Rzeźnik - Max Czornyj - ebook

477 osób właśnie czyta

Opis

Wstrząsający portret jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców.
Powieść inspirowana prawdziwą historią seryjnego mordercy Józefia Cyppka, Rzeźnika z Niebuszewa
Wszystko co przychodzi na świat musi też z niego odejść. Kto nie dopuszcza do siebie tej myśli jest głupi albo szalony. Poza tym, czy w umieraniu jest coś złego?
Rzeźnikowi z Niebuszewa, dzielnicy Szczecina, przypisano potworne zbrodnie.
Zwłoki swoich ofiar wywoził do opuszczonego gmachu magazynów dzisiejszej szkoły rolniczej. Tam przerabiał je na mięso.
Po spuszczeniu wody w stawie przy ulicy Słowackiego odnaleziono kilkadziesiąt ludzkich czaszek, przeważnie dzieci.
Rzeźnikowi udowodniono jednak tylko jedno morderstwo. Został skazany na karę śmierci.
Wyrok na Józefie Cyppku wykonano 3 listopada 1952 roku o godzinie 17.45. Do końca nie okazał skruchy.
W miejscu, w którym mieszkał Rzeźnik z Niebuszewa do dziś nikt nie mieszka.
Bez owijania w bawełnę przyznałem się do wszystkiego, o co mnie oskarżono. Ale gdyby tylko mieli pojęcie, co naprawdę zrobiłem... Nie pozwoliliby mi tak łatwo umrzeć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 267

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ojcu,

z wyrazami głębokiej synowskiej miłości

Prawda nas jeszcze zadziwi.

Albert Einstein

SŁOWO OD AUTORA

Prawda miała stać się jedynie punktem wyjścia do fikcji. Planowałem napisać thriller o seryjnym mordercy wzorującym się na którejś z autentycznych postaci. Gdy jednak zacząłem zgłębiać materiały źródłowe, okazało się, że żadna fikcja nie przebije tego, co wydarzyło się w rzeczywistości.

W pierwszej chwili się zawahałem i pomyślałem, że to zły pomysł. Pewnych kwestii lepiej nie poruszać, a historię zostawić historykom. Jednak, otoczony materiałami źródłowymi, wciąż stawiałem sobie kolejne pytania. A cholernie nie lubię pytań pozostawionych bez odpowiedzi.

Dlaczego ten człowiek to zrobił? Dlaczego stał się tym, kim się stał?

W pewnym momencie zbrodnia zeszła na dalszy plan, a na pierwszy wysunęło się zwykłe życie. Bo jeśli ma się takie życie, to... Muszę w tym momencie umilknąć, aby niczego nie zdradzić.

W każdym razie starałem się wniknąć w umysł Rzeźnika z Niebuszewa; poszukiwałem procesów, które w nim zaszły, domyślałem się ich i je odtwarzałem. Wydarzenia, które rozegrały się w ciągu ćwierćwiecza, całkowicie mnie pochłonęły. Niełatwo jest wtedy spać, odpoczywać i funkcjonować. Historia ta towarzyszyła mi przez cały czas. Odwiedziłem okolice, w których bywał Cyppek, miejsca, gdzie mieszkał i gdzie przechowywał szczątki swoich ofiar. Intensywna praca z notesem, laptopem czy aktami potrafi człowieka nasączyć jak atrament bibułę. W snach odnajdowałem odpowiedź na stawiane pytania. A po przebudzeniu dochodziłem do siebie, przekonując się, że ja to ja.

A nie on.

Mimo to jedyną słuszną narracją wydała mi się narracja pierwszoosobowa. Był moment, w którym zasypiając, starałem się myśleć jak Cyppek i zmobilizować podświadomość do podsunięcia mi odpowiedzi na kolejne pytania.

Czasem się udawało.

Nie silę się przy tym na działania podobne do tych, które podejmują profilerzy kryminalni. Nie znam się na tym, choć pracując nad innymi książkami, starałem się sporo o tym dowiedzieć. W przypadku tej książki chciałem napisać po prostu solidną historię. Taką, która w najwyższym stopniu będzie oparta na prawdzie.

Milicyjne notatki, łącznie z tą, którą przeczytacie poniżej, są autentyczne. Fragmenty gazet, przemówień radiowych czy ogłoszeń – również. Zeznania świadków zostały sparafrazowane i odtworzone na podstawie źródeł trzecich. Starałem się jak najlepiej oddać rzeczywistą topografię opisywanych miejsc: nazwy budynków, lokali, ulic, sposób życia i umierania.

Pisząc tę książkę, przejrzałem setki, a może tysiące zdjęć. Wszystko, aby prezentowany obraz był niemalże nagrywanym kamerą dokumentem.

Czytając, pamiętajcie, że najbardziej makabryczne lub absurdalne sceny się wydarzyły lub z wielkim prawdopodobieństwem mogły się wydarzyć. Niemożliwym jest odtworzenie wszelkich szczegółów życia zbrodniarza, jego zachowania i myśli, ale ta próba zdaje się maksymalnie zbliżać do rzeczywistości. Przynajmniej tak mi się wydaje, choć nie napiszę, że mam taką nadzieję.

Ta książka mogłaby być dłuższa, a jej grzbiet – ładniej wyglądać na półkach księgarni, ale starałem się opierać jedynie na faktach lub najbardziej prawdopodobnych domysłach. Nie wzbogacałem jej na siłę. Nadinterpretację ograniczyłem do minimum, by zachować sedno złowieszczej rzeczywistości.

Fikcja, przynajmniej dla mnie, już nigdy nie będzie tak atrakcyjna jak dotąd. Nie po raz pierwszy prawda z łatwością ją przyćmiła.

Lublin, 2019 r.

Z NOTATKI MILICYJNEJ

W pokoju na kanapie leżały zwłoki kobiety z odciętą głową, rękami i wyciągniętymi wnętrznościami. Ręce i jedno udo przy szafie. Wnętrzności – w wiadrze pod oknem. W kuchni na zlewie, krzesłach i drzwiach czerwone plamy – część nieudolnie pościerana. Na półce przy kaflowej kuchni miska do połowy wypełniona czerwoną cieczą. Obok maszynka do mielenia mięsa ze świeżymi śladami. Na talerzach serce i wątroba ludzka. Na stole na patelni niedojedzona jajecznica z jakimś tłuszczem. Obok chleb ze smalcem, sałatka z pomidorów i kawałek surowego mięsa, chyba wołowego. Po mieszkaniu walały się butelki po piwie i wódce.

* * *

Już mnie nienawidzicie? Brzydzicie się mną od samego początku? Posłuchajcie, może uda się wam mnie nawet zrozumieć. A wtedy zaskoczycie samych siebie.

PONIEDZIAŁEK, 3 LISTOPADA 1952 R. GODZINA: 17:19 ARESZT ŚLEDCZY W SZCZECINIE UL. KASZUBSKA 28 (DAWNIEJ: ELISABETHSTRASSE)

Stracone pokolenie. Rozumiecie, jak idiotycznie to brzmi? Gdzieś słyszałem, że właśnie w ten sposób nazwano tego zapijaczonego pisarzynę i jemu podobnych. Albo sami się tak nazwali. Nieważne.

A kim ja niby jestem? Odmówiono mi nawet prawa do imienia i nazwiska. Józef Cyppek? To przecież ktoś zupełnie inny. Obcy. Kiedy ludzie wymawiają te dwa słowa, reaguję z opóźnieniem. Najpierw mam wrażenie, że zwracają się do kogoś obok. Dopiero po sekundzie czy dwóch przychodzi oprzytomnienie. Ty stary durniu, przecież jesteś tu sam. Tylko oni i ty. Nikt więcej. Każą ci być Józefem Cyppkiem i nic z tym nie zrobisz. Już nigdy.

Nie łudź się. Nie oszukuj.

Bierz los takim, jaki jest.

Predestynacja – to jedno z niewielu mądrych słów ewangelickiego pastora, które pamiętam z dzieciństwa. Wszyscy jesteśmy predestynowani do śmierci. Amen.

Ale stracone pokolenie? To naprawdę sukinsyńska ironia. Szczególnie gdy obok twojego imienia i nazwiska pojawia się artykuł dwieście dwudziesty piąty Kodeksu karnego. A precyzując – jego pierwszy paragraf. Krótki i konkretny.

Kto zabija człowieka, podlega karze śmierci.

Verlorene Generation.

Verlorene Generation rządzi się swoimi prawami, więc mogą się podetrzeć tym moralizatorskim bełkotem.

Nie boję się śmierci. Czasem zdaje mi się, że miałem umrzeć już wiele razy. Razem ze wszystkim, co mnie otaczało, co kochałem i czego nienawidziłem. Śmierć towarzyszyła mi od urodzenia. Jest czymś całkowicie naturalnym i chyba już się do niej przyzwyczaiłem. Albo inaczej. Oswoiłem ją. Jeśli ktoś myśli, że nie można oswoić się ze śmiercią, niech dalej tkwi w swojej bajce. Powodzenia.

Wszystko, co przychodzi na świat, musi też z niego odejść. Kto nie dopuszcza do siebie tej myśli, jest głupi albo szalony. Skutki mają swoje przyczyny, a przyczyny niosą skutki. Proste. Prawda?

Poza tym czy w umieraniu jest coś złego?

Absolutnie nie.

Umieranie to taki sam etap życia, jak jedzenie, spanie czy seks. Jedyna różnica polega na tym, że nikt nie potrafi o nim szczegółowo opowiedzieć. Choć spotkałem wielu, którzy byli tak blisko śmierci, że już bliżej się nie da. I wiecie co? W większości wyzbywali się jakichkolwiek obaw. Tak jak pewien tłusty sierżant z mojej kompanii, któremu szrapnel rozorał bebechy. Mówię wam, widziałem, jak mu gówno przepływa w jelitach, a on z tego wyszedł. Niektórzy nazwali to cudem, lecz dla mnie to po prostu był los. Miał umrzeć nieco później, wykurowany, z ponownie zaczerwienioną gębą i pistoletem przytkniętym do skroni. Nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego się zastrzelił.

A mnie wydawało się to całkiem proste.

W pewnym momencie przestał się bać śmierci i umierania. Otarł się o ten etap, a życie nie mogło mu zaoferować niczego ciekawszego. Z prawie setką wyciągniętych z twarzy odłamków, utraconym niemal doszczętnie wzrokiem i kawałkiem metalu zamiast szczęki – żył, ale w zasadzie był martwy. Znałem co najmniej dziesięciu podobnych do niego.

Część z nich się zabiła, a część oszalała. Przynajmniej tak to rozumiem, bo tylko szaleńcy mogą w ten sposób żyć dalej. Ludzie składaki. Zapamiętaj ich, bo staną się ważną częścią tej opowieści.

Zdychanie jest naturalną konsekwencją narodzin. To, czy po drugiej stronie śpiewają ptaszki, a niebo jest zawsze błękitne, zupełnie mnie nie obchodzi. Nie rozumiem, jak można się tym przejmować. Albo tym cholernym garem ze smołą i tańczącymi wokół diabłami. To żałosne, że ludzie się boją. Wieczne męki? Z doświadczenia wiem, że do każdego bólu można się przyzwyczaić. Czy idąc do łóżka z piękną kobietą, przed rozpoczęciem zabawy zastanawiamy się, czy nie ma przypadkiem choroby wenerycznej? Przynajmniej ja nigdy tak nie robiłem, choć może powinienem.

Wiem też, że tylko długi ceglany korytarz dzieli mnie od miejsca, w którym wkrótce trzaśnie mi kark, a ułamek sekundy później – puszczą zwieracze. Co z tego? To już nie będzie mój problem. Konsekwencje umierania odczuwa cały świat z wyjątkiem umierającego. To mądre? Cieszyłbym się, gdyby takie było.

Trup na wojnie oznacza zmiany w ewidencji, konieczność powiadomienia rodziny, rozłamania nieśmiertelnika, upchnięcia ciała do skrzynki, skopiowania sztampowego listu... Ale na razie – cicho! O liście jeszcze wam dokładnie opowiem i nie będzie to miła opowieść.

Po kolei.

Trup w więzieniu to, jak sądzę, jeszcze więcej formalności. Potrzeba kata, naczelnika, lekarza, dwóch ludzi do transportowania zwłok, wreszcie grabarza i masy gryzipiórków. Choć pewnie mnie pochowają w dole pod murem cmentarza i przy tym też będą mieć zawracanie dupy, bo ziemia nigdy nie jest dość miękka.

Ale to nie mój problem. Mnie drażni, że w tej norze jest tak mało światła, a ci idioci z głębi korytarza przez cały czas drą mordy. Drażni mnie nie to, że miska żarcia była tak mała, ale to, że jestem głodny. A przede wszystkim drażni mnie, że moje truchło będzie im całkiem zbędne. Nie mają nawet pojęcia, co można zrobić z tym workiem mięsa i kości.

Choć zdaje się, że to też nie będzie mój problem. A szkoda, bo na samą myśl jeszcze bardziej zgłodniałem.

Stracone pokolenie?

Bzdura.

Pokolenie takie samo, jak każde inne. Tylko czasy trafiły się nam nieco ciekawsze. I to jest właśnie predestynacja.

Żeby być kwita, zaspokoiłem ich ciekawość. Bez owijania w bawełnę przyznałem się do wszystkiego, o co mnie oskarżono. Ale gdyby tylko mieli pojęcie, co naprawdę zrobiłem... Nie pozwoliliby mi tak łatwo umrzeć.

W końcu się dowiedzą.

Jestem tego pewny.

Choć wtedy będzie za późno.

WTOREK, 22 STYCZNIA 1952 R. GODZINA: 8:31 LINIA KOLEJOWA NR 351, TRASA SZCZECIN–POZNAŃ

Monotonny stukot kół pociągu o tory usypiał. Nieważne, że dzień zaczął się już na dobre, a słońce wreszcie przebiło się przez stalową pokrywę chmur. Z każdym tygodniem ten stukot przyprawiał go o coraz większe rozdrażnienie. Rozdrażnienie, które przytępiało zmysły i zniechęcało. Albo groziło tym, że wyciągnie pistolet, a potem wystrzela wszystkich tych ludzi. Tyle że nie miał pistoletu. A ludzi wcale nie było tak dużo.

Antoni Norbert otarł przekrwione oczy. Jeszcze tylko trzy wagony i koniec. Potem zabawa zacznie się na nowo, ale już z kimś innym. Fajrant, przerwa.

Obtupał buty, poprawił płaszcz i pchnął drzwi. Wiatr wpadł razem z nim do środka obitego drewnem wagonu drugiej klasy. Kilka twarzy spojrzało na niego z milczącą pretensją. Jakby, do cholery, był im cokolwiek winien.

– Dzień dobry. – Machnął dłonią przy rogatywce.

Odpowiedziały mu jedynie niewyraźne westchnięcia. Wąsaty mężczyzna najbliżej niego nawet nie drgnął. Trzymał przed sobą najnowsze wydanie „Kuriera Szczecińskiego” i głośno pociągnął nosem. Na pierwszej stronie tłuste litery informowały, że w drodze z sesji ONZ minister spraw zagranicznych ZSRR Wyszyński przybył do Warszawy, a ludność stolicy zgotowała mu gorące i serdeczne przyjęcie. Nieco mniejszy nagłówek opiewał barkę nr 2425, która najlepiej wykonała plan przewozów na Odrze. W gazecie domagano się również, aby interesy narodu były stawiane ponad interesy obcego imperializmu.

– Bilet proszę.

Wąsacz strząsnął gazetę i odłożył ją na kolana.

– Taka pogoda, że odechciało się ludziom podróżować... – Wyciągnął z kieszeni kartonik i podał go konduktorowi. – Przynajmniej człowiek ma trochę miejsca.

Siedzący obok staruszek niecierpliwie zaciskał żylastą dłoń na swoim bilecie.

– Spokojnie. Jeszcze się podosiadają. A zważ pan, że po drodze mało kto wysiada.

– Pewnie tak. A może wcale nie…

Norbert oddał kartonik i przesunął się wzdłuż rzędu siedzeń.

– Podobno mają zlikwidować dyrekcje generalne i utworzyć Ministerstwo Kolei. – Wąsacz uderzył palcem w gazetę. – Słyszał pan o tym? Zmiana goni zmianę.

Konduktor wzruszył ramionami. Nic go to nie obchodziło. I wolał o tym nie rozmawiać.

– Dla mnie to bez różnicy – mruknął, nie odrywając wzroku od kolejnego biletu. – Dziękuję.

– Mnie tylko szkoda wolnego na trzeciego maja.

– A w zamian nic nie będzie?

– Na razie chyba nic – westchnęła skulona w dalszym rzędzie brunetka. Siedziała obrócona kolanami do środka wagonu, a na długich udach trzymała kosz z płóciennymi zawiniątkami. Zaszlachtowane kurczaki? Jajka? – Pożyjemy, zobaczymy.

Norbert poprawił torbę i oparł deskę biletową o oparcie wolnego fotela. Ból stawów był coraz dokuczliwszy. Zimą wzmógł się znacząco i wszystko wskazywało, że już tak zostanie.

– Coś się znajdzie. Pomalutku wszystko się prostuje. Dwa wagony temu miałem całą grupę Fryców na walizkach.

– Zakaz mieszania obywatelstw, co? Możesz być Polakiem lub Niemcem, nie ma trzeciej drogi.

– Wreszcie pogonią te cholerne przechery. Ani oni nam tu potrzebni, ani my im. Na siłę lepiej nikogo dłużej nie trzymać.

– Dłużej? – Do wymiany zdań ponownie przyłączył się wąsacz. Wierzchem dłoni potarł podbródek i znowu pociągnął nosem.

– Byli i tacy. Chwilę po wojnie nie uświadczyłby pan na tej trasie ani jednego polskiego kolejarza. Dopóki nie ściągnęli ludzi ze wschodu, w okolicy był tylko Niemiec na Niemcu.

– Niemiec na Niemcu. – Staruszek zarechotał.

Brunetka spojrzała na jego plecy ganiącym wzrokiem.

Norbert oddał jej bilet i skinął głową. Całe szczęście, pogoda, choć wykrzywiała stawy, odstraszyła podróżnych. Przynajmniej tych, którzy nie mieli absolutnej potrzeby odbywania ponad dwustukilometrowej i prawie sześciogodzinnej wycieczki.

– Do widzenia. Życzę dobrej drogi.

– Przepraszam, proszę powiedzieć, czy będzie opóźnienie?

Pytanie pryszczatego nastolatka w podartym zielonym płaszczu jak zwykle go rozjuszyło. A skąd, do diabła, miał wiedzieć? Tory mogły zostać zasypane, mogły zamarznąć i popękać, poprzedzający ich pociąg mógł mieć awarię albo pijany konduktor nie włączy świateł i w zawierusze przywalą w ostatni wagon.

– Na razie wszystko przebiega zgodnie z rozkładem – odparł, siląc się na uśmiech. Co innego miałby powiedzieć?

Opuścił deskę biletową i minął ostatni rząd siedzeń. Sięgnął do rygla, ale w tym samym momencie zauważył, że zawiasy blokuje skórzana torba. Chciał ją przesunąć nogą, lecz okazała się zbyt ciężka. Odwrócił się i głośno chrząknął.

– Czyj to bagaż?

Brunetka oraz siedzący po drugiej stronie krościaty chłopak wzruszyli ramionami. Ludzie z przodu wagonu nawet nie zerknęli w jego stronę. Wąsacz znowu pilnie studiował gazetę, a staruszek opierał głowę o szybę. Być może zasnął. Starzy ludzie mają zdolność zasypiania w ułamku sekundy i w największym gwarze. Zupełnie jak dzieci.

Norbert nachylił się i delikatnie pchnął torbę. Aby ją wygodnie przesunąć, odszukał jej rączkę. Sfatygowana, opięta mosiężnymi nitami konstrukcja groziła rozpadnięciem się przy mocniejszym szarpnięciu. Tylko cudem ten bagaż znalazł się w pociągu w całości.

Minimalnie uniósł pakunek. Nim zdążył zareagować, zatrzask się rozpiął, a zawartość rozsypała po podłodze wagonu.

– O kurwa – zaklął Norbert, czując, jak uginają się pod nim nogi.

CZWARTEK, 18 STYCZNIA 1945 R. GODZINA: 19:58 OŁAWA (A WŁAŚCIWIE JESZCZE OHLAU)

– Joseph Zyppeck. Zgadza się?

Skinąłem głową. Po dwudziestu godzinach marszu, przerwanych jedynie krótką drzemką, nie ma się ochoty rozmawiać. Szczególnie gdy w to, co zostało ci z kolana jednej nogi, wbija się łożysko marnej protezy. Ból przypomina próbę rozniecenia ognia dwoma kawałkami drewna. Jeden z nich to kikut napiętej na kości skóry i resztek mięśnia.

– Proszę za mną.

Wysoka brunetka odwróciła się do mnie plecami. Była ubrana w jasny, gruby płaszcz, którego poły omiotły drewniane stopnie. Ruszyła w dół, ku piwnicy. Za oknem zrobiło się już całkiem ciemno, ale z daleka dobiegały krzyki. Tysiące uciekających z Opola przed czerwonoarmiejcami ludzi szukało w okolicy schronienia.

– Nasz przyjaciel nic nie wspominał o dzieciaku – powiedziała, brzęcząc kluczami.

– Przypałętał się – wyjaśniłem jak najlakoniczniej. – Rozłączył się z rodzicami na dworcu kolejowym.

– Nie on jedyny. Świata pan nie zbawisz.

Nie miałem pojęcia, czy mówi to z wyrzutem, czy po prostu stwierdza fakt. Rzeczywiście, wcześniej nie mogłem uprzedzić jej o tym, że będzie mi towarzyszył dziesięcioletni chłopiec. Nie wiedzieć czemu, przyczepił się właśnie do mnie i przez pół popołudnia błagał, żebym pomógł mu znaleźć rodziców. Jeżeli szli w moją stronę, mogłem mu się przydać. Ale przypuszczałem, że udało im się wsiąść do pociągu i ruszyć w głąb Rzeszy. Życie było ważniejsze od jednego z wielu dzieci. Po dwóch dniach spędzonych na stacji szanse połączenia się tej rodziny uznałbym za zerowe. Po trzech – wręcz za ujemne.

Zeszliśmy na dół, do murowanej piwnicy. Cuchnęło w niej wilgocią i potem. Na gołej podłodze jak pluskwy gnieździło się kilkanaście osób. Głównie kobiety, starcy i dzieci. Byłem chyba jedynym mężczyzną, który wyglądał na zdolnego do taszczenia karabinu, i chyba właśnie to sprowokowało niechętne spojrzenia. Mimo to nikt się nie odezwał. W pomieszczeniu panowała absolutna cisza.

Rzuciłem tobołek na ziemię i skinąłem na chłopca, by usiadł. Jestem pewny, że przez chwilę lustrował twarze wszystkich osób w nadziei, że jakimś cudem trafi na swoich rodziców. Oczywiście, cuda się nie zdarzały. Nadzieja, jak to często bywa, zamieniła się w ponure rozczarowanie. Przeżycie mnóstwa rozczarowań to predestynacja każdego z nas. Nie pamiętam, od kogo usłyszałem te słowa, ale ten ktoś miał całkowitą rację. Stawiałbym na pastora z moich dziecięcych czasów.

– Macie co jeść?

W świetle lampy naftowej po raz pierwszy zwróciłem uwagę na twarz kobiety. Miała duże oczy, prosty nos i mocne kości policzkowe. Równie dobrze mogła być po trzydziestce, jak i o dziesięć lat starsza.

– Mamy – odparłem, opierając się o ścianę. Proteza coraz mocniej dawała mi w kość. Zupełnie dosłownie.

– Dobrze. W rogu stoi wiadro z rozpuszczonym śniegiem. Lepsze to niż nic.

– Dziękuję.

Brunetka delikatnie się uśmiechnęła. Przez chwilę staliśmy naprzeciw siebie i milczeliśmy. Wreszcie zacisnęła usta, odwróciła się i skierowała w stronę schodów.

– Powodzenia – westchnęła, stając na stopniu.

W tamtych czasach była to forma bardziej adekwatna od banalnego „dobranoc”.

– Powodzenia – rzuciłem i zdjąłem płaszcz.

Usiadłem na podłodze przy Eryku i nas okryłem. Czułem, że chłopiec cały dygocze z zimna, ale nie mogłem zrobić nic więcej.

Staruszka, zwinięta w kłębek metr od moich stóp, zaczęła się głośno modlić. Przełamała misterium ciszy. Mimowolnie powtarzałem za nią w myślach słowa Unser Vater. Chłopiec zapewne robił to samo. Gdy kobieta umilkła, odwrócił się w moją stronę i złapał mnie za ramię.

– Jutro znajdziemy moich rodziców? – zapytał głosem równie rozedrganym jak jego ciało.

W jego błękitnych oczach widziałem strach i determinację.

– Jutro, pojutrze albo za kilka dni. Nie martw się.

– Gdzie oni mogą być?

– Nie wiem.

– Może gdzieś niedaleko? Nie mogą być zbyt daleko, prawda?

„«Zbyt daleko» to ładny eufemizm” – pomyślałem, ale zachowałem to dla siebie. Oparłem się plecami o zimny mur i rozprostowałem nogi. Jeśli jutro miałem dokądkolwiek iść, powinienem jak najszybciej ściągnąć protezę. Jednocześnie stały monotonny ból był lepszy od piekielnego palenia, które towarzyszyło jej rozpinaniu i zakładaniu. Kwestia wyboru. Albo priorytetów.

– Lepiej już śpij – mruknąłem, rozmasowując udo. – Jeżeli mamy ich szukać, musimy odpocząć.

Eryk posłusznie skinął głową i naciągnął skrawek płaszcza na policzek. Widziałem, że przy nosie ścieka mu łza, ale płakał zupełnie bezgłośnie. Tak samo jak wszyscy w tej obskurnej norze.

Jutro też będzie dzień.

Tyle że nikt już nie miał żadnej nadziei. Nawet on.

PIĘĆ, MOŻE SZEŚĆ GODZIN PÓŹNIEJ, W TYM SAMYM MIEJSCU

Poczułem delikatne łaskotanie w policzek. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem ani – co się dzieje. Zatrzepotałem powiekami, nabrałem powietrza i chciałem głośno ziewnąć, ale czyjś palec dotknął moich warg. Poderwałem się jak oparzony. Wyobraźcie sobie, jak podrywa się zaspany kaleka bez połowy nogi. Albo dajcie sobie spokój. To żałosne.

W pomieszczeniu panował półmrok. W świetle dogasającego ogarka spłynęła na mnie świadomość. Lampy naftowe zagaszono, a wokół wręcz pulsowała martwa cisza. Jedynie gdzieś z daleka, zza przesłony grubych murów i dziesiątek kilometrów dobiegał głuchy pomruk. Artyleryjska kanonada znowu miała towarzyszyć moim snom. Z dnia na dzień głośniejsza, a jednak ciągle nierealna. Rzesza miała być przecież tysiącletnia i niezwyciężona. Tyle że wtedy wierzyli w to już chyba tylko szaleńcy.

– Nie obudź go. – Ostry szept brunetki sprawił, że byłem już całkiem przytomny.

Kątem oka zauważyłem, że Eryk śpi oparty o moje biodro, niemal całkowicie zakryty płaszczem. Nie zbudziło go nawet to nieudolne poderwanie się. Słyszałem świst jego oddechu. Odruchowo chciałem pogłaskać go po głowie, lecz się powstrzymałem.

W piwnicy temperatura musiała spaść poniżej zera, a moja jedyna stopa doszczętnie skostniała. Na zewnątrz pewnie był tęgi mróz.

– Co się stało? – Przestraszyłem się zgrzytu swojego wyrwanego z senności głosu.

– Ciszej! – Brunetka niemal przyłożyła mi wargi do ucha. – Masz pieniądze?

– Ale pani...

– Helga. Choć mówią też Margharita. I tak, doskonale wiem, że nie chciałam pieniędzy...

– Mogę zapłacić – wydukałem, starając się naprężyć mięśnie. Miałem wrażenie, że do nosa ktoś przyłożył mi garść śniegu. Poruszyłem schowanymi w kieszeniach palcami i uprzytomniłem sobie, że w całym swoim wybrakowaniu jestem w zasadzie nietknięty. – Chcę tu przesiedzieć chociaż do czwartej rano, potem... – Wyciągnąłem starego, kolejarskiego roskopfa i nachyliłem go w stronę światła. – To niecałe trzy godziny, chyba że...

Margharita zacisnęła dłoń na moim nadgarstku. Czułem, że Eryk się poruszył, ale chyba nadal spał. Przynajmniej się nie odezwał, co w jego przypadku nie było niczym nadzwyczajnym. Jednak również nie drżał, a to o wiele bardziej zwracało uwagę. Zanim zasnął, przez godzinę telepał się, jakby razili go prądem. Pamiętam chłopców, którzy telepali się tak jak on przed trzydziestu laty. Ale to temat na całkiem inną opowieść.

– Mam możliwość ucieczki do Szczecina. To pilne. Ale bezpieczne.

Wydawało mi się, że się przesłyszałem. Przez sekundkę lub dwie analizowałem słowa brunetki. Nie odnalazłem jednak żadnych, które mógłbym podstawić w ich miejsce. Tym bardziej, że kobieta zaraz dodała:

– Mogę cię zabrać ze sobą.

Kolejny szyfr. Kolejny żart albo kpina. A może to tylko mi się śniło.

– Rosjanie będą tu za parę dni. Zostawanie w tej okolicy nie ma żadnego sensu, a...

Ktoś w głębi pomieszczenia głośno odchrząknął. Margharita zamilkła, ale następne chrząknięcie było już znacznie bardziej podobne do chrapania.

– Myślałem o tym, żeby kierować się do Wrocławia – szepnąłem, odwracając się w jej stronę. – Mam listy polecające...

– Wrocław szykuje się do obrony totalnej. Nie słyszałeś o tym? Miasto nie ma prawa się poddać, choćby zostało kupą gruzów. A dla trupów listy polecające niewiele znaczą.

– Wrocławia nie da się zdobyć. Hitler ogłosił, że...

– Hitler zaszył się jak szczur w Berlinie!

To zdanie wypowiedziała jeszcze ciszej, a zarazem odniosłem wrażenie, że je wykrzykuje. Nie miałem pojęcia, dlaczego oferowała mi pomoc. Byłem jedną z mnóstwa osób, które stłoczyły się w piwnicy jej dawnego burdelu. To wszystko, co o niej wiedziałem. Sądziłem, że Margharita vel Helga wie o mnie jeszcze mniej. W tamtych czasach męski ochroniarz bywał przydatny i tylko tak umiałem to sobie wytłumaczyć. Tyle że na jakiego ochroniarza nadawał się kuternoga?

Życie jest pełne zbiegów okoliczności, ale czasem pochopnie podjęte decyzje wychodzą na nam na dobre. Nie miałem nic do stracenia. Zostawiałem wszystko za sobą.

– No dobrze. – Zsunąłem płaszcz i chwyciłem się dłońmi za kikut. – Ile to będzie kosztowało?

– Potrzebuję pięćdziesięciu marek.

– Teraz?

Skinęła głową.

– Kiedy wyjeżdżamy? – zapytałem, poprawiając protezę. – Jestem gotowy. Muszę tylko obudzić chłopaka.

– Chwila. Powiedziałam, że mogę zabrać ze sobą ciebie. – Brunetka wymownie spojrzała na zwiniętego pod moim płaszczem Eryka. – Bachor zostaje.

Dwa dni wcześniej bez jednej łzy pochowałem pamięć o własnym synu, a teraz było mi dziwnie żal zostawić niemal całkiem obcego dzieciaka. Zarazem byłem pewny, że ktoś się nim zaopiekuje.

I wmówiłem sobie, że na pewno zrobi to lepiej ode mnie.

A już na pewno od tej kurewki w za dużym płaszczu i lśniących butach.

PONIEDZIAŁEK, 11 CZERWCA 1945 R. GODZINA: 11:02 STETTIN (JUŻ ZA ROK: SZCZECIN)

– Józef Cyppek – wymówiłem, akcentując imię i nazwisko po polsku. Oboma językami posługiwałem się równie dobrze. Zawdzięczałem to swoim rodzicom i dwunarodowemu środowisku, w którym się wychowałem. Wolałem myśleć po niemiecku, ale... – Józef Cyppek...

Tymczasowe zaświadczenie tożsamości. Dwukartkowy rdzawobrązowy dokument z moim zdjęciem określał wszystko na nowo. Ot tak stałem się Polakiem. Odkąd się okazało, że wprawdzie brak nogi jest przeszkodą do służby frontowej, ale wykształcenie i para rąk przydadzą się do roboty na miejscu, droga do Niemiec nieoczekiwanie się przede mną zamknęła. Nie mogłem uciec.

– Zrób pan miejsce!

Spocony, dyszący grubas odepchnął mnie od stolika. Jeszcze raz zerknąłem na zaświadczenie i skierowałem się do wyjścia. Musiałem się przedrzeć wśród skłębionego tłumu Rosjan, Polaków i Niemców. Jak spod ziemi pojawili się również Żydzi. Zaskakujące, że tak szybko udało się im podnieść głowy.

Wyszedłem na zalaną słońcem ulicę. Od paru dni było upalnie i sucho. Delikatny wiatr niósł pył zniszczenia, który wciskał się do oczu, nosa i ust. Razem z nim wlókł się odór rozkładających się w ruinach zwłok. Poza niepogrzebanymi ofiarami wojny setki ludzi każdego dnia padało z głodu wprost na ulicach. Czasem leżeli oni przez wiele godzin, omijani przez tłumy przechodniów zajętych walką o własne przetrwanie. Czekali, aż trafią na przeładowany dwukołowy wózek na trupy, a potem – do bezimiennego grobu.

Wózków i wózkowych było jednak zbyt mało. Słowo daję, że zwłoki widziało się częściej niż skrawek zieleni. Gdyby chcieć sprzątać je na bieżąco, kilkaset osób musiałoby zasuwać bez chwili przerwy i każdą ręką pchać po co najmniej dwa takie wózki.

Jeżeli Wrocław miał przypominać morze ruin, to Szczecin musiał być największym z jezior. Wzdłuż głównych alei nie ostała się ani jedna nienaruszona kamienica. Szkielety domów szczerzyły się w uśmiechach bezokiennych fasad, za którymi czekały zagruzowane podwórza. Ruiny ciągnęły się kilometrami. Aby je obejść, trzeba było kluczyć w tunelach potrzaskanych budynków. Wędrówka przypominała wspinaczkę po skalistym szlaku, co rusz trzeba było się wspinać na wysokość pierwszego lub drugiego piętra. Mijało się ogołocone mieszkania, wdychało zapach trupów i szło się dalej. Serce biło szybciej jedynie wtedy, gdy na cudem ocalałym skrzydle bramy wisiała tabliczka z wielkim napisem „TYFUS”. Wtedy przyspieszało się kroku, byle dalej od kolejnego niebezpieczeństwa. Życie naprawdę polegało na nieustannej ucieczce. I ograniczaniu rzeczy, które mogły cię zabić.

Obszedłem przewrócony do góry nogami wrak samochodu i ruszyłem dalej. Gruz chrzęścił mi pod stopami, a do spoconego ciała przywierał pył.

Ściskałem w dłoni świstek papieru, który nadał mi nowe imię. Bezustannie powtarzałem je w myślach. Narodowość polska, wpisana w jednej z głównych rubryk, mogła się przydać. Równie dobrze mogła też zaszkodzić, gdyby się okazało, że Stettin jednak pozostanie Stettinem. Nie warto było się nad tym zastanawiać.

– Józef Cyppek – wymówiłem pod nosem.

Nad bezkresem zgliszcz niczym zacumowany statek prężyły się szczątki bazyliki. Resztka konstrukcji dachowej przypominała przędzę rozpiętą na maszynie tkackiej. Wieża, osmolona i zdruzgotana, zdawała się niebezpiecznie pochylać. Jak samotny maszt. Mimowolnie wybrałem dłuższą drogę, ale nieprzecinającą jej upiornego cienia.

Słynna kamienica Loitzów posępnie sterczała wśród gruzów. Gdzieś z pobliskich zgliszcz dobiegły krzyki, a potem histeryczny płacz. Słyszałem to już wcześniej, znałem przebieg procesu, który wieńczy cisza lub potulne chlipanie. Środek wypełnia pijacki śmiech, dyszenie i groźby.

Nigdy nie zapomnę obrazów sprzed paru miesięcy, kiedy na drodze mojej i Helgi pojawiły się pierwsze zagony Rosjan. To, co się działo podczas spotkania uciekających ze Śląska cywilów z radzieckimi sołdatami, można nazwać jedynie rzezią. Hekatombą i rzezią. Nic dziwnego, że władze dopuściły prawo do aborcji poczętych z gwałtu młodych kacapów. Bolszewickie bydlęta nie oszczędziły nawet zakonnic z klasztoru obok mojego rodzinnego domu. Zabawili się również z osiemdziesięcioletnią przeoryszą.

Powojenny Szczecin nie okazał się dużo lepszym miejscem do życia. Trudno było rozróżnić bandy złodziei od czerwonoarmijnych dezerterów, niedobitków mitycznego Werwolfu i ludzi szabrujących w poszukiwaniu chleba. Po mieście jak książęta panoszyli się żołnierze zbrodniczej sześćdziesiątej piątej armii, a na wysokich politycznych szczeblach trwała przepychanka o władzę nad miastem miasta. Przed paroma dniami gruchnęła wieść, że Szczecin ostatecznie dostanie się Polsce. Wszechwładny marszałek Żukow miał zaaprobować to stanowisko.

Józef Cyppek. Może to jednak było dobre wyjście.

Dziewczęcy krzyk się powtórzył, a po chwili zagłuszyły go dzikie wrzaski. Takie dźwięki mogły wydawać tylko zwierzęta.

Nie wiem, dlaczego pomyślałem wtedy o małym Eryku, o jego rodzicach i o tym, jak zostawiłem go w lodowatej piwnicy. Ta myśl niespodziewanie dodała mi sił. Nieraz kierowały mną impulsy, których nie mógłbym opisać, lecz wtedy zachowałem się naprawdę irracjonalnie.

Ruszyłem prosto ku wejściu do kamienicy. Jej konstrukcja zdawała się nienaruszona i raczej nie ryzykowałem, że zostanę pogrzebany żywcem. Ludzie mieszkali w zupełnych ruinach, choć poza centrum znajdowały się ocalałe mieszkania. Ale to właśnie przy nich czatowały zagony rosyjskich bandytów, szukających okazji do gwałtu. Pojedyncze ich grupki nie miały dość odwagi, by zapuszczać się w odmęty gruzów, ale niezniszczone kamienice kusiły spokojem. Paradoks? To, co się działo w tamtych czasach, było pieprzonym pasmem paradoksów.

Zmrużyłem oczy, chcąc przyzwyczaić wzrok do półmroku. Światło wpadało tylko przez pękniętą ścianę i dwa małe okienka.

Krzyk i płacz dobiegały zza załomu muru. Przyciągały mnie.

Gdy przeszedłem przez wyrwane z framugi drzwi, zobaczyłem trzech Rosjan szarpiących się z młodziutką dziewczyną. Mogła mieć dwanaście, może trzynaście lat. Miała rozerwaną kraciastą koszulę i podartą spódniczkę, a czerwonoarmiści rzucali nią jak piłką. Odpychali ją od siebie, coraz bardziej rozdzierając jej ubranie. Zataczali się ze śmiechu.

Na mój widok jeden z nich wyprostował się i skinął pozostałym głową.

– Zostawcie ją, do cholery! – Postąpiłem krok w ich stronę. Nie wiedziałem, co robię i skąd się pojawił ten przypływ odwagi. – Paszli won! To córka pułkownika!

Wpatrywali się we mnie osłupiali. Pewnie wyłapali jedynie pojedyncze słowa, a resztę sobie dopowiedzieli. Przez chwilę panowała cisza. Dziewczynka wstydliwie zasłoniła piersi i cofnęła się w moją stronę. Przełknąłem ślinę zmieszaną z kurzem.

– Chodź tu – odezwałem się do niej. – Nie bój się.

Jeden z żołnierzy zaśmiał się nerwowo.

– A wy? – zapytał.

– A ja? – odparłem, chwytając dziewczynkę za rękę. – Pułkownik.

Czym prędzej wyszedłem na zewnątrz. Musiałem uskoczyć przed furmanką pełną ludzi i tobołków. Poczułem na sobie pełne pretensji spojrzenia i zdałem sobie sprawę, że wciąż trzymam półnagie dziecko za rękę. Jeszcze raz popatrzyłem na dziewczynkę. Miała sięgające ramion mysie włosy i ciemne oczy. Nie była ładna. Nie pociągała mnie, a jednak poczułem przyjemny dreszcz.

Przez chwilę zwlekałem, nim wypuściłem z uścisku jej rączkę.

CZWARTEK, 8 LISTOPADA 1951 R. GODZINA: 9:51 ŻELECHOWA (NIEM. ZÜLLCHOW) OLEJARNIA ŻELECHOWSKA

– Proszę tylko popatrzeć i to sobie wyobrazić. Pierwotnie były tu trzy części fabryki. Silos, spichlerz i hala produkcyjna.

– Domyślam się, że silos to tamta sterta gruzu?

– Niestety tak. Na przełomie czterdziestego czwartego i czterdziestego piątego okolicę kilkukrotnie bombardowano. Jak widać, całkiem celnie.

– A ten budynek?

Wysoki, szczupły mężczyzna o zapadniętej twarzy kościotrupa wskazał na ceglaną, kilkupiętrową konstrukcję. Po jej drugiej stronie znajdowały się zrujnowana fasada, nadpalone rusztowanie i kilkudziesięciometrowy komin. Większość zalegających okolicę gruzów już usunięto lub ułożono w wysokie kopce. Nic nie mogło się zmarnować.

– To właśnie jest sedno. – Drugi z mężczyzn się uśmiechnął. Poprawił kapelusz, osłaniając twarz od wiatru. – Żelbetowy strop wytrzymał. Wyleciały okna, popękało kilka ścian, ale całość trzyma się kupy. Wystarczy trochę pracy i wszystko wróci do stanu pierwotnego. Piękna wizja, prawda?

– Ilu robotników tu pracowało?

– To nie ma znaczenia. Na samym początku można zatrudnić co najmniej sto osób. Docelowo mogłoby pracować cztery albo pięć razy tyle. I to tylko przy samej produkcji, nie mówiąc o całej otoczce...

– Co się stało ze sprzętem?

– Sam pan wie. – Mężczyzna wciąż się uśmiechał. – Część zabrali Fryce, część wywieziono do Związku Radzieckiego, ale głównych urządzeń nie można było rozmontować. Zaraz wszystko pokażę, ale proszę tylko uświadomić sobie nasz położenie. Do bocznicy kolejowej mamy ledwie trzysta metrów. Po drugiej stronie jest już brzeg Odry. Gdyby zrobić mały punkt transportowy...

– Olej rzepakowy na cały kraj?

– A czemu by nie dalej? Na Wschodzie, jeśli produkcja się rozkręci, zaczną go pić jak wodę. Wyrobimy normy, a centralę zawsze łatwiej uspokoić, gdy…

Drugi z mężczyzn ponownie mu przerwał.

– Niech pan da spokój z centralą. Najpierw musimy sobie poradzić tutaj, na własnym podwórku. Mam bat nad głową, a przewodniczący pyta, co z tym terenem. Rozumie pan? Łeb mi ukręcą, jeżeli to zabałaganię.

Mężczyzna w kapeluszu wzruszył ramionami. Położył dłoń na plecach towarzysza i delikatnie pchnął go w stronę wejścia do hali. Ominęli zardzewiałą płytę, na której zaległa deszczówka w kolorze krwi i przeszli wzdłuż muru. Trzech stojących z tyłu mężczyzn wymieniło zakłopotane spojrzenia, ale się nie poruszyli. Wszyscy bez słowa postanowili zostać na zewnątrz.

– To bezpieczne? – Chudzielec powiódł wzrokiem po spękanych betonowych słupach i pokrytej gruzem posadzce. – Wygląda, jakby się miało zaraz rozsypać.

– Proszę się nie martwić. Dwa miesiące temu całość na wszystkie strony obadali wojskowi technicy. Żaden z istotnych elementów konstrukcji nie został uszkodzony, a szkielet budynku przypomina konstrukcję bunkra. Skoro nie zniszczyły go bombardowania...

– Tak, domyślam się. Nie zniszczy go też echo naszych kroków.

– Jakby czytał mi pan w myślach.

Wymienili spojrzenia, po czym chudzielec prężnym krokiem wszedł do środka. Przez pozbawione szyb okna wpadało dużo światła i wysokie pomieszczenie wydawało się większe niż w rzeczywistości. Kawałki potłuczonego szkła zachrzęściły pod jego butami.

Mężczyźni, rozglądając się, minęli prowadzące na piętro schody i skierowali się ku bocznemu wyjściu. W pomieszczeniu nie ostały się żadne drzwi, a z obniżającego się stropu sterczały rzędy prętów zbrojeniowych. Niektóre z nich były pogięte (czasem niemal zapętlone), a jeszcze inne – połamane.

– Nie jestem przekonany. To pobojowisko.

– Mieszkańcom na pewno by się to spodobało. – Mężczyzna w kapeluszu wymownie zakaszlał. – Wystarczyło ogrodzić katedrę, dać mglisty plan odbudowy i wszyscy są zadowoleni. A tu… Sam pan widzi.

– Fabryka to nie katedra.