Saga rodu Forsyte'ów. Na giełdzie Forsyte'ów - John Galsworthy - ebook

Saga rodu Forsyte'ów. Na giełdzie Forsyte'ów ebook

John Galsworthy

4,0

Opis

,,Na giełdzie Forsyte'ów" to zbiór kilkunastu ,,apokryficznych opowieści", jak je nazywa sam Autor, którymi Galsworthy żegna się ze sławnym rodem. Opisywane w nich wydarzenia rozgrywają się na przestrzeni niemal całego stulecia, pomiędzy rokiem 1821 i 1918. Usprawiedliwiając się niejako przed czytelnikami, których cierpliwość wystawia na ciężką próbę - jest to wszak dziesiąty tom cyklu poświęnego tej mieszczańskiej rodzinie - angielski noblista pisze w przedmowie: ,,... trudno rozstać się nagle i ostatecznie z tymi, z któryrni obcowalo się tyle czasu...", dodając, iż ,,...te pośpieszne noty mogą przyczynić się do uzupełnienia kronik rodu Forsyte'ów".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 314

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu

On For­sy­te’ chan­ge

Pro­jekt okład­ki

Ma­rek J. Piw­ko (mjp)

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

© ilu­stra­cja na okład­ce Bo­jan Te­zak

Wy­da­nie IX, paź­dzier­nik 2009

Edy­cja I

Ni­niej­sze wy­da­nie opar­te jest na edy­cji

Pań­stwo­we­go In­sty­tu­tu Wy­daw­ni­cze­go z 1962 r.

Wy­daw­ca: Vi­de­ograf II Sp. z o.o.

41-500 Cho­rzów, Ale­ja Har­cer­ska 3c

tel. (0-32) 348-31-33, 348-31-35

fax (0-32) 348-31-25

of­fi­[email protected]­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

Dys­try­bu­cja: DIC­TUM Sp. z o.o.

01-942 War­sza­wa, ul. Ka­ba­re­to­wa 21

tel. (0-22) 663-98-13, fax (0-22) 663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Vi­de­ograf II Sp. z o.o., Cho­rzów 2009

ISBN 978-83-7183-749-4

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

H. Win­cen­te­mu Mar­ro­to­wi

PRZEDMOWA

Nin­iej­szy tom apo­kry­ficz­nych opo­wie­ści o For­sy­te’ach przed­kła­dam pu­blicz­no­ści, któ­ra tak dłu­go oka­za­ła się cier­pli­wa, oraz kry­ty­ce, oka­zu­ją­cej jesz­cze więk­szą cier­pli­wość. Chciał­bym po­wie­dzieć na swe uspra­wie­dli­wie­nie: po pierw­sze, że trud­no roz­stać się na­gle i osta­tecz­nie z tymi, z któ­ry­mi ob­co­wa­ło się tyle cza­su, a po wtó­re, że te po­śpiesz­ne noty mogą, jak są­dzę, przy­czy­nić się na­praw­dę do uzu­peł­nie­nia kro­nik rodu For­sy­te’ów.

Wszyst­kie one zo­sta­ły na­pi­sa­ne po ukoń­cze­niu Ła­bę­dzie­go śpie­wu, ale miej­sce ich jest mię­dzy Sagą i No­wo­cze­sną Ko­me­dią, bezSagi bo­wiem nie by­ły­by zro­zu­mia­łe, ko­niec zaś ich przy­pa­da przed po­cząt­kiem Ko­me­dii.

W na­dziei uzy­ska­nia prze­ba­cze­nia od­da­ję je czy­tel­ni­kom.

John Gal­swor­thy

SPRZĄCZKI „SUPERIORA DOSSETA”(1821-1863)

W roku 1821 „Su­pe­rior Do­sset” For­sy­te przy­był do Lon­dy­nu – wpraw­dzie nie na bia­łym jak mle­ko ru­ma­ku. We­dług świa­dec­twa ciot­ki Anny, zna­nej z do­kład­no­ści, a zło­żo­ne­go mło­de­mu Jo­lyono­wi, któ­ry przy­był z eton na fe­rie, wę­drów­ka z Bo­sport od­by­ła się fa­mi­lij­nie dy­li­żan­sem i dwo­ma wóz­ka­mi pocz­to­wy­mi.

– Było to po śmier­ci na­szej ko­cha­nej mat­ki i oj­ciec nasz, to zna­czy twój dzia­dek, dro­gi Jo, za­cho­wy­wał się w po­dró­ży bar­dzo mil­czą­co. Nie ujaw­niał nig­dy swo­ich uczuć. Ja sie­dzia­łam, wraz z twym dziad­kiem w pierw­szym wóz­ku, trzy­ma­jąc w ra­mio­nach two­ją ciot­kę zu­zan­nę i twe­go stry­ja ty­mo­te­usza, miał on wów­czas dwa lata i ta­kie to było in­te­re­su­ją­ce dziec­ko! A w dru­gim wóz­ku je­chał twój dro­gi oj­ciec, taki był zrów­no­wa­żo­ny i zu­peł­nie do cie­bie po­dob­ny. Miał wte­dy wła­śnie pięt­na­ście lat, twój wiek… obok sie­dzia­ła ciot­ka Jula i ciot­ka es­te­ra, i twój stryj Mi­ko­łaj, czte­ro­let­nie dziec­ko… twój stryj Ja­mes i Swi­thin, i ro­ger je­cha­li dy­li­żan­sem… pa­mię­tam, że przez całą dro­gę Swi­thin bar­dzo swa­wo­lił swą pro­cą. Wy­ru­szy­li­śmy wcze­snym ran­kiem i przy­by­li­śmy wszy­scy na noc do twe­go stry­jecz­ne­go dzia­da ed­ga­ra przy prim­ro­se Hill… przy­po­mi­nam go so­bie do­brze: w spodniach po ko­la­na i z mnó­stwem bre­lo­ków przy łań­cusz­ku… oczy­wi­ście, by­li­śmy wszy­scy ubra­ni czar­no… twój dzia­dek no­sił ża­ło­bę przez dwa lata po śmier­ci na­szej dro­giej mat­ki… tę stra­tę od­czuł bar­dzo do­tkli­wie, choć nig­dy o tym nie mó­wił.

– Jak on wy­glą­dał, cio­ciu?

– Był sil­nie zbu­do­wa­ny, ko­cha­nie, i miał żywe ru­mień­ce. W owych cza­sach pito dużo wina, zwłasz­cza ma­de­ry.

– Ale czym on był?

– Za­czął jako mu­rarz, ko­cha­nie.

– Jako wol­no­mu­larz?

– Nie od razu. Jako zwy­kły mu­rarz. Wi­dzisz, jego oj­ciec był rol­ni­kiem i od­dał twe­go dziad­ka na na­ukę do mu­ra­rza, żeby się na­uczył bu­do­wa­nia. Są­dzę, że to była mą­dra de­cy­zja, gdyż w owych cza­sach otwie­ra­ły się dla przed­się­bior­ców bu­dow­la­nych duże moż­li­wo­ści, tak że twój dzia­dek szyb­ko zro­bił ka­rie­rę. Kie­dy­śmy przy­by­li do Lon­dy­nu, był już na dro­dze do du­żej za­moż­no­ści.

Chy­try­mi oczy­ma wpa­try­wa­ła się ciot­ka Anna w twarz bra­tan­ka.

Sto­jąc, opie­rał się o ko­mi­nek, spo­glą­da­jąc na swe trze­wi­ki. Jak zgrab­nie wy­glą­dał w swym pierw­szym sur­du­cie! Po­czci­wy chło­piec był ele­ganc­ki, ale nie­co za­am­ba­ra­so­wa­ny, jak gdy­by do­znał wstrzą­su ner­wo­we­go. Oczy­wi­ście, w Eton prze­by­wał po­śród ary­sto­kra­cji.

Ciot­ka rze­kła sta­now­czo:

– Dro­gi Jo, nig­dy nie po­win­ni­śmy wsty­dzić się swe­go po­cho­dze­nia. For­sy­te­owie po­cho­dzą z bar­dzo do­bre­go gniaz­da wiej­skie­go i za­wsze byli ludź­mi do­trzy­mu­ją­cy­mi sło­wa, a to jest rzecz waż­na! A na­sza dro­ga mama była damą w każ­dym calu. Na­zy­wa­ła się Pier­ce, de­von­shi­re­ska ro­dzi­na, i była cór­ką bar­dzo sza­no­wa­ne­go praw­ni­ka w Bo­spor­cie. Zmarł jako ban­krut, jego wspól­nik bo­wiem uciekł z pie­niędz­mi klien­tów i cały jego ma­ją­tek po­szedł na po­kry­cie strat. Mama mia­ła taką uj­mu­ją­cą twarz i zwra­ca­ła wiel­ką uwa­gę na nasz spo­sób by­cia i mó­wie­nia. To jest jej mi­nia­tu­ra.

Mło­dy Jo­lyon zbli­żył się i uj­rzał owal­ną twarz, blond wło­sy prze­dzie­lo­ne po­środ­ku i za­cho­dzą­ce fa­li­sto na czo­ło, ciem­no­sza­re oczy spo­glą­da­ją­ce nań głę­bo­ko spod brwi, z lek­ka za­ostrzo­ny pod­bró­dek. Ra­mio­na okry­wa­ła ko­ron­ka.

– Twój dzia­dek ko­chał ją na swój spo­sób. W cią­gu lat po na­szym przy­by­ciu do Lon­dy­nu pra­co­wał ca­ły­mi dnia­mi, a wie­czo­rem wi­dy­wa­łam go zwy­kle sie­dzą­ce­go w ma­łym ga­bi­ne­cie nad pla­na­mi i kosz­to­ry­sa­mi, nie mógł zde­cy­do­wać się iść spać. I wów­czas za­czął upra­wiać kon­ną jaz­dę. Było to dlań ist­ne do­bro­dziej­stwo.

Mło­dy Jo­lyon spoj­rzał w górę. Czo­ło jego roz­ch­mu­rzy­ło się, jak gdy­by jego dzia­dek uczy­nił wresz­cie coś chwa­leb­ne­go.

– Oczy­wi­ście, kie­dy był chłop­cem, czę­sto jeź­dził kon­no na fer­mie. A pod­jąw­szy jaz­dę na nowo, uży­wał jej co­dzien­nie, do­pó­ki po­da­gra nie za­czę­ła mu do­ku­czać zbyt do­tkli­wie.

– O! Więc cier­piał na po­da­grę, ciot­ko Anno?

– Tak, ko­cha­nie, po­da­gra była wte­dy znacz­nie po­spo­lit­sza niż obec­nie. Pod wie­lo­ma wzglę­da­mi twój dzia­dek przy­po­mi­nał twe­go stry­ja Swi­thi­na, ale był niż­szy. Prze­pa­dał wprost za koń­mi i znał się na wi­nie.

Mło­dy Jo­lyon gła­dził swą ka­mi­zel­kę, jak gdy­by chcąc opa­no­wać wzru­sze­nie wo­bec tych oznak dys­tynk­cji, i był do­syć prze­ni­kli­wy, by spo­strzec, iż ciot­ka ob­ser­wu­je prze­ja­wy jego sno­bi­zmu.

– Gdzie­ście miesz­ka­li, cio­ciu?

– Z po­cząt­ku, mój dro­gi, wy­na­ję­li­śmy dom przy Prim­ro­se Hill, w po­bli­żu twe­go stry­jecz­ne­go dziad­ka Ed­ga­ra. Miesz­ka­li­śmy tam przez wie­le lat, do­pó­ki­śmy się nie prze­pro­wa­dzi­li do wła­sne­go domu, któ­ry wy­bu­do­wał twój dzia­dek w dziel­ni­cy St. John’s Wood. I tam po­zo­sta­wa­li­śmy aż do jego śmier­ci w roku 1850, kie­dy przy­by­li­śmy tu, na­tu­ral­nie wraz z two­im stry­jem Ty­mo­te­uszem.

– Ja­kie­go ro­dza­ju domy bu­do­wał dzia­dek, cio­ciu?

– Nie przy­po­mi­nam so­bie, ko­cha­nie, czy wi­dzia­łam kie­dy­kol­wiek któ­ryś z nich, z wy­jąt­kiem tego, gdzie miesz­ka­li­śmy. Ale są­dzę, iż były bu­do­wa­ne bar­dzo so­lid­nie. Z po­cząt­ku, jak mi się zda­je, dzia­dek bu­do­wał prze­waż­nie na przed­mie­ściu Ful­ham, rów­nież i w Bri­gh­ton, a póź­niej – w St. John’s Wood. Była to wów­czas roz­kwi­ta­ją­ca dziel­ni­ca Lon­dy­nu. Nie był wca­le, jak się to mówi, par­ta­czem. Ko­le­dzy dali mu śmiesz­ne prze­zwi­sko: „Su­pe­rior Do­sset”.

– Dla­cze­go?

– Wi­dzisz, nig­dy nie lu­bił, żeby go uwa­ża­no za Dor­set­czy­ka, mó­wił za­wsze, że się uro­dził za gra­ni­ca­mi tego hrab­stwa, w De­von­shi­re, cho­ciaż pa­ra­fia była w Dor­set, i za­wsze pa­trzał z góry na miesz­kań­ców Dor­set­shi­re: mó­wił, że to aro­ganc­ka ban­da – miał ta­kie śmiesz­ne po­wie­dze­nia – i dla­te­go do­ku­cza­li mu. O, to był ory­gi­nał! Oczy­wi­ście ten i ów mógł­by go na­zwać prze­wrot­nym.

– A jak się ubie­rał, cio­ciu?

Ciot­ka Anna od­sta­wi­ła swy­mi dłu­gi­mi, cien­ki­mi pal­ca­mi mi­nia­tu­rę i wy­ję­ła z ma­łej szu­flad­ki inną.

– To jest twój dzia­dek, ko­cha­nie, na­ma­lo­wa­ny w roku 1821, na krót­ko przed śmier­cią na­szej dro­giej mat­ki.

Mło­dy Jo­lyon uj­rzał ob­li­cze ru­mia­ne, gład­ko wy­go­lo­ne, o nie­co pod­nie­sio­nych w górę brwiach i wy­pu­kło­ściach na czo­le, o du­żych mię­si­stych ustach, pro­stym du­żym no­sie, sze­ro­kim roz­dwo­jo­nym pod­bród­ku, o ja­snych oczach, gdzie pod cięż­ki­mi po­wie­ka­mi igrał, zda się, żart; kasz­ta­no­wa­te wło­sy były za­cze­sa­ne z ład­nie za­ry­so­wa­ne­go czo­ła. Szy­ję okrę­ca­ła bia­ła chust­ka, gra­na­to­wy sur­dut z dłu­gi­mi po­ła­mi miał krót­ką ta­lię, dwu­rzę­do­wa ka­mi­zel­ka była ja­snej bar­wy, pęk bre­lo­ków wi­siał na czar­nej wstąż­ce; po­do­bi­zna uka­zy­wa­ła tyl­ko gór­ną po­ło­wę cia­ła.

– Czy no­sił spodnie?

– Tak, ko­cha­nie, prze­waż­nie brą­zo­wo­żół­te, o ile so­bie do­brze przy­po­mi­nam, aż do śmier­ci na­szej mat­ki. Ale wie­czo­rem cho­dził w spodniach po ko­la­na, a przy trze­wi­kach miał sprzącz­ki. Za­cho­wa­łam je do dziś. Dam ci je kie­dyś, ty bo­wiem po swo­im dro­gim ojcu bę­dziesz gło­wą ro­dzi­ny, po­dob­nie jak mój oj­ciec swe­go cza­su.

– Tak? Czy i mój dzia­dek był naj­star­szy?

– Po­dob­nie jak przed nim jego oj­ciec. Imię Jo­lyon prze­cho­dzi za­wsze na naj­star­sze­go. Nie po­wi­nie­neś o tym nig­dy za­po­mi­nać, dro­gi Jo. To wiel­ka od­po­wie­dzial­ność.

– Wo­lał­bym mieć, cio­ciu, sprzącz­ki bez od­po­wie­dzial­no­ści.

Ciot­ka zsu­nę­ła ni­sko oku­la­ry z or­le­go nosa – w ten spo­sób mo­gła le­piej wi­dzieć bra­tan­ka – i splo­tła cien­kie pal­ce o spi­cza­stych pa­znok­ciach, ozdo­bio­ne trze­ma pier­ścion­ka­mi, jak gdy­by po­wo­li do­cho­dząc do ja­kie­goś wnio­sku. Po­czci­wy Jo! Czyż­by go uczo­no brać rze­czy lek­ko? Eton – oczy­wi­ście, jest tam miło i bar­dzo dys­tyn­go­wa­nie, ale może co­kol­wiek nie­bez­piecz­nie! i oczy ciot­ki mie­rzy­ły go od fa­lu­ją­cych blond wło­sów na czo­le aż do rze­my­ków, przy­trzy­mu­ją­cych spodnie pod trze­wi­ka­mi. Czy nie sta­je się on tro­chę fir­cy­ko­wa­ty?

– Twój dzia­dek, ko­cha­nie, za­wsze po­waż­nie trak­to­wał swo­ją sy­tu­ację. Mo­gła­bym ci opo­wie­dzieć pew­ną hi­sto­rię…

– Hura!

Ciot­ka Anna zmarsz­czy­ła się. Tak! Wy­słu­cha­nie tej hi­sto­rii przy­nie­sie mu po­ży­tek.

– Dzia­ło się to owe­go roku, kie­dy twój dro­gi oj­ciec i jego przy­ja­ciel Nick Tref­fry usa­mo­dziel­ni­li się jako hur­tow­ni­cy her­ba­ty. Było to w ja­kieś sześć lat po na­szym przy­by­ciu do Lon­dy­nu. Twój dzia­dek za­ra­biał bar­dzo do­brze jako przed­się­bior­ca bu­dow­la­ny, tak że miał moż­ność dać od­po­wied­nie wy­kształ­ce­nie wszyst­kim swym sy­nom. Szcze­gól­nie twój stryj Mi­ko­łaj był ta­kim obie­cu­ją­cym chłop­cem, a stryj Ja­mes od­by­wał wła­śnie prak­ty­kę – otrzy­mał li­cen­cję ad­wo­kac­ką w dwu­dzie­stym pierw­szym roku ży­cia, a więc w ter­mi­nie moż­li­wie naj­wcze­śniej­szym. Ale mimo wszyst­kie wy­dat­ki, ja­kie mu przy­czy­nia­li­śmy, twój dzia­dek mógł odło­żyć spo­ro pie­nię­dzy. Miesz­ka­li­śmy wciąż jesz­cze przy Prim­ro­se Hill i wi­dy­wa­li­śmy się czę­sto z two­im stry­jem Ed­ga­rem, a twój dzia­dek wło­żył istot­nie część swe­go ma­jąt­ku w in­te­re­sy stry­ja…

– Co to było, cio­ciu?

– Juta, ko­cha­nie. Twój dzia­dek nie był by­najm­niej wspól­ni­kiem, ale miał w tym udział. Stryj Ed­gar wca­le nie przy­po­mi­nał dziad­ka. Był to bar­dzo miły czło­wiek, ale sła­be­go cha­rak­te­ru i, jak mi się zda­je, zbyt­nio po­le­gał na ra­dach osób trze­cich. W każ­dym ra­zie dał się wcią­gnąć w spe­ku­la­cje na tzw. zwyż­kę. I bar­dzo nie­opatrz­nie nie po­ra­dził się twe­go dziad­ka.

I, oczy­wi­ście, kie­dy się dzia­dek o tym do­wie­dział, wpadł w gniew. Wi­dzisz, ja za­stę­po­wa­łam tro­chę na­szą dro­gą mat­kę i pa­mię­tam, kie­dy do mnie po­wie­dział: „Co, u dia­ska, wy­pra­wia ten że­brak, gra na zwyż­kę! Za­pa­mię­taj so­bie, co ci mó­wię, Anno, bę­dzie on nie­ba­wem cien­ko śpie­wał!’!

Ciot­ka Anna zro­bi­ła pau­zę, wspo­mi­na­jąc tę daw­ną sce­nę. Wi­dzia­ła, jak krę­pa po­stać jej ojca po­chy­la się nad sta­rym ma­ho­nio­wym sto­łem – te­raz jest on w po­ko­ju o pię­tro ni­żej – jak jego duża o krót­kich pal­cach ręka za­ci­ska się na­gle, krew na­pły­wa do twa­rzy, a oczy się mru­żą w ob­li­czu owej smut­nej wi­zji.

– I tak się też sta­ło, cio­ciu?

– Tak, ko­cha­nie. Dzia­ło się to w tym okrop­nym roku, kie­dy wszyst­ko na­gle spa­dło, zwłasz­cza juta. Bied­ny stryj Ed­gar był tak po­czci­wy, że nie po­tra­fił nig­dy zro­zu­mieć, jak lu­dzie mogą być okrut­ni i chci­wi.

– Czy zo­stał zruj­no­wa­ny, cio­ciu?

– Opo­wiem ci o tym. Jak już rze­kłam, twój dzia­dek nie po­zo­sta­wał w spół­ce ze stry­jem Ed­ga­rem i jak tyl­ko się do­wie­dział, co stryj zro­bił, po­zbył się czym prę­dzej swe­go udzia­łu i sal­wo­wał swo­ją skó­rę, jak to się zwy­kło ma­wiać. Wte­dy wła­śnie juta spa­dła, za­miast pójść w górę, i stry­jo­wi Ed­ga­ro­wi gro­zi­ło ban­kruc­two. Twój dzia­dek prze­ży­wał wte­dy okrop­ne chwi­le, roz­wa­ża­jąc wciąż, czy ma mu po­móc, czy też nie. Wi­dzisz, do­brze ro­zu­miał, że to ozna­cza­ło­by dlań na sze­reg lat za­stój w in­te­re­sach bu­dow­la­nych, a dla nas wszyst­kich da­le­ko po­su­nię­tą oszczęd­ność i wy­rze­cze­nie się wie­lu rze­czy, do któ­rych by­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni. Od­czuł też bar­dzo po­stę­po­wa­nie two­je­go stry­ja, któ­ry nie za­się­gał jego rad, i za­czął wy­ra­żać się o nim w sło­wach peł­nych go­ry­czy. Wszyst­ko to wy­bu­chło pew­ne­go wie­czo­ra, kie­dy stryj Ed­gar roz­pła­kał się – nie miał sil­ne­go cha­rak­te­ru. Wi­dzę go jak ży­we­go: sie­dział tu, kry­jąc twarz w du­żej, czer­wo­nej chu­st­ce je­dwab­nej. Twój dzia­dek prze­cha­dzał się tam i z po­wro­tem, py­ta­jąc go, czy spo­dzie­wa się, że ktoś za nie­go bę­dzie wy­cią­gał z ognia kasz­ta­ny, bo on, jako żywo, ro­bić tego nie za­mie­rza. My­śla­łam już, że do­sta­nie ata­ku. Aż tu na­gle za­trzy­mał się i przez dłuż­szą chwi­lę spo­glą­dał na stry­ja Ed­ga­ra. „Ed­ga­rze – rzekł – je­steś do­praw­dy mi­ze­rak. Ale ja je­stem gło­wą ro­dzi­ny i nie chcę, aby na­sze na­zwi­sko zo­sta­ło zbez­czesz­czo­ne. No, idź so­bie te­raz, a ju­tro wy­cią­gnę cię z tego”.

– I uczy­nił to, cio­ciu?

– Tak, Jo. Była to strasz­na ofia­ra. Ale wszy­scy, zda­je mi się, od­czu­li wiel­ką ulgę. Bar­dzo ko­cha­li­śmy stry­ja Ed­ga­ra i jaki by to wy­buchł skan­dal, gdy­by on zban­kru­to­wał, zwłasz­cza iż był nie­zu­peł­nie czy­sty. Po­tem spo­ty­ka­li­śmy go już nie­czę­sto, ale umarł znacz­nie bo­gat­szy niż kie­dy­kol­wiek przed­tem, a wszyst­ko to cał­ko­wi­cie za­wdzię­czał two­je­mu dziad­ko­wi. Wi­dzisz więc, mój dro­gi, nie jest do­brze, gdy się trak­tu­je lek­ko kwe­stię od­po­wie­dzial­no­ści.

Bra­ta­nek prze­stał wpa­try­wać się w ciot­kę, jak gdy­by na­gle zro­zu­miał, dla­cze­go opo­wie­dzia­ła mu tę hi­sto­rię.

– Ale sko­ro umarł znacz­nie bo­gat­szy, wy­da­je mi się, że to było do­brze.

Ciot­ka Anna uśmiech­nę­ła się. Do­praw­dy, ten po­czci­wy chło­pak jest bar­dzo nie­grzecz­ny!

– Jo! – rze­kła, przy­bie­ra­jąc wy­raz po­wa­gi – mogę ci opo­wie­dzieć inną jesz­cze hi­sto­rię o two­im dziad­ku.

– O, do­brze, cio­ciu!

– Było to w trze­cim dzie­się­cio­le­ciu, okre­sie dla wszyst­kich bar­dzo cięż­kim. Dzia­dek twój bu­do­wał wów­czas kil­ka do­mów w Bri­gh­ton. Był za­wsze czło­wie­kiem zręcz­nym, któ­ry w in­te­re­sach wy­cho­dził obron­ną ręką, ale tym ra­zem opo­wia­dał mi nie­raz, że bę­dzie rad, je­że­li osią­gnie pięć pro­cent zy­sku. Pa­mię­tam to wszyst­ko bar­dzo do­kład­nie, gdyż wła­śnie ży­wi­łam wte­dy na­dzie­ję, że in­te­res się po­wie­dzie. Mia­łam do tego spe­cjal­ny po­wód.

Ciot­ka Anna zro­bi­ła pau­zę, wi­dząc oczy­ma du­szy swój spe­cjal­ny po­wód: stał w spodniach szer­szych u góry, a węż­szych u dołu i spo­glą­dał na nią, sie­dzą­cą na so­fie w kry­no­li­nie i pięk­nie ucze­sa­ną. Sły­sza­ła jesz­cze jego mę­ski głos i zwró­co­ne do niej sło­wa: „Dro­ga Air­mo, czy mogę po­mó­wić z two­im oj­cem?”. I sły­sza­ła wła­sną od­po­wiedź: „Bądź ła­skaw za­cze­kać, dro­gi Edwar­dzie, oj­czu­lek jest te­raz bar­dzo stro­ska­ny. Ale je­śli, jak się spo­dzie­wam, wszyst­ko pój­dzie do­brze, będę mo­gła na przy­szły rok roz­stać się z nim i z dro­gi­mi dzieć­mi”.

– Ja­kiż to mia­łaś spe­cjal­ny po­wód, cio­ciu?

– Och, mniej­sza o to, mój chłop­cze. Jak już po­wie­dzia­łam, twój dzia­dek był nie­zwy­kle za­ab­sor­bo­wa­ny, bo te domy mo­gły go wy­ba­wić z wiel­kich kło­po­tów. Był to strasz­li­wy rok i mu­szę, nie­ste­ty, po­wie­dzieć, że pusz­czo­no w ruch nie­ma­ło szy­kan.

– Co to są szy­ka­ny?

– Szy­ka­no­wać, mój dro­gi, zna­czy za wszel­ką cenę po­gnę­biać swe­go bliź­nie­go.

– Czy dzia­dek po­gnę­bił swe­go bliź­nie­go?

Ciot­ka Anna spoj­rza­ła by­stro na bra­tan­ka.

– Nie – rze­kła – to wła­śnie oni jego po­gnę­bi­li, Jo.

– Mów da­lej, cio­ciu. Ja­kie to in­te­re­su­ją­ce! Bar­dzo pra­gnę usły­szeć.

– Otóż pew­ne­go dnia twój dzia­dek wró­cił z Bri­gh­ton do domu okrop­nie pod­nie­co­ny. Dużo cza­su upły­nę­ło, za­nim go mo­głam uspo­ko­ić tak, aby mi opo­wie­dział, co się sta­ło. Jak się wy­da­wa­ło, trzy spo­śród jego do­mów nie chcia­ły schnąć. Pierw­sze domy były w zu­peł­nym po­rząd­ku, tak że twój dzia­dek oczy­wi­ście nie ży­wił żad­nych po­dej­rzeń. Ale do­staw­ca ma­te­ria­łów bu­dow­la­nych użył wody mor­skiej za­miast zwy­kłej. Nie po­tra­fi­łam nig­dy dojść, czy miał on w tym in­te­res, czy też uczy­nił to wsku­tek igno­ran­cji, ale twój dzia­dek był prze­ko­na­ny, że to szu­bra­wiec. „Nie wy­schną, nie wy­schną” – po­wta­rzał bez­u­stan­nie. Przy­pusz­czam, że gdy­by był w owej chwi­li umarł, sło­wa te zna­le­zio­no by wy­ry­te w jego ser­cu. Wi­dzisz, gro­zi­ło to pod­ko­pa­niem jego re­pu­ta­cji jako przed­się­bior­cy bu­dow­la­ne­go. A po­tem, zda­je się, ktoś wska­zał mu, w jaki spo­sób może nadać tym do­mom po­zór su­chych, cho­ciaż w wil­got­ny dzień nie by­ły­by na­praw­dę su­che! Owej nocy, po­ło­żyw­szy się spać, sły­sza­łam jesz­cze dłu­go, jak cho­dził u sie­bie tam i z po­wro­tem, rano zaś mruk­nął: „Nie, niech mnie dia­beł po­rwie, je­że­li się na to zgo­dzę!”. Po okrut­nej z sobą wal­ce po­sta­no­wił nie przy­kła­dać ręki do żad­ne­go oszu­stwa.

– I cóż się po­tem sta­ło, cio­ciu?

– Otóż ka­zał te trzy domy zbu­rzyć i wy­bu­do­wać na nowo, to go kosz­to­wa­ło ty­sią­ce.

– I nie zmu­sił do od­szko­do­wa­nia czło­wie­ka, któ­ry użył wody mor­skiej?

– Pró­bo­wał to zro­bić, Jo, ale ów czło­wiek zban­kru­to­wał. Twój dzia­dek ze­sta­rzał się bar­dzo. Wszy­scy od­czu­li­śmy to okrop­nie.

Ciot­ka Anna za­mil­kła, za­gu­bio­na we wspo­mnie­niach, jak znio­sła to wów­czas. Edward!… Głos bra­tan­ka przy­wo­łał ją do rze­czy­wi­sto­ści.

– Ale dzia­dek nie zban­kru­to­wał, praw­da, cio­ciu?

– Nie, Jo. Choć nie­wie­le bra­ko­wa­ło. Ale może tak było do­brze. To mu za­pew­ni­ło wiel­ki sza­cu­nek i po la­tach jesz­cze cie­szył się, że po­stą­pił tak uczci­wie.

Ciot­ka spoj­rza­ła wy­lę­kła – mło­dy Jo­lyon ob­ser­wo­wał ją w ja­kiś szcze­gól­ny spo­sób.

– Ty mu­sia­łaś prze­żyć przy­kre chwi­le, cio­ciu?

Ciot­ka Anna za­ci­snę­ła moc­no usta nie chcąc, by jej oka­zy­wa­no współ­czu­cie.

– Wi­dzisz więc, mój dro­gi – rze­kła – że twój dzia­dek miał do­bre za­sa­dy, a to jest rzecz naj­waż­niej­sza.

– Czy cho­dził do ko­ścio­ła i tak da­lej?

– Nie bar­dzo. Wy­cho­wa­no go w du­chu we­sley­ani­zmu, tak że nie był nig­dy w zu­peł­nej zgo­dzie z ofi­cjal­nym ko­ścio­łem. Ma­wiał zwy­kle, że na­bo­żeń­stwo jest zbyt pom­pa­tycz­ne. Oczy­wi­ście, my wszy­scy prze­kła­da­li­śmy ko­ściół ofi­cjal­ny nad sek­ciar­stwo i oj­ciec nig­dy nie sprze­ci­wiał się temu.

– Przy­pusz­czam, że rad był wca­le tam nie cho­dzić.

Ciot­ka Anna za­sło­ni­ła so­bie usta ma­łym pa­pie­ro­wym wa­chla­rzy­kiem.

– Nie trze­ba być zło­śli­wym, mój dro­gi.

– Och, nie, cio­ciu, to jest do­praw­dy moje prze­ko­na­nie.

– Otóż, Jo, nie są­dzę, aby moż­na było po śmier­ci na­szej dro­giej mat­ki na­zwać twe­go dziad­ka czło­wie­kiem bar­dzo re­li­gij­nym. On za­wsze bun­to­wał się prze­ciw­ko swe­mu lo­so­wi.

– Czy mój oj­ciec był z nim do­brze?

– Nie bar­dzo. Twój oj­ciec był za­nad­to ulu­bień­cem na­szej mat­ki.

– Ro­zu­miem.

– Tak, ko­cha­nie, twój dzia­dek był za­wsze tak za­ję­ty, że miał nie­wie­le cza­su dla nas, dzie­ci. Może ze wszyst­kich mnie naj­wię­cej lu­bił.

– Za­pew­ne dla­te­go, że je­steś taka do­bra, cio­ciu.

– Ci­cho, Jo! Nie żar­tuj so­bie ze mnie. Po śmier­ci na­szej mat­ki by­łam je­dy­ną do­syć do­ro­słą oso­bą w domu, z któ­rą mógł roz­ma­wiać.

– Zda­wa­ło mi się, że mój oj­ciec był wte­dy w moim wie­ku.

– Tak, ale wów­czas nie roz­ma­wia­no z dzieć­mi tak jak te­raz.

Mło­dy Jo­lyon nic nie od­po­wie­dział, tyl­ko lek­ko pod­rzu­cił gło­wę do góry. Dzie­ci!

– Ile pie­nię­dzy dzia­dek zo­sta­wił po tym wszyst­kim, cio­ciu?

– Trzy­dzie­ści ty­się­cy fun­tów, ko­cha­nie, po­dzie­lo­nych rów­no mię­dzy nas dzie­się­cio­ro, był bar­dzo spra­wie­dli­wy.

Mło­dy Jo­lyon wy­jął ze­ga­rek, sta­ry ze­ga­rek swe­go ojca, na któ­ry lu­bił spo­glą­dać.

– Mu­szę już iść, cio­ciu. Mam się spo­tkać z ko­le­gą u Ma­da­me Tus­saud. Czy mógł­bym do­stać te sprzącz­ki?

Ciot­ka Anna za­trzy­ma­ła na nim swój wzrok. Był jej ulu­bień­com, choć nie chcia­ła przy­zna­wać się do tego.

– Czy moż­na ci je po­wie­rzyć, ko­cha­nie?

– Oczy­wi­ście, że moż­na.

– Jest to przed­miot dzie­dzicz­ny. A może by tak le­piej po­cze­kać z tym, aż bę­dziesz star­szy?

– Och, cio­ciu, czyż nie je­stem już?…

Pal­ce ciot­ki Anny za­czę­ły szpe­rać w ma­łej szu­flad­ce.

– Do­brze, pod wa­run­kiem, że bę­dziesz je miał w naj­więk­szej pie­czy. I nie po­wi­nie­neś ich no­sić, do­pó­ki nie pój­dziesz do sądu.

– Czy tam no­szą trze­wi­ki ze sprzącz­ka­mi?

– Tak mi się zda­je, ko­cha­nie. Nig­dy tam nie by­łam. Oto one.

Ciot­ka wy­ję­ła spo­śród zwo­jów bi­buł­ki sprzącz­ki – imi­ta­cja czar­nych ka­mie­ni opraw­nych w sre­bro. Umiesz­czo­ne na tle czar­ne­go ak­sa­mi­tu oby­dwie sprzącz­ki lśni­ły bar­dzo dys­kret­nie.

Mło­dy Jo­lyon wziął je do ręki. W któ­rej by je umie­ścić kie­sze­ni, aby nie zde­for­mo­wa­ły jego fi­gu­ry?

– Po­do­ba­ją mi się, cio­ciu.

– Tak, ko­cha­nie, to sta­ra, szla­chet­na imi­ta­cja. Czy masz ja­kieś pew­ne miej­sce, gdzie by je moż­na scho­wać?

– Och, tak, mam dużo szu­flad!

Umie­ścił sprzącz­ki w tyl­nej kie­sze­ni sur­du­ta i na­chy­liw­szy, się po­ca­ło­wał ciot­kę.

– Że­byś tyl­ko nie usiadł na nich, Jo.

– My, stu­den­ci, nie sia­da­my nig­dy na po­łach, cio­ciu.

Za­my­ślo­ny wzrok ciot­ki od­pro­wa­dził go do drzwi. Od­wró­cił się i ski­nął jej ręką. Po­czci­wy Jo! Wy­ra­sta te­raz na męż­czy­znę! Praw­dzi­wa przy­jem­ność nań pa­trzeć. Bę­dzie z nie­go kie­dyś zu­peł­nie dys­tyn­go­wa­ny czło­wiek, po­dob­nie jak jego oj­ciec, wię­cej na­wet jesz­cze. Ale czy po­stą­pi­ła słusz­nie, da­jąc mu sprzącz­ki? Czy nie jest zbyt mło­dy, by zda­wać so­bie spra­wę z od­po­wie­dzial­no­ści? Za­su­nę­ła małą szu­flad­kę, z któ­rej je wy­ję­ła, i przed jej wzro­kiem prze­su­nął się ko­ro­wód daw­nych dni, sny jej dzie­ciń­stwa i wie­ku doj­rza­łe­go – mło­do­ści nie zna­ła. Dni jej wła­snej od­po­wie­dzial­no­ści – od dwu­dzie­ste­go roku ży­cia była mat­ką dla ca­łej ro­dzi­ny! I tyl­ko jed­ne nie­for­tun­ne kon­ku­ry, „liź­nię­cie i obiet­ni­ca” – jak ma­wiał Swi­thin – uni­ce­stwio­ne przez wodę mor­ską i oba­wę o do­brą re­pu­ta­cję ojca. Czy ża­ło­wa­ła tego? Nie! Jak­że­by mo­gła? Gdy­by jej oj­ciec nie po­stą­pił uczci­wie w spra­wie tych do­mów – gdy­by nie był czło­wie­kiem ho­no­ru – nie mo­gła­by dać sprzą­czek dro­gie­mu Jo, jako sym­bo­lu prze­wod­nic­twa i pra­wo­ści. Edward! Cóż, oże­nił się „wresz­cie bar­dzo szczę­śli­wie. Nie za­cho­wa­ła doń ura­zy. Żona ob­da­rzy­ła go wkrót­ce bliź­nię­ta­mi. Może tak było naj­le­piej: bra­cia i sio­stry, któ­rym za­stę­po­wa­ła mat­kę, lu­bi­li ją bar­dzo i tak było przy­jem­nie pa­trzeć, jak do­ra­sta­ją jej dro­gie dzia­tecz­ki! Tak, So­ames na­dej­dzie nie­ba­wem, wra­ca­jąc do domu z zoo. Ob­cho­dzi dzi­siaj ósmą rocz­ni­cę uro­dzin i ona przy­go­to­wa­ła już dlań upo­mi­nek – pu­deł­ko z kloc­ka­mi, aby so­bie sam wy­bu­do­wał dom, po­dob­nie jak jego dzia­dek, tyl­ko już bez mor­skiej wody. A-a!… U-u!… Może by tak uciąć ma­leń­ką drzem­kę, za­nim przyj­dzie ten ko­cha­ny chło­piec, może by tak. U-u!… A-a!…

Cien­kie jej usta, zwy­kle za­ci­śnię­te, wy­dę­ły się lek­ko po­nad czwo­ro­kąt­nym pod­bród­kiem, wspar­tym na ka­mei. Fala przy­jem­nej drzem­ki za­to­pi­ła świa­do­mość ciot­ki Anny, na któ­rej czo­le wiły się w try­bu­szo­ny za­krę­co­ne wło­sy. Usta roz­chy­li­ły się raz je­den, szep­cząc: „sprzą… sprzącz­ki”.

KLEPSYDRA CZASU(1821-1863)

Wio­sną 1860 roku, po południu, w przed­dzień wy­jaz­du syna do Eton, sta­ry Jo­lyon umie­ścił swój cy­lin­der na drew­nia­nym koł­ku w hal­lu sta­ni­ho­pe Gate i wszedł do ja­dal­ni. Mło­dy Jo­lyon, po­wie­siw­szy swój cy­lin­der na niż­szym drew­nia­nym koł­ku, po­dą­żył za oj­cem i, sko­ro tyl­ko ten usa­do­wił się w du­żym skó­rza­nym fo­te­lu, przy­siadł się na jego po­rę­czy… czy to z po­wo­du mu­mii egip­skich obej­rza­nych do­pie­ro co w Mu­zeum Bry­tyj­skim, czy też po pro­stu dla­te­go, iż wy­nu­rza­ła się przed nimi cięż­ka per­spek­ty­wa przej­ścia chłop­ca do no­wej szko­ły, i to szko­ły eli­tar­nej, dość, że obaj czu­li się sta­ro, gdyż w po­dob­nych oko­licz­no­ściach nie ma wła­ści­wie wiel­kiej prze­pa­ści mię­dzy trzy­na­stym a pięć­dzie­sią­tym czwar­tym ro­kiem ży­cia. I ta bli­skość fi­zycz­na, któ­ra ist­nia­ła za­wsze mię­dzy mło­dym Jo­lyonem a jego oj­cem, za­nim chło­piec w dzie­sią­tym roku ży­cia po­szedł po raz pierw­szy do szko­ły, te­raz po­wra­ca­ła nie­mal nie­świa­do­mie wraz z prze­czu­ciem chłop­ca, że ju­tro bę­dzie już męż­czy­zną… chło­piec prze­chy­lił się tak, że gło­wa jego wspar­ła się na oj­cow­skim ra­mie­niu… sta­ry Jo­lyon za­li­czał ta­kie chwi­le, z bie­giem lat co­raz rzad­sze, do naj­cen­niej­szych, ja­kie mu ży­cie da­wa­ło – do­zna­wał ogrom­nej po­cie­chy, że chło­piec jest taki ser­decz­ny.

– No, Jo – rzekł – cóż są­dzisz o tych mu­miach?

– Okrop­ne są, oj­czul­ku.

– Hm, tak. Jed­nak, gdy­by­śmy ich nie wzię­li, uczy­nił­by to ktoś inny… po­wia­da­ją, że są war­te mnó­stwo pie­nię­dzy… szcze­gól­na rzecz po­my­śleć so­bie, Jo, że po­tom­ko­wie tych mu­mii może żyją jesz­cze. No, w każ­dym ra­zie mo­żesz po­wie­dzieć te­raz, żeś je wi­dział. Nie­wie­lu chłop­ców, jak są­dzę, mo­gło­by po­wie­dzieć coś po­dob­ne­go. Przy­pusz­czam, że w Eton bę­dzie ci się po­do­ba­ło.

Po­wie­dział to dla­te­go, iż oba­wiał się wła­śnie cze­goś wręcz od­wrot­ne­go. Nie­wie­le wie­dział o tej szko­le, ale był to duży, słyn­ny za­kład, do­kąd po­sy­łał swe­go chłop­ca. Oj­ciec czuł, jak po­li­czek syna przy­wie­ra sil­niej do jego ra­mie­nia, i usły­szał wy­so­ki głos chłop­ca, nie­co stłu­mio­ny, szep­czą­cy:

– Opo­wiedz mi coś o swo­jej szko­le, oj­czul­ku.

– O mo­jej szko­le, Jo? Nie było tam nic wiel­kie­go. Wstą­pi­łem do szko­ły w Ep­som; całą dro­gę od Bo­spor­tu do Lon­dy­nu od­by­wa­ło się dy­li­żan­sem, po­tem wóz­ka­mi pocz­to­wy­mi, nie było wte­dy ko­lei. Od­da­no mnie pod opie­kę pocz­ty­lio­na, ogrom­ne­go, czer­wo­ne­go na twa­rzy chło­pa z trąb­ką. Po­dró­żo­wa­ło się przez całą noc, dzie­sięć mil na go­dzi­nę, ko­nie zmie­nia­no co go­dzi­nę, re­gu­lar­nie jak w me­cha­ni­zmie ze­ga­ro­wym.

– Czy je­cha­łeś też na koź­le, oj­czul­ku?

– Owszem, mały żół­to­dziób wci­śnię­ty mię­dzy pocz­ty­lio­na i jed­ne­go z po­dróż­nych. Zim­no było; w owych cza­sach no­szo­no sza­le aż do oczu. Mat­ka da­wa­ła mi zwy­kle pie­róg z ba­ra­ni­ny i bu­tel­kę cher­ry bran­dy. Sta­ry pocz­ty­lion do­bry był typ, ochry­pły jak wro­na i okrą­gły niby ba­ry­ła. A war­to było po­pa­trzeć, jak po­wo­ził, od­gar­niał ba­tem mu­chę z ucha ko­nia lej­co­we­go.

– Czy było tam wie­lu chłop­ców?

– Nie, za­kład był nie­wiel­ki, ze trzy­dzie­stu. Ale ja wy­sze­dłem ze szko­ły w pięt­na­stym roku ży­cia.

– Dla­cze­go?

– Mat­ka moja umar­ła, kie­dy przy­szła na świat two­ja ciot­ka Zu­zan­na, tak że opu­ści­li­śmy Bo­sport i za­miesz­ka­li­śmy w Lon­dy­nie. Tam od razu wstą­pi­łem do in­te­re­su.

– Jak wy­glą­da­ła two­ja mat­ka, oj­czul­ku?

– Moja mat­ka?

Sta­ry Jo­lyon za­milkł, szu­ka­jąc jej ob­ra­zu po­śród mnó­stwa róż­nych wspo­mnień.

– Bar­dzo ją ko­cha­łem, Jo. Ro­zu­miesz, by­łem naj­star­szym sy­nem. Mó­wią, że je­stem do niej po­dob­ny. Nie je­stem tego pew­ny. Była to ład­na ko­bie­ta o sub­tel­nych ry­sach. Nick Tref­fry po­wie­dział­by ci, że była naj­pięk­niej­szą ko­bie­tą w ca­łym mie­ście, przy tym ko­bie­tą do­brą, dla mnie bar­dzo do­brą. Głę­bo­ko od­czu­łem jej śmierć.

Moc­niej jesz­cze przy­war­ła gło­wa chłop­ca do oj­cow­skie­go ra­mie­nia. Wszyst­ko, co czuł w sto­sun­ku do chłop­ca i co chło­piec – spo­dzie­wał się tego i wie­rzył – czuł w sto­sun­ku do nie­go, sam czuł przed laty do swo­jej mat­ki. Umar­ła przy dzie­sią­tym dziec­ku, ma­jąc le­d­wie czter­dzie­ści je­den lat. Dzie­sią­tym! W owych cza­sach nie przej­mo­wa­no się tymi rze­cza­mi – do­pó­ty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie. Ach, jej śmierć była gorz­ką stra­tą.

Mło­dy Jo­lyon zsu­nął się z po­rę­czy fo­te­la, jak gdy­by wy­czuł, że oj­ciec prze­by­wa my­śla­mi gdzie in­dziej.

– Pój­dę chy­ba spa­ko­wać się, oj­czul­ku.

– Do­sko­na­le, mój chłop­cze! Wy­pa­lę tym­cza­sem cy­ga­ro.

Po wyj­ściu syna – ja­kiż miły chłop­czy­na! – sta­ry Jo­lyon zbli­żył się do pu­deł­ka po chiń­skiej her­ba­cie, w któ­rym trzy­mał cy­ga­ra, i wy­jął stam­tąd jed­no. Przy­ło­żył cy­ga­ro do ucha, od­ciął ko­niu­szek, za­pa­lił i wło­żył je do ust. Po­cią­gnął, wy­jął je zno­wu, po­trzy­mał w dwóch pal­cach o zbyt ostro przy­cię­tych pa­znok­ciach, i roz­ko­szo­wał się wo­nią nie­bie­skie­go dymu. Nie­zła tra­wa, zu­peł­nie zdat­na do pa­le­nia! Wró­ciw­szy na fo­tel, roz­parł się w nim wy­god­nie i skrzy­żo­wał nogi. Daw­no już nie my­ślał o mat­ce. Wi­dział jesz­cze przed sobą jej twarz. Tak, do­kład­nie wi­dział ja­sne spoj­rze­nie osa­dzo­nych głę­bo­ko oczu i za­ostrzo­ny pod­bró­dek. I sły­szał też jej głos – dźwięcz­ny, ła­god­ny, sub­tel­ny. Któ­re z nich wda­ło się w nią? Anna – odro­bi­nę, Es­te­ra – owszem, Zu­zan­na – tro­chę, Mi­ko­łaj – może, choć był on taki ostry, on sam – po­wia­da­ją, nie wie do­brze, ale tak by chciał. Mat­ka była isto­tą ła­god­ną. I na­gle miał uczu­cie, jak gdy­by jej ręka prze­su­nę­ła się po jego czo­le, od­gar­nia­jąc mu wło­sy, jak to lu­bi­ła czy­nić. Jak do­brze pa­mię­ta jesz­cze po­wrót ze szko­ły do oj­cow­skie­go domu w Bo­sport po dłu­giej, zim­nej po­dró­ży dy­li­żan­sem. Przy­by­wa i wi­dzi w hal­lu wy­so­ką po­stać ojca z lek­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi i po­chy­lo­ną gło­wą, zu­peł­nie jak gdy­by ktoś za­dał mu przed chwi­lą cios. I do­pie­ro, kie­dy po­wie­dział: „To ja, oj­cze” – sta­ry za­uwa­żył g°.

– Co? Ty, Jo?

Twarz miał moc­no czer­wo­ną, po­wie­ki na­brzmia­łe, tak że le­d­wie wi­dać było oczy. Uczy­nił ja­kiś szcze­gól­ny ruch obu­rącz i gło­wą w kie­run­ku scho­dów.

– Idź na górę – rzekł. – Mat­ka czu­je się bar­dzo źle. Idź tam, mój chłop­cze. Rób, co chcesz, tyl­ko nie płacz!

Po­szedł, ma­jąc w ser­cu ja­kieś bo­le­sne uczu­cie lęku. Sio­stra Anna wy­szła mu na­prze­ciw – wów­czas ład­na, zgrab­nie wy­ro­sła dziew­czy­na. Po­tem była dla nich wszyst­kich mat­ką – po­świę­ci­ła się, aby wy­cho­wać młod­sze ro­dzeń­stwo. Dziel­na ko­bie­ta ta Anna!

– Wejdź, Jo – rze­kła. – Mat­ka chcia­ła­by cię zo­ba­czyć. Ale, Jo! Och, Jo!

I uj­rzał dwie łzy spły­wa­ją­ce po jej po­licz­kach. Ten wi­dok spra­wił na nim okrop­ne wra­że­nie. Anna nig­dy nie pła­ka­ła. Na ogrom­nym łożu spo­czy­wa­ła mat­ka bia­ła jak prze­ście­ra­dło, od­ci­na­ły się tyl­ko jej ciem­ne splo­ty. W po­ko­ju pa­no­wał lek­ki zmierzch, a tam przy oknie sie­dzia­ła ja­kaś obca ko­bie­ta, pie­lę­gniar­ka, trzy­ma­jąc na ło­nie bia­łe za­wi­niąt­ko! Chło­piec zbli­żył się do łóż­ka. Jesz­cze te­raz wi­dział jej twarz – bez jed­nej zmarszcz­ki, gład­ką jak wosk.

Nie wy­do­był z sie­bie ani jed­ne­go dźwię­ku i tyl­ko stał, pa­trząc. Ale jej oczy otwar­ły się i, choć twarz po­zo­sta­ła zu­peł­nie nie­ru­cho­ma, zwró­ci­ły się nie­co w bok, aby się do­brze w nie­go wpa­trzeć. Wów­czas usta jej po­ru­szy­ły się, szep­cząc: „To Jo, to mój ko­cha­ny chło­piec!”. I nig­dy w ży­ciu, ani przed­tem, ani po­tem, Jo­lyon nie sto­czył z sobą rów­nie cięż­kiej wal­ki, by nie wy­buch­nąć pła­czem albo nie rzu­cić się do uciecz­ki. Ale tyl­ko po­wie­dział to jed­no: „Mat­ko!”. Usta jej po­ru­szy­ły się zno­wu: „Po­ca­łuj mnie, mój chłop­cze”. On zaś po­chy­lił się i uca­ło­wał jej czo­ło, ta­kie gład­kie, ta­kie zim­ne. A po­tem osu­nął się na ko­la­na i trwał tak wpa­trzo­ny w jej za­mknię­te oczy, do­pó­ki nie przy­szła Anna i nie za­bra­ła go stam­tąd. W man­sar­dzie, któ­rą zaj­mo­wał wraz z Ja­me­sem i Swi­thi­nem, rzu­cił się na łóż­ko i ukryw­szy twarz, łkał, łkał… Umar­ła tego sa­me­go rana, nie po­wie­dziaw­szy ani sło­wa wię­cej – tak go po­in­for­mo­wa­ła Anna. Po upły­wie czter­dzie­stu lat znów od­czuł zim­ną, bo­le­sną pust­kę owych dni, okrop­ny, dła­wią­cy ucisk w gar­dle, jak wów­czas, kie­dy na sta­rym cmen­ta­rzu za­bie­ra­no mu ją na za­wsze. W sam dzień ich wy­jaz­du do Lon­dy­nu po­sta­wio­no jej na­gro­bek.

Po­szedł tam i stał, od­czy­tu­jąc:

KU PA­MIĘ­CI

ANNY

UKO­CHA­NEJ ŻONY

JO­LYONA FOR­SY­TE’A

uro­dzo­nej 1 lu­te­go 1780 r.

zmar­łej 16 kwiet­nia 1821 r.

Był ja­sny dzień ma­jo­wy i stał sa­mot­ny po­śród gę­stych mo­gił cmen­tar­nych.

Sta­ry Jo­lyon po­pra­wił się w fo­te­lu. Cy­ga­ro mu zga­sło, po­licz­ki po­nad si­wie­ją­cy­mi bo­ko­bro­da­mi – nie­odzow­na moda szó­ste­go dzie­się­cio­le­cia – za­bar­wi­ły się na­gle, głę­bo­ko osa­dzo­ne oczy za­bły­sły gniew­nie spod ścią­gnię­tych brwi, gdyż nie­spo­dzia­nie opa­no­wa­ło go inne wspo­mnie­nie, sprzed dzie­się­ciu lat, gorz­kie, obu­rza­ją­ce i ha­nieb­ne.

Był znów wio­sen­ny dzień 1851 roku. Przed ro­kiem po­cho­wa­li na Hi­gh­ga­te swe­go ojca, trzy­dzie­ści lat po śmier­ci mat­ki. Przy­po­mnia­ło mu się to wła­śnie i po­je­chał do Bo­spor­tu po raz pierw­szy od owe­go cza­su. Po­dróż od­był ko­le­ją i na dro­gę wło­żył szkoc­ką czap­kę. Z tru­dem roz­po­znał miej­sce, tak się zmie­ni­ło wszyst­ko i roz­ro­sło. Od­na­la­zł­szy sta­ry ko­ściół pa­ra­fial­ny, skie­ro­wał się w stro­nę cmen­tar­ne­go wę­gła, gdzie po­cho­wa­no jego mat­kę, i sta­nął prze­ra­żo­ny, prze­cie­ra­jąc oczy. Nic tam nie po­zo­sta­ło! Drze­wa, mo­gi­ły, wszyst­ko znik­nę­ło! W tym miej­scu mur prze­ci­nał uko­śnie cmen­tarz, da­lej zaś bie­gła te­raz li­nia ko­le­jo­wa. Cóż, na mi­łość bo­ską, zro­bio­no z mo­gi­łą jego mat­ki? Szu­kał ze zmarsz­czo­nym czo­łem prze­mie­rza­jąc cały cmen­tarz niby pies goń­czy. Może przy­najm­niej prze­nie­sio­no ją gdzie in­dziej. Ale nie – ani na­wet śla­du! Wy­bu­chła w nim wów­czas ja­kaś mści­wa wście­kłość wraz ze wsty­dem, któ­ry gwał­tow­nie mu wzbu­rzył krew. Bar­ba­rzyń­cy, wan­da­le, łaj­da­ki! Jego mat­ka. Ko­ści jej roz­pro­szo­ne, imię star­te, szcząt­ki zni­we­czo­ne! Ob­mier­z­ły tor ko­le­jo­wy prze­ciął jej grób! Ja­kim pra­wem?… Drżą­cy­mi rę­ka­mi uchwy­cił się kra­ty przy jed­nej z mo­gił, a kro­ple potu zro­si­ły jego roz­pa­lo­ne czo­ło. Gdy­by ist­nia­ło ja­kieś pra­wo, któ­re mógł­by po­ru­szyć, po­ru­szył­by je! Gdy­by tu moż­na było ko­goś uka­rać, uka­rał­by go, prze­bóg! I znów ogar­nął go ten wstyd, tak obcy jego na­tu­rze! Cóż to za­przą­ta­ło tak ojca, co za­przą­ta­ło ich wszyst­kich, że żad­ne z dzie­ci nie zja­wi­ło się tu przez tyle lat, aby spoj­rzeć, czy jej grób jest w po­rząd­ku! Zbyt za­ję­ci byli za­ra­bia­niem pie­nię­dzy, ce­cha wie­ku, bu­du­jąc tę świę­to­kradz­ką li­nię ko­le­jo­wą, któ­ra bu­rzy­ła swo­im ist­nie­niem do­stoj­ną ci­szę śmier­ci! Opu­ścił ni­sko gło­wę na drżą­ce ręce. Jego mat­ka! A on nie bro­nił jej, gdy le­ża­ła taka bez­bron­na! Ale co ro­bił pa­stor, że ich nie uprze­dził o tym, co tu się mia­ło stać? Znów pod­niósł gło­wę i ro­zej­rzał się wo­kół. Tam, da­le­ko ktoś pełł ścież­ki. Jo­lyon zbli­żył się do nie­zna­jo­me­go i za­py­tał:

– Jak daw­no już prze­pro­wa­dzo­no tu tę li­nię ko­le­jo­wą?

Sta­ry prze­rwał pra­cę i wsparł się na ry­dlu.

– Z dzie­sięć lat albo i wię­cej.

– Co zro­bio­no z gro­ba­mi w tym tu rogu?

– O, ja nig­dy tego nie po­chwa­la­łem.

– Py­tam się, co zro­bio­no z tymi mo­gi­ła­mi?

– No, roz­ko­pa­no je po pro­stu.

– A trum­ny?

– Nie wiem. Trze­ba się za­py­tać pa­sto­ra. To były sta­re mo­gi­ły, ze sto lat i wię­cej prze­waż­nie.

– To nie­praw­da, jed­na była mo­jej mat­ki z roku 1821.

– Aha, pa­mię­tam, stał tam nowy ka­mień.

– Co się z tym sta­ło?

Sta­ry spoj­rzał nań, a po­tem przed sie­bie na ścież­kę, jak gdy­by uświa­do­miw­szy so­bie na­gle anor­mal­ność sy­tu­acji.

– Zda­je mi się, że nie mo­gli zna­leźć wła­ści­cie­la, trze­ba się za­py­tać pa­sto­ra, może wie.

– Jak daw­no już tu jest?

– Czte­ry lata bę­dzie na św. Mi­cha­ła. Sta­ry pa­stor nie żyje, ale może nowy da panu ja­kieś in­for­ma­cje.

Sta­ry Jo­lyon stał niby zwierz po­zba­wio­ny swe­go łupu. Nie żyje! Ten łaj­dak nie żyje!

– Czy nie wie­cie, co zro­bio­no z trum­na­mi, z ko­ść­mi?

– Nie mógł­bym po­wie­dzieć, pew­nie po­grze­ba­no gdzie in­dziej, tak so­bie my­ślę. Może i dok­to­rzy za­bra­li tro­chę. Nie mógł­bym po­wie­dzieć. Jak panu mó­wię, wi­ka­ry może wie.

I splu­nąw­szy w dło­nie, znów za­brał się do pie­le­nia.