Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Wolność ma dwa koła i zaczyna się tuż za rogiem
To nie jest zwykły dziennik podróży. To zapis spontanicznych wypraw rowerowych przez lasy i nad jeziora, do miejsc bliskich, a wciąż niedostrzeganych.
Autor, miłośnik jazdy terenowej i uważny obserwator przyrody, przemierza Wielkopolskę i dociera tam, gdzie nie prowadzą główne trasy. Trafia na zapomniane pałace, ukryte cmentarze i ślady historii zapisane w krajobrazie.
Rower przestaje być tylko środkiem transportu i staje się narzędziem poznania. Pozwala się zatrzymać i dostrzec więcej, niż widać z okna samochodu.
„Rowerowe kroniki wolności” to opowieść o tym, co bliskie, a wciąż nieznane. To książka dla tych, którzy chcą odkrywać i poczuć wolność, nawet bez dalekich podróży.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 337
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Andrzej Kujawa
Rowerowe kroniki wolności
Moim córkom – Marcie i Agnieszce.
Nasze decyzje – codzienne wybory, działania lub ich zaniechania – podejmujemy z nadzieją albo i pewnością, że będą najkorzystniejsze i najlepsze. Nie zawsze jednak zapadają one w odpowiednio młodym wieku. Jeżeli w grę wchodzą samopoczucie, zdrowie, kondycja, a nawet uroda, to nie warto czekać, nie warto kalkulować: czy się opłaca i co z tego będę miał? W Polsce lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku auto było symbolem dostatku, prestiżu, wygody, chroniło przed niepogodą, zapewniało mobilność. Samochód stał się nawet oznaką awansu po latach posuchy konsumpcyjnej. Osoby poruszające się wówczas rowerem postrzegano powszechnie jako niezaradne ekonomicznie, niedopasowane do zmian cywilizacyjnych. Tymczasem motywacje przemieszczania się na rowerze były różne. Początek swojej przygody z rowerem uważam za jedną z najlepszych decyzji, jakie podjąłem, jednak co najmniej o dziesięć lat za późno. Może dlatego nadrabiam to, co mnie ominęło w czasach, gdy rower uważano za środek lokomocji dla osób, których nie stać na samochód.
Sposobów użytkowania roweru jest wiele, ludzie kierują się różnymi motywacjami, by jednośladem napędzanym mięśniami się przemieszczać czy zaprawiać. Każda z nich jest warta naśladownictwa z kilku przyczyn. Dopóki nie użytkowałem jednośladu w sposób aktywny, o wielu korzyściach z tego wynikających nie wiedziałem, a nawet nie podejrzewałem, że choćby pośrednio rowerowe podróże mogą mieć taki wpływ na człowieka i jego osobowość: wywoływać ciekawość świata, rozgrzewać wyobraźnię. Jazda rowerem przyczynia się przede wszystkim do poprawy zdrowia, podnosi sprawność ciała, jego kondycję, ale i umożliwia nam poznanie: historii, geografii, przyrody; zdobywanie wiedzy. Umysł pracuje na innych obrotach i otwiera wyobraźnię – jest przewietrzony i dotleniony, wychodzi poza stereotypy. Bardzo rzadko ludzie dostrzegają inną, dla mnie ważną, zaletę spędzania całych godzin, a nawet dni, na siodełku rowerowym. Zrozumiałem to zwłaszcza po samotnych całodziennych wyprawach, gdzie oczy poniosą, choć zawsze z pewnym planem i odpowiedzialnością. Myślę tutaj o poczuciu wolności, które daje przemieszczanie się, a szczególnie samotna wyprawa rowerowa. To niepodrobione uczucie niezależności, wolność pełna, w której można się rozsmakować niczym w ambrozji. Gdy raz się tej niezależności spróbuje, duszę przyzwyczai, wzbogaci o nowe smaki i możliwości, przepada się na zawsze i trudno sobie odmówić kolejnego rowerowego wypadu w teren.
Potocznie uważa się, że najciekawsze są podróże odległe: w inne szerokości geograficzne, do ciepłych krajów, odmiennych kultur, za granicę albo co najmniej w odległe, modne i uznane turystycznie zakątki kraju. Pomimo że takie też odbywałem, najmocniej związany jestem z Wielkopolską. Może się bowiem okazać, że najbliższa okolica, nieodległe otoczenie, skrywa ciekawe miejsca, dotąd nam nieznane. Moje kroniki są swego rodzaju dziennikiem podróży nieodległych, kilkugodzinnych, jednodniowych, głównie po Wielkopolsce i okolicach; tylko w dwóch przypadkach dotyczą innych regionów Polski. To okazja do poznania ludzi, do spotkań towarzyskich realizowanych we wspólnej pasji. To podróże dla każdego, choć niekiedy może się wydawać, że podawane przeze mnie statystyki wymagają wprawy w rzemiośle kolarskim. Warto wstać, spróbować. Rower zmusza do wysiłku, ale i pozwala dotrzeć tam, gdzie w pośpiechu nie dojedziemy samochodem. Przypadkowe odnalezienie w lesie nietypowej rośliny, krajobrazy, spotkania z dziką zwierzyną, odkrycie zarośniętego bluszczem cmentarza lub nieznanych wcześniej ruin pobudza do poszukiwania informacji o danym miejscu. Podróż jest impulsem, to furtka do wiedzy.
Pewne wartości używania roweru poznałem później. Dla mnie największą zaletą rowerowej aktywności jest zachowanie zdrowia i kondycji. Regularne poruszanie się jednośladem przywraca młodość, daje szczęście, uwalnia endorfiny, pozwala przeżyć dzieciństwo od nowa. Często spotykam się z powątpiewaniem w to, czy osoby zaabsorbowane zawodowymi obowiązkami, odpowiedzialnością za rodzinę, mogą sobie na taką rowerową swawolę pozwolić. Tymczasem właśnie dla zachowania balansu, psychicznej równowagi i dystansu, odcięcia się na chwilę od codzienności, dla dobra rodziny – by później z nowymi siłami przystąpić do obowiązków – nie ulec zawodowemu wypaleniu wyścigiem po więcej, warto o zdrowie zadbać. Pragnę podzielić się z Czytelnikiem swoimi obserwacjami: przyrody, geografii, spotkanych w drodze ludzi, zabytków i niebanalnych historii z nimi związanych. Mało popularny i niby nic nieoferujący turystycznie obszar może się okazać fascynującym, pełnym zagadek, niezwykłych wydarzeń, niedopowiedzianych historii, intrygującym i pięknym przyrodniczo. Trzeba się jednak do takich miejsc zbliżyć, poznać je i na chwilę przystanąć. Kontemplować.
Podróż to zmiana miejsca, poznawcze doznania, odkrycia. Nie trzeba odbywać jej samochodem, pociągiem czy samolotem w odległe strony. Może trwać kilka godzin pieszo albo wystarczy sięgnąć po rower z garażu i na nieznaczną odległość oddalić się od miejsca zamieszkania, wyzwolić z przyzwyczajeń dnia codziennego, poczuć się wolnym, a nawet zbłądzić, w granicach rozsądku. Rowerzyści są wszędzie mile widziani, nie są intruzami, mogą swobodnie się poruszać po lasach, cieszą się coraz większą estymą. Najlepiej zacząć od zwykłego roweru, poczuć go i odkryć ulubiony styl jazdy. Później przyjdzie czas na wybór konkretnego typu roweru, gdy już poznamy swoje ulubione miejsca i drogi do przebycia. Moje wyprawy i podróże rowerowe odbywają się w terenie trudnym, leśnym, nawet niepolecanym rowerom, czasem nie do przebycia w siodełku. Zawsze wybieram trasy nieuczęszczane, bo przyroda w takich miejscach jest szczególnie interesująca, z charakterem, ze śladami pierwotnych krajobrazów. Ten styl jazdy określa się jako MTB (ang. mountain bike). Jednak w moim przypadku nie jest to sport w dosłownym rozumieniu. Nie stosuję żadnych programów treningowych, tabelek zużycia kalorii, wysiłkowych porównań, rygorystycznej dyscypliny dla osiągania wyników. To turystyka rowerowa, ale z zacięciem sportowym i przede wszystkim z odwagą, a może raczej zuchwałością eksploratora, w poszukiwaniu przygody i nieoczekiwanych, zaskakujących wydarzeń czy spotkań z ludźmi. To swego rodzaju kolarstwo romantyczne, bo takie określenie gdzieś usłyszałem i jest mi ono bliskie. Owszem, niektóre przebiegi terenowe i osiągi odległościowe mogą początkującego rowerzystę zniechęcać. Zdarzają się długie i trudne przeprawy, które wymagają solidnej kondycji, a nieraz odpowiedniej techniki jazdy. Każdy natomiast może dojść do satysfakcjonujących wyników, stopniując sobie skalę trudności. Wbrew temu, co wmawiają popularyzatorzy wygodnego życia, poprzeczkę trzeba sobie zawieszać coraz wyżej, a nie „kłaść ją na ziemi”, jak powiedział profesor Andrzej Nowak, też uprawiający dla zdrowia sport, choć inny.
Dla mnie rower jest czymś więcej niż tylko sprzętem. To uczestnik podróży, od którego sprawności w trudnym terenie też sporo zależy. W moich wyprawach uczestniczą: rower górski z przednią amortyzacją typu hardtail, o przydomku Leśny Zbój; rower górski z pełną amortyzacją full-suspension, bardziej znany jako Czarny Kamieniarz; a także tak zwany rower gravelowy Zielony Wiatr we Włosach, najszybszy w stajni.
W kronikach opisałem najciekawsze miejsca, do jakich dotarłem, i zdarzenia, w których uczestniczyłem. Teksty te są pochwałą niezależności, świadectwem odkrywania lokalnych atrakcji wszelakich.
19 III 2023
Spotkania z przypadkowymi ludźmi bywają nieraz początkiem nowych wydarzeń, inspiracją podróży, których nie planowaliśmy – do miejsc, o których nawet nie wiedzieliśmy. Moim przyczynkiem rowerowej przeprawy zachodnimi rubieżami wielkopolskiej krainy było wspomnienie przypadkowego klienta, który zawitał u mnie w poszukiwaniu krzewów do ogrodu. Wbrew ogólnie uznanym przyzwyczajeniom postanowił swój żywopłot obsadzić cisami. Jego przekonanie o słuszności tego wyboru wynikało z lat obserwacji, doświadczeń, sympatii i wspomnień. To ciekawa postawa, można by nawet ją nazwać kontrą do trendów i mód ogrodowych. Ten niebanalny pan, który odwiedził mnie sobotniego poranka, uzasadnił swój wybór wspomnieniem potężnych cisów z parku w Posadowie, przy pałacu hrabiowskim – te drzewa przywołały zatem wspomnienie z dzieciństwa. Poznał je właśnie w ogrodzie na terenie zespołu pałacowo-parkowego i nic go z tropu twardych, wiekowych i niezniszczalnych cisów nie mogło zbić czy odciągnąć. Określił cisy w Posadowie największymi, jakie widział, najbardziej dorodnymi. Zaintrygował mnie. Zaskoczyło mnie to bardzo, wywołało ciekawość. Byłem prawie pewny, że wszystko w tej okolicy mam już objechane, poznane, a największy wielkopolski egzemplarz tego gatunku obejrzałem i jest mi dobrze znany. Pewnie tamten człowiek koloryzuje, wspomnienia z młodości zawsze takie są.
Tak jak pycha kroczy przed upadkiem, tak przyzwyczajenie, bezrefleksyjna uległość wobec mody czy aktualnych trendów są początkiem banału, zaniku oryginalności. W pierwszy wolny dzień, czyli nazajutrz, ruszyłem w podróż rowerową tropem ziemiańskich pałaców i dworów zachodniej Wielkopolski. Jako kamrata-rumaka zdjąłem ze ściany Leśnego Zbója. Wybrałem samotność, a właściwie to ona mnie wybrała. Żaden ze znajomych kolarzy nie wyraził ochoty na całodniową eskapadę rowerem, a tytuł przewodni „Pałace i dwory” tym bardziej osłabił zainteresowanie, a zarazem moją pozycję.
Nie wszystkie moje pomysły, tematy przewodnie, zdobywają aplauz kolegów kolarzy. Zachodnia Wielkopolska to mało znane miejsce dla takich poszukiwań. Tymczasem to prawdziwa „Dolina Loary”, którą tylko skojarzeniowo i tymczasowo tak nazywam. Nasza „Nizina Pozytywizmu i Pracy Organicznej” bardziej do mnie przemawia, a jednocześnie zaskakuje tym, co pozostało po czasach XVIII–XIX wieku. Mimo że przez te tereny przeszło kilka frontów, wyzute z zasad armie zabierały ze sobą łupy, a do tego po II wojnie światowej ziemie te weszły pod zarząd wschodniego mentalu, poczucia piękna zużytej onucy – tkanka materialna zabytków przetrwała całkiem znośnie. Oczywiście nie wszystkie obiekty pałacowe miały tyle szczęścia. Wiele z nich obecnie jest ruiną. Czasami, tworząc w głowie historie alternatywne – bez tych frontów, brunatnych mundurów genseków lub czerwonych kacyków – można, na podstawie zachowanych śladów kultury pałacowo-parkowej, zbudować sobie wymarzony obraz tej krainy. Obszar ten związany jest z wieloma niezwykłymi ludźmi, którzy tę kulturę budowali z odwagą i rozmachem oraz uczyli innych patriotyzmu. Dla mnie najciekawszą postacią, twórcą poznańskiego Bazaru i lekarzem gotowym pacjenta ratować konno, po nocy, na zawsze pozostanie Karol Marcinkowski. Oczywiście, wszyscy oni byli solą w oku Prusaków.
Zagęszczenie tych obiektów jest tak znaczne, że do dzisiaj co druga wioska może się pochwalić własną historią, gotowa z dumą pokazywać lokalny obiekt pałacowo-parkowy jako swoją wizytówkę. Lokalni działacze, propagatorzy kultury i historii, specjalnie wysilać się nie muszą w poszukiwaniach korzeni pozytywizmu. Część z tych pałaców była zbudowana przez niemieckich przedsiębiorców, szlachtę lub im odsprzedana. Roszady właścicielskie również się zdarzały. Większość ma jednak polskie korzenie. Trzeba pamiętać, że polscy ziemianie byli uciskani i dyskryminowani przez zaborców. Los pałaców i dworów, ich obecne funkcje, przeznaczenie tworzą całą paletę, determinowaną biegiem wydarzeń. Moim przewodnikiem jest wartościowa książka Marcina i Piotra Libickich Dwory i pałace wiejskie w Wielkopolsce.
Swoją przygodę z historią w tle rozpoczynam w Pniewach, będących startem i metą mojej całodniowej wycieczki. Zespół Szkół im. Emilii Sczanieckiej to pniewska szkoła średnia ulokowana w byłym pałacu. Obiekt zachował się z zewnątrz w dobrym stanie, żyje i posiada właściciela. Szkoła otoczona jest dobrze utrzymanym parkiem, widać tu obecność gospodarza, który dba i pielęgnuje. Objeżdżam pałac, podziwiam go i kieruję się do rozległego parku. Jest tam nawet wzniesienie – kopiec do podjechania, a lubię pod górę, rozgrzewka od początku pobudza krążenie. Zapuszczając się dalej, bardziej w głąb, można zaś dojechać do linii brzegowej Jeziora Pniewskiego.
Patronka szkoły to prawdziwa dama romantyzmu i pozytywizmu, człowiek-instytucja, filantropka, patriotka, animatorka feminizmu, emancypująca się: pracą, wiarą, czytaniem, doskonaleniem w intelekcie, macierzyństwie i gotowaniu. Tak pojmowano niezależność. Taki feminizm porywał i wzbudzał szacunek współczesnych. Wszystkie jej działania motywowane były dobrem Polski, gospodarnością, tęsknotą do wolności. To tylko skrót, odsyłam do źródeł literatury. Odnotowuję tę personę do podziwiania w swoich rowerowych kronikach wolności.
Opuszczam park przypałacowy (szkolny) i kieruję się bocznymi, leśnymi drogami do miejscowości Konin w gminie Lwówek. To mój kolejny przystanek na „Nizinie Pozytywizmu i Pracy Organicznej”. Nad jeziorem Czarna Woda (konińskie) ulokowany został nieduży, ale bardzo urodziwy, kompaktowy biały dworek, który dziś powrócił do rodziny dawnych właścicieli. Obiekt jest pięknie położony w rozległym parku przylegającym do linii brzegowej jeziora. Zagubiony, jak gdyby przypadkiem, przez pomyłkę tu wstawiony, jakby wycięty z pocztówki, niezwykle kontrastuje z zielonym otoczeniem parkowo-leśnym. A w marcu kontrastuje jeszcze silniej z szarym, dopiero szykującym się do wegetacji parkiem.
Kierunek mojej długodystansowej wycieczki jest mi znany, już tę trasę pokonywałem, należy do moich ulubionych. Pewnego razu udało się ją przebyć nawet w szerszym towarzystwie kolarskim. Jedyną nowością dzisiejszej wycieczki jest Pałac Posadowo, którego nie znałem, w nieświadomości go pomijałem, nie po drodze było, marszrutę skracałem. Dalej znaczy lepiej. Największym odkryciem, zaskoczeniem, źródłem wzruszenia i podziwu w mojej niedzielnej podróży okazał się Pałac Łąckich w Posadowie, zachowany w imponującym stanie. Został zbudowany w 1870 roku „w stylu francuskiego kostiumu”, jak określają to Marcin i Piotr Libiccy. Obiekt ten widzę po raz pierwszy i rzeczywiście, jeżeli Francję przyjąć jako wzorzec, kostium to salonowy, przedniej klasy, powala na kolana. Nie mogę się napatrzeć, jestem zaskoczony, zdumiony, że w takim stanie obiekt się zachował. Nie znam się na architekturze zabytków, ale pałac mi się podoba, to wiem.
Gdzie te cisy, które wczoraj wychwalał nieznajomy poszukiwacz krzewów? Dwa egzemplarze, zasadzone symetrycznie przed frontem pałacu, równo w stożki przycięte, dość wiekowe, ale to raczej nie o tych mówił. Dopiero na tyłach, w parku z drugiej strony, widzę te właściwe, o których tyle ciekawych informacji wczoraj zasłyszałem. Rzeczywiście, ponadstuletnie cisy robią wrażenie, niesamowite, zwłaszcza te na tyłach ogrodu, ogromne i wiekowe, zdrowe i niezniszczalne, nie pokonał ich nawet mental zużytej onucy. Warto poczytać, poznać i odwiedzić. Niestety, możliwość zwiedzania, choćby zewnętrznej części obiektu, nie zawsze jest możliwa. Pałac w Posadowie to tajemnicze, nieznane i niezwykłe miejsce, pociągające niebanalnym pięknem i historią. To gotowa scenografia do pasjonującego filmu historycznego. Jestem tego pewien i mam nadzieję, że obecni właściciele ten potencjał dostrzegają, życzę im sukcesów oraz dobrej przyszłości dla zespołu pałacowo-parkowego.
Zbudowany kontaktem z pięknem, wracam na dobrze mi znaną trasę przygody rowerowej. Zgierzynka to niewielka miejscowość, w której znajduje się interesujący Rezerwat na Jeziorze Zgierzynieckim im. Bolesława Papi. Ochronie podlegają zarastające jezioro, bagna, szuwary i łąki, będące miejscem lęgów i siedliskiem wielu gatunków ptaków, także tych rzadkich, jak podróżniczek. Rezerwat zajmuje prawie sto hektarów. Wszystkie te informacje, umieszczone na tablicy przy wieży widokowej, wywołują ciekawość, zachęcają do szukania źródeł informacji po powrocie. Następnego dnia sięgam po bardzo ciekawą książkę – album Andrzeja G. Kruszewicza Ptaki Polski; wielu ciekawych informacji z buduaru o małym podróżniczku (Luscinia svecica) się dowiaduję. Intryguje mnie też nieznana szerzej postać ornitologa amatora, żołnierza AK Bolesława Papi, który zginął bardzo młodo, w Starachowicach w 1944 roku podczas akcji wykonywania wyroku na lokalnym kacie Gestapo.
Ptaki tego dnia będą mi jeszcze towarzyszyć, spotkam je na swoich ścieżkach. Marzec to czas łączenia się w pary, zalotów i pędu do powielenia swojego DNA, bitwy o teren, śpiew. Zwierzęta te są dla mnie bardzo interesujące. Mnogość gatunków, zdolność międzykontynentalnego przemieszczania się, gdy pora roku nie sprzyja, wytrzymałość i pożyteczność w ekosystemach to tylko niektóre ich cechy. Ptak to symbol wolności, a orzeł często staje się motywem, godłem wielu państw.
Endorfiny zaczynają działać, poprawiają wydolność, samopoczucie, napędzają do przodu. W szybkim tempie sportowego zacięcia docieram do kolejnej miejscowości nasyconej zabytkami, jak sernik babci rodzynką. Jeszcze nie wyjechałem z gminy Lwówek. Brody to dość duża wieś. Doskonale pasuje do tematu przewodniego na moim szlaku „Doliny Loary”. Zatrzymuję się tu na dłużej, objeżdżam park o zabytkowej etykiecie. Rzeczywiście starodrzew wzbudza estymę wiekiem i historią zapisaną w słojach drzew. Z takich słojów drewna – na przekroju poprzecznym bądź z próbki – można wiele wyczytać, dowiedzieć się nawet o przebiegu pogody. Nie ścinam żadnego drzewa, próbek nie biorę. Szczególnie atrakcyjnie przedstawiają się platany ze swą łaciato-marmurkowaną korowiną. W okresie bezlistnym stanowią główną atrakcję niejednego parku czy miejskiego skweru.
Głównym jednak obiektem w Brodach jest zabytkowy pałac w północnej stronie wsi, w parku krajobrazowym. To bardzo dobrze zachowany budynek w stylu francuskim. Wzbudza mój zachwyt, po raz kolejny. Jest to obiekt dość młody, zbudowany dla Paula von Pfluga pod koniec XIX wieku. Zabytków w Brodach jest wiele, obowiązkowo obejrzeć należy kaplicę przypałacową, niegdyś ewangelicką świątynię. Jest dobrze widoczna z drogi publicznej. Nieopodal, w tej samej części wsi znajduje się zabytkowy, drewniany kościół św. Andrzeja Apostoła. To jeden z cenniejszych zabytków budownictwa drewnianego w Wielkopolsce. Przy świątyni stoi zabytkowa, drewniana dzwonnica z XVII wieku. W Brodach urodziła się Emilia Sczaniecka, nasza lokalna działaczka XIX wieku, dama polskiego romantyzmu i pozytywizmu. W tej miejscowości jest jeszcze kilka zabytków, jednak pozostawiam je sobie do obejrzenia podczas następnej wycieczki, bo tu wrócę.
Opuszczam nasyconą historią wieś i jadę nieosłoniętym terenem, wśród rozległych pól ciągnących się po horyzont. Jest to duży kontrast krajobrazowy. Nagle w oddali, na środku nieuczęszczanej polnej drogi, widzę liczne stado dużych ptaków, które znalazły sobie tę lokalizację, by oddawać się swoim sprawom, dialogom i pokrzykiwaniom. Zatrzymuję się, by poobserwować dziwne zachowania żurawi, pogrążonych w głośnym klangorze. Moja obecność jest tolerowana tylko chwilowo, ptaki mnie dostrzegają, przyglądają się intruzowi, pokrzykują, by po chwili odlecieć na pobliskie pola w celu zachowania dystansu. Są zaskakująco spokojne, niespecjalnie płochliwe. Przedwiośnie to czas przelotów, początek ich lęgów. Obecnie populacja tych pięknych ptaków rośnie i łatwo je spotkać, jednak pamiętam, że w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku były rzadkie. Ciesząc się tym zjawiskowym widokiem wolnych ptaków na zlotowisku, aby nie przeszkadzać im dłużej, szybko pomykam w swoim kierunku. Gdy jadę rowerem, mają na mnie oko, stają się bardziej spokojne, obserwują z oddali i już nie zamierzają odlatywać. Jakby wyczuwały instynktownie moje intencje.
Dojeżdżam do Chraplewa. Już z oddali moją uwagę przyciąga park, który jest niezawodnym sygnałem, że w pobliżu znajduje się kolejny obiekt pałacowy. Pałac w Chraplewie został zbudowany pod koniec XIX wieku, jest nieduży, ale wyjątkowo dobrze zachowany. Ma kunsztowne zdobienia elewacji czerwoną cegłą, z wystającymi ryzalitami. To prawdziwa perełka architektury, zachwycam się pięknymi deseniami, rzemieślniczym wykonaniem. Pałac zmieniał właścicieli, jednak zachował się w doskonałym stanie. Dość duży park jest niezbędnym uzupełnieniem, nadaje budowli charakteru. Obecnie mieści się tu szkoła z internatem dla młodzieży, obiekt wychowawczo-szkolny. Budynek nie pasuje mi do obecnego przeznaczenia, drużyny OHP nie komponują mi się z tym dostojnym pałacem. Wyobrażam go sobie raczej jako rezydencję, którą niegdyś był – stanowił ośrodek prestiżu, miał znaczenie kulturotwórcze, podnosił rangę ówczesnego Chraplewa. Jest niedziela, spokój i cisza, jakby budynek był opuszczony, nieużywany, niezamieszkały. Szkoła też odpoczywa. Żywej duszy nie widać. Objeżdżam ścieżkami teren parku, rozglądam się za dorodnymi drzewami. Opuszczam Chraplewo zbudowany pięknem detalu elewacji. Ochoczo ruszam dalej, dla sportu i odkryć.
Wąsowo jest kolejnym przystankiem na moim szlaku „Niziną Pozytywizmu i Pracy Organicznej”. Dojazd rowerem okazuje się bardzo ciekawy, najpierw zjeżdżam wygodnie pod okapem wiekowych drzew, aleja wiedzie niezawodnie do lasu. Dalsza droga ma bardziej współczesny charakter – asfaltowa, prowadzi do wiaduktu nad autostradą A2, która komunikacyjne otworzyła Polskę na Europę, i wzajemnie, ona też skorzystała. Następnie, znów aleją pod koronami drzew, dojeżdżam do bramy rezydencjalnej w Wąsowie. Znajduje się tu duży kompleks pałaców i rozległego parku krajobrazowego. To obiekt ogólnie dostępny z zewnątrz lub od środka, dla uczestników konferencji, miłośników wykwintnych restauracji i hotelowego życia, raczej na bogato.
Powoli objeżdżam obiekty, zaczynając od najstarszych chronologicznie. W XVIII wieku, pomiędzy 1780 a 1786 rokiem, powstał tu piętrowy pałac barokowo-klasycystyczny Sylwestra Sczanieckiego. Sprawia wrażenie ziemiańskiej siedziby. Po zmianie właścicieli, gdy w 1868 roku zakupił tę nieruchomość niemiecki przemysłowiec, niedaleko od tego obiektu powstała na wzniesieniu imponująca rezydencja o charakterze zamku z wysoką wieżą. Niemiecka rodzina Hardtów budowała ten niezwykły pałac dwuetapowo. Najpierw w latach 1870–1872 Richard von Hardt wzniósł neogotycką willę, a rozbudował i dokończył to imponujące dzieło architektury około 1900 roku jego syn Wilhelm von Hardt. Budowla jest doskonale wpasowana w otoczenie i imituje średniowieczny zamek.
Nieopodal, w zaniżeniu terenu, znajduje się staw, który można obejść dookoła. Z tej perspektywy widok na zamek jest najbardziej zachwycający. Wiekowy park z dominującym drzewostanem bukowym dopina całość i stanowi integralny element tego pięknego zespołu. Intryguje mnie drogowskaz kierujący w dziką część rozległego parku. Informacja o cmentarzu jeszcze silniej przyciąga moją uwagę. Park w stylu angielskim raczej przypomina las, jest w bardzo dobrym stanie zdrowotnym, kondycja drzew nie budzi zastrzeżeń; pielęgnowany na bieżąco, nie widać drzew chorych bądź uszkodzonych przez szkodniki. Zagłębiam się w drzewostanie, jadę dość dobrej jakości drogą leśną, świeżość i leśne aromaty uderzają do głowy; przekraczam jakieś okiem niewidzialne wrota, jakbym opuszczał cywilizację, a od poszukiwanego miejsca dzieli mnie najwyżej kilometr.
Otoczenie jest piękne i dziwne, trochę tajemnicze. W głębi lasu natrafiam na obalony huraganem wielki buk, który niczym szlaban tarasuje drogę, uniemożliwia przejazd rowerem. Nie stanowi to żadnej przeszkody dla wprawionych w pokonywaniu trudności. Ot, drobnostka. Ostatni etap wymaga podjazdu na wzniesienie. Nagle w środku lasu dostrzegam kunsztownie wykonaną kutą bramę wjazdową, pokrytą patyną czasu, z nierealnymi jak na to miejsce podwójnymi, ceglanymi filarami, postawionymi na wieczną służbę niczym dwaj wartownicy. Solidne furtki zapraszają do przekroczenia jakiejś granicy, tajemniczego świata ukrytego i kompletnie zarośniętego bluszczem. Solidne, wysokie grodzenie, będące wynikiem kowalskiego rzemiosła, zachowało się pewnie od końca XIX wieku. Miejsce wywołuje dreszczyk emocji, niepokoju okrytego dziczą zarośli i kompletnej ciszy. Jestem oddzielony, samotnie odkrywam ten niezwykły cmentarz. Jakby nikt tu nie zaglądał przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Kontempluję nieznany i niezwykle tajemniczy zakątek Wielkopolski. Zwarty drzewostan dookoła dopełnia atmosfery, wywołuje skojarzenia, napędza wyobraźnię, pod której wpływem pojawia się gęsia skórka, a włosy stają dęba. To dziwne i romantyczne miejsce, jakby ukryte przed popularnością, zapomniane przez ludzi.
Rower pozostawiam i przekraczam bramę. Wąska, ludzką stopą wydeptana ścieżka uspokaja rozgrzaną głowę. Ktoś jednak tu chodzi, odwiedza to miejsce. Ścieżka prowadzi najkrótszą drogą do okazałego grobowca. To niewielka nekropolia przeznaczona dla rodziny założycieli, budowniczych neogotyckiej rezydencji rodziny von Hardt. Grobowiec przeznaczony dla rodziny niemieckich przemysłowców i handlowców jest w doskonałym stanie. Spoczywają tu: Richard von Hardt, jego żona Eliza von Hardt z domu Schemman, syn Wilhelm von Hardt, który rozbudował rezydencję do obecnego kształtu, oraz Herbert von Tiedemann. Nie spodziewałem się takiego miejsca, jestem tym niezwykłym cmentarzem zachwycony, tajemnica i dzikość otoczenia podgrzewają wyobraźnię, prostują włosy pod kaskiem. Jeszcze przez moment podglądam wszystko i kontempluję, by zachować w pamięci, a że ta bywa ulotna i zawodna, wspomagam się aparatem fotograficznym.
Niezwykle ciekawe Wąsowo zostawiam za sobą i w dość szybkim tempie jadę do Nowego Tomyśla, miasta wikliny i plecionkarstwa. Tutaj mam ulubioną kawiarnię, zasiadam przy znanym mi stoliku, delektuję się gorącą kofeinową używką, jak i lokalną wersją popularnego w tych okolicach jabłecznika, który jest mym ulubionym przysmakiem niedzielnego przedpołudnia. To chwila wytchnienia i odpoczynku, spojrzenia na ludzi w trakcie niedzielnego spaceru, w podążaniu do kościoła, podczas przerwy od pracy, w odświętnej konfekcji. Obserwacja ludzi sprawia przyjemność po momentach samotności długodystansowca. Samotny rajd pozwala na chwile z lekturą; gdy jadę sam, książkę uznaję za równie niezbędną jak pompkę i łatkę.
Nowy Tomyśl to nieduże miasto słynące z wikliniarstwa. Znajduje się tu Muzeum Wikliniarstwa, a także największy w kraju kosz wiklinowy, umieszczony na centralnym placu. W imponującym jak na takie miasteczko parku zlokalizowany jest też dość duży ogród zoologiczny i chociaż sam nie jestem pasjonatem takich ogrodów, warto się tam wybrać całą rodziną. Przyjeżdżają tu nawet wycieczki z Poznania, Gorzowa i Zielonej Góry. Można obserwować około dwustu zwierząt na powierzchni pięciu hektarów. Poza tym Nowy Tomyśl może być wymieniony jako jedno z nielicznych miejsc w Polsce, gdzie uznano, że drzewo jest ważniejsze od asfaltu i w celu jego zachowania zmieniono przebieg budowanej drogi. Sprawa jest ciekawa, bo dotyczy czterdziestoletniej wówczas metasekwoi chińskiej (Metasequoia glyptostroboides), czyli drzewa nie tak starego, ale bardzo dorodnego, unikatowego i pięknie się komponującego z pobliskimi budynkami. Dla niej przeprojektowano drogę, więc asfalt musiał dostosować się do drzewa, a nie – jak to bywa w pospolitym, dość uproszczonym i przewidywalnym sposobie myślenia – wycięto to, co stoi na drodze budowlańcom. Dzięki inicjatywie byłego dyrektora tutejszej biblioteki śp. Czesława Krolka, który zablokował wycinkę tego pięknego drzewa, droga zatacza łuk, by zachować to, co cenne dla mikroklimatu miasta, dla tlenu, poczucia estetyki i piękna. Tutejsza metasekwoja stała się już lokalną legendą, krążą o niej opowieści, inspiruje lokalnych dziennikarzy. Wbrew twierdzeniom, że mieszkańcy oczekują głównie wygody przejazdu, szerokich parkingów i ułatwień dla zmotoryzowanych, mamy tutaj przykład odstępstwa od takich tendencji, drzewo to urzekło pana Krolka, a w przyszłości będzie żywym pomnikiem zrozumienia potrzeby kontaktu z przyrodą. Być może ta dorodna, choć jak na drzewo całkiem młoda, metasekwoja stanie się kiedyś symbolem przemian świadomości. Będzie początkiem otwarcia umysłów na wiedzę, a jej obrońca przykładem, że chcieć to móc, a miasto przyszłości to nie tylko budynki, komunikacja, szosy, pośpiech, parkingi, blacha, garaże i markety. Przede wszystkim to środowisko życia dla człowieka, który wyszedł z natury i jest jej częścią, potrzebuje jej dla zdrowia i szczęścia. Dlatego każde drzewo ma szczególne znaczenie w przestrzeni miejskiej, by choć na chwilę dać wytchnienie od tempa życia i wyścigu, by się pokazać i więcej zdobyć.
Przy całodniowych długich dystansach jestem zmuszony pilnować dyscypliny czasowej. Mimo to zew i dzikość męskiego serca są silniejsze i pokonują chłodną głowę. Chociaż mam szybką i wygodną drogę asfaltową do następnego miasta, z niewielkim ruchem automobili, zjeżdżam po kilkunastu kilometrach w las. Pociąga mnie ta dzikość, nieprzewidywalność i zapach olejków eterycznych sosny dobijających się do nozdrzy. Nie będę z takich dobrodziejstw natury rezygnował dla banalnej wygody i prędkości. Pod okapem drzewostanu najmocniej dociera do głowy poczucie wolności, noga jakby wydajniejsza, a rower zadowolony z leśnej nierówności, korzenia i piasku. To przecież jego habitat, takie jego predyspozycje mechaniczne, do takiej przygody jest stworzony. W leśnej kniei odnajduję interesujące oczko wodne, mały zbiornik o dość regularnym kształcie, całkowicie otoczony moczarami i lasem, niedostępny, oprócz jednego punktu – małego pomostu, zbudowanego prawdopodobnie dla ułatwienia poboru wody przez służby strażackie. W razie wybuchu ognia bliskość i dostępność źródła wody może zadecydować o ugaszeniu pożaru w jego początkowej fazie. Naturalna uroda i dzikość źródła przyciągają moje zainteresowanie. Trafiam tu przypadkiem, po drodze; utwierdzam się więc w przekonaniu, że trudniej nie oznacza gorzej. Jak praktyka rowerowa udowodniła, trudniej oznacza ciekawiej, piękniej. Jezioro o oryginalnej nazwie Piekiełko jest niewielkie, ale ptaki wodne znalazły tu swój dom, kaczki i łyski mają tu ostoję. Odludnie i cicho. To miły moment dla zmysłów. Po chwili jednak wycofuję się, by na swoje ścieżki powrócić i nie zakłócać ptactwu wiosennych umizgów.
Punktem zwrotnym mojej rowerowej przygody jest małe, a jednak wielkie miasto, najciekawsze, jakie znam w tym regionie. Bywałem tu kilka razy, niegdyś trzy dni stanowiły minimum do zobaczenia trzech muzeów, parowozowni obrotowej, skansenu zagród i budynków wiejskich, jeziora, ciekawej przyrody, praktyki lokalnego lekarza Roberta Kocha, dębowych głów Marcina Rożka, który odmówił wykonania popiersia Hitlera, zabytków. Jednak zgodnie z tematem dzisiejszej wyprawy najbardziej przyciąga moją uwagę dwór Mycielskich, położony przy samej plaży obok Jeziora Wolsztyńskiego. Pierwotny pałac został zbudowany w 1845 roku, a przebudowany do obecnego kształtu w 1911 dla hrabiego Stefana Mycielskiego, w tak zwanej „wersji kostiumu narodowego”, który jest stylem polskim. Pałac spłonął w 1945 roku, ale w latach sześćdziesiątych XX wieku został odbudowany i stanowi obecnie dużą atrakcję architektoniczną, jest otoczony pięknym parkiem sąsiadującym z jeziorem. Do niedawna był użytkowany turystycznie jako dom wycieczkowy, obecnie stoi pusty, można go oglądać z zewnątrz.
Wolsztyn po raz kolejny pokazuje coś nowego. Tym razem zaskoczyła mnie aleja wiązów posadzonych przy nowej ulicy, dedykowana lokalnej przyszłości – nowo narodzonym dzieciom w gminie. Sprawa to niezwykła, pomysł godny pochwalenia i naśladowania przez rajców innych miast. Organizatorem tej akcji jest lokalny samorząd, który w ten żywy i trwały sposób honoruje w żywym drzewie swoich najmłodszych, dopiero co urodzonych obywateli. Każde drzewo w tej alei otrzymało indywidualną tabliczkę z imieniem narodzonego dziecka, o ile rodzice zgłosili chęć uczestniczenia w akcji. Następnie osobiście posadzili wiązy podczas wspólnej imprezy. To niesamowicie proste, a jednocześnie pożyteczne, związane z ludźmi, dedykowane najmłodszym, to prawdziwy krok w przyszłość. Drzewa, dendrologiczni bliźniacy, będą rosły i mężniały razem z dziećmi. W ten sposób ludzie zwiążą się emocjonalnie z miejscem; będą identyfikować się ze swym roślinnym „bratem” wiązem, ze swoim miastem, które zaplanowało taką aleję.
W Wolsztynie mam okazję poznać rozmownego właściciela baru szybkiej obsługi, który okazuje się obywatelem Bangladeszu, ma dużo ciekawych informacji do przekazania i jest bardzo miłym, trochę zbyt wylewnym, panem. Jak odnajdują dla siebie takie miasteczka odległe nam nacje z dalekich krajów? Myślę, że to raczej początek czekających nas zmian. Trudno mi się odnieść do jego rewelacji z dwóch powodów: jego język polski jest szczątkowy, poza tym tylko on zna sytuację w swoim kraju, ja mogę opierać swą wiedzę jedynie na wiadomościach medialnych, a jak jest z zasadami w tej grupie zawodowej, wiadomo. Interesuje mnie natomiast jego filozofia i opis bardzo dobrej sytuacji materialnej w jego rodzinnym kraju. To ciekawa sprawa, może kiedyś się zagłębię w wiedzę, której coraz częściej nie po drodze z popularnością i medialnym przekazem.
Po szybkim – zgodnie z nazwą lokalu – posiłku dosiadam Leśnego Zbója i ostro startuję w drogę powrotną. W pierwszej miejscowości na trasie, Chorzeminie, znajduję kolejny dowód na pałacową „Dolinę Loary”. Z drogi publicznej widać piękny pałacyk w neogotyckim stylu, zachowany na pierwszy rzut oka w doskonałym stanie, bo przeszedł częściowy zewnętrzny remont. Ten dość niewielki pałac prezentuje się wyjątkowo okazale, to wizytówka Chorzemina. Obiekt jest własnością prywatną, niedostępną do zwiedzania, ale doskonale się nadaje do podziwiania z zewnątrz przez przypadkowych, przejezdnych rowerzystów, jednodniowych podróżników. W okresie bezlistnym jest dobrze widoczny. Pałac ten został wybudowany w 1910 roku dla landrata z Grodziska Wielkopolskiego Alfreda Dauma, który przysłużył się gospodarczo miejscowości. Okazuje się, że budynek czeka na nowego właściciela, który może dokończyć dzieło remontu tego wspaniałego obiektu. Oby jak najszybciej tak się stało, oby pałacyk rozpoczął swoje nowe życie. Nieduży park też jest wpisany jako obiekt zabytkowy.
Jednak czas i dzień mają swe ramy, nawet dla niepoprawnego indywidualisty. Jazda nocna też jest możliwa, ale mniej komfortowa. Pędzę jak nakręcony, z głową przepełnioną myślami i obrazami tego pięknego dnia. Pora wracać. Przede mną sześćdziesiąt kilometrów do mety dzisiejszej przygody, skupiam się więc na sportowej wersji kolarstwa, wyciskam z organizmu, ile się da, by przynajmniej do Lwówka dojechać przy świetle dziennym. Po drodze zaglądam do Zbąszynia, mało znanego nawet w Wielkopolsce Regionu Kozła, bardzo ciekawego przyrodniczo, z interesującymi ludźmi i ich historiami. Ten zakątek pozostawiam sobie na oddzielny wyjazd, by czegoś nie ominąć bądź nierozważnie coś zignorować w pośpiechu. Zmrok zapada na kilka kilometrów przed Lwówkiem. Dobrej jakości oświetlenie i droga publiczna umożliwiają bezpieczny i szybki powrót na metę. Uznaję pysznie, że dobrze mi idzie, a Leśny Zbój na swój silnik nie może narzekać, sportowy trening jest dopełnieniem jednodniowej podróży zachodnimi rubieżami Wielkopolski.
Statystyki wyprawy: 158 kilometrów; pogodowe Eldorado, nadmiar asfaltów, niedobór terenu i ścieżki leśnej, samotność długiego dystansu do kolekcji.
15 VII 2023
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Rowerowe kroniki wolności
ISBN: 978-83-8423-666-6
© Andrzej Kujawa i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Anna Kędroń
KOREKTA: alena Brzezowska-Borcz; Małgorzata Giełzakowska
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
