Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia. Między wiarą, terapią a biznesem - Monika Sobień-Górska - ebook + audiobook + książka

Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia. Między wiarą, terapią a biznesem ebook

Monika Sobień-Górska

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W co wierzymy, gdy nikt nie patrzy

Przez rok poznawałam świat nowej duchowości, by sprawdzić, co naprawdę kryje się pod obietnicami poznania sensu, zyskania sprawczości i „zmiany życia”, które zalewają Instagram i nasze głowy. Siadałam w kręgach kobiet, brałam udział w szamańskich ceremoniach, ustawieniach hellingerowskich i kursach manifestacji. Rozmawiałam z duchowymi przewodnikami z internetu i z ludźmi, którzy im zaufali. Widziałam ulgę, ekstremalne emocje, poczucie wspólnoty, ale też manipulację udającą wsparcie i duchowość opakowaną jak towar.

To strefa cieni. Wejście do tego świata czasem naprawdę pomaga: daje język do opisu cierpienia i chwilowe ukojenie. Innym razem balansuje na granicy psychologii i magii albo bezceremonialnie ją przekracza. A po drugiej stronie zamiast odpowiedzialności pojawia się „energia”, realne problemy przykrywa zaś obietnica, że Wszechświat zdecyduje za nas.

Sprawdzałam to wszystko na własnej skórze. Przyglądałam się wierze w radykalne wybaczanie, w wysokie wibracje i działanie technik, które szybko i bezboleśnie mają naprawić nam życie. I zadawałam sobie pytanie: kto tak naprawdę zyskuje na sprzedaży nadziei.

To książka o głodzie sensu w świecie wypalenia i lęku.

O nadziei, która czasem ratuje, i o tej, na której się zarabia.

O duchowości, która nie zawsze jest niewinna, i o tym, że czasami naprawdę dzieje się magia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 378

Data ważności licencji: 4/22/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszystkim, których potrzeby duchowe

stoją w sporze z głosem rozsądku

i którzy nie wiedzą, co z tym zrobić.

Wstęp

Szarlatani?

Do portfela wkładasz końcówkę ładowarki, której drugą część podłączyłaś do kontaktu. Zamykasz portfel. Teraz wysyłasz intencję do wszechświata: intensywnie myślisz o tym, co chcesz, by się spełniło. Na przykład: żeby ten portfel był naładowany pieniędzmi. Oczami wyobraźni widzisz go wypchanego banknotami, w myślach już je wydajesz. Dziękujesz wszechświatowi, że pieniądze płyną do ciebie zawsze, z każdej strony. To nic, że na razie portfel jest pusty. Zostawiasz go na noc z podłączoną ładowarką. Musisz wierzyć, że następnego dnia pieniądze jakoś do ciebie trafią.

***

Budzisz się rano. Jeszcze na wpół senna sięgasz po notesik. Bierzesz do ręki długopis, koniecznie z niebieskim atramentem (niebieski jest kolorem kreacji, manifestacji i „bardzo silną wibracją”). Zapisujesz swoje pragnienia, notujesz, co przychodzi ci na myśl, bo to „idzie z twojego wyższego ja”. Ale w czasie przeszłym, w trybie dokonanym, jakby już się spełniły. Możesz dziękować za kawę, którą ktoś ci dziś sprezentował, za propozycję pracy, za kolejnego klienta w twoim sklepie, za to, że dziecko dostało piątkę z polskiego. To się jeszcze nie wydarzyło, ale już się z tego cieszysz, już zachowujesz się tak, jak gdyby się stało. Dzięki temu „nastrajasz się energetycznie” na przyjęcie tego, czego pragniesz.

Odkładasz notatnik, ruszasz w swoją codzienność. Jeśli uwierzyłaś w to, co zapisałaś, wkrótce powinno się wydarzyć.

***

Już prawie zasypiasz. Łapiesz ten ulotny moment, gdy mózg przestaje wirować na dziennych obrotach – na falach beta – i osuwa się w fale alfa, w tę miękką strefę relaksu, która kołysze cię do snu. Właśnie teraz, podobnie jak podczas medytacji, gdy mózg pracuje na falach theta, twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka.

Wyobrażasz sobie drabinę. Widzisz ją wyraźnie, podchodzisz, kładziesz dłoń na szczebelku. Pod palcami czujesz fakturę drewna – jego chłód, twardość, chropowatość. Zaczynasz się wspinać. Szczebel po szczeblu. Coraz wyżej. Rozglądasz się. Zapadasz w sen.

Następnego wieczoru powtórka. Także w ciągu dnia kilka razy powtarzasz sobie: „Nie wchodzę po drabinie, nie wchodzę po drabinie”.

Teraz uwaga: w ciągu najbliższych trzech dni w zupełnie nieoczekiwanym miejscu stanie przed tobą prawdziwa drabina.

To będzie znak od wszechświata.

Czytaj go tak: jeśli zaprogramujesz swoją wyobraźnię na tyle mocno, że fizycznie poczujesz to, co sobie wymyśliłeś (czyli autentycznie przeżyjesz tę scenę ze wszystkimi towarzyszącymi jej emocjami), to doświadczenie zmaterializuje się w prawdziwym życiu. Wtedy jaka różnica, czy wspinasz się po drabinie, czy jeździsz nowym Bentleyem?

Sky is the limit.

***

Pierwsza porada pochodzi z instagramowego profilu „Moje wymarzone życie”, który prowadzi Solomiya Kozera. Obserwuje ją osiemdziesiąt pięć tysięcy użytkowników.

Opis profilu: „Manifestuj swoje wymarzone życie za pomocą markera, kredek i lekkich praktyk, metod i technik” 1.

Solomiya jest certyfikowaną instruktorką neurografiki, metody pracy z ludzką psychiką i uwalnianiem emocji, którą stworzył rosyjski psycholog Paweł Piskariew. Technika „ładowania ładowarką portfela” nie należy jednak do żadnej z technik neurografiki, ale z pewnością stanowi świetny pomysł na marketing i budowanie zasięgów. To właśnie „ładowanie portfela” i „technika paragon” mają najwięcej wyświetleń. Kozera wrzuca filmiki z tymi metodami kilka razy w miesiącu.

Czym jest „technika paragon”? Trzeba zbierać paragony ze wszystkich zakupów i pisać na ich odwrocie: „Wszystkie pieniądze, które wydałam, już wróciły do mnie w tysiąckrotnym wymiarze”, wyjaśnia Solomiya ciepłym, ale rzeczowym tonem. „Technika ta to programowanie umysłu i nakierowanie swojej uwagi na rzeczy, których chcesz w tym momencie. Manifestuj zwrot swoich wydatków w tysiąckrotnym rozmiarze, w bonach, premiach, w wolnych miejscach parkingowych czy w miłości międzyludzkiej. Za każdym razem, kiedy masz paragon, wykorzystaj tę technikę, skup swoją uwagę na tym, czego najbardziej pragniesz. Paragonów nie musisz zatrzymywać, możesz je spokojnie wyrzucić. Chodzi o uwagę poświęconą tylko dla siebie i na swoją manifestację. Pamiętaj o regularności. Im więcej razy to zrobisz, tym częściej zobaczysz swoje rezultaty. Jak ci się spodobało, to koniecznie mnie zaobserwuj”.

Rolki z „techniką paragon” mają w sumie milion wyświetleń. Wygenerowały ponad pół miliona komentarzy, w których ­ludzie karnie powtarzają hasło o zwrocie swoich wydatków – z nadzieją, że dzięki temu wzmocnią „przekaz dla wszechświata”.

Zdaniem autorki metody to wzmocnienie działa jak trening podświadomości: szybciej programuje nas na to, byśmy sami sobie pozwolili być bogatymi. Przyzwyczaja umysł do myśli, że ma się duże pieniądze. Im częściej powtarzasz, tym mocniej wierzysz. Im mocniej wierzysz, tym szybciej przychodzą pieniądze.

A że przy okazji w algorytmach Instagrama każdy komentarz zwiększa zasięgi posta autorki – cóż, to już inna sprawa.

Autorką drugiej porady jest Sylwia Kornas, która wraz z mężem prowadzi w Krakowie szkołę coachingową. Opierają się na metodach i technikach Boba Proctora (nieżyjącego już mówcy motywacyjnego, autora technik pracy z podświadomością, z elementami duchowości, pracy z celami). Sylwia prowadzi też grupę na Facebooku. Nazwała ją „Kreuj swoją rzeczywistość”. Grupa ma siedemdziesiąt sześć tysięcy członków. Sylwia regularnie organizuje na niej lajwy oraz „wyzwania”. Pierwsze, na rozgrzewkę, to przygotowanie kilku­minutowego nagrania na żywo. Masz pokazać tysiącom grupowiczów swoją twarz i opowiedzieć im o swoich marzeniach i celach. Zdaniem prowadzącej jeśli ktoś jest w stanie pokonać nieśmiałość, przełamać blokadę przed publicznym przemawianiem i odważnie wypowie swoje pragnienia na głos, bez trudu poradzi sobie ze znacznie poważniejszymi przeszkodami. Niech ten pierwszy krok niesie uczestniczkę czy – rzadziej – uczestnika do wielkiej transformacji.

Sylwia uważa, że każdy z nas może być, kim chce. Rezultat? Setki kobiet nagrywają drżącymi rękami filmiki, w których mówią, że strasznie się stresują, że jeszcze nigdy nie robiły lajwów, wstydzą się swojego głosu, tego, jak wyglądają, ale nie chcą polec przy pierwszym wyzwaniu. Dostają w nagrodę dziesiątki wspierających komentarzy, że są super, że dają radę, że wszyscy trzymają kciuki za realizację ich pragnień. Najczęściej to zmiana pracy na lepszą, awans, znalezienie miłości, urodzenie dziecka, stanie się milionerką.

Sylwia Kornas chwali swoje grupowiczki, zapewnia, że wyrwie je ze stagnacji, z martwego punktu, w którym utknęły. Wie, jak to zrobić. Na dowód pokazuje swoje zdjęcie sprzed kilku lat. Siedzi na nim przy stole z głową leżącą na blacie. W pokoju panuje rozgardiasz, obok niej malutkie dziecko, które zasnęło po karmieniu. Zmęczona, zaniedbana, niebędąca w stanie zapanować nad swoim życiem Sylwia padła z wycieńczenia. Dla kontrastu wstawia fotografię zrobioną niedawno: uśmiechnięta, pewna siebie, wciąż młoda kobieta. Dla tysięcy osób jest mentorką i drogowskazem, ma świetnie prosperującą firmę i szczęśliwą rodzinę. Sylwia twierdzi, że ta metamorfoza była możliwa tylko dzięki temu, że poznała Boba Proctora. A przede wszystkim za sprawą udanych manifestacji.

Metodę spełniania marzeń, czyli po newage’owemu „manifestacji”, którą opisałam kilka stron wcześniej, Sylwia omówiła w swoim filmiku na YouTubie. Tytuł: Jak manifestować szybko i skutecznie?.

Kornas tłumaczy, że kluczem do ujrzenia, spełnienia w realnym świecie tego, czego chcemy, jest wmówienie sobie, że już w momencie, gdy wypowiadamy swoje pragnienia, są one spełnione. Bo wszechświat zawsze odpowiada „tak” na nasze potrzeby. Tylko nie możemy o nich myśleć „z perspektywy braku”. Nie proszę więc, tylko dziękuję, że już to mam. Choć jeszcze nie mam.

Kluczem okazuje się zatem – to już moja interpretacja – wmówienie sobie nieprawdy jako prawdy. Tak, by umysł uwierzył w nową wersję rzeczywistości i przyjął ją za swoją.

Sylwia Kornas przekonuje, że tak zhakowany umysł wykreuje nową rzeczywistość.

Brzmi to wszystko nie jak pseudonauka, ale jak czysty absurd. Nie jest to natomiast koncepcja samej Sylwii Kornas – raczej nawiązanie do treści głoszonych przez Neville’a Goddarda, zmarłego w latach siedemdziesiątych XX wieku mówcy, mistyka i pisarza. Stworzył on coś, co dziś nazywamy prawem założenia – fundament jednego z najsilniejszych nurtów nowego New Age, opartego na manifestacji, afirmacji i kreacji życia według własnych potrzeb.

To ważne w kontekście próby opisu nowych form duchowości, które dziś wylewają się nie tylko z książek i social mediów, ale także z setek warsztatów, kursów i ceremonii. One, a nie ezoteryka, stanowią dziś – jak sądzę – najsilniejszą alternatywę dla duchowości proponowanej przez religie systemowe. Manifestacja zmienia bowiem cały mit założycielski duchowości. Kluczem do niej nie jest jakiś zewnętrzny wobec nas byt – bóg, duch, tchnienie – stanowisz go ty sam(a).

Idąc tropem manifestacji i większości tez New Age: to nie zewnętrzny Bóg osobowy, ale ty jesteś kreatorem(-ką) własnego życia. Ty jesteś Bogiem, stwórcą okoliczności, szans, potencjałów, nawet materii, która kształtuje i wypełnia całe twoje życie. Manifestacja przenosi punkt ciężkości z zewnętrznej boskiej istoty, z którą ludzkość od setek lat dealuje, dając jej coś i oczekując czegoś w zamian, na człowieka. To on ma odnaleźć w sobie boskość. Ale też wziąć na siebie absolutną odpowiedzialność za własne powodzenie lub porażki.

Ćwiczenie z drabiną to klasyczny przykład teorii ucieleśniania. Jej autorem jest wspomniany już Neville Goddard, a dziś posługuje się nią większość nauczycieli kreowania życia marzeń. Zdaniem Goddarda to nie myśli, które generuje nasz umysł, są najważniejsze – „sekret tkwi w czuciu”. Cała dostępna ci rzeczywistość to wyłącznie twoja świadomość.

O co więc chodzi z drabiną? O to, że jeśli naprawdę się wczujesz, zobaczysz, jak się po niej wspinasz – ten obraz i to czucie zakodują się w twojej podświadomości (czyli tej części twojego „ja”, która w przeważającej mierze kieruje twoimi życiowymi wyborami). A podświadomość zrealizuje ci to w rzeczywistości odbieranej świadomie.

Słucham tego i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to jednak mumbo jumbo. Ale słucham dalej.

Chodzi też o „wejście w energię” czy – uwaga, ważne w nowej duchowości słowo – wibracje zadowolenia, szczęścia, satysfakcji z tego, że „to coś” już się dokonało. Gdy zawibrujesz, wtedy – zdaniem nauczycieli manifestacji – dasz podświadomości sygnał, że coś już się wydarzyło. Wówczas ona będzie musiała uzgodnić swój status ze świadomością i wyrzuci z siebie, nada materialny kształt temu, co jej wgraliśmy. Logiczne? Jasne.

Ważne jest też, by wizualizować tę drabinę w stanie relaksacji, tuż przed zaśnięciem lub zaraz po obudzeniu się, kiedy świadomy umysł nie wszedł jeszcze na analityczne obroty, nie zalał nas kołowrotkiem krytycznych myśli i wątpliwości co do wszystkiego, czego nie umiemy racjonalnie wytłumaczyć. Słowem, jak mawiał Król Julian w filmie Madagaskar: „A teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”.

I jeszcze jedna sprawa – dlaczego mam mówić sobie, że „nie wchodzę po drabinie”, skoro po niej wchodzę? Ano dlatego że przyjmuję, iż to już się dokonało. Ja już na nią weszłam – daję więc swojej podświadomości znak, że to się wydarzyło, i nie muszę o to prosić, bo już to mam.

Wniosek? Bogaty będzie przyciągał bogactwo, a biedny biedę. Zdrowy będzie przyciągał jeszcze więcej zdrowia, a chory jeszcze więcej choroby. Ten, który kocha i akceptuje siebie, to samo dostanie od świata w postaci osób, które spotka, i okoliczności, w jakich się znajdzie. Szczęście przyciąga szczęście, a nieszczęście – nieszczęście.

Drabina ma się nam ukazać najdalej po trzech dniach ćwiczeń. A co ze szczęśliwym związkiem, zdrowiem, pieniędzmi, nowym domem? Po ilu dniach się nam zamanifestują?

***

Próbowałam zbadać, jak duży jest w Polsce rynek nowej duchowości. Nie było to proste zadanie, bo – po pierwsze – jak dotąd nie przeprowadzono badań statystycznych na ten temat. Po drugie, nie podjęto prób wyceny w całości polskiego rynku New Age (czyli usług duchowych połączonych z elementami psychologii, uproszczonej psychoterapii, coachingu i ezoteryki). Istnieją za to badania dotyczące samego rynku ezoterycznego, który stanowi dużą część nowej duchowości. W raporcie Allied Market Research z 2021 roku podano, że jego globalna wartość wynosi około 13 miliardów dolarów, polskiego rynku zaś około 2,5 miliarda złotych 2.

Interesujący okazał się też raport z 2025 roku przygotowany przez firmę Data Bridge Market Research. Oszacowała ona, że wartość światowego rynku samej medytacji wzrośnie z 8,7 miliarda dolarów w 2024 roku (zaledwie dwa lata wcześniej ta sama firma w raporcie wyceniła ten rynek na 5,3 miliarda dolarów) do 34 miliardów dolarów w 2032 roku (tu znów wzrost w stosunku do poprzedniej analizy o prawie 14 miliardów dolarów) 3. Do tego mamy również rynek usług rozwojowo-coachingowych, który w tej chwili miesza się z przemysłem dobrego samopoczucia psychicznego (mental wellness) i ezoteryczno-duchowym. Sam mental wellness globalnie jest wart aż 120,8 miliarda dolarów (dane z raportu Global Wellness Institute z 2020 roku) 4.

Przez pierwszy rok, kiedy pracowałam nad dokumentacją do tej książki, z miesiąca na miesiąc zmieniały się nawet moje chałupniczo wykonywane obliczenia. Rok temu, licząc na piechotę, tylko na Instagramie i Facebooku znalazłam ponad trzysta polskich kont i grup poświęconych rozwojowi duchowemu z elementami rozwoju osobistego. Po roku tych kont jest prawie o sto więcej. Wszystkie mają od kilku do nawet kilkuset tysięcy obserwatorów. Do tego mamy masę nauczycieli i przewodników, którzy świetnie zarabiają na „usługach duchowych”, nie reklamując się w social mediach. Zdobywają klientów dzięki poczcie pantoflowej. Jedno nie ulega wątpliwości – największy wzrost zarówno podaży, jak i popytu na usługi New Age w Polsce przypadł na lata pandemii COVID-19. Dlaczego tak się stało, jak to wpłynęło na duchowość Polaków? W co dziś wierzymy i jak to oddziałuje na zmianę naszej kulturowej mentalności? Chcę się temu przyjrzeć.

***

Popularni polscy nauczyciele, coachowie, terapeuci duchowości i rozwoju osobistego:

Klaudia Pingot (Latam w Quantum i robię medytacje) – 217 tys. obserwatorów na Facebooku, 150 tys. obserwatorów na Instagramie, 438 tys. subskrybentów na YouTubie;

Tamara Gonzalez Perea (Jestem tu, aby pomóc Ci zdobyć swoją MOC) – 493 tys. obserwatorów na Instagramie;

Łukasz Jakóbiak (Droga do szczęścia / Budzę do wolności i obfitości) – 102 tys. obserwatorów na Instagramie, 437 tys. subskrybentów na YouTubie;

Marianna Gierszewska (autorka/coach/ustawienia systemowe) – 336 tys. obserwatorów na Instagramie;

Asia Bobel, Doktor Miłość (nauczyciel relacji i życia bez myśli) – 147 tys. obserwatorów na Instagramie;

Riya Sokół (motywacja i inspiracja) – 105 tys. obserwatorów na Instagramie;

Solomiya Kozera (instruktor neurografiki; Manifestuj swoje każde życzenie za pomocą markera, kredek i lekkich technik) – 84 tys. obserwatorów na Instagramie;

Sylwia Sikorska i Honorata Lubiszewska (Wysokie wibracje, podkast i platforma z kursami o rozwoju duchowym) – 81 tys. subskrybentów na YouTubie;

Barbara Ravensdale (terapeuta duchowy, transformator energii, nawigator w wyższe stany świadomości) – 51 tys. obserwatorów na Facebooku, 16 tys. obserwatorów na Instagramie;

Kasia Nast (Child of the Universe) – 120 tys. obserwatorów na Instagramie;

Patrycja Pruchnik, Nitya Meditation (medytacja/niedualność/przebudzenie) – 33 tys. obserwatorów na YouTubie i 27 tys. obserwatorów na Instagramie

5

.

***

Dominujące uczucia, które mi towarzyszą, kiedy odkrywam te liczby, gdy widzę oczami wyobraźni tysiące osób zawierzających swoje problemy i potrzeby duchowym coachom, to z jednej strony niedowierzanie, z drugiej rodzaj pożałowania, nawet litości. Jak możecie być tak naiwni? – myślę. W czym ci instagramowi nauczyciele mogą wam pomóc, poza opróżnieniem waszych kieszeni?

Ale budzi się też we mnie wielka ciekawość. Dlaczego tak się dzieje? Skala popularności wydaje się za duża, by wrzucić wszystko do worka z etykietą „manipulacja”.

To nie są pojedyncze przypadki. To miliony wyświetleń, setki tysięcy komentarzy, tysiące osób płacących za warsztaty, kursy, sesje. To ludzie, którzy wracają, polecają znajomym, bronią swoich nauczycieli w internecie. Coś musi w tym być – jakaś potrzeba, której nie widać na pierwszy rzut oka. Może głód sensu w świecie, który przestał go oferować? Może desperacja, gdy tradycyjne instytucje – religia, psychoterapia, medycyna – nie dają odpowiedzi wystarczająco szybko lub wystarczająco konkretnie? A może po prostu nadzieja, że da się zhakować rzeczywistość – że istnieje skrót, kod, sekretna wiedza, którą inni dotąd przed nami ukrywali?

O jakie ludzkie potrzeby zatem chodzi? Na co to wszystko pomaga i czy naprawdę może pomóc? W czym szkodzi?

Postanawiam zanurzyć się w ten świat i wszystko to sprawdzić na własnej „duchowej skórze”.

1 Stan na grudzień 2024 roku.

2Astrology Market Size, Share, Competitive Landscape and Trend Analysis Report, by Type (Love Astrology, Vedic Astrology, Natal Astrology, Medical Astrology, Horary Astrology, Electional Astrology, Uranian Astrology), by Mode (Online, Offline), by End User Generation (Gen Z, Millennials, Gen X, Boomers): Global Opportunity Analysis and Industry Forecast, 2021–2031, Allied Market Research, styczeń 2023, https://www.alliedmarketresearch.com/astrology-market-A31779, dostęp: 8.12.2025.

3 Sachin Pawar, Global Meditation Market Size, Share, and Trends Analysis Report – Industry Overview and Forecast to 2032, Data Bridge – Market Research, maj 2025, https://www.databridgemarketresearch.com/reports/global-meditation-market, dostęp: 13.11.2025.

4Definig the Mental Wellness Economy, Global Wellness Institute, listopad 2020, https://globalwellnessinstitute.org/wp-content/uploads/2021/01/GWI_mentalwellnessresearch2020.pdf, dostęp: 8.12.2025.

5 Stan na 12.12.2025 roku.

Rozdział 1

Wchodzę do kręgu

luty 2024 roku

W dużych miastach możesz w nich usiąść codziennie. W mniejszych rzadziej, czasem trzeba dojechać, ale znajdziesz je łatwiej niż psychoterapeutę i są tańsze. Kręgów kobiet przybywa z roku na rok. Nic dziwnego, skoro popyt wciąż rośnie. Czym są i dlaczego kobiety chcą w nich siadać?

Ideą założycielską było odbudowanie czegoś, co nowoczesnym społecznościom odebrały pęd życia oraz praktycznie nieograniczona mobilność – plemienia. Plemienia, a więc wspierającej wspólnoty.

Współczesne kręgi – zdaniem wielu prowadzących – nawiązują do kręgów kobiet, które siadały przed jaskiniami, gotowały pożywienie i czekały na zdobywających to jedzenie partnerów. Czuć w tym naiwny symbolizm – jakby ktoś wziął Disneya, odrobinę antropologii i trochę tęsknoty za czymś, czego nigdy nie było – ale działa. Pomaga uczestniczkom zwizualizować wspólnotę, która w micie założycielskim kręgu stanowi wartość nadrzędną. Bo mit nie musi być prawdziwy, żeby ludzie w niego uwierzyli.

Teraz kobiety, zmęczone obowiązkami, presją bycia idealnymi na wszystkich polach eksploatacji, mają dać sobie chwilę na to, by w spokoju posiedzieć wśród łagodnie do nich nastawionych współuczestniczek, porozmawiać o życiu i zostać wysłuchane bez oceny. I choć kręgi w formie kilkugodzinnych spotkań albo wyjazdowych warsztatów wykwitły masowo w ciągu ostatnich kilku lat, to w Polsce zaczęły powstawać już wiele lat temu.

W świecie kręgów panuje wolna amerykanka. Nie trzeba mieć żadnych pozwoleń, ukończonych szkół, certyfikatów, dyplomów ani czegokolwiek, co potwierdziłoby kwalifikacje psychologiczne czy psychoterapeutyczne osoby zakładającej – czy jak mówi się w tym świecie – zawiązującej krąg. I choć często kręgi są przez uczestniczki traktowane jak substytut psychoterapii albo „stosowane” zamiennie z nią, prowadząca nie daje żadnej gwarancji, że potrafi bezpiecznie przeprowadzić proces, w którym wielokrotnie dochodzi do „otwarcia” traum czy wprowadzenia uczestniczek w silne, trudne emocje. Jest to więc ryzykowne. Ale jeśli spojrzeć na frekwencję – nie boimy się ryzyka, gdy chcemy sobie ulżyć w cierpieniu.

Trzeba zaznaczyć, że w Warszawie takie spotkania w kręgach odbywają się parę razy w tygodniu, w kilku, a czasem kilkunastu różnych miejscach, i w tych kręgach każdorazowo zasiada kilkanaście kobiet. Gdy więc pomnożymy uczestniczki przez liczbę miast i dni w roku, zobaczymy tysiące Polek, które po pracy w korporacjach, po zajęciach w szkole, po odrobieniu lekcji z dziećmi i ugotowaniu obiadu wsiadają w samochody, autobusy i tramwaje, i jadą, by wziąć udział w rytuale nawiązującym do plemiennych wspólnot.

Albo przynajmniej do tego, co za plemienną wspólnotę uznajemy.

***

Warszawa, centrum, sobota, godzina osiemnasta. Znalezienie kręgu na dzisiejszy wieczór zajęło mi kilkanaście minut. Wpisałam w wyszukiwarkę „krąg kobiet Warszawa”, wyskoczyło kilka propozycji. Wybrałam najbliższą.

Zasady wejścia do kręgu okazały się bardzo proste: wrzucasz do słoiczka od osiemdziesięciu do stu złotych. Ale jeśli się zapiszesz, a nie przyjdziesz, więcej do tego kręgu nie wejdziesz, bo to znaczy, że nie szanujesz osób, którym nie udało się dostać.

Zaakceptowałam regulamin, podałam adres mejlowy i zadeklarowałam, że na pewno będę.

Trzy godziny później jestem w dużym mieszkaniu przerobionym na studio jogi. W progu wita mnie uśmiechnięta brunetka. Przedstawia się jako prowadząca. Wyciągam rękę, ale ona pyta, czy możemy się przytulić. Zgadzam się, choć nie jestem przyzwyczajona do tak szybkiego skracania dystansu. W przedpokoju widzę talerze z ciastem. W kuchni kilka dziewczyn – rozmawiają, robią herbatę. Zauważam słoik, z którego wystają banknoty. Rozumiem, że płaci się z góry. Wkładam swoją stówę do słoiczka. Kieruję się do największego pokoju, to w nim zaaranżowany jest krąg.

Obwód kręgu wyznaczają karty. Rzucam na nie okiem, widzę znaki zodiaku. Odchylam jedną, zapisane są na niej jakieś magiczne wskazówki. Wewnątrz karcianego kręgu leżą olejki eteryczne, kryształy, kamienie mineralne, monety, medaliki, a nawet różaniec. Są kwiaty, jest ciasto, dużo świec. Wokół kręgu na matach siedzą już pierwsze kobiety gotowe, by rozpocząć spotkanie. Patrzą ukradkiem jedna na drugą, te bardziej skrępowane wpatrują się w podłogę albo w sufit. Ubrane są wygodnie, w luźne kolorowe spodnie, dresy, mają swoje maty, kocyki. Siadam na podłodze pod ścianą. Jedna z uczestniczek natychmiast proponuje mi dodatkową matę. Czuję się otoczona serdecznością.

Po paru minutach jesteśmy wszystkie. Dosiada się do nas prowadząca, ale najpierw kilka razy obchodzi krąg w milczeniu. Tłumaczy, że sprawdza, w którym miejscu powinna usiąść. Przymierza się do kilku opcji i powtarza: „Czuję miejsce, czuję, gdzie woła mnie energia”. Patrzę na dziewczyny: nawet jeśli coś sobie myślą, nie odbija się to na ich twarzach.

Prowadząca w końcu zajmuje miejsce obok mnie. Tu ją zaprowadziło „czucie”.

Teraz mamy złapać się za ręce, wziąć parę głębokich, „świadomych” oddechów, zamknąć oczy. Robimy to. Wtedy prowadząca wzywa do naszego kręgu kobiety z naszych rodów, nasze przodkinie, boginie, wszystkie kobiety, które nas wspierają, są nam bliskie. Mówi, że możemy zatopić się w tej kobiecej energii, powiedzieć wszystko, co chcemy. Jednocześnie zaznacza, że nie mamy prawa oceniać ­wypowiedzi innych.

Jeżeli koniecznie chcemy coś skomentować, musimy najpierw zapytać o zgodę.

Przychodzi czas na wniesienie do kręgu intencji, z którą przyszłyśmy. Trzeba „wzbudzić ją w sobie i energetycznie wpuścić w krąg”. Otwieramy oczy, puszczamy swoje dłonie, odsuwamy się od siebie o kilkanaście centymetrów. Krąg się poszerza. Prowadząca wyciąga z kieszeni nieduży kamień. Informuje nas, że w kręgu może mówić tylko osoba, która go trzyma. Wtedy nikt nie ma prawa jej przerywać. Kiedy uzna, że skończyła, przekaże kamień osobie z lewej strony.

Rusza pierwsza runda.

Prowadząca mówi o swojej intencji: kobiety są dla niej ważne, chce tworzyć dla nich przestrzeń otwartości, bezpieczeństwa, bliskości. Miała dość trudny rok, wiele rzeczy jej się nie udało, ale jednocześnie czuje w sobie coraz więcej siły, żeby odrzucać presję oczekiwań rodziny i społeczeństwa. Próbuje żyć tak, jak podpowiada jej intuicja. I choć czasem miewa depresyjne nastroje, wie, że idzie w dobrą stronę.

Przekazuje kamień dalej. Wychodzi na to, że będę mówiła jako ostatnia. Czuję ulgę.

Pierwsza uczestniczka od razu zaznacza, że to jej debiut w kręgu, trochę się boi, że nie do końca rozumie, co ma teraz powiedzieć, i najchętniej powiedziałaby później. Puszcza kamień dalej. Druga uczestniczka mówi w podobnym tonie, ale dodaje, że jej intencją jest pobycie w kobiecej energii. Kolejna opowiada, że pracuje w korporacji na wysokim stanowisku i od czasu do czasu zasiada w kręgach kobiet. To dodaje jej energii, bo od dawna „jest w rozwoju duchowym” i wie, że przez lata niepotrzebnie rozdawała siebie na prawo i lewo. Przyznaje, że nie można kochać innych, nie kochając przede wszystkim siebie. Po ciężkim dniu w korporacji chodzi na jogę, na pracę z ciałem, warsztaty rozwojowe i właśnie kręgi kobiet. Nie ma wielkiej intencji, chce po prostu „poczuć siłę w kobiecej mądrości”.

Następna kobieta przyszła tu, bo przeżywa kryzys związany z przejściem na emeryturę. Całe życie była aktywna, od rana do wieczora miała mnóstwo zadań, dzięki temu czuła się potrzebna. Teraz ma czas, ale nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Mąż świetnie odnalazł się na emeryturze, ma swoją pasję i w końcu czas na to, by ją realizować. Ona chodzi z kąta w kąt. Zgubiła gdzieś wolę i sens życia. Do tego doszły problemy ze snem, lęk przed wojną.

– Straciłam na wojnie dużą część rodziny, teraz boję się, że ta ukraińska może przyjść do nas. Nie mogę przez to spać. Chcę od was trochę spokoju, ukojenia.

Kolejna dziewczyna informuje, że jest w kręgu pierwszy raz, że nie ma żadnych oczekiwań. Nie czuje się samotna, ma koleżanki, z którymi spotyka się raz w tygodniu na rozmowy przy drinku, wtedy analizują swoje problemy, dają sobie zrozumienie i wspólnotę. A jednak czegoś jej brakuje. Od szkoły średniej jej jedynym celem w życiu było to, żeby się kształcić, rozwijać, awansować, dużo zarabiać, być kimś. Cała jej rodzina postawiła na jej edukację. Udało się. Skończyła dwa kierunki prestiżowych studiów, zrobiła MBA. Mozolnie, krok po kroku wspinała się po drabinie korporacji. Będąc w tak młodym wieku, osiągnęła już prawie szczyt. I co się okazało? Że nie jest szczęśliwa. Nie wie, czy chce być tu, gdzie jest. Czuje w życiu wielką pustkę i nie ma pojęcia, czym ją zapełnić. Przekazuje kamień.

Kolejna dziewczyna, na oko dwudziestokilkulatka, jest bardzo ruchliwa, nadpobudliwa. Wstaje z maty, przesuwa ją, znów na niej siada. Kilka razy poprawia na sobie ubranie, jakby ciągle coś ją uwierało. Spod białego T-shirtu i opuszczonych nisko na biodra beżowych dresów wyłania się bardzo szczupłe, wychudzone ciało.

– Słuchajcie, po pierwsze, wielkie sorry za komórkę – mówi i wtedy dostrzegam, że faktycznie nie wypuszcza telefonu z ręki.

Zgodnie z zasadami kręgu telefon powinien być wyłączony i głęboko schowany. Dziewczyna patrzy błagalnym wzrokiem na prowadzącą, która jest wyraźnie skonfundowana, ale nie każe jej odłożyć urządzenia.

– Prowadząca mnie zna, bo już kilka razy tu byłam – wyjaśnia nadpobudliwa dwudziestokilkulatka. – Dziś naprawdę u mnie wyjątkowa sytuacja. Jest jeden facet… On jest dla mnie cholernie ważny. Jesteśmy jakby razem. To znaczy byliśmy, bo on mnie rzucił, przestał się odzywać.

Dziewczyna milknie. Zawiesza wzrok na bliżej nieokreś­lonym punkcie. To trwa. Prowadząca nic nie mówi. My, uczestniczki, patrzymy po sobie.

– Bo wiecie – w końcu do nas wraca – on mi zarzuca, że nie jestem kobieca! – Nagle wstaje, obraca się wokół własnej osi, otwiera ramiona, jakby chciała dokonać szybkiej autoprezentacji. – Ale ja nigdy nie czułam się dobrze w sukienkach. Moja mama czy siostra to co innego, ale ja zawsze inaczej pojmowałam kobiecość. W ogóle jestem inna, nie pasuję do tego świata. No ale ten… – Dziewczyna znów siada na macie. Szybko bierze telefon do ręki, sprawdza coś. – Na nikim mi tak nie zależy jak na nim. Cały dzień się trzęsę, bo on mi w końcu odpisał. A wcześniej mnie zghostował totalnie. Czułam się jak śmieć, nic niewarta. – Zaczynają jej drżeć ręce. Sięga po stojący obok maty bidon, pije. Wygląda przez okno. Po chwili kuca, nerwowo szuka czegoś pod matą. Nic nie znajduje. Wtedy znów siada w kręgu i patrzy na nas jakby spokojniej. – To nie jest tak, że ja w ogóle nie mam ludzi koło siebie, bo siostra albo mama piszą do mnie codziennie. Ale to mnie nie zaspokaja. Nie czuję się spokojna ani kochana. Ale jak on napisze, to od razu czuję taką błogość i że jestem fajna, atrakcyjna. Rzucił mnie, ale teraz jest szansa, że wróci. Albo chociaż napisze, dlatego rozumiecie, że nie chcę przegapić tej wiadomości. Być może będę musiała wcześniej wyjść z kręgu. A, miałam powiedzieć o intencji, ale spoko, na razie muszę ogarnąć myśli.

Bardzo stresuje mnie ta sytuacja. Boję się, że ta dziewczyna jest na skraju załamania. Może wzięła jakieś narkotyki? Prowadząca się jednak nie odzywa, a dziewczyna mówi dalej, choć sama przyznaje, że do końca nie wie co. Chciałaby wreszcie być wysłuchana, zauważona, doceniona. W końcu niechętnie oddaje kamyk. Przechodzi jeszcze przez ręce dwóch milczących kobiet i ląduje w mojej dłoni.

***

Miałam sporo czasu, żeby się zastanowić, co powiedzieć. Postanowiłam powiedzieć prawdę.

A prawda jest taka, że nie chodzi mi wyłącznie o zbadanie trendu, nowej mody na głębsze poznanie siebie za pomocą duchowego oświecenia w wersji instagramowej. Chodzi też o miejsce, w którym sama się znalazłam.

Kiedy studiowałam scenariopisarstwo w Szkole Wajdy, usłyszałam od jednego z wykładowców pewną radę. Po latach odezwała się ona do mnie z czeluści podświadomości, kiedy przedstawiałam wydawcy pomysł na tę książkę. Rada brzmiała: pisz o tym, o czym już wiesz albo bardzo chcesz się dowiedzieć – będzie ci łatwiej.

No więc ja o rozwoju duchowym wiem sporo. Ale jeszcze więcej chciałabym się dowiedzieć, bo moja ścieżka została kilka lat temu zresetowana.

Mówię to wszystko na głos. Do kręgu. Kilkanaście par oczu patrzy na mnie wyczekująco.

Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny. Do mniej więcej trzydziestego piątego roku życia potrzeby duchowe „załatwiał” dla mnie Kościół katolicki. Jako dziecko, a potem młoda dziewczyna śpiewałam w scholi, przeszłam wieloletnią formację w ruchu oazowym. Byłam nawet animatorką – nauczycielką młodszych, przewodniczką. Regularnie chodziłam do kościoła, przyjmowałam sakramenty. Ale gdzieś po trzydziestce zaczęło się we mnie coś zmieniać. I nie była to zmiana prowokowana zewnętrznymi uwarunkowaniami – tak przynajmniej to czuję – czyli aferami w strukturach Kościoła. Nie miałam przy tym żadnej osobistej sytuacji, która stałaby w sprzeczności z naukami katolickimi, takiej jak rozwód, procedura in vitro i temu podobne.

Po prostu pewnego dnia, stojąc w kościele, poczułam w tych naukach zgrzyt, fałsz. Po raz pierwszy wychyliłam na centymetr głowę z katolickiej skorupy, którą byłam grubo obudowywana od urodzenia, stanęłam obok i złapałam pierwszy oddech krytycznego myślenia. Cały mit założycielski katolicyzmu oparty na motywie długu, który człowiek bez własnej woli zaciąga w postaci grzechu pierworodnego, wydał mi się okrutny i absurdalny.

Kiedy postanowiłam się nieco wychylić, nie obeszło się bez strachu, potwornych wyrzutów sumienia, nerwicowych zachowań – ale nie umarłam, świat się nie zawalił. Przeciwnie, okazał się znacznie ciekawszy, wielowymiarowy. Krytyczne myślenie nabrało rozpędu. Przepuszczałam przez to, co czuję, co myślę, jakie wartości są mi bliskie, kolejne dogmaty i zaczęłam w nich dostrzegać bezlitosną opresję, butę i narcyzm instytucji, która uzależniając mnie od siebie od urodzenia, sprawiała, że oddalałam się od samopoznania. Dawała niemożliwe do zakwestionowania odpowiedzi na każde transcendentne pytanie.

Przez rok, może trochę więcej, wydawało mi się, że jestem po prostu ateistką. Ale okazało się, że to była kwarantanna. Przekonałam się, że mam w sobie duchowość, czuję silną potrzebę dostrzeżenia niematerialnego aspektu życia. Potrzebuję ją w sobie realizować, szukać odpowiedzi na pytanie: „kim jestem?”. Nie wiem, czy to leży w mojej naturze, czy kulturowo zaszczepili mi to rodzice, a później szerzej – społeczeństwo. Być może jestem na to bardziej podatna niż inni. Ale potrzebuję sprawdzić, co dziś świat proponuje ludziom takim jak ja. Tym, którzy wyszli z Kościoła, ale chcą swoją duchowość realizować, chcą widzieć w świecie element transcendentny. Może też zaspokoić potrzebę przynależności do grupy o podobnych wartościach, potrzebę bycia częścią wspólnoty.

Szukałam w różnych miejscach, a kręgi kobiet są teraz tak liczne, że najprościej było pójść i zobaczyć, o co w tym chodzi.

***

Zapadła cisza. Poczułam niepokój. Może powiedziałam coś, co nie pasuje do tego miejsca? Nie mówiłam nic o kobiecej energii, o potrzebie wsparcia przez przodkinie, może za bardzo wywaliłam z tym Kościołem i one teraz czują, że coś na nich testuję? Zaraz mnie wyrzucą z tego kręgu – im bardziej się wewnętrznie karciłam, tym szybciej waliło mi serce.

– Dzięki, Monika, fajna intencja, czuję to – odzywa się prowadząca.

Jej aprobata uruchamia pozostałe uczestniczki. Pomrukują coś w stylu: „Tak, fajnie, dzięki, że się podzieliłaś”. Jedna kiwa głową, inna uśmiecha się do mnie współczująco. Trzecia mówi cicho: „Też przez to przechodziłam”. Czwarta wyciąga rękę i przez chwilę trzyma moją dłoń. Jest dla mnie miejsce w tym kręgu.

Czas na drugi punkt spotkania – medytację. Prowadząca każe nam przyjąć wygodną pozycję, możemy się położyć, przykryć kocami. Kojący, cichy, rytmiczny głos prowadzącej, która robi z nami kilka świadomych oddechów, mówi, byśmy połączyły się ze swoim wyższym „ja”, a ja… zasypiam.

Kiedy się budzę, trwa już przerwa, można iść do toalety, zrobić sobie herbatę, zjeść ciasto i owoce. Idę do kuchni, słyszę głosy coraz bardziej ośmielonych kobiet. Dziewczyny mówią, że dużo ćwiczą, praktykują jogę, dziennik wdzięczności, energię kundalini. Jeszcze wtedy niewiele z tego rozumiem. Patrzę na ich gesty, nie wiem, czy się pilnują, czy naprawdę są aż tak serdeczne, ale co chwilę któraś proponuje, że zrobi herbatę, że ustąpi miejsca w kolejce do toalety. Jakbym znalazła się w jakiejś osobnej rzeczywistości, w której nie ma przepychania się łokciami, wszechobecnej konkurencji, wyścigu o kolejny medal, żeby go obfotografować i umieścić zdjęcie na Instagramie.

***

Wracamy do kręgu. Teraz druga runda.

Mamy powiedzieć, co w nas nowego, jakie odczucia, myśli zrodziły się przez te pierwsze półtorej godziny. Wszystko jest ważne.

Kobiety są bardziej rozmowne. Jedna wali wprost, że zmarnowała siedemnaście lat na małżeństwo z mężczyzną, z którym byli kompletnie niedopasowani. Ona wie, że nie chce być sama, a jednocześnie wszystkich, których poznaje na Tinderze, odrzuca, bo nie ma dziś fajnych facetów. A jak nawet się jakiś pojawi, to w niej jest blokada, bo chyba nie umie się już bawić w kompromisy.

Kolejne kobiety wypowiadają okrągłe zdania o wdzięczności i kobiecej energii, aż przychodzi kolej tej pod kocem, porzuconej przez chłopaka. Oddycha z ulgą. Dzięki nam poczuła się lepiej, pierwszy raz od tygodni ma nadzieję, że może da radę, choć wie, że jeszcze przed nią piekło do przejścia. Przyznaje, że zdaje sobie sprawę z tego, że może coś z nią jest nie tak, skoro cały czas ktoś ją porzuca. Prawdopodobnie ma w sobie jakiś schemat, który musi uleczyć i dopiero wtedy spróbować otworzyć się na nowy związek. Dziś przed przyjściem tu była pewna, że zgłosi się na SOR, bo nie da rady być sama tej nocy. Teraz, po pobycie z nami w kręgu, czuje, że może wrócić do domu, może parę dni jeszcze przetrwa bez szpitala.

Kobieta, która przemilczała poprzednią rundę, mówi, że przez wiele lat była w toksycznym związku, z którego w końcu udało jej się uwolnić. Odeszła od męża, który ją bił, poniżał. Od pół roku jest w nowej, zdawałoby się, wspaniałej relacji, ale kilka dni temu wydarzyła się przykra rzecz, właśnie dlatego przyszła.

– Dziewczyny, powiedzcie, czy aby nie przesadzam, może za bardzo się czepiam? – zaczęła niepewnie. – On był ideałem, a teraz nagle jakby ktoś mi podmienił faceta. Trzy dni temu dostałam awans w pracy. Walczyłam o niego prawie rok, ­musiałam spełnić tak wyśrubowane cele handlowe, że nikomu w firmie się to nie udało. A ja dopięłam swego i będę miała ­prawie dwa tysiące na rękę więcej do każdej pensji! W drodze powrotnej z pracy kupiłam szampana. W domu czekał on i moje córki, które zdążyły wrócić ze szkoły. W progu powiedziałam, co dziś świętujemy. Na co on spojrzał na mnie z obrzydzeniem i wypalił przy dzieciach: „Dał ci ten awans, bo ubierasz się do pracy jak kurwa i jemu się to podoba”. Miał na myśli mojego szefa. Nogi się pode mną ugięły. Jakbym słyszała mojego ojca, który zabraniał mamie wkładać sukienki krótsze niż do kolan, żeby nie kusiła facetów. Mój były mąż też miał takie teksty, posuwał się do bicia, dlatego się rozwiodłam. A teraz zaczyna się to samo. Wczoraj znowu coś podobnego powiedział: że za dużo czasu spędzam z koleżankami, że przez to zaniedbuję dom. Że się do niego nie uśmiecham, jak powinnam. Dziewczyny, nie wiem, co robić. Poradźcie coś, bo się wystraszyłam. Ten facet był do tej pory boski. Związałam się z nim, idąc za głosem swojego serca, za głosem intuicji.

Podaje kamień dziewczynie siedzącej obok mnie.

Dziwię się, że nikt, a zwłaszcza prowadząca, nie zwraca uwagi na to, że być może kobieta potrzebuje pomocy profesjonalnej psychoterapeutki, a nie tylko przyjaznego kręgu kobiet, które poklepują się po plecach i zapewniają: „Jestem z tobą, będzie dobrze”.

Biorę oddech i mówię najdelikatniej, jak umiem:

– Dziewczyny, bardzo ciekawie się was słucha, jest to moje pierwsze doświadczenie przebywania w takim kręgu i tak na teraz chciałabym powiedzieć jedno. Wiele z was podkreśla, że kluczem jest pójście za swoją intuicją, za głosem serca. Tylko wydaje mi się, że często to, co nazywamy głosem serca, okazuje się głosem schematów, programów przywiązań, którymi nasiąkłyśmy od najmłodszych lat w rodzinach. I nie mówię tego jako psycholożka ani jako certyfikowana terapeutka, ale jako kobieta, która przyjmuje konwencję tego spotkania i dzieli się z wami własnym doświadczeniem. Wszystko dobre, co zaczęło się dziać w moim życiu w kontekście relacji, zawdzięczam temu, że pewnego dnia po latach porażek sprzeciwiłam się głosowi pseudointuicji i zrobiłam coś wbrew temu, do czego pchało mnie to mityczne serce. I doszłam do wniosku, że myliłam głos intuicji czy serca z programem, który ciągnął mnie do powtarzania w kółko tego samego toksycznego działania. Może kolejny raz zróbcie po prostu odwrotnie? A poza wszystkim może warto udać się do psychoterapeuty, a w przypadku tak silnych lęków, jak tu widzę u niektórych, to nawet do psychiatry?

Zapada cisza. Oddaję kamień prowadzącej. Chwilę milczy. W końcu wypuszcza powietrze.

– Monika ma rację, ja też tak rozumiem intuicję – mówi. – Można ją wziąć za coś, czym ona nie jest. W swoim życiu wiele rzeczy brałam za intuicję: program, który miałam wgrany przez rodziców, otoczenie, ludzi, którzy chcieli mnie widzieć w określony sposób. Myślałam, że on jest właśnie głosem intuicji. A teraz weźmy się za ręce i zróbmy krąg. Podziękujmy wszystkim boginiom, kobietom z naszego rodu, naszym przodkiniom, które nas tu dziś wspierały.

W przedpokoju zakładam buty. Podchodzi do mnie dziewczyna, ta porzucona, która siedziała pod kocem. Ta, która chwilę wcześniej mówiła, że musi odpocząć od facetów, przepracować schematy, przez które bez przerwy wpada w to samo miejsce.

– Gdzie ty poznałaś tego swojego męża? Tego faceta, o którym mówisz, że spełniłaś z nim marzenie o szczęśliwym ­związku?

– Podczas wywiadu, który z nim przeprowadzałam – odpowiadam zaskoczona pytaniem.

Na twarzy młodej kobiety maluje się rozczarowanie.

– To nie dla mnie, ja swojego tak nie poznam, nie przeprowadzam wywiadów.

Rozdział 2

Kto mnie wysłucha?

luty 2024 roku

Kim są dziewczyny, kobiety, które w kobiecych kręgach opowiadają swoje historie i szukają w nich pomocy? Po pierwszym spotkaniu mam poczucie, że wiem za mało – ale też, że to „za mało” jest ważniejsze niż szybkie odpowiedzi.

Zaczynam więc szukać i okazuje się, że te dziewczyny są wszędzie: w moim otoczeniu, wśród znajomych oraz ich koleżanek, do których mnie kierują. Wśród kobiet, z którymi wcześniej rozmawiałam o pracy, dzieciach, zmęczeniu. Spotykamy się. Słucham ich opowieści. Zaczynam rozumieć.

Najpierw jest Ewa.

W kręgu, po raz pierwszy od miesięcy, nie myśli o długach matki, o licytacji domu, o pustce w łóżku. Myśli o sobie jako o pięciolatce, choć ma trzydzieści jeden lat. Mieszka w małej miejscowości pod Wrocławiem. Ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Wrocławskim, ale nie zrobiła aplikacji. Od podstawówki rysowała coś w szkolnych zeszytach, w liceum już malowała, po maturze myślała o ASP, nie poszła jednak za głosem serca. Nie dlatego że rodzice zmuszali ją do studiów prawniczych, żeby zrealizować własne ambicje. Przeciwnie, jej mama sama skończyła Akademię Sztuk Pięknych. Ewa jednak od dziecka obserwowała w domu, z jakimi problemami borykają się codziennie ludzie „wolnego ducha”: niezapłacone rachunki, chaos, kłótnie o byle co. To skutecznie ją zniechęciło do wyboru artystycznego zawodu.

Po obronie pracy magisterskiej Ewa spakowała dwie walizki i wróciła pociągiem do domu, by wspierać matkę, która popadła w długi i depresję. Skutek kolejnych nieudanych związków z mężczyznami.

Ojciec Ewy nie żyje od wielu lat. Ona pracuje zdalnie, jest szefową kilkuosobowego zespołu operacyjnego w dużym sklepie internetowym. Pieniądze, które zarabia, idą w znacznej części na spłatę długów matki i próby ratowania domu przed licytacją komorniczą.

Po tym, jak Ewa wróciła, by ratować matkę finansowo i psychicznie, rozpadł się jej związek. Chłopak Ewy uważał, że nie powinna wracać, że matka nią manipuluje. Ewa cierpiała z powodu rozstania, ale poczucie odpowiedzialności okazało się silniejsze niż chęć pozostania w dużym mieście, inwestowania w siebie i relacja z ówczesnym partnerem.

Z matką od początku było trudno. Kłóciły się. Matka odmawiała podjęcia leczenia. Za to podkradała Ewie pieniądze albo wyjeżdżała w środku nocy do któregoś z byłych partnerów. Przez pierwsze pół roku Ewa zaciskała zęby, dawała radę. Później zaczęły się problemy ze snem, z jelitami, ale przede wszystkim pojawiły się dojmująca samotność i poczucie beznadziei. Postanowiła pójść na terapię, ale żeby móc w niej regularnie uczestniczyć, musiała wybrać opcję spotkań online. Po kilku miesiącach doszła do wniosku, że wydaje duże pieniądze, a postępu nie widzi. Marzyła, by znaleźć zrozumienie w kimś, kto ma podobnie albo chociaż chce jej wysłuchać nie dlatego, że Ewa mu płaci. Jednak koleżanki z Wrocławia powoli przestały się odzywać, miały swoje sprawy, robiły karierę, zakochiwały się. Po pół roku, które Ewa spędziła na prowincji, nie pamiętał o niej już nikt z dawnych znajomych.

– Wtedy jak ostatniej deski ratunku uczepiłam się kręgów kobiet – wspomina. – Nie miałam nigdy skłonności mistycznych, nie ciągnęło mnie do duchowości, horoskopów ani wróżek, ale kisząc się na wsi z matką, która co rusz coś odwalała, pracując z domu, przygnieciona odpowiedzialnością, marząc o związku, na który w obecnej sytuacji nie miałam szans, nocami wyłam z samotności i bezradności.

O istnieniu kręgów kobiet dowiedziała się z Instagrama. Znajoma wrzuciła filmik: kobiety paliły na nim kadzidła i gadały o czymś, siedząc w kręgu. Ewa w pierwszej chwili się roześmiała, uznała to za wariactwo.

– Ale życie tak mnie docisnęło, że po paru tygodniach w akcie desperacji pomyślałam: Kurczę, może tam da się z kimś pogadać i zapalić trawkę dla wyluzowania – przyznaje.

Znalazła taki krąg we Wrocławiu. Kobiety nie paliły tam trawki, ale po raz pierwszy od dawna ktoś dał jej przestrzeń do wygadania się. W dodatku nikt nie wchodził jej w słowo, nikt nie scrollował w tym czasie Instagrama ani Facebooka, nikt jej nie oceniał, nie dawał złotych rad.

– Po prostu wywaliłam, co mi leżało na wątrobie, a te kobiety mi nie przerywały. Później zaczęły opowiadać o swoim życiu, a ja chyba po raz pierwszy od dawna poczułam, że nie odstaję od tego świata, że moje problemy nie są z dupy i że w ogóle kogoś obchodzę.

Już podczas pierwszego kręgu Ewa dowiedziała się, że dziewczyny w jej wieku mają długi trzy razy większe niż jej matka i żadnych perspektyw na spłatę. Wychowują chore dzieci. Muszą się mierzyć z toksycznymi teściowymi, które obwiniają je o całe zło tego świata. Poczuła się nie jak w domu, bo we własnym nigdy nie dostała takiego zrozumienia, ale jak w miejscu, do którego zawsze tęskniła.

– Dla mnie to było lepsze niż terapia – opowiada Ewa. – Bo nikt mi nie mówił, co mam w sobie naprawić, tylko zapewniał mnie, że jestem okej taka, jaka jestem, z tym, z czym sobie nie radzę, z tym, co mnie wkurza, z tym, jak myślę o swojej matce. Dostaję w tym kręgu akceptację.

***

– Wdech… Wydech… Przenieś swoją świadomość prosto do serca. – Salę wypełnia aksamitny głos. Dwanaście kobiet z zamkniętymi oczami leży na matach do jogi. Wśród nich Ewa.

Medytacja i ćwiczenia oddechowe to jedne z głównych narzę­dzi stosowanych w procesach duchowych, wewnętrznych transformacjach, które mają pomóc uwolnić trudne emocje zatrzymane w ciałach uczestniczek kręgu, do którego należy Ewa.

– Oddychaj głęboko, świadomie, z miłością – kontynuuje prowadząca, zwracając się do leżących na matach kobiet. – Nie otwieraj oczu. Wdech, wydech. Wróć pamięcią do dzieciństwa. Teraz widzisz siebie, tę małą, kilkuletnią dziewczynkę. Przyjrzyj się jej dokładnie. Tej delikatnej, niewinnej twarzy, łagodnym oczom. Zobacz, jak bezbronna jest ta dziewczynka. Daj jej miłość, akceptację. Nie każ się ulepszać, naprawiać, być inną, grzeczniejszą, mądrzejszą. Zobacz w niej doskonałość. Wdech, wydech. A teraz razem z tą dziewczynką wróć świadomością do dnia, kiedy najbardziej się bała. Kiedy dorosły, ten najbliższy, który miał jej dać poczucie bezpieczeństwa i miłość, zdradził ją, porzucił, zostawił samą. Zobacz to dziecko i poczuj jego lęk. Wdech, wydech. Zobacz, jak bardzo ta dziewczynka czuła się samotna, odrzucona, wyśmiana albo terroryzowana przez dorosłego. Wdech, wydech. A teraz podejdź do niej. Ty, dorosła, podejdź do tego dziecka jak najbliżej, popatrz mu w oczy. Spójrz na tę dziewczynkę z miłością, uznaj jej emocje, jej prawo do strachu, zauważ jej samotność, jej cierpienie. Wdech, wydech. Zobacz jej łzy, zobacz ten ból, który kumuluje się w tym małym ciałku, którego ono nie może pomieścić. Wdech, wydech. Poczuj to razem z tym dzieckiem. Nie powstrzymuj emocji, nie blokuj łez. Niech płyną. Wdech, wydech. A teraz przytul to dziecko. Daj mu tę miłość i czułość, których wtedy nie dostało od dorosłych.

Prowadząca powoli wybudza uczestniczki z transu, w który je wprowadziła. Większość kobiet, w tym Ewa, jest zapłakana.

– Serio czuję się po tym lżej. – Ewa ociera łzy i uśmiecha się po raz pierwszy od dłuższego czasu. – Wiem, że to głupio brzmi, ale to naprawdę działa. Jakbym zrzuciła z siebie kilka kilogramów niepotrzebnego ciężaru. Może ja nie mam co w sobie terapeutyzować, tylko po prostu tak strasznie tęskniłam za byciem częścią jakiejś przyjaznej grupy, w której będę kogoś obchodzić. Jest po prostu miło, ciepło, serdecznie, mogę odetchnąć, uwolnić na medytacji jakiś wyparty ból, poczuć się jak na przyjacielskim babskim spotkaniu. A to, że czasem bywa dziwnie, bo dziewczyny lubią przepowiadanie przyszłości z kart anielskich, palą szałwię i okadzają łona, to już trudno. Nie podważam tego, traktuję to jako niegroźny folklor. Dla mnie najważniejsze jest to, że jestem częścią „stada”. Te kobiety, choć mieszkają daleko i spotykam się z nimi tylko dwa razy w miesiącu, sprawiły, że w tym zafajdanym tunelu zwanym życiem zapala mi się czasem światełko.

***

Karolina trzęsącymi się rękami próbuje wpisać w wyszukiwarkę w telefonie hasło „wulkanizator”. W aucie siedzą dwie córki w wieku wczesnoszkolnym, które Karolina miała zawieźć do matki, żeby zaraz potem szybko dojechać do pracy. Tej dodatkowej, której teraz naprawdę potrzebuje. Ale już wie, że ją straci. Nie dotrze na czas. A spóźnić się na pierwszy event, przy którym ją zatrudniono, to jak podpisać wypowiedzenie. Ale jak ma zdążyć, skoro dwie opony w samochodzie są przecięte.

– Mówiłem ci, że chujowa z ciebie matka – słyszy za sobą męski głos.

Nie musi się odwracać. Poznaje głos swojego jeszcze nie byłego męża.

– Nie tylko matką jesteś chujową. Żoną, pracowniczką… – kontynuuje. – Nie będziesz miała kasy na rozwód, zabiorę ci dzieci, zrobię z ciebie narkomankę, zaje…

– Zamknij się!

Karolina zaciska zęby, spina całe ciało, ale już wie, że nie uda się jej opanować płaczu. Otwiera drzwi, każe dziewczynkom wysiąść z auta. One z niepokojem patrzą na ojca, który głupio się uśmiecha. Karolina płacze.

Ma czterdzieści cztery lata, dwoje dzieci i od roku próbuje się rozstać z mężem. To rozwód typu wojna. Mąż nie chce pozwolić jej odejść. Mści się za to, że po latach znoszenia przemocy psychicznej postanowiła go zostawić. Przedłuża ten rozwód w nieskończoność, nie stawia się w wyznaczonych terminach, nasyła na Karolinę detektywów. Kobieta żyje w permanentnym napięciu. Do tego nie lubi swojej pracy, w której panuje zgniła atmosfera, wszyscy wszystkich obgadują. Ale rozwód tak ją drenuje finansowo, że nie może sobie pozwolić na stratę etatu. Przez dwa lata spała wyłącznie po lekach nasennych, w ciągu dnia łykała antydepresanty.

– Ani mama, ani siostra nigdy nie wsparły mnie w tym koszmarze – opowiada Karolina. – Mama uważa, że od mężczyzny się nie odchodzi, że jak przysięgałam, to mam nieść swój krzyż na dobre i na złe. Ona też znosiła awantury ojca, jego picie, to, że wydzielał jej pieniądze na wszystko. Uważa, że taki jest los, a kobieta powinna za wszelką cenę utrzymać ognisko domowe. Tak samo myśli moja siostra: że niepotrzebnie burzę spokój w rodzinie. W pewnym momencie na moje barki spadło tyle, że myślałam, że oszaleję, że po prostu nie wytrzymam tego i się zabiję. Powstrzymała mnie przed tym myśl o dzieciach. Mam wprawdzie przyjaciółkę, z którą mogłam o tym rozmawiać, ale w pewnym momencie ona straciła już do tego cierpliwość. Powiedziała, że najlepiej by było, gdybym poszła do psychologa albo psychoterapeuty i z nimi to przepracowała. Chodzę na terapię już od półtora roku i myślę, że trochę mi to pomogło. Ale ja po prostu chciałam móc tak normalnie po ludzku pogadać z kimś, kto nie będzie mi okazywał wyższości ani mnie oceniał, tylko zwyczajnie wysłucha. I może coś poradzi, bo moja psychoterapeutka mówi, że nie jest od tego, żeby radzić, tylko żeby zadawać mi pytania. A ja czasem naprawdę potrzebuję kobiecej rady, wsparcia od osoby, która przeszła coś podobnego.

O kręgach kobiet Karolina dowiedziała się na jednej z grup na Facebooku. Wymieniały się tam informacjami kobiety w trakcie rozwodu. Jedna z nich napisała, że chodzi na takie spotkania, że dzieją się tam niesamowite rzeczy, że dostaje się ogromne wsparcie emocjonalne, merytoryczne, a nawet można się tam uzdrowić z chorób duszy. Karolina z ulgą przyjęła, że uczestnictwo w kręgu jest kilka razy tańsze od spotkania z psychoterapeutą. Cena to siedemdziesiąt złotych albo wkład rzeczowy – ciasto lub kanapki.

– Na pierwszym takim kręgu doznałam szoku i wyszłam stamtąd totalnie zdołowana – wspomina Karolina. – Kaliber dramatów był dla mnie nie do zniesienia. Po wyjściu czułam się gorzej, niż zanim tam poszłam. Nie mogłam spać przez kolejne noce, w głowie wyświetlały mi się obrazy z opowieści siedzących w kółku uczestniczek. Jedna mówiła o tym, że przez prawie dziesięć lat była wykorzystywana seksualnie przez swojego ojca, a dziś pakuje się z jednego patologicznego związku w drugi. Inna od lat walczy z uzależnieniem od alkoholu i o to, by sąd przywrócił jej prawo do opieki nad własnym dzieckiem. Jedna historia okazywała się gorsza od drugiej. Na tym tle rzeczywiście moje życie nie wyglądało tak tragicznie, jak myślałam, ale wcale nie zrobiło mi się od tego lepiej. Te wszystkie opowieści sprawiły, że wróciły do mnie zapomniane złe wspomnienia z dzieciństwa, jakby odżyły wszystkie moje pochowane traumy. Nie chciałam tam więcej wracać. Ale nie skreśliłam tych kręgów zupełnie. Poszukałam w internecie nowego.

Karolina trafiła na inny krąg w swoim mieście. Znowu trudne historie, ale czasami przyprawione ironią i humorem, pozytywniejszą energią. Wrażenie wywarła też na niej przewodniczka.

– Jest certyfikowaną terapeutką ustawień systemowych i powiedziała, że jeśli będziemy chciały, to takie ustawienia możemy sobie od czasu do czasu w kręgu zrobić – wspomina Karolina. – Nie wiedziałam, co to jest, ale dziewczyny mówiły, że można tym naprawdę uleczyć sporo patologicznych schematów i programów. To mi dało nadzieję. Prowadząca wyjaśniła, że zmiana energii poprzez dobrze zrobione ustawienie może doprowadzić nawet do tego, że mój mąż odpuści walkę w sądzie i dostanę ten rozwód od ręki. Czekam na to. Na razie prowadząca mówi, że jeszcze nie jestem gotowa, ale ona sama i dziewczyny z kręgu są zgodne, że wszystko w moim życiu się wali, bo odrzucił mnie ojciec, a matka za mną nie stanęła. Muszę po prostu uzdrowić ranę odrzucenia. Gdzie bym się dowiedziała takich rzeczy? Tyle lat jestem w terapii i moja terapeutka w ogóle się na tym nie skupiała.

Dalsza część w wersji pełnej

Copyright © by Monika Sobień-Górska

Projekt okładki

Magda Kuc

Grafika na okładce

Henri Rousseau, Zaklinaczka węży; Głodny lew rzuca się na antylopę, domena publiczna

Redaktor inicjującyPaweł Goźliński

Redaktorka prowadzącaEwelina Janowska

RedakcjaPaweł Goźliński

AdiustacjaMaria Zając

KorektaKinga DolczewskaEdyta Chrzanowska

Opieka promocyjnaMonika Burchart

Koordynatorka produkcjiHelena Piecuch

ISBN 978-83-8427-243-5

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]

Wydanie I, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Spis treści

Wstęp. Szarlatani?

Rozdział 1. Wchodzę do kręgu

Rozdział 2. Kto mnie wysłucha?

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji