Saga rodu Forsyte’ów. Nowoczesna komedia. Tom 2. Milczące zaloty. Srebrna łyżka - John Galsworthy - ebook
Opis

"Nowoczesna komedia" to kolejna trylogia powieściowa poświęcona rodzinie Forsyte'ów. W jej skład wchodzą "Biała małpa" (1924), "Milczące zaloty. Srebrna łyżka" (1926) i "Miłający się w mroku. Łabędzi śpiew" (1928). Następuje w niej metamorfoza głównego bohatera, Soamesa, który z egoisty i dorobkiewicza przeistacza się w dostojnego, uduchowionego dżentelmena. Pokolenie, które Galsworthy wcześniej krytykował za zdradę wartości ogólnoludzkich, staje się teraz według niego ich nosicielem; krytyce poddana zostaje natomiast najmłodsza generacja, przesiąknięta hedonizmem i nihilizmem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 443

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ty­tuł ory­gi­na­łu

The Mo­dern Co­me­dy

*

The Si­lent Wo­oing 2. The Si­lver Spo­on

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Lau­ra Ryn­dak

© ilu­stra­cja na okład­ce Stan Roh­rer

Wy­da­nie IX, czer­wiec 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, al. Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-699-2 (Se­ria)

ISBN 978-83-7183-697-8 (Tom II)

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Interludium

Mil­czą­ce za­lo­ty

tłu­ma­czy­ła

Kry­sty­na Czer­wi­jow­ska

W lu­tym 1924 roku Jon For­sy­te spę­dzał okres re­kon­wa­le­scen­cji po gry­pie w Cam­den, w Po­łu­dnio­wej Ka­ro­li­nie. Sie­dział w pa­lar­ni ho­te­lo­wej i czy­tał o lin­czu, a lśnią­ce wło­sy je­ży­ły mu się po­wo­li na gło­wie.

Za ple­ca­mi usły­szał głos:

– Czy wy­bie­rze się pan dziś z nami na ma­jów­kę do sta­rych mo­gił?

Gdy pod­niósł gło­wę, zo­ba­czył swe­go zna­jo­me­go, mło­de­go Fran­ci­sa

Wil­mo­ta, któ­ry przy­je­chał tu z oko­lic po­ło­żo­nych da­lej na po­łu­dnie.

– Z przy­jem­no­ścią. A kto je­dzie?

– O, tyl­ko pań­stwo Pul­mo­re Hur­ri­so­no­wie, ten po­wie­ścio­pi­sarz an­giel­ski Gur­don Min­ho, Bla­irów­ny i ich przy­ja­ciół­ki, moja sio­stra Anna i ja. Mógł­by pan po­je­chać kon­no, gdy­by pan miał ocho­tę za­żyć ru­chu.

– Do­sko­na­le. Dziś rano przy­szło kil­ka no­wych koni z Ko­lum­bii.

– Tak? To wspa­nia­le! W ta­kim ra­zie my z sio­strą tak­że wy­bie­rze­my się kon­no. A może i któ­raś z Bla­iró­wien. Resz­tę to­wa­rzy­stwa mogą za­brać Hur­ri­so­no­wie.

– Wie pan – po­wie­dział Jon – czy­tam tu o pa­skud­nym wy­pad­ku lin­czu.

Mło­dy czło­wiek, do któ­re­go mó­wił, opie­rał się o pa­ra­pet. Jon po­dzi­wiał jego twarz jak­by wy­rzeź­bio­ną z ko­ści sło­nio­wej, ciem­ne wło­sy i oczy, cien­ki nos i de­li­kat­ne usta, swo­bod­ną i zręcz­ną po­sta­wę.

– Was, Bry­tyj­czy­ków, wprost trzę­sie, gdy czy­ta­cie o lin­czu. Tam w So­uthern Pi­nes, gdzie pan miesz­ka, nie ma pro­ble­mu mu­rzyń­skie­go. Wła­ści­wie za­gad­nie­nie to w ogó­le nie ist­nie­je w Pół­noc­nej Ka­ro­li­nie.

– Nie, i przy­znam się, że go nie ro­zu­miem. Nie wi­dzę jed­nak po­wo­du, żeby Mu­rzy­ni nie pod­le­ga­li tym sa­mym pra­wom co bia­li. Zgo­dzę się, że by­wa­ją wy­pad­ki, kie­dy trze­ba strze­lać bez ostrze­że­nia, ale w gło­wie mi się nie mie­ści, jak pan może bro­nić pra­wa roz­ju­szo­ne­go tłu­mu. Wo­bec wi­no­waj­cy trze­ba za­sto­so­wać nor­mal­ną pro­ce­du­rę są­do­wą.

– Przy na­szych szcze­gól­nych trud­no­ściach nie osią­gnę­li­by­śmy tą dro­gą żad­nych wy­ni­ków.

– Ale je­śli nie sta­wia­cie prze­stęp­cy przed są­dem, to ja­kim spo­so­bem mo­że­cie orzec, że jest wi­nien?

– No cóż, wo­li­my ra­czej od cza­su do cza­su stra­cić nie­win­ne­go czar­ne­go niż na­ra­żać na nie­bez­pie­czeń­stwo na­sze ko­bie­ty.

– Moim zda­niem, trud­no so­bie wy­obra­zić coś gor­sze­go niż za­bi­cie czło­wie­ka za winę, któ­rej nie po­peł­nił.

– W Eu­ro­pie może. Ale nie tu. Tu jesz­cze pa­nu­je nie­ogra­ni­czo­na swo­bo­da.

– A co my­ślą o lin­czu na Pół­no­cy?

– Tro­chę wrzesz­czą, ale to nie­uza­sad­nio­ne. My mamy Mu­rzy­nów, a oni czer­wo­no­skó­rych i ro­bią to samo, tyl­ko na szer­szą ska­lę.

Jon For­sy­te prze­chy­lił się w tył ra­zem z fo­te­lem bu­ja­ją­cym, na któ­rym sie­dział. Pod­niósł brwi z wy­ra­zem zdzi­wie­nia.

– Uwa­żam, że nasz kraj cią­gle jesz­cze znaj­du­je się pod zna­kiem nad­mia­ru prze­strze­ni – mó­wił da­lej Fran­cis Wil­mot. – Czło­wiek ma za­wsze moż­ność ulot­nie­nia się. Więc w szcze­gól­nie do­tkli­wych dla nas spra­wach bie­rze­my utrzy­ma­nie po­rząd­ku we wła­sne ręce.

– Ba, co kraj, to oby­czaj! Cóż to za mo­gi­ły, do któ­rych się wy­bie­ra­my?

– Za­byt­ki sta­ro­in­diań­skie, po­dob­no sprzed wie­lu ty­się­cy lat. Nie zna pan jesz­cze mo­jej sio­stry? Przy­je­cha­ła do­pie­ro wczo­raj wie­czo­rem.

– Nie. O któ­rej wy­ru­sza­my?

– O dwu­na­stej. To mniej wię­cej go­dzi­na dro­gi przez las.

W samo po­łu­dnie Jon wy­szedł więc przed dom w ubra­niu do kon­nej jaz­dy. Przed ho­te­lem cze­ka­ło pięć wierz­chow­ców, gdyż oka­za­ło się, że dwie Bla­irów­ny zde­cy­do­wa­ły się je­chać kon­no. Fran­cis Wil­mot ru­szył przo­dem z sio­strą, Jon je­chał po­mię­dzy Bla­irów­na­mi.

Były to mło­de, ład­ne pan­ny o cha­rak­te­ry­stycz­nej uro­dzie ame­ry­kań­skiej, do któ­rej przy­wykł pod­czas dwu i pół lat po­by­tu w Sta­nach Zjed­no­czo­nych: prze­cięt­ne w ko­lo­ry­cie, mia­ły okrą­głe twa­rze i do­brą cerę. Z po­cząt­ku za­cho­wy­wa­ły się mil­czą­co, ale nie­ba­wem sta­ły się nie­sły­cha­nie gło­śne. Je­cha­ły po mę­sku i z wiel­ką wpra­wą. Jon do­wie­dział się, że za­rów­no one, jak i or­ga­ni­za­to­rzy ma­jów­ki, pań­stwo Pul­mo­re Hur­ri-so­no­wie, miesz­ka­ją sta­le na Long Is­land. Pan­ny za­sy­py­wa­ły go py­ta­nia­mi na te­mat An­glii, a Jon, któ­ry opu­ścił kraj ma­jąc lat dzie­więt­na­ście, wie­le od­po­wie­dzi wy­snu­wał z fan­ta­zji. Za­czy­nał spo­glą­dać tę­sk­nie po­mię­dzy usza­mi ko­nia ku Fran­ci­so­wi Wil­mo­to­wi i jego sio­strze, któ­rzy kłu­so­wa­li przed nimi w mil­cze­niu. Mil­cze­nie to wy­da­wa­ło mu się z od­le­gło­ści nie­zwy­kle ko­ją­ce. Dro­ga wio­dła przez rzad­ki las świer­ko­wy; drze­wa były wy­so­kie i smu­kłe, a te­ren dość piasz­czy­sty. Słoń­ce świe­ci­ło ja­sno i przy­grze­wa­ło, lecz po­wie­trze za­cho­wa­ło jesz­cze chłod­ną rzeź­wość. Jon je­chał na gnia­dym wierz­chow­cu i czuł się tak, jak się czu­je czło­wiek w pierw­szym dniu po­wro­tu do zdro­wia.

Bla­irów­ny chcia­ły wie­dzieć, ja­kie jest jego zda­nie o po­wie­ścio­pi­sa­rzu an­giel­skim – umie­ra­ły z pra­gnie­nia, aby uj­rzeć na wła­sne oczy praw­dzi­we­go li­te­ra­ta. Jon czy­tał tyl­ko jed­ną jego książ­kę i ze wszyst­kich po­sta­ci utkwił mu w pa­mię­ci je­dy­nie kot. Bla­irów­ny nie zna­ły żad­nej jego po­wie­ści. Sły­sza­ły tyl­ko, że koty Min­ha są „po pro­stu zdu­mie­wa­ją­co mą­dre”.

Wtem ja­dą­cy przo­dem Fran­cis Wil­mot ścią­gnął cu­gle i wska­zał spo­re wzgó­rze, któ­re nie­wąt­pli­wie wy­glą­da­ło na ufor­mo­wa­ne sztucz­nie. Wszy­scy za­trzy­ma­li ko­nie. Przez dwie mi­nu­ty przy­glą­da­li się w mil­cze­niu wy­nio­sło­ści, po­tem orze­kli, że „to bar­dzo cie­ka­we”, i po­je­cha­li da­lej. W ma­łej ko­tlin­ce sta­ły oba auta, a ich pa­sa­że­ro­wie wy­ła­do­wy­wa­li pro­wian­ty. Jon od­pro­wa­dził ko­nie, aby je przy­wią­zać obok wierz­chow­ców ro­dzeń­stwa Wil­mo­tów.

– Moja sio­stra – przed­sta­wił Fran­cis Wil­mot.

– Pan For­sy­te, praw­da? – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na.

Spoj­rza­ła na Jona, a Jon na nią. Smu­kła, lecz naj­wi­docz­niej sil­na, mia­ła na so­bie dłu­gą, ciem­no­brą­zo­wą kurt­kę, spodnie do kon­nej jaz­dy i wy­so­kie buty. Spod mięk­kie­go; brą­zo­we­go fil­co­we­go ka­pe­lu­sza wy­my­ka­ły się ciem­ne, kę­dzie­rza­we wło­sy. Bla­da, nie­co śnia­da twarz zdra­dza­ła opa­no­wa­ną ży­wość cha­rak­te­ru. Sze­ro­kie brwi ry­so­wa­ły się wy­ra­zi­ście, pro­sty no­sek miał lek­ko za­dar­ty ko­niu­szek, a nie uma­lo­wa­ne usta były dość duże, ale ład­ne. Uwa­gę Jona zwró­ci­ły przede wszyst­kim oczy dziew­czy­ny: od­po­wia­da­ły do­kład­nie jego wy­obra­że­niu o oczach nim­fy wod­nej. Spo­glą­da­ły nie­co uko­śnie, piw­ne, spo­koj­ne i ku­szą­ce. Nie był pe­wien, czy nie ze­zu­ją odro­bi­nę, ale na­wet je­śli tak, pod­no­si­ło to tyl­ko ich urok. Po­czuł się onie­śmie­lo­ny. Żad­ne z nich nie po­wie­dzia­ło ani sło­wa.

Fran­cis Wil­mot za­uwa­żył:

– Mu­szę się przy­znać, że je­stem głod­ny. Ru­szy­li ra­zem ku za­pa­som żyw­no­ści.

Jon zwró­cił się na­gle do sio­stry Fran­ci­sa:

– Czy pani do­pie­ro co przy­je­cha­ła?

– Tak.

– Skąd?

– Z Na­se­by. To po­mię­dzy Char­le­sto­nem a Sa­van­nah.

– O, Char­le­ston! Lu­bię to mia­sto.

– Anna woli Sa­van­nah – wtrą­cił Fran­cis Wil­mot.

Anna ski­nę­ła po­ta­ku­ją­co gło­wą. Nie ro­bi­ła wra­że­nia roz­mow­nej, lecz głos, któ­rym cza­sem rzu­ca­ła parę słów, był miły i dźwięcz­ny.

– Wła­ści­wie ży­je­my w pew­nym osa­mot­nie­niu – opo­wia­dał Fran­cis. – Pra­wie sami czar­ni. Anna nie wi­du­je zu­peł­nie An­gli­ków, z któ­ry­mi mo­gła­by po­roz­ma­wiać.

Anna uśmiech­nę­ła się, Jon od­po­wie­dział jej uśmie­chem. Nie pod­ję­li tego te­ma­tu. Tym­cza­sem do­tar­li do za­pa­sów żyw­no­ści, któ­re roz­miesz­czo­no w ten spo­sób, aby po­bu­dzić mię­śnie i na­rzą­dy tra­wien­ne do moż­li­wie naj­więk­sze­go wy­sił­ku. Pani Pul­mo­re Hur­ri­son, oso­ba oko­ło czter­dziest­ki, o zde­cy­do­wa­nych ry­sach, sie­dzia­ła pod­cią­ga­jąc sto­py ku gó­rze. Obok niej usa­do­wił się po­wie­ścio­pi­sarz an­giel­ski, Gur­don Min-ho, w po­zy­cji nie­co bar­dziej po­wścią­gli­wej. Da­lej wid­nia­ła gru­pa dziew­cząt o zgrab­nych i swo­bod­nie upo­zo­wa­nych no­gach. Opo­dal, tro­chę na ubo­czu, pan Pul­mo­re Hur­ri­son za­ci­skał małe usta na szyj­ce wiel­kiej bu­tel­ki. Jon i Wil­mo­to­wie rów­nież usie­dli. Pik­nik był roz­po­czę­ty.

Jon ry­chło zdał so­bie spra­wę, że wszy­scy ocze­ku­ją, aby Gur­don Min-ho po­wie­dział coś poza la­ko­nicz­nym: „Tak”, „Na­praw­dę?”, „Ach!”, „Naj­zu­peł­niej!”; na próż­no jed­nak. Sław­ny pi­sarz po­cząt­ko­wo na­tę­żał nie­mal bo­le­śnie uwa­gę, aby nie uro­nić żad­ne­go sło­wa, a po­tem, rzekł­byś, za­padł w drzem­kę. Na­ro­do­wa duma Jona zo­sta­ła do­tknię­ta, zwłasz­cza że on sam był jesz­cze bar­dziej mil­czą­cy. Do­strzegł, że trzy Bla­irów­ny i ich dwie przy­ja­ciół­ki knu­ją ro­dzaj spi­sku ma­ją­ce­go na celu ośmie­sze­nie ma­ło­mów­ne­go An­gli­ka w dal­szych sto­sun­kach to­wa­rzy­skich. Mil­cze­nie sio­stry Fran­ci­sa Wil­mo­ta do­da­wa­ło Jo­no­wi otu­chy; czuł, że nie mia­ła­by ani pra­wa, ani ocho­ty przy­łą­czyć się do po­dob­ne­go spi­sku. Tym­cza­sem szu­kał uciecz­ki się­ga­jąc co raz to po róż­ne wik­tu­ały i od­czuł za­do­wo­le­nie, gdy ob­rzą­dek na­peł­nia­nia skur­czo­nych żo­łąd­ków skoń­czył się wresz­cie. Pik­ni­ki przy­po­mi­na­ją świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia – przed­sta­wia­ją się mi­lej w per­spek­ty­wie przy­szło­ści lub prze­szło­ści ani­że­li wte­dy, gdy sta­no­wią te­raź­niej­szość. Za­pa­sy, na czas po­sił­ku po­roz­dzie­la­ne we­dług ro­dza­jów, zo­sta­ły znów za­pa­ko­wa­ne do ko­szy­ków, a to­wa­rzy­stwo wsia­dło do dwóch sa­mo­cho­dów, któ­re ru­szy­ły w dal­szą dro­gę, gdyż ja­ko­by o dwie mile da­lej mia­ła się wzno­sić jesz­cze jed­na mo­gi­ła. Fran­cis Wil­mot i obie Bla­irów-ny za­de­cy­do­wa­li, że wró­cą i będą się przy­glą­da­li grze w polo. Jon za­py­tał Annę Wil­mot, na co ma ocho­tę. Po­sta­no­wi­ła zo­ba­czyć dru­gą mo­gi­łę.

Do­sie­dli więc koni i w mil­cze­niu je­cha­li ścież­ką przez las. Wresz­cie Jon spy­tał:

– Lubi pani pik­ni­ki?

– Nie zno­szę.

– Ja też. A kon­ną jaz­dę?

– Uwiel­biam wię­cej niż co­kol­wiek na świe­cie.

– Bar­dziej niż ta­niec?

– Oczy­wi­ście. Jaz­dę kon­ną i pły­wa­nie.

– Ach! Wła­śnie my­śla­łem… – I umilkł.

– Co pan my­ślał?

– Tak ja­koś my­śla­łem, że pani musi być do­brą pły­wacz­ką.

– Dla­cze­go?

Jon wy­ja­śnił z za­kło­po­ta­niem:

– Bo ma pani oczy.

– Ja­kie? Czy ry­bie?

Jon ro­ze­śmiał się.

– Nie­zu­peł­nie. Oczy nim­fy wod­nej.

– Nie je­stem pew­na, czy to kom­ple­ment.

– Na­tu­ral­nie, że tak.

– Zda­wa­ło mi się, że nim­fy nie mają do­brej opi­nii.

– O, wod­ne nim­fy mają do­sko­na­łą! Tyl­ko są nie­śmia­łe, oczy­wi­ście.

– Czy w An­glii żyje ich wie­le?

– Nie. W grun­cie rze­czy nig­dy jesz­cze żad­nej nie wi­dzia­łem.

– W ta­kim ra­zie skąd pan wie?

– Po pro­stu mam ja­kieś ogól­ne po­ję­cie, ja­kie oczy po­win­na mieć nim­fa.

– Za­pew­ne ma pan wy­kształ­ce­nie kla­sycz­ne. Czy wszy­scy An­gli­cy kształ­cą się w tym du­chu?

– Nic po­dob­ne­go.

– A jak się panu po­do­ba Ame­ry­ka?

– Bar­dzo. Ale cza­sem tę­sk­nię do kra­ju.

– Ma­rzę o po­dró­żach.

– Nig­dy pani nie po­dró­żo­wa­ła?

Po­trzą­snę­ła gło­wą.

– Sie­dzę tyl­ko w domu i do­glą­dam go­spo­dar­stwa. Ale li­czę się z tym, że bę­dzie­my mu­sie­li sprze­dać nasz sta­ry dwór; ba­weł­na już się nie opła­ca.

– Ja ho­du­ję brzo­skwi­nie w oko­li­cy So­uthern Pi­nes, wie pani, w Pół­noc­nej Ka­ro­li­nie. To jest w tej chwi­li po­płat­ne.

– Czy miesz­ka pan sam?

– Nie, z mat­ką.

– Czy to An­giel­ka?

– Tak.

– Ma pan ojca?

– Umarł przed czte­re­ma laty.

– My z Fran­ci­sem je­ste­śmy sie­ro­ta­mi od dzie­się­ciu lat.

– Chciał­bym, że­by­ście kie­dy do nas przy­je­cha­li. Moja mat­ka strasz­nie by się ucie­szy­ła.

– Czy jest po­dob­na do pana?

Jon za­śmiał się.

– Nie; jest pięk­na.

Oczy dziew­czy­ny spoj­rza­ły na nie­go z po­wa­gą, war­gi jej roz­chy­lił lek­ki uśmiech.

– Przy­je­cha­ła­bym z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią, ale Fran­cis i ja nig­dy nie mo­że­my wy­jeż­dżać jed­no­cze­śnie.

– Dziś prze­cież je­ste­ście tu ra­zem – za­uwa­żył Jon.

– Ju­tro wra­ca­my. Chcia­łam zo­ba­czyć Cam­den.

Oczy Anny znów pod­ję­ły spo­koj­ne ba­da­nie jego twa­rzy.

– A może by za­miast tego pan po­je­chał z nami i po­znał na­szą sie­dzi­bę? To sta­ry dwór. Fran­cis był­by bar­dzo za­do­wo­lo­ny.

– Czy za­wsze wie pani, z cze­go brat bę­dzie za­do­wo­lo­ny?

– Na­tu­ral­nie.

– To musi być miłe. Ale czy pani na­praw­dę mnie za­pra­sza?

– Oczy­wi­ście.

– To bę­dzie dla mnie wiel­ka przy­jem­ność. Nie cier­pię ho­te­li. To zna­czy.. No, wie pani.

Sam jed­nak nie wie­dział, więc nie był pew­ny, czy ona ro­zu­mie, co chciał po­wie­dzieć. Anna do­tknę­ła ko­nia szpi­cru­tą i wierz­cho­wiec prze­szedł w kłus.

Je­cha­li ale­ja­mi od­wiecz­nych świer­ków; słoń­ce świe­ci­ło im w oczy, od roz­grza­nych igieł świer­ko­wych, ży­wi­cy i ziół bił aro­mat; dro­ga była piasz­czy­sta i mięk­ka, ko­nie szły raź­no. Jon czuł się szczę­śli­wy. Ta dziew­czy­na ma dziw­ne oczy – ku­szą­ce. I jest jesz­cze lep­szą ama­zon­ką niż Bla­irów­ny.

– Czy wszy­scy An­gli­cy do­brze jeż­dżą kon­no? – spy­ta­ła.

– Je­że­li już w ogó­le jeż­dżą, to prze­waż­nie do­brze. Ale w dzi­siej­szych cza­sach nie­wie­lu An­gli­ków upra­wia ten sport.

– Bar­dzo bym chcia­ła po­znać An­glię. Na­sza ro­dzi­na przy­wę­dro­wa­ła stam­tąd w roku 1700, z Wor­ce­ster­shi­re. Gdzie to jest?

– W za­chod­niej An­glii – ob­ja­śnił Jon. – Ale to oko­li­ca o cha­rak­te­rze tak od­ręb­nym, jak tyl­ko moż­na so­bie wy­obra­zić. Kra­ina sa­dów, bar­dzo ład­na. Bia­łe drew­nia­ne dom­ki, pa­stwi­ska, ogro­dy owo­co­we, la­ski, zie­lo­ne wzgó­rza. W cza­sie wa­ka­cji zro­bi­łem tam raz z ko­le­gą szkol­nym pie­szą wy­ciecz­kę.

– To musi być ślicz­na oko­li­ca. Nasi przod­ko­wie wy­zna­wa­li ka­to­li­cyzm. Mie­li po­sia­dłość, któ­ra się na­zy­wa­ła Na­se­by. Dla­te­go tak się też na­zy­wa nasz tu­tej­szy ma­ją­tek. Ale moja bab­ka była fran­cu­ską Kre­ol­ką i po­cho­dzi­ła z Lu­izja­ny. W An­glii po­dob­no my­ślą, że w ży­łach Kre­olów pły­nie krew mu­rzyń­ska. Czy to praw­da?

– Je­ste­śmy igno­ran­ta­mi – od­parł Jon. – Ale ja wiem, że Kre­ole wy­wo­dzą się ze sta­rych ro­dzin fran­cu­skich i hisz­pań­skich. Wy­glą­da­cie obo­je, jak­by­ście mie­li w so­bie do­miesz­kę krwi fran­cu­skiej.

– Zwłasz­cza Fran­cis. Czy nie są­dzi pan, że­śmy mi­nę­li tę mo­gi­łę? Uje­cha­li­śmy już ze czte­ry mile, a zda­je się, że mó­wi­ło się tyl­ko o dwóch.

– Czy to ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie? Dru­ga mo­gi­ła to chy­ba za dużo szczę­ścia.

Przez war­gi dziew­czy­ny prze­wi­nął się uśmiech. Wy­da­wa­ło się, że nig­dy nie śmie­je się na głos.

– Ja­kie ple­mię in­diań­skie za­miesz­ku­je te stro­ny? – spy­tał.

– Nie je­stem cał­kiem pew­na. Je­śli tu miesz­ka­ją w ogó­le ja­cyś In­dia­nie, to chy­ba Se­mi­no­lo­wie. Ale Fran­cis twier­dzi, że te mo­gi­ły po­cho­dzą z cza­sów dużo daw­niej­szych niż obec­ne ple­mio­na. Co wła­ści­wie spro­wa­dzi­ło pana do Ame­ry­ki?

Jon przy­gryzł war­gę. Nie spo­sób po­dać wprost przy­czy­ny – mó­wić o wa­śni ro­dzin­nej i za­wo­dzie mi­ło­snym.

– Wy­je­cha­łem na­przód do Ko­lum­bii Bry­tyj­skiej, ale tam nie­na­dzwy­czaj­nie mi się po­wo­dzi­ło. Wte­dy po­sły­sza­łem o brzo­skwi­niach w Pół­noc­nej Ka­ro­li­nie.

– Ale dla­cze­go opu­ścił pan An­glię?

– Chy­ba dla­te­go, że nę­ci­ło mnie po­znać tro­chę świa­ta.

– Aha. – Od­po­wiedź za­brzmia­ła spo­koj­nie, lecz z peł­nią zro­zu­mie­nia. Jon czuł dla Anny tym więk­szą wdzięcz­ność, że w isto­cie nie ro­zu­mia­ła. Wspo­mnie­nie pierw­szej mi­ło­ści rzad­ko go te­raz na­wie­dza­ło – nie po­wra­ca­ło już od roku albo i dłu­żej. Ho­dow­la brzo­skwiń po­chła­nia­ła go zu­peł­nie. Poza tym Hol­ly pi­sa­ła, że Fleur uro­dził się syn.

– My­ślę, że już czas wra­cać – oświad­czył na­gle. – Niech pani spoj­rzy na słoń­ce!

Słoń­ce rze­czy­wi­ście za­pa­da­ło już ni­sko za drze­wa.

– Zgo­da.

Jon za­wró­cił wierz­chow­ca.

– Pu­ść­my się ga­lo­pem, bo za pół go­dzi­ny bę­dzie ciem­no. Księ­życ wscho­dzi te­raz bar­dzo póź­no.

Pu­ści­li ko­nie ga­lo­pem po ścież­ce. Słoń­ce za­cho­dzi­ło jesz­cze szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­li. Po­wie­trze prze­ni­kał chłód, świa­tło mierz­chło. Na­gle Jon ścią­gnął cu­gle.

– Strasz­nie mi przy­kro. Oba­wiam się, że nie je­dzie­my wca­le tą dro­gą, któ­rą przy­je­cha­li­śmy tu z po­pa­su. Zda­je mi się, że zbo­czy­li­śmy w pra­wo. Te dro­gi są wszyst­kie jed­na­ko­we, a ko­nie do­pie­ro wczo­raj przy­szły z Ko­lum­bii. Zna­ją oko­li­cę nie le­piej od nas.

Anna ro­ze­śmia­ła się.

– Za­błą­dzi­my.

– Aha. To nie żar­ty w tych la­sach. Czy one w ogó­le się nie koń­czą?

– Nie wy­glą­da na to. Przy­najm­niej nie w tych stro­nach. To do­pie­ro przy­go­da!

– Tak, ale pani się za­zię­bi. W nocy robi się po­rząd­nie zim­no.

– A pan cho­ro­wał na gry­pę!

– O, to głup­stwo. Tu wi­dać ja­kąś dro­gę w lewo. Czy skrę­ci­my w nią, czy je­dzie­my pro­sto?

– Skręć­my.

Po­kłu­so­wa­li bocz­ną dro­gą. Zmrok za­nad­to już zgęst­niał, by mo­gli je­chać ga­lo­pem. Nie­ba­wem ciem­ność unie­moż­li­wi­ła tak­że kłus. Dro­ga wiła się bez koń­ca.

– Ład­na hi­sto­ria – nie­po­ko­ił się Jon. – Tak mi przy­kro!

Zer­k­nął na ja­dą­cą u swe­go boku dziew­czy­nę, lecz zdo­łał do­strzec tyl­ko jej uśmiech.

– Dla­cze­go? To świet­na za­ba­wa.

Był in­ne­go zda­nia, lecz cie­szył się, że Anna tak to trak­tu­je.

– Za­cho­wa­łem się jak osioł. Pani brat mi tego nie da­ru­je.

– Bę­dzie wie­dział, że je­stem z pa­nem.

– Gdy­by­śmy choć mie­li kom­pas! W ten spo­sób mo­że­my tłuc się całą noc. O, zno­wu roz­wi­dle­nie. Boże, ależ się robi ciem­no!

Nie­mal w tej sa­mej chwi­li za­pa­dła zu­peł­na ciem­ność. Jon z tru­dem mógł doj­rzeć Annę od­da­lo­ną od nie­go o pięć jar­dów. Pod­je­chał do niej, a ona do­tknę­ła jego rę­ka­wa.

– Niech się pan nie mar­twi – pro­si­ła – bo to psu­je całą przy­jem­ność.

Ścią­gnąw­szy cu­gle uści­snął jej rękę.

– Jest pani nad­zwy­czaj­na.

– O, niech mnie pan na­zy­wa Anną, sko­ro­śmy za­błą­dzi­li. „Pani” to zbyt ofi­cjal­nie w ta­kiej sy­tu­acji.

– Dzię­ku­ję bar­dzo. Mnie na imię Jon. Bez h, zdrob­nie­nie od Jo­lyon.

– Jo­lyon. Jon. Po­do­ba mi się to imię.

– Anna była za­wsze moim ulu­bio­nym imie­niem. Czy za­cze­ka­my na wschód księ­ży­ca, czy też po­je­dzie­my da­lej?

– O któ­rej wzej­dzie księ­życ?

– Zda­je się, że oko­ło dzie­sią­tej są­dząc po ze­szłej nocy. I bę­dzie pra­wie peł­nia. Ale jest do­pie­ro szó­sta.

– Jedź­my i zdaj­my się na ko­nie.

– Do­brze! Tyl­ko je­śli po­zwo­li­my im wy­bie­rać dro­gę, to nie ule­ga naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści, że ru­szą w kie­run­ku Ko­lum­bii. A to musi być stąd o set­ki mil.

Po­su­wa­li się stę­pa wą­ską dro­gą. Pa­no­wa­ła już głę­bo­ka ciem­ność. Jon za­py­tał:

– Nie zim­no ci? Roz­grza­ła­byś się idąc pie­szo. Ru­szę przo­dem. Trzy­maj się bli­sko, żeby mnie wi­dzieć.

Wy­sfo­ro­wał się na­przód. Wkrót­ce zsiadł z ko­nia, gdyż sam zmarzł. Po­mię­dzy nie koń­czą­cy­mi się drze­wa­mi le­ża­ła głę­bo­ka ci­sza. Nig­dzie ni pro­mie­nia świa­tła.

– Te­raz mi zim­no – za­brzmiał głos Anny – i ja tak­że zsią­dę.

Wę­dro­wa­li tak może pół go­dzi­ny pro­wa­dząc za sobą wierz­chow­ce i nie­mal po omac­ku szu­ka­jąc dro­gi, gdy Jon po­wie­dział:

– Po­patrz! Tam wi­dać jak­by po­lan­kę. A co to za czar­na masa na lewo?

– To mo­gi­ła.

– Za­sta­na­wiam się tyl­ko, któ­ra. Czy ta, któ­rą­śmy wi­dzie­li, czy tam­ta dru­ga. A może jesz­cze inna?

– Chy­ba le­piej za­trzy­maj­my się tu do wscho­du księ­ży­ca. Wte­dy może roz­po­zna­my tę mo­gi­łę i od­naj­dzie­my dro­gę.

– Masz słusz­ność. Przy­pusz­czam, że tu mogą być ba­gna. Przy­wią­żę ko­nie w za­cisz­nym miej­scu i po­szu­ka­my so­bie ja­kie­goś schro­nie­nia. Ależ zim­no!

Przy­wią­zał ko­nie tak, by sta­ły osło­nię­te od wia­tru. Gdy się od­wró­cił, zo­ba­czył obok sie­bie Annę.

– Dreszcz tu prze­ni­ka czło­wie­ka – po­wie­dzia­ła.

– Znaj­dzie­my so­bie ja­kąś przy­tul­ną kry­jów­kę i usią­dzie­my.

Ujął ją pod ra­mię i obe­szli pod­nó­że mo­gi­ły.

– Spójrz – po­wie­dział na­gle Jon. – W tym miej­scu ktoś ko­pał. Po­win­no tu być za­cisz­nie. – Po­ma­cał zie­mię, oka­za­ła się do­sta­tecz­nie su­cha. – Przy­siądź­my tu i po­roz­ma­wiaj­my.

Sie­dzie­li obok sie­bie, opar­ci ple­ca­mi o ścia­nę wy­drą­żo­nej wnę­ki, pa­ląc pa­pie­ro­sy i wsłu­chu­jąc się w ci­szę. Lecz oprócz par­ska­nia koni i roz­le­ga­ją­cych się od cza­su do cza­su głu­chych ude­rzeń ko­pyt o zie­mię nie sły­sze­li nic. Drze­wa nie były tu dość gę­ste, a wiatr nie dość sil­ny, by grać w ich ko­na­rach; poza dwoj­giem mło­dych i ich koń­mi nie było wo­kół żad­nej ży­wej isto­ty. Wi­dzie­li tyl­ko roje gwiazd na tle bar­dzo ciem­ne­go nie­ba i pnie świer­ków ry­su­ją­ce się w mro­ku głęb­szym to­nem czer­ni. Ach, i ja­rzą­ce się koń­ce dwu pa­pie­ro­sów; od cza­su do cza­su zaś jed­no wi­dzia­ło twarz dru­gie­go oświe­tlo­ną tym ni­kłym bla­skiem.

– Nie spo­dzie­wam się, że­byś mo­gła mi to kie­dy­kol­wiek wy­ba­czyć – oświad­czył Jon po­nu­ro.

– Dla­cze­go? Je­stem po pro­stu za­chwy­co­na.

– Bar­dzo miło z two­jej stro­ny, że tak mó­wisz. Ale mu­sia­łaś strasz­nie zmar­z­nąć. Pro­szę, włóż moją ma­ry­nar­kę.

Za­czął ją zdej­mo­wać, lecz Anna za­pro­te­sto­wa­ła:

– Je­śli to zro­bisz, uciek­nę w las i na­praw­dę za­błą­dzę.

Jon wło­żył z po­wro­tem ma­ry­nar­kę.

– To przy­pa­dek, że za­miast cie­bie nie sie­dzi tu któ­ra z Bla­iró­wien.

– Wo­lał­byś, by tak było?

– Ze wzglę­du na cie­bie, na­tu­ral­nie. Ale je­śli cho­dzi o mnie, to z całą pew­no­ścią nie.

Zwró­ci­li się ku so­bie tak, że koń­ce ich pa­pie­ro­sów nie­mal się ze­tknę­ły. Wi­dział tyl­ko jej oczy i za­pra­gnął na­gle oto­czyć ją ra­mie­niem. Wy­da­wa­ło mu się to czymś na­tu­ral­nym i wła­ści­wym, lecz oczy­wi­ście nie moż­na było tego zro­bić.

– Pro­szę po­czę­stuj się cze­ko­la­dą – za­pro­po­no­wa­ła.

Jon zjadł bar­dzo mały ka­wa­łek. Cze­ko­la­dę trze­ba zo­sta­wić dla niej!

– To praw­dzi­wa przy­go­da. Ależ ciem­no­ści! Ba­ła­bym się, gdy­bym była sama. Mam wra­że­nie, że peł­no tu du­chów.

– Du­chów daw­nych In­dian – szep­nął Jon. – Tyl­ko że ja nie wie­rzę w du­chy.

– Wie­rzył­byś, gdy­byś miał ko­lo­ro­wą nia­nię.

– A ty mia­łaś taką nia­nię?

– Na­tu­ral­nie. Mia­ła głos mięk­ki i słod­ki jak miąższ me­lo­na. Słu­ży u nas do­tych­czas je­den sta­ry Mu­rzyn, któ­ry jako dziec­ko był nie­wol­ni­kiem. To naj­lep­szy Mu­rzyn w oko­li­cy, do­bie­ga osiem­dzie­siąt­ki, wło­sy ma bie­lu­sień­kie.

– Oj­ciec twój chy­ba nie mógł brać udzia­łu w woj­nie do­mo­wej, praw­da?

– Nie. Uczest­ni­czy­li w niej obaj moi dziad­ko­wie.

– A ile ty masz lat, Anno?

– Dzie­więt­na­ście.

– A ja dwa­dzie­ścia trzy.

– Opo­wiedz mi o swo­im domu w An­glii.

– Nie mam tam już domu. – Za­czął mó­wić o swej mło­do­ści, po­da­jąc ją w ocen­zu­ro­wa­nej wer­sji, i do­szedł do wnio­sku, że Anna jest do­sko­na­łą słu­chacz­ką. W za­mian po­pro­sił o jej dzie­je. Pod­czas gdy opo­wia­da­ła, za­sta­na­wiał się, czy po­do­ba mu się jej głos. Choć za­ci­na­ła się i mia­ła dość nie­wy­raź­ną wy­mo­wę, brzmiał mięk­ko i ce­cho­wa­ła go nie­zwy­kle przy­jem­na in­to­na­cja. Kie­dy dziew­czy­na skoń­czy­ła swą pro­stą opo­wieść – pra­wie nie opusz­cza­ła domu ro­dzin­ne­go – za­pa­dła ci­sza. Wresz­cie Jon po­wie­dział:

– Do­pie­ro wpół do ósmej. Pój­dę po­pa­trzeć na ko­nie. Po­tem bę­dziesz mo­gła tro­chę się zdrzem­nąć.

Okrą­żył pod­nó­że kop­ca i pod­szedł do wierz­chow­ców. Przez chwi­lę stał przy ko­niach głasz­cząc je po chra­pach i prze­ma­wia­jąc do nich.

Wzbie­ra­ło w nim tkli­we, opie­kuń­cze uczu­cie: cóż za miłe dziel­ne dziec­ko! Twarz, któ­rej nie spo­sób wy­ma­zać z pa­mię­ci, któ­ra tak wie­le wy­ra­ża! Na­gle usły­szał głos dziew­czy­ny – ci­chy, jak­by za­wo­ła­ła mimo woli:

– Jon, och, Jon!

Wra­cał do niej po omac­ku, przez ciem­ność. Wy­cią­gnę­ła do nie­go ręce.

– Tu jest na­praw­dę nie­sa­mo­wi­cie! Co za dziw­ny szmer! Ciar­ki mi prze­cho­dzą po grzbie­cie!

– Wiatr wzmógł się tro­chę. Usiądź­my tak, żeby się wza­jem­nie oprzeć o sie­bie ple­ca­mi, bę­dzie ci cie­plej. Albo, wiesz co, ja usią­dę pod ścia­ną, a ty się o mnie oprzesz i za­śniesz. Te­raz po­zo­sta­ły już tyl­ko dwie go­dzi­ny cze­ka­nia, przy świe­tle księ­ży­ca mo­że­my je­chać da­lej.

Usa­do­wi­li się tak jak pro­po­no­wał. Anna opar­ła się ple­ca­mi o bok Jona kła­dąc gło­wę na jego ra­mie­niu.

– Wy­god­nie ci?

– Bar­dzo. Prze­szły mi dresz­cze. Czy nie je­stem za cięż­ka?

– Ani tro­chę – za­pew­nił Jon.

Jesz­cze przez chwi­lę roz­ma­wia­li i pa­li­li pa­pie­ro­sy. Gwiaz­dy świe­ci­ły te­raz ja­śniej i oczy oboj­ga oswo­iły się z mro­kiem. Grza­li się wza­jem­nie i byli so­bie za to wdzięcz­ni. Jon z przy­jem­no­ścią wdy­chał woń jej wło­sów przy­po­mi­na­ją­cą za­pach sia­na. Za­pa­dła dłu­ga ci­sza. Cie­płe, opie­kuń­cze uczu­cia opa­no­wy­wa­ły go co­raz sil­niej. Miał ocho­tę ob­jąć Annę i przy­gar­nąć moc­niej do sie­bie. Lecz oczy­wi­ście nie uległ temu pra­gnie­niu. Mógł być dla niej je­dy­nie źró­dłem cie­pła na tyle bez­oso­bi­ste­go, by zgo­dzi­ła się z nie­go ko­rzy­stać. Tam­to daw­ne prze­ży­cie za­da­ło mu tak głę­bo­ką ranę, że od­kąd opu­ścił An­glię, dziś do­pie­ro po raz pierw­szy za­pra­gnął oto­czyć ko­goś ra­mie­niem. Ze­rwał się wiatr, za­szep­tał wśród drzew i ucichł. Ci­sza sta­ła się jesz­cze głęb­sza. Jon był zu­peł­nie roz­bu­dzo­ny i wy­da­wa­ło mu się dziw­ne, że Anna po­tra­fi spać, gdyż nie­wąt­pli­wie za­snę­ła – znie­ru­cho­mia­ła tak cał­ko­wi­cie. Przy­glą­dał się mru­ga­ją­cym w gó­rze gwiaz­dom. Człon­ki za­czę­ły go bo­leć i drę­twieć. Na­gle zdał so­bie spra­wę, że Anna rów­nież nie śpi. Po­wo­li od­wró­ci­ła gło­wę i doj­rzał jej oczy: po­waż­ne i ku­szą­ce.

– Je­stem za cięż­ka – oświad­czy­ła i usia­dła pro­sto. Lecz przy­trzy­mał ją ra­mie­niem.

– Nic po­dob­ne­go. Zo­stań tak, je­że­li ci cie­pło i wy­god­nie w tej po­zy­cji.

Gło­wa jej wró­ci­ła na jego ra­mię i da­lej trwa­li bez­sen­nie. Tro­chę te­raz roz­ma­wia­li, prze­waż­nie o bła­host­kach, i Jon po­my­ślał: „Dziw­ne, jak moż­na żyć z ludź­mi przez całe mie­sią­ce i nie po­znać ich ani w po­ło­wie tak do­brze, jak my się te­raz bę­dzie­my zna­li.”

Znów za­pa­dła dłu­ga ci­sza, lecz tym ra­zem ra­mię Jona oto­czy­ło Annę – tak było oboj­gu wy­god­niej. I Jon do­szedł do wnio­sku, że wo­lał­by, żeby księ­życ jesz­cze nie wscho­dził. Za­sta­na­wiał się, czy ona my­śli tak samo. Lecz je­śli na­wet Anna do­zna­wa­ła po­dob­nych uczuć, księ­życ, prze­mie­rza­jąc swe szla­ki, nie li­czył się z tym zu­peł­nie. Na­gle Jon uświa­do­mił so­bie, że już się wy­ła­nia, że czai się gdzieś za drze­wa­mi, że dziw­na, ła­god­na po­świa­ta roz­le­wa się w po­wie­trzu, ście­le się po zie­mi i osnu­wa ga­łę­zie.

– Księ­życ! – po­wie­dział. Anna się nie po­ru­szy­ła, a jego ser­ce za­czę­ło bić przy­śpie­szo­nym tęt­nem. Więc tak! Ona tak­że nie chcia­ła, by księ­życ wscho­dził! Nie­śmia­ły po­blask z wol­na prze­isto­czył się w świa­tło, któ­re wdar­ło się po­mię­dzy pnie i ob­la­ło ich sie­dzą­ce po­sta­cie. Lecz oni trwa­li w bez­ru­chu, jak­by oba­wia­jąc się, że czar pry­śnie. Księ­życ świe­cił co­raz sil­niej, rósł w zim­ny prze­pych bla­sku i pod­no­sił się po­nad drze­wa. Świat zda­wał się po­now­nie oży­wać. Przez gło­wę Jona prze­mknę­ła myśl: „A gdy­bym ją po­ca­ło­wał?” – ale od­rzu­cił ją na­tych­miast. Czy moż­li­we, by Anna tego pra­gnę­ła? Lecz ona, jak­by go od­ga­dła, od­wró­ci­ła gło­wę i utkwi­ła wzrok w jego oczach. Oświad­czył:

– Je­steś pod moją opie­ką.

Od­po­wie­dzia­ła mu lek­kim wes­tchnie­niem i pod­nio­sła się. Sta­li pro­stu­jąc się i spo­glą­da­li w osre­brzo­ny, ta­jem­ni­czy las.

– Po­patrz, Anno! To wła­śnie ta mo­gi­ła. Tędy pro­wa­dzi ścież­ka do ko­tlin­ki, w któ­rej je­dli­śmy obiad. Te­raz od­naj­dzie­my dro­gę bez tru­du.

– Tak – w sło­wie tym za­brzmia­ło coś, cze­go zna­cze­nia nie po­tra­fił od­gad­nąć. Po­szli do koni, od­wią­za­li je i wsie­dli. Przy­po­mi­na­jąc so­bie te­raz wspól­nie dro­gę, ru­szy­li na­przód. Je­cha­li obok sie­bie.

Jon po­wie­dział:

– Prze­ży­li­śmy coś, co miło bę­dzie wspo­mi­nać.

– Tak, nig­dy tego nie za­po­mnę.

Wię­cej się nie od­zy­wa­li. Cza­sem tyl­ko na­ra­dza­li się, gdy na­su­wa­ły się im wąt­pli­wo­ści co do wy­bo­ru tra­sy. Lecz nie­ba­wem dro­ga prze­sta­ła je na­strę­czać i pu­ści­li się kłu­sem. Wje­cha­li na plac do gry w polo przy­le­ga­ją­cy do ho­te­lu.

– Pójdź uspo­ko­ić bra­ta. Ja od­pro­wa­dzę ko­nie i za­raz przyj­dę.

W sa­lo­nie ho­te­lo­wym za­stał jed­nak tyl­ko Fran­ci­sa Wil­mo­ta, wciąż jesz­cze w ubra­niu do kon­nej jaz­dy. Miał on szcze­gól­ny wy­raz twa­rzy, może nie­zu­peł­nie wro­gi, lecz z całą pew­no­ścią nie przy­ja­zny.

– Anna po­szła na górę – oświad­czył. – Wi­dzę, że nie­zbyt do­brze zna pan oko­li­cę. Na­pę­dził mi pan po­rząd­ne­go stra­chu.

– Strasz­nie mi przy­kro – od­po­wie­dział Jon ze skru­chą. – Wy­szło mi z pa­mię­ci, że ko­nie świe­żo przy­by­ły w te stro­ny.

– Hm! – chrząk­nął Fran­cis i wzru­szył ra­mio­na­mi.

Jon po­pa­trzył by­stro na mło­de­go czło­wie­ka.

– Nie przy­pusz­cza pan chy­ba, że za­wie­ru­szy­łem się na­umyśl­nie? Bo ma pan taką minę, jak­by pan tak my­ślał.

Fran­cis Wil­mot znów wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Niech pan da­ru­je – za­uwa­żył Jon – ale za­po­mi­na pan, że pań­ska sio­stra jest damą i że wo­bec damy nikt się nie za­cho­wa jak ło­buz.

Fran­cis Wil­mot nie od­po­wie­dział. Pod­szedł do okna i sta­nął przy nim wy­glą­da­jąc na ze­wnątrz. Jon uczuł gniew. Siadł na po­rę­czy fo­te­la, na­gle zmo­żo­ny śmier­tel­nym znu­że­niem. Po­nu­ro na­chmu­rzo­ny pa­trzył w zie­mię. Niech dia­bli po­rwą tego go­ścia! Czy my­śli, że on uwo­dził Annę? Bo gdy­by tak…

Za jego ple­ca­mi za­brzmiał głos:

– Nie mia­łem tego na my­śli. Prze­pra­szam bar­dzo. Po pro­stu naja­dłem się stra­chu. Po­daj­my so­bie ręce!

Jon im­pul­syw­nie wy­cią­gnął dłoń i za­mie­ni­li uścisk pa­trząc so­bie pro­sto w oczy.

– Musi pan być cał­kiem wy­koń­czo­ny – po­wie­dział Fran­cis Wil­mot.

– Chodź­my do mego po­ko­ju. Mam u sie­bie bu­tel­kę. An­nie da­łem się już na­pić.

Po­szli na górę. Jon za­siadł na je­dy­nym krze­śle, Fran­cis usa­do­wił się na łóż­ku.

– Anna mó­wi­ła mi, że za­pro­si­ła pana do Na­se­by. Mam na­dzie­ję, że po­je­dzie pan ju­tro ra­zem z nami.

– Po­ja­dę z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią.

– To świet­nie!

Pili, ga­wę­dzi­li, pa­li­li.

– Do­bra­noc – rzu­cił na­gle Jon – bo bym tu za­snął.

Znów za­mie­ni­li uścisk dło­ni i Jon udał się chwiej­nym kro­kiem do swe­go po­ko­ju. Za­snął na­tych­miast.

Na­za­jutrz wszy­scy tro­je po­je­cha­li przez Ko­lum­bię i Char­le­ston do po­sia­dło­ści Wil­mo­tów. Le­ża­ła ona nad brze­giem czer­wo­nej rze­ki, wśród plan­ta­cji ba­weł­ny i ba­gien, na któ­rych ro­sły me­lan­cho­lij­ne dęby ob­wie­szo­ne fe­sto­na­mi flo­rydz­kie­go mchu. W po­bli­żu dwo­ru sta­ły jesz­cze daw­ne ba­ra­ki dla nie­wol­ni­ków, uży­wa­ne te­raz tyl­ko cza­sem jako szo­py. Dwu­pię­tro­wy dwór miał sze­ro­ki ga­nek ob­ro­śnię­ty gli­cy­nią, na któ­ry z dwóch stron pro­wa­dzi­ły scho­dy. Ścia­ny domu wy­ma­ga­ły od­no­wie­nia. We­wnątrz cią­gnę­ły się w am­fi­la­dzie po­ko­je, za­wie­szo­ne sta­ry­mi por­tre­ta­mi zmar­łych Wil­mo­tów i de Fre­vil­le­ow. Co krok spo­ty­ka­ło się Mu­rzy­nów i sły­sza­ło ich mięk­ką, prze­cią­głą mowę.

Jon czuł się szczę­śliw­szy niż kie­dy­kol­wiek, od chwi­li gdy przed trze­ma i pół laty wy­lą­do­wał na dru­giej pół­ku­li. Ran­ka­mi wa­łę­sał się w słoń­cu w to­wa­rzy­stwie psów lub pró­bo­wał pi­sać wier­sze, bo obo­je mło­dzi Wil­mo­to­wie byli za­ję­ci. Po po­łu­dnio­wym po­sił­ku jeź­dził kon­no z ro­dzeń­stwem lub tyl­ko z Anną. Wie­czo­ra­mi, sie­dząc przed ko­min­kiem, na któ­rym od za­cho­du słoń­ca pło­nę­ły szcza­py drew­na, uczył się od niej gry na uku­le­le lub słu­chał, jak Fran­cis Wil­mot opo­wia­da o upra­wie ba­weł­ny; od owe­go krót­kie­go star­cia po­zo­sta­wał z nim w naj­lep­szych sto­sun­kach.

Z Anną roz­ma­wia­li nie­wie­le; było to tak, jak gdy­by po­wró­ci­li do mil­cze­nia, któ­re za­pa­dło po­mię­dzy nimi wte­dy, gdy sie­dzie­li w mro­ku u stóp sta­rej in­diań­skiej mo­gi­ły. Lecz Jon uważ­nie przy­glą­dał się dziew­czy­nie. Wciąż usi­ło­wał po­chwy­cić w jej ciem­nych oczach tam­to po­waż­ne, ku­szą­ce spoj­rze­nie. Wy­da­wa­ła mu się co­raz bar­dziej nie­po­dob­na do wszyst­kich dziew­cząt, któ­re znał – szyb­sza, cich­sza, po­sia­da­ją­ca wię­cej od­wa­gi. Dnie mi­ja­ły w pro­mie­niach upal­ne­go słoń­ca, a wie­czo­ry wśród za­pa­chu dymu z pło­ną­ce­go drze­wa. Wa­ka­cje Jona do­bie­ga­ły koń­ca. Umiał już grać na uku­le­le i wtó­ru­jąc so­bie na nim śpie­wa­li ra­zem z Anną pie­śni mu­rzyń­skie, arie z oper ko­micz­nych i inne nie­śmier­tel­ne utwo­ry. Nad­szedł ostat­ni dzień po­by­tu i Jona ogar­nął smu­tek. Ju­tro wcze­snym ran­kiem wra­ca do swo­ich brzo­skwiń w So­uthern Pi­nes! Tego po­po­łu­dnia, gdy wy­brał się z Anną po raz ostat­ni na kon­ną prze­jażdż­kę, mil­cze­nie ich sta­ło się nie­mal nie­na­tu­ral­ne. Pra­wie nie pa­trzy­ła na nie­go. Jon my­ślał o wy­jeź­dzie z ser­cem ści­śnię­tym trwo­gą. Wie­dział te­raz, że pra­gnie za­brać ze sobą Annę, lecz są­dził, że nie ze­chcia­ła­by z nim po­je­chać. Jak­że mu bę­dzie brak tych czuj­nych oczu utkwio­nych w jego twa­rzy! Pa­li­ło go pra­gnie­nie, by uca­ło­wać dziew­czy­nę. W po­nu­rym na­stro­ju zszedł ostat­nie­go wie­czo­ru na dół i za­siadł w fo­te­lu przed ko­min­kiem cią­gnąc za uszy spa­nie­la i pa­trząc, jak zmierzch wle­wa się do po­ko­ju. Może Anna nie przyj­dzie na­wet na po­że­gnal­ne mu­zy­ko­wa­nie. Może nic się już nie zda­rzy i cze­ka go tyl­ko obiad, a po­tem wie­czór a tro­is1. Nie bę­dzie miał na­wet oka­zji wy­znać, że ją ko­cha, i usły­szeć, że ona go nie ko­cha. I my­ślał z ża­lem: „To moja wina – je­stem mil­czą­cy głu­piec. Zmar­no­wa­łem wszyst­kie oka­zje.”

Po­kój za­snu­wał co­raz głęb­szy mrok, aż wresz­cie wi­dać było tyl­ko blask ognia. Spa­niel za­snął, Jon tak­że za­mknął oczy. W ten spo­sób było mu jak­by ła­twiej cze­kać – na naj­gor­sze. Gdy pod­niósł po­wie­ki, uj­rzał przed sobą Annę z dwo­ma in­stru­men­ta­mi w rę­kach.

– Czy masz ocho­tę po­grać, Jo­nie?

– Tak – od­po­wie­dział – graj­my. To ostat­ni raz – i wziął swo­je uku­le­le.

Anna usia­dła na dy­wa­nie przed ko­min­kiem i za­czę­ła stro­ić swo­je. Jon zsu­nął się z fo­te­la, usa­do­wił koło psa i tak­że przy­stą­pił do stro­je­nia in­stru­men­tu. Spa­niel pod­niósł się i od­da­lił.

– Co za­śpie­wa­my?

– Nie chcę śpie­wać, Anno. Ty śpie­waj. Ja tyl­ko będę akom­pa­nio­wał.

Nie pa­trzy­ła na nie­go! Nie chcia­ła na nie­go pa­trzeć! To już ko­niec. Ja­kim­że był głup­cem!

Anna śpie­wa­ła. Nu­ci­ła ża­ło­sną fra­zę – wo­ła­nie po­nad gó­ra­mi Hisz­pa­nii. Jon ude­rzał w stru­ny, a me­lo­dia ugo­dzi­ła go w ser­ce. Prze­śpie­wa­ła całą pieśń. Po­tem za­czę­ła znów od po­cząt­ku, a oczy jej spo­czę­ły na nim nie­po­strze­że­nie. Boże! Pa­trzy­ła na nie­go! Mu­sia­ła so­bie zda­wać spra­wę, że on o tym wie. To prze­cią­głe spoj­rze­nie ciem­nych oczu spo­nad uku­le­le – szczę­ście po­nad mia­rę! Od­dzie­la­ły ich od sie­bie dwa in­stru­men­ty. Upu­ścił prze­klę­te uku­le­le. I na­gle, przy­su­nąw­szy się ku An­nie, ob­jął ją. Bez sło­wa zło­ży­ła mu gło­wę na ra­mie­niu tak jak wte­dy, gdy sie­dzie­li u pod­nó­ża in­diań­skiej mo­gi­ły. Na­chy­lił po­li­czek ku wło­som dziew­czy­ny. Pach­nia­ły sia­nem, tak jak wte­dy. I tak jak wów­czas w bla­sku księ­ży­ca, zwró­ci­ła ku nie­mu twarz. Lecz tym ra­zem Jon uca­ło­wał jej war­gi.

Księga II

Srebr­na łyż­ka

tłu­ma­czył

Ta­de­usz Ja­ku­bo­wicz

Ale – och!– cier­nie, po któ­rych stą­pa­my!

W. Sha­ke­spe­are, Opo­wieść zi­mo­wa

CZĘŚĆ PIERWSZA

I. Cu­dzo­zie­miec

Młody czło­wiek, któ­ry w koń­cu wrze­śnia 1924 roku wy­siadł z tak­sów­ki na So­uth Squ­are w po­bli­żu West­min­ste­ru, w tak ma­łym stop­niu wy­glą­dał na Ame­ry­ka­ni­na, że szo­fer za­wa­hał się nie­co, nim za­żą­dał po­dwój­nej za­pła­ty za kurs. Mło­dzie­niec od­mó­wił bez wa­ha­nia.

– Pan za­pew­ne nie umie czy­tać – rzekł ła­god­nie. – Oto pań­skie czte­ry szy­lin­gi.

Po czym od­wró­cił się i spoj­rzał na ka­mie­ni­cę, przed któ­rą sta­li. Ten pierw­szy dom an­giel­ski, do któ­re­go za­mie­rzał wejść, bu­dził w nim pe­wien nie­po­kój, jak w kimś, kto przy­pusz­cza, że przyj­dzie mu się roz­stać z du­cha­mi ro­dzin­ne­go domu. Zaj­rzał do ja­kie­goś li­stu, po­tem spraw­dził nu­mer wy­gra­we­ro­wa­ny na mo­sięż­nej ta­blicz­ce na drzwiach, szep­nął: – To z pew­no­ścią tu! – i za­dzwo­nił.

Cze­ka­jąc, aż mu otwo­rzą drzwi, stał wsłu­cha­ny w głę­bo­ką ci­szę, któ­rą na­gle prze­rwa­ło bi­cie ze­ga­ra wy­dzwa­nia­ją­ce­go go­dzi­nę czwar­tą. Był to jak gdy­by głos sa­me­go cza­su. Z ostat­nim ude­rze­niem drzwi się uchy­li­ły i ja­kiś męż­czy­zna, nie­mal zu­peł­nie łysy, za­py­tał:

– Czym mogę słu­żyć?

Mło­dzie­niec zdjął mięk­ki ka­pe­lusz, spod któ­re­go uka­za­ły się ciem­ne wło­sy.

– Czy to dom pani Mont?

– Tak jest.

– Czy może pan do­rę­czyć jej mój bi­let i ten list?

– „Pan Fran­cis Wil­mot, Na­se­by, Po­łu­dnio­wa Ka­ro­li­na.” Ze­chce pan za­cze­kać tu chwi­lę, pro­szę pana.

Wpro­wa­dzo­ny do po­ko­ju na pra­wo, Fran­cis Wil­mot do­strzegł, że coś po­ru­sza się na pod­ło­dze, i po­czuł, że czy­jeś zęby ata­ku­ją jego łyd­kę.

– Dan­die! – roz­legł się głos ły­se­go męż­czy­zny. – Ach, ty pół­dia­blę! Ten pies jest nie­zbyt uprzej­my dla ob­cych, pro­szę pana. Le­żeć! Sam wi­dzia­łem, jak prze­gryzł na wy­lot ja­kieś dam­skie poń­czo­chy.

Fran­cis Wil­mot spoj­rzał z cie­ka­wo­ścią na srebr­no­sza­re­go psa ma­ją­ce­go dzie­sięć cali wy­so­ko­ści i ty­leż pra­wie sze­ro­ko­ści, któ­ry pa­trzył błysz­czą­cy­mi ocza­mi uka­zu­jąc nie­zwy­kle pięk­ne zęby.

– To z po­wo­du dziec­ka – po­wie­dział łysy męż­czy­zna wska­zu­jąc na przy­po­mi­na­ją­cy gniazd­ko ko­szyk sto­ją­cy na pod­ło­dze obok wy­ga­słe­go ko­min­ka. – Rzu­ca się na lu­dzi, kie­dy dziec­ko jest w po­bli­żu. Ale sko­ro tyl­ko ob­wą­cha pań­skie spodnie, uspo­koi się. Cho­ciaż le­piej ma­łe­go nie ru­szać. Pani Mont była tu przed chwi­lą. Za­nio­sę jej za­raz pań­ski bi­let.

Fran­cis Wil­mot usiadł na ka­nap­ce po­środ­ku po­ko­ju, pies zaś po­ło­żył się mię­dzy nim a ma­łym.

Mło­dzie­niec za­czął się roz­glą­dać. Wzdłuż po­ko­ju bie­gły zło­ta­we pa­ne­le, su­fit był sre­brzy­sty. W jed­nym ką­cie stał kla­wi­kord, mała zło­ta mi­nia­tu­ra for­te­pia­nu. Ścia­ny zdo­bi­ły krysz­ta­ło­we świecz­ni­ki i ob­ra­zy: ja­kieś kwia­ty oraz dama o sre­brzy­stej szyi tań­czą­ca w roz­wia­nej sze­ro­ko suk­ni i zło­tych pan­to­fel­kach. Por­tie­ry mia­ły od­cień zło­ci­sto-srebr­ny. Sre­brzy­stej bar­wy dy­wan ugi­nał się nie­zwy­kle mięk­ko pod sto­pa­mi, a me­ble były ze zło­co­ne­go drze­wa.

Fran­cis do­znał na­gle uczu­cia no­stal­gii. Przy­po­mniał so­bie ba­wial­nię sta­re­go domu w sty­lu „ko­lo­nial­nym”, w za­ko­lu czer­wo­nej rze­ki w od­lud­nej oko­li­cy Po­łu­dnio­wej Ka­ro­li­ny. Wi­dział znów por­tret pra­dzia­da, Fran­ci­sa Wil­mo­ta, w czer­wo­nym mun­du­rze z wy­so­kim koł­nie­rzem, ma­jo­ra wojsk kró­lew­skich w woj­nie o nie­pod­le­głość. W domu za­wsze mó­wio­no, że por­tret ten przy­po­mi­nał ob­raz, któ­ry on, Fran­cis, go­ląc się, wi­dział co rano w lu­strze: ta­kie same gład­kie ciem­ne wło­sy opa­da­ją­ce na pra­wą skroń, wą­ski nos i usta, wą­ska, sma­gła ręka na rę­ko­je­ści szpa­dy lub – jak u nie­go – brzy­twy, zmru­żo­ne, ciem­ne, ba­daw­czo pa­trzą­ce oczy. Mło­dy Fran­cis wi­dział znów Mu­rzy­nów pra­cu­ją­cych na plan­ta­cjach ba­weł­ny w słoń­cu, któ­re­go nie wi­dział jesz­cze bo­daj ani razu od chwi­li, kie­dy przy­był do An­glii. Ze swym se­te­rem prze­cha­dzał się nad brze­giem mo­cza­rów, tam, gdzie fe­sto­ny mchu flo­rydz­kie­go zdo­bią wy­so­kie, smęt­ne drze­wa. My­ślał o dzie­dzic­twie Wil­mo­tów, któ­re ule­gło ru­inie pod­czas woj­ny do­mo­wej i któ­re do­tąd jesz­cze, choć cen­ne, nie dźwi­gnę­ło się z upad­ku; my­ślał tak­że o tym, czy na­le­ży nadal o nie wal­czyć, czy też sprze­dać temu Jan­ke­so­wi, któ­ry pra­gnie spę­dzać tu week­en­dy po pra­cy w por­cie Char­le­sto­nu i do­pro­wa­dzi przy­pusz­czal­nie po­sia­dłość do sta­nu ta­kie­go roz­kwi­tu, że sta­nie się wręcz nie do po­zna­nia. Fran­cis czuł­by się tam sa­mot­nie te­raz, gdy Anna wy­szła za mąż za mło­de­go An­gli­ka, Jona For­sy­te’a, i wy­je­cha­ła na pół­noc, do So­uthern Pi­nes. I my­ślał o sio­strze, dla sie­bie już stra­co­nej, bla­dej, ciem­no­wło­sej, sku­pio­nej i od­waż­nej. Tak, bu­dził w nim no­stal­gię ten po­kój, z któ­re­go do­sko­na­ło­ścią nie mo­gło mie­rzyć się nic, co do­tąd wi­dział, gdzie je­dy­nym szcze­gó­łem psu­ją­cym har­mo­nię był pies. Le­żał te­raz na boku, a tak był gru­by, że wszyst­kie czte­ry krót­kie łap­ki ster­cza­ły w po­wie­trzu.

– To naj­ład­niej­szy po­kój, jaki kie­dy­kol­wiek w ży­ciu wi­dzia­łem – szep­nął Fran­cis.

– Jak­że miło pod­słu­chać coś po­dob­ne­go!

Przy drzwiach sta­ła mło­da ko­bie­ta o mlecz­no­bia­łej twa­rzy oko­lo­nej wi­ją­cy­mi się kasz­ta­no­wa­ty­mi wło­sa­mi; nos mia­ła krót­ki i pro­sty, usta uśmiech­nię­te, a nad ciem­no­orze­cho­wy­mi oczy­ma trze­po­ta­ły bar­dzo bia­łe, o ciem­nych rzę­sach po­wie­ki. Zbli­ży­ła się do nie­go i po­da­ła mu rękę.

Fran­cis Wil­mot po­chy­lił się nad nią mó­wiąc z po­wa­gą:

– Pani Mont, wszak praw­da?

– Więc Jon oże­nił się z pań­ską sio­strą. Czy jest ład­na?

– Tak.

– Bar­dzo?

– Owszem, bar­dzo.

– Przy­pusz­czam, że mały za­ba­wiał pana?

– O, to już duży chło­pa­czek.

– Tak. Sły­sza­łam, że Dan­die ugryzł pana?

– Są­dzę, że nie za­dra­snął mi skó­ry.

– Na­wet pan nie spraw­dził? Ale on jest zu­peł­nie zdro­wy. Pro­szę usiąść i opo­wie­dzieć mi wszyst­ko o swo­jej sio­strze i Jo­nie. Czy to do­bra­ne mał­żeń­stwo?

Fran­cis Wil­mot usiadł.

– Z pew­no­ścią tak. Mło­dy Jon to do­rod­ny bia­ły, Anna zaś.

Usły­szał wes­tchnie­nie.

– Bar­dzo się cie­szę. Pi­sze mi w li­ście, że jest ogrom­nie szczę­śli­wy. Musi pan za­trzy­mać się tu­taj. Może pan czuć się tu zu­peł­nie swo­bod­nie. Pro­szę uwa­żać nasz dom za ho­tel.

Ciem­ne oczy mło­dzień­ca za­bły­sły uśmie­chem.

– To bar­dzo uprzej­mie z pani stro­ny! Nig­dy jesz­cze nie by­łem po tej stro­nie oce­anu. Woj­na zbyt pręd­ko się skoń­czy­ła.

Fleur wzię­ła dziec­ko z jego gniazd­ka.

– To stwo­rzon­ko nie gry­zie. Wi­dzi pan: dwa zęby, ale oba na gó­rze.

– Jak się na­zy­wa?

– Kit, od Krzysz­to­fa. Na szczę­ście, obo­je zgo­dzi­li­śmy się na to imię. Mi­chał, mój mąż, wkrót­ce na­dej­dzie. Wie pan, on jest człon­kiem par­la­men­tu. Se­sja nie roz­pocz­nie się przed po­nie­dział­kiem – oczy­wi­ście, spra­wa Ir­lan­dii. Wła­śnie dla­te­go wró­ci­li­śmy wczo­raj z Włoch. To cu­dow­ny kraj! Musi pan go zwie­dzić.

– Prze­pra­szam bar­dzo za to py­ta­nie, czy to ze­gar na par­la­men­cie tak gło­śno bije?

– Big Ben, tak. Mie­rzy im czas. Mi­chał po­wia­da, że par­la­ment to naj­do­sko­nal­szy ze wszyst­kich do­tąd zna­nych ha­mul­ców po­stę­pu. W tym roku se­sje były szcze­gól­nie in­te­re­su­ją­ce ze wzglę­du na nasz pierw­szy la­bo­urzy­stow­ski rząd. Nie uwa­ża pan, że to wzru­sza­ją­ce, jak ten pies pil­nu­je na­sze­go ma­łe­go? Ma sza­le­nie groź­ny pysk.

– Jaka to rasa?

– Dan­die Din­mont. Mie­li­śmy przed­tem pe­kiń­czy­ka, ale wy­ni­kła okrop­na tra­ge­dia. Lu­bił uga­niać się za ko­ta­mi. I któ­re­goś dnia na­tknął się na wo­jow­ni­cze­go ko­cu­ra, któ­ry rzu­cił mu się do oczu z pa­zu­ra­mi. Zu­peł­nie oślepł.

Mło­dzie­niec uj­rzał na­gle, że oczy mło­dej ko­bie­ty po­dej­rza­nie za­bły­sły. Od­chrząk­nął z lek­ka i po­wie­dział ła­god­nie:

– To bar­dzo przy­kre.

– Mu­sia­łam zmie­nić całe urzą­dze­nie tego po­ko­ju. Po­przed­nio był w chiń­skim sty­lu i zbyt wie­le na­su­wał mi wspo­mnień.

– Ten psiak dał­by so­bie radę z każ­dym ko­tem.

– Na szczę­ście wy­cho­wy­wał się ra­zem z ko­cię­ta­mi. Wzię­li­śmy go z po­wo­du jego łap: przed­nie są tak krzy­we, że pra­wie nie może bie­gać, na­da­je się więc do­sko­na­le do spa­ce­rów z ma­łym. Dan, po­każ łapy!

Dan­die spoj­rzał ku nim w górę, wark­nię­ciem wy­ra­ża­jąc od­mo­wę.

– Ma okrop­ny cha­rak­te­rek. Niech mi pan po­wie, jak Jon obec­nie wy­glą­da? Czy nie prze­stał być An­gli­kiem?

Mło­dzie­niec miał wra­że­nie, że te­raz do­pie­ro za­czy­na mó­wić o tym, co ją istot­nie in­te­re­su­je.

– O, nie. Ale to po­rząd­ny chło­pak.

– A jego mat­ka? Była nie­gdyś pięk­na.

– I dziś jesz­cze jest pięk­na.

– Spo­dzie­wa­łam się tego. Przy­pusz­czam, że przez ten czas po­si­wia­ła?

– Tak. Pani jej nie lubi?

– No, mam na­dzie­ję, że nie bę­dzie za­zdro­sna o pań­ską sio­strę!

– Są­dzę, że jest pani chy­ba nie­spra­wie­dli­wa.

– Chy­ba je­stem nie­spra­wie­dli­wa.

Fleur sie­dzia­ła nie­mal bez ru­chu, z gło­wą po­chy­lo­ną nad dziec­kiem, a mło­dzie­niec ro­zu­mie­jąc, że my­śli jej błą­dzą w ja­kichś nie­do­stęp­nych dla nie­go re­gio­nach, wstał.

– Kie­dy bę­dzie pan pi­sał do Jona – pod­ję­ła nie­spo­dzia­nie – pro­szę mu do­nieść, że je­stem ogrom­nie rada i ży­czę mu szczę­ścia. Ja sama nie mam za­mia­ru pi­sać do nie­go. Czy mogę na­zy­wać pana Fran­ci­sem?

Fran­cis Wil­mot skło­nił się.

– Bę­dzie to dla mnie wiel­ki za­szczyt, ma’am.

– Tak, ale i pan musi na­zy­wać mnie Fleur. Je­ste­śmy jak­by tro­chę spo­wi­no­wa­ce­ni, praw­da?

Mło­dzie­niec uśmiech­nął się i nie­śmia­ło, jak­by brzeż­kiem warg, po­wtó­rzył:

– Fleur! To pięk­ne imię.

– Kie­dy pan wró­ci, Fran­cis, po­kój bę­dzie już go­to­wy. Ma oczy­wi­ście od­dziel­ną ła­zien­kę.

Fran­cis do­tknął usta­mi wy­cią­gnię­tej ręki.

– Cu­dow­nie! – rzekł. – Mia­łem uczu­cie no­stal­gii. Bra­ko­wa­ło mi tu na­sze­go słoń­ca.

Wy­cho­dząc od­wró­cił się i spoj­rzał raz jesz­cze. Fleur po­ło­ży­ła dziec­ko do ko­szy­ka i pa­trzy­ła pro­sto przed sie­bie.

II. Zmia­na

Nie tyl­ko tra­ge­dia pie­ska skło­ni­ła Fleur do prze­me­blo­wa­nia chiń­skie­go po­ko­ju. Wró­ciw­szy do domu wie­czo­rem w dwu­dzie­stą dru­gą rocz­ni­cę jej uro­dzin Mi­chał po­wie­dział:

– No, moje dziec­ko, skoń­czy­łem z dzia­łal­no­ścią wy­daw­ni­czą. To nie przy­szłość dla mnie, współ­pra­ca ze sta­rym Dan­bym, któ­ry za­wsze ma ra­cję.

– Ależ, Mi­cha­le, za­nu­dzisz się na śmierć.

– Wej­dę do par­la­men­tu. To rzecz zu­peł­nie ła­twa. I jed­no nie­mal war­te dru­gie­go.

Mó­wił to żar­tem. Po sze­ściu dniach oka­za­ło się jed­nak, że ona po­trak­to­wa­ła jego sło­wa po­waż­nie.

– Mia­łeś zu­peł­ną słusz­ność, Mi­cha­le. To w sam raz dla cie­bie. Masz mnó­stwo po­my­słów.

– Cu­dzych.

– I masz dar wy­mo­wy. A miesz­ka­my tu bar­dzo wy­god­nie, tuż obok par­la­men­tu.

– To kosz­tow­na rzecz, Fleur.

– Wiem. Roz­ma­wia­łam na ten te­mat z oj­cem. Za­baw­ne: wi­dzisz, ża­den z For­sy­te­ów nie miał nig­dy nic wspól­ne­go z par­la­men­tem. Ale oj­ciec są­dzi, że to bę­dzie do­bre dla mnie i że wła­ści­wie ba­ro­ne­ci do tego tyl­ko są zdat­ni.

– Na nie­szczę­ście, trze­ba naj­pierw zdo­być man­dat.

– Wi­dzisz, son­do­wa­łam rów­nież i two­je­go ojca. Po­mó­wi, z kim na­le­ży. Tam po­trze­ba lu­dzi mło­dych.

– Ach tak! A ja­kie są moje prze­ko­na­nia po­li­tycz­ne?

– Mój dro­gi chłop­cze, po­wi­nie­neś to wie­dzieć skoń­czyw­szy trzy­dziest­kę.

– Nie je­stem li­be­ra­łem. Ale czy skła­niam się ku la­bo­urzy­stom, czy ku to­ry­som?

– Zdą­żysz się nad tym za­sta­no­wić przed na­stęp­ny­mi wy­bo­ra­mi.

Na­za­jutrz go­ląc się – Fleur bra­ła wła­śnie ką­piel – Mi­chał za­ciął się lek­ko i po­wie­dział:

– Wieś i bez­ro­bo­cie, oto co mnie na­praw­dę na­peł­nia tro­ską. Je­stem fog­gar­ty­stą.

– Czym?

– Pa­mię­tasz książ­kę sta­re­go sir Ja­me­sa Fog­gar­ta? Czy­ta­łaś ją prze­cież.

– Nie.

– W każ­dym ra­zie tak twier­dzi­łaś.

– Tak ro­bią wszy­scy.

– Mniej­sza o to. Wzrok sir Ja­me­sa skie­ro­wa­ny w przy­szłość się­ga roku 1944 i zgod­nie z tym uło­żo­ny jest jego pro­gram po­li­tycz­ny. Bez­pie­czeń­stwo w po­wie­trzu, pro­blem wsi i emi­gra­cja dzie­ci. Rów­no­wa­ga mię­dzy po­py­tem i po­da­żą w ob­rę­bie Im­pe­rium. Ko­niec na­szych kło­po­tów w Eu­ro­pie. Prze­trwa­nie złej te­raź­niej­szo­ści w imię lep­szej przy­szło­ści. W grun­cie rze­czy wszyst­ko to, co jest nie­po­pu­lar­ne i ucho­dzi za nie­moż­li­we.

– Po­wi­nien byś za­cho­wać to wszyst­ko przy so­bie, póki nie wej­dziesz do par­la­men­tu. Bę­dziesz mu­siał kan­dy­do­wać jako to­rys.

– Jak ślicz­nie wy­glą­dasz!

– Kie­dy już zdo­bę­dziesz man­dat, mo­żesz zaj­mo­wać od­ręb­ne sta­no­wi­sko we wszyst­kich spra­wach. To za­pew­ni ci od razu moc­ną po­zy­cję.

– Nie­zły plan! – szep­nął Mi­chał.

– Mo­żesz wów­czas za­cząć gło­sić ten… ten fog­gar­tyzm. Nie ma w nim żad­nych sza­leństw, praw­da?

– Nie, jest aż nad­to roz­sąd­ny, co wła­ści­wie wy­cho­dzi na jed­no. Wi­dzisz, osią­gnę­li­śmy wyż­szą ska­lę za­rob­ków niż ja­ki­kol­wiek inny kraj z wy­jąt­kiem Ame­ry­ki i do­mi­niów. I ja­koś nie ob­ni­ża się ona wca­le. W rze­czy­wi­sto­ści je­ste­śmy w tej sa­mej gru­pie co nowe kra­je. Sir Ja­mes Fog­gart pro­po­nu­je, aby zwięk­szać jak naj­bar­dziej pro­duk­cję środ­ków żyw­no­ści w kra­ju, a jed­no­cze­śnie wy­sy­łać do ko­lo­nii dzie­ci an­giel­skie, nim ule­gną zgub­nym wpły­wom ży­cia miej­skie­go, i to tak dłu­go, póki w ko­lo­niach po­pyt na to­wa­ry nie do­rów­na na­szej po­da­ży. Nie bę­dzie tego oczy­wi­ście moż­na zre­ali­zo­wać bez na­praw­dę szcze­re­go współ­dzia­ła­nia rzą­dów po­szcze­gól­nych kra­jów Im­pe­rium.

– To brzmi bar­dzo roz­sąd­nie.

– Wy­da­li­śmy, jak wiesz, tę książ­kę, ale na koszt au­to­ra. Je­go­mość z ga­tun­ku tych, co to mają „wia­rę prze­no­szą­cą góry”. Wia­ry ma istot­nie pod do­stat­kiem, ale góra nie zdra­dza ja­koś wca­le chę­ci po­ru­sze­nia się.

Fleur wy­szła z wan­ny.

– A więc – po­wie­dzia­ła – rzecz po­sta­no­wio­na. Twój oj­ciec mówi, że uda mu się prze­pro­wa­dzić cię jako kan­dy­da­ta to­ry­sow­skie­go, a swo­je po­glą­dy mo­żesz za­cho­wać na ra­zie dla sie­bie. Ty po­tra­fisz, Mi­cha­le, za­grać na ogól­no­ludz­kich stru­nach.

– Dzię­ku­ję, ko­cha­nie. Czy mogę ci po­móc przy wy­cie­ra­niu?… Fleur wstrzy­ma­ła się jed­nak z prze­me­blo­wa­niem chiń­skie­go po­ko­ju do chwi­li, kie­dy Mi­chał za­siadł wy­god­nie w par­la­men­cie jako po­seł z okrę­gu in­te­re­su­ją­ce­go się po­noć kwe­stią rol­ną. Wy­bra­ła coś po­śred­nie­go mię­dzy sty­lem Ada­ma2 i Lu­dwi­ka XV. Mi­chał na­zwał to „bi­me­ta­licz­ną ba­wial­nią” i prze­niósł Bia­łą mał­pę do swe­go ga­bi­ne­tu. Uwa­żał, że pe­sy­mizm tego stwo­rze­nia nie pa­su­je do dzia­łal­no­ści po­li­tycz­nej.

Fleur za­in­au­gu­ro­wa­ła swój „sa­lon” przy­ję­ciem wy­da­nym w lu­tym. Po po­gro­mie li­be­ra­łów du­sza to­wa­rzy­stwa wy­da­ła ostat­nie tchnie­nie i po­li­tycz­no-praw­na ko­te­ria lady Ali­son prze­sta­ła się li­czyć. Na wi­dow­nię wcho­dzi­li lu­dzie mniej dys­tyn­go­wa­ni. Na „śro­dach” Fleur gro­ma­dzi­li się mło­dzi, star­szą ge­ne­ra­cję re­pre­zen­to­wał jej teść, dwaj po­mniej­si am­ba­sa­do­ro­wie i Pe­ven­sey Bly­the, wy­daw­ca „Awan­gar­dy”. Bly­the tak mało miał w so­bie z dzien­ni­ka­rza, że bra­no go zwy­kle za pre­mie­ra ko­lo­nii. Był to wy­so­ki, bro­da­ty męż­czy­zna o sza­rych, prze­krwio­nych oczach; opi­nie swo­je wy­po­wia­dał w zda­niach, któ­re mało kto mógł na­praw­dę zro­zu­mieć. Utar­ło się po­wie­dze­nie: „O tym, co Bly­the my­śli dziś, par­tia kon­ser­wa­tyw­na n i e b ę d z i e my­śla­ła ju­tro.” Miał cien­ki głos i uży­wał za­zwy­czaj for­my bez­oso­bo­wej cza­sow­ni­ka.

– Cho­dzi się jak we śnie – twier­dził w od­nie­sie­niu do sy­tu­acji po­li­tycz­nej – aby po­tem obu­dzić się nago.

Bly­the był go­rą­cym zwo­len­ni­kiem książ­ki sir Ja­me­sa Fog­gar­ta, któ­rą cha­rak­te­ry­zo­wał jako „ar­cy­dzie­ło nie­wi­do­me­go ar­cha­nio­ła”, lu­bił na­mięt­nie słu­chać gry na kla­wi­kor­dzie i w „sa­lo­nie” Fleur ucho­dził za nie­oce­nio­ne­go.