Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Taka podróż byłaby dziś niemożliwa… bez paszportu
Niezwykła wyprawa rowerowa angielskiego dżentelmena do egzotycznego kraju, który powstał niedawno, ale ma spore ambicje. Jego mieszkańcy stawiają się temu wariatowi Hitlerowi i chyba mają prawo. Ich państwo jest niemal trzy razy większe niż wyspa, z której przybył Newman!
Naszego podróżnika i jego dwukołowego towarzysza imieniem George czekają miejsca i ludzie, które wprawią go w osłupienie, zachwyt, czasem wzbudzą śmiech lub litość. Ten zaskakujący wielki kraj nazywa się Polska. Ta Polska już nie istnieje, ale po niemal 90 latach możemy ją znowu oglądać oczami angielskiego pisarza, podróżnika i… szpiega. W każdej z tych ról Bernard Newman sprawdza się znakomicie!
Bernard Newman – brytyjski pisarz i podróżnik, w czasie pierwszej wojny światowej żołnierz i szpieg. W okresie międzywojennym odwiedził ponad 60 krajów, które przemierzał zwykle na rowerze. Z tych podróży pisał znakomite, pełne brytyjskiego humoru reportaże. Uważany też za autorytet z zakresu szpiegostwa. Jego wykładów słuchali nawet Adolf Hitler, Franklin Delano Roosevelt i Senat Stanów Zjednoczonych. Z racji swojej wiedzy, doświadczeń wojennych i zamiłowania do podróżowania wielokrotnie oskarżany o szpiegostwo na rzecz rządu Jego Królewskiej Mości.
Newman kilka razy odwiedził Polskę. Jego unikatowy reportaż Rowerem przez II RP odsłania przed nami Polskę, jakiej nie znaliśmy i jakiej już nigdy nie będziemy mogli zobaczyć. Po raz pierwszy po niemal 90 latach możemy o niej na szczęście przeczytać.
Powyższy opis pochodzi od wydawcy.
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Oryginalna autorska wersja mapy z podróży Bernarda Newmana po Polsce. Nazwy miejscowości pojawiające się na tej i kolejnych mapach są wyjaśniane w tekście lub w przypisach.
KOLUMNA ZYGMUNTA I ZAMEK KRÓLEWSKI, WARSZAWA
Bernard Newman był badaczem jedynym w swoim rodzaju. Zbierał fakty i opinie wyrażane zarówno przez robotników i chłopów, jak i przez ministrów, urzędników oraz głównych polityków epoki. Znany był ze szczerego i zaangażowanego relacjonowania podejmowanych tematów, a także z daru obiektywnej obserwacji. „The Times” określił go jako „przenikliwego, uczciwego, empatycznego i często ostrego” obserwatora. David Leghorn Thompson, który pewnego razu towarzyszył mu w Polsce, tak się o nim wypowiedział w programie BBC Books and Writers: „Ma niesamowity talent do błyskawicznego nawiązywania kontaktu z ludźmi, przerażającą energię, niezmożoną cierpliwość i pogodę ducha, a co więcej – pokłady jego poczucia humoru i wytrwałości są niewyczerpane”.
Newman walczył w okopach w 1918 roku, co stało się tematem jego pierwszej książki The Cavalry Went Through. Na liście sławnych ludzi, których spotkał, znajdują się Kennedy, Gandhi, Mandela, de Gaulle, Mosley1, Hitler, Aung San2, Chruszczow, król Laosu, król Albanii Zogu I, szach Iranu, Czang Kaj-szek junior, w wywiadach zaś bezlitośnie przypierał do muru przywódców Polski, Turcji, Pakistanu i wielu innych krajów. Na osobiste polecenie Mussoliniego znalazł się na indeksie we Włoszech, ponieważ napisał powieść osnutą wokół próby zamachu na Duce.
Podczas pierwszej wojny światowej został zwerbowany do kontrwywiadu przez francuskiego oficera łącznikowego ze swojej jednostki, a gdy wybuchła wojna domowa w Hiszpanii, znalazł się w górach w Maroko Hiszpańskim, gdzie obserwował, jak Franco rekrutuje wojsko do swoich celów, i słał raporty z Hiszpanii do brytyjskich gazet. Niewiele wiadomo o jego późniejszej działalności szpiegowskiej, pewne jest natomiast, że sporządzał raporty dla brytyjskiego rządu ze swoich licznych podróży, zwłaszcza w okresie międzywojennym.
Po powrocie z kolejnych podróży Newman jeździł z odczytami po całej Wielkiej Brytanii, opowiadając o ludziach i miejscach, które odwiedził. Ma na swoim koncie około 502 odczytów, 200 krótkich przemówień i audycji radiowych. Tylko w 1940 roku skierował ponad pół miliona słów3 do publiczności złożonej z ponad 250 000 osób, nie wliczając słuchaczy radiowych, i przejechał ponad 30 000 mil, spędziwszy jedynie 29 dni w domu. Wiele ze swoich wypraw odbył na rowerze, stając się pod tym względem legendą. Zapalonym podróżnikiem pozostał aż do śmierci.
Bernard Newman jest autorem dobrze ponad 150 książek – podróżniczych, szpiegowskich, powieści oraz poważnych komentarzy na temat wydarzeń w Europie, Azji i na Bliskim Wschodzie.
Zmarł w 1968 roku, a w 2018 roku obchodziliśmy pięćdziesiątą rocznicę śmierci tego niezwykłego człowieka.
Rowerem przez II RP Bernarda Newmana to pochodzący sprzed niemal stu lat dziennik podróży. Była to wyprawa ze wszech miar nietypowa, jak i nietypową postacią był sam trzydziestosiedmioletni wówczas autor – dziennikarz, pisarz, żołnierz, kompozytor piosenek i musicali, podróżnik, urzędnik administracji państwowej, domniemany szpieg, wreszcie zamiłowany cyklista. W 1934 roku wybrał się jednak do Polski nie po to, by oddawać się sportowej pasji, lecz by opisać rodakom kraj, o którym wiedzieli niewiele, a który miał kluczowe znaczenie dla losów Europy i lada moment miał się stać mocarstwem.
Newman obszernie tłumaczy swoje stanowisko we Wprowadzeniu, nie ma więc sensu powtarzać tu jego argumentów, lecz zauważyć trzeba, że takie podejście zadecydowało o charakterze jego relacji. Była ona skierowana do szerokiej publiczności na Wyspach Brytyjskich, niezorientowanej w historii i kulturze Polski i niezainteresowanej specjalistycznymi wywodami. Newman świadomie przyjął więc postawę naiwnego obserwatora i opisywał swoje bezpośrednie wrażenia, rezygnując z porządnej kwerendy i krytycznego badania zasłyszanych wiadomości oraz odwołując się do wiedzy przeciętnego rodaka. Zrodziło to wiele problemów przy pracy nad polskim przekładem, z których najważniejsze wypada na wstępie wyjaśnić.
Polskiemu odbiorcy rzuca się w oczy przede wszystkim mnogość jakoby rodzimych legend, o jakich nigdy nie słyszał, mieszanie pojęć, swobodne traktowanie przekazów historycznych. Wydaje się, że Newman po prostu wierzył w to, co mówili mu napotkani mieszkańcy miast i wsi, znajomi, wreszcie przewodnicy po historycznych miejscach i obiektach. Czasami ogarniał go zdrowy krytycyzm, jak przy „najstarszym kościele na ziemiach polskich”, którym raz był kościółek na Oksywiu, a raz ruiny świątyni na wawelskim wzgórzu, ale przy odpowiednio pięknej opowieści uznawał anegdotę za prawdę. Jako przykład wymienić można historię o sentymentalnych góralach stawiających w porywie serca pomnik Jezusowi, czyli wzniesiony z inicjatywy ks. Kaszelewskiego na powitanie XX wieku krzyż na Giewoncie, lub nie do końca prawdziwy, za to wzruszający opis odsłonięcia pomnika Mickiewicza w Warszawie – Rosjanie bynajmniej nie grozili armatami zgromadzonym warszawiakom, tych ostatnich było zaś ponad tysiąc, nie setki tysięcy. Skłonność do hiperbolizacji dostrzec można również w podawaniu liczby ofiar letniej powodzi w 1934 roku, której tragiczne skutki Newman oglądał na południu kraju, szacowanej raczej na pięćdziesiąt niż pięćset osób. Innym przejawem niefrasobliwości autora są zapisywane wyraźnie ze słuchu nazwy mniej znanych lokalizacji geograficznych (tajemnicza „Kuzymorownia” okazała się Krzyworównią, wioską w ówczesnym powiecie stanisławowskim).
Nie oznacza to jednak, że relację Newmana należy między bajki włożyć, bo jest to tekst dla Polaków bez wątpienia interesujący i wartościowy. O ile bowiem autor łatwo dawał się porwać urodzie lokalnej legendy czy przekazu omal historycznego, o tyle był bardzo przenikliwym obserwatorem politycznym, a zamieszczone w książce komentarze bieżących wydarzeń czy bardziej długofalowe diagnozy w europejskiej perspektywie zaskakują dziś trafnością. Trudno nie zauważyć, że nawet jeśli Newman tu i ówdzie rozmijał się z prawdą, to czynił tak z myślą o uatrakcyjnieniu swojej opowieści, o wzbudzeniu sympatii i zrozumienia dla opisywanego kraju w oczach angielskich odbiorców.
W 1934 roku autor przybył do Polski po raz pierwszy, lecz bynajmniej nie ostatni. Powojenne kilkukrotne odwiedziny naszego kraju zaowocowały takimi książkami jak Russia’s Neighbour – The New Poland (1946), Portrait of Poland (1959), The New Poland (1968). W latach wojny ukazały się też The Story of Poland (1940), broszury The People of Poland (1943) i The Face of Poland (1944). Osobne miejsce zajmuje powieść They Saved London (1955), której tematem jest zdobycie przez polski ruch oporu planów V-1 – „latającej bomby”, czyli bezzałogowego samolotu pocisku. Została ona sfilmowana w 1958 roku pod tytułem Battle of the V-1.
Wydana w 1935 roku Rowerem przez II RP jest pierwszą z publikacji Newmana poświęconych naszemu krajowi. Jej walory docenił już przedwojenny kwartalnik poświęcony Ziemi Halickiej „Złoty Szlak”, drukując w 1938 roku przekład rozdziału poświęconego Huculszczyźnie autorstwa Janiny Zubrzyckiej4. Ten sam rozdział w tłumaczeniu Aleksandry Ruszczak włączony został do wydanej w 2014 roku antologii tekstów o Pokuciu i Huculszczyźnie, której autorzy uznali dziennik Newmana za „ważny reportaż […] napisany przez wybitnego zachodniego specjalistę od spraw polskich, dziś nieznany szerszemu gronu czytelników”5. Pełny przekład ukazuje się po raz pierwszy.
Wraz z zespołem redakcyjnym zdecydowaliśmy się opatrzyć go wieloma przypisami, czy to wyjaśniającymi sprawy oczywiste dla ówczesnych czytelników, a trudne do zrozumienia dla dzisiejszych odbiorców, czy też korygującymi nie do końca zgodne z prawdą zapiski Newmana (komentarze znajdują się na końcu książki). Poprawiliśmy drobne błędy typu omyłki w datach o rok czy dwa bądź literówki, jednak nie ingerowaliśmy w tekst, starając się dochować wierności autorskiej relacji. Przekład zachowuje uzupełnione odpowiednimi objaśnieniami nazwy oryginalne, którymi posługiwał się Newman; jedyny wyjątek stanowi Gdańsk, który trudno byłoby w polskiej wersji określać konsekwentnie jako Danzig, choć nazwy ulic i dzielnic pozostały niemieckie ze stosowną informacją w przypisie. Tam, gdzie było to możliwe, podaliśmy w przypisach nazwiska osób wymienianych przez autora tylko z imienia.
Inną kwestią jest decyzja o – nazwijmy to tak – przekładzie dosłownym relacji podróżnika, którego nie należy kreować na eksperta od polskiej historii, kultury i świadomości narodowej, wkładając mu w usta znajome nam frazy. Stąd też pojawia się „widowisko lalkowe” (puppet pantomime) w Jamie Michalika, a nie „szopka” bądź też „świątynia” na określenie zarówno kościołów rzymskokatolickich, jak i na przykład huculskich cerkwi (Newman przeważnie określał wszystkie te budowle mianem church, nie różnicując ich odpowiednio do wyznania). Najwięcej dyskusji wzbudziły wyrażenia Russian Poland, Austrian Poland lub German Poland, odruchowo przekładane przez Polaków jako „były zabór rosyjski”, „austriacki” bądź „niemiecki”. Newman jednak używał skrótowych określeń, zwracając się do swoich rodaków, dla których miały one czysto informacyjną wartość, tyle że sformułowania typu „rosyjska Polska” byłyby trudno akceptowalne dla rodzimego czytelnika. Krakowskim targiem stanęło na Polsce „porosyjskiej”, „poniemieckiej” lub „poaustriackiej”, a czasem rozbudowanej frazie w rodzaju „dawnej Polski pod rosyjską władzą”. Pewnych trudności nastręczyła Polish Ukraine (mowa o okolicach Kołomyi), w którym to wypadku trzeba się było uciec do opisowego przekładu – „polska część Ukrainy”.
Przy sprawach, zdawałoby się, czysto geograficznych pojawił się wszakże nowy problem, a mianowicie wyobrażenia człowieka Zachodu o egzotycznym Wschodzie. W wypadku Newmana zaczynał się on tuż za Bugiem i aż nazbyt często odbiegał od faktycznych ustaleń geografii i etnografii – tak na przykład już między Lwowem a Równem autor widział „teren przedwojennej Rosji – nie tylko dawnej Polski pod rosyjską władzą, lecz Rosji właściwej”, z czym trudno się zgodzić. W Łunińcu, miasteczku na terenie dzisiejszej Białorusi w obwodzie brzeskim, zafascynował go malowniczy widok podróżnych cierpliwie czekających na pociąg:
„[…] brodaci mężczyźni, z których każdy mógłby pozować do obrazu Rasputina, cisnęli się do drzwi. Cierpliwe i zaniedbane kobiety, nieobute i byle jak odziane, dźwigały niezliczone i nieporęczne pakunki. […] Wszyscy stali przy drzwiach, wprawdzie otwartych, lecz nikt nie śmiał przez nie przejść, póki nie pojawił się bileter […] Patrzyłem jak urzeczony. Nic to, że miejsce to zwało się Polską, to była Rosja – to był Wschód”.
Mianem Rosjan zresztą Newman określał często mieszkańców terytoriów na wschód od Bugu, co najwyżej z zastrzeżeniem „rozmaitych ich odmian” (various brands of Russians), pod którym to pojęciem kryli się zapewne Białorusini, jako że cytat ten pochodzi z opisu Pińska. Przyznać trzeba jednak, że orientacja w przynależności etnicznej lub narodowej poszczególnych grup bądź osób w międzywojennej czy jeszcze dawniejszej Polsce nie była rzeczą łatwą. Newman uważał, że Piłsudski nie jest Polakiem, lecz Litwinem (he was not a Pole, but a Lithuanian), podobnie sądził o Mickiewiczu i Narutowiczu. Co prawda wieszcz urodził się na Białorusi, a prezydent na Żmudzi, ale miejsce urodzenia, jak wiemy, nie determinowało ani ich poczucia narodowego, ani też przekonania współobywateli, że są oni Polakami. W wieloetnicznej i wielokulturowej Polsce było to bardziej skomplikowane zagadnienie, Newman zaś przykładał tu zapewne miarę brytyjskiego imperium, gdzie te kwestie wyglądały inaczej.
Ostatnią wreszcie sprawą przysparzającą niemałych trudności w przekładzie są słowa i zwroty, które inne konotacje miały w 1934 roku, a zdecydowanie inne mają dzisiaj. Chodzi o takie pojęcia jak getto (ghetto) i rasa (race). Newman z żywym zainteresowaniem zwiedzał dzielnice żydowskie w Warszawie i Krakowie, nie ukrywał fascynacji odmiennością ich mieszkańców, zwłaszcza gdy przyrównywał ich do znanych mu przedstawicieli inteligencji żydowskiej w Anglii, nie był wreszcie antysemitą. W opisie warszawskich Nalewek i Nowolipia czy też krakowskiego Kazimierza posługiwał się trzema określeniami: „(żydowskie) getto” ([Jewish] ghetto), „dzielnica żydowska” (Jewish district) i „żydowski kwartał” (Jewish quarter). Oczywiste jest, że pierwsza z tych nazw nie miała jeszcze wówczas ponurego znaczenia przymusowo zamkniętego obszaru, którego mieszkańcy zostali skazani na śmierć, jednak dodać trzeba, że w przedwojennej Polsce używano powszechnie nazwy „dzielnica żydowska”, słowem „getto” posługiwali się raczej antysemici. Newman odwoływał się do jeszcze innego, zrodzonego pod koniec XIX wieku znaczenia, które wskazywało na „zatłoczone dzielnice miast, na mieszkanie, w których skazane były wskutek nędzy lub uprzedzeń inne grupy etniczne bądź rasowe”6. Odpowiada ono definicji getta podanej w Słowniku języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego7 i w takim sensie zostało ono użyte w przekładzie obok pozostałych określeń.
Podobnie nacechowanym słowem jest angielskie race, które może po polsku oznaczać zarówno rasę, jak i naród. W Rowerem przez II RP pojawia się ono często, wyraźnie w tym drugim znaczeniu (kilka razy pada też słowo nation), i tak też jest tłumaczone, są jednak miejsca, gdzie mogłoby zostać przełożone w zgodzie z leksyką epoki jako „rasa”, gdyby słowo to także nie zostało skażone we współczesnym odbiorze wojną i zwyrodniałymi koncepcjami „czystej rasy”, „nadludzi” itp. W latach trzydziestych XX wieku termin ten – obok swego szerszego znaczenia, pokrywającego się praktycznie z pojęciem narodu – coraz częściej był rozumiany jako charakterystyczny dla pewnych grup zespół cech psychofizycznych podlegających dziedziczeniu, co łączyło się także z rasistowskimi przekonaniami o wyższości jednej rasy nad drugą. Newman opisywał napotykanych ludzi z sympatią, nie różnicując ich w zależności od pochodzenia czy miejsca zamieszkania, ale nie ustrzegł się na przykład przed trudno akceptowalnym z dzisiejszego punktu widzenia dowcipem, kiedy to po całodziennej jeździe zdrapuje błoto z policzków, by odsłonić skórę, obawia się bowiem, że hotel nie przyjmuje „czarnych”.
Trudno się jednak spodziewać, że autor będzie prezentował dzisiejszą wrażliwość i dysponował obecną wiedzą. Nie można oburzać się na Newmana, że w końcowych partiach swojej relacji wprost bagatelizował „opowieści rozsiewane przez nerwowe starsze panie lub wygnanych Żydów” i gorąco zachęcał do odwiedzania Niemiec, nadal spokojnych i przyjaznych gościom, twierdząc, że „międzynarodowe podróże” to jeden z najlepszych sposobów na zachowanie pokoju na świecie. Pragmatycznie patrzył na zwycięstwo wyborcze nazistów, uważając, że budzące oburzenie i sprzeciw postulaty głosili na użytek kampanii wyborczej, zaś po objęciu władzy „wytrzeźwieli” i zajęli się problemami dnia codziennego, a tych w ówczesnych Niemczech nie brakowało. Nawet i on, znawca problematyki politycznej i weteran pierwszej wojny, nie mógł przewidzieć tego, co przyniesie ze sobą druga.
Dobrze zatem będzie wziąć w nawias na czas lektury współczesne systemy oceny oraz interpretacji zjawisk i postaw, pamiętać o ciągłej przemianie znaczeń słów i nie ulegać pokusie łatwych osądów moralnych. Warto czytać Rowerem przez II RP uważnie i czujnie jako cenne świadectwo epoki, spisane przez życzliwego naszemu krajowi obieżyświata.
Z ponad setki książek opublikowanych przez Newmana ukazał się po polsku tylko fragment Rowerem przez II RP, czyli rozdział dotyczący Huculszczyzny, w cytowanych powyżej przekładach, oraz Szpieg: powieść autobiograficzna – wydana w 1990 roku powieść szpiegowska w anonimowym tłumaczeniu. Było to najpopularniejsze dzieło autora (osiemnaście wydań w Anglii między rokiem 1935 a 1947, przełożone na dwanaście języków). Wbrew powszechnemu mniemaniu nie były to wspomnienia autora z lat młodzieńczych, lecz czysta fikcja, zastosowany jednak w 1935 roku przez wydawcę Newmana, Victora Gollancza, zabieg marketingowy okazał się nadspodziewanie skuteczny (podobno Szpiega używano jako podręcznika w Rosji radzieckiej!).
Nieco informacji o autorze i jego twórczości w języku polskim można znaleźć w powojennej recenzji Wandy Koryckiej książki Portrait of Poland (http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Komunikaty_Mazursko_Warminskie/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1959-t-n2/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1959-t-n2-s223-226/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1959-t-n2-s223-226.pdf, dostęp: 30.10.2020) i we wstępach do obu cząstkowych przekładów Rowerem przez II RP. Ze źródeł anglojęzycznych wskazać można na Wikipedię (https://en.wikipedia.org/wiki/Bernard_Newman_(author)#cite_note-Lecture-3, dostęp 30.10.2020) oraz dwa artykuły Jeffa Maltera – Bernard Newman, the greatest cycling adventurer you’ve never heard of (https://www.cyclinguk.org/article/bernard-newman-greatest-cycling-adventurer-youve-never-heard, dostęp: 30.10.2020) oraz Bernard Newman – A Short Biography (https://www.eurobooks.co.uk/blog/394/bernard-newman--a-short-biography, dostęp: 30.10.2020).
Z tytułem książki zawsze jest problem. W tej kwestii przodkowie byli o wiele skromniejsi od nas, ponieważ zgodnie z obecną modą należy zatytułować dzieło Współczesna Polska albo Polska dzisiaj, żeby zasugerować, że o dzisiejszej Polsce wiemy absolutnie wszystko. Przodkowie optowali za wersją bardziej osobistą – O tym, co widziałem w Polsce. Dzięki temu, gdy krytycy literaccy oskarżali ich o błędy zaniechania, mieli na podorędziu miażdżącą ripostę, że nie obiecywali, że napiszą o tym, czego nie widzieli.
Od razu szczerze przyznam, że we własnej książce nie będę udawał, iż poinformuję was o wszystkim, co należy wiedzieć o Polsce. Nie zajrzałem nawet we wszystkie jej zakątki. Wziąłem po prostu rower, czyli swojego starego kumpla „George’a”, wylądowałem w Gdańsku i ruszyłem w Polskę, czasami według planu, a czasami zdając się na przypadek. Sądzę jednak, że trasa mojej wędrówki potwierdzi, że zobaczyłem doprawdy reprezentatywny kawałek kraju.
To nie jest przewodnik po Polsce. Każdy, kto tak potraktuje tę publikację, wpadnie w tarapaty pięć minut po opuszczeniu statku. Nie jestem człowiekiem metodycznym, w jeszcze mniejszym stopniu artystyczną duszą, proponuję więc wrażliwym czytelnikom opuścić te akapity, w których rozprawiam o sztuce i architekturze. Uwielbiam prowincję i zamieszkujących ją ludzi – ich w szczególności.
Poznawałem Polskę taką, jaka mi się ukazywała, czy też raczej – jaką ją widziałem. W rezultacie nakreślony przeze mnie obraz może być nieco mylący, bo fragmentaryczny. Większość wiadomości o Polsce zdobywałem na miejscu, od Polaków i zamieszkujących Polskę mniejszości narodowych. Niewiele znajdziecie w tej opowieści zdobytych w ciężkim trudzie książkowych mądrości. Lecz przed prawdziwie inteligentnym czytelnikiem, który dotrwa do końca, rysuje się perspektywa, że będzie wiedział o Polsce nieco więcej niż wtedy, gdy podejmował ten trud.
To lekki reportaż z podróży. Nie mogę się jednak powstrzymać przed przytoczeniem słynnej anegdoty Paderewskiego o pewnym profesorze na niezwykle kosmopolitycznym uniwersytecie, który musiał podać grupie seminaryjnej temat rozprawy, wybrał zatem zagadnienie ogólne – „Słoń”. Student Anglik natychmiast zatytułował swoją pracę Słoń i metody upolowania tegoż. Francuz zaprezentował błyskotliwy wywód pod tytułem Życie miłosne słonia. Niemiec rozważał Gastronomiczny potencjał słonia. Rosjanin, wypaliwszy parę setek cygar, stworzył zaskakujący nagłówek – Słoń, lecz czy istnieje?. Polak zaś opatrzył swoje dzieło tytułem – Słoń a sprawa polska.
Sprawa polska zawsze istniała i nie trzeba szczególnych zdolności profetycznych, by stwierdzić, że zawsze istnieć będzie. W tej chwili znajduje się ona bez wątpienia w centrum publicznego zainteresowania. Niedawno jednak pod pewnym względem dokonała się istotna zmiana, otóż Polska zrzuciła osobliwe kajdany nałożone przez Francję i wysunęła stanowcze żądanie uznania swojej mocarstwowej pozycji. Europa z pewnym zaskoczeniem odkryła, że Polska nie jest jedynie wskrzeszeniem historycznej koncepcji ani też zlepkiem na bałkańską modłę, lecz narodem, który liczy ponad 30 000 000 osób, ma energicznych i ambitnych przywódców i którego możliwości są niemal nieskończone. Z tego też powodu będę się co pewien czas zatrzymywał i bliżej zajmował polskimi problemami. Wielu czytelników z pewnością to zainteresuje. Nie uważam bynajmniej, że te dylematy są ważniejsze od naszych własnych, jednakże kwestie „korytarzy”8 i mniejszości narodowych zdają się o wiele ciekawsze niż Rady do spraw Handlu Wieprzowiną i kontyngenty. Niemniej rozumiem, że polityka nie każdego ciekawi tak jak mnie, wobec czego wyodrębniłem, na ile się dało, fragmenty polityczne i można je również spokojnie pominąć.
W Anglii zaskakująco mało wie się o Polsce, a przecież to kraj, który za chwilę może być uznany za mocarstwo. Dla pokolenia przedwojennego była to tylko owiana sentymentem nazwa – nazwa kraju, który półtora wieku temu zniknął z mapy, brutalnie podzielony między Rosję, Prusy i Austrię. O Polsce usłyszeliśmy dopiero pod koniec pierwszej wojny światowej, gdyż póki Rosja pozostawała naszym sojusznikiem, póty wszelkie dyskusje o niepodległej Polsce były zakazane. Potem rozbrzmiał trzynasty punkt orędzia prezydenta Wilsona; Anglia przypomniała sobie o historycznej sympatii do Polaków – sympatii często wyrażanej, zwłaszcza w ponurych czasach heroicznych, lecz daremnych powstań przeciwko Rosji. Wtedy bowiem Rosja była wrogiem Anglii, w 1914 roku znaleźliśmy się w niedobranym towarzystwie.
Kiedy w ostatnich dniach wojny Polska ponownie się narodziła, nie miała lepszego przyjaciela ani życzliwszej duszy od Anglii. Czyż nasza tradycyjna polityka nie obejmowała wyzwolenia uciśnionych narodów, którą to politykę mimo ponawianych oskarżeń o hipokryzję do tej pory uprawiamy z roztropną konsekwencją? Dziś jednak, co z ogromnym bólem przyznaję, serdeczna brytyjska przyjaźń z Polską znacznie osłabła. Dlaczego? Czy powodem był sojusz Polski z Francją, która najwyraźniej uparła się trwać w niebrytyjskiej polityce kopania leżących Niemiec? Czy też młodzieńcze wyskoki odrodzonego i nieco lekkomyślnego państwa? Czy fatalne potknięcie BBC, które sugerowało, że to Polska była w Europie główną siłą podżegającą do wojny? Czy tradycyjna wielkoduszność Anglii względem pobitego wroga – poczucie, że Niemcy zostały zbyt pochopnie splądrowane, że wycięcie „korytarza” było haniebnym gwałtem? Czy po prostu konserwatywne brytyjskie lekceważenie wszystkiego, co się dzieje w Europie na wschód od Wiednia? Na brytyjską opinię publiczną mógł wpłynąć każdy z tych czynników lub ich dowolna kombinacja. A może jeden z moich polskich przyjaciół odsłonił pewien mechanizm psychologiczny, narzekając: „Brytyjczycy są przyjaciółmi słabeuszy i zawsze tacy byli. Ale gdy tylko słabeusz się wzmocni, Brytyjczycy z miejsca tracą zainteresowanie”. Musimy przyznać, że w tej krytyce tkwi ziarno prawdy.
Bardzo bym się cieszył, gdyby Anglia przejawiała większe zainteresowanie Polską, już choćby dlatego, że to jedno z kluczowych państw w Europie. Anglicy nieodmiennie mają skłonność do niewłaściwej oceny Polski, a jednak to Warszawa, a nie Berlin czy Wiedeń, jest geograficzną stolicą centralnej Europy. Weźcie mapę kontynentu i wykreślcie szereg długich linii – od Gibraltaru do najbardziej wysuniętego na wschód punktu na Uralu, od Islandii do Konstantynopola9, od Przylądka Północnego do przylądka Matapan, od słonecznej Sycylii do arktycznego Morza Karskiego, od przylądka Land’s End10 do Astrachania nad Morzem Czarnym, a być może z zaskoczeniem odkryjecie, że wszystkie one przechodzą przez Warszawę. W dzisiejszej napowietrznej epoce – kiedy po raz pierwszy w historii ludzkich wędrówek najkrótszą odległość między dwoma punktami stanowi linia prosta – fakt ten może okazać się niezwykle znaczący.
Ogromnie wiele zależy od tego, co w ciągu najbliższych dziesięciu lat zdarzy się w Polsce i w związku z Polską. Prawdopodobnie nie ma innego państwa w Europie, które borykałoby się z taką liczbą fundamentalnych problemów mających żywotny wpływ na sprawę wojny i pokoju na kontynencie.
Nie jest to tylko moja opinia, sformułowana po okazjonalnej wizycie. Lord D’Abernon przedstawia „korytarz” polski jako beczkę prochu, na której siedzi Europa. Foch postrzegał zachodnią granicę Polski jako miejsce narodzin następnej wojny. A przenikliwy mąż stanu, czechosłowacki prezydent Masaryk, oświadczył, że w Europie znajdują się dwie strefy niebezpieczne, które stwarzają zagrożenie dla pokoju – „korytarz” polski oraz Węgry. Nic dziwnego, że Polska, bezustannie słysząc tak autorytatywne opinie, traktuje prowadzoną przez siebie politykę z niezmierną powagą. Na każdym kroku obserwatorzy obwieszczają, że „korytarz” polski to dla Europy nowa Alzacja-Lotaryngia ze wszystkimi tego groźnymi konsekwencjami. Wykażę, że pod względem etnicznym to porównanie jest nieuprawnione, jednakże zagrożenie pozostaje. Nie możemy zachowywać wyniosłego dystansu wobec polskich kłopotów, bo lada chwila mogą nas one boleśnie dotknąć. Z wyspiarskiej perspektywy przeoczyliśmy znaczenie odrodzenia Polski. Uświęcona „równowaga sił” została zachwiana, a Polska jest języczkiem u wagi.
Starałem się uczciwie przedstawić problemy Polski. Nie występuję w roli jej obrońcy – to nie jest książka pisana na zamówienie – ale od razu wyznam, że świetnie się czułem wśród Polaków i ogromnie ich polubiłem. Wiele też jednak rozmawiałem, jak zobaczymy, z budzącymi ogromne zainteresowanie mniejszościami narodowymi i przynajmniej powinienem spróbować dać ich rzetelny obraz. W gruncie rzeczy sporo polskich problemów rozwiąże się samoistnie, gdy Polska zyska to, czego potrzebuje najbardziej – dwadzieścia lat pokoju. Niektóre z tych trudności może rozwiązać czas, inne niestety nie. Można wszakże pokusić się o uogólnienie, że im dłużej Polska pozostanie nienaruszona, tym większe ma na to szanse. Jej trwanie już zdążyło zaskoczyć Niemcy, które spodziewały się, że ułomności niepraktycznego charakteru Słowian szybko doprowadzą do katastrofy.
Wprawdzie nawet przewodnik turystyczny po Polsce nie byłby kompletny bez choćby zgrubnego przedstawienia jej problemów, lecz winienem tu ponownie podkreślić, że moja książka stanowi relację z podróży – może nieco nieformalną i chaotyczną, lecz, no cóż, taka właśnie była ta wyprawa. Znałem już wcześniej parę osób w Polsce, ale z większością swoich obecnych przyjaciół zaprzyjaźniłem się dopiero po drodze. Jeżeli mogłem wybierać między kwaterą na wsi i w mieście, wybierałem wieś. Nie trzymałem się ustalonego rozkładu; z nastaniem zmierzchu stawałem w najbliższym dogodnym miejscu. Cały bagaż zmieścił mi się w wojskowym plecaku przymocowanym pasami do bagażnika, korzystałem zaś z polskich map wydawanych przez Wojskowy Instytut Geograficzny, nie tak doskonałych jak mapy Ordnance Survey, ale dokładnych i drobiazgowych, we francuskim stylu kartografii. Jako wierzchowiec służył mi najzupełniej zwyczajny angielski rower, pieniędzy miałem może ze 20 funtów. Jeśli chodzi o języki, to dysponowałem akceptowalnym francuskim i prymitywnym niemieckim jako dodatkiem do angielszczyzny, którą całkiem biegle władam. Towarzystwa nie miałem, ale okazało się, że codziennie pojawiali się coraz to nowi kompani. W charakterze broni posiadałem kozik do obierania ziemniaków, który przywłaszczyłem sobie w kuchni, gdy gospodyni patrzyła w inną stronę.
Początki były nad wyraz niepozorne. Statek przybił do Neufahrwasser11 – jakieś 3 czy 4 mile dalej rysowały się gdańskie wieże. Ze skwapliwością, jaka zawsze mi towarzyszy w pierwszych chwilach podróży, przymocowałem plecak do bagażnika roweru, spiesznie poddałem się raczej pobieżnej kontroli celnej i ruszyłem głównym traktem do Gdańska. Po dwóch minutach mój początkowy zapał znacznie osłabł. Tak straszliwe kocie łby widywałem tylko w północnej Francji. Dzwoniłem zębami, a rower grzechotał, gdy tak tarabaniliśmy się przez kilkaset jardów12. Wstrząsy były jednak nie do zniesienia; w takich warunkach pod wieczór będę strzępem nerwów, bo nie będę w stanie zapanować nad mimowolnymi skurczami udręczonych mięśni. Szczęśliwie jednak obok znajdowała się ścieżka dla pieszych.
Większość państw na kontynencie okazuje się pod jednym względem bardziej cywilizowana niż Anglia – jazda rowerem po drogach dla pieszych jest bardzo często zakazana. Nie miałem okazji zapoznać się z obowiązującymi w Gdańsku zasadami i przepisami, ale gdy tylko zobaczyłem mocno odciśnięte na żwirowej ścieżce ślady opon, nie wahałem się ani chwili i kilka sekund później dziarsko pędziłem z niezłą prędkością po całkowicie pustej dróżce. Aż tu nagle… Pokonawszy zakręt, dość raptownie natknąłem się na policjanta, co jednak niezbyt mnie przejęło, bo to pospolite zdarzenie. Ale policjant najwyraźniej poczuł do mnie niechęć od pierwszego wejrzenia. Bez chwili wahania nakazał, bym zsiadł z roweru, a zanim jeszcze stanąłem obiema nogami na twardym gruncie, wyjął notes i już wiedziałem, że wpadłem. Nie mogę powiedzieć, że ujął mnie ten człowiek. Był typem, którego przed wojną zwykliśmy określać mianem „Prusaka” – duży mężczyzna, po prawdzie wręcz zwalisty, z ogromnym byczym karkiem i niemal na łyso ogoloną głową.
Wiele państw na kontynencie przyjęło metodę wymierzania mandatów na miejscu – i ogólnie rzecz biorąc, system ten dobrze się sprawdza, ale przy założeniu, że można ufać policji. Jeśli więc palisz w przedziale dla niepalących, to zapłacisz karę w wysokości 3 marek bądź też w takiej walucie, jaka w danym kraju obowiązuje. Jeśli jesteś rozsądny, to wyłożysz 3 marki bez słowa protestu. Ale nie musisz tego robić. Masz prawo odwołać się do sędziego pokoju, lecz jeżeli ten dżentelmen uzna cię za winnego, mandat wyniesie już nie 3, ale 30 marek. Najwyraźniej ów radosny obyczaj panował w Gdańsku, ponieważ policjant poinformował mnie w bynajmniej nie łagodnym tonie, że winny jestem poważnego wykroczenia, co będzie mnie kosztować 3 guldeny13. Oczywiście zacząłem się kłócić – zawsze to robię.
– No, ale słuchaj, chłopie – powiedziałem. – Jazda rowerem po drodze dla pieszych z pewnością jest dozwolona. To w końcu cywilizowany kraj, prawda?
– W mieście nigdy nie wolno jeździć rowerem po drogach dla pieszych. Powinien pan o tym wiedzieć – odparł szalenie opryskliwie.
– Ale to nie jest miasto – zaprotestowałem. – Proszę, w promieniu mili nie widać żadnego domu. Miasto jest tam, o, tam dalej.
– Pod względem geograficznym to jest miasto – skonstatował. – I będzie to pana kosztowało trzy guldeny.
– Ależ proszę spojrzeć – upierałem się. – Proszę tylko spojrzeć na tę drogę dla pieszych, tu są ślady co najmniej tuzina rowerów.
– Choćby tylko pół tuzina ludzi złamało prawo, nie oznacza, że pan ma to robić – odparował.
Ta dyskusja mogłaby trwać w nieskończoność, ale zorientowałem się, że nie posunąłem się ani o krok naprzód – trudno się spierać z takimi typami. Albo trzeba ich okiełznać, albo uznać ich przewagę. Gdybym spotkał go tydzień później, gdy moja zwykła pewność siebie rozkwitła pełnym blaskiem, z pewnością bym go okiełznał, jednak w ciągu pierwszych pięciu minut w obcym kraju człowiek rzadko daje się poznać ze swojej najlepszej strony. Ciągle się jednak wahałem. Co za nieszczęście – dostać mandat w wysokości 3 guldenów w ciągu pierwszych pięciu minut podróży zaplanowanej na 3000 kilometrów! Cóż za uwłaczające upokorzenie! Co by na to powiedzieli w Anglii? Policjant nie sprawiał wrażenia, jakby trapiła go którakolwiek z tych niezwykłej wagi spraw. W nabożnym skupieniu wypisywał mi pokwitowanie na 3 guldeny – przed zainkasowaniem gotówki.
Raz jeszcze spróbowałem.
– Ale przecież z pewnością – stwierdziłem – sam fakt, że nie znałem tego przepisu, jest wystarczającym usprawiedliwieniem jego złamania. – Przecież policjant z pewnością nie chciał wywrzeć tak niemiłego wrażenia na kimś, kto dopiero co po raz pierwszy zawitał do jego kraju. Równie dobrze mogłem przemawiać do ścieżki dla pieszych.
Tu jednak nagle i bez ostrzeżenia akt oskarżenia runął. Na zakręcie bowiem pojawił się drugi policjant, nadjeżdżający z tej samej strony, z której przyjechałem. On także jechał rowerem, a co więcej – jechał pieszym szlakiem! Słowem się nie odezwałem. Uniosłem tylko rękę w beztroskim pozdrowieniu ku nowo przybyłemu, a mój policjant, mrucząc pod nosem coś, czego nie zrozumiałem, lecz czego sensu mogłem się domyślać, zamknął kwitariusz i schował go do kieszeni.
Już miałem triumfalnie ruszać w dalszą drogę, gdy coś mnie powstrzymało. Jestem, jak sądzę, życzliwym człowiekiem i nie znoszę kąśliwych kłótni. Odwróciłem się więc do policjanta. Ten właśnie przeszywał ponurym wzrokiem kolegę, który sprawił mu tak bolesny zawód.
– Żadnych pretensji, prawda? – zapytałem.
Zastanowił się chwilę, po czym potaknął, że nie żywi do mnie pretensji. Zasalutowałem mu uroczyście – to pewny sposób, by trafić do serca pruskiego urzędnika. Odpowiedział mi salutem, który z dumą by powitano na niejednej defiladzie. Wyciągnąłem zatem rękę, a on oddał mi serdeczny uścisk. Następnie bardzo zadowolony z siebie odjechałem – drogą dla pieszych.
To była wspaniała podróż. Nie będę zaprzeczał, że kiedy po raz pierwszy dotarłem do nabrzeża Mark Brown’s Wharf przy Moście Londyńskim, ogarnął mnie pewien niepokój. Był odpływ, a niewielki parowiec towarowy, który spotkał zaszczyt przewiezienia mnie do Polski, wydawał się nieledwie zabawką, tkwiącą znacznie poniżej poziomu nabrzeża. Modliłem się o spokojne morze, czując, że nawet umiarkowanej wielkości fala wywróci tę maleńką łupinę. Niepotrzebnie się martwiłem. Stary, dobry Lech przetrwał już niejeden sztorm.
Dla pasażerów przewidziano na statku niewiele miejsca, lecz zapewniono im wszelkie wygody, kuchnia zaś była znakomita. Oba te czynniki mają wpływ na udaną podróż, jednak jeszcze ważniejsze jest towarzystwo na pokładzie. Nie mógłbym trafić lepiej, nawet gdybym specjalnie je dobierał. Moimi współpasażerami byli dwaj Polacy – prawnik i architekt, pewna rosyjska dama i pewna niemiecka mieszkanka Gdańska. Listę zamykał sir Ernest Benn14 z rodziną. Od razu wiedziałem, że czekają mnie fascynujące chwile. Możecie się zgadzać z sir Ernestem Bennem lub nie, ale nigdy nie będziecie się z nim nudzić.
Wybrano mnie na prezesa, przewodniczącego i sekretarza Komitetu Sportowego i gdy dwa dni później przepływaliśmy przez Kanał Kiloński, rozegraliśmy wielkie międzynarodowe zawody – Anglia kontra reszta świata. Dysponowaliśmy nieco ograniczoną przestrzenią na przeprowadzenie dynamicznych konkurencji, ale to tylko potęgowało emocje. Bez najmniejszych przeszkód można było rzucać obręczami i grać w cymbergaja, ale już regaty wioślarskie – z załogami „siedzącymi” okrakiem na wiośle i kaczym krokiem zmierzającymi do tyłu – zapewniały ogrom wrażeń, jako że najmniejsze potknięcie oznaczało wylądowanie za burtą albo w kambuzie. Rywalizacja była zdumiewająco wyrównana i przed ostatnią konkurencją zapowiadał się remis. Był to zwykły konkurs w skakaniu przez skakankę – dziesięć skoków liczyło się za jeden punkt. Większość pasażerów i oficerów na statku poniosła sromotną porażkę. Nikt łącznie ze mną nie zdołał wykonać choćby dziesięciu skoków niezbędnych do przebrnięcia kwalifikacji. Jednakże rodzina Bennów wykazała się zdumiewającą formą. Kulminacyjny moment wieczoru nadszedł, gdy panna Julia Benn, skoczywszy trzysta razy z rzędu, definitywnie zapewniła Anglii ostateczne zwycięstwo. W tym momencie zamknąłem punktację i zszedłem pod pokład, by wszystko podliczyć, ona zaś nadal skakała, otoczona złożonym z pasażerów i załogi statku gronem wielbicieli, i wszystko wskazywało na to, że może tak skakać w nieskończoność. Wedle mojej najlepszej wiedzy ciągle tam skacze.
Nie jestem z Aberdeen15, ale jedna rzecz strasznie mnie rozśmieszyła. Statek towarowy może zabrać na pokład jedynie dwunastu pasażerów. Jeżeli będzie ich więcej, stanie się statkiem pasażerskim i jako taki zacznie podlegać wszelkiego rodzaju nakazom i zakazom. Z tego powodu nasz statek, czyli Lech, był wyposażony w sześć podwójnych kabin. Dosyć wcześnie zarezerwowałem koję, ale na parę dni przed wypłynięciem z portu zadzwoniło do mnie lekko zdesperowane przedsiębiorstwo żeglugowe. Okazało się, że sir Ernest Benn poprosił o dwie osobne kabiny dla siebie i małżonki (później mi wyjaśnił, że uczynił tak dlatego, że minęły już czasy, kiedy bez trudu mógł się wspiąć na górną koję, któremu to wyjaśnieniu, przykro mi przyznać, absolutny kłam zadał jego czynny udział w grach pokładowych). Przedsiębiorstwo żeglugowe wytłumaczyło mi, że oznacza to, że mają o jedną koję za mało. Ponieważ jednak ktoś w polskiej ambasadzie powiedział im, że jestem człowiekiem, który nie zwraca uwagi na to, w jakich warunkach zamieszkuje, postanowili do mnie zadzwonić, by zapytać, czy nie przeszkadzałoby mi dzielenie kabiny z jednym z oficerów. Oczywiście się zgodziłem, nie przeczuwając, że w ten sposób zaoszczędzę pokaźną sumę. Sir Ernest musiał naturalnie zapłacić podwójnie z uwagi na dwie kabiny, które zajmował, a skoro wszystkie pozostałe były zajęte, ja zaś podróżowałem jako gość dodatkowy, nominalna liczba pasażerów wzrastała do trzynastu, co z kolei było niedozwolone. Tak więc – teoretycznie – albo w ogóle nie mogłem płynąć, albo też musiałem podróżować jako pasażer jednej z kabin sir Ernesta Benna. Przyjęto tę ostatnią wersję, a ja ciągle jeszcze mam przed oczami zdumienie sir Ernesta, gdy ostatniego wieczoru po obiedzie podniosłem się z miejsca i złożyłem mu uroczyste podziękowania za poniesienie kosztów mojej podróży. Dobiłem go ostatecznie, prosząc, by wzniósł toast za zdrowie kapitana, oficerów i załogi Lecha. Zdawałoby się, że jest to całkiem proste zadanie dla takiego światowca jak on, ale przeradza się w swoistą drogę przez mękę, gdy przemówieniu przysłuchuje się pięcioro dowcipnych członków rodziny, komentując je na bieżąco scenicznym szeptem.
Pogoda okazała się dla mnie równie łaskawa jak sir Ernest Benn, ponieważ nade wszystko jestem szczurem lądowym. Morze Północne było spokojne, Kanał Kiloński jeszcze spokojniejszy i nawet na Bałtyku niemal nie pojawiały się zmarszczki. Polski architekt był tak niezwykle uprzejmy, że poświęcał kilka godzin dziennie na uczenie mnie podstaw swojego języka. Omal nie zemdlałem, gdy zostałem skonfrontowany z bliska z jego zawiłościami. Sześć przypadków w łacinie nie usatysfakcjonowało polszczyzny, więc ma ich siedem – a każdy z nich ma inną postać zarówno w liczbie pojedynczej, jak i w liczbie mnogiej. Stąd też nie wystarczy nauczyć się, jak po polsku brzmi słowo „dom” – ono ma czternaście różnych końcówek16. Nie oszczędzono nawet świętości rodziny. Jeśli bowiem nazywasz się Smithski, to twoją żoną nie jest bynajmniej pani Smithski, lecz pani Smithska, a jeśli macie córkę, nazywa się ona panna Smithkówna. Z tego typu językami nie sposób wygrać. W kwestii gramatyki z miejsca się poddałem i stawiłem czoła wymowie. Na pierwszy rzut oka równie przerażającej, każde słowo wydaje się mieć silne inklinacje ku sylabie „szcz”. W rzeczywistości polski nie jest aż tak trudny, na jaki wygląda, i w porównaniu z angielskim ma jedną zaletę, która polega na tym, że wymawia się każdą literę, tak więc człowiek wie, na czym stoi. Gdy tylko nabrałem wprawy, mogłem przejrzeć mapę i w miarę akceptowalnie odczytać nazwy miejscowości. Gdy mój język uporał się z takimi miastami jak Bydgoszcz, Częstochowa i Przemyśl, niczego się już w Polsce nie bałem.
Następnie zacząłem uczyć się słówek: dzień dobry, proszę, dziękuję, czy to droga do…? Pokój, spać, lunch, obiad, śniadanie. Wołowina, cielęcina, wieprzowina, baranina, ziemniaki, kapusta. Woda, szynka, kurczak, jajka, liczebniki główne i dni tygodnia, tak, nie, rower. Znam te słowa w kilkunastu językach i mogę z nimi objechać cały świat. Zanim opuściłem przemiły statek, dorzuciłem do nich wiele innych, wznosząc się nawet na wyżyny etykiety w zwrocie „całuję rączki”.
George, mój rower, przeżył straszliwą podróż, a przynajmniej tak mi powiedział. Trafił do ładowni, upchnięty razem z partią angielskich maszyn przeznaczonych dla Rumunii – z niejakim zaskoczeniem dowiedziałem się, że większa część handlu między Rumunią a Anglią przechodzi przez polskie porty i koleje. George był wyraźnie podenerwowany, ponieważ obawiał się, że razem z maszynami zostanie odesłany do Rumunii. Miał jak najgorsze wspomnienia z naszej ubiegłorocznej wyprawy do tego kraju, kiedy to znaczną ilość czasu spędziliśmy na posterunkach policji17. Dlatego niezwykle się ucieszył, kiedy w Gdańsku go oswobodziłem, lecz ponownie popadł w przygnębienie, gdy – jak już opisywałem – po pięciu minutach wpadliśmy w ręce policji. Niepotrzebnie jednak się martwił. Miało upłynąć wiele tygodni, nim po raz kolejny usłyszeliśmy nieprzyjazne słowa.
Spokojne morze, świetna kompania i zadowolona załoga; energiczne ćwiczenia z Bennami i śpiewy w nocy. Trzy dni miłego wypoczynku przed rozpoczęciem ciężkiej pracy. Pożegnałem się i skierowałem w stronę Wolnego Miasta Gdańska, miasta legend, romansów i rzeczywistości. Gdańska, jednego z newralgicznych punktów Europy.
Jeżeli jest w Europie jakieś bardziej niemieckie miasto niż Gdańsk, to jeszcze go nie znalazłem. Stare Miasto18 to majstersztyk w swojej kategorii. Dobrą godzinę stałem na moście spinającym brzegi Motławy, zafascynowany życiem toczącym się obok mnie i pode mną. Po lewej ręce miałem szereg starych domów ze szczytowymi dachami, a perspektywę wieńczył wiekowy Żuraw, który dzielnie pełnił służbę przez wiele stuleci. Naprzeciwko wznosił się rząd szachulcowych spichrzów, niewiarygodnie wprost malowniczych. Zacząłem jeździć po okalających je uliczkach. Niektóre z nich były nieprawdopodobnie wąskie, niektórymi zaś biegły tory kolejowe, doprowadzone pod tylne drzwi spichlerzy. Na widok nadjeżdżającego pociągu inne pojazdy muszą ustąpić z drogi, tak więc z – niepotrzebnym – niepokojem zawróciłem spiesznie na most19.
Maniak okazjonalnych fotek oszalałby w Gdańsku, usiłując robić po dwa zdjęcia naraz, tyle atrakcyjnych ujęć prezentuje się na każdym kroku. Nad samą Motławą można by zrobić dobry tuzin fotografii – skrzętne życie na rzece, niewielkie łodzie parowe (pinasy), trampy oceaniczne i krzepkie holowniki ciągnące sznury wielkich barek – na tle kamienic ze szczytami, które w średniowieczu były rezydencjami możnych kupców, lub też lśniących bielą i czernią spichlerzy, reprezentujących niegdyś bogactwo Gdańska. Oniemiałby z zachwytu, wędrując wąziutkimi uliczkami Starego Miasta – Frauengasse20 i Langgasse21, przy których po obu stronach stoją zachowane w idealnym stanie kamienice z wydzielonymi elewacjami, tarasami, okazałymi fryzami na ścianach i rzeźbionymi głowami zdobiącymi przedproża. Dekoracyjność jest wyróżnikiem gdańskiej architektury. Wiktorianie stawiali we frontowych oknach aspidistry, natomiast dawni gdańszczanie dodawali do budynku balustradę albo ozdobne schody, jeżeli zaś ograniczenia przestrzenne na to nie pozwalały, inkrustowali fasadę rzeźbionymi ornamentami. Gdyby pominąć fakt, że mieszkańcy tych domów nie są już patrycjuszami, a zwykłymi ludźmi noszącymi gotową konfekcję, ulice te w swojej istocie nie zmieniły się w ciągu ostatnich 300 lat.
Nie mniej intrygują liczne pozostałości dawnych fortyfikacji – w dobrych kilku miejscach szeroka ulica musi się stosownie zwęzić, by móc się wcisnąć w starą ostrołukową bramę przejazdową, którą flankują potężne wieże. Nawet maleńkie wagoniki gdańskich tramwajów z najwyższym trudem się przepychają przez te frapujące, lecz mało praktyczne ostańce. W mieście słychać głosy nalegające, by je zburzyć, lecz szczęśliwie nikną one ze szczętem wśród protestów o wiele bardziej romantycznie nastrojonych obywateli.
Niektóre z większych budowli w Gdańsku przyciągają uwagę. Ratusz Głównego Miasta na końcu imponującego Langer Markt22 zdobi pełna gracji wieża. Artushof23, obecnie użytkowany jako giełda, ma przepiękną salę zgromadzeń, jednak główna świątynia Gdańska, której patronką jest Maria Panna, raczej rozczarowuje. Ma imponujące rozmiary. Po londyńskiej katedrze św. Pawła to największy kościół protestancki w Europie. Jednakże jest on niedokończony. Jego główna wieża raptownie się urywa, a pokrywa ją prowizoryczny dach, który pozostaje prowizoryczny od jakichś 400 lat. Budowla powinna była wywrzeć na mnie daleko większe wrażenie, ale z nieznanych powodów nigdy nie podniecało mnie architektoniczne piękno wyrażone w czerwonej cegle. Marienkirche24 w Gdańsku składa się bez wątpienia z czerwonej cegły i niczego poza nią – monotonię przełamują jedynie spiczaste narożne wieżyczki, których styl jaskrawo kontrastuje z pospolitością zwalistej budowli.
Wnętrze imponuje jedynie ogromem, gdyż poza tym jest surowe i zdumiewająco ciemne. Pozostaje dla mnie zagadką, jak – nawet przy zapalonych światłach – wiernym udaje się czytać tekst modlitw i hymnów. Kryje się tam jeden tylko niezwykły skarb – obraz Sądu Ostatecznego autorstwa artysty nazwiskiem Memling. Nigdy o nim nie słyszałem, co wszakże o niczym nie świadczy, bo, jak już nie raz wyjaśniałem, wykazuję, niestety, bolesny niedostatek wiedzy i gustu artystycznego. Rozbawiła mnie jednak historia tego dzieła. Powstało w Brugii w piętnastym wieku, a przeznaczone było dla kościoła we Florencji, lecz w drodze do świętego przybytku zostało skradzione przez gdańskich piratów, którzy przywieźli je do domu i ofiarowali miejscowej świątyni, ta zaś nie miała najmniejszych skrupułów przy akceptacji prezentu!
Na długo wszakże, nim udało mi się zapoznać z architektonicznymi atrakcjami Gdańska, wciągnęły mnie jego problemy polityczne. Zbytnio mnie to nie zdziwiło. Sytuacja Gdańska intryguje nawet najzwyklejszego Anglika. Wie on, że było to niemieckie miasto, że zwycięscy sojusznicy, kierując się chwalebnym zamiarem zapewnienia Polsce stosownego dostępu do morza, chcieli ostatecznie poddać Gdańsk polskiej władzy niezależnie od jego niemieckości, ale że nasz własny reprezentant, pan Lloyd George, tak mocno sprzeciwiał się tej koncepcji, że ją zmodyfikowano i zamiast tego uczyniono Gdańsk Wolnym Miastem – połączonym wprawdzie z Polską unią celną, lecz przynajmniej w teorii autonomicznym przy wsparciu Wysokiego Komisarza mianowanego przez Ligę Narodów. Tę niewdzięczną funkcję sprawuje obecnie jakiś irlandzki dziennikarz. Nie jest to jednak pierwsze doświadczenie Gdańska z polską władzą, jako że od 1454 roku25, po udanym buncie przeciwko zakonowi krzyżackiemu, pozostawał bezpośrednio pod polskimi rządami, póki w 1793 roku, w wyniku drugiego rozbioru, nie został wcielony do Prus.
Warto też zauważyć, że obecny ustrój miasta nie jest dla Gdańska pierwszyzną. Między 1807 a 1814 rokiem był on okupowany przez armię francuską i miał status Wolnego Miasta z niewielkim wiejskim zapleczem. Niemądrze byłoby jednak dzisiaj zaprzeczać, że nie jest to niemieckie miasto. Zresztą sam byłem zaskoczony, jeżdżąc po jego ulicach. To prawda, nie można oceniać politycznego nastawienia miasta jedynie po flagach, które w nim powiewają, ale widziałem mnóstwo swastyk poświadczających, że Gdańsk pozostaje bardziej nazistowski niż jakakolwiek inna część Niemiec. Nigdy nie widziałem takiego entuzjazmu w jakimkolwiek prowincjonalnym niemieckim mieście. Nazistowski rytuał, który powoli, acz konsekwentnie zagraża poczytalności całego kraju, rozkwitał tu w pełnej krasie. Praktycznie na każdym domu wisiała flaga. Co drugi człowiek nosił odznakę członkowską jakiejś nazistowskiej organizacji. Reszta miała co najmniej dwie takie odznaki. Daleko więcej osób wpatrywało się z uwielbieniem w zdjęcia Adolfa Hitlera, niż gromadziło przed ołtarzami kościołów. Niezwykle mnie to zdumiało, bo – niezależnie od oceny zjawiska – dobrobyt Gdańska zależy wyłącznie od Polski. Przed wojną był on portem zachodniej części Prus Wschodnich. Polski handel w praktyce go omijał – z powodów politycznych kierowano go do rosyjskich portów. Dziś Gdańskowi powodzi się lepiej niż kiedykolwiek. Przeładunki wzrosły do poziomu nieznanego nawet w najpomyślniejszych czasach przed wojną – a jednak Gdańsk z uporem i zajadłością żąda powrotu do Niemiec, co oznaczałoby ekonomiczne samobójstwo. Dlaczego? To było pierwsze intrygujące pytanie, na które postanowiłem znaleźć odpowiedź. Skąd te ciągoty do nacjonalizmu? Czy Anglik wolałby umrzeć niż żyć wygodnie pod francuską flagą?
Pewien kupiec zbożowy w jednym z owych malowniczych spichlerzy na Speicherinsel26 przypadkowo podsunął mi klucz do rozwiązania zagadki. Energicznie ruszyłem wskazanym tropem i odkryłem osobliwą, ale wcale nie wyjątkową sytuację. Otóż wygląda na to, że system podatkowy w Gdańsku jest znacznie łagodniejszy niż w Niemczech. Stąd też ogromna liczba emerytowanych pułkowników zmieniła miejsce zamieszkania z Niemiec na Gdańsk, który – czego sobie ludzie na ogół nie uświadamiają – dysponuje bardzo przyjemnym wiejskim zapleczem o powierzchni jakichś 750 mil kwadratowych. Znamy ten typ „patriotów” – mamy ich we własnym kraju. W naszym przypadku udają się oni zwykle na emeryturze na Wyspy Normandzkie, a w ich bezpiecznym zaciszu stają się nieskończenie bardziej patriotyczni od nas i zabierają się do udzielania nam surowych instrukcji, co powinniśmy robić, ile okrętów wojennych zbudować – no i wreszcie za nie zapłacić. Ochoczo wymachują sztandarem, tyle że nie biorą żadnej odpowiedzialności. Gdańsk nęka plaga takich dżentelmenów, którzy głoszą najłatwiejszą z religii – stężony patriotyzm.
W ich wpływach miejscowi upatrują przyczyn większości poważnych tarć między Polakami a Gdańszczanami. To prawda, że ci ostatni mogą nie czuć się najlepiej w charakterze maleńkiej i pozbawionej znaczenia mniejszości, państwa marionetkowego, podporządkowanego ludziom, którymi jakoby pogardzają. Wystarczy jednak odrobina tolerancji z obu stron, by okazało się, że ten układ nie jest wcale taki zły, a w rzeczywistości zaskakująco dobrze się sprawdzał przez ostatnie kilka lat. To nie kupcy gdańscy z takim zapałem gardłują za powrotem do Niemiec – oni świetnie wiedzą, co im się opłaca. To prawdziwa tragedia, gdy nieodpowiedzialni ludzie potrafią tak rozognić umysły swych współobywateli, że rozum błaga o litość, a rządzi wiecowa retoryka!
Nie wierzę, że nie da się rozwiązać problemu Gdańska; przy odpowiedniej dawce rozsądku i tolerancji ewentualny powrót miasta do Niemiec nie jest definitywnie niemożliwy27. U pułkownika Blimpa28 próżno jednak szukać rozsądku i tolerancji – a postaci jego pokroju znajdziemy w Gdańsku aż nadto. Ale odłóżmy na razie problem Gdańska, by przyjrzeć się sprawie „korytarza” polskiego. Kwestie te trzeba rozważać łącznie.
Opuściłem Gdańsk, jadąc przez podmiejską dzielnicę Schidlitz29. W każdej chwili spodziewałem się najgorszego, jednak nie ze strony nazistowskich pułkowników, lecz przerażających kocich łbów udających drogę. Po obu stronach ulicy wznosiły się domy, nie odważyłem się więc jechać chodnikiem. Architektura mieszkalna Schidlitz wprawia w konfuzję – dziwaczna mieszanina drewna i czerwonej cegły, które nie przepadają za swoim towarzystwem. Ale nie winiłbym architekta, bo jeśli musiał codziennie jeździć po tych brukach, to nie można się dziwić, że umysł miał rozchwiany i zamglony.
Za Gdańskiem rozciąga się pasmo łagodnych, zielonych wzgórz; z ich wierzchołka ujrzałem po raz pierwszy sporny teren „korytarza” polskiego. Byłem mile zaskoczony. Nie zawsze obszary, na których skupia się zainteresowanie polityczne, są tak szczodrze obdarowane przez naturę. Przede mną jednak rozpościerał się łagodnie pofalowany krajobraz, upstrzony rozrzuconymi na wzgórzach i w kotlinach łatkami lasów, i gdyby nie to, że kraina ta była znacznie silniej poddana działalności rolniczej, mógłbym sądzić, że znajduję się wśród wzgórz Chilterns30.
Wjechałem do Polski bez zbędnych formalności, przyodziana w zielone mundury straż graniczna była kwintesencją kurtuazji. Teraz wytężałem wzrok i słuch, bo jeśli Gdańsk jest interesujący, to „korytarz” wprost fascynuje. Gdy politycy przedstawiają problemy tego regionu, zapominają dodać, jak urokliwe to ziemie. Północna ich część, czyli zasadniczy „korytarz”, znana jest pod nazwą Szwajcarii Kaszubskiej. Górnolotne miano, lecz okolicę cechuje tak niespodziewana uroda, że można wybaczyć tę przesadę. Kartuzy stanowią centrum regionu obejmującego kilkaset jezior, niektórych niezwykle malowniczych, innych zaś zwyczajnych. Większość z nich znajduje się wysoko wśród wzgórz, bo jest tam kilka głębokich dolin. Niekiedy trawa miękko przechodzi w wodę, a niekiedy granicę jeziora wyznacza strome zbocze pola lub lasu. Niekiedy jezioro jest monotonną taflą wody po horyzont, 15 mil wzdłuż i 3 wszerz, niekiedy zaś brzegi gną się i wiją, tworząc istną wycinankę, a niezliczone zielone wysepki przełamują lekko pomarszczoną powierzchnię wody. Myśląc o kaszubskich jeziorach, zapomnijcie jednak o Szwajcarii, choć taką noszą nazwę, wyobraźcie sobie raczej zbiorniki Staines, usytuowane wśród wzgórz za Wendover31.
Wcześnie dokonałem pewnego ważnego odkrycia, a mianowicie, że drogi pierwszej i drugiej klasy są w północnej Polsce całkiem dobre, ale wszystkie niższe kategorie beznadziejne. Próbowałem pojechać do Krzeszny, trasa okazała się po prostu piaszczystą dróżką. Nie tylko nie można było jechać rowerem, ale nawet nie dałem rady go pchać. Zmuszony okolicznościami, porzuciłem George’a i poszedłem piechotą. Wycieczka warta była zachodu, bo Jezioro Ostrzyckie jest bodaj najpiękniejsze ze wszystkich.
W pobliżu Kartuz znajdują się ponoć 173 jeziora, ale śmiem wątpić w tę liczbę – naliczyłem tylko 172. Same Kartuzy mają dwa jeziora, które rozdziela wąski pasek lądu.
Po plątaniu się przez cały dzień w południowej części „korytarza” zajechałem do solidnie wyglądającego hotelu w Kartuzach, po czym ruszyłem na oględziny miasta. Daleko nie zaszedłem, gdyż na tyłach hotelu znajdował się kort tenisowy, gdzie lokalna mistrzyni z miejsca rzuciła mi wyzwanie. Krzepko zbudowana dziewucha, jak na Kaszubkę przystało, drajwy i smecze wyprowadzała z końską siłą. Gdybyż jeszcze miała jakieś pojęcie, dokąd poleci uderzana przez nią piłeczka, to mogłaby nawet zostać tenisistką. Dobrą chwilę mi zajęło uporanie się z nią – w prowincjonalnych miastach na kontynencie Anglik zawsze stoi na gorszej pozycji, ponieważ nie jest przyzwyczajony ani do piłek, które się nie odbijają, ani też do rakiet, które przypominają katapulty – żeby choć jedna z całego ich zapasu robiła „ping”!
Spacerowym krokiem udałem się brukowanymi ulicami w kierunku bliźniaczych jezior; na skrawku ziemi między nimi wznosi się piękny stary kościół – nie muszę chyba dodawać, że z czerwonej cegły. Kartuzy, jak można oczekiwać, wzięły swoją nazwę od zakonu kartuzów, który kiedyś miał tutaj znaczący klasztor. Jedyna jego pozostałość to właśnie ów kościół wraz z usytuowaną z boku kaplicą, niegdyś klasztornym refektarzem. Kościelne wnętrze jest przecudownie papuzie – barok w swej najpierwotniejszej formie. A jednak spodobały mi się rzeźbione stalle i tryptykowy ołtarz, chociaż mieniące się wszystkimi kolorami łuki sklepienia kłuły mnie w oczy. Dysonans był potworny – szlachetne drewno, które z wiekiem nabrało wspaniałej brązowej barwy, w zetknięciu z kolorystyczną wizją właściciela cyrku. Jakby człowiek oglądał świeżą wiejską dziewczynę stojącą obok lafiryndy z Piccadilly.
Ściemniało się wszakże, a gęstniejący mrok rozjaśniała jedynie skwiercząca świeca przed ołtarzem. Znikła pstrokacizna nade mną i mogłem spokojnie posiedzieć – odpocząć duchem i ciałem, jedno i drugie było mi potrzebne po męczącym dniu. Byłem sam, panowała kompletna cisza, którą raczej podkreślało, niż mąciło, tykanie zegara. Wreszcie, przepełniony cudownym spokojem, wstałem i skierowałem się do wyjścia. I nagle potknąłem się przerażony – w kościele był duch! Wziąłem się w garść – rzecz jasna żadnych duchów nie ma. Ale przecież – tam pod chórem – jakiś biały kształt unosił się w powietrzu! Kiedy oczy przywykły mi już do ciemności, zdołałem nawet rozpoznać tę postać – okryte luźną szatą ciało z rozpostartymi skrzydłami – anioł! To była pocieszająca myśl. Jeśli już mam spotkać ducha, to lepszy anioł niż co innego. Lecz ciągle się wahałem. Czy mój mózg uległ nastrojowi panującemu w kościele? A może byłem przemęczony i umysł płatał mi dziwne figle? Świetnie jednak zdawałem sobie sprawę, że nie mam omamów – byłem trzeźwy i przy zdrowych zmysłach. Bez wątpienia pod chórem latał anioł. Jak powinien postąpić człowiek na widok anioła? Zatęskniłem za pomocnym poradnikiem Savoir-vivre dla każdego wraz z elementami etykiety. Choć może i on by nie wystarczył, by sprostać anielskiej etykiecie.
Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
Rozdział dostępny w pełnej wersji
1 Oswald Mosley (1896–1980) – lider faszystów brytyjskich w latach 30. i 40. XX w. (Jeśli nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczki).
2 Aung San (1915–1947) – birmański generał i polityk, od 1946 r. premier kraju.
3 To około 300 stron drukiem, czyli objętość przeciętnej książki.
4 Bernard Newman, Rowerem po Polsce (fragment), tłum. Janina Zubrzycka, zeszyt 4, rocznik I, s. 37–56, Stanisławów 1938.
5 Bernard Newman, Huculi, tłum. Aleksandra Ruszczak, [w:] Dawne Pokucie i Huculszczyzna w opisach cudzoziemskich podróżników. Wybór tekstów z lat 1795–1939, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2014, s. 218–254. Cytowana opinia znajduje się na s. 217.
6 Za: https://www.merriam-webster.com/dictionary/ghetto , dostęp: 24.10.2020.
7 https://sjp.pwn.pl/doroszewski/getto;5430066.html , dostęp: 24.10.2020.
8 Należący przed 1914 r. do Niemiec, a przyznany po I wojnie światowej Polsce obszar Pomorza Gdańskiego (bez Gdańska) był w rewizjonistycznej propagandzie niemieckiej określany mianem „korytarza pomorskiego/polskiego”, bowiem oddzielał Prusy Wschodnie od reszty Rzeszy. W mniej ścisłym znaczeniu, którego używa tu Newman, termin „korytarz” oznacza także inne tereny, które po 1918 r. weszły w skład państwa polskiego, a rościły sobie do nich pretensje inne państwa, zwłaszcza Niemcy – przyp. red.
9 Autor posługuje się dawną nazwą Stambułu, zmienioną w 1930 r.
10 Najdalej na zachód wysunięty punkt Anglii na Półwyspie Kornwalijskim.
11 Polska nazwa tej dzielnicy Gdańska to Nowy Port.
12 Newman posiłkował się w swoim reportażu dwojaką miarą – będąc Anglikiem, liczył odległości w jardach (1 jard to 91,44 cm) i milach (1 mila to 1609 m), jednak gdy przytaczał wypowiedzi rozmówców lub lokalne źródła, zachowywał stosowany przez nich system metryczny (Wielka Brytania przyjęła ten ostatni dopiero w 1985 r.), które to różnice pozostawiono w przekładzie.
13 Obowiązującą walutą na terenie Wolnego Miasta Gdańska był gulden gdański, który odpowiadał 1 złotemu polskiemu.
14 Ernest Benn (1875–1954) – znany brytyjski wydawca, pisarz i publicysta polityczny.
15 Stereotypowe uosobienie idioty, którego bawi byle co.
16 Autor jednak nie do końca opanował nasz język, w tym wypadku jest ich dziesięć.
17 Zob. The Blue Danube: Black Forest to Black Sea [pierwsze wydanie w 1935 r.]. (Uwagi w nawiasach również pochodzą od tłumaczki).
18 Autor używa tu tego określenia w sensie potocznym, jednak odnosi się zasadniczo do Głównego Miasta, czyli centralnej części Śródmieścia, gdzie znajduje się większość reprezentacyjnych zabytków (Bazylika Mariacka, Ratusz, Złota Brama i in.). Historyczne Stare Miasto znajduje się nieco dalej na północ od Głównego.
19 Mowa tu o tzw. kolei spichrzowej, bocznicy powstałej w 1884 r. staraniem kupców gdańskich. Jednak z uwagi na zagrożenie pożarem wagony nie były ciągnięte przez lokomotywę, lecz konie prowadzone przez człowieka – autor nie miał się więc czego obawiać. Zob. http://ibedeker.pl/spacery/kupiecka-kolej-na-wyspie-kolej-spichrzowa/ , dostęp: 30.09.2020.
20 Dzisiejsza ul. Mariacka.
21 Dzisiejsza ul. Długa.
22 Długi Targ.
23 Dwór Artusa.
24 Obecnie kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, nazywany częściej Mariackim.
25 W istocie przed 1308 r. (zajęcie miasta przez Krzyżaków) Gdańsk wraz z Pomorzem wchodził już z przerwami w skład państwa polskiego – przyp. red.
26 Wyspa Spichrzów.
27 Należy wszakże dodać w tym miejscu, że nie spotkałem Polaka, który by się z tym zgodził. Każdy wysuwa argument, że Wisła to czysto polska rzeka, i nie do pomyślenia jest, by jej ujściem władało jakieś obce państwo.
28 Nazwisko stworzonej przez Davida Lowa w kwietniu 1934 r. komiksowej postaci – uosobienia szowinizmu, banału oraz zwykłej głupoty.
29 Dzisiejsze Siedlce.
30 Pasmo niewysokich wzgórz na zachód od Londynu, słynne z malowniczości.
Tytuł oryginału
Pedalling Poland
Copyright © 1935 by Bernard Newman
The right of Bernard Newman to be identified as the Author of the Work has been asserted by him in accordance with the Copyright, Designs and Patents Act 1988.
Projekt okładki i opracowanie typograficzne
Marcin Słociński
Opieka redakcyjna
Krzysztof Chaba
Weryfikacja merytoryczna
Tomasz Babnis
Adiustacja
Maria Zając
Korekta
Justyna Techmańska
Joanna Kłos
Opracowanie typograficzne
Dariusz Ziach
© Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2021
ISBN 978-83-240-7996-4
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569 , e-mail: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Angelika Duchnik
