Rozmowy o miłości - Natasha Lunn - ebook + książka

Rozmowy o miłości ebook

Lunn Natasha

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Istnieje wiele rodzajów miłości, ale każdy z nich rodzi te same pytania:

Jak ją znaleźć? Jak ją zatrzymać? I jak poradzić sobie z jej utratą?

Dziennikarka Natasha Lunn zaprasza nas do zgłębienia miłości w całym jej bogactwie i złożoności. Z wrażliwością i czułością splata własną opowieść ze świadectwami ekspertów i uznanych twórców, takich jak Alain de Botton, Hilary Mantel czy Roxane Gay, a także wielu innych. Razem z nimi bada temat samotności, przyjaźni, seksualności, żałoby i tęsknoty.

To książka pełna nadziei – pomaga odnaleźć odpowiedzi na pytania, które codziennie sobie zadajemy. Nie wskazuje jednej słusznej drogi – ważna jest przede wszystkim gotowość, by okazywać więcej miłości zarówno innym, jak i samym sobie.

Ta książka może odmienić twoje życie.

„Sunday Times”

Rozmowy Natashy Lunn poszerzą i wzbogacą twoje spojrzenie na miłość.

„Evening Standard”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 353

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Natasha Lunn Rozmowy o miłości Tytuł oryginału Conversations on Love ISBN Copyright © Natasha Lunn, 2021 Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026All rights reserved

The author and publisher are grateful to the following for their kind permission to reproducer copyright material: Jeanette Winterson and Jonathan Cape, for the lines on p. 7 from The PowerBook by Jeanette Winterson, published by Jonathan Cape, 2000, and reproduced by permission of the Random House Group Ltd ©; Dalkey Press/Deep Vellum Publishing, for the line on p. 19 from Eros the Bittersweet by Anne Carson; Penguin Books Ltd, for the line on p. 65 from Olive, Again by Elizabeth Strout, published by Penguin Books 2019, 2020, Viking 2019; Lou Barlow, for the line on p. 66 from ‘Brand New Love’; Cheryl Strayed and Atlantic Books, for the lines on p. 117 from Tiny Beautiful Things; Dani Shapiro and Knopf Publishing Group, for the line on p. 119 from Hourglass: Time, Memory, Marriage; Faber and Faber Ltd, for the line on p. 179 from High Tide in Tucson: Essays from Now or Never by Barbara Kingsolver; Hilary Mantel and HarperCollins, for the line on p. 227 from Giving Up the Ghost by Hilary Mantel; Penguin Classics, for the line on p. 303 from the translation of Letters to a Young Poet by Rainer Maria Rilke (Penguin Classics) reproduced with kind permission from Charlie Louth; Kobalt Music Group Ltd, for the lines on p. 311 from ‘For You’ by Laura Marling.

Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla tych, którzy czują się zagubieni w tęsknocie.

„Historie, których słuchamy do późna w nocy, to historie o miłości. Wydaje się, że nigdy nie poznamy w pełni tej zagadki naszego życia. Wciąż wracamy do tych samych scen, tych samych słów, próbując wydrzeć z nich sens. Nic nie jest nam bardziej znane niż miłość. I nic tak bardzo nam się nie wymyka”.

Jeanette Winterson, The PowerBook

Wstęp

Przez wiele lat żyłam w tęsknocie. Tęsknocie za odpowiedzią na wiadomość, za „kocham cię”, za tym, by jakiś mężczyzna spojrzał na mnie w ten szczególny sposób. Gdy byłam w związku, pragnęłam, by trwał. Gdy nie byłam – tęskniłam, by się pojawił. Moja tęsknota była niepokojem, który rozlewał się po całym moim życiu niczym mgła. Przez nią niczego nie widziałam wyraźnie.

Kiedyś sądziłam, że tęsknię za miłością, lecz się myliłam. Nie miłość była moim pragnieniem, lecz samo wyobrażenie o niej. Przez wszystkie te lata i noce, gdy zadawałam sobie pytanie: „Kiedy wreszcie znajdę miłość?”, nigdy nie zatrzymałam się, by pomyśleć, czym właściwie ona jest. Czy wielu z nas to robi? Nie uczymy się o miłości w szkole, nie badamy jej, nie piszemy z niej sprawdzianów, nie analizujemy jej co roku. Zachęca się nas, byśmy poznawali ekonomię, gramatykę, geografię, ale nie samą miłość. To dziwne, że oczekujemy od miłości tak wiele, a poświęcamy tak mało czasu na jej zrozumienie. Jakbyśmy chcieli zanurzyć się w morzu, nie mając najmniejszego zamiaru nauczyć się pływać.

A jednak, czy o niej myślimy, czy nie, miłość przenika nasze życie każdego dnia – swobodnie, okrutnie i zarazem pięknie. Oglądam filmik z kąpieli sześciotygodniowego dziecka mojej przyjaciółki godzinę przed tym, jak czytam cichy mail od kobiety, której trzecie podejście do in vitro znów zakończyło się niepowodzeniem. Myślę o dwóch nowych zaręczynach, o jednych odwołanych, o innych, do których nigdy nie doszło. Słucham przyjaciółki, która próbuje zbudować nowe życie po niespodziewanym rozwodzie; innej, pogrążonej w żałobie po rodzicu; jeszcze innej, roześmianej, nieśmiało odkrywającej świeżo narodzoną miłość.

Miłość w naszym życiu więdnie i rozkwita bez końca. Niepojęta i nieuchwytna. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Przez długi czas sądziłam, że miłość jest źródłem mojego nieszczęścia. Chciałam zrozumieć, dlaczego wydawała mi się czymś, co mnie przerasta. Dlaczego potrafiłam odejść z pracy, która mnie unieszczęśliwiała, a nie z toksycznego związku? Dlaczego miałam poczucie sprawczości we wszystkich innych sferach życia, a nie w miłości? Dlaczego zakładałam, że małżeństwo będzie końcem czegoś, a nie początkiem? Moje podejrzenie, że całkowicie źle zrozumiałam miłość, było tym, co Elizabeth Gilbert nazwała kiedyś „okruszkiem ciekawości” – tropem, za którym należało podążać i szukać głębiej.

Dlatego przez ostatnie cztery lata w newsletterze zatytułowanym Rozmowy o miłości pytałam pisarzy, terapeutów i ekspertów o ich doświadczenia miłości. Słuchałam ludzi, którzy opowiadali o swojej miłości do drugiej osoby, do miasta, do wiersza, do drzewa. Słuchałam mężczyzny, który żałował, że nie przespał się z większą liczbą osób, i kobiety, która uważała, że w seksie objawia się najprawdziwszy wymiar małżeństwa. Słuchałam historii o przyjaźni trwającej dwadzieścia sześć lat, mimo że przyjaciele mieszkali w różnych krajach; o zakochaniu się w czasie, gdy traci się dziecko lub opłakuje rodzeństwo; o widoku noworodków przychodzących na świat w strefach wojny; o odkrywaniu romantyzmu w samotności. Każda z tych opowieści przypominała mi, że miłość jest możliwa i że moje pojmowanie jej było o wiele bardziej ograniczone, niż sądziłam.

Podczas tych rozmów miłość pojawiała się i znikała również w moim życiu. Wywiady poszerzały moje rozumienie tego, czym miłość może być i jak może wyglądać. Jednak dopiero gdy po poronieniu zaczęłam starać się o dziecko, uświadomiłam sobie, ile jeszcze muszę się nauczyć. Bo choć wydawało mi się, że wyrosłam już z tej nieustannej tęsknoty, odkryłam, jak bardzo moja tęsknota w wieku trzydziestu kilku lat za dzieckiem przypominała tęsknotę za chłopakiem dekadę wcześniej. Obie sprawiały, że bardziej skupiałam się na miłości, której nie miałam, niż na tej, którą miałam. Obie potrafiły pchnąć mnie w stronę użalania się nad sobą. Obie kazały mi porównywać się z innymi i czuć, że istnieje jakaś sfera szczęścia, z której zostałam wykluczona. Kiedyś z zazdrością patrzyłam na pary trzymające się za ręce w niedzielne popołudnia, teraz zaś nie mogłam oderwać wzroku od kobiet pchających wózki po lokalnym parku. Przedmiot mojej tęsknoty się zmienił, ale niespokojny, wiecznie czegoś poszukujący stan pozostał ten sam. Wtedy zrozumiałam, że jeśli będę postrzegać miłość w tak wąski sposób, zawsze znajdzie się coś, za czym można tęsknić: chłopak, małżeństwo, dziecko, drugie dziecko, wnuk, kolejna dekada życia z matką, ojcem czy mężem. Zaczęłam więc zadawać więcej pytań. I zaczęłam pisać tę książkę.

Każdego dnia także i ty będziesz zadawać sobie pytania o miłość. Być może szukasz związku, a może, w jakimś cichym zakątku serca, zastanawiasz się, czy nie powinnaś z jakiegoś odejść. Może jesteś w długoletnim partnerstwie i próbujesz zrozumieć, jak podtrzymać miłość mimo wszystkich burz, które niesie życie. Może jesteś rodzicem i chcesz być lepszym; a może straciłeś rodzica i ta strata nagle przyćmiewa wszystko inne. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to, czego pragniemy od miłości, jest różne. Ale odkryłam, że wszystkie nasze indywidualne pytania wyrastają z trzech większych: Jak znaleźć miłość? Jak ją utrzymać? I jak przetrwać, gdy ją stracimy? To właśnie te pytania chciałabym zgłębić na kolejnych stronach.

Nie przesadzę, jeśli powiem, że rozmowy o miłości, które odbyłam, zmieniły moje życie. Pomogły mi przedrzeć się przez mgłę tęsknoty i dostrzec miłość, która od dawna już była we mnie i wokół mnie. Przekonały mnie też, że choć miłość w wielu aspektach pozostaje niepoznawalna, warto próbować ją zdefiniować. Jak napisała bell hooks w książce Wszystko o miłości. Nowe wizje: „Kiedy w młodości uczymy się błędnych definicji miłości, trudno nam później naprawdę kochać” oraz „dobra definicja wyznacza nam punkt wyjścia i pozwala zobaczyć, dokąd chcemy dojść”.

I rzeczywiście, powinniśmy zacząć uczyć się o miłości, tak jak uczymy się każdej innej umiejętności – bo to ona potrafi nadać kierunek całemu życiu. Jak wykazała dr Julianne Holt-Lunstad w badaniu dotyczącym związku między więziami społecznymi a długością życia, ludzie utrzymujący silne relacje społeczne mają o pięćdziesiąt procent mniejsze ryzyko przedwczesnej śmierci niż ci, których relacje są słabe1. Mimo że poświęcamy jej tak mało uwagi – wystarczy porównać liczbę stron w gazetach poświęconych polityce, finansom czy podróżom z tymi dotyczącymi relacji międzyludzkich – niewiele jest rzeczy równie poważnych, równie ważnych jak miłość. Jej brak może wyrządzić ogromne szkody. Jej obfitość potrafi nas uzdrowić.

Choć rozmowy w tej książce są historiami o miłości, opowiadają też o tym, jak ludzie przyciągają się nawzajem i jak się rozczarowują, jak ranią i jak się leczą, jak mimo wszystko idą naprzód, nawet gdy wydaje im się, że już nie mogą – próbując wydobyć jakiś sens z tego, co życie im odebrało. Mam nadzieję, że dla ciebie staną się one tym, czym były dla mnie: przypomnieniem, by nie pozwolić, aby ludzie, których kochasz, zniknęli w tle twojego życia; zaproszeniem, by traktować miłość poważniej; i zachętą, by stworzyć coś znaczącego z życia, które zostało ci dane.

Jedna z postaci w powieści Hilary Mantel Kogo śmierć nie sięgnie powiedziała kiedyś (w prawdziwym życiu): „Miłość jest silniejsza, trwalsza niż strach”. A gdy rozmawiałam z Hilary, zwierzyła mi się: „Jednym z powodów, dla których piszę, jest próba sprawdzenia, czy to prawda”. Tego samego próbuję się dowiedzieć i ja. Czy miłość jest silniejsza niż lęk przed niepewnością? Silniejsza niż lęk przed zmianą? Silniejsza niż lęk przed śmiercią? Szukanie odpowiedzi na te pytania to zadanie bez końca, i to właśnie jedna z najważniejszych lekcji, jaką wyniosłam: że miłość jest projektem na całe życie; opowieścią, której nie da się przewinąć do ostatniego rozdziału. Jakie to szczęście, że wiemy, iż nigdy jej nie skończymy! Bo w miłości nie ma ostatniej strony – są tylko kolejne początki. A to jest jeden z nich.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Cytat za: V.H. Murthy, Together: Loneliness, Health and What Happens When We Find Connection, Profile Books, 2020, s. 13.

Jak znaleźć miłość?

„Życie nie jest problemem do rozwiązania, lecz tajemnicą do przeżycia”.

M. Scott Peck

Romantyczna fantazja kontra rzeczywistość

„Kiedy cię pragnę, tracę część siebie…”2

Anne Carson, Słodko-gorzki eros

Pierwszy raz, kiedy pocałowałam Bena, był pierwszym razem, kiedy w ogóle kogoś całowałam. Miałam czternaście lat i nie byłam pewna niczego: jakiej muzyki słuchać, jakiej marki nosić szkolne buty, jaką osobą chcę być. Jedyne, czego byłam pewna, to to, że go pragnę. W czasie gdy świat oferował mi wszystkie możliwe wybory, a ja mogłam łatwo pomylić drogę, poczułam dziwną ulgę, że nad tym nie panuję. Jakby uczucie samo zdecydowało o mnie.

Poznałam go rok wcześniej w kinie ABC. Miałam wtedy trzynaście lat, on dwanaście – był pół roku młodszy ode mnie. Przyszedł do mnie do domu, żeby pobawić się z moim młodszym bratem, bo chodzili do tej samej szkoły. Kiedy go zobaczyłam, kręcił żółtym jak cytryna jo-jo na szczycie schodów przed moim pokojem. „Cześć” – powiedział. „Cześć” – odpowiedziałam. I to było wszystko: te dwa słowa wystarczyły, aby zainicjować fascynację, która trwała piętnaście lat. Od tego momentu zbierałam szczegóły jego istnienia jak dowody w śledztwie: dokładne położenie pieprzyka na jego ramieniu; sposób, w jaki smarował masłem tosty, jak mrużył oczy, gdy się uśmiechał – za każdym razem, gdy się uśmiechał. To właśnie w tęsknocie za tym, by mnie zauważył, nauczyłam się, że miłość to coś, co albo ci się przydarza, albo nie. Dar, który albo jest ofiarowany, albo wstrzymany.

Nasze przelotne romanse na przestrzeni lat były krótkie i nieregularne: zdradził mnie, gdy mieliśmy po czternaście lat, znów wróciliśmy do siebie, gdy mieliśmy szesnaście – jedyny raz, kiedy nerwowo powiedzieliśmy sobie „kocham cię” – i ponownie, gdy mieliśmy osiemnaście lat. To nie były okresy, w których spędzaliśmy znaczące ilości czasu razem, tylko zbiór dni i nocy, podczas których się całowaliśmy, oglądaliśmy stare kasety VHS z Gwiezdnymi wojnami i czasem jeździliśmy nocą pustymi wiejskimi drogami. Fakt, że nigdy nie mieliśmy prawdziwego związku, miał niewielkie znaczenie. Nasza historia istniała w niejednoznaczności i we wszystkich rzeczach, których nigdy nie powiedzieliśmy.

Dłuższe, bardziej ekscytujące rozdziały powstawały w mojej głowie, a nie w rzeczywistości. Moja wyimaginowana opowieść przybrała formę nostalgicznej historii miłosnej na zasadzie „będą razem czy nie?” – wzorowanej na Dawsonie i Joey3 – ciągle balansującej na krawędzi spełnienia, a jednak nigdy do końca niezrealizowanej. Zawsze pojawiało się jakieś wzajemne nieporozumienie (źle zrozumiana wiadomość tekstowa) albo zrządzenie losu (nieprzychylność moich rodziców, inna dziewczyna), które niweczyło nasze kolejne pojednanie.

Dlaczego wciąż próbowałam to naprawiać? Kiedy pocałował inną dziewczynę w szkole, po raz pierwszy doświadczyłam odrzucenia, które nadwerężyło moje poczucie własnej wartości w kluczowym wieku. Od tamtej pory jego uczucie wydawało mi się nagrodą, którą mogłam odzyskać, nagrodą, która mogła oznaczać, że jestem godna miłości. Część mnie, pragnąca powielić wzór związku moich rodziców, nie pozwalała Benowi odejść z mojego życia. Moi rodzice poznali się w szkole, gdy mieli po piętnaście lat, a ich model miłości – bardziej romantyczny niż jakakolwiek powieść na mojej półce – był pierwszym, który znałam. Jeśli stawiałam Bena na piedestale, to ideę wiecznej nastoletniej miłości stawiałam jeszcze wyżej.

Ilu z nas ma takie historie o młodzieńczym zauroczeniu, w którym tęsknota jest ważniejsza niż wiedza, a fantazja góruje nad rzeczywistością? Taka młoda miłość często rodzi się z pięknej intensywności, co jest zrozumiałe w okresie dorastania, gdy czas wydaje się nieograniczony, a hormony rządzą każdym uczuciem. Może taka obsesja jest nawet formą kreatywności – sposobem, w jaki młodzieńcza wyobraźnia potrafi ze skąpych szczegółów zwyczajnego kontaktu zbudować cały inny świat. Dlatego nie żałuję mojej pierwszej romantycznej fantazji. Ale żałuję wzorca miłości, który z niej wyciągnęłam, i wszystkich kolejnych lat spędzonych na próbach dopasowania siebie do tego wzorca.

Przez całe studia Ben i ja okazywaliśmy sobie nawzajem niejednoznaczne oznaki uczucia. Przesyłał mi własnoręcznie nagrane płyty CD i zagadkowe notatki, które chowałam w pudełkach po butach pod łóżkiem. Wysyłał nostalgiczne maile, które odkrył mój ówczesny chłopak i wściekał się z tego powodu. Pamiętam, że to był pierwszy raz, kiedy on pragnął mnie bardziej niż ja jego, choć on może mieć inną wersję tej historii. (Zawsze są dwie strony medalu). Mimo to, gdy dopadała mnie tęsknota za domem, spałam w jego wyblakłym, czarnym ­T-shircie z H&M, bo stał się dla mnie wspomnieniem domu, łącznikiem z dawną wersją samej siebie, do której mogłam uciekać za każdym razem, gdy czułam się zagubiona w teraźniejszości.

Ironia polega na tym, że byłam zagubiona, bo błędy wyniesione z młodzieńczego zauroczenia powielałam w innych związkach, gdy miałam dwadzieścia kilka lat. Mój wzorzec często się powtarzał: spotykałam się z kimś nowym, idealizowałam go, nie pokazywałam w pełni, kim naprawdę jestem, i odgrywałam rolę kobiety bardziej przystępnej, niż faktycznie byłam. Ta kobieta nigdy niczego nie żądała. Często umawiałam się z kimś przez całe miesiące – czasem ponad rok – i nigdy nie stawaliśmy się „chłopakiem i dziewczyną” ani nie wchodziliśmy w prawdziwą intymność. I tak jak w przypadku Bena, nawet kiedy ci mężczyźni dawali mi do zrozumienia, że coś do mnie czują, nigdy do końca tego nie nazywali. Jak mówi Marianne, gdy Eleanor pyta w Rozważnej i romantycznej, czy Willoughby kiedykolwiek powiedział „kocham cię”: „To się codziennie samo przez się rozumiało, ale nigdy nie powiedział tego otwarcie. Czasem wydawało mi się, że powiedział… ale nie, to nigdy nie miało miejsca”4.

Kiedy nie jesteś szczera w związku – ani wobec drugiej osoby, ani wobec siebie samej – jest to trochę jak zakręcanie słoika z dżemem, gdy wypustki pokrywki nie pasują do gwintu. Osoba patrząca z boku mogłaby pomyśleć, że zakręcasz go idealnie, ale ty czujesz, jak pojawia się opór, który ostrzega, że nie jest dobrze zakręcony, i wiesz wtedy, że bez względu na to, jak bardzo będziesz się starać, wieczko nigdy nie będzie szczelne. W ten sposób zawsze czułam, że od samego początku coś w tych związkach jest nie tak. Przechodzenie przez pozory intymności z tym nieustannym lękiem z tyłu głowy było stanem niepokoju, w którym stale żyłam, podejrzewając, że druga osoba nie chce być ze mną, a jednocześnie bojąc się zapytać wprost. To sprawiło, że tak dobrze nauczyłam się udawać, że niczego nie potrzebuję, że zapomniałam, jak być sobą. Oznaczało to też, że myliłam niestabilność z atrakcyjnością, bo okruchy uczuć, które rzucali mi mężczyźni, były ekscytujące właśnie przez swoją nieprzewidywalność: niespodziewana wiadomość tekstowa o 1:30 w nocy z pytaniem „Jesteś na mieście? x” czy obietnica pijackiego „kocham cię”, nigdy już niepowtórzona na trzeźwo. Mężczyźni, z którymi się spotykałam, nigdy nie kończyli tych związków, ale też nigdy nie angażowali się w pełni. Zawsze byli jedną nogą w środku, drugą na zewnątrz, jak chłopak mojej przyjaciółki, który wprowadził się do jej mieszkania, ale nadal trzymał większość swoich rzeczy w domu rodzinnym.

Bardziej stałe niż jakiekolwiek uczucie było lekkomyślne – może niezamierzone – okrucieństwo, które cicho akceptowałam i traktowałam jako kolejny dowód na to, że nie jestem warta kochania. Jak wtedy, gdy pewien mężczyzna powiedział, że moje usta są zawsze suche, gdy całuje mnie w łóżku, albo gdy inny skrytykował mój makijaż, albo jeszcze inny stwierdził: „Niepewność to najbardziej nieatrakcyjna cecha kobiety”, po tym, jak zdobyłam się na odwagę, by zapytać, dlaczego tak długo zajmuje mu odpisywanie na moje wiadomości. Nauczyłam się, że najbardziej samotne na świecie jest leżenie w łóżku nocą obok kogoś, kto sprawia, że czujesz się mało ważna, plecami do niego, i ciągłe życie nadzieją, że się odwróci i obejmie cię ramionami.

W tamtym czasie postrzegałam tę tłumioną część siebie jako prywatny, niezręczny wstyd; dopiero teraz rozumiem, że to powszechny problem. Rozmawiałam z niezliczoną ilością osób, które – mimo że czuły się pewnie w pracy, w rodzinie, wśród przyjaciół – zatraciły siebie w związkach. Próbując przewidzieć oczekiwania partnera, rezygnowały z własnej osobowości i swoich potrzeb. To kurczenie się samej siebie zaczyna się od drobnych rzeczy: udawania, że chcesz obejrzeć w kinie horror; tworzenia playlist na Spotify z utworami, które mogłyby zrobić na nim wrażenie, zamiast tymi, których naprawdę chcesz posłuchać; kupowania sukienki, na którą cię nie stać, tylko dlatego że myślisz, że jemu się spodoba. Ale wkrótce odmawiasz spotkań z przyjaciółmi, by mieć wolny wieczór na wypadek, gdyby partner w ostatniej chwili chciał cię zobaczyć. Zachowujesz się, jakby nic wielkiego się nie stało, że nie pojawił się na twoich urodzinach do 23:00. Udajesz, że nie potrzebujesz etykiet w związku, stałej komunikacji ani drobnych aktów życzliwości, które sprawiają, że czujesz się kochana. Udajesz, że w ogóle niczego nie potrzebujesz.

Kiedy zapytałam psychiatrkę dr Megan Poe, dlaczego ludzie tracą poczucie własnej wartości w związkach, odpowiedziała, że czasami dzieje się tak dlatego, że próbują „wyczuć drugą osobę” bez ujawniania siebie, tak by stać się częścią niej. Według dr Poe, która kiedyś prowadziła kurs o miłości na Uniwersytecie Nowojorskim, „ludzie myślą: jeśli dopasuję się do drugiej osoby, to jesteśmy dobraną parą – ale to sprawia, że czują się bardziej niepewni, bo nie są sobą”. Takie zachowanie wprowadza też w błąd drugą stronę, ponieważ nie rozpoznaje, kim się stałaś. „Gdy pojawia się wiele fałszywych ja, wszystko robi się naprawdę nieczytelne – mówi dr Poe – a druga osoba w końcu zaczyna się zastanawiać: gdzie jesteś? Nie odnajduję tej osoby, w której zakochałem się na początku”.

W przemówieniu z okazji ukończenia studiów w Douglass College w 1977 roku Adrienne Rich powiedziała, że odpowiedzialność wobec samej siebie „oznacza domaganie się, aby ci, którym dajesz swoją przyjaźń i miłość, byli w stanie szanować twój umysł. Oznacza to zdolność powiedzenia, za Charlotte Brontë w Jane Eyre: «Mam w głębi duszy skarb wrodzony, który zdoła utrzymać mnie przy życiu, gdyby wszelkie z zewnątrz płynące radości były mi wzbronione lub ofiarowane jedynie za cenę, której zapłacić nie mogę»5”. Gdy zajrzałam do oryginalnego fragmentu Jane Eyre, znalazłam linijkę poprzedzającą cytat Rich: „Potrafię żyć sama, jeżeli poczucie własnej godności i okoliczności zażądają tego ode mnie”. Czytając te dwa fragmenty razem, zdałam sobie sprawę, że postąpiłam odwrotnie niż Jane. Straciłam z oczu swój wewnętrzny skarb (a co za tym idzie, także swoją zdolność do odejścia) i w rezultacie poświęciłam szacunek do samej siebie. I to w imię czego? Nie w imię miłości, ale z powodu przeczucia, które podpowiadało mi, że mężczyźni, z którymi się spotykałam, byli niezwykłymi ludźmi, zawsze bystrzejszymi i ciekawszymi ode mnie. (To nie przypadek, że często umawiałam się z dziennikarzami, kreatywnymi twórcami reklam i pisarzami – wszystkimi zawodami, które chciałam wykonywać, ale w tamtym czasie nie byłam aż tak odważna, by to realizować). Dopiero wiele lat później, gdy przeprowadziłam wywiad z psychologiem klinicznym, dr. Frankiem Tallisem, zrozumiałam, jak mylące może być to przeczucie. Ponieważ, jak powiedział Tallis, często skłonni jesteśmy „wyolbrzymiać włas­ne zagubienie i brak wglądu”, gdy nie mamy żadnych dowodów prawdziwej bliskości. Sięgamy po słowa takie jak „chemia” czy „przeczucie”, bo nie mamy nic konkretnego, na czym moglibyśmy oprzeć uczucie – żadnych przykładów życzliwości, troski czy więzi, tylko magnetyczne przyciąganie. Tallis stwierdził, że ten brak dowodów „staje się paliwem dla romantycznego mistycyzmu. Myślisz: nie mogę tego wyjaśnić, więc to musi być przeznaczenie, to musi być coś głębokiego. Ale to tylko jeden fałszywy wniosek, który napędza kolejny, a każdy kolejny oddala cię od rzeczywistości”. Słuchając jego wyjaśnień, uświadomiłam sobie z nieprzyjemnym zdziwieniem, że dokładnie to przeżywałam; przypomniałam sobie wszystkie te sytuacje, gdy czułam mistyczne przyciąganie do kogoś, nie mając żadnej realnej wiedzy o tym, kim naprawdę był. Ale w tamtym czasie tego nie rozumiałam, więc nadal wymazywałam fragmenty siebie, by podtrzymywać relacje, które nie miały żadnych korzeni w realnym świecie.

Nawet w tych latach, gdy wchodziliśmy w inne związki i wychodziliśmy z nich, Ben i ja utrzymywaliśmy kontakt. Nasi rodzice byli – i nadal są – bardzo blisko, więc dorastaliśmy, jeżdżąc razem na rodzinne wakacje, a potem wciąż wracaliśmy do wiosek oddalonych od siebie o pięć minut drogi. Od czasu do czasu flirtowaliśmy, całowaliśmy się lub godzinami rozmawialiśmy nocą przez telefon. Czasem dzwoniłam do niego, bo czułam się samotna. Niekiedy myślę, że on dzwonił do mnie, bo był zagubiony. Przeważnie byliśmy przyjaciółmi, którzy korzystali z wzajemnej uwagi, ale pewnego razu, gdy mieliśmy już prawie trzydzieści lat, połączył nas ponownie krótki romans. Miałam wrażenie, jakbyśmy byli dorosłymi, którzy znowu udają trzynastolatków, co sprawiało mi smutek. I gdy w łóżku obserwowałam różnice między naszymi dorosłymi a nastoletnimi ciałami – jego miękki, pełniejszy brzuch, moje większe uda z widoczną fakturą skóry – nie potrafiłam stwierdzić, czy próbuję odnaleźć osobę, którą kiedyś znałam, czy kogoś, kogo tak naprawdę nigdy nie poznałam. Myślę, że oboje szukaliśmy w sobie nawzajem odpowiedzi na problemy dorosłości i intymności; w miejscu, w którym nigdy ich nie znajdziemy.

Rok później poszliśmy na drinka, który okazał się naszym ostatnim spotkaniem w cztery oczy. Na chodniku przed barem w Soho uświadomiłam sobie, że gdzieś w nocnym powietrzu nad nami wisiała decyzja, która tak naprawdę wcale nie dotyczyła osoby stojącej przede mną. Chodziło o wybór między niedojrzałością a dorastaniem, między fantazją a rzeczywistością. Czy chciałam dalej unikać intymności i wrócić do bezpiecznej nostalgii po dawnym zauroczeniu, która nie wymagała ode mnie niczego nowego? Nie. Chciałam budować prawdziwe relacje, istniejące w realnym świecie. Aby to zrobić, potrzebna była odwaga i zrozumienie samej siebie, może trochę samotności i ogrom odpowiedzialności. Część tej odpowiedzialności oznaczała, że nie mogłam dzwonić do Bena za każdym razem, gdy czułam się samotna. Oznaczało to zrozumienie roli, jaką odgrywałam, idealizując mężczyzn, zamiast naprawdę ich dostrzegać, i odnalezienie wewnętrznego skarbu, który straciłam w tym procesie. Oznaczało to, jak pisała bell hooks w książce Wszystko o miłości, pragnienie poznania „znaczenia miłości wykraczającego poza sferę fantazji – poza tym, co wyobrażamy sobie, że może się wydarzyć”. Nadal wierzyłam, że akt całkowitego otwarcia się przed nową osobą jest ryzykiem, ale gdzieś wewnątrz mnie rodziła się świeża świadomość: że ryzyko zaniechania tego – bycia nigdy nieodkrytą, niewyrażania potrzeb, niedawania i nieprzyjmowania prawdziwej miłości – jest o wiele większe. Po latach bierności w miłości zrozumiałam, że mamy wybór, nawet jeśli trudno go dostrzec. Mój był taki: pozostać w fantazjach we własnej głowie albo wyjść z nich i żyć.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

2 A. Carson, Słodko-gorzki eros, przeł. R. Lis, Ossolineum, 2025, s. 43, 45 (przyp. tłum.).

3 Chodzi o postacie z amerykańskiego serialu telewizyjnego Jezioro marzeń (Dawson’s Creek) (przyp. tłum.).

4 J. Austen, Rozważna i romantyczna, przeł. A. Przedpełska-Trzeciakowska, Świat Książki, 2007, s. 172 (przyp. tłum.).

5 Ch. Brontë, Dziwne losy Jane Eyre, przeł. T. Świderska, s. 430–431, Fundacja Wolne Lektury, ebook https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/bronte-dziwne-losy-jane-eyre/ (dostęp 24.11.2025) (przyp. tłum.).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

Jak znaleźć miłość?

Romantyczna fantazja kontra rzeczywistość