywołuje ono nienaprawialne szkody we wszystkich grupach społecznych. Sztywne trzymanie się zasad wyidealizowanego pojęcia męskości powoduje1 gorsze samopoczucie i niższy poziom ogólnego dobrostanu. Badania2 pokazują, że mężczyźni, którzy boją się okazywania emocji, to ci sami, którzy zachowują się najbardziej agresywnie. U mężczyzn mocno identyfikujących się z konwencjonalną koncepcją męskości występują większe problemy w relacjach3. A także większe skłonności do molestowania seksualnego kobiet4.

Gdy połowę populacji ćwiczy się w blokowaniu emocji, osoby te tracą umiejętność współodczuwania. Najlepiej wytłumaczył mi to David Hogg. Po tym, jak przeżył strzelaninę w szkole w Parkland na Florydzie, został jednym z najsłynniejszych aktywistów walczących o ograniczenie dostępu do broni.

– Chyba opiszę to najlepiej, jeśli powiem, że do dnia strzelaniny nie wiedziałem, co to empatia – stwierdził, kiedy spotkaliśmy się w Houston. – Nie miałem pojęcia, jak to jest współodczuwać czyjś ból. Przez całe życie powtarzałem sobie, że emocje nie są okej, że muszę być „samotnym wilkiem”. Ale po strzelaninie usłyszałem, jak moja siostra płacze, bo straciła tamtego dnia czworo przyjaciół. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, dlaczego nie mogę wytrzymać w domu, nie rozumiałem, że jest mi źle, bo czuję jej ból. Trzeba było szkolnej masakry, żebym sobie to uświadomił.

Ta archaiczna ideologia, przyjmowana bezkrytycznie i wszechobecna, wrosła we wszystkie instytucje. Usankcjonowane przez państwo role płciowe praktycznie odbierają chłopcom i mężczyznom możliwość poznania własnych skłonności czy pragnień. Na przykład gdy kandydat na prezydenta Donald Trump z dumą ogłosił swój projekt dotyczący urlopów rodzicielskich, okazało się, że nie ma tam słowa o ojcach. Mężczyźni byli z niego całkowicie wykluczeni. Projekt gwarantował matkom nędzne sześć tygodni częściowo płatnego urlopu, ale w ogóle nie wspominano w nim o ojcach (czy chociażby parach gejowskich wychowujących wspólnie dzieci). W reakcji na krytykę plan rozszerzono, lecz to, że decydenci z ekipy Trumpa nie pomyśleli nawet o włączeniu do niego mężczyzn i że ich decyzja nie wywołała natychmiastowego i ostrego sprzeciwu, pokazuje, kto automatycznie przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o rodzicach. Mężczyźni dostają mocny przekaz: twoje miejsce jest w pracy, nie w domu. To ogranicza nas wszystkich. Tymczasem tam, gdzie przestarzała wizja męskości nie jest wpisana w prawa i przepisy, mężczyźni w naturalny sposób zaczynają spędzać więcej czasu z dziećmi i na zajęciach domowych. W Danii, Szwecji czy Quebecu, gdzie państwo zostawia im więcej wolności i elastyczności w doborze ról społecznych, ogromnie wiele się zmienia w postępowaniu jednostek.

Toksyczne definicje męskości widać nie tylko w prawach i przepisach regulujących życie społeczne, ale również w systemie edukacji i narastającym braku zainteresowania nią ze strony młodych mężczyzn, którzy już teraz są mniejszością na uczelniach. Dawne nierówności płciowe zupełnie się odwróciły. Według prognoz amerykańskiego ministerstwa edukacji do 2026 roku pięćdziesiąt siedem procent studentów będą stanowiły kobiety. W całym kraju większość dyplomów licencjackich, magisterskich i doktorskich należy do kobiet, które od 1982 roku zdobyły ich o dziesięć milionów więcej niż mężczyźni.

W odpowiedzi na te statystyki często padają paskudne, seksistowskie argumenty o „zbyt sfeminizowanych” szkołach. Nie dostrzegamy, że w tego typu myśleniu zawierają się nasze własne błędne założenia na temat chłopięcych potrzeb. Wchodząc w narrację o wrodzonych różnicach między chłopcami a dziewczynkami w kontekście ich potrzeb i zdolności, dajemy przyzwolenie na dyskryminację w sposobie ich kształcenia, którą widać w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie. W pewnej szkole w Pittsburghu zachęcano dziewczęta do nauki za pomocą opowiastek o księżniczkach i wróżkach, inscenizowanych podwieczorków przy herbatce oraz rekwizytów takich jak różdżki czy diademy. Tymczasem wobec chłopców, niezależnie od tego, czy interesowali się sportem, stosowano metody oparte na ćwiczeniach fizycznych – mieli na przykład dopasowywać pojedyncze słowa do wyrażeń i powiedzonek, jednocześnie kozłując i podając sobie piłkę do koszykówki. Kodyfikujemy tradycyjne role płciowe w sposobach nauczania, choć nie mamy żadnych dowodów, że jest to dla dzieci korzystne.

Dyskryminujące podejście do nauczania to biznes przynoszący miliony dolarów zysku. Instytut Guriana, organizacja, której podstawowym celem jest tworzenie modeli edukacyjnych dopasowanych do płci, otrzymuje tysiące dolarów od zarządów szkół w całym kraju za rozpowszechnianie bezpodstawnych tez dotyczących różnic w potrzebach chłopców i dziewczynek. Według danych na ich stronie internetowej wyszkolili już sześćdziesiąt tysięcy nauczycieli w dwóch tysiącach szkół w całych Stanach Zjednoczonych.

Założyciel organizacji Michael Gurian uważa, że „dążenie do władzy jest uniwersalną cechą mężczyzn”, zaś „dążenie do spokoju to uniwersalna cecha kobiet”. Mówi o rozdawaniu chłopcom plastikowych kijów do baseballu, bo „jak sobie w coś walną”, będą się lepiej uczyć. Podobnych rad udziela doktor Leonard Sax, założyciel i dyrektor wykonawczy Krajowego Stowarzyszenia na rzecz Publicznej Edukacji Jednopłciowej (National Association for Single Sex Public Education, NASSPE). Sax zaleca, by nauczyciele patrzyli dziewczynkom w oczy, zaś w przypadku chłopców unikali kontaktu wzrokowego czy nawet uśmiechu. Poucza również, aby powstrzymywali się od przepytywania chłopców ze stanów emocjonalnych postaci literackich oraz by koncentrowali się na „ścisłej dyscyplinie mającej służyć podtrzymaniu autorytetu”, a także usprawiedliwia stosowanie wobec chłopców kar cielesnych, tymczasem w przypadku dziewczynek zaleca „odwoływanie się do ich empatii”. Zdaniem Guriana chłopców, którzy nie lubią sportu, należy do niego zmuszać. Choć nie istnieją żadne dane na poparcie tej tezy, coraz więcej osób (zazwyczaj spoza branży edukacyjnej) zaczyna twierdzić, że różnica w osiągnięciach dziewcząt i chłopców wynika z faktu, iż szkoły są „zbyt dziewczyńskie” i że do uczniów płci męskiej należałoby podchodzić bardziej surowo. Stephanie Coontz, kierowniczka badań w Radzie do spraw Współczesnej Rodziny (Council on Contemporary Families) w swoim raporcie z 2013 roku stanowczo się temu sprzeciwia: „Uczynienie programu nauczania, grona nauczycielskiego czy sal lekcyjnych bardziej zmaskulinizowanymi nie jest żadnym rozwiązaniem. […] Przeciwnie, chłopcy lepiej sobie radzą tam, gdzie dziewczynek w grupie jest więcej i gdzie oprócz stawiania obu płciom wysokich wymagań naukowych kładzie się nacisk na pozalekcyjne zajęcia muzyczne oraz plastyczne”.

Rozbieżność między chłopcami a dziewczętami nie wynika z wrodzonych różnic w umiejętnościach poznawczych. Socjologowie z Uniwersytetu Columbia, Thomas A. DiPrete i Claudia Buchmann, piszą:

Nie chodzi o to, że dziewczynki są bardziej inteligentne. Choć rzeczywiście chłopcy radzą sobie odrobinę lepiej z matematyką, dziewczęta zaś z czytaniem, to ogólnie rzecz biorąc ich zdolności poznawcze są do siebie bardzo podobne. Różnica w uzyskiwanych przez nich ocenach wynika z włożonej pracy i poziomu zaangażowania. Statystycznie to dziewczęta częściej deklarują, że lubią szkołę i że dobre oceny to dla nich ważna sprawa. Ponadto poświęcają więcej czasu na naukę. Nasze badania pokazują, że gorsze wyniki chłopców mają więcej wspólnego z normami społecznymi dotyczącymi męskości niż z anatomią, hormonami czy budową mózgu.

Według przeprowadzonych przez nich badań dziewczęta lepiejniż chłopcy rozumieją zależność między dobrymi ocenami w szkole a późniejszymi szansami na rynku pracy. Możliwe, że jest to relikt czasów, gdy sukces zawodowy mężczyzn często wynikał z umiejętności wymaganych w pracach fizycznych, przez co oceny szkolne znajdowały się na peryferiach ich zainteresowań. Wielu chłopcom powiązanie dobrych wyników w nauce z przyszłym sukcesem zawodowym oraz finansowym wydaje się mniej wyraźne niż dziewczynkom.

Rozpowszechnianie tezy, że naturalna żywiołowość chłopców stoi w sprzeczności z zasadami panującymi w środowisku szkolnym, to zapewne kusząca metoda zwiększania sprzedaży książek i generowania klików. Gdyby jednak założenie to było prawdziwe, statystyki wszędzie byłyby podobne – a nie są. W bogatych szkołach różnice prawie nie występują. Ekonomiści przyglądający się wynikom testów i liczbie przypadków zawieszenia w prawach ucznia na Florydzie stwierdzili, że w najlepszych szkołach chłopcy i dziewczęta radzą sobie tak samo. To w tych najgorszych chłopcy zaczęli zostawać z tyłu. Ten sam trend obserwujemy w domach. Dziennikarz ekonomiczny Jeff Guo odkrył, że w zamożnych rodzinach różnice między chłopcami a dziewczynkami praktycznie nie istnieją.

„Chłopcy o wiele gorzej niż dziewczynki radzą sobie z przeciwnościami losu na wczesnym etapie życia – pisał w »Washington Post«. – Wciąż nie jest dla nas jasne, dlaczego dziewczęta są takie twarde, ale wydają się znacznie lepiej przystosowane do wyzwań współczesnego dzieciństwa”.

Guo dochodzi do wniosku, że pogłębiająca się przepaść między biedną a bogatą częścią społeczeństwa może prowadzić do większych kontrastów w wynikach w nauce chłopców i dziewczynek. Zatem ci pierwsi nie są z zasady mniej zainteresowani szkołą. Przeciwnie – warto przyjąć do wiadomości, że w warunkach biedy i niskich zasobów więcej tracą i potrzebują więcej czułej uwagi.

Innymi słowy, gdy pozwalamy, aby kierowały nami uprzedzenia, przestajemy dostrzegać prawdziwe potrzeby chłopców. Fałszywe założenia co do męskiej natury prowadzą do błędnych recept. Są wprawdzie wygodne i podsuwają proste rozwiązania skomplikowanych problemów, nie ma jednak żadnych dowodów, że prowadzą do trwałej zmiany na lepsze.

Ponadto chłopcy uczą się, że „prawdziwy mężczyzna” nie prosi o wskazówki. Każda kobieta, która kiedykolwiek towarzyszyła w podróży siedzącemu za kierownicą mężczyźnie, wie, jaka to męka jeździć w kółko, zamiast zapytać kogoś o drogę. Ale konsekwencje trzymania się męskiego ideału „samotnego wilka” wykraczają poza zwykłą awanturę w samochodzie, gdy jesteście spóźnieni na brunch.

Takie podejście sprawia na przykład, że mężczyźni rzadziej odwiedzają lekarzy czy innych specjalistów od zdrowia. I że coraz więcej mężczyzn umiera na raka skóry, podczas gdy wśród kobiet liczba ta nie wzrasta. Mężczyźni rzadziej używają kremów z filtrem, rzadziej5 zapinają pasy w samochodzie, rzadziej chodzą do lekarza, przez co otrzymują mniej opieki profilaktycznej. A gdy wreszcie znajdą się w szpitalu, opuszczają go wcześniej niż kobiety. Nie jest to kwestia różnic biologicznych – to, jak często chodzimy do lekarza, wynika z wyuczonych zachowań. A mężczyźni uważają zazwyczaj, że nie powinni prosić nikogo o radę. Jeśli dodać do tego nieumiejętność radzenia sobie z emocjami, otrzymamy idealną – i zabójczą – mieszankę prowadzącą wprost do kryzysu zdrowia psychicznego. Sposób, w jaki wychowujemy chłopców, to recepta na katastrofę. I ta katastrofa już się dokonuje.

Nie wszyscy emocjonalnie niedojrzali mężczyźni robią złe rzeczy, ale sprawcy przestępstw często mają trudności w radzeniu sobie z emocjami i kłopot z proszeniem o pomoc. Jest to uzasadnione tym, że mężczyznom brakuje narzędzi do uporania się z czymś, czego zdaniem własnym i otoczenia w ogóle nie powinni odczuwać. Na przykład sprawcy przemocy domowej często wykazują się emocjonalną ułomnością. Według jednego z badań „mężczyźni doświadczający gwałtownych uczuć, z którymi trudno im dojść do ładu, częściej krzywdzą partnerki i zazwyczaj uważają, że mężczyzna nie powinien mówić o swoich emocjach ani prosić o pomoc”.

Brak dyskusji nad sposobem, w jaki wychowujemy chłopców, doprowadził do kryzysu męskiego zdrowia psychicznego, a kobiety znalazły się na pierwszej linii frontu. Jak to ujął terapeuta Terry Real, miliony mężczyzn żyją ze „skrywaną depresją”, którą określił jako „cichą epidemię”. Większość zachowań uważanych powszechnie za typowo męskie, takich jak problemy z opanowaniem gniewu, uzależnienie od alkoholu i narkotyków czy przemoc, często stanowi próbę ucieczki przed chorobą psychiczną. Mężczyźni czują, że muszą ukrywać depresję przed najbliższymi, aby udowodnić swoją siłę i niezależność. „Wielu mężczyzn woli ryzykować własne zdrowie niż przyznać się do kłopotów zdrowotnych, czy to fizycznych, czy emocjonalnych” – pisze Real.

Toksyczna męskość sprawia, że mężczyźni stają się zagrożeniem dla kobiet. Przemoc wobec kobiet to plaga, która opanowała cały świat. Żaden kraj, żadna społeczność ani żadne społeczeństwo nie znalazły jeszcze sposobu, aby ją pokonać. Dla wielu kobiet na całym świecie największym zagrożeniem są ich partnerzy. Przemoc domowa stanowi drugą najpowszechniejszą przyczynę śmierci ciężarnych w Stanach Zjednoczonych. Każdego dnia trzech mężczyzn zabija swoje dziewczyny, żony lub byłe partnerki. Prawie połowa kobiet ginie z rąk osób, z którymi są lub były związane – w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach przypadków te osoby to mężczyźni. Zabójstwa dokonywane w większości przez mężczyzn to jedna z głównych przyczyn śmierci kobiet poniżej czterdziestego piątego roku życia. W Teksasie w pierwszych dziewięciu miesiącach 2018 roku doszło do trzech masowych strzelanin motywowanych odrzuceniem przez kobietę, która była zarazem głównym celem sprawcy. Badanie dotyczące piętnastu szkolnych strzelanin z lat 1995–2001 wykazało, że odrzucenie zalotów to jedna z najpowszechniejszych przyczyn incydentów z użyciem broni palnej. Jak zauważa Michael Kimmel: „Chęć odwetu pojmowana jako zadośćuczynienie sprawiedliwości to głęboko zakorzeniona, niemal święta doktryna męskości: krzywda wymaga zemsty. Amerykańscy mężczyźni nie wpadają po prostu w gniew – my wyrównujemy rachunki”.

Właśnie takie poczucie urażonej dumy wyrastające z fałszywych teorii na temat męskości stało za mrożącym krew w żyłach manifestem pozostawionym przez dwudziestodwuletniego studenta Elliota Rodgera, który zastrzelił siedem osób w okolicach kampusu Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara. Na nagraniu, opublikowanym w sieci zaledwie kilka godzin przed masakrą, Rodger opisuje swoje pragnienie mordowania kobiet za to, że nie uważają go za atrakcyjnego, i przysięga „ukatrupić każdą zepsutą, nadętą blond zdzirę, która się nawinie”. „Nie wiem, czemu nigdy wam się nie podobałem, ale teraz wszystkie za to odpowiecie. To niesprawiedliwość, zbrodnia” – oznajmia, wybuchając szatańskim śmiechem. „Wystrzelam was wszystkie i sprawi mi to wielką przyjemność. Wreszcie się przekonacie, że tak naprawdę jestem od was lepszy. Że jestem prawdziwym samcem alfa”.

Gdyby Rodger był aktorem, jego grę uznano by za zbyt dosłowną. Właśnie tak kończy się bezrefleksyjne powielanie niebezpiecznych poglądów na temat męskości – prędzej czy później ktoś zapragnie mordować niewinnych ludzi. Użytkownicy setek grup i internetowych forów określających się jako walczące o prawa mężczyzn, zamiast potępić Rodgera, ogłosili go bohaterem. Jeden z jego wielbicieli, kilka godzin po tym, jak wychwalał go na Facebooku, przejechał vanem przez półtorakilometrowy odcinek chodnika, zabijając dziesięć osób i raniąc piętnaście. Człowiek ten sam siebie nazywał incelem (skrót od involuntary celibate, osoba w mimowolnym celibacie) – według aktywistów ruchu praw mężczyzn incele to faceci, z którymi kobiety nie chcą uprawiać seksu. Choć uważa się ich za skrajnych przedstawicieli ruchu, poglądy stanowiące rdzeń ich ideologii wcale nie są rzadkością wśród tak zwanych zwykłych mężczyzn. Chociażby z ankiety przeprowadzonej przez magazyn „Glamour” wynikało, że choć zdaniem siedemdziesięciu siedmiu procent mężczyzn seks musi odbywać się za zgodą, to całe pięćdziesiąt dziewięć procent z nich stwierdziło, że seks z żoną po prostu im się należy. Nie zapominajmy też o ważnym fakcie: gwałt małżeński stał się przestępstwem dopiero w połowie lat siedemdziesiątych.

Toksyczne definicje męskości przejawiają się w tym, że masowe strzelaniny to choroba tocząca niemal wyłącznie białych mężczyzn. Choć koncentrujemy się na problemach psychicznych sprawców, to tak naprawdę nie one ich łączą (badania przeprowadzone na dwustu osobach wykazały, że przed dokonaniem zbrodni tylko połowa miała wyraźne objawy zaburzeń psychicznych). Łączy ich przede wszystkim narcyzm – poczucie, że zostali skrzywdzeni, że padli ofiarą niesprawiedliwości. Jak na ironię ludzie, którzy czują się na tyle niesprawiedliwie traktowani, by z tego powodu zabijać, to nie szukający schronienia uchodźcy, osoby LGBTQ+, którym odmawia się ubezpieczenia zdrowotnego, czy terroryzowani przez policję Afroamerykanie – sprawcami prawie wszystkich masowych strzelanin w amerykańskiej historii byli biali mężczyźni. Wszyscy mamy w życiu trudne doświadczenia, ale tylko jedną grupę społeczną indoktrynuje się tak, by uznała, że lekarstwem na nie jest zemsta.

Strzelaniny wywołują masę dyskusji na temat dostępu do broni czy dręczenia przez rówieśników, natomiast mało kto zastanawia się, dlaczego ich sprawcy są prawie wyłącznie płci męskiej. Dziennikarze być może tego nie zauważają – co innego producenci broni. Ich kampanie marketingowe często otwarcie żerują na kompleksach młodych mężczyzn. Na przykład Bushmaster wypuścił reklamę opartą na pomyśle, że zakup broni to „odnowienie karty prawdziwego mężczyzny” – w dodatku wydarzyło się to kilka dni po tym, jak Adam Lanza strzelił swojej matce w twarz z samopowtarzalnego karabinu tej właśnie marki, po czym zamordował dwadzieścioro dzieci w szkole podstawowej Sandy Hook. Przez pewien czas na stronie internetowej firmy działała funkcja wysyłania powiadomień o „anulowaniu karty”. Miało to sugerować, że twoja męskość może ci zostać w każdej chwili odebrana (przez innych mężczyzn) i że noszenie przy sobie śmiercionośnej broni to niezawodny sposób, aby ją odzyskać. Podczas rozprawy w sądzie, wygranej ostatecznie przez rodziny ofiar, ich prawnik dowodził, że producent broni „może i nie znał Adama Lanzy osobiście, ale od lat zabiegał o jego względy”.

Toksyczna męskość sprawia również, że mężczyźni stają się największym zagrożeniem dla siebie nawzajem. Nie tylko częściej niż kobiety noszą broń, ale także częściej od niej giną. To mężczyźni stanowią siedemdziesiąt dziewięć procent ofiar zabójstw6, których sprawcy też zazwyczaj są mężczyznami. Owszem, politycy poświęcili mnóstwo czasu, by debata na temat dostępu do broni kręciła się wokół kwestii rasowych, opowiadając o tak zwanej przemocy czarnych wobec czarnych. Jednak statystyki zabójstw pokazują inną prawidłowość: winna jest przemoc mężczyzn wobec mężczyzn. Gdybyśmy wreszcie zmierzyli się z tym problemem, wskaźniki przestępczości zmalałyby, i to na wszystkich kontynentach.

Ale choć uwagę mediów i publiki przyciągają przede wszystkim strzelaniny i morderstwa, to samobójstwa zbierają najkrwawsze żniwo – wśród osób, które odbierają sobie życie za pomocą broni palnej, osiemdziesiąt sześć procent stanowią mężczyźni. Mężczyźni w Ameryce dosłownie ją magazynują. Są posiadaczami broni trzy razy częściej niż kobiety i sześć razy częściej się z niej zabijają. Wyoming, stan kojarzony z wizerunkiem samotnego kowboja, ma jeden z najwyższych wskaźników męskich samobójstw w całym kraju, a przy okazji również mieszka tam najwięcej posiadaczy broni. Mimo tych niepokojących statystyk nadal nie chcemy postrzegać mężczyzn jako podatnych na cierpienie. Zakładamy, że męskość polega na dominacji, nie pozostawiając miejsca na żadną inną narrację. FBI dopiero niedawno zmieniło swoją definicję gwałtu, uwzględniając w niej męskie ofiary. To wszystko sprawia, że młodzi mężczyźni jako grupa społeczna najrzadziej szukają wsparcia psychologicznego7, choć biorąc pod uwagę, że to właśnie oni najczęściej popełniają samobójstwa, taka pomoc ogromnie by się im przydała. Mężczyźni trzymający się przestarzałych wzorców częściej niż inni zapadają na zdrowiu, ponieważ są mniej skłonni szukać pomocy specjalistów. Poza tym rzadziej używają prezerwatyw, a zapłodnienie kobiety to dla nich silny wyznacznik męskości. Ci spośród młodych mężczyzn, którzy nie widzą się w roli żywicieli rodziny, największy nacisk kładą na siłę i sprawność seksualną8. Korelacja jest jasna, a jednak nie reagujemy.

Toksyczne definicje męskości utrudniają mężczyznom rozwijanie i utrzymywanie prostych relacji. Łatwo przewidzieć, że ktoś, kto nie został nauczony rozumienia własnych emocji, będzie miał kłopot z rozumieniem cudzych. Ponieważ mężczyzn zachęca się do sportów opartych raczej na konkurencji niż relacjach, ich inteligencja emocjonalna jest jak niećwiczony mięsień. Badania przeprowadzone przez doktora Johna M. Gottmana, jednego z największych światowych ekspertów od ludzkich relacji, wykazały, że inteligencja emocjonalna u mężczyzny to jeden z głównych składników udanego związku. Gottman stwierdził, że choć to ogromnie ważna umiejętność, rzadko uczy się jej chłopców. Jak wynika z jego badań, jeden z najistotniejszych objawów takiego stanu rzeczy to męska niechęć do zaakceptowania sprawczości i decyzyjności partnerki wyrażana poprzez ignorowanie jej uczuć i pragnień. Według Gottmana związek, w którym mąż nie dopuszcza żony do głosu, ma małe szanse na przetrwanie, a prawdopodobieństwo rozwodu wynosi osiemdziesiąt jeden procent.

Zresztą nie chodzi tylko o związki mężczyzn z kobietami, ale także o relacje męsko-męskie. Mężczyźni mają mniej bliskich przyjaciół i z wiekiem stają się coraz bardziej samotni. Samotność to przede wszystkim męski problem. W samym Zjednoczonym Królestwie dwa i pół miliona mężczyzn przyznaje, że nie ma ani jednego bliskiego przyjaciela. Rosnąca liczba starzejących się samotnych mężczyzn przybrała takie rozmiary, że rządy Zjednoczonego Królestwa oraz Danii wyznaczają specjalne służby do mierzenia się z tym kryzysem. Starsi mężczyźni częściej niż kobiety są samotni i rzadziej utrzymują regularne kontakty ze znajomymi lub rodziną. Ponieważ wpaja im się, że bliskość to oznaka słabości, nie rozwijają silnych przyjaźni, które pomogłyby im przetrwać. Samotność to jeden z głównych czynników, które sprawiają, że biali mężczyźni w średnim wieku odbierają sobie życie.

Samotnych mężczyzn się ignoruje, za to agresywnych – stawia na piedestale. W niemal wszystkich filmach z pierwszej dziesiątki największych przebojów 2017 roku głównym bohaterem był biały mężczyzna wyrażający się poprzez przemoc. Strażnicy galaktyki 2, Piękna i bestia, Szybcy i wściekli 8 – wszystkie te obrazy mają jeden wspólny element. Jak zostać bohaterem? Zabijając czarny charakter. Warto się zatem zastanowić, jakie cechy najbardziej cenimy u mężczyzn.

Główne postacie mnóstwa nakręconych ostatnimi czasy popularnych filmów, które zachowują się agresywnie, to tak zwani bohaterowie pozytywni. Idealnym przykładem jest Piękna i bestia. Bestia porywa i terroryzuje Bellę, w której jest zakochany, aby w ten sposób zbudować z nią emocjonalną więź. A cała historia pokazuje, że jest to nie tylko w porządku, ale hej – działa! Trudno przypomnieć sobie jakikolwiek film Disneya, na którym dorastało pokolenie milenialsów, niemający moralnie wątpliwego podtekstu, normalizującego obraz mężczyzny jako drapieżnika. Często dyskutujemy o tym, że motyw księżniczki uczy dziewczęta bycia potulnymi, pozbawionymi ambicji, jednowymiarowymi istotami, ratowanymi z opresji i kontrolowanymi przez mężczyzn.

Czego natomiast te same filmy uczą chłopców? Dziwimy się, że dorośli mężczyźni nie rozumieją pojęcia zgody, tymczasem najbardziej ikoniczne i popularne historie wysyłają w tej kwestii sprzeczne sygnały. Czy chodzi o Śpiącą Królewnę, czy Królewnę Śnieżkę, wniosek jest jeden: zgoda nie jest potrzebna. Co więcej, niedostanie jej nie czyni cię czarnym charakterem. Facet, który o nią nie pyta, nie napastuje dziewczyny – jest bohaterem, który ją ocalił.

Aż się prosi, by zapytać: skoro filmy uczą chłopców, że przemoc jest drogą do uwiedzenia kobiety, a nawet do odkupienia, to czemu się dziwimy, że stosują ją w prawdziwym życiu?

Ponadto nasza kultura gloryfikuje przemoc ze strony białych mężczyzn poprzez sposób, w jaki ukazuje się ją w mediach. Choć zdecydowana większość aktów terroryzmu wewnętrznego po jedenastym września została popełniona przez białych mężczyzn, narracja w mediach to przede wszystkim szok na widok osoby z problemami, która po prostu zeszła na złą drogę. Oczywiście gdyby mężczyźni ci nie byli biali, traktowano by ich inaczej. Oceniamy męskie akty przemocy w nierówny sposób – sprawcy o innym niż biały kolorze skóry otrzymują surowsze kary i baczniej się ich obserwuje, podczas gdy przemoc ze strony białych mężczyzn jest o wiele mniej widzialna i nadal wywołuje zaskoczenie. Czasem bywa nawet usprawiedliwiana, zwłaszcza gdy ofiarą jest osoba niebiała. Wystarczy przywołać przykład białego policjanta, który zabił Philanda Castile’a, gdy ten sięgał do schowka w samochodzie, albo George’a Zimmermana, który zastrzelił Trayvona Martina, czarnego nastolatka wracającego ze sklepu z paczką skittlesów.

Widać to również w tym, jak akty ludobójstwa dokonywane przez białych kolonialistów są systemowo gloryfikowane w szkolnych programach nauczania – romantyczna wizja masowych mordów na rdzennych ludach jest zakodowana w milionach podręczników do historii, które czytają nasze dzieci. Oraz w tym, że nie kwestionuje się sponsorowanych przez aparat państwowy wojen i aktów przemocy przeciwko krajom zamieszkiwanym przez ludność o ciemniejszej skórze, a jakakolwiek krytyka jest niedopuszczalna jako niepatriotyczna. I w tym, jak starannie dobieramy, kogo przepuścić przez granicę, i jak jeden z najpotężniejszych światowych przywódców o państwach, z których pochodzą imigranci, mówi, że to „zadupie”.

Biały przemocowiec spotyka się z empatią, z desperackimi próbami „zrozumienia” lub dyskusjami o tym, co poszło nie tak, całkiem jakby biali mężczyźni nie byli odpowiedzialni za zdecydowaną większość aktów przemocy w historii Stanów Zjednoczonych, od masakry rdzennych mieszkańców, przez niewolnictwo, segregację rasową, inwazję i okupację Portoryko czy internowanie Amerykanów japońskiego pochodzenia podczas II wojny światowej, po dzisiejszą działalność ruchu supremacji białych.

Lukę powstałą z braku dyskusji o pozytywnym modelu męskości wypełniają ruchy oparte na nienawiści do innych, oferujące mężczyznom poczucie przynależności i tożsamości. Eksperci nieprzypadkowo ostrzegają przez niebezpiecznym wzrostem popularności organizacji ekstremistycznych i rasistowskich nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i na całym świecie. Takie grupy żerują na samotnych młodych mężczyznach, wystawionych na ich wpływ przez kulturę, która wpaja im, że da się nawiązać więź przemocą. A ponieważ tak trudno nam ujrzeć w mężczyźnie ofiarę, jego bezbronność wobec tych komunikatów często jest niewidzialna.

Pytanie brzmi więc: gdzie się podział ruch feministyczny w wersji dla mężczyzn?

Jeśli się nad tym chwilę dłużej zastanowić, to zadziwiające, jak bardzo wszyscy mamy wpojone, że popełniane przez mężczyzn akty przemocy to coś, czego po prostu nie da się uniknąć. A gdybyśmy napisali im inny scenariusz? Czy udałoby się znaleźć rozwiązanie najmroczniejszych problemów dręczących nasz świat, gdybyśmy zainteresowali się związkiem między poczuciem izolacji i samotnością a skłonnością do radykalizacji? Gdybyśmy w męskich wybuchach agresji dostrzegli słabość, a nie siłę, być może zamiast je normalizować, wreszcie zaczęlibyśmy traktować je jako rodzaj patologii.

Nasza toksyczna definicja męskości objawia się na różne sposoby, często niezbyt subtelne. Chociażby poprzez wybór na najwyższe stanowisko w państwie faceta oskarżanego o napaści seksualne. Autorzy przyszłych podręczników do historii z pewnością nie będą pomijać momentu, gdy człowiek, który nie tylko chwalił się łapaniem kobiet za genitalia, lecz także – na co mamy wiarygodne dowody – może mieć na koncie dziewiętnaście przypadków molestowania, wygrał wybory prezydenckie i został przywódcą wolnego świata. To, że mężczyzna, który wielokrotnie wygłaszał kazirodcze aluzje dotyczące seksu z własną córką, fantazjował na temat piersi drugiej córki, gdy ta była niemowlęciem, i ładował się do pełnych nastolatek przebieralni podczas organizowanych przez siebie konkursów piękności, został przez mieszkańców Stanów Zjednoczonych wybrany na prezydenta, już na zawsze zapisało się na kartach historii.

Na dodatek toksyczne definicje męskości stanowią zagrożenie dla życia na naszej planecie. Naukowcy ostrzegają już od pewnego czasu: stosunek do recyklingu jest uzależniony od płci. Dane pokazują, że mężczyźni rzadziej dbają o ekologię i częściej zachowują się w sposób, który szkodzi środowisku, na przykład śmiecą. Co więcej, przedstawiciele obu płci kojarzą ekoświadomość z wyrzeczeniem się męskości. Zatem to nie tak, że mężczyznom nie zależy na środowisku. Po prostu kieruje nimi obawa, czy wydadzą się dość męscy. Jakże inny byłby świat, gdyby pozwalano im troszczyć się o planetę tak samo jak kobietom?

Sposób, w jaki wychowujemy chłopców, jest podwaliną wielu problemów instytucjonalnych, jego zmiana mogłaby zatem dosłownie zmienić świat. Choć pokój na świecie wydaje się czymś tak nierealnym, że słyszymy o nim tylko z ust uczestniczek konkursów piękności, naukowcy, którzy przeanalizowali globalne zbiory danych, odkryli jeden czynnik odgrywający rolę tarczy chroniącej nas przed przemocą i wojną: jest to równość płci.

Równość płci przedstawiana jest często jako efekt uboczny świata bez wojen i powszechnej biedy, rzadko natomiast – jako lekarstwo na brak stabilności politycznej, mimo coraz liczniejszych badań wskazujących na ujemną korelację tych dwóch zjawisk. Jeśli ignorujemy płeć, czy to poprzez wykluczanie głosu kobiet, czy bagatelizowanie faktu, iż stereotypowe podejście do męskości zaognia konflikty, zmniejszamy szanse na osiągnięcie trwałego pokoju. Valerie M. Hudson, Bonnie Ballif-Spanvill, Mary Caprioli i Chad F. Emmett, autorzy książki Sex and World Peace [Płeć a pokój na świecie], dowodzą, że „ani znaczący spadek wskaźników przemocy w społeczeństwie, ani trwały pokój pomiędzy narodami, nie są możliwe bez równouprawnienia płci”. Na podstawie przeprowadzonych przez siebie badań wnioskują, że wskaźniki męskiej przemocy wobec kobiet to lepszy prognostyk szansy na pokój w danym kraju niż poziom rozwoju tamtejszej demokracji.

Nawet jeśli w danym kraju ważne są działania na rzecz równości płci, bardzo rzadko są one skierowane do mężczyzn. Zdarzają się jednak wyjątki – na przykład w Chicago istnieje grupa pod nazwą Becoming a Man, pomagająca chłopakom z grup ryzyka rozwijać w sobie świadomą męskość, podważająca stereotypy płciowe i skoncentrowana na emocjonalnym rozwoju chłopców. Co niesamowite, udało im się doprowadzić do zmniejszenia liczby aresztowań i poprawy poziomu wykształcenia wśród młodych mężczyzn. Wyobraźmy sobie, jak wprowadzenie takich programów w innych miejscach pomogłoby zredukować problemy ze zdrowiem psychicznym, samobójstwa czy rozwody. Dając mężczyznom szansę stania się takimi, jacy naprawdę chcieliby być, otwieramy przed nimi nieskończone możliwości.

To zadziwiające, że temat męskości tak rzadko jest poruszany przez polityków. Biorąc pod uwagę ścisły związek toksycznej męskości z najpilniejszymi problemami, z którymi zmaga się świat, zastanawiające jest to, że nigdy nie pojawia się on w ważnych przemówieniach polityków i rzadko bywa częścią leksykonu rządzących czy innych decydentów. W rozmaitych orędziach o stanie państwa wspomina się wprawdzie o tym, jak istotne jest łamanie barier stojących przed dziewczętami i kobietami, jednak analogiczne przesłanie nie trafia już do chłopców i mężczyzn. W obliczu tragedii, takich jak chociażby akty terrorystyczne, wielu światowych przywódców błędnie przypisuje barbarzyńskie cechy całym grupom etnicznym czy religijnym. Warto się zastanowić, czy gdybyśmy określili toksyczną męskość mianem religii, politycy zaczęliby wreszcie zwracać na nią uwagę. Jak zmieniłoby się podejście decydentów, gdybyśmy dostrzegli w niej zagrożenie dla zdrowia publicznego, i to takie, którego da się uniknąć? W końcu toksyczna męskość to choroba, która nie wybiera. Nieważne, skąd pochodzisz. Nieważne, ile zarabiasz. Dotyka wszystkich grup etnicznych i wszystkich ras.

Pragnę podkreślić, że dyskusja o męskości nie ma służyć ignorowaniu problemów kobiet – przeciwnie, to najskuteczniejszy sposób, aby je rozwiązywać. To nieprawda, że pochylenie się nad męskim bólem jest czymś oddzielnym, lub wręcz przeszkadza w walce o wyzwolenie kobiet. Wszyscy doświadczamy płci. Wszystkich nas ograniczają opresyjne stereotypy. Musimy więc wyjść poza mit o wojnie płci. Zrozumieć, że gramy w jednej drużynie.

Oto, jak odzyskanie pojęcia męskości mogłoby posłużyć nam wszystkim.

Amuse-boucheHistoria Thomasa

Uwielbiam być mężczyzną, ale nie przepadam za tym, co to znaczy.

Thomas Page McBee

– Żadna z opowieści o męskości do mnie nie pasowała – stwierdził Thomas Page McBee. – Czy jestem prawdziwym mężczyzną? Czy jestem dobrym człowiekiem?

Thomas zaczął się nad tym zastanawiać, ponieważ świat mężczyzn był dla niego nowy. Jest osobą transpłciową i po około dwudziestu miesiącach przyjmowania testosteronu dość szybko zdobył status eksperta od męskości, publikując artykuły na ten temat i wydając dwie książki. W najnowszej, zatytułowanej Amateur [Amator] pisze, jak to jest być pierwszym transmężczyzną, który wystąpił w Madison Square Garden, i o swoim „podejściu nowicjusza”.

– Doświadczywszy tak gwałtownej socjalizacji, jestem bardzo świadomy, że podstawowe cechy, takie jak płeć, naprawdę mają wpływ na to, jak jesteśmy traktowani, i to pod każdym względem.

Do Thomasa dotarło, że bycie mężczyzną to żadna idylla.

– Uwielbiam to, ale nie przepadam za całą otoczką – powiedział. Nagle zaczął być postrzegany jako członek grupy, która wcale nie budziła jego całkowitej aprobaty. – Niepokoiło mnie podejście do mężczyzn w naszej kulturze – tłumaczył.

Doświadczając nowych dla siebie korzyści, jednocześnie je kwestionował.

– Jedna z największych zmian polegała na tym, że kiedy ja mówiłem, inni milczeli. Nikt mi nie przerywał. To było fantastyczne, prawdziwy przywilej, ale też bardzo dziwne – wyznał.

Zauważył też, o ile łatwiej mu wynegocjować podwyżkę czy też odnaleźć swoje miejsce w zawodowej hierarchii.

– Zanim nie stałem się w pełni mężczyzną, nie miałem pojęcia, jak dobrze mamy w pracy – wyjaśnił.

Uzbrojony w swój nowo odkryty męski przywilej, Thomas poczuł gwałtowną potrzebę zmieniania rzeczywistości wokół siebie, zwłaszcza z kierowniczego stanowiska w firmie Quartz, zajmującej się nowymi mediami. Ponieważ jego zespół składał się w większości z kobiet, zasięgnął specjalistycznych konsultacji, aby zbudować przestrzeń, w której każda osoba będzie dostrzeżona i wysłuchana. Dowiedział się, że dobrze jest zaczynać każde spotkanie od czasu na wypowiedź dla każdego, kto tego potrzebuje, gdyż w ten sposób zachęci wszystkich do swobodniejszych wypowiedzi również w trakcie spotkania. Zmiana była niewielka, lecz okazała się niezwykle istotna.

Wkrótce jednak te wszystkie miłe bonusy zbladły, gdy Thomas zetknął się z ciemnymi stronami bycia mężczyzną. Zaledwie rok po tranzycji w jego życiu wydarzyła się tragedia – stracił matkę. Nigdy nie zdołałby przewidzieć tego, co stało się później. Okazało się, że istnieje jedna rzecz, której bardzo potrzebował, choć zrozumiał to dopiero, gdy ją stracił: ludzki dotyk. Przeżywanie żałoby w męskim ciele było wstrząsającym i osamotniającym doświadczeniem. Ludzie o wiele rzadziej niż kiedyś okazywali mu troskę za pomocą fizycznych gestów, a sam Thomas nagle zaczął się przejmować tym, jak wygląda, otwarcie okazując smutek. Opowiadał mi o tym, że smutek i gniew to dwie różne emocje, z których tylko ta druga jest u mężczyzn społecznie akceptowana. Nagle poczuł się samotny jak nigdy wcześniej.

– Wiedziałem, czym jest troska, doświadczałem jej wcześniej… Ale dopiero wtedy pojąłem, jak bardzo była mi potrzebna.

Thomas zauważył nagle, że w Nowym Jorku widuje się wprawdzie czasami kobiety płaczące w miejscach publicznych, ale jemu nie wolno tego robić.

– Kultura, w której żyjemy, i relacje z otoczeniem uświadomiły mi, i pośrednio, i całkiem wprost, że mężczyźnie „nie przystoi” się smucić ani w ogóle okazywać żadnych emocji z wyjątkiem gniewu.

A to wszystko w jednym z najbardziej postępowych miast w Stanach Zjednoczonych.

Opowiadał również o bólu powodowanym przez ludzi wokół, delikatnie „sugerujących”, żeby wziął się w garść, zamiast pozwolić mu przeżyć żałobę. Otworzyło mu to oczy na specyfikę męskiej przyjaźni. Starsi mężczyźni z rodziny, starając się pomóc, wypytywali go o sprawy organizacyjne, choćby testament, zamiast zainteresować się jego stanem emocjonalnym. Gdy jeden z kolegów, poznanych jeszcze przed tranzycją, zapytał, czy wszystko w porządku, Thomas uświadomił sobie, że nikt wcześniej nie zadał mu tego pytania, a w każdym razie nie po to, aby poznać odpowiedź.

– Czułem presję, by zachować siłę i spokój, choć jestem przecież feministą, świadomym, że tak nie powinno być – mówił. – To nie było celowe działanie i generalnie ludzie wokół, chyba z chęci potwierdzenia mojej męskości, byli życzliwi, ale nie naciskali, gdy odpowiadałem, że wszystko w porządku.

Osoby te, jak zauważył Thomas, nie chciały go urazić – przeciwnie, zachowywały się tak z szacunku do konwencjonalnych norm płciowych. Tak to jest, gdy wszyscy odgrywają swoje role bez zastanowienia czy dyskusji, nawet jeśli sami wcale by ich sobie nie wybrali.

Innym trudnym dla Thomasa odkryciem było to, że wystarczy być mężczyzną, aby postrzegano cię jako zagrożenie. Zdarzało się, że kobiety na jego widok przechodziły na drugą stronę ulicy.

– Tylko sobie szedłem, a już czułem, że jestem dla nich groźny.

Randkowanie także nie było łatwe. Od kobiet, z którymi wchodził w relacje romantyczne, wciąż słyszał, że za bardzo okazuje słabość.

– W ten sposób chciały dać mi do zrozumienia, że nie jestem wystarczająco męski – stwierdził i dodał, że pamięta, jak czuł się obserwowany i oceniany pod kątem męskich zachowań. – Wciąż to pilnowanie. Miałem wrażenie, że na każdym kroku mnie obserwują.

Ponieważ Thomas był w męskim świecie nowy i nie wbijano mu tych rzeczy do głowy od dziecka, zauważył, że takie postrzeganie płci jest mocno ograniczające.

– To była dla mnie prawdziwa edukacja.

Skąd jednak mężczyźni mają wiedzieć, że są ograniczani, jeżeli niczego innego nie znają? Thomas był w stanie to dostrzec, ponieważ znał inne życie. Zapytałam go więc, jak uzmysłowić to innym mężczyznom, być może nieświadomym, do jakiego stopnia odgrywają narzucone im role. Odpowiedź brzmiała:

– Trzeba zadawać dużo głupich pytań o to, co znaczy być mężczyzną.

Gdy zapytałam, dlaczego inni mężczyźni nie idą tą samą drogą, odrzekł, że w powszechnym mniemaniu sam akt podważenia oczekiwań dotyczących męskości jakoś tę męskość narusza.

– Cała idea bycia mężczyzną sprowadza się do tego, by nie przegrać w bycie mężczyzną.

Opisał zjawisko, które nazwał „pętlą wstydu”, polegające na tym, że wrażenie porażki, zamiast prowadzić do głębszego namysłu, tylko napędza potrzebę kompensowania sobie poczucia niższości.

Thomas opowiada o drodze, którą przebył, jako o rozwijaniu bliskiej relacji z własną płcią, czego wielu mężczyzn nie robi, bo po prostu nikt ich nie nauczył, że w ogóle mają płeć.

– Im bardziej rozumiesz, skąd się to wzięło, tym większe szanse jakoś naruszyć ten porządek. Dociera do ciebie, że to kwestia kultury, nie wrodzonych cech. Od płci także można się wyzwolić.

Część pierwszaKłamstwa, które opowiadamy o mężczyznach

Nie lubię analizować samego siebie, bo to, co bym zobaczył, mogłoby mi się nie spodobać.

Donald Trump

Nienazwany problem

Poszłabym za moim mężem na koniec świata. Oczywiście nie musiałabym tego robić, gdyby choć raz się zatrzymał i zapytał kogoś o drogę.

Martha Bolton

Przeciętny mężczyzna przejeżdża w życiu prawie półtora tysiąca zbędnych kilometrów. Tylko sześć procent mężczyzn deklaruje, że kiedy zgubią drogę, wyciągają mapę albo proszą kogoś o pomoc. Te liczby, pochodzące od brytyjskiej firmy ubezpieczeniowej, potwierdzają coś, czego wszyscy byliśmy kiedyś świadkami: mężczyznom wolno dużo, ale nie wolno im prosić o pomoc.

Choć nauka nie wyrokuje, czy kobiety gubią się częściej niż mężczyźni, wiemy z pewnością, że jedna z płci rzadziej się do tego przyznaje. Wielu mężczyzn nie pyta o drogę, ponieważ przyznanie, że ją zgubili, jest interpretowane jako wada. To wyjaśnia, dlaczego wolą zaryzykować niż się zatrzymać. „Wiem, jak jechać” – burczy on, podczas gdy ona przewraca oczami na fotelu pasażera. Według Tristana Gooleya, eksperta od nawigacji, mężczyźni wolą trzymać się systemu, który znają, nawet jeśli jest wadliwy, niż przyznać, że coś z nim nie tak, i otworzyć się na alternatywne rozwiązania.

– Wydaje mi się, że systemy są dla kobiet mniej komfortowe i mniej godne zaufania – powiedział w wywiadzie dla BBC Four. – Mężczyźni je lubią i pozostają w nich, nawet tych źle działających.

A gdy jednak wyjdą poza swoją strefę komfortu, zdarza im się dostać za to po łapach. Badania pokazują na przykład, że managerowie płci męskiej są karani za pytanie o wskazówki. Postrzega się ich wtedy jako gorszych liderów, pewnie dlatego, że przywykliśmy do mężczyzny emanującego pewnością siebie (czasem przewyższającą prawdziwe kompetencje). Innymi słowy, nawet jeśli mężczyzna chciałby poprosić o radę, może spodziewać się konsekwencji.

Im więcej czytam o męskim stosunku do wskazówek i map, tym lepiej rozumiem brak sensownej i otwartej dyskusji na temat męskości.Podczas gdy kobiety zachęca się do zadawania pytań, od mężczyzn oczekujemy udawania, że wiedzą wszystko, nawet jeśli wcale tak nie jest, i to nawet gdy chodzi o skomplikowane kwestie dotyczące ich płci i ich życia. Jeżdżąc po świecie, od Islandii po Zambię, w kółko zadawałam im jedno pytanie: co jest trudnego w byciu mężczyzną? Reakcja za każdym razem była taka, jakbym zapytała, czy jednorożce umieją pływać. Najpierw chwila ciszy, uśmiech, znów cisza i wreszcie słowa: „Nigdy się nad tym nie zastanawiałem”. Gdy zadawałam kobietom analogiczne pytanie, czyli o trudności w byciu kobietą, było tak, jakbym zapytała o wszystko, co lubią w szczeniaczkach. Niemal każda odpowiadała: „A ile masz czasu?”. Wnioskując z rozmów, które nawiązywałam z (nie zawsze całkiem) chętnymi do dyskusji nieznajomymi, kobiety dużo i często myślą o tym, jak płeć wpływa na ich życie, mężczyźni – najwyraźniej nie. W końcu kobiety debatują o tych sprawach od dziesięcioleci, tymczasem dla mężczyzny przyjęcie rady czy wskazówki to dowód, że system przestał działać, i zanegowanie odruchowo przyjmowanej zasady, by nigdy nie przyznawać, że się czegoś nie wie, i nie zadawać pytań. Zaczęłam się więc zastanawiać: skoro mężczyźni nie potrafią zapytać o drogę do najbliższej stacji benzynowej, to jak, do licha, mieliby pytać o to, jak być mężczyzną?

Im więcej o tym myślałam, tym mocniej docierało do mnie, że to, co uznawałam dotąd za arogancję, może wyrastać z głębszego problemu o znacznie szerszych konsekwencjach niż zgubienie się na drodze. Pomyślałam o wszystkich innych sytuacjach, w których niechęć do zadawania pytań to oznaka lęku przed przyznaniem się do niewiedzy, rozlewającego się na inne sfery życia, na przykład okazywanie czułości w relacjach czy emocji. Potem zaczęłam myśleć o całym mnóstwie mitów wokół męskości, które wpływają na życie mężczyzn, w większy lub mniejszy sposób.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy końcowe

1 F. J. Sánchez, S. T. Greenberg, W. Ming Liu, E. Vilain, Reported Effects of Masculine Ideals on Gay Men, „Psychology of Men & Masculinities” 2009, vol. 10, iss. 1, s. 73–87,doi.org/10.1037/a0013513.

2 M. Jakupcak, Masculine Gender Role Stress and Men’s Fear of Emotions as Predictors of Self-Reported Aggression and Violence, „Violence and Victims” 2003, vol. 18, iss. 5, s. 533–541, doi.org/10.1891/vivi.2003.18.5.533.

3 Przypis 14 do F. J. Sánchez i in., Reported Effects…, dz. cyt.

4Promundo Launches New Analysis on Toxic Masculinities and Sexual Abuse, and What We Can Do to End It, 26.01.2018, promundoglobal.org, bit.ly/3H4fWtT, dostęp: 22.12.2021.

5 News Staff, Men less likely to wear seatbelts, more likely to die in crashes: OPP, opublikowano 22.03.2016, toronto.citynews.ca, bit.ly/3Ek4R6s, dostęp: 22.12.2021.

6Global study on homicide, United Nations, Office on Drugs and Crime, unodc.org, bit.ly/3H9l5km, dostęp: 22.12.2021.

7 L. Lynch, M. Long, A. Moorhead, Young Men, Help-Seeking, and Mental Health Services. Exploring Barriers and Solutions, „American Journal of Men’s Health” 2018, vol. 12, iss. 1, s. 138–149, doi.org/10.1177/1557988315619469.

8 D. Kerrigan, K. Andrinopoulos, R. Johnson, P. Parham, T. Thomas, J. M. Ellen, Staying Strong. Gender Ideologies among African-American Adolescents and the Implications for HIV/STI Prevention, „Journal of Sex Research” 2007, vol. 44, iss. 2, s. 172–180, doi.org/10.1080/00224490701263785.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2022

Wydanie I