Rodzina Lubawskich. T. 2. Naszyjnik z diamentową tęczą - Agnieszka Zakrzewska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Rodzina Lubawskich. T. 2. Naszyjnik z diamentową tęczą ebook i audiobook

Zakrzewska Agnieszka

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

50 osób interesuje się tą książką

Opis

W małym pomorskim miasteczku od pokoleń działa pracownia jubilerska rodziny Lubawskich. To właśnie tutaj tworzy się biżuterię, która potrafi zatrzymać czas, przywoływać wspomnienia, leczyć złamane serca i... ukrywać tajemnice. Janina po powrocie z Ameryki stanowczo odmawia pracy w rodzinnym salonie. Inwestuje w cukiernię Miodowe Okno, a pieczenie cynamonek i dekorowanie tortów stają się jej nowym hobby. Nie od dziś jednak wiadomo, że diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety, więc Janka wraz ze swoją bratanicą postanawia rozwikłać zagadkę pewnego naszyjnika, którego historia sięga czasów przedwojennych.

Tymczasem do Jaskółki przyjeżdża prosto z Chicago Barbra Kozlowski. Rubaszna i pełna wigoru starsza pani szuka kolejnego męża, planuje nową operację plastyczną i wprowadza niemało zamieszania. W miasteczku zadomawia się również przesympatyczny Józek Obrochta, który zamierza się zaręczyć z piękną Zosią, ambitną prawniczką i córką burmistrza. Planuje też zakup ziemi pod budowę ich domu i huczny góralski ślub. Jest pomocny i szybko zaskarbia sobie sympatię okolicznych mieszkańców, szczególnie państwa Kosowskich. Tymczasem działalność charytatywna to działka Konstancji i jej Spółki Jaskółki, tak więc drogi młodych ciągle się przecinają. Dziewczyny próbują nawet dyskretnie ostrzec go przed Zosią, ale – jak powiada znane porzekadło – miłość jest ślepa.

Agnieszka Zakrzewska misternie splata wątki pełne humoru, nostalgii i wzruszeń, niczym drogocenne kamienie w kolii pełnego niespodzianek życia. Jakie dramatyczne wiadomości zmuszą Józka do powrotu w rodzinne strony? Kto błyszczy niczym odpustowa błyskotka, a kto ma w sobie prawdziwe światło najcenniejszego z klejnotów? Czy stary naszyjnik okaże się perłą w koronie kolekcji Lubawskich? A może poszukiwania sprawią, że odnajdą coś znacznie cenniejszego niż biżuteria? Jedno jest pewne – naszyjnik z diamentową tęczą odsłoni ukryte kolory codzienności…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 309

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Michalina Robakiewicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja i korekta

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Jongyeon, Khaneeros, korkeng, Lapis, Marina, Olga, Ollga P, vidashi, Yana | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Agnieszka Zakrzewska, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-37-2

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Przedmioty na pozór się nie zmieniają, ale czym jest diament albo perła, jeżeli nikt ich nie chce: szlifowanym szkiełkiem.

Kurt Vonnegut

Dla mojej przyjaciółki Alicji Stodulskiej, która jest jak rubin w cennym pierścionku: odważna, pewna siebie, zadziorna i pełna ognia.

Kliknij mnie

Kliknij mnie

Prolog

Chicago, lipiec 2023 roku

Nowoczesny salon jubilerski przy jednej z najbardziej luksusowych ulic metropolii już od wejścia porażał przepychem. Szklane drzwi ze złotym obramowaniem naszpikowanym czujnikami otwierały się bezszelestnie, reagując na każdy ruch. Po przekroczeniu progu gości witał doorman*w garniturze. Był elegancki, uśmiechnięty i dyskretny. Wytrenowanym spojrzeniem skanował zasobność portfeli. Potrafił bezbłędnie oddzielić ciekawskich turystów, chcących się pogapić na najdroższe kolie na świecie, od prawdziwych klientów, którzy bez mrugnięcia okiem zamierzali zostawić w salonie setki tysięcy dolarów. W tym przybytku nie było czasu na podziwianie. Tutaj ubijało się prawdziwe interesy. Choć ten zwrot nie był dobrym określeniem, zbyt mało luksusowy, trywialny. „Finalizować transakcje” pasowało do tego miejsca zdecydowanie lepiej.

Podłoga z czarnego marmuru odbijała światło kryształowych żyrandoli, tworząc na niej mozaikę refleksów. Ściany ozdobiono lustrami o fasetowanych krawędziach, które multiplikowały blask biżuterii, sprawiając, że salon wydawał się większy, jaśniejszy, niemal nierealny. Jak z bajki. A zaglądający tu klienci kochali bajki. Dawały im nadzieję na dobre zakończenia czasem mrożących krew w żyłach historii.

Sprzedawcy krzątali się po wnętrzach z elegancją tancerzy. W garniturach od najlepszych projektantów, w idealnie skrojonych fasonach, wyglądali jak elementy tej samej kompozycji, co złoto, kryształy i marmur. Dobierano ich nie tylko pod względem wiedzy i doświadczenia, ale również aparycji. Ich ruchy były spokojne, wyważone, a uśmiechy profesjonalne, choć nieco chłodne, jakby każdy z nich nosił w sobie świadomość, że pracuje w miejscu, gdzie jeden drobny błąd może kosztować fortunę.

Za ladą, wykonaną z ciemnego szkła i stali, znajdował się panel sterujący systemem bezpieczeństwa. Najnowsze technologie: czujniki ruchu, skanery termiczne, sieć blokad, które mogły zamknąć cały salon w ułamku sekundy. Wszystko to działało w tle, niewidoczne dla klientów, ale stale obecne, jak pulsujący pod skórą krwiobieg.

Całość tworzyła atmosferę luksusu, którego dostępowali nieliczni. Ten salon był nie tylko miejscem sprzedaży – był sceną, na której królował jeden aktor. Najlepszy jubiler w mieście. David Graves.

Zwykle ukrywał się przed światem. Uwielbiał przesiadywać na zapleczu, w swoim nowoczesnym gabinecie z widokiem na ukryte pomiędzy budynkami patio. Kiedyś znajdował się tu zagracony magazyn, ale David wyburzył go i sam zaprojektował oazę zieleni otoczoną z każdej strony murami przylegających kamienic. Powstały w ten sposób ogród był w naturalny sposób oddzielony od hałasu wielkiego miasta, wysublimowany i elitarny. David nigdy nikogo tutaj nie zapraszał. Swoisty mikroklimat tego miejsca, cienistego i pełnego wilgoci, wymagał doboru odpowiedniej roślinności. Graves sam zakupił monstery, begonie i hoje – uspokajały go i przywodziły na myśl odległe wspomnienia z dzieciństwa. Jako mały chłopiec chował się za ogromnymi donicami ozdabiającymi taras domu, w którym dorastał. Teraz w cienistym zakątku jego ogrodu królowała kalatea. Jej liście każdej nocy składały się na podobieństwo złożonych do modlitwy dłoni, a rankiem ponownie się rozwijały, ukazując hipnotyzujące wnętrze. Wyglądały jak malowane emalią, we wzory przypominające luksusowe zdobienia. Wykorzystywał je często, projektując swoją biżuterię.

David przez chwilę patrzył zamyślony na patio, a potem wrócił do biurka. Na blacie leżały drobne narzędzia: pęsety, pilniki, szkła powiększające. Każde z nich miało swoje miejsce, jakby odłożenie ich o centymetr dalej mogło zaburzyć porządek jego poukładanego świata. Miał swoją ulubioną lupę, z wysadzaną rubinami rączką. Odziedziczył ją po dziadku – przynosiła mu szczęście. I była talizmanem z burzliwą przeszłością. Sam rzadko do niej wracał, tkwiła w jego sercu jak zadra, której nikomu nie udało się jeszcze wyciągnąć.

Graves po chwili namysłu pochylił się nad projektem, który od kilku tygodni zajmował wszystkie jego myśli. Zlecenie przyszło od arystokratki, hrabiny Eleanor Vanderbilt, znanej z tego, że jej kolekcja biżuterii mogłaby zawstydzić niejedno muzeum. Kobieta o wyrafinowanym smaku, chłodnym spojrzeniu i kosztownych kaprysach była właścicielką kamieni, za które śmiało można by zasilić roczny budżet małego państwa. Co chwilę wymyślała dla Davida zadania. Schlebiało mu to, kochał wyzwania, szczególnie te zlecone przez kogoś z wyższych sfer, aczkolwiek często musiał się mocno nagimnastykować, żeby spełnić pragnienia rozkapryszonej klientki.

Tym razem Eleanor zażyczyła sobie pierścionka, który miał olśnić całe miasto na kolejnej charytatywnej imprezie. Potrzebowała uwagi i jakichś tam nowych sponsorów. Nie wnikał w jej motywy, sowity rachunek skutecznie tamował ciekawość. Poza tym miał już coś spektakularnego w zanadrzu. Po rozmowie z panią Vanderbilt od razu otworzył sejf i wyciągnął z aksamitnego woreczka ukryty tam kamień – Star of Midnight, rzadki naturalny szafir o głębokim kolorze. Kiedy ustawiło się go pod odpowiednim kątem, w środku pojawiała się sześcioramienna gwiazda – efekt asteryzmu, tak czysty, że klejnot wyglądał, jakby w środku uwięziono fragment nieba. Wart był fortunę. David odkupił go kilka lat temu od zrujnowanego bankiera, uzależnionego od hazardu. Nie miał skrupułów, płacąc mu za ten skarb ułamek ceny. Miał za to na sumieniu niejedno bankructwo. Już dawno się nauczył, że w biznesie sentymenty są tylko niepotrzebną komplikacją.

Pierścionek miał mieć oprawę z platyny, ręcznie grawerowaną w motyw linii przypominających fale. Po jego bokach planował umieścić diamenty w szlifie trójkątnym – rzadkie trillion cuts, idealnie dopasowane, by podkreślić symetrię. Każdy z nich był bezbarwny jak kropla lodu, czystości niemal laboratoryjnej. Całość – projekt, kamienie, wykonanie – szacował na pół miliona dolarów. A może i więcej, jeśli Eleanor zdecyduje się na dodatkowe życzenia. Zawsze je miała…

Pracowała tylko z nim od momentu wielkiej rewolucji w swoim życiu. Kilka lat temu cały świat obiegła wieść o jej rozwodzie z potomkiem arystokratycznego rodu z Europy. Jak to zwykle w kręgach wysokich sfer bywa, Vanderbiltowie prezentowali światu idealny obraz nieskazitelnej rodziny, a w kuluarach toczyli zacięte boje o każdego centa. Po długich bataliach małżonek Eleanor zostawił jej willę w Lincoln Park i rodzinny klejnot, bransoletkę z rzadkim dwudziestodwukaratowym tsavorytem i diamentami w szlifie Emerald, jak stwierdził cynicznie – na otarcie łez. Miała formę elastycznej, segmentowej mankietówki, inspirowanej biżuterią z lat trzydziestych, z rzeźbionej ręcznie jak miniaturowy relief platyny. Tsavoryt tej wielkości był na rynku jubilerskim białym krukiem i osiągał zawrotne ceny, ale Eleanor dla pewności wolała sprawdzić wartość biżuterii u zaufanego fachowca.

David zabrał się do pracy natychmiast. Od pierwszego spojrzenia na klejnot coś nie dawało mu spokoju. Podejrzenie tliło się w nim jak drobna iskra – niepozorna, ale uporczywa. Mimo to podszedł do zadania metodycznie. Najpierw sprawdził współczynnik załamania światła. Wszystko wskazywało na to, że kamień jest oryginalny. Pod mikroskopem prezentował się naturalnie, niemal wzorcowo. Ale Graves nie należał do tych, którzy ślepo ufają pierwszemu wrażeniu. Był cierpliwy, skrupulatny, wręcz zawzięty, gdy intuicja podpowiadała mu, że coś tu nie gra.

Przesuwał soczewkę powoli, milimetr po milimetrze, aż nagle dostrzegł drobne, idealnie okrągłe pęcherzyki gazu, ledwie widoczne, niczym sygnatura świetnego fałszerza. Poczuł w palcach znajome mrowienie. Błyskawicznie sięgnął po miskę z wodą. Na jej powierzchni po chwili pojawiły się charakterystyczne refleksy.

– Sprytnie, sprytnie… – Cmoknął z uznaniem.

Gdyby to był prawdziwy tsavoryt, światło rozeszłoby się w inny sposób! Miał przed sobą szlifowany granat połączony ze szkłem. Imitacja tak dobra, że mógłby ją przeoczyć każdy jubiler… ale nie on. Zwłaszcza że andradyt, zielona odmiana granatu, miał współczynnik załamania niemal identyczny jak tsavoryt – podróbka idealna dla niewprawnego oka. Ha! A jednak! Niewierny małżonek chciał się dopuścić oszustwa!

Zdemaskowanie Vanderbilta zaowocowało bezgranicznym zaufaniem Eleaonor i kolejnymi intratnymi zleceniami. David nie potrzebował pieniędzy, nade wszystko pragnął splendoru i sławy. Po spektakularnym sukcesie z tsavorytem jego imię znali wszyscy liczący się członkowie chicagowskiej socjety. Pani Vanderbilt lubiła się pokazywać w jego towarzystwie. Był przystojny, elegancki, o doskonałych manierach i nietuzinkowej erudycji. Miała teraz wobec niego dług wdzięczności i ogromne oczekiwania. Stał się jej nadwornym jubilerem i powiernikiem tajemnic. Czasem miał dość jej wiecznych dąsów i nienasyconego pragnienia atencji, ale potrzebował jej równie mocno, co ona jego. Z jej koneksjami i majątkiem mogła mu pomóc dotrzeć w miejsca, które dla zwykłych śmiertelników były niedostępne.

Zmierzchało już, kiedy David odsunął narzędzia i jak zwykle sięgnął do dolnej szuflady. To był od lat jego wieczorny rytuał. Przez chwilę siedział nieruchomo, a potem wyjął płaskie aksamitne pudełko. Jego oddech przyspieszył, źrenice się rozszerzyły, a palce zacisnęły na miniaturowym zamku. Nakierował snop światła z lampki na swoje dłonie i w końcu otworzył pudełko.

W środku na wyściełanej welurem podkładce spoczywał naszyjnik – misterny, utkany z drogocennej platyny, przypominającej srebrzysty promień słońca. Na jego środku lśniły diamenty, oszlifowane z taką precyzją, że każdy ruch rozszczepiał po ścianach drobne iskry. Wokół niego rozmieszczone były mniejsze kamienie, idealnie czyste, zimne, niepokojąco piękne. David uniósł naszyjnik, pozwalając, by blask prześlizgnął się gładko po jego powierzchni. Przyglądał się mu długo, z mieszaniną zachwytu i niepokoju, jak człowiek, który wie, że trzyma w dłoniach coś unikatowego.

Pogładził powoli idealnie oszlifowane kamienie. Były gładkie i chłodne. Z pietyzmem obrócił największy diament. Światło wpadło do jego wnętrza i natychmiast zaczęło się w nim łamać. Najpierw pojawił się błysk – czysty, biały, ostry jak cięcie noża. A potem kamień jakby nagle się przebudził, w środku roztańczyły się kolory. Na ścianach gabinetu Davida zamigotały drobne plamki czerwieni, błękitu i zieleni. Przesuwały się po starych cegłach, po metalowych narzędziach, po jego dłoniach, jakby ktoś rozsypał na blacie miniaturową tęczę. Każdy ruch jego palców zmieniał układ plamek – raz były intensywne i wyraźne, raz rozmyte, jakby kamień oddychał.

David patrzył zafascynowany na spektakl barw. Znał ten efekt – dyspersję, grę faset, perfekcję szlifu, która wydobywała na świat magiczne refleksy. A jednak za każdym razem, gdy obserwował, jak diamenty rozszczepiają światło, miał wrażenie, że jest świadkiem cudu, metafizycznego doznania dostępnego tylko wybranym. Kolorowe pasma zatańczyły po raz ostatni po jego twarzy, a potem świat wrócił do normy. Graves odłożył naszyjnik na miejsce. Tęcza zgasła. Pracownia znów pogrążyła się w półmroku.

Pudełko leżało teraz na blacie jak relikwia – płaskie, obite aksamitem, w odcieniu głębokiego granatu, który w przytłumionym świetle lampy wydawał się niemal czarny. Graves z nieprzeniknioną twarzą wpatrywał się w wyprofilowane wgłębienie na naszyjnik. Welur w tym miejscu był lekko wytarty. Po kilku sekundach jego spojrzenie przesunęło się kawałek dalej. Tuż obok, po prawej stronie, znajdowało się drugie wgłębienie – mniejsze, o innym kształcie, jakby przeznaczone na pierścień, broszę albo niewielki wisiorek. Było puste. David pogładził palcem wyściółkę. Jego oczy pociemniały.

– Nadeszła pora, żebyś wróciła na swoje miejsce – szepnął nagle, zatrzasnął wieczko pudełka i szarpnął za górną szufladę biurka. Gdzieś tutaj powinien mieć notes z nazwiskami.

Zaraz, zaraz, jak ona się nazywała? Nerwowo przekładał kartki, aż w końcu na jego twarzy pojawił się wyraz triumfu.

„Że też wcześniej na to nie wpadłem” – pomyślał i bez wahania chwycił za słuchawkę staroświeckiego telefonu z bakelitu. Wykręcił jakiś numer na obrotowej tarczy i niecierpliwym ruchem poprawił opadające na czoło białe jak śnieg włosy.

– Richard? Znajdź mi tę kobietę, jak najszybciej! Wydobądź ją nawet z samego dna piekła – polecił. – Nazywa się Jane Thompson.

Ożyw obraz

* ang. odźwierny

Rozdział pierwszy

Gadające kamienie i karkołomna misja

Jaskółka, 1985 rok

Janka przepłakała cały wczorajszy wieczór. Po rozmowie z matką i bratem czuła się fatalnie. Najbardziej bolało ją to, że nie utrzymała nerwów na wodzy i kilka razy podniosła na Helenę głos. Padło wiele niepotrzebnych słów. Zawsze miała krewki charakter i bezkompromisowe poglądy, ale nigdy nie zdarzyło się jej krzyknąć na matkę. Co nie oznaczało, że zmieniła zdanie. Cały czas uważała, że w rodzinnym sporze to ona ma rację.

***

– Powariowaliście! Jak wy możecie w ogóle brać pod uwagę przekupstwo tego gnojka? – zagrzmiała donośnym głosem.

Helena Lubawska obejrzała się za siebie, patrząc z lękiem na zamknięte drzwi. Edzio spał ostatnio bardzo kiepsko i budził go nawet najlżejszy szmer.

– Uspokój się! – Próbowała uciszyć córkę. – Za mało jeszcze przeżyłaś, dlatego stać cię na bohaterstwo. Rafał chce ratować nasze dziedzictwo. Spróbuj go zrozumieć.

– Dziedzictwo Lubawskich to nie tylko wartości materialne, mamo! To również wierność zasadom, uczciwość i honor. Już zapomniałaś, co mówił dziadek Julian? Nasze nazwisko zobowiązuje! A wy kupczycie nim jak baby na targu!

– Zabraniam ci tak mówić! – Helena pobladła gwałtownie i zacisnęła usta w wąską kreskę. – I nie powołuj się na Juliana. Znałam go o wiele dłużej niż ty. Jestem pewna… że postąpiłby tak samo. – Starała się mówić przekonująco, ale głos jej zadrżał.

Rafał chwycił matkę za rękę. Tylko on umiał ją uspokoić.

– Janka, przesadzasz – zwrócił się do siostry. – Myślisz, że jest mi łatwo? Nie mamy wyjścia, zrozum to wreszcie!

– Zawsze jest jakieś wyjście! – odpowiedziała gorączkowo. – Ale wy nie chcecie go szukać! Idziecie po linii najmniejszego oporu! Mamo, proszę cię, nie oddawaj broszki w ręce Tomasika! Ta jego córka… przecież to zły człowiek. To ona doniosła na Teresę Kossowską do bezpieki! Skąd inaczej jej tatulek wiedziałby, że uczy dzieci prawdy o Katyniu?

– Już podjęłam decyzję, Janko – odparła spokojnie Helena. – Oddamy broszkę ze szmaragdową chmurką Tomasikowi. Jeżeli ktokolwiek się potem po nią zgłosi… biorę całą winę na siebie. Osądzi mnie Bóg, wy już nie musicie tego robić.

– Nikt cię nie będzie osądzał, mamo. – Rafał zgromił siostrę wzrokiem.

Matka spojrzała na niego z wdzięcznością i odruchowo oparła głowę o jego ramię. Ta czuła scena tylko rozdrażniła Janinę. Jej brat zawsze trzymał z mamą. Mieli podobną wrażliwość i podobne poglądy. Janka, z duszą rebeliantki i ciętym językiem, bardziej przypominała ojca. Nigdy nie chciała się do tego przyznać, ale zażyłość tych dwojga była solą w jej oku. Teraz ta skrywana żałość uderzyła w nią ze zdwojoną siłą.

– Zawsze brałaś stronę swojego syneczka, nie powinno mnie to dziwić – rzuciła gorzko. – Ja do was nie pasuję! Może mnie z ojcem adoptowaliście? Przyznaj się! To chyba dobry moment na wyjawienie rodzinnej tajemnicy.

– Bredzisz, siostra! – rzucił przez zęby Rafał. – Oprzytomniej, zamiast rzucać te śmieszne oskarżenia.

– W takim razie zapytam tatkę, co on na to. – Janka wyciągnęła najcięższe działa.

– Ani się waż! – zaprotestowała Helena. – Zabraniam ci rozmawiać na ten temat z ojcem. Wiesz, w jakim jest stanie!

– A więc jednak! Oboje doskonale wiecie, że nigdy nie pozwoliłby na oddanie broszki! Nigdy… – Głos jej się załamał.

– Dosyć tego! – Helena wstała. – Jesteś uparta, ale i ja nie ustąpię. Zrobimy tak, jak mówi Rafał. To on jest teraz głową rodziny Lubawskich. Musisz się z tym pogodzić!

– Czyli ja nie mam już nic do powiedzenia?! Gorzko tego pożałujecie! Nie jesteście lepsi od tych tajniaków! Możecie sobie z nimi podać ręce!

– Milcz! – Matka podeszła do Janki i złapała ją za ramiona. Dziewczyna próbowała się wyrwać, ale uścisk drobnych dłoni był zaskakująco mocny. Jak nigdy. – Nie wiesz, co mówisz. Dlatego ci wybaczam – szepnęła. – I pamiętaj: kocham cię tak samo mocno, jak Rafała. Jesteś moją córką…

Janka szarpnęła się i w końcu udało jej się wyswobodzić.

– Nigdy wam tego nie zapomnę! Nigdy!

Uniosła dumnie głowę i wyszła z pokoju. Ostatkiem sił powstrzymała się przed trzaśnięciem drzwiami. Zostawiła za sobą ciszę. Ta bolała najbardziej.

***

Kiedy po bezsennej nocy zerknęła rano do lustra, zobaczyła zapuchnięte oczy i zaczerwienione policzki. Potarła je bezwiednie. Były szorstkie i tkliwe. Tak jak jej poraniona dusza. Westchnęła głośno, narzuciła na siebie sweter i zbiegła do kuchni. Schody zadudniły pod jej bosymi piętami. Matka na pewno by ją skrzyczała. Zawsze darły o to koty. Janka nigdy jej nie słuchała, za bardzo kochała dotyk surowego drewna pod stopami.

W wysprzątanej na błysk kuchni nikogo nie było. Na stole stał dzbanek z herbatą we włóczkowym ocieplaczu i przykryty lnianą ściereczką talerz z kanapkami. Helena zawsze szykowała im śniadanie przed wyjściem do pracy. Na samą myśl o jedzeniu Janka poczuła mdłości. Otworzyła szafkę i wyciągnęła z niej puszkę z kawą zbożową. Wsypała kilka łyżek do kubka, zalała wrzątkiem i ogrzewając dłonie o gorący fajans, stanęła przy oknie. Beżowy Fiacik Rafała zniknął z podjazdu. Na pewno pojechał z matką na zakupy. To chyba lepiej, że ich nie ma. Będzie mogła w spokoju pomyśleć, co dalej.

– Helenka? – rozległo się nagle zza uchylonych drzwi.

Janka błyskawicznie rozchmurzyła twarz. Ogarnęła ją nieprzebrana fala czułości. I wyrzuty sumienia. Zbiegła po tych schodach z subtelnością stada słoni i obudziła Edwarda.

– Tatulek… – Weszła do pokoju i przysiadła na łóżku. W pomieszczeniu unosił się ostry zapach leków i moczu.

Edward Lubawski leżał na wznak na posłaniu. Kołdra ledwo okrywała jego przeraźliwie chude nogi. Janka uniosła szybko jej zwisający nisko nad podłogą róg i troskliwie opatuliła ojca. Spał bardzo niespokojnie i nieustannie skopywał okrycie na ziemię. Raz było mu gorąco, a po chwili trząsł się z zimna.

Janina chwyciła pomarszczoną i szczupłą dłoń ojca. Znowu chciało jej się płakać.

– Jak się dzisiaj czujesz? – Patrząc na jego wymizerowaną twarz, resztkami sił powstrzymywała cisnące się do oczu łzy. Nie mogła się rozkleić! Szybko pomyślała o Rafale i znowu ogarnęła ją złość. Przynajmniej nie będzie się mazać!

Edward Lubawski nie przypominał już samego siebie. Schudł w ostatnich miesiącach kilkanaście kilogramów. Był kiedyś potężnym mężczyzną, o szerokich, umięśnionych ramionach, teraz został z niego cień…

– Tatulku… – powtórzyła cicho, czule.

– Już ze mną lepiej, córeczko. – Uśmiechnął się z trudem. – Chciałbym pójść dzisiaj do salonu, podłubać trochę w złocie, ale mama nie puści mnie za próg. Chucha na mnie i dmucha, jakbym był jakimś ułomkiem! A przecież nie jest jeszcze tak źle, prawda? – W jego wyblakłych oczach pojawiła się niema prośba o potwierdzenie tych słów.

Kto powiedział, że kłamstwo jest złe? Powinien teraz na niego spojrzeć!

– Pewnie, że nie jest, tatulku! – zapewniła, odwracając lekko głowę. – Jeszcze będziesz dłubał, zobaczysz! – Pomimo starań jej głos lekko się załamał. Była w tym taka nieudolna!

Ojciec nagle poszarzał, zmalał. Jego oczy zaszły mgłą.

– Nigdy nie umiałaś kłamać – wyrzęził i zaczął przeraźliwie kaszleć.

Po kilku sekundach na białej kołdrze pojawiły się kropelki krwi. Janka zerwała się, żeby podać mu trzymaną w apteczce kodeinę, ale Edward powstrzymał ją jednym ruchem ręki.

– To nic… zaraz… przejdzie…

Cierpliwie poczekała, aż jego oddech się uspokoi.

– Córcia… – wyszeptał po kilku minutach. – Janeczko… wiem, że zawsze mogę na ciebie liczyć. Helcia panikuje, ale tobie powiem prawdę. Jestem coraz słabszy. To nie potrwa długo. Gdyby coś…

– Nie mów tak! – przerwała mu gwałtownie. – Nie wolno ci tak mówić, słyszysz? Nie pozwalam! – Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Już nie umiała ich powstrzymać.

Edward zdawał się tego nie zauważać.

– Gdyby coś… – dokończył spokojnie – pamiętaj, żeby pilnować depozytu. Wiem, że węszą koło nas tajniacy… cholerni tajniacy… zawsze tak było, ale dacie sobie radę. Ludzie was znają, nie pozwolą skrzywdzić. No już… nie płacz, bo pomyślę, że naprawdę ze mną źle.

– Nie płaczę – zaprotestowała słabo i pociągnęła nosem.

– Wiem, to wszystko jest trudne… Teraz tylu tych oszustów, kradną na potęgę… – ciągnął Edward. – Nie ma już żadnych wartości, żadnej uczciwości… – Na jego czole pojawiły się kropelki potu. – Ale ty… my, Lubawscy, jesteśmy inni. Umrę w spokoju, wiedząc, że nigdy mnie nie zawiedziecie, prawda?

Na podwórku rozległ się warkot samochodu. Janka pocałowała ojca w rękę.

– Nigdy, tatulku. Nigdy…

Paradoksalnie poczuła nagle, że wracają jej siły. Ignis aurum probat… Już wiedziała, co ma dalej robić.

***

Nie zostało dużo czasu, ale jej determinacja rosła. W końcu miała cel. Najtrudniejsze wydawały się szmaragdy. Janka doskonale wiedziała, że z reguły posiadały więcej inkluzji niż inne kamienie szlachetne, ale i one były do obejścia. Nie przypuszczała jednak, żeby Beata Tomasik interesowała się gemmologią. Dla tej zepsutej dziewuchy liczyły się wyłącznie blichtr i koneksje jej ojca. Kiedy dojrzy błyskotkę z logo ich salonu, będzie patrzeć tylko na to, że to cacko świeci. Nawet jeżeli to będzie fałszywy blask…

Musiała być teraz bardzo ostrożna. Po rodzinnej kłótni schodziła matce i bratu z drogi. Już nie wracali do tematu broszki. Decyzja została podjęta, choć napięcie nadal wisiało w powietrzu. Los jej sprzyjał, bo zyskała dodatkowy czas na realizację swojego karkołomnego przedsięwzięcia. Szpicel Tomasik wyjechał niespodziewanie na jakieś szkolenie do Legionowa, które miało potrwać kilka tygodni. Wiedział już, że po powrocie czeka na niego łapówka. Rafał zdążył go o tym poinformować, żeby uniknąć kolejnych najść.Łajdakowi na wieść o unikatowym „prezencie” zaświeciły się oczy i na prośbę młodego Lubawskiego od razu szepnął komu trzeba, że kontrola u jubilerów dobiegła końca. Nie znaleziono żadnych nieprawidłowości. W tym czasie mieli upragniony spokój, nikt ich nie nękał. Dzięki temu Janka miała pewność, że zdąży z wykonaniem karkołomnej akcji, którą sobie zaplanowała.

Depozyt spoczywał od lat w ukrytym za drzwiami sejfie na zapleczu salonu. Kod do skrytki znali tylko ojciec, Rafał i ona. Tego wieczoru, kiedy oznajmiła bratu, że musi posiedzieć chwilę dłużej nad zleceniem, nie wydawał się zdziwiony. Często zostawała po godzinach. Lubiła pracować w ciszy, najlepiej w samotności. Hałas ją rozpraszał i Rafał o tym wiedział. Jej dystans także go nie dziwił, potrafiła zaperzyć się na długo. Od tej pamiętnej kłótni mało ze sobą rozmawiali i ogromnie mu brakowało tych bratersko-siostrzanych pogaduszek. Tyle dobrego, że Janka nie wracała do spornego tematu, co Rafał wziął za dobrą monetę.

– Naprawdę tak będzie lepiej, Janeczko. Nikt nie może nas za to winić – powiedział pojednawczo. – Czekaliśmy na właściciela broszki tyle lat… chyba już wystarczy.

– Przepraszam, ale naprawdę mam pilną fuchę do zrobienia. Jeżeli więc nie masz nic przeciwko, wolałabym zabrać się teraz za robotę, zamiast mielić językiem po próżnicy… – odpowiedziała zimno, drwiąco, w swoim stylu.

Rafał już nie dyskutował. Wiedział, że niczego więcej nie ugra. Naprawdę miał nadzieję, że w końcu jej przejdzie. Potrzebowała czasu, a on cierpliwości. Wetchnął cicho, postawił wysoko kołnierz płaszcza i wyszedł z salonu.

Janka odczekała chwilę i zgasiła wszystkie światła. Zostało tylko to ulubione, punktowe, płynące z zamocowanej nad biurkiem lampki. Serce waliło jej jak młotem. Pochyliła się nad rysunkiem, który namalowała jakiś czas temu i który studiowała wieczorami milimetr po milimetrze, a potem przekręciła korbkę w sejfie i wyjęła aksamitne pudełeczko. Sejf znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, w którym kiedyś Edward i Władysław odnaleźli tajemniczą skrytkę.

Na jej dłoni spoczywała teraz brosza, misternie spleciona na kształt ażurowej siateczki. W środku lśniły trzy szmaragdy otoczone symetrycznie rozmieszczonymi diamentami w szlifie fasetowym.

– Jesteś piękna, wiesz? – szepnęła.

Często zdarzało się jej rozmawiać z kamieniami. Ojcu się to podobało, Rafał był bardziej pragmatyczny i niezmiennie bawiły go czułe słowa, które wypowiadała nad jej ukochanymi rubinami czy aleksandrytami.

– Na pewno cię słyszą, siostra! I może się lepiej osadzą! – ironizował, ale tatko zawsze stawał w jej obronie.

– Nie drwij ze spraw, których nie rozumiesz, synu – upominał go. – Julian też z nimi gadał. Janka ma ten dar po nim.

– Chyba skrzywienie?

– Nie kpij, powtarzam. Twoja siostra wie, co robi.

– Dobrze, już dobrze, to jej sprawa! – Rafał podniósł ręce i wrócił do swojej roboty.

„Głupek, prawdziwy głupek” – pomyślała ze złością, wspominając niedawną rozmowę, i wzięła kilka głębokich oddechów. Nie mogła się teraz rozpraszać, musiała być bardzo skupiona.

Usiadła przy swoim stole jubilerskim, w półmroku pracowni, gdzie światło lampy skupiało się wyłącznie na blacie – jakby cały świat poza nim przestawał istnieć. I tak w rzeczywistości było. W ciszy słychać było tylko jej oddech i odgłosy przesuwania narzędzi. Przed nią leżały kamienie: diament i szmaragd. Każdy z nich miał własny, zadziorny charakter. Tak bardzo pragnęła, żeby dzisiaj, właśnie teraz, zaczęły ją słuchać. To miała być próba przed wielkim dniem.

Przez chwilę patrzyła na nie w milczeniu, jakby czekała, aż same zaczną mówić. A potem – jak robiła to od dziecka – pochyliła się nisko.

– No dobrze, kochane moje… – szepnęła. – Który z was coś powie?

Szmaragd odpowiedział pierwszy. Odbił światło w ten charakterystyczny dla siebie sposób. Bez ostentacji, ostrej brylancji, dając jedwabisty, rozproszony połysk. Zieleń kamienia odbiła się pięknie w jej oczach. Janka uśmiechnęła się łagodnie.

– Ty zawsze jesteś niecierpliwy – mruknęła, biorąc go w palce. – Jak mawiał dziadek: „Szmaragdy mają temperament, trzeba ich najpierw posłuchać, zanim się ich dotknie”.

Dziadzio Juleczek… Jej mentor i doradca. To on jako pierwszy zobaczył w niej gemmolożkę.

***

Kiedy zaczęła obserwować go przy pracy, była taka mała, że ledwo sięgała brodą do blatu. Śledziła każdy jego ruch, uważna, czujna, zaciekawiona. Najpierw pozwalał jej patrzeć, a kiedy podrosła, w końcu zapytał…

– Chcesz spróbować? – rzucił od niechcenia, nawet nie podnosząc wzroku.

– Mogę? – Janka aż podskoczyła. – Ale jak popsuję…

Dziadek wreszcie spojrzał na nią znad okularów. Jego oczy były intensywnie niebieskie, jak szafir.

– Moja wnuczka ma popsuć moją robotę? – Nastroszył się na niby. – Przecież ty jesteś jubilerką z krwi i kości. Chodź tu do mnie, nie obawiaj się.

Podał jej kamień i pęsetę. Zadrżała, a potem chwyciła pewnie narzędzie.

– Oddychaj, Janka. Kamienie nie lubią, gdy człowiek się boi – mruknął, klepiąc ją pokrzepiająco po ramieniu.

Janka spróbowała. Delikatnie, ostrożnie, jakby trzymała coś żywego. Dziadek obserwował ją bez słowa, ale jego uśmiech robił się coraz szerszy.

– Widzisz tę fasetę? – Wskazał palcem. – Ona ci powie, gdzie kamień chce osiąść. Musisz patrzeć, ale też trochę słuchać.

– Słuchać? Kamienia?

– A jakże! – Dziadek się zaśmiał. – Kamień ma swoją historię. Jak każdy z nas. A jak mu pozwolisz, to ci ją opowie.

Janka przygryzła wargę i pochyliła się nad blatem. I wtedy stało się coś, czego – była tego pewna – nie zapomni do końca życia: kamień rzeczywiście jakby „kliknął” na swoim miejscu. Idealnie. Naturalnie. Jakby został stworzony właśnie do tej oprawy.

– Dziadku… – szepnęła z zachwytem. – Zrobiłam to.

Staruszek nachylił się, obejrzał jej pracę i skinął głową z taką powagą, że Janka aż wstrzymała oddech.

– Wnusiu… – powiedział spokojnie. – Ty nie będziesz tylko jubilerką. Ty będziesz gemmolożką. Taką prawdziwą. Z serca, nie z zawodu.

– Bo umiem osadzać kamienie?

– Bo je rozumiesz. – Pogładził ją po głowie. – A to talent, którego nie da się nauczyć. To dar. Twój dar.

Janka wtuliła się w niego. Dziadek pachniał dymem fajkowym i ciepłem domu. W tamtej chwili poczuła, że naprawdę należy do świata, w którym kamienie nie są martwe, tylko czekają, aż ktoś taki jak ona usłyszy ich szept.

***

Wspomnienie głosu Juliana wróciło tak wyraźnie, że aż poczuła jego szorstki dotyk na dłoni. A potem sięgnęła po diament. Podniosła go ostrożnie, czule. Kolorowe iskry zatańczyły w całym pomieszczeniu.

– Ty zawsze jesteś najgłośniejszy – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Ale pamiętaj, że blask to nie wszystko.

Przez chwilę milczała.

– Dziadku… Pomóż mi. Proszę cię, mój kochany…

Odpowiedziała jej cisza. Słyszała teraz wyraźnie bicie własnego serca.

A potem nagle mały, jeszcze nieoszlifowany szmaragd poruszył się o ułamek milimetra. Tak jakby ktoś dotknął go opuszką palca. Janka zamarła. Światło lampy odbiło się od jego powierzchni w sposób, jakiego wcześniej nie widziała: miękko, ciepło, jak oddech. A później… pojawiła się w nim maleńka iskierka. Puls. Jak mgnienie oka.

W jej głowie rozbrzmiał znajomy głos, który pamiętała z dzieciństwa: „Nie bój się. Ten kamień cię słucha”. Łzy napłynęły jej do oczu. Wzięła szmaragd. Nagle stał się ciepły, jakby ktoś ogrzał go w zamkniętej dłoni. Janka włożyła narzędzia do szuflady i schowała broszkę w sejfie.

Kiedy zamykała salon, nagle spłynął na nią spokój. Nazajutrz od razu zabrała się do pracy.

***

Czekało ją teraz arcytrudne zadanie. Mama i Rafał już spisali „chmurkę” na straty, ale ona nie zamierzała odpuszczać. Ten szuja Tomasik i jego rodzina nie mogli dostać w swoje łapy depozytu. Ktoś kiedyś powierzył im coś tak cennego, licząc na ich uczciwość, którą ot tak chcieli przekreślić! Nie potrafiła się z tym pogodzić. Nie umiała.

Dziadek dał jej wyraźny znak. Wierzył w jej umiejętności i talent. Już wiedziała, jak stworzyć duplikat łudząco podobny do oryginału. Wręczy go temu tajniakowi zamiast broszki ze szmaragdami. Na początku pomimo żalu chciała powiedzieć o wszystkim Rafałowi. Przecież wpadła na genialny pomysł, jak uratować honor rodziny! Potem jej entuzjazm opadł. Brat na pewno będzie się bał, że coś pójdzie nie tak. „Narobi w gacie” – prychnęła szyderczo. Znowu poczuła rozczarowanie. Kiedyś byli jedną drużyną, a teraz niespodziewanie stali na dwóch przeciwległych końcach barykady.

Złota podstawa na podobieństwo misternie utkanej siateczki zajęła jej dwa dni. Lubowała się w takiej koronkowej robocie i finezyjnych rozwiązaniach. Efekt był spektakularny. Teraz przyszła pora na trudniejsze wyzwanie – kamienie. Szmaragdy miały niski współczynnik załamania światła. Dla koneserów ważniejsze od przejrzystości i brylancji były odcień i nasycenie koloru. Niewielka ilość zanieczyszczeń, zwana jardin (z francuskiego „ogród”), była najbardziej pożądana. Gdyby miała czas i pieniądze, wykorzystałaby tsavoryt, ale musiała wybrać tańszy zamiennik.

„A może szkło?” – dumała. Odpada! Wprawdzie nie sądziła, żeby Tomasik znał się na kamieniach szlachetnych, ale ryzyko było zbyt duże. Szmaragd był w dotyku zimny, szkło ciepłe. Poza tym szkło łatwiej się rysowało, wystarczyło zwykłe otarcie, a już na powierzchni powstawało zadrapanie. W przypadku szmaragdu to było nie do pomyślenia. Ale przecież oni nie mogli tego wiedzieć… Może przesadzała?

Rozważała wszystkie za i przeciw przez całą noc. Nad ranem w jej głowie rozbłysło rozwiązanie. Maurycy Rozbicki! On będzie wiedział, co robić!

Jej profesor ze studiów, wybitny gemmolog, mieszkał w Poznaniu. Najłatwiej byłoby do niego zadzwonić, czas grał dużą rolę, ale nie chciała ryzykować. Kto wie, czy ich telefon nie był na podsłuchu. Powiedziała matce, że jedzie na jakieś arcyważne sympozjum, i skoro świt siedziała już w pociągu do stolicy Wielkopolski.

Rozbicki znał Lubawską, zawsze eksperymentowała z kamieniami. Była jego najzdolniejszą studentką i lubowała się w nietypowych projektach. Kiedy położyła przed nim rysunek broszki, a potem gotową podstawę, zmarszczył czoło i przez dobrych kilka minut studiował każdy szczegół malowidła.

– Jaki mamy budżet? – Spojrzał na nią zza oprawionych w szylkret okularów.

– Minimalny, panie profesorze. Zerowy…

– A cel tej… improwizacji?

– Zacny, proszę mi zaufać.

Rozbicki już nie drążył. Zbyt wiele widział i przeżył, żeby kogokolwiek osądzać.

– Rozumiem… – mruknął i ponownie zerknął na szkic, tym razem przez wyciągniętą zza pazuchy lupę.

Janka bała się zabrać ze sobą oryginalną broszkę, w telewizji tyle się teraz mówiło o kradzieżach w środkach komunikacji miejskiej.

– Na twoim miejscu wybrałbym dublet – odezwał się nagle profesor.

Spojrzała na niego uważnie.

– Kamienie klejone?

– W rzeczy samej – potwierdził. – Będziesz potrzebowała szkła i naturalnego kwarcu. Górną część oszlifowanego kamienia, czyli koronę, zrobisz z zielonego szkła, dolną, czyli pawilon…

– …z kryształu górskiego – dokończyła Janka. Na jej policzkach pojawiły się wypieki.

– Obie części połączysz klejem. Gdy spojrzysz na broszę, zobaczysz zielony kamień z inkluzjami podobnymi do naturalnych spękań. Nie ma powodu, żeby podejrzewać, że jest sztuczny albo syntetyczny. Normalnie miałabyś jeszcze jedną przeszkodę…

– Jaką? – Janka wstrzymała oddech.

– Kiedy spojrzymy na kamień z boku, możemy dostrzec pomiędzy górną a dolną częścią linię zdradzającą klejenie. Ale w tym przypadku przy oprawianiu zasłonisz jego boki.

– Nie będzie nic widać!

Profesor potaknął, a potem spojrzał na nią uważnie.

– A jak zamierzasz rozwiązać sprawę diamentów, moja panno?

Spodziewała się tego pytania. Przez chwilę czuła się jak na egzaminie.

– Myślałam o syntetycznych cyrkoniach, ale mam mało czasu, żeby je zdobyć. Ale mogę użyć białego szafiru. Dostałam od ojca na osiemnaste urodziny bransoletkę. Kamienie są w doskonałym stanie i chcę je wykorzystać.

– A to ciekawe… Mów dalej… – Zazwyczaj blade policzki profesora nagle się zaróżowiły.

– Podgrzeję je, żeby uzyskać przejrzystość. Szafir i diament mają podobny współczynnik twardości**, więc tutaj nie przewiduję niespodzianek…

– Genialne… Ale zapomniałaś o jednym, Janino… – Wzrok Rozbickiego wyostrzył się nagle. – Diamenty słyną z wewnętrznego ognia, skrzą się wszystkimi kolorami tęczy. Szafir jest przejrzysty, ma bardziej stonowany połysk. Dobry jubiler to dostrzeże.

– Ale tajniak z bezpieki już nie – prychnęła. – Muszę zaryzykować, profesorze, tutaj chodzi o honor mojej rodziny.

– Ciii, bez szczegółów. Trzymam za ciebie kciuki, moje dziecko. Zrobisz kiedyś wielką karierę, jestem o tym przekonany. Masz oko, intuicję i serce, najważniejsze atuty dobrego jubilera.

Ożyw obraz

** Diament to najtwardszy znany minerał na świecie (10 w skali Mohsa), biały szafir zajmuje miejsce zaraz za nim (9 w tej samej skali).

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Cytat i dedykacja

Prolog

Rozdział pierwszy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja