Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Piąty tom cyklu powieściowego "Ramzes".
Doprowadziwszy Egipt do dobrobytu, Ramzes mógłby w spokoju dożyć starości, ale nie pozwala mu na to jego niezwykły los. Musi do końca sprawować rządy, a wciąż mnożą się trudności i przeszkody.Król pobitych w bitwie pod Kadesz, lecz nie całkowicie pokonanych Hetytów, pod groźbą nowej wojny, wzywa go do poślubienia swej córki. Spragnieni zemsty Libijczycy buntują się. Ramzes czyni cuda – potrafi zmienić klimat, a z wroga zrobić sprzymierzeńca, wszystko za radą boskich mocy. Jednak nie może powstrzymać czasu, który odbiera mu jednego po drugim serdecznych przyjaciół, pozostawiając go coraz bardziej osamotnionego w walce z wrogami Egiptu. Kiedy starość, ostatni przeciwnik, zwycięża go, Ramzes zasiada w cieniu akacji, by odbyć ostatnią już podróż.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Goleniowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 383
Rok wydania: 2001
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
POD AKACJĄZACHODU
CHRISTIAN
JACQ
RAMZES
5
POD AKACJĄZACHODU
Z francuskiego przełożyła
Maria Boryska
Grupa Wydawnicza Bertelsmann Media
Tytuł oryginału:
Ramsès. Sous l’acacia d’Occident
Projekt okładki i stron tytułowych:
Zofia Sokołowska
Redaktor techniczny:
Alicja Jabłońska-Chodzeń
Korekta:
Jacek Ring
Małgorzata Juras
Copyright © Editions Robert Laffont, S.A., Paris 1995Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c.,Poznań 2000
© Copyright for the Polish book-club edition by Bertelsmann Media Sp. z o.o.,Warszawa 2001
Bertelsmann Media Sp. z o.o.
LibrosWarszawa 2001
Druk i oprawa: Zakłady Graficzne im. KEN SABydgoszcz, ul. Jagiellońska 1, tel. (0-52) 322-18-21
ISBN 83-7227-948-9
Nr 3028
Egipt
Starożytny Bliski Wschód w czasach Nowego Państwa
Promienie zachodzącego słońca okrywały złocistym blaskiem fasady świątyń w Pi-Ramzes, stolicy, którą Ramzes Wielki kazał wybudować w samym środku Delty. Turkusowe miasto, nazywane tak ze względu na kolor powlekanych szkliwem płytek, którymi ozdobiono fasady domów, było uosobieniem bogactwa, siły i piękna.
Dobrze się tutaj żyło, ale tego wieczoru olbrzymi Sardyńczyk, Serramanna, nie poddawał się urokowi ani łagodnego powiewu, ani słodyczy nieba, które zabarwiało się już lekko czerwienią. W hełmie przyozdobionym rogami, z mieczem u boku, ufryzowanymi wąsami, dawny pirat, a obecnie dowódca straży przybocznej Ramzesa, w bardzo złym nastroju galopował ku willi, w której hetycki książę, Uri-Teszub, od lat pędził żywot rezydenta. Uri-Teszub, pozbawiony władzy syn króla Hetytów, Muwattalego, był zaprzysięgłym wrogiem Ramzesa. Zdradziecki Uri-Teszub przyczynił się do śmierci własnego ojca, gdyż chciał zająć jego tron. Okazał się jednakże mniej przebiegły niż brat Muwattalego, Hattusil. Kiedy Uri-Teszub upajał się świadomością, że trzyma już władzę w garści, Hattusil zawładnął tronem, zmuszając swojego rywala do ucieczki. Ucieczkę przygotował dyplomata Asza, przyjaciel Ramzesa z dzieciństwa.
Serramanna uśmiechnął się. Nieprzejednany wojownik anatolijski, zwykły dezerter! Ironia losu, że właśnie Ramzes, człowiek, którego Uri-Teszub nienawidził najbardziej na świecie, udzielił mu politycznego azylu w zamian za informacje o hetyckiej armii i jej uzbrojeniu.
Kiedy w dwudziestym pierwszym roku panowania Ramzesa Egipt i Hetyci, ku wzajemnemu zaskoczeniu, zawarli traktat o pokoju i obustronnej pomocy w razie napaści z zewnątrz, Uri-Teszub pomyślał, że nadeszła jego ostatnia godzina. Czyż nie nadawał się doskonale na ofiarę przebłagalną i wspaniały dar, jaki Ramzes mógłby złożyć Hattusilowi, aby przypieczętować to przymierze? Ale szanujący prawo azylu faraon odmówił wydania swojego gościa.
Teraz Uri-Teszub już się nie liczył. I Serramanna nie miał wcale ochoty na wypełnienie misji, którą powierzył mu Ramzes.
Willa Hetyty znajdowała się na północnym krańcu miasta, w samym środku gaju palmowego. On sam wiódł przynajmniej luksusową egzystencję na tej ziemi faraonów, którą tak gorąco pragnął zniszczyć.
Serramanna uwielbiał Ramzesa i będzie mu wiemy do śmierci; wykona też, choć niechętnie, to przykre zadanie.
Przy wejściu do willi wartę trzymali dwaj policjanci, uzbrojeni w sztylety i pałki - obaj wyznaczeni przez Serramannę.
- Nic się nie działo?
- Nic, komendancie. Hetyta trzeźwieje po pijaństwie. W ogrodzie, przy basenie.
Olbrzymi Sardyńczyk przestąpił bramę posiadłości i szybkim krokiem ruszył po wysypanej piaskiem alei prowadzącej do basenu. I tu trzej policjanci dniem i nocą pilnowali byłego naczelnego wodza armii hetyckiej, któremu czas upływał na jedzeniu, pijatykach, pływaniu i spaniu.
Jaskółki migotały wysoko na niebie, dudek w przelocie musnął ramię Serramanny. Z drgającą nerwowo szczęką, zaciśniętymi pięściami, groźnym spojrzeniem dowódca straży przygotowywał się do działania. Po raz pierwszy żałował, że jest na służbie Ramzesa.
Jak dzikie zwierzę, wyczuwając bliskie niebezpieczeństwo, Uri-Teszub obudził się, zanim jeszcze usłyszał ciężkie stąpanie olbrzyma.
Wielki, muskularny Uri-Teszub nosił długie włosy, tors porastało gęste rude owłosienie. Zahartowany w czasie ostrych anatolijskich zim, nic nie utracił ze swojej siły.
Teraz leżał wyciągnięty na kamiennych płytkach stanowiących obramowanie basenu i spod przymkniętych powiek patrzył na zbliżającego się dowódcę straży przybocznej Ramzesa Wielkiego.
A więc odpowiednia godzina nadeszła.
Od chwili podpisania odrażającego dlań układu pokojowego pomiędzy Egiptem a Hetytami Uri-Teszub nie czuł się już bezpieczny. Setki razy przemyśliwał nad ucieczką, ale ludzie Serramanny nie dali mu sposobności. Czyż po to uniknął ekstradycji, by jakiś okrutnik, równie nieprzejednany jak on sam, zarżnął go teraz jak wieprza?
- Wstawaj - rozkazał Serramanna.
Uri-Teszub nie przywykł do przyjmowania rozkazów. Powoli, jakby chciał przedłużyć swoje ostatnie chwile, podniósł się i stanął na wprost człowieka, który przyszedł poderżnąć mu gardło.
Wzrok Serramanny wyrażał z trudem hamowaną wściekłość.
- Uderz, rzeźniku - powiedział Hetyta z pogardą - bo tak rozkazał ci twój pan. Nie zrobię ci nawet tej przyjemności, że będę się bronił.
Palce Serramanny zacisnęły się niecierpliwie na rękojeści krótkiego miecza.
- Wynoś się.
Uri-Teszub miał wrażenie, że nie dosłyszał.
- Co powiedziałeś?
- Jesteś wolny.
- Wolny... Jak to wolny?
- Opuścisz ten dom i pójdziesz, gdzie ci się podoba. Faraon stosuje się do prawa. Nie ma już żadnego powodu, aby cię tu trzymać.
- Żartujesz!
- Jest pokój, Uri-Teszubie. Ale jeśli popełnisz ten błąd, że zostaniesz w Egipcie i wywołasz tu choćby najmniejsze zamieszanie, aresztuję cię. Nie będziesz wtedy traktowany jak dygnitarz obcego kraju, ale jak zwykły przestępca. Kiedy nadejdzie taka chwila, że będę musiał zatopić miecz w twoim brzuchu, nie zawaham się.
- Ale teraz nie masz prawa mnie tknąć. Czy tak? Czy tak jest naprawdę?
- Wynoś się - powtórzył Serramanna.
Plecionka, spódniczka, sandały, bochenek chleba, wiązka cebuli i dwa talizmany z fajansu, które będzie mógł wymienić na żywność: taki był mizerny bagaż przydzielony Uri-Teszu-bowi. Z nim przez wiele godzin błąkał się po ulicach Pi-Ramzes jak lunatyk. Odzyskana wolność działała jak wino, Hetyta nie mógł nawet zebrać myśli.
,,Nie ma piękniejszego miasta niż Pi-Ramzes - głosi ludowa piosenka - biedaka traktuje się tu jak bogacza, akacja i sykomora rzucają cień na spacerujących, pałace błyszczą złotem i turkusem, wiatr jest pełen słodyczy, ptaki igrają nad stawami”. Uri-Teszub dał się oczarować powabem stolicy wybudowanej w żyznym regionie, nad jedną z odnóg Nilu, w obramowaniu dwóch szerokich kanałów. Łąki obfitujące w szlachetne zioła, sady skrywające dorodne jabłonie, rozległe gaje oliwne, o których powiadano, że dostarczają więcej oliwy niż jest piasku nad brzegiem Nilu, winnice dające słodkie wino o smaku świeżych owoców, domy tonące w kwiatach... Pi-Ramzes było tak odmienne od stolicy hetyckiego imperium, surowego Hattusas, miasta-fortecy, które wznosiło się wysoko na płaskowyżu anatolijskim.
Okrutna myśl jak żądło wyrwała Uri-Teszuba z odrętwienia. Nigdy nie zostanie władcą Hetytów, zemści się jednak na Ramzesie, który popełnił błąd, dając mu wolność. Jeżeli usunie faraona, od czasu zwycięstwa nad wojskami sprzymierzonymi pod Kadesz uważanego za równego bogu, Uri-Teszub pogrąży w chaosie Egipt, a może też cały Bliski Wschód. Cóż mu pozostało, jeśli nie owa piekąca żądza, by szkodzić i niszczyć, która pozwoli mu zapomnieć, że był zabawką przeciwnego losu?
Otoczył go różnorodny tłum. Zmieszali się w nim Egipcjanie, Nubijczycy, Syryjczycy, Libijczycy, Grecy i wielu innych, przybyłych, by podziwiać tę stolicę, którą Hetyci jeszcze niedawno chcieli zrównać z ziemią.
Obalić Ramzesa... Uri-Teszub nie miał żadnej możliwości, by tego dokonać. Był już tylko pokonanym wojownikiem.
- Książę... - wyszeptał za nim jakiś głos.
Uri-Teszub odwrócił się.
- Książę... Czy mnie poznajesz?
Uri-Teszub opuścił wzrok na mężczyznę średniego wzrostu, o kasztanowych, bardzo żywych oczach. Lniana przepaska ściągała jego gęste włosy, krótka ruda broda, przycięta w szpic, zdobiła podbródek. Przemawiająca tak uniżenie postać nosiła spływającą aż do kostek suknię w kolorowe prążki.
- Raia... To naprawdę ty?
Syryjski kupiec skłonił się.
- Ty, szpieg Hetytów... Wróciłeś do Pi-Ramzes?
- Jest pokój, książę, rozpoczęła się nowa epoka, dawne błędy zostały wymazane. Byłem bogatym i wpływowym kupcem, teraz na nowo zająłem się handlem. Nikt mi nie robi zarzutów, tak jak przedtem jestem szanowany w arystokratycznym towarzystwie.
Raia był członkiem hetyckiej siatki szpiegowskiej w Egipcie, która działała na zgubę Ramzesa, dopóki nie została rozbita przez egipskich wywiadowców. Rai udało się zbiec. Po pobycie w Hattusas powrócił do przybranej ojczyzny.
- Tym lepiej dla ciebie.
- Tym lepiej dla nas.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Czy naprawdę sądzisz, że to spotkanie jest przypadkowe? Uri-Teszub przyjrzał się Rai z większą niż dotychczas uwagą.
- Śledziłeś mnie?
- Różne pogłoski krążyły na twój temat: raz, że się ciebie
pozbędą w dość okrutny sposób, innym razem, że cię wypuszczą na wolność. Już od ponad miesiąca moi ludzie stale pilnowali tej willi. Chciałem ci pomóc w odzyskaniu chęci do życia... i oto jestem. Czy pozwolisz zaprosić się na chłodne piwo?
Uri-Teszub zawahał się, dzień obfitował w tak wielkie emocje. Ale instynkt utwierdzał go w przekonaniu, że syryjski kupiec może mu posłużyć do urzeczywistnienia jego planów.
W gospodzie rozmowy przybrały pomyślny obrót. Raia był świadkiem metamorfozy Uri-Teszuba: wygnaniec stopniowo przeobrażał się w groźnego wojownika, gotowego do nowych podbojów. Syryjski kupiec nie omylił się: mimo lat spędzonych na wygnaniu, były głównodowodzący hetyckiej armii nie utracił nic ze swojej zaciekłości i siły.
- Nie mam zwyczaju rozwodzić się w czczej gadaninie, Raio. Czego ode mnie oczekujesz?
Syryjski kupiec ściszył głos.
- Mam jeszcze tylko jedno pytanie. Książę, czy chcesz się zemścić na Ramzesie?
- Upokorzył mnie. To nie ja ustanowiłem pokój z Egiptem! Ale pokonanie tego faraona wydaje się niemożliwe.
Raia pokręcił głową.
- To zależy, książę, to zależy...
- Wątpisz w moją odwagę?
- Z całym szacunkiem, to nie wystarczy.
- Ale wytłumacz mi najpierw, dlaczego ty, będąc kupcem, podejmujesz takie ryzyko i wplątujesz się w tak niebezpieczną przygodę?
Raia uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Bo nienawidzę go tak samo jak ty.
Przybrany w szeroki złoty naszyjnik, w białej spódniczce podobnej do tych, jakie z upodobaniem nosili faraonowie okresu piramid, obuty w białe sandały, Ramzes Wielki odprawiał poranne obrządki w świątyni tysiąca lat, Ramesseum, wzniesionej na zachodnim brzegu Teb. W ciszy rozbudzał boską moc ukrytą we wnętrzu naosu. Dzięki niej energia będzie krążyła między niebem a ziemią, Egipt stanie się na podobieństwo kosmosu, a żądza niszczenia wrodzona rodzajowi ludzkiemu zostanie powstrzymana.
W pięćdziesiątym piątym roku życia Ramzes był atletycznie zbudowanym mężczyzną, mającym metr osiemdziesiąt wzrostu, o owalnej głowie pokrytej jasnoblond czupryną, szerokim czole z wystającymi łukami brwiowymi, przenikliwym spojrzeniu, długim, cienkim i garbatym nosie, okrągłych uszach o delikatnych płatkach. Promieniowała z niego magnetyczna siła i naturalny autorytet. W obecności Ramzesa nawet ludzie silnego charakteru tracili pewność siebie; czyż bowiem nie bóg ożywił tego faraona, który zapełnił kraj budowlami i zwyciężył wszystkich swoich wrogów?
Trzydzieści trzy lata panowania... Jedynie sam Ramzes znał prawdziwy ciężar prób, przez które musiał przejść. Pierwszą próbą była śmierć jego ojca, Setiego, która pozostawiła go osamotnionego, w chwili gdy Hetyci przygotowywali się do wojny. Bez pomocy Amona, boskiego ojca, Ramzes, zdradzony przez swoje własne oddziały, nie triumfowałby pod Kadesz. Żył w szczęściu i pokoju, zapewne, ale i jego matka, Tuja, będąca uosobieniem prawowitości władzy, złączyła się już ze swoim dostojnym małżonkiem w krainie światłości, w której wiecznie żyją dusze sprawiedliwych. A niezbadane przeznaczenie uderzyło jeszcze raz, i to w sposób najokrutniejszy, zadając ranę, której nic nie uleczy. Wielka małżonka królewska, Nefertari, zmarła w jego ramionach w Abu Simbel, w Nubii, tam właśnie, gdzie Ramzes, chcąc oddać cześć niezniszczalnej jedności pary królewskiej, nakazał wznieść dwie świątynie.
Faraon stracił trzy najdroższe sobie osoby, trzy osoby, które go ukształtowały i których miłość była bezgraniczna. Jednakże musiał nadal panować i uosabiać Egipt z taką samą wiarą i z takim samym zapałem.
Czterech towarzyszy jego zwycięstw opuściło go również: dwa konie, tak odważne na polu bitwy, lew Zabijaka, który niejeden raz uratował mu życie, i złotożółty pies, Stróż, uhonorowany za swoje zasługi mumifikacją pierwszej klasy. Służbę po nim objął Stróż numer dwa, potem trzeci, który tak niedawno się urodził.
Na zawsze odszedł grecki poeta Homer, który zakończył życie w swoim ogrodzie w Egipcie, wpatrując się w ulubione przezeń drzewo cytrynowe. Ramzes wspomniał z nostalgią swoje spotkania z autorem Iliady i Odysei, tak zafascynowanym odmienną cywilizacją faraonów.
Po śmierci Nefertari Ramzesa opanowała pokusa, by zrzec się władzy i powierzyć ją swemu starszemu synowi, Cha, ale sprzeciwił się temu krąg jego najbliższych przyjaciół, przypominając monarsze, że faraonem pozostaje się do końca życia i że nie należy się już do siebie. Bez względu na to, jakich cierpień będzie doświadczał jako człowiek, musi do końca wypełniać swoje powołanie. Tego wymagało prawo Maat i Ramzes, na wzór swoich poprzedników, podporządkował się Zasadzie.
Tu, w świątyni milionów lat, promieniującej tajemniczą mocą chroniącą jego królestwo, Ramzes zaczerpnął siły koniecznej, aby dalej rządzić. Mimo iż czekała go za chwilę ważna ceremonia, monarcha niespiesznym krokiem przechodził przez sale Ramesseum, które było okolone długim, trzystumetrowym murem, osłaniającym również dwa wielkie dziedzińce z pilastrami przedstawiającymi króla w postaci Ozyrysa, obszerną salę z czterdziestoma ośmioma kolumnami i sanktuarium, gdzie przebywała boska moc. Wejście do świątyni wyznaczały dwa pylony wysokości siedemdziesięciu metrów, o których pisano, że sięgają nieba; po południowej stronie znajdował się pałac. Wokół miejsca świętego była ogromna biblioteka, składy, skarbiec przechowujący cenne kruszce, biura pisarzy i mieszkania kapłanów. To miasto-świątynia pulsowało dzień i noc, bo służba bogu nie zna, co to odpoczynek.
Na krótką chwilę Ramzes pozostał jeszcze w części sanktuarium poświęconej jego matce, Tui. Wpatrywał się w płaskorzeźbę przedstawiającą zespolenie królowej z tchnieniem boga Amona-Re, ukrytego i jaśniejszego jednocześnie, i w scenę karmienia faraona, symbolizującą przekazywanie wiecznej młodości.
W pałacu mogli się już niecierpliwić. Król oderwał się od wspomnień. Nie zatrzymał się ani przed wyciosanym z jednego bloku różowego granitu osiemnastometrowym kolosem, którego nazywano „Ramzesem, światłością królów”, ani przed akacją posadzoną w drugim roku jego panowania, i skierował się do ozdobionej szesnastoma kolumnami sali audiencyjnej, gdzie zgromadzili się zagraniczni dyplomaci.
Zielone i pełne iskier oczy, nosek mały i prosty, delikatnie zarysowane wargi, ledwie zaznaczony podbródek; Izet urodziwa, przekroczywszy pięćdziesiątkę, dalej urzekała radością życia i pogodą ducha. Lata nie miały nad nią władzy: jej wdzięk i uwodzicielska moc pozostały nie zmienione.
- Czy król opuścił już świątynię? - zaniepokojona Izet zwróciła się do pokojowej.
- Jeszcze nie, Wasza Wysokość.
- Ambasadorowie będą wściekli!
- Nie niepokój się, pani, ujrzeć Ramzesa to taki przywilej, że nikt nie ośmieli się niecierpliwić.
Ujrzeć Ramzesa... Tak, to największy z przywilejów. Izet przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie miłosne z księciem Ramzesem, gwałtownym młodym mężczyzną, który zdawał się wtedy odsunięty od władzy. Jacy byli szczęśliwi w szałasie z trzciny na skraju łanu zboża, ciesząc się z tajemnicy dzielonego szczęścia! Potem zjawiła się delikatna Nefertari, która nie zdając sobie nawet z tego sprawy, miała zalety wielkiej małżonki królewskiej. Ramzes się nie omylił, jednakże to Izet urodziwa dała mu dwóch synów: Cha i Merenptaha. Był czas, że Izet odczuwała wobec Ramzesa pewną niechęć, ale czuła się niezdolna do wypełniania przytłaczających obowiązków królowej i nie miała innych ambicji, jak dzielić, choćby w najmniejszym stopniu, życie człowieka, którego kochała do szaleństwa.
Ani Nefertari, ani Ramzes nie odepchnęli jej; według protokołu, „druga małżonka”, Izet, miała niezrównane szczęście ocierać się o życie monarchy i należeć do jego dworu. Niektórzy uważali, że zmarnowała własne życie, ale Izet nie zwracała uwagi na krytykę, wołała być służebną Ramzesa niż żoną jakiegoś ograniczonego i pełnego pretensji dostojnika.
Śmierć Nefertari pogrążyła ją w głębokiej żałobie. Królowa nie była jej rywalką, lecz przyjaciółką, wobec której odczuwała szacunek i podziw. Wiedząc, że żadne słowa nie złagodzą bólu monarchy, nadal pozostawała w cieniu, milcząca i delikatna.
I stała się rzecz nieoczekiwana.
Oto czas żałoby dobiegał końca. Ramzes sam zamknął drzwi do grobowca Nefertari, a następnie zwrócił się do Izet urodziwej, by została nową wielką małżonką królewską. Żaden władca nie mógł rządzić samotnie, faraon był bowiem uosobieniem jedności pierwiastków męskich i żeńskich, zgodnych i uzupełniających się.
Nigdy Izet urodziwa nie zamierzała zostać królową Egiptu, a porównanie z Nefertari onieśmielało ją. Ale woli Ramzesa nie można było się przeciwstawiać. Izet podporządkowała się pomimo swoich obaw. Została „słodyczą miłości, tą, która widzi bogów Horusa i Seta, ostatecznie zespolonych w osobie faraona, władczynią Dwóch Ziem, tą, której głos daje radość”... Te tradycyjne tytuły nie miały dla niej żadnego znaczenia. Rzeczywistym cudem było to, że dzieliła życie Ramzesa, jego nadzieje i jego troski. Izet poślubiła największego monarchę, jakiego znała ziemia, i zaufanie, którym ją obdarzył, wystarczało jej do szczęścia.
- Jego Wysokość prosi cię, pani - powiedziała pokojowa.
W peruce w kształcie martwego sępa, przedłużonej dwoma sterczącymi piórami, ubrana w długą białą suknię ściągniętą w talii czerwonym paskiem z powiewającymi końcami, przyozdobiona w złoty naszyjnik i bransolety, wielka małżonka królewska skierowała się ku sali audiencyjnej. Wykształcenie szlachetnie urodzonej i bogatej damy, jakie otrzymała, będąc jeszcze młodziutką dziewczyną, nauczyło ją odpowiedniego zachowania w czasie ceremonialnych uroczystości. Tym razem i ona będzie, jak faraon, ośrodkiem bezlitosnego zainteresowania dygnitarzy.
Izet urodziwa zatrzymała się metr przed Ramzesem. Oto on, jej pierwsza i jedyna miłość - nadal była pod jego wrażeniem. Był zbyt wielki dla niej, nigdy nie przenikała horyzontu jego myśli, ale magia namiętności wypełniała tę, zdawałoby się nie do przyjęcia, dzielącą ich przepaść.
- Czy jesteś gotowa?
Królowa Egiptu skłoniła się.
Kiedy pojawiła się królewska para, gwar rozmów ucichł. Ramzes i Izet urodziwa zajęli miejsca na tronie.
Przyjaciel faraona z dzieciństwa i minister spraw zagranicznych, zawsze elegancki Asza, który chętnie lansował nową modę, zbliżył się do tronu. Patrząc uważnie na tego pełnego wyrafinowania dostojnika, z małym, wypielęgnowanym wąsikiem, oczyma błyszczącymi inteligencją i o jakby wzgardliwym sposobie bycia, któż mógłby przypuszczać, że był on człowiekiem przygody i nie zawahał się rzucić swojego życia na szalę podczas niebezpiecznej misji szpiegowskiej na hetyckim terytorium. Wielbiciel pięknych kobiet, bogatych strojów i wykwintnej kuchni, Asza zwracał na świat spojrzenie pełne ironii, nierzadko rozczarowania, ale w jego sercu płonęło nieugaszone pragnienie: pracować na chwałę Ramzesa, jedynej osoby, wobec której odczuwał, choć nigdy by mu tego nie wyznał, bezgraniczne uwielbienie.
- Wasza Wysokość, Południe składa ci hołd i przynosi swoje bogactwa, prosząc cię o życiodajne tchnienie. Północ błaga o cud twojej obecności. Wschód łączy na nowo swoje ziemie, aby ci je ofiarować. Zachód pokornie pada na kolana, jego przywódcy przychodzą z pokłonem.
Ambasador Hetytów odłączył się od tłumu dyplomatów i skłonił głowę przed parą królewską.
- Faraon jest władcą promieniującej światłości - rozpoczął mowę - tchnieniem żaru, który ożywia lub spala. Oby jego ka trwało wiecznie, oby jego czasy były szczęśliwe, a wylew Nilu się nie opóźniał, bo działa on boską energią, on, który w swojej osobie jednoczy niebo i ziemię. Pod panowaniem Ramzesa nie ma buntowników, każdy kraj żyje w pokoju.
Po przemowach nastąpiło wręczanie darów. Od Nubii aż do protektoratów w Kanaan i Syrii imperium Ramzesa Wielkiego złożyło hołd swojemu władcy.
Pałac pogrążył się już we śnie, świeciło się jedynie w biurze królewskim.
- Co się dzieje, Aszo? - zapytał Ramzes.
- Dwie Ziemie kwitną, dobrobyt panuje w każdej prowincji, spichlerze sięgają nieba, jesteś życiem twojego ludu, jesteś...
- Przemówienia już się skończyły, Aszo. Ale dlaczego ambasador hetycki tak się silił na pochwały?
- Dyplomacja...
- Nie. Nie sądzisz, że to coś więcej?
Asza przesunął delikatnym palcem po naperfumowanych wąsach.
- Przyznaję, że jestem zaskoczony.
- Hattusil podważa pokój?
- Dotarło do nas pismo o zupełnie przeciwnej treści.
- Powiedz mi swoją prawdziwą opinię.
- Uwierz, nie jestem jeszcze pewny.
- Gdy chodzi o Hetytów, pozostawanie w niepewności jest niebezpiecznym błędem.
- Czy powinienem sądzić, że chcesz, abym dowiedział się prawdy?
- Mieliśmy zbyt wiele spokojnych lat. Ostatnimi czasy trochę się rozleniwiłeś.
Niewysoki, wątły i szczupły, pomimo olbrzymich ilości jadła, które pochłaniał bez względu na porę dnia i nocy, Ameni był, tak jak Asza, przyjacielem Ramzesa z dzieciństwa. Urodzony pisarz, pracował bez znużenia i zarządzał niewielkim zespołem dwudziestu specjalistów, którzy opracowywali dla faraona streszczenia wszystkich najważniejszych dokumentów. Niejeden raz Ameni dowiódł swej niezwykłej skuteczności, i choć zazdrośnicy nie szczędzili krytyk, Ramzes całkowicie na nim polegał.
Mimo bolących pleców pisarz upierał się, by samemu nosić drewniane tabliczki i papirusy, a miał przy tym tak bladą cerę, że wydawał się często prawie chory. Zamęczał jednakże swoich podwładnych, bo potrzebował tylko krótkiego snu i mógł godzinami posługiwać się pędzelkiem, aby zredagować poufne notatki, które docierały wyłącznie do wiadomości samego Ramzesa.
Faraon postanowił spędzić kilka miesięcy w Tebach, Ameni przeniósł się tam zatem ze swoimi pomocnikami. Oficjalnie „noszący sandały” króla pisarz lekceważył sobie tytuły i zaszczyty, tak jak władcę Egiptu interesowała go jedynie pomyślność kraju. Nie dawał więc sobie chwili wytchnienia z obawy, by nie popełnić jakiegoś niewybaczalnego błędu.
Ameni przełykał właśnie kleik jęczmienny ze świeżym serem, kiedy do jego biura, zawalonego dokumentami, wkroczył Ramzes.
- Jeszcze nie zjadłeś?
- Nic nie szkodzi, Wasz Królewska Mość, choć twoje przybycie nie wróży nic dobrego.
- Twoje ostatnie raporty wydawały się raczej uspokajające.
- „Wydawały się”... Skąd takie zastrzeżenie? Wasza Królewska Mość nie wyobraża sobie chyba, że skrywam przed nim choćby najmniejszy szczegół!
Z wiekiem Ameni stał się zrzędą. Źle znosił krytykę, skarżył się na warunki pracy i wciąż narzekał na tych, którzy usiłowali dawać mu dobre rady.
- Nic takiego sobie nie wyobrażam - powiedział Ramzes łagodnie - staram się tylko zrozumieć.
- Co chcesz zrozumieć?
- Czy jest coś, co sprawia ci kłopoty?
Ameni zastanawiał się na głos.
- Nawadnianie jest doprowadzone do perfekcji, tak samo groble utrzymywane są w należytym porządku... Naczelnicy prowincji przestrzegają zaleceń i nie wykazują żadnych dążeń do źle pojętej samodzielności... Rolnictwo jest pod dobrym zarządem, ludność najada się do syta i dobrze mieszka, z organizacją uroczystości nie ma problemu, zespoły kierowników robót, kamieniarzy, ociosywaczy kamieni, rzeźbiarzy i malarzy pracują na terenie całego kraju... Nie, nie sądzę.
Ramzes powinien się zatem uspokoić, ponieważ nikt tak jak Ameni nie umiał dostrzec niedociągnięć w administracji i gospodarce kraju. Jednakże król pozostał zatroskany.
- Czy Wasza Królewska Mość skrywa przede mną jakąś ważną informację?
- Wiesz dobrze, że nie.
- A więc co się stało?
- Ambasador hetycki okazał się zbyt wielkim pochlebcą wobec Egiptu.
- Ech! Ci ludzie potrafią się tylko bić i łgać.
- Czuję, że zbliża się burza, która narasta w samym wnętrzu Egiptu, burza niosąca niszczycielski grad.
Ameni przywiązywał wagę do intuicji monarchy. Jak jego ojciec, Seti, Ramzes utrzymywał szczególne więzy z przerażającym bogiem Setem, władcą niebieskich burz i piorunów, ale jednocześnie obrońcą słonecznej barki przed potworami usiłującymi ją zniszczyć.
- W samym wnętrzu Egiptu - powtórzył zakłopotany pisarz.
- Co może oznaczać ta wróżba?
- Gdyby żyła Nefertari, jej wzrok przeniknąłby przyszłość.
Ameni zwinął jakiś papirus i uporządkował pędzelki. Bzdurne gesty, aby rozproszyć smutek, który owładnął duszą jego i duszą Ramzesa. Nefertari była uosobieniem piękna, inteligencji i wdzięku, spokojnym uśmiechem niebiańskiego Egiptu. Kiedy miał szczęście ją widzieć, Ameni prawie zapominał o pracy. Ale Izet urodziwej osobisty sekretarz faraona nie cenił wcale. Ramzes bez wątpienia miał słuszność, wybierając ją, aby dzieliła z nim tron, chociaż funkcja królowej była zbyt ciężka, jak na barki tej kobiety, tak dalekiej od rozumienia, na czym polega istota władzy. Dobrze, że przynajmniej kochała Ramzesa, ta właśnie zaleta zacierała wiele jej niedostatków.
- Czy Wasza Królewska Mość ma dla mnie jakiś trop?
- Niestety, nie!
- Musimy zatem podwoić czujność!
- Nie znoszę oczekiwania na cios.
- Wiem, wiem - zrzędził Ameni - ja, mimo że chciałbym mieć choć jeden dzień odpoczynku, odłożę ten przywilej na później.
Biała, z czerwonym grzbietem, a bokami ubarwionymi na zielono, długa na metr dwadzieścia żmija rogata, o spłaszczonej głowie i grubym ogonie, podpełzała z boku w kierunku pary, która obejmowała się w cieniu palmy. Gad, który dzień spędził zagrzebany w piasku, teraz, gdy zapadła noc, wyruszył na polowanie. W czasie upału jego ukąszenie powodowało natychmiastową śmierć.
Ani kobieta, ani mężczyzna, ściskający się namiętnie, nie zdawali się dostrzegać niebezpieczeństwa. Gibka, sprężysta jak liana, piękna Nubijka nie wypuszczała z objęć swojego kochanka, pięćdziesięciokilkuletniego, mocnego i krępego mężczyzny o czarnych włosach i bladej, matowej skórze. Raz słodka, raz nalegająca, Nubijka nie dawała ani chwili wytchnienia Egipcjaninowi, który atakował ją z zapałem, jak podczas pierwszego spotkania. W łagodnym cieple nocy łączyła ich miłość gorąca jak słońce lata.
Żmija zbliżyła się do nich już na odległość metra.
Z pozorną brutalnością mężczyzna rzucił kobietę na plecy, a ona ruchem szybkim i energicznym uchwyciła gada mocno za szyję. Wąż zasyczał i ukąsił w próżnię.
- Piękna zdobycz - zauważył Setau, nie wypuszczając żony z objęć. - Jad pierwszej jakości, otrzymany bez zbytniego zachodu.
Nagle piękna Nubijka znieruchomiała.
- Mam złe przeczucie.
- Z powodu tej żmii?
- Nie, Ramzes jest w niebezpieczeństwie.
Zaklinacz węży, Setau, przyjaciel faraona z dzieciństwa, któremu Ramzes powierzył zarządzanie nubijską prowincją, bardzo poważnie potraktował ostrzeżenie swojej żony, pięknej czarodziejki. Wspólnie schwytali już niezliczoną ilość najniebezpieczniejszych węży i zbierali jad niezbędny do przygotowania leków pomocnych na groźne choroby.
Niezależni, ceniący swobodę, Setau i Lotos towarzyszyli jednakże Ramzesowi na polach bitwy, zarówno na Południu, jak i na Północy, opatrując rannych żołnierzy. Sprawowali też zarząd nad królewskim laboratorium, ale bezgranicznie szczęśliwi byli dopiero wówczas, gdy faraon polecił im, by doprowadzili do kwitnącego stanu prowincję nubijską, którą tak kochali. Wprawdzie wicekról Nubii, urzędnik, który kochał wygody, a nienawidził zimna, usiłował hamować ich inicjatywy, lecz tak naprawdę obawiał się tej pary, której siedziba była strzeżona przez kobry.
- O jakie niebezpieczeństwo chodzi? - zaniepokoił się Setau.
- Nie wiem.
- Widzisz jakąś twarz?
- Nie - odparła Lotos - to jest raczej pewien niepokój, ale przez moment miałam przeczucie, że Ramzes jest zagrożony.
Podniosła się, nadal trzymając żmiję w zaciśniętej pięści.
- Powinieneś się tym zająć, Setau.
- Tutaj? Co mogę zrobić?
- Jedzmy do stolicy.
- Wicekról wykorzysta, że nas nie będzie, i anuluje nasze ulepszenia.
- Trudno. Jeśli Ramzes potrzebuje naszej pomocy, to musimy być przy nim.
Już od dawna opryskliwy Setau, któremu żaden z wysokich urzędników nie mógł dyktować, co ma robić, nie kwestionował poleceń słodkiej Lotos.
Wielki kapłan Amona dożył późnego wieku. Jak napisał mędrzec Ptahhotep w swoich słynnych Maksymach, ostateczna starość objawia się ciągłym zmęczeniem, słabością, która nie chce ustąpić, i skłonnością do przysypiania nawet w ciągu dnia. Wzrok słabnie, słuch staje się przytępiony, sił brakuje, serce się męczy, usta z trudem wymawiają słowa, kości bolą, zanika zmysł smaku i węchu i równie ciężko wstać, jak usiąść.
Mimo tych cierpień, stary Nebu dalej wypełniał misję, którą powierzył mu Ramzes: czuwać nad bogactwami boga Amona i jego miasta-świątyni w Kamaku. Wielki kapłan niemal wszystkie sprawy materialne przekazał drugiemu prorokowi, Bachenowi, który sprawował władzę nad osiemdziesięcioma tysiącami osób pracujących na placach budowy, w warsztatach, na polach, w sadach i winnicach.
Kiedy Ramzes wyznaczył go na wielkiego kapłana, Nebu rozumiał, o co chodzi. Młody monarcha żądał, aby Karnak mu podlegał i nie dążył do usamodzielnienia się. Ale Nebu nie okazał się figurantem i podjął walkę, aby Karnak nie był ograbiany przez inne świątynie. A że faraon dbał o utrzymanie zgody w całym kraju, Nebu czuł się szczęśliwy jako najwyższy kapłan.
Bachen dostarczał mu wszelkich informacji i starzec nie opuszczał już swojej skromnej, składającej się z trzech izb siedziby wybudowanej niedaleko świętego jeziora w Kamaku. Wieczorem lubił podlewać klomby irysów, jeden przy bramie, a drugi w dalszej części ogrodu. Kiedy nie będzie miał już sił, aby się nimi zajmować, poprosi króla, by odsunął go od urzędu.
Siedzący w kucki ogrodnik właśnie wyrywał chwasty. Nebu nie krył swojego niezadowolenia.
- Nikomu nie wolno dotykać moich irysów!
- Nawet faraonowi Egiptu?
Ramzes podniósł się i odwrócił.
- Wasza Królewska Mość, zechciej...
- Masz rację, że osobiście pilnujesz tego skarbu, Nebu. Uczciwie pracowałeś dla Egiptu i dla Kamaku. Sadzić, widzieć, jak rośnie, podtrzymywać to kruche i tak piękne życie... Czy istnieje bardziej szlachetna praca? Po śmierci Nefertari myślałem o tym, by zostać ogrodnikiem, z dala od tronu, z dala od władzy.
- Nie miałeś prawa, Wasza Królewska Mość.
- Liczyłem, że mnie zrozumiesz.
- Że taki starzec jak ja wzdycha do odpoczynku, to zrozumiałe, ale ty...
Ramzes spoglądał na wschodzący księżyc.
- Zbliża się burza, Nebu, potrzebuję ludzi pewnych i kompetentnych, ażeby stawić czoło rozpętanym żywiołom. Bez względu na twój wiek i stan zdrowia, nie wycofuj się jeszcze. Nadal trzymaj Kamak silną ręką.
Ambasador kraju Cheta, niewysoki, chudy mężczyzna około sześćdziesiątki, zgłosił się przy wejściu do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zgodnie ze zwyczajem złożył bukiet chryzantem i lilii na kamiennym ołtarzu przed posągiem małpy, wyobrażeniem Thota, boga pisarzy, języka sakralnego i wiedzy. Następnie zwrócił się do stojącego z włócznią żołnierza.
- Minister mnie oczekuje - oświadczył suchym tonem.
- Powiadomię go.
Ambasador zaczął chodzić tam i z powrotem. Ubrany był w czerwono-niebieską suknię z frędzlami, czarne włosy błyszczały mu od pachnącej pomady z drzewa gumowego, twarz ocieniała szeroka broda.
Uśmiechnięty Asza wyszedł na jego spotkanie.
- Mam nadzieję, że nie kazałem ci zbyt długo czekać? Przejdźmy do ogrodu, drogi przyjacielu, tam będziemy mieli spokój.
Dookoła basenu pokrytego błękitnym lotosem rosły palmy i jujuby, które rzucały przyjemny cień. Na stoliczku o jednej nóżce służący postawił alabastrowe czarki z chłodnym piwem i wyszedł.
- Bądź spokojny - powiedział Asza - nikt nie może nas tu usłyszeć.
Ambasador hetycki zawahał się, zanim usiadł na składanym drewnianym krzesełku przyozdobionym poduszką z zielonego lnu.
- Czego się obawiasz?
- Ciebie, Aszo.
Szef egipskiej dyplomacji nie przestawał się uśmiechać.
- Pełniłem misje szpiegowskie, to prawda, ale to dawne czasy. Obecnie jestem osobą oficjalną, której zależy na poważaniu, i nie mam już najmniejszej ochoty wplątywać się w żadne intrygi.
- Dlaczego miałbym ci wierzyć?
- Dlatego, że tak jak ty mam tylko jeden cel: umacniać pokój między oboma naszymi narodami.
- Czy faraon odpowiedział na ostatnie pismo króla Hattusila?
- Oczywiście. Ramzes przesłał mu doskonałe wieści o królowej Izet i o swoich koniach, a także wyraził radość, że traktat, który na zawsze połączył Egipt i kraj Cheta, jest tak wspaniale respektowany.
Twarz ambasadora stała się nieprzenikniona.
- Z naszego punktu widzenia jest to zupełnie niewystarczające.
- Czego się spodziewaliście?
- Król Hattusil był zaskoczony tonem ostatnich listów faraona. Odniósł wrażenie, że Ramzes traktuje go jak podwładnego, a nie jak równego sobie.
Asza wyczuwał agresywność dyplomaty.
- Czy to niezadowolenie przyjęło niepokojące rozmiary?
- Tego się obawiam.
- Czy jedna tak drobna różnica w interpretacji mogłaby podważyć nasze przymierze?
- Hetyci są dumni. Ktokolwiek urazi ich godność, ściąga na siebie karę.
- Czy to nie przesada tak wyolbrzymić niewielkie zastrzeżenie?
- Z naszego punktu widzenia jest ono znaczące.
- Boję się zrozumieć... Czy to stanowisko nie może być przedmiotem negocjacji?
- Nie.
Asza obawiał się takiego postawienia sprawy. Pod Kadesz Hattusil dowodził wojskami sprzymierzonymi, które pokonał Ramzes. Uraza widać nie wygasła, skoro doszukiwał się jakiegokolwiek pretekstu, aby na nowo utwierdzić się w swoim poczuciu wyższości.
- Czy posunięcie się aż do...
- Aż do zerwania traktatu - wyraził się jasno hetycki ambasador.
Asza zdecydował się wykorzystać argument, który dotąd trzymał w ukryciu.
- Może to pismo nastawi cię bardziej ugodowo?
Egipcjanin podał Hetycie list napisany przez Ramzesa. Zaintrygowany dyplomata przeczytał tekst na głos.
- „Czy dobrze się czujesz, mój bracie Hattusilu, a także twoja małżonka, twoja rodzina, twoje konie i twoje prowincje? Właśnie uważnie zbadałem twoje zarzuty. Sądzisz, że potraktowałem cię jak jednego z moich poddanych, i to mnie zasmuciło. Bądź przekonany, że mam dla ciebie szacunek należny twojemu stanowisku, czyż nie jesteś królem Hetytów? Bądź pewny, że uważam cię za brata”.
Ambasador wydawał się zaskoczony.
- Ramzes jest autorem tego listu?
- To nie ulega wątpliwości.
- Faraon Egiptu uznałby swój błąd?
- Ramzes chce pokoju. I mam ci oznajmić ważną decyzję: w Pi-Ramzes zostanie otwarty pałac dla krajów zagranicznych, gdzie ty i inni dyplomaci moglibyście korzystać ze stałej administracji i pomocy zespołu pisarzy. W ten sposób egipska stolica stałaby się ośrodkiem trwałego dialogu ze swoimi sojusznikami i z krajami podległymi.
- To godne uwagi - przyznał Hetyta.
- Czy mogę zatem mieć nadzieję, że szybko odstąpicie od swoich wojennych zamiarów?
- Obawiam się, że nie.
Tym razem Asza zaniepokoił się naprawdę.
- Czy mam sądzić, że nic nie załagodzi drażliwości króla?
- Wróćmy do sprawy zasadniczej. Hattusil życzy sobie również umocnienia pokoju, ale stawia jeden warunek.
Ambasador hetycki ujawnił prawdziwe intencje króla. Asza nie miał już ochoty się uśmiechać.
Tak jak każdego ranka, rytualiści celebrowali kult ka Setiego w jego wspaniałej świątyni w Gumie, na zachodnim brzegu Teb. Kapłan odpowiedzialny za te upamiętniające zmarłego faraona obrzędy przygotowywał się właśnie do złożenia na ołtarzu ofiary z winogron, fig i drewna jałowca, kiedy jeden z jego podwładnych szepnął mu do ucha kilka słów.
- Faraon, tutaj? Ależ nikt mi nic nie powiedział!
Odwróciwszy się, kapłan dostrzegł od razu wysoką postać monarchy ubranego w szatę z białego lnu. Moc i magnetyzerska siła Ramzesa wystarczały, by wyróżnić go spośród innych celebransów.
Faraon wziął tacę ofiarną i wszedł do kaplicy, gdzie przebywała dusza jego ojca. W tej właśnie świątyni Seti ogłosił koronację swojego młodszego syna, kończąc w ten sposób okres wprowadzania go w tajniki władzy. Dwie korony „wielkie moce” zostały solidnie przytwierdzone na głowie Syna światłości, którego los stał się odtąd losem Egiptu.
Objąć władzę po Setim wydawało się niepodobieństwem. Ale prawdziwa wolność Ramzesa polegała na tym, że nie decydował o swoich wyborach, lecz żył według Zasady i spełniał wolę bogów tak, aby ludzie byli szczęśliwi.
Teraz Seti, Tuja i Nefertari wędrowali po szczęśliwych drogach wieczności i pływali niebiańskimi barkami; na ziemi świątynie i grobowce unieśmiertelniały ich imiona. I do ich ka zwracali się ludzie, którzy pragnęli przeniknąć tajemnice tamtego świata.
Po zakończeniu rytuału Ramzes skierował się do świątynnego ogrodu, gdzie górowała olbrzymia sykomora, w której uwiły gniazda czaple siwe.
Słodka i poważna melodia oboju wprawiła go w zachwyt. Muzyka była powolna, o smutnej modulacji, którą rozweselał uśmiech, tak jak nadzieja rozprasza zawsze wszelkie przygnębienie.
Siedząc na murku w cieniu listowia, muzykantka grała z zamkniętymi oczami. Miała czarne i połyskliwe włosy, rysy twarzy czyste i regularne jak rysy bogini. Trzydziestotrzyletnia Meritamon była w rozkwicie swojej piękności.
Serce Ramzesa ścisnął smutek. Tak bardzo przypominała swoją matkę Nefertari, że mogłaby być jej sobowtórem. Mając zdolności do muzyki, Meritamon postanowiła, jako bardzo młoda dziewczyna, wstąpić do świątyni i prowadzić życie tutaj, w odosobnieniu, na służbie bóstwa. Takie było też marzenie Nefertari, które zburzył Ramzes, prosząc ją, by została jego wielką małżonką królewską. Meritamon mogła zajmować miejsce w pierwszym szeregu świątynnych muzykantek w Karnaku, ale wołała pozostać tutaj, w pobliżu ducha Setiego.
Ostatnie nuty wzbiły się ku słońcu; muzykantka położyła obój na murku i otwarła szeroko szaroniebieskie oczy.
- Ojcze! Od dawna tutaj jesteś?
Ramzes pochwycił córkę w ramiona i długo trzymał w objęciu.
- Brakuje mi ciebie, Meritamon.
- Faraon poślubił Egipt, jego dzieckiem jest cały lud. Ty, który masz więcej niż setkę synów i córek, pamiętasz jeszcze o mnie?
Odsunął ją i popatrzył na nią ze zdumieniem.
- „Dzieci królewskie”... Chodzi tu tylko o tytuły honorowe. Ty jesteś córką Nefertari, mojej jedynej miłości.
- Teraz twoją żoną jest Izet urodziwa.
- Masz mi to za złe?
- Nie, dobrze postąpiłeś. Ona ciebie nie zdradzi.
- Czy zgodzisz się przyjechać do Pi-Ramzes?
- Nie, ojcze. Świat na zewnątrz mnie męczy. Czy jest coś ważniejszego niż odprawianie obrzędów? Każdego dnia myślę o mojej matce, wypełniam jej marzenie i jestem przekonana, że moje szczęście ożywia ją w wieczności.
- Przekazała ci swoją piękność i swój charakter. Czy mam jeszcze jakąś szansę, żeby cię przekonać?
- Żadnej. Dobrze o tym wiesz.
Ujął delikatnie jej dłonie.
- Naprawdę żadnej?
Uśmiechnęła się z wdziękiem Nefertari.
- Czy ośmielisz się wydać mi rozkaz?
- Jesteś jedyną istotą, wobec której faraon rezygnuje z narzucania swej woli.
- To nie jest porażka, ojcze. W świątyni jestem bardziej użyteczna niż w pałacu. Ożywianie ducha moich dziadków i mojej matki wydaje mi się ważniejszym zadaniem. Bez więzi z przodkami jaki świat zbudowalibyśmy?
- Graj nadal tę niebiańską muzykę, Meritamon, Egipt jej potrzebuje.
Niepokój ścisnął serce młodej kobiety.
- Jakiego niebezpieczeństwa się obawiasz?
- Burza nam grozi.
- Nie jesteś jej panem?
- Graj, Meritamon, graj także dla faraona, twórz harmonię, zaklinaj bóstwa, przyciągnij je do Dwóch Ziem. Burza nam grozi, a będzie straszliwa.
Serramanna walił pięścią w ścianę strażnicy, aż oderwał się kawałek gipsu.
- Jak to zniknął?
- Zniknął, komendancie - potwierdził żołnierz, który miał za zadanie pilnować hetyckiego księcia, Uri-Teszuba.
Olbrzymi Sardyńczyk uchwycił swojego podwładnego za ramiona i nieszczęśnik, choć sam silny, sądził, że tamten go zmiażdży.
- Kpisz sobie ze mnie?
- Nie, komendancie, przysięgam, że nie!
- A więc umknął ci sprzed nosa?
- Zniknął w tłumie.
- Dlaczego nie kazałeś przeszukać domów w tej dzielnicy?
- Ten Uri-Teszub to człowiek wolny, komendancie! Nie mamy żadnego powodu nasyłać na niego policji. Wezyr nas oskarży, że działamy niezgodnie z prawem.
Serramanna zaryczał jak wściekły byk i puścił swojego podwładnego. Ten niezdara miał rację.
- Ochrona wokół faraona została podwojona. Pierwszemu, który uchybi dyscyplinie, wgniotę hełm do czaszki!
Członkowie straży otaczającej Ramzesa nie lekceważyli tej pogróżki. W przystępie furii dawny pirat zdolny był ją wykonać.
Aby wyładować swoją wściekłość, Serramanna wykonał całą serię ciosów sztyletem w sam środek drewnianej tarczy strzelniczej. To zniknięcie Uri-Teszuba nie wróżyło nic dobrego. Trawiony nienawiścią Hetyta wykorzysta odzyskaną wolność jako oręż przeciwko władcy Egiptu. Ale kiedy i jak?
W asyście Aszy Ramzes osobiście dokonał otwarcia pałacu krajów zagranicznych wobec całej gromady dyplomatów. Ze zwykłym sobie polotem Asza wygłosił płomienną mowę, w której słowa „pokój”, „przyjazne stosunki”, „współpraca gospodarcza” powracały w regularnych odstępach. Tak jak być powinno, wystawna uczta zakończyła uroczystość, która wskazała na nową pozycję Pi-Ramzes jako przyjaznej wszystkim narodom stolicy Bliskiego Wschodu.
Po swoim ojcu Setim Ramzes odziedziczył władzę przenikania ludzkich sekretów. Pomimo zdolności aktorskich Aszy wiedział, że jego przyjaciel jest zaniepokojony i że troski te wiązały się z burzą, którą władca przewidywał.
Zaledwie uroczystości dobiegły końca, Ramzes i Asza odłączyli się od tłumu gości.
- Cóż za błyskotliwe zakończenie przemówienia, Aszo.
- Obowiązki zawodowe, Wasza Królewska Mość. To przedsięwzięcie uczyni cię jeszcze popularniejszym.
- Jak hetycki ambasador zareagował na mój list?
- Doskonale.
- Ale Hattusil żąda więcej, prawda?
- To nie jest wykluczone.
- Nie jesteśmy wśród dyplomatów, Aszo. Mów prawdę.
- Tylko cię uprzedzę. Jeśli nie zgodzisz się na warunki Hattusila, to będzie wojna.
- A więc szantaż! Jeśli tak, to nie chcę się nawet z nimi zapoznawać.
- Wysłuchaj mnie, proszę! Zbyt wiele pracowaliśmy dla pokoju, ty i ja, by zobaczyć, jak w jednej chwili obraca się w ruinę.
- Mów zatem, ale nic przede mną nie ukrywaj.
- Wiesz, że Hattusil i Putuhepa mają jedną córkę. Mówi się, że to młoda kobieta o wielkiej piękności i o bystrym umyśle.
- Tym lepiej dla niej.
- Hattusil pragnie umocnić pokój. Według niego, najlepszym sposobem jest wyprawienie wesela.
- Czy mam rozumieć...?
- Zrozumiałeś od pierwszego słowa. Aby ostatecznie przypieczętować nasze przymierze, Hattusil żąda nie tylko, abyś poślubił jego córkę, ale przede wszystkim, abyś uczynił ją wielką małżonką królewską.
- Zapomniałeś, że Izet urodziwa pełni już tę funkcję?
- Dla Hetyty taki szczegół niewiele znaczy. U nich żona powinna być posłuszna mężowi. Jeśli ją odtrąci, musi podporządkować się i milczeć.
- Jesteśmy w Egipcie, Aszo, a nie w kraju barbarzyńskim. Radzisz mi odsunąć Izet po to, żebym zawarł nowe małżeństwo z Hetytką, córką mojego najgorszego wroga?
- Obecnie twojego najlepszego sprzymierzeńca - sprostował minister spraw zagranicznych.
- Takie żądanie jest niedorzeczne i oburzające!
- Na pozór tak. W rzeczywistości nie jest pozbawione pewnych korzyści.
- Nie mogę tak upokorzyć Izet.
- Nie jesteś mężem takim jak inni. Wielkość Egiptu musi być ponad twoimi uczuciami.
- Czy nie poznałeś zbyt wielu kobiet, Aszo, że stałeś się tak cyniczny?
- Wierność jest dla mnie pustym dźwiękiem, przyznaję, ale moja opinia jest opinią twojego ministra i przyjaciela.
- Nie warto pytać o zdanie moich synów, Cha i Merenptaha, z góry znam ich odpowiedź.
- Któż mógłby im zarzucać, że szanują swoją matkę, Izet urodziwą, wielką małżonkę królewską Ramzesa? Pokój albo wojna... Oto wybór, jakiego musisz dokonać.
- Zjedzmy kolację razem z Amenim. Chciałbym się z nim naradzić.
- Poznasz także zdanie Setau, bo właśnie przyjechał z Nubii.
- Nareszcie dobra wiadomość!
Setau, zaklinacz węży zakochany w Nubii, Asza, wnikliwy dyplomata, Ameni, pisarz skrupulatny i oddany... Brakowało tylko Mojżesza, aby odtworzyć spotkanie uczniów wyższej uczelni w Memfis, którzy tyle lat temu dzielili radość przyjaźni i zastanawiali się nad naturą prawdziwej władzy.
Kucharz Ramzesa przeszedł samego siebie: sałatka z porów i dyni w mięsnym sosie, jagnię pieczone z tymiankiem, do tego przecier z fig, marynowane cynadry, kozi ser i ciasto na miodzie polane sokiem z szarańczynu. Na cześć tego spotkania Ramzes kazał też podać czerwone wino z trzeciego roku panowania Setiego, którego aromat wprawił Setau w rodzaj ekstazy.
- Seti zasługuje na wszelkie pochwały! - wykrzyknął przyjaciel węży, ubrany w swoją nie do zdarcia tunikę ze skóry antylopy, której kieszenie były wypchane lekami przeciw jadowi. - Kiedy za czyjegoś panowania powstają takie cuda, oznacza to, że bogowie mu sprzyjają.
- W dziedzinie elegancji - ubolewał Asza - nie uczyniłeś żadnego postępu.
- To prawda - potwierdził Ameni.
- Ty, skrybo, ciesz się z tego, że zjadasz dwa razy tyle, ile ważysz! Jaki jest twój sekret, że nie tyjesz?
- Służba krajowi.
- Czy masz coś przeciwko mojemu zarządzaniu Nubią?
- Gdyby coś takiego było, już dawno sporządziłbym krytyczny raport.
- Kiedy zakończycie waszą tradycyjną wymianę zdań - wtrącił Asza - może będziemy mogli przejść do poważnych tematów.
- Jedynie Mojżesz jest nieobecny - przypomniał Ramzes, zamyślony. - Gdzie on teraz przebywa, Aszo?
- Ciągle jeszcze błądzi na pustyni i wszczyna bitwy; nigdy nie dojdzie do swojej Ziemi Obiecanej.
- Mojżesz zgubił drogę, ale ta droga prowadzi do celu i on do niego dotrze.
- Ja też odczuwam smutek - wyznał Ameni - ale jak zapomnieć, że nasz hebrajski przyjaciel zdradził Egipt?
- To nie jest pora na wspominki - uciął Setau. - Dla mnie przyjaciel, który odchodzi w taki sposób, już nim nie jest.
- A gdyby publicznie przeprosił, odtrąciłbyś go? - zapytał Ramzes.
- Kiedy człowiek przekroczył pewne granice, nie może już wrócić. Przebaczenie to alibi dla słabych.
- Na szczęście - osądził Asza - Ramzes nie tobie powierzył naszą dyplomację.
- Ze żmijami przynajmniej nie ma półśrodków, albo jad cię uleczy, albo zabije.
- Mojżesz nie jest już na porządku dnia - zauważył Ameni.
- Jeśli jestem tutaj - wyjaśnił Setau - to z powodu Lotos i jej talentów jasnowidza; ona mnie zaalarmowała. Ramzesowi grozi niebezpieczeństwo, prawda?
Faraon nie zaprzeczył. Setau zwrócił się do Ameniego.
- Zamiast pożerać to ciasto, powiedz nam lepiej, co wywęszyłeś?
- Ależ... nic! Z mojej strony wszystko jest w porządku.
- A u ciebie, Aszo?
Dyplomata opłukał sobie palce w miseczce wody zaprawionej cytryną.
- Hattusil wyraził nieoczekiwane żądanie: chce wydać swoją córkę za Ramzesa.
- Gdzie tu problem? - rozbawił się Setau. - Taki rodzaj dyplomatycznego małżeństwa był z powodzeniem praktykowany w przeszłości i ta Hetytka będzie jedną żoną więcej!
- W tym wypadku sprawa jest bardziej skomplikowana.
- Narzeczona jest szkaradna?
- Hetycki król domaga się, by jego córka została wielką małżonką królewską.
Setau podskoczył.
- To znaczy, że nasz odwieczny wróg każę faraonowi odtrącić Izet!
- Twoje sformułowanie jest trochę brutalne - ocenił Asza - ale nie brak mu wnikliwości.
- Nie cierpię Hetytów - wyznał Setau, opróżniając kolejną czarkę wina. - Izet urodziwa to, oczywiście, nie Nefertari, ale nie zasługuje na taki los.
- Przynajmniej raz - powiedział Ameni zrzędliwie - zgadzam się z tobą.
- Jesteście zbyt impulsywni - oświadczył Asza - tu w grę wchodzi sprawa pokoju.
- Hetyci nie będą nam narzucali swoich praw! - zaprotestował Setau.
- Oni już nie są naszymi wrogami - przypomniał minister spraw zagranicznych.
- Mylisz się! Hattusil i jego ród nigdy nie wyrzekną się zagarnięcia Egiptu.
- To ty się mylisz. Król hetycki chce pokoju, ale stawia swoje warunki. Dlaczego odrzucać je bez namysłu?
- Ufam tylko instynktowi.
- Ja - stwierdził Ameni - przemyślałem to. Nie cenię zbytnio Izet urodziwej, ale jest ona królową Egiptu, wielką małżonką królewską, którą wybrał Ramzes po śmierci Nefertari. Nikt, choćby był królem Hetytów, nie ma prawa jej znieważać.
- Postawa bez sensu - osądził Asza. - Macie ochotę wysłać na śmierć tysiące Egipcjan, unurzać we krwi nasze protektoraty na Północy i narazić na niebezpieczeństwo cały kraj?
Ameni i Setau spojrzeli pytająco na Ramzesa.
- Sam podejmę decyzję - rzekł faraon.
Naczelnik konwoju nie mógł się zdecydować. Czy pójść wzdłuż wybrzeża, przez Bejrut, kierując się na południe, przeciąć Kanaan i dojechać do Sile, czy też wykorzystać drogę wzdłuż Antylibanu i Góry Hermon, zostawiając Damaszek na wschodzie?
Fenicji nie brakowało uroku: lasy dębowe i cedrowe, orzechy rzucające chłodny cień, figowce o wybornych owocach, gościnne wioski, gdzie przyjemnie było się zatrzymać.
Trzeba było jednak jak najszybciej dostarczyć do Pi-Ramzes oliban zebrany w wielkim trudzie na Półwyspie Arabskim.
Do tej białej pachnącej żywicy, którą Egipcjanie nazywali „sonter”, „ta, która uświęca”, dołączano nie mniej cenną czerwonawą mirrę. Świątynie potrzebowały tych rzadkich substancji do odprawiania obrzędów, ich cudowny zapach rozchodził się z sanktuariów aż do nieba i zachwycał bogów. Używali ich też balsamiści i medycy.
Drzewo z białą żywicą z Arabii, z drobnymi ciemnozielonymi listkami, miało pięć do ośmiu metrów wysokości. W sierpniu i wrześniu otwierały się jego złociste kwiaty z purpurowym sercem, gdy tymczasem pod korą perliły się kropelki białej żywicy. Doświadczony zbieracz, który potrafił zręcznie zeskrobywać korę, wymawiając przy tym starą formułę magiczną: „Bądź błogosławione, drzewo z białą żywicą, faraon sprawił, że urośniesz”, mógł otrzymać nawet trzy plony na rok.
Konwojenci wieźli także miedź azjatycką, cynę i szkło, ale te towary, choć poszukiwane i łatwe do sprzedania, nie miały wartości olibanu. Po dostarczeniu tego ładunku opiekun konwoju będzie odpoczywał w swojej pięknej willi w Delcie.
Dostawca olibanu, łysiejący grubas z wystającym brzuchem, lubił biesiadować, ale pracę traktował poważnie. Osobiście sprawdzał stan wózków i doglądał osłów. Jego ludzie byli dobrze żywieni i korzystali z długich odpoczynków, nie mieli więc prawa narzekać, chyba że chcieliby stracić zajęcie.
Szef konwoju wybrał wąską górską drogę, trudniejszą, ale za to krótszą niż droga nadbrzeżna. Będzie tam więcej cienia, a zwierzętom przyda się odrobina chłodu.
Osły posuwały się raźnym krokiem, dwudziestu konwojentów podśpiewywało sobie półgłosem, wiatr ułatwiał pochód.
- Naczelniku...
- O co chodzi?
- Zdaje mi się, że ktoś za nami idzie.
Naczelnik konwoju wzruszył ramionami.
- Kiedy wreszcie zapomnisz, że byłeś najemnikiem? Teraz jest pokój i drogi są bezpieczne.
- Nie przeczę, ale i tak ktoś za nami idzie. To dziwne.
- Nie jesteśmy jedynymi kupcami!
- Jeśli to włóczędzy, niech nikt na mnie nie liczy, że im oddam swoją porcję.
- Przestań się martwić i pilnuj osłów.
Czoło pochodu zatrzymało się nagle.
Naczelnik, wściekły, przeszedł na początek kolumny. Stos ściętych gałęzi tarasował osłom drogę.
- Uprzątnijcie to!
W chwili gdy konwojenci znajdujący się na przedzie zabrali się do odrzucania gałęzi, grad strzał powalił ich na ziemię. Ich towarzysze, oszołomieni, starali się uciec, ale nie wymknęli się napastnikom. Były najemnik, wymachując sztyletem, wspiął się na kamieniste zbocze i stamtąd rzucił się na jednego z łuczników. Ale atletycznie zbudowany mężczyzna z długimi włosami rozłupał mu czaszkę ostrzem topora osadzonego na krótkim trzonku.
Tragedia rozegrała się w ciągu kilku minut. Jedynie naczelnik konwoju został oszczędzony. Drżący, niezdolny do ucieczki, patrzył na zbliżającego się zabójcę, którego szeroki tors pokrywało gęste, rude owłosienie.
- Daruj mi życie... Uczynię cię bogaczem!
Uri-Teszub wybuchnął śmiechem i zatopił miecz w brzuchu nieszczęśnika. Hetyta nie znosił kupców.
Jego wspólnicy, Fenicjanie, wyciągali z trupów swoje strzały. Posłuszne osły poddały się rozkazom nowych panów.
Syryjczyk Raia odczuwał strach przed gwałtownością Uri-Teszuba, ale czy mógłby znaleźć lepszego sojusznika dla stronnictw, którym nie odpowiadał pokój i na wszelkie sposoby starały się obalić Ramzesa? W okresie rozejmu Raia wzbogacił się, ale był przekonany, że wojna rozpocznie się na nowo i Hetyci ponowią atak na Egipt. Dawny naczelny wódz Hetytów został znowu wybrany większością głosów przez oddziały swoich zwolenników i ożywiał w nich upodobanie do zwycięstw. Za okazaną mu pomoc Raia spodziewał się, teraz czy w przyszłości, uprzywilejowanego stanowiska.
Jednak gdy Hetyta pojawił się w jego magazynie, Raia nie mógł powstrzymać ledwie dostrzegalnego odruchu cofnięcia się. Miał wrażenie, że ten okrutnik, gwałtowny, a jednocześnie zimny jak lód, mógłby mu poderżnąć gardło dla samej przyjemności zabijania.
- Już z powrotem!
- Nie jesteś zadowolony, że znowu mnie widzisz, Raio?
- Wprost przeciwnie, książę! Ale twoje zadanie nie było proste i...
- Uprościłem je.
Syryjczykowi zatrzęsła się bródka. Prosił Uri-Teszuba, by nawiązał kontakt z Fenicjanami i odkupił od nich dostawę olibanu pochodzącą z Półwyspu Arabskiego. Pertraktacje mogły się przeciągać, ale Raia dał Uri-Teszubowi dostatecznie dużo płytek cyny, by przekonać naczelnika konwoju do odstąpienia ładunku. Syryjski kupiec dorzucił również dla równowagi płytkę srebra z kontrabandy, rzadko spotykane wazy i sztuki pięknych tkanin.
- Uprościłeś... W jaki sposób?
- Kupcy tracą czas na próżne gadanie, ja działam.
- A więc łatwo przekonałeś szefa konwoju, aby ci sprzedał oliban.
Uśmiech Uri-Teszuba przywodził na myśl drapieżnika.
- Bardzo łatwo.
- Jednakże on jest twardy w interesach.
- Nikt nie targuje się z moim mieczem.
- Ale ty nie masz przecież...?
- Zaangażowałem najemników i zabiliśmy konwojentów razem z ich naczelnikiem.
- Ale dlaczego...?
- Nie lubię dużo gadać i mam oliban. Czy to nie najważniejsze?
- Będzie dochodzenie!
- Rzuciliśmy ciała na dno wąwozu.
Raia zastanawiał się, czy nie powinien raczej prowadzić spokojnej egzystencji kupca, ale było już za późno, aby się wycofać. Przy najmniejszym zastrzeżeniu Uri-Teszub pozbędzie się go od razu.
- A teraz?
- Musimy zniszczyć oliban - osądził Raia.
- Czy ten ładunek nie jest wart fortuny?
- Owszem, ale każdy kupujący może naprowadzić na nasz ślad. Ten oliban jest przeznaczony do świątyń.
- Potrzebna mi broń, konie i najemnicy.
- Nie ryzykuj sprzedaży!
- Rady kupców są zawsze godne pogardy! Będziesz sprzedawał dla mnie niewielkie ilości kupcom właśnie odjeżdżającym do Grecji lub Cypru. A my zaczniemy tworzyć siatki wiernych zauszników zdecydowanych na zniszczenie tego przeklętego kraju.
Plan Uri-Teszuba był nawet dość rozsądny. Dzięki fenickim pośrednikom, Raia szybko upłynniłby oliban, nie ryzykując zbytnio. Na wskroś nieprzyjazna Egiptowi Fenicja dawała schronienie wielu przeciwnikom polityki Hattusila.
- Muszę wzbudzić szacunek - ciągnął dalej Hetyta - Serramanna nie przestanie mnie nękać, chyba że okazałby się próżniakiem, który postanowił korzystać z uroków życia.
Raia namyślał się.
- Powinieneś ożenić się z kobietą bogatą i poważną. Jedyne wyjście to majętna wdowa, spragniona miłości.
- Miałbyś jakąś pod ręką?
Raia podrapał się w bródkę.
- Mam rozległą klientelę... Nasuwają mi się dwie lub trzy propozycje. W przyszłym tygodniu urządzę ucztę i przedstawię cię.
- Kiedy z Półwyspu Arabskiego wyruszy następny ładunek olibanu?
- Tego jeszcze nie wiem, ale mamy czas. Moja siatka informatorów nie omieszka nas zawiadomić. Ale... czy następna krwawa akcja nie postawi na nogi egipskiej armii?
- Nie pozostawimy żadnego śladu napaści i władze egipskie będą bezradne. Położymy rękę na całym tegorocznym zbiorze olibanu. Ale dlaczego uważasz, że brak olibanu Zachwieje Ramzesem?
- Dla Egiptu prawidłowe wypełnianie obrzędów jest sprawą najwyższej wagi. Kiedy rytuały nie są odprawiane według reguł ustalonych jeszcze w czasach przodków, zagrożona jest równowaga kraju. Gdy kapłani zorientują się, że brakuje olibanu i mirry, zwrócą się przeciwko Ramzesowi. Cóż będzie mógł zrobić, jeśli nie potwierdzić swój brak przezorności? Zostanie oskarżony o lekceważenie bogów, wywoła niezadowolenie kapłanów i ludu. Jeśli uda nam się rozpuścić kilka fałszywych pogłosek, które przyczynią się do zwiększenia wzburzenia i pozbawią Ramzesa jednego czy dwóch najważniejszych popleczników, w głównych miastach wybuchną niebezpieczne zamieszki.
Uri-Teszub wyobraził sobie Egipt w morzu ognia i krwi, oddany w ręce łupieżców, zdeptane przez armię hetycką obie korony faraona, wzrok Ramzesa ogarniętego przerażeniem.
Nienawiść tak wykrzywiła twarz Hetyty, że syryjski kupiec poczuł strach. Na kilka chwil Uri-Teszub wstąpił do królestwa ciemności, tracąc kontakt ze światem.
- Chcę uderzyć szybko i potężnie, Raio.
- Konieczna jest cierpliwość, książę. Ramzes to groźny przeciwnik. Pośpiech doprowadzi nas do klęski.
- Słyszałem o jego magicznej ochronie... Ale ona słabnie z wiekiem, a nie ma już Nefertari, która mogłaby wspierać tego przeklętego monarchę.
- Naszej siatce szpiegowskiej udało się manipulować bratem Ramzesa i ministrem Mebą - przypomniał Raia. - Oni już nie żyją, ale zachowałem cenne kontakty z wysokimi urzędnikami. Urzędnicy są czasem zbyt gadatliwi. Jeden z nich powiedział mi, że stosunki dyplomatyczne pomiędzy krajem Cheta a Egiptem mogą się rozluźnić.
- Co za wspaniała wiadomość! Jaka jest przyczyna tej niezgody?
- Sekret jest jeszcze dobrze strzeżony, ale wkrótce dowiem się więcej.
- Mamy więc szansę, Raio! A może sądzisz, że jestem mniej groźny niż Ramzes?
Służebna Izet urodziwej długo namydlała plecy królowej, zanim wylała na jej smukłe ciało letnią, pachnącą wodę. Używała bogatej w saponiny substancji, wydobytej z kory kolibła, drzewa cennego i szlachetnego. Potem rozmarzona królowa Egiptu powierzyła się zręcznym dłoniom swojej manikiurzystki i fryzjerki. Służący przyniósł jej czarkę chłodnego mleka.
