Robot w ogrodzie - Deborah Install - ebook

Robot w ogrodzie ebook

Deborah Install

0,0

Opis

Tang. Mały robot o wielkim sercu.

Ben jest dobrym i miłym facetem, ale uciekającym wciąż przed odpowiedzialnością. Nie chce mieć dzieci, unika pracy, niczego nie kończy. W pewnym momencie jego żona Amy traci cierpliwość i postanawia od niego odejść. W ich ogrodzie niespodziewanie pojawia się uszkodzony robot. Ben decyduje się nim zająć i naprawić go. Ich niezwykła przyjaźń pozwoli zmierzyć się Benowi z przeszłością i dostrzec to, czego zabrakło w jego relacji z ukochaną.

Dziś Robot w ogrodzie może i Tobie otworzyć oczy. Jeśli śledziłeś z uśmiechem losy Alfa, E.T., R2D2 z "Gwiezdnych wojen" albo Johnny’ego 5 z "Krótkiego spięcia" - pokochasz również robota Tanga!

Ciepła, romantyczna historia o tym, co w życiu jest najważniejsze - o rodzinie. Joanna Koroniewska

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 320

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Deborah Install

ROBOT W OGRODZIE

Przekład

Zbigniew Zawadzki

Wydawnictwo WAM

Kraków

Tytuł oryginału

A Robot in the Garden

Copyright © Deborah Install, 2015

© Wydawnictwo WAM, 2015

Opieka redakcyjna: Anna Pasieka-Blycharz

Redakcja: Zofia Palowska

Korekta: Dariusz Godoś

Typografia i łamanie: Jacek Zaryczny

Projekt okładki wg oryginału: Anna Jędrusiak

Na okładce: figure of the man © Neil Gower

All other images Shutterstock

Przygotowanie ebooka: Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0380-4

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Dla Stefa i Toby’ego,

którzy są moim natchnieniem

1. Najsłabsza jednostka

– W naszym ogrodzie jest robot – poinformowała mnie Amy, moja żona.

Kilka sekund później usłyszałem jej kroki, jeszcze później zza drzwi sypialni wychynęła jej głowa. Spojrzałem znad gazety, którą czytałem, leżąc w łóżku, i napotkałem tę jej typową minę – tę, która mówi „jesteś dla mnie nieustającym źródłem frustracji”.

Poczułem się skonsternowany. Amy się powtarzała.

Z lekkim westchnieniem odrzuciłem kołdrę i podszedłem do okna, które wychodziło na nasz nieokiełznany ogród na tyłach domu.

– Dlaczego w ogrodzie miałby być robot?

Nie odpowiedziała.

– Amy, czy znowu zapomniałaś zamknąć tę cholerną bramę?

– Gdybyś ją naprawił, jak cię o to proszę – powiedziała – nie byłoby problemu. Stare domy wymagają konserwacji, Ben. Ogrody tak samo. Gdybyśmy mogli znaleźć kogoś, kto…

Zignorowałem jej słowa.

Odsunąwszy zasłonę w przepisowy sposób, wychyliłem się przez okno najdalej, jak potrafiłem. Rzeczywiście, w ogrodzie był robot.

Robot wkroczył do naszego życia o wpół do ósmej rano. Nie było powodu, żebym o tej porze był na nogach, ale od czasu kiedy sześć lat wcześniej zmarli moi rodzice – tuż zanim poznałem Amy – miałem trudności z porannym spaniem. Mój obecny dom był dawniej ich domem, moim domem rodzinnym. Dlatego w tej samej sekundzie, kiedy się budziłem, słyszałem w głowie głos matki wołającej do mnie z dołu, żebym „wstał i nie marnował dnia”.

Niepewnym krokiem i z na wpół zamkniętymi oczami zszedłem na dół za Amy, wciąż mając jeszcze nadzieję na łagodne wejście w kolejny dzień, czyli poprzez lekturę gazety. W kuchni zobaczyłem, że Amy zgłosiła już własne roszczenia do tejże, stawiając na stronach towarzyskich kubek z kawą, a obok kładąc bajgla z twarożkiem. Miała na sobie swój najbardziej surowy strój do pracy: granatowe, prążkowane spodnium i śnieżnobiałą bluzkę z dekoltem w szpic, a do tego całkiem bezwzględne obcasy. Włosy w naturalnym kolorze blond mocno ścisnęła z tyłu głowy w idealny kok, na twarzy zaś widniał pełny makijaż. Wszystko to wskazywało, że czeka ją bardzo poważny dzień w sądzie. Nie wyglądało, żeby była w nastroju do rozmowy, więc zrobiłem sobie mocną, czarną kawę i wycofałem się do gabinetu. Nie mojego gabinetu… tylko ojca, należałoby chyba wyjaśnić. Nie potrzebowałem właściwie osobnego gabinetu, ale kiedy Amy pracowała wieczorami w domu, wolała siedzieć w salonie. Pasowało jej, że nie ma mnie wtedy w pobliżu.

Popijając kawę, słyszałem, jak zapełnia zmywarkę pozostałościami poprzedniego wieczoru. Ja w tym czasie kręciłem się bezmyślnie w swoim starym fotelu – właściwie w starym fotelu ojca – który skrzypiał i protestował przy każdym obrocie. Patrzyłem, jak książki ojca zapełniające ściany gabinetu obracają się wokół mnie, a słońce wczesnego poranka rozświetla kurz, który mieszkał na górnej krawędzi kartek i codziennie rano wybierał się na przechadzkę.

Włączyłem radio, żeby posłuchać programu śniadaniowego. Brzęk wysokich szklanek do drinków i talerzy niósł się przez korytarz i docierał do mnie ponad dźwiękami płynącymi z radia, a od czasu do czasu odgłosy te przerywał stukot wysokich obcasów rozlegający się w kuchni. Potem nastąpił krótki okres ciszy, kiedy Amy jadła i piła swoje śniadanie. Wszystko działo się szybko; marszcząc czoło, próbowałem sobie przypomnieć, co mi mówiła o dzisiejszym dniu: czy spodziewała się zakończenia jakiejś trudnej sprawy w sądzie, czy może początku nowej?

Po długiej przerwie zawołała mnie, a kiedy nie odpowiadałem, sama przyszła do mojego pokoju.

– Powiedziałam ci, że w ogrodzie jest robot…

Według mojej oceny robot miał około metra trzydzieści wzrostu i mniej więcej połowę tego szerokości oraz głowę i korpus o pudełkowatym kształcie. Nity świadczyły chyba o tandetnym wykonaniu, choć prawdę mówiąc, nie miałem pojęcia, jak powinny wyglądać porządne nity. Robot miał krótkie i grube nóżki, które wyglądały jak popsikane farbą kawałki rurki odprowadzającej powietrze z elektrycznej suszarki do bielizny, oraz ramiona w tym samym stylu. Jako stopy i dłonie zamontowano mu płaskie talerzyki, wyglądające na końcówki specjalnych chwytaków, używanych przez starych ludzi do podnoszenia przedmiotów. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby zmajstrowała go grupa uczniów w ramach szkolnego projektu.

– Sądzisz, że on jest żywy? – spytała Amy, kiedy staliśmy, wpatrując się w robota przez kuchenne okno.

– Żywy? W sensie, że czuje? Czy w sensie, że funkcjonuje?

– Wyjdź i przyjrzyj mu się.

Stwierdziłem, że powinna pójść pierwsza, jako że pierwsza go zauważyła. Pod wpływem tej sugestii moja żona zrobiła taką minę, jaką robi zawsze, kiedy jej proponuję, żeby sobie kupiła jakieś kwiaty, skoro tak jej na nich zależy.

– Nie mam na to czasu, Ben. Idź ty.

Pomaszerowała do salonu, żeby zabrać ze stolika papiery i teczkę. Ja poszedłem w drugą stronę, do wyjścia kuchennego. Kiedy naciskałem klamkę, usłyszałem trzaśnięcie frontowych drzwi.

Robot siedział pod wierzbą zwrócony do naszego okna plecami, z wyciągniętymi na wprost nogami. Na metalowej obudowie można było zauważyć krople wody pochodzące z jesiennej rosy. Wyglądał, jakby stanowił jakieś dziwne połączenie japońskiego wzornictwa i materiałów pochodzących ze złomowiska. Wydawało się, że siedzi nieruchomo, ale kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że patrzy w stronę położonej za naszym ogrodem łąki, na której pasły się konie. Lekkie skręty głowy w prawo i w lewo świadczyły, że istotnie przygląda się koniom.

Podszedłem dość blisko i stanąłem przy nim. Nie byłem pewien, jak zaczyna się rozmowę z robotem. Choć kiedy dorastaliśmy, nie było u nas w domu żadnego robota, mieli je niektórzy z moich znajomych. Generalnie przyjmowało się, że roboty nie przejmują się za bardzo takimi sprawami jak pozdrowienia, dopóki mają do wykonania pracę. Najczęściej były służącymi: chromowane i pokryte białym plastikiem manekiny stworzone przez artystów, krzątające się po domu, odkurzające, szykujące śniadanie, od czasu do czasu odbierające dzieci ze szkoły. Moja siostra miała takiego, a i żona też chciała mieć, ja jednak nie widziałem takiej potrzeby, skoro mieszkaliśmy w domu tylko we dwójkę. Dostępne były też tańsze wersje, które nie błyszczały tak bardzo i miały mniej funkcji. Potrafiły tylko prasować koszule i wynosić śmieci przeznaczone do recyklingu. Ale takiego jak ten nie widziałem nigdy. Nawet najtańsze roboty nie wyglądały tak tandetnie.

– Hmm… dzień dobry?

Zaskoczony robot wzdrygnął się. Zazgrzytał i próbował zerwać się na nogi, ale opadł tylko z głuchym odgłosem na bok, odsłaniając kwadrat ubitej trawy. Leżał tak z podeszwami stóp zwróconymi w moją stronę, kopiąc dziko nogami jak przewrócona na grzbiet biedronka. Czułem się w obowiązku, żeby mu pomóc.

– Wszystko w porządku? – zapytałem, podnosząc go z powrotem do pozycji siedzącej.

Obrócił głowę w moją stronę i kilkakrotnie mrugnął oczami, przy czym jego kopulaste, metalowe powieki zabrzęczały. Pod nimi były dwie błyszczące kule, poruszające się w górę i w dół. Robot badał mnie wzrokiem, a źrenice przypominające migawkę aparatu fotograficznego rozszerzały się i zwężały w zależności od tego, na co w danej chwili patrzył. Poniżej oczu widniał nos wielkości i kształtu klocka Lego, moim zdaniem pełniący wyłącznie funkcje estetyczne. Usta, czyli ciemna, prostokątna szczelina, wyglądały jak stara stacja płyt kompaktowych – twórca robota najwyraźniej miał zapasowy, kurzący się gdzieś czytnik CD i postanowił zrobić z niego użytek.

Na całej powierzchni robota widoczne były małe szczerby i wgłębienia, a kiedy poruszał się gwałtownie, panel na jego piersiach otwierał się, grzechocząc i odsłaniając połączenie mosiężnych elementów mechanizmu zegarowego ze skomplikowaną plątaniną komputerowych chipów. Wszystko było ze sobą połączone w sposób, którego nawet nie próbowałem zrozumieć. Najwyraźniej twórca robota był rzemieślnikiem znającym się zarówno na nowoczesnych technologiach, jak i na starej szkole techniki. W samym środku tego mechanicznego bałaganu świeciło pulsujące rytmicznie światełko; zakładałem, że musi to być serce. Przyjrzałem się dokładniej i zauważyłem, że obok znajduje się szklany cylinder z żółtym płynem; jego funkcja nie była dla mnie oczywista. Przy jeszcze bliższym badaniu dostrzegłem pęknięcie w ściance szklanego pojemnika, ale postanowiłem o nim nie myśleć.

Stałem, ciesząc się łagodną bryzą i kontemplując robota. Zdałem sobie sprawę, jak niedbale został wykonany. Na podstawie rozmaitych brudów, które się do niego poprzyklejały, można było wnosić, że droga do miejsca, w którym się teraz znajdował, musiała prowadzić przez pustynię, gospodarstwo wiejskie oraz miasto. Tak właśnie mogło być: nie miałem przecież zielonego pojęcia, skąd naprawdę przybył.

Kucnąłem na trawie obok niego.

 – Jak masz na imię?

Nie odpowiedział, więc wskazałem palcem na swoją pierś.

– Ben. A ty? – I wskazałem na niego.

– Tang.

Jego głos brzmiał brzęcząco i elektronicznie.

– Tang?

– Tang. Tang. Cierp-ki Tang1. Tang!

– No dobrze, dobrze… Rozumiem. Tang, a dlaczego jesteś w moim ogrodzie?

– Sierpień.

– Teraz wcale nie jest sierpień – powiedziałem łagodnie. – Mamy połowę września.

– Sierpień.

– Wrzesień.

– Sierpień! Sierpień! Sierpień!

Zamilkłem na chwilę, po czym spróbowałem innej taktyki śledztwa.

– Skąd tu się wziąłeś, Tang?

Zamrugał, ale się nie odezwał.

– Czy mam zadzwonić do kogoś, kto by przyszedł i cię zabrał?

– Nie.

– Doskonale, czegoś się w końcu dowiadujemy. Jak długo planujesz zostać w moim ogrodzie, Tang?

– Cierpki Tang… Tang… Tang… Tang...

Łagodnie powtórzyłem pytanie.

– Tang! Cierpki Tang… sierpień… nie… nie… nie!

Westchnąłem i założyłem ręce na piersi.

Dwanaście godzin później, kiedy Amy dotarła z pracy do domu, otworzyła kuchenne drzwi i pomachała do mnie, dając znak, żebym wszedł do środka.

– Zostań tu – powiedziałem do Tanga, choć nie wydawało się to potrzebne. Większą część poranka przesiedziałem w swoim gabinecie i nie zwracałem na niego uwagi, na wypadek gdyby z własnej woli zamierzał sobie pójść. Ale robot ani drgnął. Resztę dnia spędziłem, chodząc tam i z powrotem między domem a robotem i obmyślając sposoby, jak przemówić mu do rozumu. Do chwili powrotu Amy jego upór zdołał wzbudzić moje żywe zainteresowanie.

– Co się dzieje? – zapytała Amy, po czym uniosła brwi, zauważywszy moje spodnie od piżamy w kolorze butelkowej zieleni i stary niebieski szlafrok, a więc te same elementy stroju, które miałem na sobie, kiedy rano wychodziła z domu. Nienawidziła tego szlafroka: choćby nie wiem ile razy go prać, zawsze i tak pachniał stęchlizną.

– No cóż, to jest robot-facet – powiedziałem – a przynajmniej na takiego wygląda.

– To one mają płeć?

– Prawdę mówiąc, nie jestem pewien. Ale ten ma. Jest jednak trochę inny.

– Najwyraźniej. To nawet nie jest model podstawowy.

– Nie, mnie chodzi o to, że jest inny… w sensie szczególny.

Amy zmarszczyła nos i zapytała:

– Skąd wiesz?

– Nie wiem. Tak mi się wydaje.

– Powiedział coś?

– Powiedział, że ma na imię Cierpki Tang i jeszcze coś o tym, że mamy sierpień.

– Ale przecież teraz nie jest sierpień, tylko połowa września.

– Wiem. Ale on jest naprawdę w kiepskim stanie: cały wyszczerbiony, a w środku ma pęknięty szklany pojemnik.

– No tak, wspaniale. Więc i robota też mamy rozwalonego. Po prostu idealnie.

Nie zareagowałem.

Amy trochę złagodniała.

– Co jeszcze mówił?

– Niewiele.

– No a czemu tu przyszedł?

– Nie wiem. Nie chciał powiedzieć.

– A jak długo zamierza…

– Posłuchaj, tego też nie wiem, rozumiesz? Nie doszliśmy do tego punktu.

Oczy Amy zwęziły się.

– Nie możemy mu tak pozwolić siedzieć w ogrodzie, aż zardzewieje. Idź i porozmawiaj z nim jeszcze.

– Przez cały dzień próbowałem przemówić mu do rozumu. Może ty z nim porozmawiasz, skoro uważasz, że zrobisz to lepiej.

A teraz znów to spojrzenie kotka, który dostał klapsa… Nie znosiłem, kiedy mnie rozstawiała po kątach, ale ceniłem też spokojne życie, więc w końcu, pokonując frustrację, wymamrotałem „OK” i otworzyłem kuchenne drzwi.

Po tygodniu takiego stanu Amy doszła do wniosku, że obecność niewiele wartego robota szpeci ogród. Oświadczyła, że ma dość oglądania go za każdym razem, kiedy patrzy przez kuchenne okno. Udało mi się skłonić go do krótkiej rozmowy, ale do przeniesienia się już nie zdołałem go namówić. Nie posunąłem się też zbyt daleko, jeśli chodzi o zdobycie wiedzy, skąd przybył.

– Możesz się go pozbyć?

– Ale dlaczego ja?

– Bo ty z nim rozmawiałeś.

– Ale niczego z niego nie potrafiłem wyciągnąć.

– No dobrze, ale on nie może zostać w ogrodzie.

– Ile razy mamy się jeszcze o to kłócić? Jeśli chcesz się go pozbyć, znajdź jakiś sposób.

– Wydaje mi się, że ty lubisz to coś. Myślę, że dzięki niemu masz się na czym skupić, zamiast szukać pracy.

– No naprawdę, Amy, dlaczego w każdej kłótni musi chodzić o to, że jestem niezatrudniony.

– Gdybyś miał pracę, w ogóle nie musielibyśmy się o nic kłócić.

– I tak nie musimy. Niepotrzebna mi praca, wiesz przecież.

– Tak, tak, twoi rodzice zapisali ci w testamencie wystarczająco dużo, żebyśmy mogli z tego żyć, ale w pracy nie chodzi tylko o pieniądze. Czy ty tego nie rozumiesz?

– Nie, nie rozumiem. A Tang to nie jest „to coś”, tylko „on”.

Amy zmieniła taktykę.

– No więc chodzi o to, że nie zamierzam trzymać dłużej robota w ogrodzie. Szczególnie takiego.

– Co masz na myśli, mówiąc „takiego”?

Wskazała robota gołym ramieniem pokrytym gęsią skórką.

– Już ty wiesz… no, takiego. Starego. I popsutego.

– Ach, rozumiem. Wszystko byłoby w porządku, gdyby to był błyszczący robot z najwyższej półki, z palcami u dłoni i stóp i z własną twarzą.

– Może tak.

Przynajmniej była uczciwa.

– Posłuchaj, wieki całe nalegałaś, żebyśmy sobie sprawili robota. No więc teraz mamy. Nie rozumiem, w czym problem.

– To tak jakbyś kupił stary, zdezelowany samochód i zapytał, w czym problem. Chciałam androida. A ten co potrafi zdziałać? Nic nie chce robić, tylko siedzi i gapi się na konie. O co tu chodzi? Po co komu robot, z którego nie ma żadnego pożytku? A jeśli jest zepsuty, trzeba go będzie naprawić. Dlaczego mielibyśmy to robić?

– Nie jest aż tak zepsuty. Nie dramatyzuj. A jeśli rzeczywiście będzie go trzeba zreperować, to go oddamy do naprawy.

– Komu?

Powiedziałem, że nie wiem, ale z pewnością ktoś w pobliżu da radę naprawić robota.

Amy wyrzuciła ręce w górę w geście rozpaczy, odwróciła się ode mnie, po czym ze zdwojoną energią zaczęła szorować kuchenne blaty.

– W każdym razie, jak już mówiłam, chciałam, żebyśmy sobie sprawili androida, a nie robota.

– A co to za różnica?

– Ogromna różnica! Tak jak mówisz: palce u rąk, u nóg, indywidualna twarz. To na początek. Chcę mieć nowego robota, takiego jak ma Bryony. Pokazywała mi artykuł o nim w „Robotach i Ich Psotach”. Najnowsza technologia, no i w ogóle.

Bryony to moja siostra. Przyjaźnią się z Amy mniej więcej od pięciu i pół roku. My z Amy jesteśmy razem od pięciu lat i jednego kwartału.

– A co on takiego umie, czego ten nie potrafi?

– No cóż, mógłby się tu czymś zająć, sprzątać, odkurzać, pracować w ogrodzie i takie rzeczy. Miło by było, gdyby potrafił też gotować. Nie wygląda mi na to, żeby to niskie i małe pudełko było w stanie choćby dosięgnąć do płyty kuchenki, a co dopiero przygotować posiłek.

– Ale przecież ty gotujesz.

– No właśnie! Spędzam cały dzień w pracy, próbując różnym bardzo trudnym ludziom rozwikłać jakieś naprawdę skomplikowane problemy prawne. Ostatnią rzeczą, na którą mam ochotę, kiedy przychodzę do domu, jest gotowanie.

– Ale proponowałem, że będę za ciebie gotował, a ty powiedziałaś, że nie smakuje ci nic, co ja robię, że to eksperymenty, na dodatek nieapetyczne.

– No dobrze, gotowanie to przedostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, kiedy przychodzę do domu. Całkiem ostatnią jest usiąść przed talerzem twojego niedosmażonego bekonu.

– Myślałem, że lubisz bekon.

– Ben, lubię, ale nie o to chodzi! Gdybyśmy mieli androida, nie musiałabym przygotowywać wieczornych posiłków i ty byś też nie musiał. Widziałam takie u przyjaciół. Podajesz im przepis i ustawiasz przodem do lodówki. Za każdym razem wychodzi przyzwoite jedzenie.

– To słowa jak z reklamy.

– Och, nie bądź dziecinny.

Jej słowa wściekały mnie. Z tyłu szyi poczułem ukłucie irytacji. Wiedziałem, że powinienem przerwać tę sprzeczkę, ale nie potrafiłem.

– Tylko dlatego, że wszyscy twoi znajomi coś takiego mają, to i ty też musisz. Przypuszczam, że chciałabyś jeszcze na dodatek któregoś z tych cholernych cyberlokajów.

– Oczywiście, że nie. Po prostu normalnego, domowego androida.

– A gdzie mielibyśmy go wstawić? – upierałem się. – Muszą gdzieś stać, kiedy nie pracują. Czy nie potrzebują się ładować czy coś tam?

– Tak. Ale mamy dość miejsca.

– Gdzie? Stacja dokująca dla androida Bryony zajmuje kupę miejsca u nich w składziku. A nasz składzik jest dużo mniejszy niż ich. Poza tym one potrzebują specjalisty, żeby je podłączył do kanalizacji… czy co to się z nimi robi. Po prostu nie widzę sensu.

– No tak, ty nie widzisz. I właśnie to jest samo w sobie tym sensem. Chciałabym mieć androida nie dlatego, że wszyscy moi znajomi je mają, ale dlatego, że mogłabym przestać zajmować się wszystkim w domu niezależnie od pełnoetatowej pracy, którą wykonuję.

Nie mogłem pozwolić, żeby ta kłótnia toczyła się dalej.

– Ale ja nie rozumiem, po co nam android w domu. Mogę sam robić te dodatkowe rzeczy.

– Tak, tak, możesz. Ale nie robisz, prawda?

– To nie jest uczciwe, Amy, robię różne rzeczy w domu.

– Na przykład?

– Wynoszę pojemniki ze śmieciami.

– Wyniosłeś pojemniki dwa tygodnie temu.

– Tak, wtedy kiedy mieli po nie przyjechać.

– Ben, pojemniki trzeba wynosić na zewnątrz co parę dni.

– To śmieszne. Tak szybko się nie napełniają.

– Bo ja je wynoszę!

– Naprawdę?

Amy rzuciła w moją stronę długie, twarde spojrzenie. Ta sprzeczka, podobnie jak tyle innych, które mieliśmy już za sobą, zaczynała przypominać obieg zamknięty. Jedynym sposobem, by ją zakończyć, była ucieczka. Wróciłem do wyjściowej kwestii.

– Więc co proponujesz, żebym zrobił z tym robotem… który jest dla ciebie niewystarczająco dobry?

Amy skrzywiła usta, a potem zrobiła lekko zakłopotaną minę. Zdawała sobie sprawę, że jej propozycja mi się nie spodoba. Ale wściekłem ją do tego stopnia, że na nic już nie zwracała uwagi.

– No cóż, on się do niczego nie nadaje, prawda? Więc może by go wynieść… wynieść na wysypisko?

Zamilkłem na chwilę przerażony tą sugestią. Rzeczywiście, byłem zafascynowany naszym nowym gościem i chciałem się dowiedzieć o nim jak najwięcej. Powiedziałem to Amy.

– Przecież to jest fascynujące, nie sądzisz? Robot zjawiający się nie wiadomo skąd.

Amy ujęła się pod boki i wyglądała na nieprzekonaną, więc – nietypowo – postanowiłem dodać gazu, zanim zdoła cokolwiek odpowiedzieć.

– To jest mój dom i powiadam ci, że on może zostać tu tak długo, jak będzie chciał.

Amy spiorunowała mnie wzrokiem. Jej brwi ściągnęła furia. Ale wiedziała, że mam rację. To był mój dom.

– To jest także mój dom, Ben – powiedziała cicho. – Jestem twoją żoną. Nie mam tu nic do powiedzenia?

Zagryzłem wargi.

– Oczywiście, że masz. Ale nie każ mi go wyrzucać na wysypisko. Przynajmniej pozwól mi się dowiedzieć, skąd się tu wziął. Może ktoś za nim tęskni.

Amy zgodziła się, ale poprosiła, żebym go przynajmniej przeniósł do garażu i trochę wyczyścił.

– Dopóki on tam siedzi, nie mogę nikogo zaprosić.

I o to głównie chodziło. Amy chciała, żeby wszystko wyglądało idealnie, kiedy ktoś z przyjaciół przyjdzie z wizytą.

Zrobiłem ruch, jakbym chciał ją objąć ramieniem, ale zanim zdołałem jej dotknąć, zakaszlała i odwróciła się, zostawiając mnie w kuchni samego.

2. Milczenie

Następnego ranka siedziałem naprzeciwko robota na schodku w naszym garażu, stanowiącym integralną część domu. W tym pomieszczeniu było to jedyne miejsce do siedzenia, jeśli nie liczyć podłogi albo maski hondy civic, którą rodzice także mi zapisali w spadku. Amy nalegała, żeby stary samochód pozostawał w garażu, podczas gdy jej lśniące audi stało na podjeździe przed domem.

Tang patrzył mi prosto w oczy, tak jakby czekał, że dokonam jakiegoś przełomu. Ale nie bardzo sobie wyobrażałem, co mógł­bym zrobić bez jego pomocy. Było już teraz oczywiste, że nie zamierzał nigdzie sobie pójść, a ja doszedłem do wniosku, że Amy miała rację: powinienem go przynajmniej wyczyścić.

Przyniosłem miskę z ciepłą wodą z mydlinami i gąbkę do mycia samochodu, ale kiedy zbliżyłem ją, ociekającą pianą, do ciała Tanga, nie wydawał się zachwycony. Przestępował z nogi na nogę i wyglądał na wzburzonego, aż do chwili kiedy odłożyłem gąbkę. Popatrzył na mnie jak na idiotę.

 – Domyślam się, że niepokoi cię woda.

Zamrugał oczami.

– W porządku, a gdybym użył czegoś mniejszego? Czegoś, co zawiera mniej wody?

Rozejrzałem się w koło i znalazłem małą ściereczkę. Chociaż robot nadal nie był zachwycony, pozwolił mi przynajmniej zmyć z siebie najgorszy brud. Kiedy go delikatnie wycierałem, kiwał się na nogach, przez co trudno było stwierdzić, gdzie został już umyty, a gdzie należało jeszcze popracować. Poza tym miałem wrażenie, że nitów spajających ze sobą poszczególne panele nie da się doczyścić szmatką – a zajmowałem się przez cały czas dopiero jego przodem. Zanosiło się na długą pracę. Mogło to potrwać kilka dni. Odpowiadało mi to. Wiedziałem jednak, że nie będzie odpowiadać Amy. Prawdopodobnie myślała, że wyleję na robota wiadro wody i będzie w porządku. Albo sądziła może, że zabiorę go do myjni samochodowej.

Wyszedłem z garażu, żeby poszukać bardziej odpowiednich przyborów do mycia.

– Amy? Amy, gdzie jesteś?

– Na górze. A o co ci chodzi?

– Masz jakąś starą szczoteczkę do zębów?

– Starą szczoteczkę do zębów?

– Tak.

– Po co ci stara szczoteczka do zębów?

Nie odpowiedziałem jej od razu, bo nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Mieliśmy stare szczoteczki na baterie, które trzymaliśmy w walizkach. Kiedy kupiliśmy nowe elektroniczne odkamieniacze ultradźwiękowe, tamten stary sprzęt został przeznaczony do użytku jedynie w czasie wakacji, ale ani Amy, ani ja od dłuższego czasu nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, więc nie sądziłem, że ktoś będzie ich potrzebował.

– Ee… nic ważnego.

Poszedłem do składziku, gdzie trzymaliśmy walizki i inne takie, i zapolowałem na szczoteczki. Kiedy stamtąd wychodziłem, uświadomiłem sobie, że jedna z walizek musiała zostać ostatnio wyjęta ze sterty pozostałych i leżała teraz otwarta na rozkładanej kanapie.

Było coś dziwnego w czyszczeniu robota elektryczną szczoteczką do zębów. Może chodziło o szum szczoteczki przedzierającej się przez brud na metalowym ciele Tanga, a może o jego minę, kiedy przyglądał się, jak odsłaniają się stopniowo powierzchnie, o których istnieniu najwyraźniej zdążył już zapomnieć. A może przyczyną tego wrażenia był fakt, że od drgań szczoteczki ustawicznie otwierała się jego klapa, co bardzo wydłużało cały proces, bo co parę minut musiałem przerywać pracę i po raz kolejny ją zamykać. Po jakimś czasie przyszło mi zająć się jego spodem. Udało się położyć Tanga na plecach i wziąć się za tę najmniej zręczną część zadania. I właśnie wtedy dokonałem odkrycia.

Na środku podbrzusza Tanga znajdowała się – równo oddalona od jego czterech narożników – płytka. Przymocowana kolejnymi czterema byle jakimi nitami, była poobijana i porysowana, ale najwyraźniej kiedyś pozostawiono na niej jakąś inskrypcję. Światło pochodzące od jedynej wiszącej u sufitu żarówki było przyćmione, a pora roku za późna, żeby siedzieć w garażu z podniesioną bramą, więc poświeciłem sobie telefonem i spróbowałem odczytać napis z płytki. Pozostało bardzo niewiele czytelnych liter, właściwie tylko fragmenty słów „PAL…” i „Micron…”. Trochę powyżej widniał fragment zdania: „Należy do B…”.

– Tang, kto to jest „B”?

Tang uniósł głowę najwyżej, jak potrafił, i bez mrugnięcia wpatrywał się we mnie, ale nie odpowiedział.

W tym właśnie momencie drzwi prowadzące z domu do garażu otworzyły się i usłyszałem głos Amy.

– Więc do czego potrzebna ci szczot… Co ty, u licha, robisz!?

Rozumiałem, dlaczego poczuła się zaniepokojona. Kiedy schodziła na dół, prawdopodobnie nie spodziewała się, że zobaczy Tanga leżącego płasko na plecach i mnie wpatrującego się w jego spojenie łonowe i równocześnie trzymającego w jednej ręce telefon z aparatem fotograficznym, a w drugiej – pracującą na maksymalnych obrotach elektryczną szczoteczkę do zębów.

– Amy, zdaję sobie sprawę, że to dziwnie wygląda, ale zapewniam cię, że po prostu go czyszczę, tak jak prosiłaś.

Miała niepewną minę.

– Popatrz, znalazłem jakąś poszlakę. – Pokazałem jej płytkę, ale Amy nie ruszyła się.

– Ben, posłuchaj sam siebie. Chcesz, żebym szukała poszlak U ROBOTA W DUPIE?

– Ale gdybyś tylko spojrzała, zaraz ci wytłumaczę…

– Wychodzę.

Wzdrygnąłem się, słysząc trzaśnięcie drzwi. Tang też podskoczył, przy czym znów otworzyła mu się klapa.

Postawiłem go na nogi i zapytałem ponownie:

– Tang, kto to jest „B”?

Spuścił wzrok i nie odpowiedział. Pomyślałem, że musi tęsknić za tym kimś, kto kryje się za literą „B” i kto najwyraźniej nie wybiera się na poszukiwanie Tanga. Zrobiło mi się żal tej małej, zdezelowanej skrzynki.

Amy wróciła wieczorem na kolację, znacznie spokojniejsza i – co było niezwykłe – w nastroju, żeby ze mną porozmawiać. Siedziałem na barowym stołku w kuchni, a ona gotowała. Słuchałem jej opowieści o pracy adwokata, spoglądając jednocześnie na Tanga, który siedział w ogrodzie i obserwował konie. Amy zrezygnowała już z walki o ukrycie go w garażu. Stwierdziliśmy, że nie da się trzymać Tanga w miejscu, w którym on nie chce przebywać. Ale przynajmniej był czysty.

Obserwując, jak sieka szalotkę, uznałem, że jest w nastroju na tyle uległym, żeby jej powiedzieć o płytce.

– Więc ta płytka Tanga… tam jest napis „Należy do B…”.

Amy zesztywniała, ale starała się udawać zainteresowanie.

– A kto to jest „B”?

– Nie wiem. Pytałem Tanga, ale mi nie powiedział.

– Quelle surprise2.

Był to niemal żart. Ucieszyłem się.

– Reszta słowa już się zatarła. Są tam jeszcze dwa fragmenty wyrazów: „Micron…” i „PAL…”.

Amy przerwała siekanie i zastanawiała się przez chwilę.

– Może „Micron-coś tam” jest nazwą firmy, która go wyprodukowała?

– Też tak myślałem. Przyszło mi do głowy, że może będą w stanie go naprawić. Zajrzałem do sieci i zawęziłem kryteria wyszukiwania, kierując się tym, ile on musi mieć lat. Nie ma żadnego numeru seryjnego, więc myślę, że musi być pojedynczym egzemplarzem. Znalazłem tylko jedną firmę: „Micronsystems”. W Kalifornii, w San Francisco.

Zrobiłem krótką pauzę i ciągnąłem dalej.

– Powinno tam być ładnie o tej porze roku.

Amy znów odłożyła nóż.

– Ben, ani mi się waż.

– Co? To tylko proste stwierdzenie na temat Kalifornii, miejsca, w którym nigdy nie byłem.

– No właśnie. Miejsca, w którym nigdy nie byłeś i w które chciałbyś pojechać. I miałbyś cholernie dobry pretekst, żeby pojechać, gdybyś sądził, że mają tam magiczne urządzenie do naprawiania popękanych robotów. Znam cię. I tak już spędzasz stanowczo za dużo czasu z tym czymś. To nie jest rozsądny sposób postępowania dorosłego mężczyzny.

Zignorowałem ostatnie oskarżenie i zająłem się pierwszym.

– Ale warto spróbować, prawda? Chcę go zatrzymać i gdybym mógł go oddać do naprawy… no cóż, może wtedy mógłbym go nauczyć niektórych sztuczek, jakie potrafią robić androidy. A poza tym on tak smutno wygląda, taki jest poturbowany. To byłby dobry uczynek.

Amy wydęła wargi.

– Ben, to jest robot, on nie ma uczuć. Nie ma dla niego znaczenia, gdzie jest ani na ile jest zepsuty. A ta gadka, że ty go nauczysz… Nie potrafisz go nawet skłonić, żeby normalnie mówił. Czy nie powinieneś zająć się czymś bardziej pożytecznym?

– A co jest niepożytecznego w zawiezieniu zepsutego robota do Kalifornii i przywiezieniu z powrotem naprawionego? Amy, pomyśl o tym: to byłoby osiągnięcie.

– Sam mówiłeś, że on nawet nie jest bardzo popsuty, więc czemu się tym przejmujesz?

– W nim jest jakaś ukryta głębia. Po prostu to wiem.

– A więc zamiast oddać zepsutego robota do recyklingu i kupić nowiutkiego androida, wolisz przejechać pół świata, bo masz przeczucie, że ta jedyna firma w Ameryce może być w stanie go naprawić? A dopiero potem zastanowisz się, czy będzie z tego jakiś pożytek?

Zastanawiałem się chwilę, zanim odpowiedziałem.

– To nie jest taki zły pomysł, nie sądzisz?

Amy zjadła kolację w milczeniu, po czym wyszła. Nie powiedziała mi, dokąd idzie ani kiedy wróci. Kiedy bez niczyjej pomocy obudziłem się o świcie, poczułem złość, że przez nią zawsze mam wrażenie, iż to ja jestem winny spowodowania kolejnej awantury. Nie byłem więc skłonny do wysyłania wiadomości i pytania, gdzie jest. A poza tym uważałem za wielce prawdopodobne, że jest u ­Bryony; zawsze miała tam metę, kiedy chciała się schować przede mną.

Kiedy rano wróciła do domu, nadal się do mnie nie odzywała.

– Gdzie byłaś w nocy?

Przez chwilę przyglądała mi się ostentacyjnie – i już wiedziałem, że coś ukrywa – ale nic nie powiedziała. Poszła na górę, wzięła prysznic, przebrała się i znowu wyszła, tym razem do pracy.

– Och, świetna robota, Amy, bardzo dojrzale – krzyknąłem do zamkniętych frontowych drzwi. A potem dodałem: – Tang? Gdzie jesteś? Chodź, popatrzymy na konie.

Amy nie odzywała się do mnie przez cały tydzień. Bolało, ale nie był to już pierwszy raz. Aż któregoś wieczoru po położeniu się do łóżka odwróciła się do mnie.

– Ben?

– Tak?

– Przepraszam, że się na ciebie złościłam. Nie chcę, żeby między nami było tak okropnie. Czy chciałbyś… może byśmy tak…?

Choć czułem się zaskoczony, gotów byłem grać starszego i mądrzejszego. Udałem, że nic się nie stało.

– Hmm… tak, oczywiście, chciałbym. Zawsze.

Tak właśnie dochodziło między nami do seksu: Pytanie, Zgoda, Akt. Leżała potem, patrząc w sufit. A później, ni z tego, ni z owego…

– Ben, wyniosłeś pojemniki ze śmieciami?

Zrobiłem skonsternowaną minę.

– Pojemniki. Wyniosłeś je?

– Oczywiście, że wyniosłem. Dwa razy w ciągu ostatnich dwóch dni.

– I zaryglowałeś kuchenne drzwi?

– Tak.

– A gdzie jest robot?

– W moim gabinecie.

Amy wciąż nie była szczęśliwa z powodu obecności Tanga w domu, ale nie protestowała.

– A drzwi są zamknięte?

– Tak. Dopóki się nie nauczy, jak przekręcać gałkę, jest bezpiecznie odizolowany. Nie wskoczy na ciebie w środku nocy.

Muszę przyznać, że to było dziecinne. Dwadzieścia minut po tym, jak zaczęliśmy znowu ze sobą rozmawiać, znów udało nam się wzajemnie zirytować.

Amy rzuciła mi gniewne spojrzenie, odwróciła się i poszła spać.

Trzy godziny później obudził nas jakiś brzęk.

– Co to było? – Amy była przestraszona. – Idź zobacz.

Wystawiłem nogi z łóżka, ale okazało się, że nie muszę. Z dołu schodów dobiegał niedający się z niczym pomylić głos robota.

– Ben… Ben… Ben… Ben… Ben...

Potem przerwa.

– BEN… BEN… BEN… BEN…

Nawet nie spojrzałem na Amy, wychodząc z sypialni. Nie musiałem.

Tydzień później sprawy między mną i Amy nie wyglądały lepiej. Nie zrezygnowałem też z pomysłu wyjazdu do Kalifornii. Dokądkolwiek szedłem, Tang podążał za mną. Wyglądało na to, że nie mogę się od niego odczepić, ale nie przeszkadzało mi to. Gorzej było, kiedy szedł za Amy, co też mu się zdarzało, choć nie tak często. Zwykle straszyła go, wołając mnie, żebym przyszedł i go zabrał. Zacząłem spędzać coraz więcej czasu z Tangiem w gabinecie, próbując nakłonić go do mówienia. Trzeba uczciwie przyznać, że nauczył się kilku nowych słów. Na przykład „nie”.

– Tang, może wyszedłbyś na zewnątrz i popatrzył na konie, a ja zjem lunch.

– Nie.

– Szczerze mówiąc, Tang, to nie było pytanie, tylko sugestia.

– Nie.

– Ale ja muszę coś zrobić. Chcę, żebyś wyszedł na trochę na zewnątrz, rozumiesz?

– Nie.

I tak to się ciągnęło.

Pewnego popołudnia, po szczególnie długiej i frustrującej dla Tanga lekcji słownictwa, zostawiłem go przy oknie w gabinecie, skąd mógł oglądać konie. Idąc do kuchni po dużego drinka, usłyszałem, jak Amy rozmawia przez telefon. Nie chcąc przeszkadzać, przystanąłem i zastanowiłem się, czy nie powinienem wrócić do gabinetu. I wtedy dotarł do mnie fragment rozmowy.

– Kiedy to się tutaj pojawiło, pomyślałam sobie: „Świetnie, Ben nareszcie będzie za coś odpowiedzialny”. Ale im dłużej to u nas jest, tym wyraźniej sobie uświadamiam, że on się po prostu nigdy nie zmieni. Spędza cały czas z tym cholerstwem… to wszędzie za nim łazi, i za mną też. Chce mi się wymiotować. A w zeszłym tygodniu toto nas obudziło o czwartej nad ranem, krzycząc na okrągło „Ben… Ben… Ben… Ben…” tym swoim głupim, monotonnym głosikiem, dopóki Ben nie wstał z łóżka i nie zszedł na dół. I zanim się zorientowałam, to było w naszej sypialni. Niedługo położy nam się do łóżka! A Ben mówi, że chciałby polecieć do Kalifornii, żeby to tam naprawili. Ot, taki rok przerwy przed pójściem na studia, po prostu. Tyle że on ma trzydzieści cztery lata i nie powinien podróżować po świecie z plecakiem, tylko znaleźć jakąś posadę i mieć dziecko, nie?

Zapanowała cisza, na czas kiedy osoba na drugim końcu linii wydawała swój werdykt. Cokolwiek powiedziała, Amy jednocześnie się z tym i zgodziła, i nie zgodziła.

– No cóż, tak, rozumiem, że to jest dokładnie ten typ szalonych pomysłów, które miewali wasi rodzice, ale różnica polega na tym, że oni by to naprawdę zrobili, prawda?

Chwila przerwy.

– Nie wiem, czy bardziej mnie wścieka to, że w ogóle pomyślał o tym wyjeździe, czy to, że niczego więcej w tej sprawie nie zrobi.

Przerwa.

– Ale nie o to chodzi, raczej o to, dlaczego Ben nie mógłby okazać trochę uwagi dziecku. Dlaczego robotowi? Z którego w dodatku nie ma żadnego pożytku.

Usłyszałem, jak Amy łamie się głos, po czym znów zapadła na chwilę cisza.

– Tak, oczywiście, że wie. Mówiłam mu o tym setki razy.

Przerwa.

– No nie, chyba nigdy nie powiedziałam mu tak wyraźnie „Ben, chciałabym mieć dziecko, co ty na to?”, ale robiłam dostatecznie dużo aluzji.

Przerwa.

– Pewnie masz rację. Może powinnam to była jasno wytłumaczyć.

Przerwa.

– Nie, Bryony, już jest za późno. Jest zbyt wiele innych problemów, a to, że marnuje tyle czasu na robota, to tylko ostatnia kropla.

Przerwa.

– No, na przykład to, że nigdy niczego nie osiągnął. Kiedy go poznałam, pomyślałam: „Uczy się na weterynarza, więc musi być mądry i dobry”, ale co się z tym wszystkim potem stało? Nic. I ciągle jeszcze nie naprawił bramy. Ten idiotyczny pomysł, żeby zabrać robota do Stanów, też się rozejdzie po kościach, jak wszystko, za co się bierze.

Przerwa.

– Tak, wiem, ale dawałam mu luz od chwili, kiedy go poznałam. W którymś momencie musi wreszcie pójść do przodu… ty poszłaś, prawda? To dlaczego on nie może?

Amy wyliczała mojej siostrze wszystkie moje braki i rozbierała je na części pierwsze. Czułem się zawstydzony, niespełniający oczekiwań, ale także zdezorientowany. Od kiedy to Amy chciała dziecka? Kiedy się poznaliśmy, interesowała ją tylko kariera… Właśnie awansowała i żartowała, że nigdy nie będzie miała czasu na dzieci. Myślałem, że naprawdę tak uważa. Nie wiedziałem zresztą, czy ja sam chcę dziecka; ta sprawa po prostu nie była na moim radarze. Może byłbym okropnym ojcem?

Ale najbardziej ubodło mnie inne zdanie, które wypowiedziała: „On nigdy niczego nie osiągnął”. Miała rację. Nie osiągnąłem. Nadszedł czas, żeby to zmienić.

3. Taśma klejąca

Amy odeszła w sobotni ranek. Siedziałem w gabinecie – nietypowo, bo bez Tanga – kiedy zadzwonił telefon. Kilka minut później Amy stanęła w drzwiach.

– Dzwoniła Bryony – powiedziała.

– Ach, tak? I co mówiła?

– Powiedziała, że możemy przyjść o dowolnej porze, byle po jedenastej, bo ona i Annabel nie wrócą wcześniej ze stajni. Georgie ma lekcję tenisa, a Dave ląduje dopiero o trzeciej.

Moja siostra Bryony jest nadmiernie ambitna. Podobnie jak Amy jest adwokatem i obie zdają się bardzo lubić dyskusje o moich mankamentach. Ja jestem niedoszłym weterynarzem. Przygotowywałem się do tego zawodu przez dwanaście lat i z ostatniego stażu zostałem wyrzucony z powodu zamieszania z anestetykiem dla psa i antybiotykiem dla królika. Bryony jeździ konno w reprezentacji Berkshire, ma dwoje dzieci – oczywiście chłopca i dziewczynkę – i od lat jest szczęśliwą żoną pilota pewnej linii lotniczej. Bryony jest tym synem, którego moi rodzice nigdy się nie doczekali.

– Nie zdawałem sobie sprawy, że zamierzamy tam dzisiaj iść – odpowiedziałem po chwili.

– Nie zamierzamy. Ja zamierzam.

– No cóż, dobrze, pozdrów ją ode mnie.

– Pytała też, czy znalazłeś już pracę. Powiedziałam, że ­jesteś na to za bardzo zajęty, bo próbujesz zostać zaklinaczem robotów.

Przez chwilę panowało milczenie.

– I jeszcze jedno… – zaczęła.

Uniosłem brwi.

– Bryony i ja uważamy, że powinieneś zatrzymać dom. W końcu twoi rodzice ci go zapisali, a ani ona, ani ja tak naprawdę go nie potrzebujemy. Nie tak bardzo jak ty.

– Jak to „zatrzymać dom”? Przecież ja mam dom. Oboje mamy dom!

– W trakcie sprawy rozwodowej, Ben. Byłoby nieuczciwie z mojej strony, gdybym go zabrała. Mogłabym, ale nie zrobię tego.

– Rozwodowej? Czyjej sprawy? Nic nie rozumiem.

– Naszej – powiedziała cicho. – Odchodzę, Ben. Będę przez pewien czas u Bryony, aż znajdę coś, co mogłabym kupić.

Wolno wypuściłem powietrze.

– No jasne, odchodzisz.

W tym momencie pełne współczucia i spokoju zachowanie Amy zniknęło, a jej twarz zachmurzyła się.

– No widzisz? Właśnie dokładnie przez to. Niczego nie bierzesz na poważnie. Nic dla ciebie nie jest ważne oprócz tego cholernego robota.

– To nie jest wina Tanga, że nie wiemy, skąd się wziął ani co z nim robić.

Amy wyszła, trzaskając drzwiami. Wstałem, żeby pójść za nią, i słyszałem, jak przeklina. Na podłodze w holu siedział Tang, a obok niego stała zgrabna walizka Amy. Przy jego stopach zauważyłem kałuże oleju.

– No i Tang się zdenerwował – poinformowałem Amy.

Zarzuciła z niemym krzykiem płaszcz na ramiona i wytoczyła walizkę za drzwi. Także i te zamknęła z trzaskiem. A więc stało się. Poszła sobie.

Tego wieczoru siedziałem samotnie przy barowej ladzie w kuchni, pijąc z ulubionego kubka Amy najelegantszego szampana, jakiego znalazłem w naszym barku. Butelka była prezentem od Bryony i Dave’a na naszą czwartą rocznicę ślubu. Kupowali nam szampana na każdą rocznicę. Pozostałe wypiliśmy, ale ta kurzyła się już ponad rok.

– Jeśli kiedykolwiek wróci – odezwałem się do Tanga – będzie o to wściekła.

Uniosłem kubek ku światłu księżyca wpadającemu przez okno i upiłem kolejny łyk.

Tang siedział przy końcu lady pochylony naprzód, z głową opartą o blat. Znów wyglądał na kompletnie przybitego. Ramiona żałośnie zwisały mu wzdłuż boków. Ja trzymałem swoje na barze, wyprostowane, choć chwilami głowę także wspierałem na blacie. Zastanawiałem się, czy Tang rozumie, co się dzieje. Czy on w ogóle cokolwiek rozumiał?

Po chwili wyprostował się i jednym ze swych chwytaków wskazał na siebie. Ten gest spowodował, że znów otworzyła mu się klapa na piersiach. Zamknął ją, a potem spytał:

– Ja?

– Ty?

– Amy… ja?

Znów wskazał na siebie.

– Och nie, Tang, nie martw się, to wcale nie o ciebie chodzi. Sprawy już od dawna nie układały się najlepiej. To wszystko moja wina.

Tang nie wyraził żadnej opinii, ale wyglądał na uspokojonego, na ile to było możliwe.

– A właściwie nie, nie wszystko jest moją winą. To przecież niemożliwe. Nie moja wina, że jestem gównianym weterynarzem. Jajestem winien, że się odpowiednio nie przykładałem, ale nic nie poradzę na to, że jestem do dupy.

– Amy wszystko przychodzi tak cholernie łatwo – ciągnąłem. – Nigdy nie musiała się martwić, że w czymś, co robi, jest bezużyteczna. Ja zawsze byłem drugim dzieckiem, które nie dorastało do pięt pierwszemu. A potem, kiedy rodzice zginęli w wypadku, było już za późno, by im pokazać, że się mylili… Więc co mam teraz robić? Może mogłem być lepszym mężem. A może ona mogłaby być lepszą żoną…? Czy ona się kiedyś nad tym zastanowiła? Założę się, że będzie mi tylko powtarzać: „Och, Ben, wciąż cię kocham, zostańmy przyjaciółmi”. Pieprzyć to. Nie potrzebuję jej.

Tang spojrzał na mnie i zamrugał oczami szybciej niż zwykle, potem wyciągnął ramię i złapał mnie za rękaw swoją małą pięścią-chwytakiem.

– Wiesz co, Tang? Pieprzyć to! – powiedziałem, stając niepewnie na nogach i przewracając za sobą stołek barowy, który z hukiem wylądował na dębowej podłodze. Przez parę chwil patrzyłem na swoją lewą rękę, po czym krzyknąłem raz jeszcze: „Pieprzyć to!”, i wrzuciłem ślubną obrączkę do szuflady ze sztućcami.

– I wiesz co, Tang? Jedźmy do Kalifornii. Jedźmy jutro.

Upity butelką markowego szampana postanowiłem, że im wszystkim pokażę i wyruszę w drogę z zepsutym robotem.

Minęło parę dni, zanim zacząłem się pakować. Jeden dzień zmarnowałem na walkę z kacem, kolejny na gapienie się w przewodniki turystyczne w gabinecie ojca i próby podjęcia decyzji, czy zabrać ze sobą któryś z nich. Wyznam też, że z pewną niechęcią myślałem o lataniu. Miałem tak od wypadku rodziców. Kiedy tylko mogłem, starałem się latania unikać.

Tang większość tego antraktu spędził, kursując między domem a ogrodem i gapiąc się na konie.

Stałem w naszej… w mojej… sypialni, patrząc na walizkę wyglądającą jak po eksplozji, i uświadomiłem sobie, że w przypadku takiej podróży, o jakiej myślałem, walizka jest głupim pomysłem. Może i mam ponad trzydzieści lat, ale przecież nie ma niczego złego w podróżowaniu z plecakiem – pomyślałem. Problem polegał na tym, że nie miałem plecaka. Skończyło się na ciężkim przypadku marnotrawienia czasu na zakupy internetowe, bo próbowałem w sieci znaleźć i zamówić plecak. Zeszło mi na tym o wiele więcej godzin, niż planowałem. Ciągle odpychałem od siebie Tanga, przewijając na ekranie kolejne obrazki ze sprzętem turystycznym. W końcu robot bardzo się tym zmęczył i znów wyszedł popatrzeć na konie.

Czekając na dostawę nowego plecaka, postanowiłem popracować nad budżetem dziennym i trasą podróży. Pierwszą z tych rzeczy na razie odłożyłem, bo wydawała mi się nużąca, a druga… No cóż, druga to był hazard, ponieważ nie miałem żadnego dowodu, że rzeczywiście miejscem, którego szukam, jest firma Micronsystems. Postanowiłem podjąć jeszcze jedną próbę wydobycia jakichś informacji od Tanga. Musiałem zacząć od samego początku.

– Tang, słuchasz mnie?

– Tak.

– To dobrze. W jaki sposób znalazłeś się w moim ogrodzie?

Tang zrobił minę typową dla Amy i wzruszył ramionami.

– Tak, wiem, że już pytałem dziesiątki razy, ale tym razem naprawdę mi zależy na tej informacji.

Siedzieliśmy w salonie. Wstałem, zdjąłem stary, szary kardigan leżący na oparciu kanapy i otworzyłem francuskie okno wychodzące na ogród. Wyszedłem na taras – na którego wybudowanie nalegała Amy – „dla gości”. Tang z brzękiem poczłapał za mną. Kucnąłem przy nim, kładąc dłonie na jego drobnych, metalowych ramionach.

– Siedziałeś dokładnie tam, pod wierzbą, niecałe pięć tygodni temu. Pamiętasz?

Tang pokiwał pudełkowatą głową.

– Skąd się tam wziąłeś?

Wciąż jakby nie rozumiał pytania, więc podszedłem do bocznej furtki.

– Czy wszedłeś przez tę furtkę?

Znów pokiwał głową.

– Aha. A czy otworzyłeś ją sam, czy była już otwarta?

– Ot-worzyć?

Obracał to słowo w głowie. Wydawało się, że jest dla niego nowe, choć przecież nie powinno. Wiedziałem, że je zna. Zaczynałem się zastanawiać, czy czasami nie udawał głupiego.

Otworzyłem furtkę, żeby przeprowadzić pokaz. Zawiasy skrzypiały i jęczały z wysiłku, jaki sprawiło im poruszanie się w chłodnym, październikowym powietrzu.

– Tak to wyglądało?

– Tak.

A więc tak naprawdę była to wina Amy.

– Chodź ze mną, Tang – powiedziałem, z determinacją wychodząc przez furtkę i okrążając dom aż do frontowego ogrodu, czyli sporego obszaru schludnie przystrzyżonej trawy z małą rabatką róż na środku. Kilka chwil później usłyszałem terkot i brzęk, świadczące o tym, że Tang odbywa tę samą drogę, żeby się do mnie przyłączyć.

– Gdzie byłeś, zanim tu trafiłeś?

Na szczęście Tang szybko skojarzył, o co w tej zabawie chodzi, i uniósł chwytak, wskazując nim przystanek autobusowy przy drodze.

– Przyjechałeś autobusem? Dlaczego?

Popatrzył na mnie z paniką w szeroko otwartych oczach, przestępując z nogi na nogę. Po chwili u jego stóp pojawiła się kałuża oleju.

– Och, Tang, przepraszam cię.

Opuścił wzrok. Przeszukałem kieszenie spodni i znalazłem pokrytą kłaczkami, rzadko używaną chusteczkę, trwale zabrudzoną na zgięciach po latach poniewierania się w mojej kieszeni. Wytarłem nogę Tanga, na której został ukośny ślad po oleju. Wtedy usłyszałem kaszlnięcie. Spojrzałem w górę i zobaczyłem sąsiada, pana Parkesa. Stał przed domem w swoim własnym ogrodzie i sprawiał wrażenie, że niepokoi się, co zrobię za chwilę z robotem, i że chce mnie powstrzymać – żeby nie musieć na to patrzeć.

– O, pan Parkes, miło pana widzieć. Ładną mamy pogodę jak na tę porę roku.

Moje słowa tuż po wypowiedzeniu rozpływały się w obłoczkach pary, ale pan Parkes nie uchwycił tej ironii. Pociągał nosem i przestępował z nogi na nogę w swej pikowanej w romby kamizelce do prac ogrodowych. Popatrywał w górę na nieruchome chmury, jakie pojawiają się tylko jesienią i zwiastują mgiełkę oraz rękawiczki. Poprawił na głowie charakterystyczną dla starszych panów fedorę z tweedu w kurzą stopkę i przełożył z jednej ręki do drugiej sekator firmy Felco. Wiedziałem, że to Felco, bo Amy, kiedy miała fazę ogrodową, kazała mi kupić taki sam. Nie chciała, żeby ją widziano w ogrodzie od frontu ze starym, zardzewiałym sekatorem, który wraz z domem odziedziczyliśmy po rodzicach i który prawdopodobnie używany był wcześniej jeszcze przez moich dziadków.

Uśmiechnąłem się do sąsiada i machnąwszy do niego ręką, wróciłem do czyszczenia Tanga. Pan Parkes ponownie zakaszlał.

– Przyjechał trzydziestką – krzyknął. – Widziałem, jak wysiadał. Obejrzał się na obie strony, zanim przeszedł przez ulicę i w ogóle. A potem poszedł prosto do pańskiego ogrodu. Myślałem, że pan się go spodziewa. Teraz rozumiem, że raczej nie.

Pan Parkes! Miałem ochotę go ucałować. Położony koło nas przystanek Harley Wintnam był jednym z niewielu na trasie autobusu numer trzydzieści, jeżdżącego między Basingstoke a Heathrow.

Nowy plecak został dostarczony następnego dnia. Pachniał magazynem i zawierał niezrozumiale wiele małych torebeczek z żelem krzemionkowym. W tym samym tempie, w jakim ja wpychałem poszczególne rzeczy do plecaka, Tang je wyjmował. Każdą sztukę oglądał z zainteresowaniem mniej więcej przez dziesięć sekund, po czym odrzucał. W końcu znalazł moje okulary słoneczne.

– Tang, ostrożnie, mogą się stłuc.

Nie zwrócił na mnie uwagi: nadal wymachiwał okularami i przekładał je z jednego chwytaka do drugiego.

Próbowałem mu je odebrać, ale odsunął ramię tak, że było poza moim zasięgiem. Jego ciało wykonywało szybkie, nerwowe ruchy. Im bardziej się irytowałem, tym śmieszniejsza stawała się ta zabawa dla niego.

– Tang, przestań już, dobrze?

Wyrwałem mu okulary i włożyłem z powrotem do futerału. Nie chciałem na niego krzyczeć i natychmiast poczułem się winny, widząc, jak z ponurym, głuchym odgłosem klapnął na dywan. Od tego ruchu znów otworzyła mu się klapa. Żeby go udobruchać, sięgnąłem ręką i zamknąłem ją. Otworzyła się ponownie.

– Musimy coś zrobić z tą klapą. To na pewno nie jest zdrowe dla twojego wnętrza. Zabrudzi się, a poza tym nie wiem, czy ktokolwiek chce patrzeć na mechanizmy, które masz w środku.

Ciało Tanga uniosło się lekko, a potem znów opadło. Jednocześnie z jego ust dobiegł cichy syk jak ze starego czajnika albo szybkowaru. Najwyraźniej było to westchnienie. Zamknął klapę i przytrzymał ją chwytakiem.

Przyszło mi coś do głowy.

Pomknąłem, najszybciej jak potrafiłem, do garażu i zacząłem grzebać w czymś, co stanowiło nędzną namiastkę skrzyni z narzędziami. Zauważyłem w niej nierozciętą plastikową torebkę zawierającą parę lśniących, nowych zawiasów do furtki. Zmarszczyłem brwi i odłożyłem je na bok, wziąłem rolkę taśmy klejącej i poszedłem schodami na górę do sypialni. Spotkałem Tanga na podeście schodów. Również zmierzał na górę.

 – Tang, powiedziałem ci, żebyś został na miejscu.

Popatrzył na mnie, jakby nie rozumiał. Hmm. Ukląkłem, odwinąłem kawałek taśmy i odgryzłem go zębami.

– Trzeba będzie zabrać to w podróż – powiedziałem.

Już miałem zamknąć klapę i zakleić ją taśmą, kiedy spostrzegłem, że zamontowany obok serca szklany cylinder, który był pełny, gdy go oglądałem po raz pierwszy, teraz wypełniony jest zaledwie w dwóch trzecich. Rysa na szkle też wydawała się większa niż poprzednio.

– Tang, co to jest za płyn?

Tang nie był w stanie zajrzeć do swojego wnętrza, więc przytrzymałem przed nim małe lusterko i wskazałem cylinder. Uniósł w górę chwytaki, dając do zrozumienia, że nie wie, choć sądząc po nerwowych spojrzeniach, jakie rzucał, nie do końca można mu było wierzyć.

– Czy on jest ważny? – nalegałem.

Zamrugał kilka razy.

– Tak – powiedział, po czym zamknął klapę i przytrzymał ją chwytakiem.

– Co się stanie, kiedy ten płyn się skończy?

Przestąpił z nogi na nogę.

– Przestaje.

Spróbowałem rozwinąć tę myśl.

– Chcesz powiedzieć, że jeśli ten cylinder się opróżni, całkiem przestaniesz działać?

– Tak.

Wpadłem w panikę. A ja przez tyle czasu wygłupiałem się z plecakiem.

– Boże, Tang, musimy znaleźć kogoś, kto cię naprawi.

Ale przy braku jakichkolwiek informacji o pochodzeniu robota najlepszym i jedynym planem działania było trzymać się pierwotnego pomysłu: pojechać do firmy Micronsystems. Zachowam się jak mężczyzna i polecimy do San Francisco pierwszym samolotem, na który zdołamy się dostać.

4. Klasa premium

Skłamałbym, mówiąc, że kiedy szliśmy do stanowiska odprawy, nie rzucano na nas zaciekawionych spojrzeń. Na lotnisku byli też oczywiście ludzie z androidami, ale nie widziałem nikogo takiego jak ja, kto by wlókł za sobą posklejany taśmą efekt pracy szkolnego zespołu podczas zajęć z nauk ścisłych. Po drodze docierały do mnie różne komentarze: „Ojej, naprawdę przydałby mu się upgrade” (to od młodego ucznia), czy: „A niech mnie!” (od pewnej babci). Usłyszałem nawet słowa: „Może kręcą jakiś program dla telewizji?”.

Poruszałem się z udawaną godnością. W niebieskich butach żeglarskich kroczyłem z głową do góry w stronę kolejki do odprawy. Tang wlókł się za mną, powłócząc nogami, a w końcu z terkotem zatrzymał się u mego boku. Wskazał na taśmę klejącą.

– To dla twojego dobra, kolego – powiedziałem.

Tang mrugnął do mnie i spuścił wzrok, opuszczając przy tym ramiona wzdłuż boków.

– I nie trudź się z tym westchnieniami, to na mnie nie działa.

Czekając w kolejce, minęliśmy półkę z formularzami, które musieli wypełniać pasażerowie z ponadwymiarowymi pakunkami przeznaczonymi do luku bagażowego. Korzystając z tego, że Tang w pewnej chwili skierował swą uwagę na stojący opodal lśniący wózek bagażowy, pospiesznie wypełniłem druczek. Robiąc to, poczułem, że w kieszeni wibruje mój telefon komórkowy. Zignorowałem go.

Kiedy dotarliśmy do stanowiska odprawy, podałem formularz urzędniczce i czekałem, aż przeczyta to, co tam wpisałem. Zabawiałem się w tym czasie miejscem na palcu, na którym jeszcze kilka dni wcześniej nosiłem obrączkę.

– A więc robot poleci w luku bagażowym? – Urzędniczka z wyrazem niesmaku spojrzała ponad ladą na Tanga i pokiwała głową.

Usłyszałem głośny, wyraźny terkot robota, który gwałtownie kręcił głową.

– Tak – powiedziałem, ignorując Tanga. – Mam też plecak. Jest nowy.

Poczułem, że coś ciągnie mnie za rękaw koszuli.

– Ze-psuty.

– Co?

– Tang jest.

W gorączce przygotowań do podróży niemalże zapomniałem o jej celu. Tang spojrzał na mnie spod ukośnie przymkniętych powiek. Wyglądał jak zraniony szczeniak. Poczułem, że moja determinacja słabnie. Mimo wszystko starałem się wykazać stanowczość.

– Posłuchaj, kolego, nie możesz siedzieć ze mną w samolocie. Jest specjalne miejsce dla ludzi i specjalne miejsce dla… dla robotów. Będzie ci tam lepiej.

Sam w to nie wierzyłem, a kiedy spojrzałem na urzędniczkę, zobaczyłem wyraźnie, że została przekabacona przez Tanga.

– Jest w samolocie taka część, w której fotele się rozkładają i są trochę większe. To by było dla niego idealne. Chodzi o klasę premium, z dopłatą.

Na te słowa oczy Tanga otworzyły się najszerzej, jak to było możliwe, i robot zaczął podskakiwać to na jednej, to na drugiej nodze. Spojrzałem na urzędniczkę, ale ona się tylko uśmiechnęła, nieprzenikniona.

– Nie mam jak uzasadnić wydatku na dwa miejsca w klasie premium, Tang. Będziesz musiał lecieć w luku z innymi baga…

– Ja tam zabieram swojego cyberlokaja do kabiny – zaszczebiotał facet za mną. – Do San Francisco długo się leci. Według mnie to nieludzkie wsadzić go samego do luku na tyle czasu.

– Nieludzkie? Czy one nie musiałyby najpierw być żywe, żeby stać się ofiarami nieludzkiego traktowania?

Stojący za mną w kolejce biznesmen, a także młoda rodzina, zaczęli protestować i kręcić z dezaprobatą głowami. Usłyszałem cmoknięcia wyrażające niezadowolenie.

– Tang, posłuchaj, kolego…

Nagle Tang rozluźnił swój chwyt, puszczając moją kraciastą koszulę, i oboma ramionami objął mnie w biodrach, przyciskając się do mnie tak, jakby od tego zależało jego życie. Podskakiwał to na jednej, to na drugiej nodze i wydawał z siebie przeszywający krzyk:

– Tang… Tang…. Tang… Ben… Tang… fotel… Tang... Tang… Ben… Tang… fotel… Ben…

Tangowi bardzo się podobało w klasie premium. Kiedy spróbowałem usiąść przy oknie, podniósł kolejny raban, podobny do tego, dzięki któremu w ogóle się tu dostał. W końcu więc pozwoliłem mu zająć miejsce przy oknie. Uświadomiłem sobie, że ustępując mu przy stanowisku odprawy, wcale nie uniknąłem dalszych krępujących scen, tylko po prostu nauczyłem go, jak ma ze mną skutecznie pogrywać. Postanowiłem więc zrobić wreszcie coś rozsądnego i zamówiłem więcej bezpłatnych dżinów z tonikiem – i to w krótszym czasie – niż to było rzeczywiście niezbędne. Kiedy odpływałem w sen, Tang siedział i wyglądał przez okno.

Kilka godzin później obudziłem się, czując, jak zimny, metalowy chwytak Tanga trąca mnie w policzek.

– Ben… Ben… Ben… Ben… Ben... Ben... Ben...

– Co?

– Ben… Ben… Ben… Ben…

– Przestań mnie trącać, Tang. Czego chcesz? – zapytałem, mając wciąż zamknięte oczy.

Tang nie odpowiadał.

Otworzyłem lewe oko i spojrzałem w jego kierunku. Ta ręka, która nie uderzała mnie w policzek, wskazywała na ekran zamocowany na oparciu fotela znajdującego się przed nim.

– To telewizor, chłopie, daj mi spać.

Zamknąłem ponownie otwarte oko i podciągnąłem samolotowy koc wyżej pod brodę. Tang zdjął rękę z mojego policzka i przez ułamek sekundy myślałem, że mnie posłucha. Ale potem ręka wróciła, waląc mnie tym razem w szczękę chyba z większą siłą, niż sam Tang miał zamiar.

– Tang, co jest, kur…

Popatrzył na mnie gniewnie bez mrugania, potem obrócił głowę i spojrzał na ekran, a potem znów odwrócił się twarzą do mnie.

Ach, no tak, ekran dotykowy.

Spędziłem następną godzinę, przedzierając się przez wachlarz gównianych programów rozrywkowych proponowanych przez linię lotniczą, aż w końcu trafiłem na coś, co Tang miał ochotę oglądać dłużej niż przez trzydzieści sekund. Był to animowany film o świecie zamieszkanym przez roboty wyglądające tak jak on. Nie zaskoczyło mnie, że zdecydował się właśnie na ten film. Występowały w nim też androidy, ale w roli dziwaków i odmieńców i Tang uważał, że to cudowne. Domyślam się, że historia miała jakiś morał. Na przykład że trzeba być wiernym sobie, a odróżnianie się od innych nie jest rzeczą złą albo coś podobnego. Ale Tang i tak tego nie zrozumiał, a ja wolałem go nie oświecać. Dla mnie najważniejsze było, że przez najbliższe dziewięćdziesiąt minut będzie siedział cicho i spędzi ten czas z wetkniętymi w uszy ekstraszerokimi słuchawkami pokrytymi pianką, specjalnie dla niego znalezionymi przez stewardesę. Z wdzięcznością zamknąłem znów oczy.

Półtorej godziny później obudziłem się z wrażeniem déjà vu.

– I co znowu?

– Jeszcze! – Wskazał na ekran na oparciu fotela.

– Jesteś pewien? Dopiero co to obejrzałeś. Chcesz coś innego?

Zakłopotany Tang opuścił lekko powieki, po czym zaczął mrugać jednym okiem. Wyglądało na to, że mój pomysł po prostu nie mieści mu się w głowie.

– Jeszcze.

Po raz kolejny nastawiłem mu film.

– Więc podobało ci się?

Nie odpowiedział.

Wyjąłem mu z jednego ucha słuchawkę.

– Pytam, czy ci się podobało. Film.

– Tak – powiedział, odsuwając moją rękę od słuchawki, którą wepchnął z powrotem do pokrytej siateczką dziury, stanowiącej połowę jego aparatu słuchowego.

– A co w nim jest takiego szczególnego?

Znów wyjął słuchawkę.

– Dobre roboty walczą ze złymi robotami – powiedział. Było to z pewnością najdłuższe zdanie, jakie kiedykolwiek zdarzyło mu się wypowiedzieć w mojej obecności.

– A dlaczego tamte są złe?

– Złe roboty złe dla dobrych robotów. – Wskazał na siebie, a potem na ekran. – Dobre roboty złe dla złych robotów.

A więc tak to wyglądało: podobał mu się film, ponieważ pokazał mu świat, w którym tacy jak on byli panami i mścili się na ­androidach za dawniejsze złe traktowanie. Nie mogłem się zdecydować, czy to moja sprawa i czy powinienem z nim dyskutować. Ale jedno wiedziałem na pewno: byłem albo zbyt pijany, albo zbyt trzeźwy, żeby próbować mu tłumaczyć, dlaczego dwa razy zło nie robi dobra. Poklepałem Tanga po metalowym ramieniu i zostawiłem go sam na sam z filmem.

5. Służbista

Wylądowaliśmy w San Francisco w środku nocy. Kiedy zamawiałem bilety na samolot, nie wziąłem pod uwagę różnicy czasu ani tego, że jesienne noce w Kalifornii mogą być chłodne, nawet jeśli dni wciąż jeszcze są ciepłe. Powłócząc nogami, szedłem przez halę przylotów, żałując, że nie mam na sobie swetra, dżinsów i jakichś grubych skarpet zamiast płóciennych butów, bawełnianej koszuli i cienkich spodni.

Staliśmy przy taśmie bagażowej, czekając, aż spomiędzy gumowych firanek wyjedzie mój nowy, lśniący plecak i zacznie sunąć w naszą stronę. Przypomniałem sobie nagle nieodebrany telefon – jak się okazało od Bryony. Zmarszczyłem brwi, po czym przełączyłem telefon w tryb „Nie przeszkadzać” i wsunąłem go z powrotem do kieszeni. Zastanawiałem się nad całkowitym wyłączeniem go, ale dzięki telefonowi miałem przynajmniej dostęp do Internetu.

Mimo moich protestów Tang siedział na krawędzi taśmy bagażowej i jeździł chwytakiem po przesuwającym się pasie. Co kilka chwil musiał unosić rękę w górę, żeby go nie porwało.

W końcu podszedłem, złapałem jego chłodne, metalowe ciało miękkimi, ludzkimi rękami i odciągnąłem go na bezpieczną odległość od podajnika bagażu. Nie miałem ochoty po długim locie chodzić o trzeciej nad ranem do biura rzeczy znalezionych i wyjaśniać, że właśnie straciłem robota, bo nie pozwalał sobie powiedzieć „nie”.

Kiedy w końcu plecak dotarł do moich stóp, był cięższy, niż go zapamiętałem z poprzednich kontaktów. Zmęczenie przytępiło nieco mój początkowy, żywiołowy zachwyt nad wycieczką. Najlepsze, co można było zrobić, to wynająć samochód i dostać się do hotelu. Niewiarygodne, ale wszystkie wypożyczalnie samochodów były o tej porze pozamykane. Żeby na międzynarodowym lotnisku nie można było w środku nocy wypożyczyć auta! Nie zastanawiałem się w ogóle nad złapaniem taksówki. Powiedziałem do Tanga:

– Chodź, wsiądziemy do autobusu.

– Autobus?

– Tak. Tędy.

Ruszyłem w kierunku wskazywanym przez strzałki, pozwalając Tangowi człapać za mną na tyle szybko, na ile pozwalały mu jego rurki od suszarki.

W przyćmionym, sztucznym świetle dworca autobusowego przemieszczały się bezkształtne cienie. Od czasu do czasu częściowo wyłamane drzwiczki od jednej z wysokich szafek bagażowych stojących pod ścianą otwierały się z łoskotem, po czym zamykały się z powrotem. W kącie siedział włóczęga w poplamionym płaszczu i wpatrywał się w mój nowy plecak.

Samotny kasjer-android tkwił w małej budce za pancerną szybą. Miał na sobie kamizelkę kuloodporną. Można się było domyślać, że miejsce nie jest najspokojniejsze, skoro nawet androidy wymagają ochrony. Często przydziela im się prace w miejscach, w których nie chcą się zatrudniać ludzie, ale gdzie potrzebne jest jednak coś więcej niż zwykła maszyna.

Z jakiegoś powodu zależało mi na tym, by nie stracić przed Tangiem twarzy, więc starałem się zachować promienne usposobienie. Podszedłem wyprostowany do budki androida, nie czekając na wlokącego się z tyłu Tanga.

– Przepraszam, czy zna pan taką firmę?

Uniosłem w górę swój telefon, w którym zapisałem nazwę firmy znalezioną na dolnej części ciała Tanga.

– Proszę zabrać z widoku telefon komórkowy – powiedział kategorycznym głosem android.

Rozejrzałem się w koło i zrozumiałem. Już sam dźwięk mojego głosu przyciągnął uwagę dwóch najbliżej znajdujących się cieni, a wymachiwanie świecącym telefonem było w tym miejscu po prostu zaproszeniem. Schowałem komórkę do kieszeni.

W tym momencie dogonił mnie Tang. Złapał mnie za rękaw koszuli i trzymał mocno. Powiedziałem androidowi, jak nazywa się firma. Tym razem był bardziej chętny do współpracy.

– Tak, proszę pana. Ta nazwa jest w moim banku danych. Micron­systems: producent najnowocześniejszych urządzeń w obszarze humanoidalnych pomocy domowych. Firma z listy ­Fortune 500, w trzech kolejnych latach zdobywca nagrody Techno­logia w Działaniu. Prezesem zarządu jest pan…

– Dobrze, dobrze, rozumiem – powiedziałem i spróbowałem innej taktyki. – Dziękuję za informacje, ale tak naprawdę chciałem się dowiedzieć, jak tam dotrzeć.

– Zaprogramowano mnie z uwzględnieniem rozmaitych wiadomości lokalnych, jestem gotów do usług.

Uśmiechnął się do mnie.

– A więc?

– Obawiam się, że nie rozumiem, proszę pana. Czy może mi pan wytłumaczyć, co miał pan na myśli, mówiąc „a więc”?

– Czekam na odpowiedź na poprzednie pytanie. O Micronsystems.

– Jakie pytanie, proszę pana?

– Jak tam się dostać?

– Proszę pana, analiza naszej rozmowy wskazuje, że nie zadał pan pytania o lokalizację firmy Micronsystems.

– Och, na miłość boską! – Cholerny android. Właśnie ten rodzaj pedantycznych gówniarzy sprawiał, że nie miałem ochoty brać sobie czegoś takiego do domu. Tang może i był bez polotu, ale przynajmniej mnie bawił. Spytałem androida, czy mógłby mi powiedzieć, gdzie znajduje się firma Micronsystems.

– Tak.

Westchnąłem.

– Więc gdzie ona jest? Albo nie, proszę na to nie odpowiadać. Zamiast tego proszę mi powiedzieć, czy w pobliżu jest jakiś hotel.

– Tak, proszę pana. W okolicy jest pewna liczba hoteli. Jeden znajduje się dokładnie po drugiej stronie ulicy.

Wskazał mi hotel.

– Nie, w pobliżu Micronsystems. O to mi chodzi.

– Tak, proszę pana. O półtora kilometra od Micronsystems znajduje się hotel, który spełnia pana oczekiwania.

– Moje oczekiwania?

– Tak, proszę pana. Szacuję, że potrzebuje pan pokoju, ponieważ ma pan niski poziom energii. Chodzi panu o hotel, który teraz byłby otwarty, i wolałby pan taki, w którym znajduje się punkt sprzedaży żywności i w którym mógłby pan nabyć paliwo. W okolicy Micronsystems jest tylko jeden hotel odpowiadający tym parametrom. Oto dla pana wydruk z informacjami.

Android obrócił się w pasie o sto osiemdziesiąt stopni i sięgnął po ulotkę.

Podziękowałem mu. Tang spojrzał na niego spod lady budki. Puścił mój rękaw i złapał ulotkę.

– Tang, odczep się. To mi jest potrzebne.

Tang tylko wzmocnił uchwyt i zaczął uderzać ulotką w bok budki.

– Tang, powiedziałem coś. Oddaj ją.

Rzucił mi gniewne spojrzenie i oddalił się, trzymając ulotkę w ręku. Odwróciłem się do droida, prosząc o jeszcze jeden egzemplarz.

– Jak się nazywa ten hotel? – spytałem, przeglądając listę nazw zamieszczonych w ulotce.

– Hotel Kalifornia, proszę pana.

– Czy jeżdżą tam jakieś autobusy?

– Linia dwadzieścia dwa, proszę pana. Może pan wsiąść tu zaraz obok – wskazał ręką – i wysiąść przy samym hotelu.

Spytałem go, kiedy można się spodziewać najbliższego autobusu numer dwadzieścia dwa.

– Za dwadzieścia minut, proszę pana. Podróż potrwa dokładnie pięćdziesiąt minut. Niestety mimo tak długiej drogi na pokładzie autobusu nie ma toalety ani kateringu. Jednakże na wypadek mało prawdopodobnego zderzenia autobus wyposażony jest w gaśnice i zestawy pierwszej pomocy rozmieszczone z przodu i z tyłu kabiny pasażerskiej.

Podziękowałem androidowi i poprosiłem o dwa bilety na autobus.

– Tak jest, proszę pana. Dwa dorosłe?

– Tak. Jeden dorosły i… i – pomachałem ręką w stronę Tanga, który zmierzał właśnie w kierunku szafek. – Tang, nie odchodź za daleko!

– Nie – krzyknął bez oglądania się na mnie.

Wznowiłem dialog z androidem.

– Nie macie przypadkiem jakiejś obniżonej taryfy dla robotów?

– Mamy tańsze bilety dla dzieci, dla ludzi starszych, dla osób z upośledzeniami ruchowymi i zarejestrowanych cyberlokajów oraz dla androidów wspierających osoby niepełnosprawne. Dla robotów nie.

– Naprawdę?

Nic dziwnego, że Tang nie lubił androidów.

– Przykro mi, proszę pana, ale nie rozumiem pańskiego pytania. Proszę je powtórzyć.

Poprosiłem go ponownie o dwa bilety dla dorosłych. Potem rozejrzałem się za Tangiem. Sięgał do drzwiczek jednej z szafek, żeby je wypróbować.

– Tang, zostaw w spokoju te szafki. Wracaj, dobrze?

– Tak – odpowiedział, ale pozostał dokładnie tam, gdzie był.

Nie byłem zachwycony pomysłem spędzenia na dworcu autobusowym choćby jednej minuty dłużej, nie mówiąc o dwudziestu, ale w tym momencie nie było żadnego szybszego wariantu. Musieliśmy posiedzieć tam w napięciu i mieć nadzieję, że chudy Anglik oraz znudzony robot nie wzbudzą niczyjego zainteresowania. Z ciężkim sercem usiadłem na przymocowanym do podłogi plastikowym krzesełku i rozejrzałem się za Tangiem. Stukał teraz w drzwi szafki chwytakiem, czemu towarzyszył głośny odgłos „donk, donk, donk”.

Nagle jedne z drzwi obok nas otworzyły się gwałtownie i pojawił się w nich szary, blady człowiek w szarym dresie. Odsunął Tanga na bok i wybiegł z dworca autobusowego. Tang zachwiał się, odzyskał równowagę i patrzył szeroko otwartymi oczami. Potem przyczłapał do mnie i zaczął skubać taśmę klejącą na piersi.

Obserwowałem dworcowy zegar, który odmierzał kolejne minuty. Podobnie jak w przypadku zegara na egzaminie, każda mijająca sekunda dźwięczała głośniej niż poprzednia. Usadowiłem się w fotelu, najwygodniej jak potrafiłem, i przeczesałem włosy dłońmi. Jak do tej pory nie wypadłem najlepiej jako opiekun Tanga i samego siebie. Wyobrażałem sobie, jak Amy wznosi brwi i wypowiada kilka komentarzy na temat tego, że gdybym miał więcej rozsądku, nie doszłoby do tej sytuacji. I oczywiście miałaby rację.

Zwykle to Amy planowała nasze wakacje, więc nigdy nie zdarzyło nam się utknąć w środku nocy na dworcu autobusowym. Najbliżej takiej sytuacji byliśmy kiedyś w czasie wakacji samochodowych w Dordogne, kiedy zepsuło się nam auto w pobliżu przystanku autobusowego. Ale Amy zadzwoniła wtedy do miejscowej pomocy drogowej i poprosiła – po francusku – żeby przyjechali i nas ściągnęli. Godzinę później w prześlicznym wiejskim pensjonacie piliśmy gorącą czekoladę.

Od strony drzwi za budką kasjera dobiegł komunikat:

– Autobus do centrum San Jose odjeżdża za pięć. Proszę przygotować bilety.

„Dzięki Bogu” – pomyślałem. Zanim kierowca autobusu wypowiedział ostatnie słowa, stałem już na nogach.

– Chodź, Tang. Idziemy.

Tang miał kłopoty z wdrapaniem się na stopnie autobusu i musiałem go popychać od tyłu, ułożywszy płasko dłonie na płytach jego pleców. Autobus, którym podróżował, zanim zjawił się w ogrodzie na tyłach mojego domu, był niskopodłogowcem dostosowanym do potrzeb niepełnosprawnych. Teraz nie mieliśmy takiego szczęścia. Stopnie to jedno wyzwanie, ale później był jeszcze problem z powodu wąskiego przejścia między siedzeniami. Tang ocierał się o fotele, przeciskając się między nimi i uderzając w łokcie śpiących pasażerów, co nie pozyskało nam niczyjej sympatii.

Na szczęście siedzenia na tyłach autobusu były wolne. Oznaczało to, że Tang może się usadowić na środku i mieć dla siebie dużo miejsca. Podskakiwaliśmy, siedząc nad resorami autobusu. Tang wpatrywał się okrągłymi oczami w przestrzeń przed sobą, ja oparłem głowę o szybę i udawałem, że drzemię, ale przez cały czas miałem czujne oko na Tanga. Nie chciałem go niepokoić ciągłym odklejaniem taśmy, otwieraniem klapy i sprawdzaniem stanu szklanego cylindra, ale z drugiej strony denerwowałem się, bo nie wiedziałem, ile mamy czasu. Może powinienem był bliżej domu poszukać kogoś, kto mógłby go naprawić? Może ta podróż to rzeczywiście był głupi pomysł? A może… a może jednak wszystko się dobrze skończy? Nie potrafiłem tego przewidzieć.

6. Obsługa pokoi