67,99 zł
Rzym – miasto, z którego Bóg rządził światem.
Tu czczono boskich cezarów, wynoszono dyktatorów i obalano tyranów. Wszyscy przeminęli. Tylko jeden władca Rzymu trwa do dziś – papież.
Jessica Wärnberg prowadzi nas przez dwa tysiące lat historii – od starożytności i narodzin chrześcijaństwa przez blask renesansu po tyranię Mussoliniego i naszą współczesność. Ta podróż wiedzie przez podziemia najsłynniejszej bazyliki świata, tłoczne uliczki Zatybrza, milczące komnaty Zamku Świętego Anioła i balkon Palazzo Venezia.
Jak dzieje papiestwa splatały się z historią świata? Czy w Rzymie wiara i polityka kiedykolwiek były rozdzielne?
Historia Wiecznego Miasta, jakiej dotąd nie opowiedziano.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 632
Data ważności licencji: 1/13/2031
Tytuł oryginału
City of Echoes: A New History of Rome, its Popes and its People
Text copyright © 2024, Jessica Wärnberg
Projekt okładki
Magdalena Kuc
Ilustracja na okładce
Michał Anioł, Stworzenie słońca i księżyca, fragment fresku z Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie /Alamy
Ilustracje na wyklejkach
Karl Kaufamnn, Widok na Zamek Świętego Anioła w Rzymie / domena publiczna
Gaspar Van Vittel, Koloseum / domena publiczna
Redaktorka nabywająca
Kinga Janas
Redaktorka prowadząca
Hanna Mickiewicz
Opieka redakcyjna
Katarzyna Mach
Promocja
Kinga Wojnicka
Adiustacja
Bogusława Wójcikowska
Korekta
Barbara Gąsiorowska
Indeks
Artur Czesak
Łamanie
Dariusz Ziach
(Prolog, rozdziały 1–8 wraz z przypisami do nich przełożyła Ewa Ratajczyk, rozdziały 9–11 wraz przypisami i bibliografkę przełożył Michał Filipczuk).
Copyright © for the translation by Ewa Ratajczyk
Copyright © for the translation by Michał Filipczuk
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-969051-4-7
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk
Dla KGW
Rzym jest miastem echa, miastem iluzji i miastem tęsknoty.
słowa przypisywane Giottowi di Bondone
Tuż po świcie dwaj młodzi mężczyźni przemierzający puste ulice wślizgują się do Santa Maria in Traspontina, szesnastowiecznego kościoła stojącego w pobliżu Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Nie są Rzymianami ani nawet Włochami. To austriaccy katolicy, którzy przyjechali do Wiecznego Miasta z bardzo osobliwą, ale dla nich niezwykle ważną misją. W swoim przekonaniu przybyli tu, do Rzymu, by ocalić kościół przed zbezczeszczeniem i bronić świętej wiary katolickiej. Podczas niedawnej wizyty w mieście jeden z mężczyzn ze zgorszeniem odkrył w świątyni drewniane posążki nagiej bogini płodności, stojące tuż obok ołtarzy św. Jana i Matki Bożej. Nie mógł zwrócić się do władz kościelnych, by powstrzymać to, co uważał za akt świętokradztwa, bo figurki te były wcześniej czczone w Ogrodach Watykańskich w obecności samego papieża.
Po wejściu do pogrążonej w ciszy świątyni mężczyźni uroczyście przyklękają przed głównym ołtarzem, po czym szybkim krokiem kierują się do bocznych kaplic. Chwytają rzeźby i wynoszą je z kościoła. Obładowani figurkami biegną w stronę Mostu św. Anioła – wiekowej przeprawy wzniesionej przez cesarza Hadriana i ozdobionej później figurami aniołów trzymających narzędzia męki Pańskiej. Stają u stóp anioła dzierżącego krzyż i wrzucają posążki do mrocznych wód Tybru. Wypełniwszy swoją misję, o wschodzie słońca znikają z miejsca zdarzenia.
Kiedy karmelici opiekujący się kościołem odkrywają kradzież, natychmiast wszczynają alarm. Wieść o incydencie szybko obiega Rzym i dzieli katolików na całym świecie. Kim tak naprawdę są ci ludzie? Bohaterskimi obrońcami wiary katolickiej czy zwykłymi wandalami, którzy dopuścili się kradzieży w świętym miejscu i znieważyli fundatorów figurek? W toku śledztwa zwierzchnik włoskiej policji zarządza przeszukanie dna rzeki, by odnaleźć rzeźby. Tymczasem papież pozostaje nieugięty. Podczas kolejnej mszy papieskiej na ołtarzu głównym Bazyliki św. Piotra spoczywa rytualna misa z ziemią – ofiara ku czci bogini Pachamamy.
***
O kradzieży figurek Pachamamy usłyszałam zimą 2019 roku, gdy wychodziłam z londyńskiej restauracji. Przyjaciel pokazał mi film w swoim telefonie, kiedy szliśmy mokrymi od deszczu ulicami. Zdziwił się, że nie widziałam nagrania, które krążyło w sieci od dobrych paru tygodni. Mieszkałam wtedy w Wielkiej Brytanii, prawie półtora tysiąca kilometrów od Rzymu. Mimo tej odległości to, co wydarzyło się tamtego ranka w Wiecznym Mieście, miało dla mnie duże znaczenie. Istotne było również, jak na kradzież zareagował papież. Podobne reakcje widziałam u swoich znajomych – osób różnych wyznań, także niewierzących – którzy oburzali się lub cieszyli, gdy papież zabierał głos w palących kwestiach współczesnego świata. Rzym i papieże, wbrew pozorom, nie są jedynie historyczną ciekawostką. To wiekowe symbole o uniwersalnym znaczeniu, które trwają w zadziwiająco niezmienionej formie, budząc zainteresowanie, sympatię, a nawet skłaniając do odważnych czynów w erze cyfrowej.
Od czasów cesarzy po współczesność poczynania papieży odbijały się echem daleko poza murami Rzymu, przekształcając tkankę starożytnej stolicy. Przez blisko dwa tysiące lat miasto i papiestwo zrosły się w jedno – spojone słowami, czynami i trawertynem. Ulice pełne barokowych kościołów, słabo oświetlone kapliczki czy portret uśmiechniętego, niedawno zmarłego papieża wiszący za barem – nawet dziś wizualna siła tego związku jest tak doskonała, jakby zaplanowano go z góry. Obraz miasta kształtują także warstwy legend – tych czarnych i tych złotych. Niniejsza książka rzuca światło na jego ewolucję w ciągu niemal dwóch tysięcy lat. Śledząc losy Rzymu, jego mieszkańców i papieży, trwających w dialogu, opowiada o symbolice, której echa wciąż pobrzmiewają w naszych czasach. Oto dawne bogaczki zamieniają fortuny na pokutne włosienice. Etiopscy dyplomaci zanoszą się od śmiechu w kardynalskich pałacach. Syn hotelarza zasiada na tronie Piotrowym i naśladując cesarzy i papieży, staje się pełnym pychy tyranem, budząc powszechne rozczarowanie. U progu nowoczesności mężczyźni i kobiety z całego świata przybywają do miasta, by zza barykad z materacy walczyć o swoje ideały. Rozplatając wątki znane i nieznane, możemy przybliżyć życie tych, którzy niegdyś przemierzali ulice Rzymu, i pokazać, jak miasto wykuwało swoją najbardziej trwałą tożsamość.
Dla wielu czytelników to oczywiste, że fundamenty papieskiego Rzymu kładli pierwsi chrześcijańscy cesarze. Władcy ci, poczynając od Konstantyna Wielkiego (306–337), upamiętniali świętych w cegle, marmurze i przy użyciu farby, nadając religijnym wierzeniom i papieskiej władzy monumentalną oprawę. Jednak dzieje Rzymu i papieży wspólny początek mają znacznie wcześniej – w osobie skromnego człowieka i w opowieści, która łączy w jedno Rzym, jego mieszkańców i sacrum. W połowie I wieku Piotr, rybak znad Jeziora Galilejskiego, wyruszył do pogańskiego Rzymu, żeby szerzyć tam rodzącą się wiarę chrześcijańską. Za młodu chadzał po rozgrzanych słońcem ulicach Jerozolimy. To właśnie tam człowiek mieniący się Synem Bożym powiedział Piotrowi, że jest on skałą, na której oprze cały swój Kościół. Zanim Piotr znalazł się w Rzymie, Jezus z Nazaretu skonał na krzyżu. Dla wyznawców takich jak Piotr męka Jezusa była ceną za zbawienie ludzkości. Wkrótce i krew rybaka została przelana nieopodal toru wyścigowego na północy Rzymu. To miejsce stało się źródłem, z którego czerpały pokolenia przyszłych chrześcijan. Męczeństwo Piotra ugruntowało w Rzymie autorytet wywiedziony ze słów samego Chrystusa. Ten fundament pozwolił biskupom rzymskim sięgnąć po godność pasterzy i najwyższych zwierzchników Kościoła na ziemi.
W czasach Nerona (54–68) śmierć Piotra pozostała właściwie niezauważona. Zginął jak anonimowy przestępca, wyznawca nowego, osobliwego kultu. To stopy najwcześniejszych wyznawców chrześcijaństwa w Rzymie wydeptały pierwszy pielgrzymkowy szlak w mieście: ścieżkę prowadzącą na piaszczyste wzgórze, gdzie, jak wierzono, zginął Książę Apostołów. Dopiero kilka wieków później w miejscu, w którym od dawna modlili się wierni, Konstantyn wzniósł monumentalną bazylikę. Rzym stał się głównym ośrodkiem zachodniego chrześcijaństwa dzięki jednemu niepozornemu przybyszowi – jego śmierć w murach miasta rozpaliła żarliwość zwykłych ludzi. Paradoksalnie to, że Rzym pozostawał pogański, wzmocniło jego chrześcijański charakter. Gdy mężczyźni i kobiety ginęli za wiarę na arenach i ulicach, chrześcijanie głosili, że krew męczenników uświęca miasto. Można odnieść wrażenie, że chrześcijański Rzym narodził się w wyniku historycznego zbiegu okoliczności. Pierwsi papieże dopilnowali jednak, by o tym przypadku nie zapomniano. Historie życia i śmierci chrześcijańskich męczenników, z Piotrem na czele, wyryto, wyrzeźbiono i namalowano w rozmaitych zakątkach metropolii. Dzieje Kościoła wrosły w tkankę Rzymu niczym przejmujący dramat, w którym spotykają się niebo i ziemia. Miasto zaczęło przyciągać rzesze ludzi – od pierwszych wyznawców modlących się w ukryciu po Etiopczyków, którzy w XV wieku przybywali tu, by w zamian za klejnoty wyjednać sobie zbawienie. Do dziś przy posągach męczenników w Rzymie piętrzą się karteluszki z intencjami modlitewnymi. To właśnie ta niesłabnąca pobożność wzmacniała w ciągu wieków tożsamość chrześcijańskiego Rzymu – czy to dzięki barokowym artystom, czy lufom dziewiętnastowiecznych papieskich żuawów.
W sercu tej niezwykłej historii trwają papieże − totemiczni i niewzruszeni. Ich urząd przetrwał, choć monarchie, dyktatury i całe imperia odchodziły w niebyt. „Rzym jest miastem ech”, powiedział renesansowy mistrz Giotto di Bondone. Ostatnie tchnienie imperium z pewnością wciąż pobrzmiewa w podwalinach rzymskiego Kościoła, jednak u źródeł potęgi chrześcijańskiego Rzymu leży echo słów, które Chrystus skierował do Piotra. Wysoko w kopule watykańskiej bazyliki na złotym otoku widnieją dostojnie słowa Tu es Petrus… wypowiedziane niegdyś w Jerozolimie. Od pierwszych wieków po śmierci Piotra aż po wybór papieża Franciszka w 2013 roku biskupi Rzymu stają w jednym szeregu zapoczątkowanym przez Piotra. Siłę Piotrowego autorytetu – wywodzącego się od samego Jezusa Chrystusa – szybko dostrzegli władcy szukający legitymizacji dla swoich rządów. U progu nowożytności świeccy przywódcy w imię Piotra przyznali papieżom tak wiele ziem, że Państwo Kościelne ciągnęło się przez cały Półwysep Apeniński, a następca św. Piotra uzyskał władzę niczym udzielny książę.
Choć w XIX wieku polityczna zawierucha zmiotła z mapy Państwo Kościelne, następcy św. Piotra zachowali niepodważalny autorytet, który skłaniał do uległości nawet niewierzących. Uznawał go jeszcze w 1922 roku faszystowski premier Benito Mussolini, świadomy, że bez przychylności papieża Piusa XI (1922–1939) nie zdoła utrzymać władzy we Włoszech. Mimo że wpływy Kościoła we współczesnej cywilizacji Zachodu słabną, przywódcy polityczni wciąż pielgrzymują do Rzymu. Sto lat po tym jak do władzy doszedł Mussolini, Emmanuel Macron – prezydent świeckiej Republiki Francuskiej – zjawił się w Watykanie, by prosić Franciszka o podjęcie mediacji na rzecz pokoju w wojnie między Rosją a Ukrainą. Choć Kościół staje się coraz bardziej globalny, jego serce niezmiennie bije w Rzymie. Mit miasta zakorzenił się w kulturze tak bardzo, że jego nazwa stała się synonimem samego katolicyzmu. Gdy w XVI wieku misjonarz Matteo Ricci przybył do Chin, przywdział szaty konfucjańskie i zgłębił tamtejszą filozofię, by skuteczniej nawracać dusze na chrześcijaństwo. Obecnie dla wielu chińskich katolików to właśnie więź z Wiecznym Miastem jest znakiem rozpoznawczym autentycznej wiary katolickiej – i to często pomimo (a czasem właśnie z powodu) politycznych barier, które oddzieliły ich od oficjalnych struktur Kościoła1.
Dzieje Rzymu i jego biskupów to splot wielu narracji, które przenikają się nawzajem, a także łączą z dziejami Kościoła chrześcijańskiego i całego świata. Aby stworzyć z nich spójną całość, niniejsza książka dopuszcza się niekiedy grzechu zaniechania, starając się jednak, na ile to możliwe, ukazać prawdy fundamentalne. Jej głównym celem jest ukazanie często niezwykłych losów rzymskiego papiestwa – prześledzenie wzajemnego oddziaływania miasta i urzędu oraz trwałości instytucji (a także idei), która narodziła się w czasach św. Piotra i niewzruszenie trwa do dziś.
„Ja zaś mogę wskazać trofea apostolskie”, pisał rzymski chrześcijanin o imieniu Gajus, kreśląc te słowa czarnym gęstym atramentem. „Wyjdź na Wzgórze Watykańskie albo na drogę do Ostii, a znajdziesz tam trofea tych, którzy założyli ten Kościół”1. Zaginiony dziś papirus, na którym około 200 roku n.e. utrwalono to świadectwo, rzucił światło na pierwsze, wciąż jeszcze niewyraźne ślady działalności Kościoła chrześcijańskiego w Rzymie. Mowa o symbolach siły, która w przyszłości miała ukształtować i uświetnić miasto: skromnych pomnikach ku czci św. Piotra i św. Pawła, pierwszych wyznawców Jezusa z Nazaretu, znanych nam z opowieści biblijnych. Z Jerozolimy wyruszyli oni na zachód przez lądy i morza, minęli południowe wybrzeże Krety i zawitali do Reggio, Pozzuoli, i w końcu do Rzymu. W połowie I stulecia brukowanymi drogami dotarli do stolicy Cesarstwa Rzymskiego. W tym pogańskim mieście, siedzibie cezara, Paweł odnalazł pierwszych członków społeczności chrześcijan: Akwilę, Pryscyllę, Andronika i wielu innych. O ile pobyt Pawła w Rzymie jest dobrze udokumentowany, o tyle działalność Piotra w tym mieście wciąż spowija mgła tajemnicy. Podobnie jak w przypadku wielu innych wczesnych rozdziałów historii chrześcijaństwa i Rzymu, dowody są tu skąpe, fragmentaryczne i często budzą kontrowersje. Mimo to większość współczesnych historyków zgadza się, że obaj mężczyźni przebywali wśród pierwszych rzymskich chrześcijan i że w Rzymie ostatecznie przelali krew2. Wspomniane przez Gajusa „trofea” wyrastają właśnie z jej szkarłatnych plam. W ciągu kolejnych stuleci miały zapewnić miastu status świętości, lecz gdy pisał o nich Gajus, były skromne i niepozorne, podobnie jak sam rodzący się wówczas Kościół rzymski.
Najstarsze zachowane rzymskie źródła podają, że w połowie I stulecia Piotr na swojego następcę wyznaczył Rzymianina o imieniu Linus3. Po nim nastał Anaklet, a następnie – około roku 96 – Klemens, trzeci biskup Rzymu. Wówczas nikt jeszcze nie przypuszczał, że ten skromny tytuł zostanie pewnego dnia powiązany z dostojnym urzędem papieskim. Choć już za życia Klemensa rodziła się legenda Piotra i Pawła, otaczano ich czcią jedynie w wąskim kręgu ówczesnych chrześcijan. Przez dwieście lat po śmierci Klemensa chrześcijańskie oblicze Rzymu pozostawało niemal niewidoczne. Klemens, u schyłku wieku przewodzący osobliwemu wschodniemu kultowi, mieszkał najpewniej w niepozornym domu w jednej z uboższych części miasta. Większość chrześcijan zamieszkiwała wówczas w dzielnicach tradycyjnie żydowskich, takich jak Zatybrze, położone po drugiej stronie rzeki, z dala od marmurowego, religijnego i administracyjnego centrum metropolii4. Z tego głębokiego zakola Tybru można było dojść pieszo do grobu Piotra na piaszczystym Wzgórzu Watykańskim. Stamtąd zaś, kierując się na południe i ponownie przeprawiając przez rzekę, docierało się do odludnego miejsca, w którym zginął Paweł.
Jeszcze przed czasami Gajusa rzymscy chrześcijanie zaczęli po cichu budować zręby papieskiego miasta. Krok po kroku, cegła po cegle, poprzez skromne symbole i wytrwałe pielgrzymki, dawali wyraz swej wierze na ulicach czy w mrokach podziemi. Najpóźniej w 161 roku nad szczątkami Piotra stanęła aedicula – niewielki pomnik wskazujący miejsce jego pochówku tym, którzy chcieli odwiedzić grób5. Na poboczu Via Cornelia, tuż przy północnych murach Cyrku Nerona, spoczywały kości Księcia Apostołów, drżące od turkotu przejeżdżających rydwanów6. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby tak niefortunnej lokalizacji na cel pielgrzymek i miejsce kultu. A jednak dla wielu pogan i chrześcijan to cmentarzysko pod gołym niebem stało się miejscem wiecznego spoczynku. Dla tych drugich liczył się jeden prosty fakt: tutaj spoczywały szczątki Piotra, któremu Chrystus powierzył budowę swojego królestwa na ziemi, założyciel rodzącego się Kościoła rzymskiego.
Skromna aedicula pozwalała Gajusowi i innym odnaleźć właściwe miejsce – dzięki niej było ono bardziej widoczne. Główna część konstrukcji składała się z prostej niszy, osłoniętej kamiennym baldachimem osadzonym na dwóch kolumnach. Nie zapowiadała potęgi konstrukcji, którą półtora tysiąca lat później wzniósł tu Giovanni Lorenzo Bernini. Upamiętniające Piotra majestatyczne, wsparte na spiralnych kolumnach z brązu baldacchino Berniniego odpowiadało niekwestionowanej już wówczas potędze Księcia Apostołów i założyciela Kościoła rzymskiego. Jednak gdy robotnicy zaczęli drążyć grunt pod fundamenty baldachimu Berniniego, natrafili na świadectwa jeszcze wymowniejsze niż jakikolwiek pomnik: ciała owinięte w lniane bandaże i kamienne urny ze spopielonymi kośćmi7. Tutaj, tuż obok szczątków przypisywanych Piotrowi, spoczywali pierwsi biskupi Rzymu, nasi – można by rzec – protopapieże.
Przez stulecia chrześcijanie znali jedynie przybliżoną lokalizację grobu Piotra; na ostateczne potwierdzenie miejsca jego spoczynku trzeba było czekać aż do połowy XX wieku. Kolejnych papieży przed podjęciem wykopalisk pod bazyliką powstrzymywał nabożny lęk. Jeszcze w latach trzydziestych XX wieku Pius XI studził zapał administratora świątyni prałata Ludwiga Kaasa, gdy ten prosił o zgodę na uporządkowanie grot pod watykańską posadzką8. Dopiero po śmierci papieża w 1939 roku prałat mógł w końcu zejść do krypty, szukając godnego miejsca pochówku dla swojego zwierzchnika. Zastał tam wątłe, kruszejące mury i w ten sposób zainicjował badania archeologiczne, które odsłoniły nienaruszony od setek lat cmentarz. W 1950 roku Kaas wprowadził tam dziennikarzy amerykańskiego czasopisma „Life”. Za jedyne dwadzieścia centów setki tysięcy czytelników mogły wybrać się z prałatem w „podróż w nieznane, wyprawę pełną trudności, wyzwań i emocji niezapomnianych dla tych, którzy brali udział w tych pracach”9.
Pamięć o Piotrze już przed czasami Gajusa rozprzestrzeniła się daleko poza zbocza Wzgórza Watykańskiego. Na północnych obrzeżach miasta, w Katakumbach Pryscylli, niewielkich podziemnych grobowcach skalnych, imię tego apostoła zaczęło się pojawiać na ścianach ciasnych, wykutych w skale krypt10. To greckie imię, wymalowane pospiesznie farbą, z pewnością upamiętnia właśnie jego. Katakumby, podobnie jak skromna aedicula, dyskretnie utrwalały postać Piotra w tkance Rzymu. Kierując się stamtąd na południe przez wzgórze Celius, Rzymianie docierali do innych podziemnych nekropolii, których pokryte napisami mury do dziś szepczą imiona Piotra i Pawła. Tam, przy Via Appia, prowadzącej do miasta od południowego wschodu, w pomieszczeniach pod Bazyliką św. Sebastiana za Murami można odczytać graffiti pierwszych pielgrzymów – ich dziękczynienia i żarliwe prośby11. Historycy od dekad spierają się o charakter tego miejsca. Czy był to prawdziwy grób Piotra? Schronienie apostołów? A może kryjówka dla ich szczątków w czasach, gdy cesarze polowali na wyznawców Chrystusa? Pewne jest jedno: już w połowie III wieku pielgrzymi nie tylko ciągnęli na Wzgórze Watykańskie, lecz także odwiedzali to skromne, położone na uboczu miejsce pamięci. Dla chrześcijan tamtej epoki związek Piotra z Rzymem pozostawał prawdą niepodważalną co najmniej do IX wieku12.
Dziś niektórzy ubolewają nad brakiem jednoznacznych dowodów pisemnych potwierdzających wizytę Piotra w Rzymie. Pojawiają się głosy, że milczenie współczesnych mu autorów dobitnie świadczy o tym, iż apostoł nigdy do miasta nie zawitał. Część badaczy kwestionuje wiarygodność źródeł tradycyjnie uznawanych za dowód, takich jak list Piotra do chrześcijan w Azji Mniejszej. W liście tym pozdrawiał ich w imieniu „kościoła, który jest w Babilonie” – co od wieków interpretowano jako zaszyfrowaną wiadomość z Rzymu13. Wtedy mezopotamskie miasto Babilon z powodu prześladowań Żydów stało się dla wiernych symbolem opresyjnego mocarstwa atakującego lud Boży. Pogański Rzym przejął to miano jako nowa stolica ucisku – stając się dla chrześcijan nowym wcieleniem tamtej starożytnej potęgi. Sceptycy twierdzą jednak, że utożsamienie Rzymu z Babilonem nastąpiło dopiero po śmierci Piotra − w połowie lat sześćdziesiątych − a on pisał z innego regionu, w którym chrześcijanie byli prześladowani14. Wiemy jednak, że droga Piotra wiodła z Jerozolimy przez Antiochię i Azję Mniejszą do greckiego Koryntu. Z kolei Paweł w 56 roku pisał do rzymskich chrześcijan, że jeszcze ich nie odwiedził, gdyż nie chciał budować „na fundamencie położonym przez kogo innego”15. Gdy mniej więcej cztery lata później Paweł wreszcie przybył do Rzymu, zastał tam silną wspólnotę ludzi wyznających Jezusa. Czy Piotr ją założył? A może tylko dobrze ją znał? W pismach z kolejnych dekad wzmianki na temat obecności w stolicy cesarstwa zarówno Pawła, jak i Piotra stają się coraz wyraźniejsze. Kilkadziesiąt lat po ich śmierci Ignacy, biskup Antiochii, zapewniał rzymskich chrześcijan, że nie „wydaje im rozkazów”, tak jak czynili to „Piotr i Paweł”16. Późniejsi autorzy również z całą pewnością wspominali o męczeńskiej śmierci Piotra i Pawła w Rzymie – około roku 170 zrobił to, na przykład, biskup Dionizy z Koryntu. W tym samym czasie Ireneusz z Lyonu głosił, że to właśnie oni stworzyli Kościół rzymski, a władzę nad nim przekazali Linusowi – temu samemu, którego szczątki odkryto wieki później podczas prac przy fundamentach barokowego baldacchino Berniniego17.
Rozbrzmiewające w ciszy słowa Gajusa, Ignacego i Ireneusza rzucają nieco światła na najwcześniejsze dni Kościoła chrześcijańskiego w Rzymie. Cegły katakumb, groby watykańskie i pomniki przy Via Appia i Via Ostia snują zaś cichą, fragmentaryczną opowieść o niegasnącej czci i rodzącej się tradycji. To właśnie nieustanny kult, jakim wyznawcy Jezusa otaczali Piotra i Pawła, stanowi nić łączącą rozproszone dowody wczesnego chrześcijaństwa w mieście. Biskupi Rzymu w nadchodzących stuleciach będą uzasadniać swój prymat, powołując się na apostolskie dziedzictwo – zwłaszcza na postać Piotra. Nic w tym dziwnego: trudno bowiem wyjaśnić, dlaczego jakikolwiek Rzymianin żyjący w II wieku miałby wznosić pomnik na zboczach Wzgórza Watykańskiego, gdyby miejsce to nie było już wtedy powszechnie znane i uznawane za święte. Przybywało tam wtedy tylu wiernych, że warto było wznieść symbol w tej niepozornej okolicy − tuż obok toru wyścigowego, pośród pogańskich grobowców. Około roku 200 Gajus wspomni o rzymskich pomnikach poświęconych apostołom jako elementach ugruntowanej już tradycji pielgrzymkowej. Jak wiadomo, pierwsi świadkowie nie spisują zazwyczaj żywego przekazu; ślady ich obecności w Rzymie uwieczniły się jednak w pojedynczych słowach, w cegle i w marmurze.
***
Kiedy poszukujemy w Rzymie twarzy pierwszych wyznawców Jezusa, uderza nas, jak bardzo ulotna i mglista jest rzymska historia wczesnego chrześcijaństwa. Pierwszymi chrześcijanami byli głównie ludzie nisko urodzeni, greckojęzyczni przybysze, którzy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych napłynęli na zachód ze wschodnich prowincji Cesarstwa Rzymskiego18. W Rzymie oddawali cześć swemu Bogu pośród gwarnych tłumów ze wschodu − nawet uważny obserwator z trudem wyłowiłby ich z wielojęzycznej rzymskiej masy. W samym sercu mocarstwa, w którym tętniło życie polityczne i religijne, a współistniały dziesiątki kultów, pojawili się pierwsi chrześcijanie − bywali wyganiani, lecz powracali i pozostawali właściwie niezauważeni. Nie musieli się ukrywać, po prostu nikt nie zwracał na nich uwagi. Choć w ciągu wieków niektórzy z nich ginęli w brutalny sposób, o czym świadczą opowieści i martyrologia, większość Rzymian nie dostrzegała w ich śmierci heroizmu, ponieważ w ogóle ich nie zauważała. Blask świętości, który w kolejnych stuleciach spłynął na straconych, sprawił, że ich postacie skąpały się w chwale Złotej legendy. Jednak w pierwszych wiekach po Chrystusie byli oni jedynie wyznawcami mało znanego kultu praktykowanego w najuboższych dzielnicach miasta, choćby w oblepionych muchami nędznych chatach na nizinach otaczających Via Appia19.
W I stuleciu rytm życia i strukturę miasta niezmiennie wyznaczał tradycyjny pogański kult. To właśnie cześć oddawana niezliczonym bóstwom nadawała Rzymowi jego ostateczny kształt. Zgodnie z tradycją pierwsze pomerium – święta linia wyznaczająca granice miasta – zostało wytyczone na podstawie słów przepowiedni, gdy dwaj bracia, Romulus i Remus, spierali się o to, gdzie założyć osadę. Jak głosi legenda, Romulus ujrzał na Wzgórzu Palatyńskim dwanaście sępów, po czym ujął pług ciągnięty przez krowę i byka i wyorał bruzdę mającą stanowić nienaruszalną granicę, spinającą Kwirynał na północy z Palatynem na południu20. Wróżby, lemiesz i zwierzęta ofiarne stały się fundamentami nowej potęgi. Ta opowieść to zapewne jedynie legenda, lecz religia w sposób rzeczywisty zdefiniowała rzymską przestrzeń – świątynie wznoszone na cześć bogów, bogiń i ubóstwionych cesarzy wyrastały niemal w każdym zakątku miasta. Od początku VI wieku p.n.e. Rzymianie spacerujący u podnóża Palatynu i Kapitolu, wzdłuż pomerium, przechadzali się w cieniu świątyni Jowisza Kapitolińskiego. Sanktuarium najważniejszego boga Rzymu, wzniesione z monumentalnym greckim rozmachem, szybko obrosło gęstniejącą siecią trofeów, kapliczek i ołtarzy. W całym mieście powstawały liczne świątynie poświęcone Concordii, Wenus, a nawet Juliuszowi Cezarowi. W obrębie pomerium, pod lśniącymi dachami, Rzymianie mogli oddawać cześć bogom i pierwszym śmiertelnikom, którzy dołączyli do grona bóstw. Nawet fora i pałace, miejsca pracy i wytchnienia, poddane były tej samej sakralnej dyscyplinie – starożytny Rzymianin wiedział bowiem, że każda ludzka działalność wymaga błogosławieństwa i krwawej ofiary złożonej bogom.
Mężczyźni, kobiety i dzieci przemierzający święte centrum Rzymu obcowali z praktykami pogańskiej religii. Głównymi arteriami miasta pędzono woły ku nieskazitelnie białym ołtarzom. W palącym rzymskim słońcu zwierzęta pochylały łby obsypywane ziarnem i skrapiane winem. Gdy tylko dopatrzono się w ich ruchu znaku przyzwolenia, ich krew przelewano w ofierze dla bogów21. Rzym trwał w nieustannym wyczekiwaniu na niebiańskie wyroki i kaprysy. Kiedy bogowie – lub sam cesarz – żądali ofiary, nikt z mieszkańców nie mógł uchylić się od obowiązku. W wielkich sanktuariach ofiarowywano dorodne woły22, a ubożsi Rzymianie składali w ofierze jedynie kadzidło i wino. Święta religijne wyznaczały rytm roku, wprowadzając miasto w stan ekstazy, radości, a niekiedy zbiorowego oczyszczenia. Podczas Luperkaliów bezdzietne kobiety wystawiały plecy na uderzenia rzemieni z koziej skóry, wierząc, że ten bolesny rytuał zapewni im upragnioną płodność23. Zgoła inny, swawolny charakter miały Saturnalia: Rzymianie zrzucali togi, pili na umór i oddawali się hazardowi. Stawiając sestercje na rzut kośćmi lub z zapartym tchem śledząc rydwany mknące ku mecie Circus Maximus, obywatele, wyzwoleńcy i niewolnicy szukali wytchnienia. W czasie największych uroczystości na początku I wieku miasto wyludniało się tak bardzo, że cesarz August (27p.n.e.–14 n.e.) musiał słać patrole do pilnowania pustych ulic. Inaczej domy, w których niemal nikt nie pozostał, stałyby się „pokusą dla różnych złodziejaszków”24.
Przywykliśmy sądzić, że pierwsze przebłyski chrześcijaństwa w Rzymie przyniosły nadzieję ludziom z nizin społecznych: obecnym i byłym niewolnikom, cudzoziemcom i wielu innym zepchniętym na margines w silnie zhierarchizowanym społeczeństwie. Wyznawcy Jezusa od początku gloryfikowali ubóstwo i prostotę – cnoty, którymi rodowici Rzymianie gardzili. Przeważająca większość rzymskiego społeczeństwa zajmowała najniższe szczeble w hierarchii, na czele której stał cesarz, wspierany przez patrycjuszy, ekwitów i obywateli miasta. Jednak przyglądając się igrzyskom czy nawet rzymskim świątyniom w I wieku, można było dostrzec skromniejszych mieszkańców miasta kultywujących religijne tradycje. Nawet osoby niebędące obywatelami i niewolnicy musieli uczestniczyć w uroczystościach i składać ofiary zgodnie z nakazami rzymskiej religii, zarówno w świątyniach, jak i na ulicach. Wśród donośnych, przenikliwych dźwięków podwójnych piszczałek zwanych tibiami dawni niewolnicy oddawali się haruspicji – pochyleni nad marmurowymi płytami, próbowali odczytać przyszłość z dymiących wnętrzności zwierząt ofiarnych25. Kobietom przypadała niekiedy rola kapłanek Wielkiej Matki Bogów, Magna Mater; poświęconą jej sosnę niesiono przez miasto w uroczystej procesji do świątyni na Palatynie26. W tym barwnym pochodzie kroczyli także wyzwoleńcy dzierżący pęki trzcin dla upamiętnienia śmierci Attisa, małżonka Magna Mater, który w przypływie szaleństwa wykastrował się pod drzewem i tam stracił życie27.
Przedstawiciele wszystkich warstw społecznych mieli świadomość, że tradycje rzymskie nie są jedyną istniejącą formą religii – wyznawcy innych kultów, takich jak chrześcijaństwo, mogli funkcjonować i wznosić modły, choćby tylko poza pomerium, na rzymskich polach zwanych ager, czyli polach Rzymu. Rozmaite wierzenia i tradycje zostały przeniesione do Rzymu przez te same ekonomiczne i polityczne wiatry, które sprowadziły do miasta ich zagranicznych wyznawców. Z Aleksandrii, Antiochii i Aten przybyli Izyda i Serapis28. Przed końcem III wieku znaczącą pozycję w Rzymie zyskał perski kult Mitry. Jeszcze przed rokiem 300 jego wyznawcy stworzyli około czterdziestu miejsc spotkań29. W wynajmowanych pokojach, prywatnych domach, a nawet w wojskowych kwaterach odprawiali rytuały, dzięki którym przechodzili kolejne stopnie – od rangi kruka do lwa i ojca. Zaryglowane drzwi i mroczne pomieszczenia rzymskich mitreów stanowiły przeciwieństwo majestatycznych świątyń Jowisza. Jednak na Polu Marsowym, równinie między Tybrem a zachodnią granicą pomerium, można było zobaczyć dowody istnienia wschodnich kultów. Ponad murami świątyni Izydy, wzniesionej z greckim rozmachem w I wieku p.n.e., rozbrzmiewały dźwięczne śpiewy i pobrzękiwanie sistrum. Ten obcy kult doczekał się w Rzymie okazałej siedziby. Jej dziedziniec, o wymiarach 70 x 140 metrów, był kilkakrotnie większy od stojącego nieopodal Panteonu, poświęconego wszystkim rzymskim bogom30. Spokojną taflę centralnego basenu otaczały palmy i obeliski, a w absydzie królował przyciągający wzrok, imponujący posąg samej Izydy, z figurami Serapisa i Anubisa po obu stronach. Dla większości przechodniów te kojące widoki pozostawały niedostępne, ukryte za wysokimi murami, lecz zdarzało się – bardzo rzadko – że wyznawcy kultu wychodzili poza obręb świątyni. Z ogolonymi głowami, w łopoczących białych szatach pokonywali biegiem równinę w pobliżu starożytnego teatru Pompejusza.
Akolici Izydy kończyli swój rytuał skokiem do Tybru, by obmyć ciało w nurtach mętnej rzeki. Gdyby wyłonili się na jej drugim brzegu, znaleźliby się na Zatybrzu, gdzie obce kulty rozbrzmiewały jeszcze donośniej. Tutaj, daleko poza świętą granicą pomerium, osiedlali się przybysze z Palmyry i Syrii, którzy praktykowali wiarę przodków. W okolicznych sanktuariach, gdzie wyryto modlitwy w języku łacińskim, ale także aramejskim i greckim, czczono Szamasza, Hadada, Sol i Atargatis31. To właśnie w tej dzielnicy, najbardziej przesiąkniętej wpływami wschodnimi, na początku III wieku cesarz Antoninus (218–222), znany również jako Heliogabal, wzmocnił kult El Gabala, boga słońca ze swej syryjskiej ojczyzny32. Nastoletni władca wywołał w Rzymie skandal, gdy wjechał w obręb pomerium złotym, wysadzanym klejnotami rydwanem i ukazał czarny stożkowy kamień wyobrażający to bóstwo. Konserwatywni senatorowie patrzyli z odrazą, jak cesarz oddaje kamieniowi cześć ekstatycznym tańcem, a następnie wspina się na wieżę, by zasypać tłum darami − od kosztownych pucharów z drogocennego metalu po żywe zwierzęta domowe33. Antoninus z pewnością nie był jednak pierwszym cesarzem rzymskim, który przyjął obrzędy Wschodu. Od powstania cesarstwa pod koniec I wieku p.n.e. cesarze wznosili świątynie na cześć Izydy, Serapisa i innych bóstw. Poglądy ulegały zmianie. Pewnych kultów zakazano. Za panowania cesarza Tyberiusza (14–37) usunięto z Pola Marsowego stanowiący obiekt kultu posąg Izydy i zatopiono go w Tybrze, a jej kapłanów ukrzyżowano34. Wśród tak gwałtownych wahań popularności wierzeń kulty wschodnie niezmiennie pozostawały częścią religijnego tygla starożytnej metropolii.
***
To właśnie w tym religijnym zamieszaniu pojawili się pierwsi chrześcijanie. Wygląda na to, że wielu z nich – podobnie jak wyznawcy Mitry i Izydy – nie było rodowitymi Rzymianami. Niektórzy utrzymują, że pierwszymi wyznawcami Jezusa w Rzymie byli głównie Żydzi, którzy modlili się w synagogach miasta, lub poganie przestrzegający wybranych zasad judaizmu: tak zwani bogobojni35. Inni twierdzą, że do lat pięćdziesiątych, zaledwie siedemnaście lat po śmierci Jezusa, nauki chrześcijańskie zdążyły rozprzestrzenić się w Rzymie daleko poza społeczność żydowską. Paweł w połowie lat pięćdziesiątych pisał do wiernych w mieście o swoim pragnieniu głoszenia Ewangelii im i „innym poganom”, czyli nie-Żydom36. Całkiem możliwe, że wielu mężczyzn i kobiet porzuciło dawne kulty, by oddawać cześć jedynemu chrześcijańskiemu Bogu. Pewne cechy rodzącego się chrześcijaństwa nie były całkiem obce ludziom kultywującym ugruntowane tradycje religijne Rzymu. Na przykład ceniona przez chrześcijan czystość cieszyła się uznaniem wyznawców wielu innych kultów, między innymi westalek, które w białych welonach strzegły świętego ognia u stóp Palatynu. W odróżnieniu od dominującej religii rzymskiej, w której czczono cały panteon bogów, ogoleni czciciele Izydy − podobnie jak chrześcijanie − oddawali się bez reszty tylko jednej sile wyższej. Do nowej wiary przyciągało również poczucie braterstwa oraz względy czysto praktyczne, jak choćby wspólne miejsca pochówku, które chrześcijańska wspólnota zaczęła wkrótce oferować swoim członkom.
Najbardziej otwarci na wieści o przybyciu Jezusa do Jerozolimy byli bez wątpienia monoteistyczni, wyczekujący przyjścia Mesjasza członkowie żydowskiej społeczności w mieście. Była to liczna grupa. W okresie panowania Augusta społeczność ta w Rzymie liczyła kilka tysięcy osób. W inskrypcjach w żydowskich katakumbach pod Via Nomentana, która ciągnie się z miasta na północny wschód, utrwalono nazwy jedenastu synagog działających w starożytnym mieście37. Nie były one okazałymi czy choćby wyróżniającymi się budynkami kultu religijnego − synagogę definiowała nie architektura, lecz wspólnota, liturgia i prawo38. Część rzymskich Żydów mogła nawrócić się na chrześcijaństwo jeszcze przed przybyciem do Rzymu, podczas podróży lub pobytu w Syrii lub Judei – tam, gdzie nauki Jezusa po raz pierwszy skłoniły ludzi do porzucenia dotychczasowych zajęć na rzecz głoszenia Ewangelii. Inni, być może, opuścili Rzym i powrócili do Jerozolimy. Tam natknęli się na apostołów i wyznawców głoszących przesłanie o Mesjaszu, który spędził na ziemi zaledwie trzydzieści trzy lata. Pogłoski o słowach i czynach Jezusa z Nazaretu mogły docierać do Rzymu wraz z transportami żydowskich niewolników. Choć niektórzy panowie tolerowali różnorodność religijną pod swoim dachem, judaizm traktowano w najlepszym razie z obojętnością, a najczęściej stawał się on obiektem okrutnych drwin39. Niewolnicy, którzy dzięki rzymskiej procedurze oficjalnego wyzwolenia zdołali zrzucić kajdany, mogli gromadzić się wraz z Żydami, poganami i nowymi chrześcijanami, wyznając ich wiarę, dyskutując lub odrzucając nowe nauki, które dotarły ze Wschodu. Choć Rzym w swej urzędowej strukturze pozostawał na wskroś pogański, paradoksalnie stał się niezwykle żyzną glebą dla rodzącego się kultu Jezusa Chrystusa.
Mężczyźni i kobiety, tacy jak Akwila i Pryscylla, wczesne idee chrześcijańskie mogli poznać w synagogach Rzymu i w ich okolicach, choć możliwe, że Akwila przyjął nową wiarę, zanim wraz z żoną wyruszył w długą podróż do stolicy. Pochodził z Pontu, deszczowej prowincji rzymskiej na południowym wybrzeżu Morza Czarnego40. W połowie I wieku chrześcijanie z pewnością byli już tam obecni; to właśnie do nich zwracał się Piotr w swym słynnym liście pisanym „z Babilonu”. Być może małżonkowie uciekli z Pontu – krainy wiśni, lnu i winorośli – przed prześladowaniami religijnymi, szukając bezpiecznej anonimowości w nieprzebranym, anonimowym tłumie imperialnego Rzymu. Z pewnością przebywali w Rzymie w połowie lat pięćdziesiątych, gdy Paweł pisał list do chrześcijan w tym mieście. Apostoł znał małżonków i zwrócił się do nich bezpośrednio, ponieważ spotkał się z nimi w Koryncie, na lądowym moście łączącym Attykę z Peloponezem. Możliwe, że Akwila i Pryscylla, wzorowi chrześcijanie, otworzyli podwoje swojego domu na potrzeby wspólnoty w Rzymie. Kościół rzymski, przynajmniej przez pierwsze dziesięciolecia, nie miał przywódcy, nie założył go biskup ani tym bardziej papież. Tworzyła go raczej rozproszona sieć kościołów domowych; w czasie gdy Paweł pisał swój list, było ich prawdopodobnie około siedmiu41. Tej rodzącej się wspólnocie daleko było do sztywnej hierarchii; opierała się ona na dość rozległych więziach obejmujących cały świat. Rzymscy chrześcijanie, tacy jak Akwila i Pryscylla, utrzymywali kontakt z braćmi i siostrami za granicą poprzez listy pisane w ich wspólnym języku – grece. Dopiero w kolejnych stuleciach łacina, używany powszechnie język urzędowy, zaczęła powoli przenikać do Kościoła, co pozwalało wyjść naprzeciw nowym nawróconym o wyższym statusie społecznym. Te dyskretne i skromne początki chrześcijaństwa w Rzymie nie pozostawiły po sobie żadnych namacalnych śladów: budynków kościelnych, obrazów, kapliczek czy ołtarzy42. Pamiętając o półprywatnym, niemal skrytym charakterze początków Kościoła rzymskiego, łatwiej zrozumieć, skąd brały się zarzuty obserwatorów z III wieku wobec ówczesnych chrześcijan: „w zaułkach kryje się i światła unika ten tłum, na ulicy niemy, po kątach gadatliwy”43.
Dla Akwili i Pryscylli dom był miejscem nie tylko modlitwy, ale i codziennego trudu. Podobnie jak Paweł, utrzymywali się z wytwarzania namiotów – cięli, rozciągali i zszywali grubą, ciemną kozią skórę, formując z niej przenośne schronienia. Poza Zatybrzem chrześcijanie osiedlali się prawdopodobnie w sąsiedztwie Drogi Appijskiej, na południe od Bramy Kapeńskiej, pomiędzy wzgórzami Celius i Awentynem, w miejscu, gdzie powietrze stało w miejscu44. Być może żyli tam pośród odgłosów narzędzi rzemieślników, ryku mułów i rozmów kobiet przędących wełnę i zajmujących się tkactwem przed swoimi domami. Nieustanny napływ gości kierujących się do Rzymu i opuszczających go tą główną na południowym wschodzie trasą bez wątpienia zapewniał Akwili i Pryscylli wielu klientów. Zatybrze stanowiło wówczas główny ośrodek drobnej wytwórczości, dzielnicę portową rozciągniętą wzdłuż wielkiego zakola Tybru. Okolice wypełniał gwar rozmów i hałas dobiegający z magazynów, młynów i garbarni. W labiryncie krętych, wąskich uliczek rzemieślnicy tacy jak Akwila i Pryscylla sąsiadowali z marynarzami, sklepikarzami i tragarzami, którzy wyładowywali ze statków szafki i garnki, wymieniając je w pobliżu na monety, ubrania i oliwę. Część mieszkańców zapewne opuszczała dzielnicę za chlebem – krótki spacer wzdłuż Tybru prowadził ich do Wzgórza Watykańskiego. U jego podnóża, nieopodal rodzącego się miejsca kultu św. Piotra, rzemieślnicy pochylali się nad rozgrzanymi piecami, by wypalać cegły z czerwonej i białej gliny.
Nietrudno zrozumieć, dlaczego pierwsi chrześcijanie w Rzymie, mieszkający w skromnych, często hałaśliwych dzielnicach, niemający konkretnego przywódcy ani charakterystycznych budynków czy miejsc kultu, w zapisach historycznych pozostawili niewiele śladów swojej obecności. Na Zatybrzu gnieździli się w kilkupiętrowych kamienicach z cegły i drewna, zwężających się ku górze. Wielu mieszkańców tych ubogich dzielnic na sen, modlitwę, jedzenie i pracę mogło przeznaczać te same niewielkie, ponure pomieszczenia. W II wieku poeta Apulejusz opisał warsztat farbiarza, w którym jego goście siedzieli wśród porzuconych narzędzi, w smrodzie bielonej tkaniny45. Na zewnątrz nie było lepiej – ulice zatarasowane były składowiskami ziarna i ciężkimi belami drewna dla stolarzy. Jedynie na dachach tętniącego życiem Zatybrza lub w krokwiach insuli, gdzie gniazdowały ptaki, pierwsi chrześcijanie Rzymu mogli znaleźć spokój niezbędny do oddawania czci Bogu, lektury oraz modlitwy. Po odłożeniu narzędzi mężczyźni i kobiety, tacy jak Akwila i Pryscylla, nakrywali do stołu i odmawiali modlitwy. Zapalali kaganki i czynili znak krzyża na pamiątkę ukrzyżowania Jezusa46. Wydarzenie, które według chrześcijan ocaliło ludzi przed piekłem, miało miejsce zaledwie kilka dziesięcioleci wcześniej. Nawet migoczące w oknach płomyki lamp oliwnych nie zdradzały ich przed sąsiadami, ponieważ Żydzi i poganie również używali światła podczas swoich wieczornych rytuałów.
***
Mężczyźni i kobiety, którzy gromadzili się, by celebrować pierwsze msze chrześcijańskie w Rzymie, nie mogli nawet marzyć o przesiąkniętych zapachem kadzidła bazylikach, w których wkrótce modlić się będą ich następcy. Choć ciasne pomieszczenia w dzielnicy Zatybrze nie były niczym niezwykłym dla rzymskich chrześcijan, mogły wywołać niepokój u Feby, dostojnej damy, która spotkała się z członkami wspólnoty około 56 roku. Feba pokonała ponad tysiąc kilometrów, niosąc słynny list apostoła Pawła do Rzymian. Przybyła z Kenchry, miasta portowego leżącego po wschodniej stronie Koryntu, gdzie była znaną i szanowaną patronką chrześcijan47. Możliwe, że Feba przywitała Akwilę i Pryscyllę z uznaniem, a nawet serdecznością, ponieważ mniej więcej sześć lat wcześniej przez jakiś czas przebywali oni w Koryncie. Dom Feby, znacznie bardziej przestronny niż skromne rzymskie mieszkanie, do którego zawitała, służył za miejsce modlitwy całej korynckiej wspólnocie. W liście, który doręczyła Akwili, Pryscylli, Flegontowi, Hermasowi i innym rzymskim chrześcijanom, Paweł nazwał ją „opiekunką”, „siostrą”, a nawet „diakonisą” – kobietą powołaną do niesienia Ewangelii innym niewiastom48. Paweł z pewnością potrzebował wsparcia podczas swych podróży na Wschodzie, ponieważ jego jawna żarliwość budziła niechęć zarówno u pogan, jak i u części Żydów oraz samych chrześcijan. Tej niezwykłej gorliwości nabrał po dramatycznym nawróceniu: powalony na ziemię przez oślepiającą wizję boskiego światła w drodze do Damaszku, przez trzy dni pozostawał niewidomy i odmawiał pokarmu, aż wreszcie przyjął nauki Jezusa, z których wcześniej szydził. Od tej pory głosił Ewangelię z takim samym zapałem, z jakim niegdyś ją zwalczał, zyskując zarówno sławę, jak i wrogów. Paweł polecał rzymskiemu Kościołowi Febę, a w zasadzie on sam potrzebował przychylności rzymskiej wspólnoty49.
Paweł nie przybył do Rzymu pod koniec lat pięćdziesiątych po to, żeby zakładać Kościół, ani tym bardziej w celu objęcia funkcji pierwszego papieża. Zjawił się w stolicy jako człowiek niesłusznie oskarżony o przestępstwo, pokładając nadzieję w sprawiedliwym procesie przed samym cesarzem. Początek tamtej dekady upłynął mu na intensywnych podróżach: odwiedził Antiochię, Cypr, Efez, a następnie Korynt. W 56 roku znalazł się w dramatycznym położeniu – zarzucono mu wywołanie niepokojów, a nawet dopuszczenie się przemocy w Świątyni Jerozolimskiej50. Co gorsza, wzięto go za groźnego egipskiego buntownika, który wzniecił w mieście zamieszki, po czym zniknął bez śladu na pustyni. Niektórzy nazywali Pawła wprost loimos – „plagą”, oskarżając go o sianie zamętu w całej Judei51. On stanowczo odpierał te zarzuty i, korzystając z przywileju obywatelstwa rzymskiego, zażądał sądu w stolicy cesarstwa. Zanim dotarł tam w 61 roku, Feba zdążyła już wyruszyć w dalszą drogę, lecz jej misja odniosła skutek – grunt pod przybycie Pawła został przygotowany. Chrześcijanie przyjęli go z otwartymi ramionami, najpierw w Pozzuoli pod Neapolem, a następnie w Forum Appiusza, gdzie szlaki z południa zbiegają się w słynną Via Appia. Na tym ostatnim etapie, dzień drogi od miasta, Pawła powitała delegacja wiernych w pobliżu Tres Tabernae – miejsca, gdzie podróżni mogli ugasić pragnienie, skorzystać z usług kowala i uzupełnić zapasy. Stamtąd wspólnie ruszyli Drogą Appijską, przemierzając wiejskie krajobrazy południowego Lacjum, aż ku bramom miasta.
Pobyt Pawła w Wiecznym Mieście sprowadził się głównie do aresztu domowego. Po kilku latach został stracony, choć pisarze od II wieku nie są zgodni co do miejsca i okoliczności jego śmierci. Historie uwięzienia i przemocy są nierozerwalnie związane z dziejami wczesnego chrześcijańskiego Rzymu, jednak – podobnie jak na wielu kartach początkowych rozdziałów tej opowieści – pojawiają się w nich luki i niejasności, których często nie sposób wyjaśnić. O wczesnym epizodzie prześladowań chrześcijan dowiadujemy się od Swetoniusza, rzymskiego pisarza z II wieku, który opisał wygnanie Żydów z miasta w 49 roku, za panowania cesarza Klaudiusza (41–54). Żydzi zostali wypędzeni, ponieważ – jak czytamy – ulegli podziałom i „bezustannie wichrzyli, podżegani przez jakiegoś Chrestosa”52. Całe rodziny opuszczały wówczas Rzym z dobytkiem na wozach. Niektórzy widzą w tych wygnańcach ludzi takich jak Akwila i Pryscylla, którzy przyjęli naukę Jezusa i popadli w konflikt z rodakami nieuznającymi go za Mesjasza. Piszący w tym samym okresie historyk Tacyt potwierdził rozłam we wspólnocie, donosząc, że wielu Żydów odwróciło się od dawnych tradycji i zaczęło mienić się chrześcijanami – od imienia Chrystusa, skazanego na śmierć przez Poncjusza Piłata za panowania Tyberiusza53. Część współczesnych badaczy podważa tę wersję i w opowieści Swetoniusza widzi opis wygnania z Rzymu wszystkich Żydów, a być może i wszystkich chrześcijan. Jednoznaczne nie są nawet oryginalne źródła. Tekst Swetoniusza sugeruje, że zarzewiem niepokojów był ów Chrestos, przebywający rzekomo w Rzymie w czasie zamieszek w 49 roku – czyli mniej więcej szesnaście lat po śmierci Jezusa Chrystusa w Jerozolimie. Wiemy jednak na pewno, że w kolejnej dekadzie, gdy do miasta przybyli Feba i Paweł, żyli tam zarówno Żydzi wierni tradycji, jak i rosnąca w siłę wspólnota chrześcijańska.
Nie jest zatem wcale jasne, czy w połowie I wieku rzymskie władze brały na cel konkretnie chrześcijan – niegdyś Żydów lub pogan. Gdyby ludzie cesarza wtargnęli do pierwszych domowych kościołów na Zatybrzu czy przy tętniącej życiem Via Appia, prawdopodobnie nie zdołaliby odróżnić wyznawców Jezusa od reszty żydowskiej społeczności. A jednak znana opowieść o państwowych prześladowaniach chrześcijan pochodzi z czasów niewiele późniejszych, bo z lat sześćdziesiątych, kiedy to na tronie cesarskim zasiadał „przeklęty i zbrodniczy tyran”, sam antychryst, następca Klaudiusza: Neron (54–68)54. Kluczowy dla tej historii jest rok 64, kiedy to potężny pożar obrócił ogromne połacie Rzymu w zgliszcza, gruz i popiół. Swetoniusz, a za nim Kasjusz Dion odmalowują obraz Nerona, który grając na cytrze i recytując poemat, ze łzami w oczach obserwował z murów, jak płomienie pochłaniają miasto. Gdy ogień wreszcie wygasł, cesarz zszedł na zwęgloną ziemię i zorientował się, że część jego poddanych wytyka go palcami, obarczając winą za katastrofę. Jak twierdził sześćdziesiąt lat później rzymski autor Tacyt, Neron szybko odsunął od siebie oskarżenia, wskazując jako winowajców rzymskich chrześcijan55. Czyż nie wydawało się bowiem wielce podejrzane, że ogień oszczędził właśnie Zatybrze i okolice Bramy Kapeńskiej?
Relacja Tacyta, choć pełna dramatyzmu, jest dla nas kluczowa – to na jej podstawie wielu badaczy wyznacza moment, w którym chrześcijanie stali się w mieście rozpoznawalną grupą56. Skoro Neron, ulegając presji opinii publicznej, uczynił z chrześcijan kozły ofiarne, musieli oni stanowić widoczny i wiarygodny cel. Co ważniejsze, przekaz ten splata się z tradycją, według której św. Piotr wydał ostatnie tchnienie właśnie w Rzymie, ukrzyżowany do góry nogami na Wzgórzu Watykańskim jako ofiara prześladowań Nerona57. Tę tragiczną scenę uwiecznił renesansowy artysta Michał Anioł na swoim ostatnim fresku w samym sercu Watykanu, w prywatnej kaplicy papieskiej. Według apokryficznych przekazów o sposobie egzekucji zdecydował sam skazany, mówiąc poplecznikom Nerona: „ukrzyżujcie mnie tak: głową w dół, nie inaczej”58. Pragnął, by jego stopy były skierowane ku niebu, gdyż uważał się za niegodnego śmierci takiej samej jak ta, którą poniósł jego Mistrz. Przytoczone słowa pochodzą z Dziejów Piotra, tekstu napisanego pod koniec II wieku. Na początku kolejnego stulecia Tertulian potwierdził, że Piotr został ukrzyżowany w Rzymie i w ten sposób „upodobnił się w męce do Pana”59. W IV wieku tezę tę utrwalił ojciec historii Kościoła Euzebiusz z Cezarei.
Najwcześniejsze relacje o prześladowaniach za Nerona znajdujemy u Tacyta i Swetoniusza, którzy wydarzenia te opisali mniej więcej sześćdziesiąt lat później. Co istotne, inni współcześni im autorzy nie potwierdzają tezy, jakoby winą za pożar Rzymu obarczono wyznawców Chrystusa. Swetoniusz wspomina wprawdzie, że byli oni nękani przez Nerona z powodu praktykowania „nowego i zbrodniczego zabobonu”60, jednak w jego opisie dramatycznych wydarzeń z 64 roku próżno szukać wzmianki o tej grupie. Podobne milczenie zachował kilkadziesiąt lat później Kasjusz Dion. Także Pliniusz Starszy, naoczny świadek pożogi, sugerował winę samego cesarza, całkowicie pomijając wątek chrześcijański61. Bratanek Pliniusza, znany jako Pliniusz Młodszy, wychowywał się w Rzymie u boku stryja. Gdy na początku II wieku zetknął się z nową wiarą jako rzymski namiestnik Bitynii, szydził z niej, uznając ją za „niegodziwy i nieumiarkowany przesąd”62. Jednak nawet ten uczony i doświadczony mąż stanu nie miał pewności, czy samo wyznawanie tej religii jest wystarczającym powodem, by skazywać ludzi na śmierć. Działo się to za rządów Trajana (98–117), władcy zupełnie innego niż Neron. Skoro jednak Pliniusz dorastał w Rzymie niedługo po tym, jak państwo prześladowało chrześcijan, uznając ich za groźnych przestępców, można by oczekiwać, że wspomni o tym, pisząc o zagrożeniu, jakie stanowili w jego czasach.
Jak zatem należy podchodzić do relacji Tacyta? Mało prawdopodobne, by ją po prostu zmyślił. Na początku II wieku, w czasie gdy pisał, wyznawców Jezusa zaczęto już uznawać za odrębną, kłopotliwą sektę. W źródłach coraz częściej pojawiał się termin „chrześcijanie”, a ataki wymierzone bezpośrednio w tę grupę stały się faktem. Jeden z rozgoryczonych mężów, wściekły, że jego żona przyjęła nową wiarę, nie tylko się z nią rozwiódł, ale wydał ją i jej nauczyciela, Ptolemeusza, którego skazano na śmierć63. Tacyt, jak każdy kronikarz, patrzył na przeszłość przez pryzmat własnych czasów, w których chrześcijan powszechnie uznawano już za zarzewie niepokojów.
Brakuje jednak twardych dowodów z I wieku na to, że ich karano za samo wyznanie. Uderzano w grupy chrześcijańskie raczej dlatego, że widziano w nich zagrożenie dla ładu i bezpieczeństwa imperium. O ile dla współwyznawców ludzie tacy jak Paweł byli męczennikami, którzy stracili życie z powodu wiary – gdyż nie chcieli zaprzestać głoszenia Ewangelii – o tyle dla rzymskiej administracji ewangeliczne przesłanie nie miało znaczenia: Pawła ukarano za podżeganie do zamieszek na terenie cesarstwa. Władze w Koryncie uznały konflikt między Pawłem a kilkoma mężczyznami w świątyni w Achai za wewnętrzną sprawę religijną Żydów, która w żaden sposób ich nie dotyczyła. Dopiero gdy działalność Pawła wywołała agresję i poważne niepokoje społeczne w Jerozolimie, uznano, że musi on ponieść karę. Rzymianie z połowy I wieku mogli jeszcze nie identyfikować chrześcijaństwa jako odrębnego odłamu religijnego, ale niektórzy wyznawcy Jezusa zaczęli zwracać na siebie uwagę z powodu zakłócania porządku publicznego. W Rzymie tolerowano wiele kultów wschodnich, o ile dopełniały one oficjalną religię państwową. Nawet społeczność żydowska składała ofiary za pomyślność państwa zgodnie z własną tradycją64. Tymczasem członkowie społeczności chrześcijańskiej stanowczo tego odmawiali. Czyniąc tak, zagrażali więc pokojowi na ziemi, ściągając na miasto gniew bogów.
Dla Rzymian ludzie ci nie byli chrześcijanami, lecz niebezpiecznymi ateistami, którzy lekkomyślnie narażali bezpieczeństwo imperium. Co gorsza, wkrótce zaczęli szerzyć swoje przekonania i praktyki. Jednym z wielu krytyków Pawła był złotnik Demetriusz, który ubolewał nad spadkiem sprzedaży narzędzi ofiarnych, obawiając się, że nawrócenia wskutek działalności apostoła doprowadzą go do bankructwa65. Dla rzemieślników i rzymskich urzędników ataki na ludzi pokroju Pawła nie były prześladowaniem za wiarę, lecz pragmatycznym sposobem rozwiązania problemów, jakie wywoływała ta kłopotliwa odnoga judaizmu. Ten niuans może wydawać się nieistotny, lecz to właśnie on wyjaśnia, dlaczego pierwsi chrześcijanie, choć niemal niewidoczni, stawali się celem coraz zacieklejszej agresji.
Dla wierzących ta zmiana perspektywy nie umniejsza ofiary, jaką złożyli Piotr i Paweł, by dochować wierności swojemu powołaniu, czyli głoszeniu Ewangelii. Nie ma większego znaczenia, czy Piotr padł ofiarą nagonki po pożarze Rzymu, czy stracił życie jako chrześcijanin skazany wyrokiem okrutnego Nerona. On i Paweł zostali uznani za świętych męczenników ze względu na niezłomność, jaką wykazali się w imię swych przekonań. Jeśli ponieśli śmierć na służbie – bez względu na jej przyczynę – fundamenty Kościoła, którego budowę Jezus powierzył Piotrowi, wyrosły z ich krwi. W przekonaniu pierwszych chrześcijan ta krew na zawsze wsiąkła w ziemię Wiecznego Miasta. Tam, w samym sercu Italii, użyźniła ona glebę, z której wyrósł Kościół Chrystusowy.
***
Narodziny i rozwój Kościoła rzymskiego, kluczowe dla dziejów chrześcijaństwa, przebiegały w sposób niemal całkowicie nieprzewidywalny. Rzymska codzienność na każdym kroku ścierała się z obyczajowością nowej wiary. Chrześcijanin, opuszczając progi swojego mieszkania przy Via Appia, natychmiast zderzał się z potęgą pogańskiego Rzymu. W mieście nic nie było świeckie: polityka, handel, a nawet igrzyska wymagały krwawej ofiary. Nauka Jezusa potępiała lubieżność, przepych i bezmyślną przemoc, tymczasem już po kilku minutach spaceru do uszu wiernych dobiegał nieokiełznany ryk ćwierci miliona Rzymian oglądających wyścigi w Circus Maximus66. Od roku 80 Rzymianie gromadzili się także w pobliskim Koloseum, w którym około 87 tysięcy widzów przyglądało się, jak ociekający krwią gladiatorzy walczą ze sobą na śmierć i życie67. Zapuszczając się w głąb miasta, chrześcijanie brnęli w kłębach gryzącego dymu z kadzideł palonych ku czci pogańskich bogów i mijali kapłanów zmierzających do którejś z rzymskich świątyń. W urzędach i na placach targowych składano ofiary Wulkanowi, Wenus i Jowiszowi68. Często zdarzało się, że praca chrześcijan służyła wspieraniu pogańskiej religii: z cegieł wypalanych na Wzgórzu Watykańskim wznoszono świątynie bogów, a kadzidło sprzedawane w sklepach i w tawernach mogło być palone na ich cześć. Chrześcijanie z wyższych sfer bywali zapewne zapraszani na pogańskie wesela lub na uroczystości przywdziania togi przez młodych mężczyzn. Zdawało się, że na każdym kroku muszą się mierzyć z duchowymi pułapkami. O ile Żydzi posiadali swoje Prawo i ugruntowane wykładnie uczonych, o tyle pierwsi rzymscy chrześcijanie dopiero wypracowywali sposób na przetrwanie w uciążliwym pogańskim mieście zgodnie z zasadami swojej religii, ucząc się interpretować Ewangelię pośród zgiełku metropolii.
Sytuację dodatkowo komplikowało to, że istniejący ówcześnie Kościół rzymski był podzielony. Jednocząca figura biskupa Rzymu, skupiająca w swym ręku pełnię władzy, pojawiła się dopiero kilkadziesiąt lat po śmierci Piotra i Pawła. W I wieku grupy wiernych spotykały się co tydzień, czasem dostarczając cząstki swojej Eucharystii innym chrześcijanom w mieście na znak duchowej łączności69. Wspólnota rzymska, będąca mikrokosmosem większego Kościoła wczesnochrześcijańskiego, stanowiła raczej sieć ludzi zjednoczonych wspólną wiarą i obrzędami, a nie zorganizowaną, hierarchiczną instytucję podporządkowaną autorytetowi jednego zwierzchnika. W dodatku w odróżnieniu od innych chrześcijańskich miast, takich jak Korynt, Kościół w Rzymie nie posiadał głównego ośrodka, wspólnego miejsca kultu. Kiedy Paweł pod koniec lat pięćdziesiątych pisał do Rzymian, zwracał się do konkretnych osób i kościołów domowych, a nie do sformalizowanej instytucji podlegającej jednemu zwierzchnikowi.
Imiona wielu pierwszych biskupów rzymskich są do dziś odczytywane przy ołtarzach podczas katolickiej liturgii mszy świętej. Przywodzą one na myśl niezakłóconą ciągłość sukcesji, lecz nie oddają pełni zmagań, jakie musieli toczyć pierwsi biskupi przewodzący młodemu, niejednolitemu Kościołowi rzymskiemu. Klemens jako przedstawiciel kongregacji wykazywał się hojnością i udzielał wsparcia innym chrześcijanom z terenów Cesarstwa Rzymskiego. Ci pierwsi biskupi położyli również podwaliny administracyjne chrześcijańskiego Rzymu i jego Kościoła. Anaklet podzielił ponoć miasto na dwadzieścia pięć parafii, a następca Klemensa, Ewaryst, przydzielił im księży i diakonów. Dopiero jednak za panowania Wiktora I (ok. 189−199) pojawiają się dowody na to, że biskup Rzymu stanowił siłę monarchiczną i jednoczącą70. Paradoksalnie to właśnie wewnętrzne podziały i wielonarodowy charakter wspólnoty rzymskiej sprawiły, że biskup musiał ugruntować swoją pozycję poprzez autorytarne i stanowcze rządy. Był to bowiem, jak już powiedzieliśmy, Kościół obcokrajowców z całego cesarstwa. Owczarnię Wiktora I – berberyjskiego przybysza – tworzyli Grecy, Egipcjanie, Żydzi i ludzie pochodzący z innych rejonów świata. Gdy Kościół rzymski zaczął wypracowywać swoje tradycje i obrzędy, pochodzący z różnych stron wierni spierali się o ich kształt. Najostrzejszy spór dotyczył kwestii terminu obchodów Wielkanocy. Chrześcijanie ze Wschodu nalegali, by to ważne święto obchodzono czternastego dnia żydowskiego miesiąca nisan, niezależnie od tego, czy przypadałoby w niedzielę czy też nie, Rzymianie natomiast domagali się, żeby obchodzono je zawsze w niedzielę po tej dacie71. Wiktor I opowiedział się po stronie Rzymian i nałożył ekskomunikę na wszystkich, którzy trwali przy odmiennym stanowisku, wykluczając ich tym samym ze wspólnoty Kościoła. Podjął on również inną brzemienną w skutki decyzję: w życiu liturgicznym zaczął zastępować grekę powszechnie używaną łaciną. Dzięki tym zmianom biskup Rzymu wyrósł na autentycznego przywódcę, umacniając swój autorytet zarówno w sferze ziemskiej, jak i duchowej.
Korzystając z autorytetu i posługując się łaciną – językiem rzymskich mas – Kościół chrześcijański mógł wreszcie wyjść z kręgu cudzoziemskiej biedoty i rozszerzyć swoje wpływy na całe miasto. Moment był sprzyjający: panujący w czasach Wiktora I cesarz Kommodus (177–192) zasadniczo nie niepokoił chrześcijan. Rzym borykał się wówczas z głębokim kryzysem gospodarczym, społecznym i politycznym. W tym chaosie Kościół prowadzący prężną działalność dobroczynną stał się dla wielu Rzymian ważnym punktem oparcia, a nawet nieodzownym elementem życia miasta. Sto lat później ziarno zasiane przez Wiktora I wydało plon, który całkowicie odmienił Stolicę Apostolską. Rzym, choć jako ostatni z wczesnochrześcijańskich ośrodków przyjął model silnej władzy biskupiej, szybko zaczął rościć sobie prawo do supremacji nad całym chrześcijańskim światem. Aby to osiągnąć, tutejsi hierarchowie odwołali się do autorytetu Piotra, pierwszego apostoła Rzymu. Wiktor I, nakładając ekskomunikę na wschodnich chrześcijan, trwających przy swojej tradycji wielkanocnej, dał jasny sygnał, że czas kompromisów się skończył. Pozwolił sobie na tak stanowczy krok, gdyż był przekonany, że jest bezpośrednim spadkobiercą apostolskiego autorytetu: Chrystus uczynił Piotra głową Kościoła, a Piotr pełnił posługę i złożył ofiarę z życia właśnie w Rzymie.
Dla większości Rzymian pod koniec II wieku ich miasto wciąż pozostawało przede wszystkim stolicą imperium. Jednak na ich oczach chrześcijański Rzym wyłaniał się jako coraz wyraźniejsza i silniejsza idea. W mniemaniu chrześcijan z całego cesarstwa kamienie miasta były przesiąknięte wspomnieniem i powagą autorytetu Pawła oraz Piotra. Dla ludzi z zewnątrz te wyobrażenia stanowiły magnetyczną, niemal obezwładniającą siłę. Pierwszych wyznawców Jezusa przyciągały do Rzymu względy praktyczne, polityczne i ekonomiczne: trafiali tu jako żywe łupy wojenne, służba domowa, piekarze, rzemieślnicy czy ludzie parający się ciężką pracą fizyczną. Pod koniec II wieku Piotr i Paweł − a poprzez nich sam Jezus − sprawili, że Rzym zaczął przyciągać z jeszcze większą siłą. Chrześcijaństwo w tym mieście stało się faktem i inspirującą ideą, która wabiła do Italii kobiety i mężczyzn nawet z samej Ziemi Świętej. Pogańska dotąd metropolia zaczęła przeobrażać się w symbol chrześcijaństwa. Położono wówczas fundamenty pod tradycję, która trwa nieprzerwanie po dziś dzień. Piotr i Paweł, wraz z upamiętniającymi ich śmierć monumentami opisanymi przez Gajusa, stali się kluczowym spoiwem łączącym antyczne miasto z jego nową, chrześcijańską tożsamością. Rozwój rzymskiego Kościoła odbywał się kosztem wielkiego cierpienia. Wielu chrześcijan podzieliło los Piotra i Pawła: przyszło im ponieść męczeńską śmierć. Mimo to dla rzesz wiernych w całym imperium nie była to opowieść o smutku ani o tragicznej klęsce. Ich krew stała się raczej osnową legendy o żarliwości, męczeństwie i chwale, która miała wywrzeć niezatarte piętno na dziejach Rzymu w nadchodzących wiekach.
Pod koniec IV wieku grobowiec św. Piotra skrywał się pod sklepieniem imponującej bazyliki wzniesionej ku jego czci. Śladami pierwszych skromnych wyznawców Piotra zaczęli podążać najznamienitsi obywatele miasta. Jednak Hieronim ze Strydonu, pisząc w 384 roku do przyjaciela z Rzymu, daleki był od zachwytu rosnącym wyrafinowaniem rzymskiego Kościoła. Ten wpływowy kapłan i teolog przybył ze wschodnich wybrzeży Adriatyku. Gdy przemierzał imponującą, szeroką nawę Bazyliki św. Piotra, widział mieszkanki Rzymu z najwyższych sfer. Trudno byłoby ich nie zauważyć – odzianych w czerwone tkaniny, siedzących w lektykach, w otoczeniu pobożnych eunuchów. Według Hieronima wiele z tych kobiet wcale nie pragnęło pozostać niezauważonymi. W przeciwieństwie do skrytych, często zalęknionych chrześcijan z pierwszych wieków Kościoła, te szlachetnie urodzone damy chciały, by wiedziano o ich wierze w Jezusa z Nazaretu. Obnosiły się ze swoją pobożnością, dumnie niczym pawie zmierzały na nabożeństwa, po drodze wypatrując gapiów. Hieronim twierdził nawet, że „szpeciły swoje twarze”, by sprawiać wrażenie wycieńczonych morderczymi postami pokutnymi1. Gdy tylko napotykały widzów, ostentacyjnie skłaniały głowy, udając pokorę. Jednak ledwie spuściły wzrok, jednym okiem zerkały, czy ktoś im się przygląda. Chrześcijańskie kościoły Rzymu stały się miejscami, w których po prostu należało bywać.
Hieronim w swoim liście takie afiszowanie się ostro potępił. Jego oburzenie sięgnęło zenitu, gdy w Bazylice św. Piotra spotkał arystokratkę uchodzącą za jedną z „najznamienitszych” w całym Rzymie. Dama ta z wielkim ceremoniałem, w otoczeniu gromadki akolitów, osobiście wręczała złotą monetę każdemu ze stojących przed kościołem biedaków. Był to pokaz chrześcijańskiego miłosierdzia, jednak – jak się okazało – miłosierdzie to miało swoje granice, co po chwili objawiło się w całej okazałości. Kiedy skromna, stara i obdarta kobieta podeszła powtórnie do lektyki, by poprosić o drugą monetę, dostojna dama uderzyła ją z taką siłą, że krew trysnęła z jej żył. Nagle Jezusowe wezwanie do pokory i okazywania miłosierdzia zderzyło się z ludzką pychą, która zagościła w jego Kościele. Bazylika św. Piotra w Rzymie upamiętniała apostoła słynącego z poświęcenia i pokory. Teraz jednak odwiedzający ją wierni, wznosząc modły w oparach gęstego kadzidła, napotykali w jej wnętrzu przejawy zwykłej, ziemskiej pychy.
Do roku 384 triumf chrześcijaństwa wśród arystokracji i elit rządzących stawał się faktem. Już w połowie II wieku filozof znany jako Justyn Męczennik twierdził – i brzmiało to całkiem wiarygodnie – że w jego czasach „więcej chrześcijan wywodziło się z pogaństwa niż judaizmu”2. Jednak zaledwie dwadzieścia lat wcześniej sam cesarz próbował powstrzymać rozwój Kościoła. Od momentu wstąpienia na tron w 361 roku Julian I (361–363) – zwany Apostatą – dążył do oczyszczenia elit z wpływów chrześcijańskich3. Wierzył, że jeśli zdoła wskrzesić tradycyjną religię Rzymu, przywróci dawną świetność miasta. Nie miał jednak zbyt wiele czasu i ostatecznie poniósł porażkę. W nocy 26 czerwca 363 roku, po niespełna dwóch latach panowania, umierał z powodu rany kłutej klatki piersiowej i wątroby. Jak głosi chrześcijańska tradycja, nie bez pewnej ironii, Julian, z trudem wydając ostatnie tchnienie, swoje słowa skierował nie do własnych bogów, ale do Boga chrześcijan. Miał zwrócić się bezpośrednio do Jezusa: „Zwyciężyłeś, Galilejczyku”4.
Przyjęcie chrześcijaństwa przez najbogatszych mężczyzn i kobiety w imperium wyprowadziło Kościół rzymski z nędznych dzielnic. Sprawiło również, że wiara chrześcijańska stała się narzędziem świata. Sam Hieronim nie był obcy tym kręgom społeczeństwa; tego dnia, w którym był świadkiem ataku na żebraczkę, udał się na spotkanie z przedstawicielami chrześcijańskiej arystokracji. Hieronim często bywał w pomieszczeniach najpiękniejszych rzymskich palazzi i zasiadał na miejscu, które wcześniej prawdopodobnie zajmował inny wielki chrześcijański myśliciel ówczesnej epoki. Do Rzymu przybyli Augustyn z Hippony, Ambroży z Mediolanu, a także potępiani przez nich błądzący myśliciele lub heretycy, tacy jak Pelagiusz i biskup Pryscylian z Hiszpanii. Wielu z tych mężów trafiało do salonów najbardziej majętnych mieszkańców Rzymu, wspinając się ulicami Awentynu i Celiusa, gdzie w chłodnych wnętrzach z kolorowego marmuru rozprawiali na temat pokory i wyrzeczeń. To właśnie tam ludzie tacy jak Hieronim zabiegali o nawrócenia, szukali możnych protektorów i budowali zaplecze dla Kościoła. Udzielając porad i prowadząc rozmowy, on i jemu współcześni toczyli wielkie teologiczne bitwy tamtych czasów. Roztrząsając kwestie luksusu i ubóstwa, wolnej woli i Bożej pomocy oraz spierając się o wartość małżeństwa i dziewiczej czystości, oświecali swoich słuchaczy, jednocześnie dostarczając im intelektualnej rozrywki. To właśnie takie środowisko zaczęło kształtować świat Kościoła rzymskiego: napływały darowizny, a salonowe dyskusje przenosiły się do mniej zamożnych miejsc. Hieronim jedynie zganił pełną hipokryzji filantropkę w Bazylice św. Piotra. Rok później Pryscylian został stracony z powodu czarów, po tym jak biskup Luzytanii i inni potępili go jako niebezpiecznego heretyka i bałwochwalcę5.
W tych latach kształtowało się oblicze powszechnego chrześcijaństwa, a filozofowie i teologowie spierali się o właściwą interpretację nauk Chrystusa. Choć debaty teologiczne toczyły się w całym imperium, Rzym wyrastał na kluczowy ośrodek zarówno dyskusji, jak i podejmowania decyzji dotyczących doktryny i kierunku rozwoju Kościoła chrześcijańskiego. Rzymscy biskupi, świadomi, że ich trzódka rozrasta się we wszystkich warstwach społeczeństwa, musieli mierzyć się z pytaniami zadawanymi nie tylko przez ludzi światłych, lecz także prostych. W ten sposób formowały się dogmaty i pozycja Kościoła w Rzymie i poza nim. Szczególna rola, jaką Jezus powierzył Piotrowi, zaczęła rzutować na rzymską siedzibę biskupią, w której apostoł poniósł śmierć: Kościół rzymski wyrastał na wiodący autorytet w świecie chrześcijańskim.
Fundamentem rosnącego znaczenia Rzymu w świecie chrześcijańskim była postać Piotra Apostoła, jednak proces ten nabierał tempa i siły dzięki nowym, wpływowym wyznawcom. Sam cesarz Konstantyn I Wielki (306–337) wzniósł monumentalną bazylikę, która zastąpiła skromne upamiętnienie grobu Piotra. Konstantyn objął rządy nad zachodnią częścią imperium w 306 roku – w czasach, gdy państwo było podzielone i zarządzane nie przez jednego władcę, lecz przez tetrarchów. Konstantyn był wujem wspomnianego Juliana Apostaty, który kilkadziesiąt lat później, po objęciu tronu, wypowiedział chrześcijaństwu bezpardonową wojnę. Rządy Konstantyna, pierwszego chrześcijańskiego cesarza, zapisały się na kartach historii jako punkt zwrotny, w którym odmieniły się losy całego Kościoła. Choć konsekwencje decyzji Konstantyna o przychylności wobec chrześcijaństwa miały wymiar religijny – a dla wielu wręcz boski – władcą kierowały pobudki na wskroś doczesne. Podobnie jak w przypadku wielu innych przełomowych momentów w tamtym burzliwym okresie, o wsparciu Kościoła, poza religią, zadecydowały polityka, bogactwo i żądza władzy. Dzięki Konstantynowi chrześcijaństwo zyskało na znaczeniu w wymiarze doczesnym, lecz on sam dążył przede wszystkim do umocnienia swojego urzędu cesarza rzymskiego.
Pozycja biskupów Rzymu zyskała na znaczeniu dzięki wsparciu cesarskiej władzy. Paradoksalnie jednak, tożsamości rosnącego w siłę Kościoła nie kształtowali w imperialnym blasku. Gdy Kościół rzymski zyskiwał na znaczeniu w mieście i na świecie, jego hierarchowie konsekwentnie przywoływali pamięć o krwi i kościach męczenników, zgładzonych niegdyś w atmosferze ogólnego potępienia. Konstantyn oraz przedstawiciele ówczesnych elit wspierali rozkwit chrześcijańskiego Rzymu, zapewniając mu prestiż, pieniądze i nowe perspektywy, a jednak to nie cesarski przepych, lecz losy chrześcijan, którzy cierpieli i ginęli pod rządami nieprzychylnych cesarzy, stworzyły przejmującą opowieść, która nierozerwalnie splotła chrześcijaństwo z murami Wiecznego Miasta.
***
Za panowania Konstantyna nie zanosiło się na to, że władca ten na kartach historii zapisze się z przydomkiem „Wielki”. Od czasów Dioklecjana (284–305) władzę nad rozległym Imperium Rzymskim sprawowali czterej przywódcy: dwóch młodszych rangą władców w roli cezara na Wschodzie i na Zachodzie oraz dwóch stojących nad nimi augustów. Podczas jednej z pierwszych nominacji spodziewano się, że Konstantyn zostanie mianowany cezarem Zachodu i będzie podlegał swojemu ojcu Konstancjuszowi (305–306), który piastował godność augusta. Tymczasem całe zgromadzenie oniemiało ze zdumienia, gdyż Konstantyn został całkowicie pominięty6. Na wieść o tym pośpiesznie udał się do ojca, do Yorku – Konstancjusz był bliski śmierci, a jego syn nie zamierzał ryzykować utraty sukcesji. Przez kontynent gnał tak szybko, że padały mu konie, i do celu dotarł latem 306 roku7. Pod koniec lipca armia obwołała go cezarem Zachodu8. Wydawało się, że skład tetrarchii został ustalony, jednak sytuacja zaogniła się, gdy wyżsi rangą władcy zarządzili rozwiązanie gwardii pretoriańskiej w Rzymie i zniesienie ulg podatkowych, z których Rzymianie korzystali od stuleci9. Rozwścieczeni oficerowie zwrócili się wówczas do człowieka równie rozgoryczonego jak oni: Maksencjusza (306–312), syna byłego cesarza10, który − podobnie jak Konstantyn − został pominięty podczas dioklecjańskich nominacji. Maksencjusz, wspierany przez żądną zemsty armię, dostrzegł szansę odwetu za doznane krzywdy.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Prolog. Miasto echa
Rozdział 1. Śladami Piotra
