Ramzes (1). Syn Światłości - Christian Jacq - ebook

Ramzes (1). Syn Światłości ebook

Christian Jacq

0,0

Opis

Pierwszy tom cyklu powieściowego "Ramzes".

Na początku tej opowieści Ramzes jest czternastoletnim chłopcem. Jego ojciec, czczony przez swój lud faraon Seti, zapewnił Egiptowi pozycję najpotężniejszego państwa starożytnego świata. Kto jednak będzie jego następcą? Seti po kryjomu wprowadza młodszego syna w tajniki sprawowania władzy i poddaje próbom. Na Ramzesa czyhają śmiertelnie niebezpieczne pułapki, które zastawia starszy brat. Czy nieliczni przyjaciele z dzieciństwa będą dostatecznym wsparciem w walce na szczytach władzy?

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 


Książka dostępna w zasobach:
Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Goleniowie
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 428

Rok wydania: 2001

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

SYN

ŚWIATŁOŚCI

 

CHRISTIAN

JACQ

RAMZES

1

SYNŚWIATŁOŚCI

 

Z francuskiego przełożył

Adam Szymanowski

 

Grupa Wydawnicza Bertelsmann Media

 

Tytuł oryginału

Ramsès. Le Fils de la lumière

 

Projekt okładki i stron tytułowych:

Zofia Sokołowska

 

Redaktor techniczny:

Alicja Jabłońska-Chodzeń

 

Korekta:

Jacek Ring

Małgorzata Juras

 

Copyright © Editions Robert Laffont, S.A., Paris 1995

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c.,

Poznań 1997

© Copyright for the Polish book-club edition by Bertelsmann Media Sp. z o.o.,

Warszawa 2001

 

Bertelsmann Media Sp. z o.o.

Libros

Warszawa 2001

 

Druk i oprawa: Zakłady Graficzne im. KEN SA

Bydgoszcz, ul. Jagiellońska 1, tel. (0-52) 322-18-21

 

ISBN 83-7227-923-3

Nr 3001

Przedmowa

 

„Ramzes, największy ze zwycięzców, Król słońce, Strażnik prawdy” - takich określeń, pisząc o Ramzesie II, użył Jean-François Champollion, który odczytując hieroglify, otworzył bramy Egiptu, a tego faraona otaczał prawdziwą czcią.

Nie ulega wątpliwości, że imię Ramzesa przetrwało wieki, pokonało czas; wcielił w siebie potęgę i wielkość Egiptu faraonów, duchowego ojca zachodnich cywilizacji. Na sześćdziesiąt siedem lat, od 1279 do 1212 roku przed Chrystusem, Ramzes, Syn światłości, wyniósł do szczytu chwałę swojego kraju i zapewnił promieniowanie jego mądrości.

Wędrując po ziemi egipskiej, spotyka się Ramzesa na każdym kroku. Wyrył przecież swoje piętno na niezliczonych budowlach - tych wzniesionych przez jego majstrów i tych odrestaurowanych za jego panowania. Każdemu przypominają się zaraz dwie świątynie w Abu Simbel, gdzie na wieki panuje para małżonków, boski Ramzes i Nefertari, wielka królewska małżonka, przypomina się ogromna sala kolumnowa świątyni w Karnaku i uśmiechnięty siedzący kolos ze świątyni w Luksorze.

Ramzes nie jest bohaterem jednej czy drugiej powieści, ale wielu powieści, prawdziwej epopei prowadzącej nas od wtajemniczenia w rolę faraona przez ojca, Setiego, postaci równie imponującej jak postać jego syna, do ostatnich dni monarchy, który po drodze musiał stawić czoło wielu ciężkim próbom. Dlatego właśnie poświęciłem mu tę powieściową suitę, złożoną z pięciu tomów. Chciałem przedstawić czytelnikowi zadziwiający wymiar życia, przez które przewinęły się niezapomniane postacie: Seti, jego małżonka Tuja, subtelna Nefertari, Izet urodziwa, poeta Homer, zaklinacz węży Setau, Hebrajczyk Mojżesz i wiele innych pojawiających się stopniowo na kartach tego cyklu.

Zachowała się mumia Ramzesa. Z rysów wielkiego starca promieniuje ogromna moc. Wielu spośród zwiedzających salę z mumiami w kairskim muzeum ma wrażenie, że Ramzes obudzi się nagle ze snu. Ale to, co zabrała śmierć cielesna, może przywrócić mu magia powieści. Dzięki powieściowej fikcji i zdobyczom egiptologii możemy dzielić z nim trwogi i nadzieje, przeżywać jego klęski i sukcesy, poznać kobiety, które kochał, cierpieć z powodu zdrad, cieszyć się niezawodnymi przyjaźniami, walczyć z siłami zła i szukać tego światła, z którego wszystko wyszło i do którego wszystko wraca.

Ramzes Wielki... Cóż to za towarzysz drogi dla powieściopisarza! Od pierwszej walki z dzikim bykiem aż do spoczynku w kojącym cieniu akacji z Zachodu roztacza się przed pisarzem życie niezwykłego faraona zespolone z życiem Egiptu, krainy umiłowanej przez bogów. Jest to ziemia wody i słońca, ziemia, gdzie słowa: prawość, sprawiedliwość i piękno miały sens i wpisywały się w codzienność. Ziemia, gdzie doczesność i życie wieczne stykały się bezustannie, gdzie życie to mogło odrodzić się ze śmierci, gdzie czuło się namacalnie obecność tego, co niewidzialne, gdzie miłość życia i rzeczy niezniszczalnych poszerzała serca ludzi i czyniła ich radosnymi.

Taki był Egipt Ramzesa.

1

 

Dziki byk, zastygły w bezruchu, wpatrywał się w młodego Ramzesa.

Było to ogromne zwierzę, nogi miało potężne jak słupy, długie zwisające uszy, szczeciniastą brodę wyrastającą z dolnej szczęki, brunatnoczarne umaszczenie. Przed chwilą wyczuło obecność młodzieńca.

Ramzes patrzył jak zaczarowany na rogi byka, wyrastające blisko siebie i grube u nasady; wyżej zakrzywiały się do tyłu, a jeszcze wyżej - do góry, tworząc jakby hełm zakończony ostrymi czubkami, które mogły rozedrzeć ciało każdego przeciwnika.

Chłopiec nigdy jeszcze nie widział tak potwornego byka.

Zwierzę należało do groźnego gatunku, niechętnie atakowanego przez najlepszych nawet łowców; wiodący pogodny żywot w otoczeniu swojej rodziny, gotów zawsze pomóc zranionym lub chorym zwierzętom ze swego stada, skupiony na wychowywaniu młodzieży samiec zmieniał się w straszliwego wojownika, kiedy ktoś zakłócił mu spokój. Najdrobniejsza prowokacja doprowadzała go do wściekłości, a wtedy rzucał się ze zdumiewającą szybkością do szarży i nie odzyskiwał już spokoju, póki nie powalił intruza.

Ramzes cofnął się o krok.

Ogon dzikiego byka smagał powietrze; samiec nie spuszczał gniewnego wzroku z nieproszonego gościa, który śmiał wtargnąć na jego terytorium, na łąkę sąsiadującą z podmokłym terenem, gdzie rosły wysokie trzciny. Nieopodal jedna z krów cieliła się właśnie, otoczona przez towarzyszki. Na tym pustkowiu nad Nilem byk olbrzym władał niepodzielnie swoim stadem, nie tolerując obecności żadnej obcej istoty.

Młodzieniec miał nadzieję, że schroni się wśród roślinności; ale byk nie spuszczał z niego spojrzenia kasztanowych, głęboko osadzonych ślepi. Ramzes wiedział, że nie ma dla niego ucieczki.

Zwrócił bladą jak chusta twarz w stronę ojca.

Seti, faraon Egiptu, ten, którego nazywano „zwycięskim bykiem”, stał jakieś dziesięć kroków za synem. Powiadano, że jego obecność paraliżuje wrogów; jego przenikliwość, ostra jak dziób sokoła, zwracała się we wszystkie strony i nic nie mogło umknąć jego uwagi. Był smukłym mężczyzną o surowych rysach twarzy, wysokim czole, orlim nosie, wydatnych kościach policzkowych. Ucieleśniał władzę. Ten otoczony czcią i budzący lęk faraon przywrócił Egiptowi dawną chwałę.

Czternastoletni Ramzes, młodzieniec o męskiej już postawie, widział ojca po raz pierwszy.

Dotychczas żył w pałacu pod opieką wychowawcy, który miał ukształtować go na człowieka wielkich przymiotów, by jako syn królewski objął w przyszłości wysokie stanowisko i pędził życie wypełnione szczęściem. Lecz oto Seti oderwał go od nauki hieroglifów i zabrał na pustkowie odległe od miejsc zamieszkanych przez człowieka. Nie padło przy tym ani jedno słowo.

Kiedy zagłębili się w gęstwinę, wysiedli z rydwanu zaprzężonego w dwa konie i weszli między wysokie trawy. Tak znaleźli się na terytorium byka.

Kogo należy bardziej się lękać, dzikiej bestii czy faraona? I byk, i władca promieniowali mocą, nad którą Ramzes - czuł to - nie potrafił zapanować. Czyż nie opowiadano, że byk jest zwierzęciem niebiańskim, ożywianym ogniem z innego świata, faraon zaś jest równy bogom? Mimo swego wzrostu, siły i postanowienia, że nie podda się strachowi, chłopiec czuł się jak w pułapce - uwięziony między dwiema siłami prawie ze sobą współdziałającymi.

- Widzi mnie - wyznał głosem, nad którym chciał za wszelką cenę panować.
- Tym lepiej.

Te dwa słowa, pierwsze, jakie skierował do niego ojciec, brzmiały niby potępienie.

- Jest ogromny i...
- A ty kim jesteś?

Pytanie zaskoczyło Ramzesa. Byk z furią orał ziemię przednią lewą nogą; czaple zerwały się do lotu, jakby porzucając pole bitwy.

- Jesteś tchórzem czy synem królewskim?

Spojrzenie Setiego przenikało do głębi serca.

- Lubię walkę, ale...
- Prawdziwy mężczyzna wytęża w walce wszystkie siły, lecz król robi coś więcej; jeśli się na to nie zdobędziesz, nie będziesz panował i nigdy się już nie zobaczymy. Nie możesz się zachwiać w obliczu żadnej próby. Zmykaj, jeśli chcesz... albo powal go.

Ramzes ośmielił się podnieść wzrok i wytrzymać spojrzenie ojca. - Wysyłasz mnie na śmierć.

- „Bądź potężnym bykiem, obdarzonym wieczną młodością, bykiem o sercu niewzruszonym i wyostrzonych rogach, bykiem, którego nie pokona żaden nieprzyjaciel”, powiedział mi ojciec. Ty, Ramzesie, dobyłeś się z łona twej matki jako prawdziwy byk i musisz stać się promiennym słońcem, którego promienie przynoszą dobro ludowi. Kryłeś się w mojej dłoni niby gwiazda. Dzisiaj oto rozwieram palce. Błyśnij lub przepadnij.

Byk ryknął. Rozmowa intruzów drażniła go. Dokoła gasły jeden po drugim odgłosy życia. Wszystko, co żyło, od gryzoni po ptaki, przeczuwało, że zaraz dojdzie do śmiertelnych zmagań.

Ramzes zwrócił się ku bykowi.

Dzięki chwytom, jakich nauczył go wychowawca, pokonywał już w walce na gołe ręce przeciwników cięższych i silniejszych od siebie. Jaki jednak sposób walki wybrać, mając przed sobą takiego potwora?

Seti podał synowi długi sznur z pętlą.

- Jego siła tkwi we łbie; chwyć go za rogi, a będziesz zwycięzcą.

Chłopak nabrał nieco ducha. Podczas „bitew morskich” toczonych na pałacowym stawie miał dość okazji, by nauczyć się władania sznurem z pętlą.

- Gdy tylko byk usłyszy świst sznura - ostrzegł faraon - rzuci się na ciebie. Nie możesz chybić, bo drugiej szansy nie będzie.

Ramzes powtarzał w myślach ruchy, jakie musi wykonać, i w milczeniu starał się dodać sobie odwagi. Mimo młodego wieku mierzył już ponad metr siedemdziesiąt i był zbudowany jak atleta, który od dawna uprawia najrozmaitsze ćwiczenia cielesne. Jakże drażnił go dziecięcy lok podtrzymywany wstążką zawiązaną na wysokości ucha, ta rytualna ozdoba upleciona z jego wspaniałych jasnych włosów! Gdy tylko obejmie jakieś stanowisko dworskie, będzie mógł zmienić uczesanie.

Czy jednak przeznaczenie mu na to pozwoli? Pewnie, kipiący werwą chłopak wielokrotnie marzył, nie bez zuchwałości, o próbach godnych siebie. Nie przypuszczał, że sam faraon spełni jego pragnienia, i to w sposób tak bezlitosny.

Podrażniony wonią człowieka byk nie będzie już długo czekał. Ramzes ścisnął sznur w dłoniach. Kiedy złapie zwierzę, będzie potrzebował siły kolosa, by je utrzymać. Mimo że zadanie go przerastało, postanowił nie poddać się, choćby serce miało mu pęknąć z wysiłku.

O nie, nie zawiedzie faraona.

Zaczął koliście wymachiwać pętlą. Byk pochylił łeb i zerwał się do szarży.

Zaskoczony pędem zwierzęcia chłopak zrobił dwa kroki w bok, rozluźnił prawą rękę i rzucił sznur, który zafalował jak wąż i opadł na grzbiet potwora. W ostatniej fazie wymachu Ramzes pośliznął się na mokrej ziemi i padł w momencie, kiedy rogi już miały zagłębić się w jego ciało. Musnęły mu tylko pierś. Nie zamknął oczu.

Chciał patrzeć śmierci w oczy.

Rozdrażniony byk popędził aż do trzcin i tam wykonał gwałtowny zwrot. Ramzes, który zdążył zerwać się na równe nogi, spojrzał mu głęboko w oczy. Nie spuści wzroku do samego końca, dowiedzie Setiemu, że syn królewski umie umrzeć godnie.

Pęd byka nagle się załamał. Sznur, który trzymał faraon, owinął się zwierzęciu wokół rogów. Rozwścieczony byk szarpał się, jakby chciał sobie skręcić kark, daremnie usiłując się wyswobodzić. Seti umiał obrócić przeciw niemu jego chaotyczną siłę.

- Chwyć go za ogon! - rozkazał faraon synowi.

Ramzes podbiegł i złapał prawie nagi ogon z kępką włosia na końcu, taki sam jak ten, który faraon, jako mający władzę nad siłą byka, nosił przytroczony do pasa przytrzymującego spódniczkę.

Pokonane zwierzę uspokoiło się, dysząc tylko ciężko i wydając z siebie pomruki. Król dał znak, żeby Ramzes stanął za jego plecami i uwolnił byka.

- Tego gatunku nie da się poskromić. Samiec taki jak ten szarżuje przez ogień i wodę, ale umie też skryć się za drzewem, by zaskoczyć przeciwnika.

Zwierzę przechyliło na bok ciężki łeb i przez chwilę przypatrywało się swemu wrogowi. Wiedziało jednak, że wobec faraona jest bezsilne, oddaliło się więc spokojnie w głąb swojego terytorium.

- Jesteś silniejszy od niego!
- Nie jesteśmy już wrogami, gdyż zawarliśmy układ.

Seti dobył z pochwy sztylet i szybkim, lecz precyzyjnym ruchem odciął dziecięcy lok.

- Ojcze...
- Twoje dzieciństwo umarło. Jutro zaczyna się życie, Ramzesie.
- Nie pokonałem byka.
- Pokonałeś strach, pierwszego nieprzyjaciela na drodze mądrości.
- Czy jest wielu innych?
- Więcej niż ziaren piasku na pustyni.

Chłopcu cisnęło się na usta pytanie.

- Czy to oznacza... że wybrałeś mnie na swego następcę?
- Sądzisz, że odwaga wystarcza, by rządzić ludźmi?

2

 

Sari, wychowawca Ramzesa, biegał we wszystkie strony po pałacu, szukając swego podopiecznego. Nie po raz pierwszy zdarzyło się, że chłopak umknął z lekcji matematyki, by zajmować się końmi lub urządzać wyścigi pływackie z grupą rozbrykanych i rozpieranych energią przyjaciół.

Sari, jowialny zrzęda z brzuszkiem, gardził ćwiczeniami fizycznymi i wpadał w niepokój za każdym razem, kiedy jego pupil dopuszczał się jakiegoś wybryku. Dzięki małżeństwu ze znacznie młodszą od siebie starszą siostrą Ramzesa zajął pożądane przez wielu stanowisko wychowawcy księcia.

Pożądane...! Przez tych zwłaszcza, którzy nie znali krnąbrnej i nieznośnej natury młodszego syna Setiego. Gdyby nie wrodzona cierpliwość i upór, z jakim Sari starał się otworzyć umysł tego często zuchwałego i zbyt pewnego siebie chłopaka, już dawno musiałby zrzec się swojego stanowiska. Zgodnie z tradycją, sam faraon nie zajmował się wychowaniem swoich dzieci; czekał na chwilę, kiedy spod powłoki wyrostka zacznie kiełkować dorosłość, a wtedy poddawał go próbie, by zobaczyć, czy jest godny objęcia władzy. W tym przypadku decyzja zapadła już dawno: na tron wstąpi Szenar, starszy brat Ramzesa. Trzeba było jednak znaleźć jakieś ujście dla energii rozpierającej młodszego syna, wykształcić go w najlepszym razie na dobrego wodza, w najgorszym zaś na zadowolonego z życia dworaka.

Sari, trzydziestolatek, a więc mężczyzna w kwiecie wieku, najchętniej spędzałby czas nad stawem przy swoim pałacyku w towarzystwie dwudziestoletniej małżonki. Czy jednak nie okazałoby się to nieco nudne? Przy Ramzesie każdy dzień był inny. Ten chłopak miał nigdy nie zaspokojoną żądzę życia, a jego wyobraźnia nie znała żadnych granic. Kilku poprzednich wychowawców musiało dać za wygraną i dopiero Sariego jakoś zaakceptował. Mimo częstych konfliktów wychowawca wywiązywał się jednak ze swoich obowiązków i naprawdę otwierał chłopięcy umysł na całą wiedzę, jaką winien znać i praktykować skryba. Choć sam przed sobą się do tego nie przyznawał, czuł osobliwą przyjemność, kiedy widział, jak rozbrykany, ale obdarzony niezwykłą intuicją chłopiec rozwija swoją pojętność.

Od jakiegoś czasu Ramzes się zmieniał. Chłopak, który ani chwili nie potrafił wysiedzieć spokojnie, spędzał czas na lekturze Maksym starego mędrca Ptahhotepa; Sari przyłapał go kiedyś na tym, jak pogrążony w zamyśleniu przyglądał się jaskółkom odbywającym swój taniec w porannym słońcu. Proces dojrzewania dopełni tego, co osiągnął wychowawca, choć przecież u wielu nigdy do tego właśnie nie dochodziło. Sari zastanawiał się, jakim człowiekiem będzie Ramzes, kiedy ogień młodości rozgorzeje płomieniem równie potężnym, ale mniej podatnym na podmuchy wiatru.

Jakże nie czuć zaniepokojenia, widząc tyle darów skupionych w jednym chłopcu? Na dworze, podobnie jak w każdym innym środowisku społecznym, ludzie mierni, którzy zapewnili sobie trwałą pozycję, czuli niechęć, a nawet nienawiść do każdego, kto samą swą obecnością jeszcze bardziej podkreślał nijakość ich egzystencji. Chociaż sprawa następstwa po Setim nie rozbudzała namiętności i Ramzes nie musiał się obawiać knowań ludzi u władzy, być może jednak czeka go przyszłość nie tak jasna, jak się przewiduje. Byli tacy, którzy już teraz rozmyślali, jak odsunąć go od wyższych stanowisk państwowych, a należał do nich brat Ramzesa. Kimże więc się stanie, jeśli odeślą go gdzieś na głuchą prowincję i przywyknie do życia wiejskiego i monotonnych zmian pór roku?

Sari nie śmiał zwierzyć się z tych niepokojów siostrze swego pupila, bał się bowiem jej niepohamowanego języka. Nie mogło być mowy o tym, żeby otworzyć serce przed samym Setim; faraon nie miał ani chwili wolnej, by troszczyć się o stany duszy wychowawcy syna. Zbyt był zaprzątnięty sprawami kraju, który z każdym dniem rozkwitał pod jego rządami. Dobrze, że ojciec i syn nigdy się nie widywali; mając przed sobą kogoś tak potężnego jak Seti, Ramzes nie miałby wyboru: musiałby zbuntować się lub ulec. Nie ulega wątpliwości, że tradycja ma swoje dobre strony, bo zaiste ojcowie nie są najodpowiedniejszymi wychowawcami swoich synów.

Całkowicie inną postawę przyjęła Tuja, wielka małżonka królewska i matka Ramzesa, Sari zaś należał do nielicznych, którzy dostrzegli, jak bardzo jej serce skłania się ku młodszemu synowi. Wykształcona, wyrafinowana Tuja wiedziała doskonale o przymiotach i wadach każdego dworaka; panowała, jak przystało prawdziwej władczyni, nad całym domem królewskim, czuwała, by ściśle przestrzegano dworskiej etykiety, i cieszyła się ogromnym szacunkiem zarówno szlachetnie urodzonych, jak i gminu. Sari bał się Tui; jeśli zacznie ją nękać swymi niewczesnymi lękami, straci jej szacunek. Królowa nie patrzy przychylnie na ludzi gadających, co im ślina na język przyniesie, a nieuzasadnione oskarżenie uważa za występek równie poważny jak kłamstwo. Lepiej zacisnąć zęby, niż zostać uznanym za proroka wieszczącego nieszczęścia.

Pokonując odrazę, Sari poszedł do stajni; bał się koni i ich kopyt, nie cierpiał towarzystwa stajennych, a jeszcze bardziej jeźdźców rozkochanych w nikomu niepotrzebnych wyczynach. Nie zwracając uwagi na docinki, rozglądał się za swoim uczniem. Daremnie. Od dwóch dni nikt nie widział Ramzesa i dziwiono się nawet, że nie odwiedza stajni.

Sari tak był zaprzątnięty poszukiwaniami, że zapomniał o zjedzeniu śniadania. Wieczorem, pokryty kurzem, u kresu sił, postanowił wrócić do pałacu. Wkrótce będzie musiał zgłosić zaginięcie pupila i udowodnić, że nie miał nic wspólnego z tym dramatem. Jak teraz pokaże się na oczy siostrze księcia?

Zasępiony wychowawca nie zwrócił nawet uwagi na pozdrowienia, jakie kierowali w jego stronę inni nauczyciele wychodzący właśnie z sali lekcyjnej; jutro rano musi wypytać najlepszych przyjaciół Ramzesa. Nie miał jednak wielkich nadziei. Jeśli niczego się nie dowie, trzeba będzie się pogodzić ze straszliwą rzeczywistością.

Czym zawinił Sari bogom, że zesłali na niego taką udrękę? Koniec kariery dworskiej będzie krzyczącą niesprawiedliwością, ale nie uniknie tego, że zostanie wypędzony, że małżonka się go wyrzeknie, że skończy w pralni. Przerażony tą myślą, usiadł w pozycji skryby na swoim zwykłym miejscu.

Zwykle naprzeciwko siadał Ramzes, czasem uważnie słuchający, czasem zamyślony, a zawsze gotów rzucić jakąś zupełnie nieoczekiwaną uwagę. Kiedy miał osiem lat, umiał pewną ręką kreślić hieroglify i obliczać kąt nachylenia piramidy... ponieważ te zadania mu się spodobały.

Wychowawca zamknął oczy, aby skupić myśli na najlepszych momentach, jakie przeżył, kiedy piął się mozolnie po szczeblach drabiny społecznej.

- Jesteś chory, Sari?

Ten głos... Ten głos, jakże już pełen powagi, jakże władczy!

- To ty, naprawdę ty?
- Jeśli śpisz, nie przeszkadzaj sobie. Jeśli nie, spójrz.

Sari otworzył oczy.

To naprawdę Ramzes, choć okryty kurzem, ale z oczami pełnymi blasku.

- Musimy się obmyć, wychowawco, ty i ja. Gdzieś się zabłąkał?
- W miejscach niezdrowych, jak choćby stajnie.
- Czyżbyś mnie szukał?

Zdumiony Sari wstał i obszedł dokoła Ramzesa.

- Coś zrobił z dziecięcym kosmykiem?
- Odciął mi go ojciec.
- To niemożliwe! Rytuał wymaga...
- Czy chcesz powiedzieć, że wątpisz w prawdziwość moich słów?
- Wybacz.
- Usiądź, wychowawco, i posłuchaj.

Oszołomiony głosem, jakim przemawiał Ramzes, głosem człowieka dojrzałego, Sari zrobił, co mu kazano.

- Ojciec wystawił mnie na próbę z dzikim bykiem.
- To... to nie do wiary!
- Nie pokonałem go, ale nie uląkłem się i chyba... chyba ojciec wybrał mnie na przyszłego władcę!
- Nie, książę. Wyznaczono już twego brata.
- Czy przeszedł próbę z bykiem?
- Seti chciał tylko, byś stawił czoło niebezpieczeństwu, które tak cię przecież pociąga.
- Czyżby faraon trwonił swój czas z tak błahej przyczyny? Wezwał mnie do siebie, jestem tego pewny.
- Nie pozwól, by uderzyło ci to do głowy, zapomnij o tym szaleństwie.
- Szaleństwie?
- Nie brak na dworze bardzo wpływowych osób, które zgoła cię nie cenią.
- Cóż mi zarzucają?
- Że jesteś sobą.
- Zachęcasz mnie, bym niczym się nie wyróżniał?
- Tak nakazuje rozum.
- Rozum nie ma tej siły co byk.
- Gra o władzę jest okrutniejsza, niż sobie wyobrażasz. Odwaga nie wystarczy do tego, by pokonać wrogów.
- Liczę więc na twoją pomoc.
- Co takiego?
- Znasz życie dworskie na wylot. Wskaż mi przyjaciół i nieprzyjaciół i bądź moim doradcą.
- Nie wymagaj ode mnie zbyt wiele... Jestem tylko twoim wychowawcą.
- Czyżbyś zapomniał, że moje dzieciństwo umarło? Albo zostaniesz moim przewodnikiem, albo rozstaniemy się na zawsze.
- Zmuszasz mnie do wzięcia na siebie największego ryzyka, a nie zostałeś przysposobiony do objęcia najwyższej władzy. Twój brat przygotowuje się do tego od dawna. Jeśli mu się narazisz, zniszczy cię bez litości.

3

 

Wreszcie nadszedł długo oczekiwany wieczór.

Księżyc zaczął się dopiero odradzać i noc była ciemna choć oko wykol. Ramzes umówił się na decydujące spotkanie ze wszystkimi pobierającymi nauki pod opieką królewskich wychowawców. Czy zdołają zmylić czujność strażników i wyrwać się do centrum miasta, by podjąć rozmowę na temat najważniejszy, na temat pytania rozdzierającego serca, pytania, którego nikt nie śmiał ująć w słowa?

Ramzes opuścił swój pokój przez okno, skacząc z pierwszego piętra; spulchniona ziemia pełnego kwiatów ogrodu złagodziła upadek i młodzieniec ruszył natychmiast wzdłuż budynku. Nie bał się strażników; jedni z nich spali, inni spędzali czas na grze w kości. Jeśli spotka takiego, który sumiennie wykonuje swoje obowiązki, zakrzyczy go albo powali.

Był tak rozgorączkowany, że zapomniał o jeszcze jednym nadzorcy, który z pewnością nigdy się nie leni: o żółtozłotym średniej wielkości psie na krótkich nogach, muskularnym, o obwisłych uszach i ogonie zwiniętym w precelek. Pies stanął mu na drodze; nie szczekał, ale uniemożliwiał przejście.

Ramzes instynktownie starał się spojrzeć mu prosto w oczy; pies usiadł i zaczął rytmicznie machać ogonem. Chłopak podszedł i pogłaskał zwierzę. Natychmiast połączyła ich nić przyjaźni. Na obroży z zabarwionej na czerwono skóry Ramzes zobaczył imię psa: Stróż.

- A może pójdziesz ze mną?

Stróż potrząsnął aprobująco krótkim pyskiem z czarnym nosem. Poprowadził nowego pana ku wyjściu z terenu, gdzie pobierali nauki przyszli egipscy dostojnicy.

 

Mimo późnej godziny sporo ludzi wałęsało się jeszcze po ulicach Memfis, najstarszej stolicy kraju. Mimo całego bogactwa położonych na południu Teb, Memfis zachowało wiele z dawnej chwały. Miały tu swoje siedziby najlepsze szkoły, w których panowała surowa dyscyplina i w których pobierali intensywne nauki potomkowie rodziny królewskiej i innych rodów uznanych za godne tego, by pełnić w państwie najwyższe funkcje. Uczeń Kapu, „miejsca zamkniętego, chronionego i kształcącego”, budził powszechną zawiść, ale ci, którzy przebywali tam, jak Ramzes, od najwcześniejszego dzieciństwa, marzyli, żeby się stamtąd wyrwać.

Ramzes, ubrany w tunikę o krótkich rękawach i średniej jakości, nie wyróżniającą go niczym spośród przechodniów, dotarł do sławnego domu piwa w dzielnicy, gdzie mieściła się szkoła medyczna. Przyszli lekarze lubili zbierać się tu po dniu spędzonym na ciężkich studiach. Ponieważ Stróż trzymał się teraz nogi księcia, nie odpędził go i wszedł razem z nim do miejsca zakazanego „dzieciom z Kapu”.

Jednak nie był już dzieckiem i zdołał wymknąć się ze swojej złotej klatki.

W wielkiej, pobielonej wapnem sali domu piwa na rozweselonych bywalców, miłośników mocnego piwa, wina i napoju palmowego czekały maty i stołki. Gospodarz chętnie pokazywał amfory pochodzące z Delty, sprowadzane z oaz albo z Grecji, i zachwalał swoje napitki. Ramzes wybrał sobie zaciszne miejsce, z którego miał dobry widok na drzwi wejściowe.

- Co mam ci podać? - spytał sługa.
- Na razie nic.
- Nieznajomi płacą z góry.

Książę podał mu bransoletę z krwawnika.

- Czy to wystarczy?
- Może być. Wino czy piwo?
- Najlepsze piwo.
- Ile czarek?
- Jeszcze nie wiem.
- Przyniosę dzban... Kiedy się zdecydujesz, podam czarki.

Ramzes zauważył, że nie ma najmniejszego pojęcia o wartości produktów; bez wątpienia tamten go okrada. Najwyższy czas opuścić szkołę szczelnie odgrodzoną od świata zewnętrznego.

Stróż czuwał u nóg księcia, który wpatrywał się w drzwi. Kto spośród szkolnych towarzyszy zdobędzie się na taką przygodę? Rozważał szanse, wyeliminował najbardziej tchórzliwych i karierowiczów i w końcu zostały mu trzy imiona. To ci, którzy nie ulękną się niebezpieczeństwa.

Uśmiechnął się, kiedy na progu stanął Setau.

Setau, czarnowłosy chłopak o męskich już rysach, muskularny, o matowej cerze i kwadratowej twarzy, był synem żeglarza i Nubijki. Wyjątkowa wytrzymałość, a także zdolności w zakresie chemii i wiedzy o roślinach nie uszły uwagi nauczyciela; wykładowcy z Kapu nie żałowali, że otworzyli przed nim bramy tej elitarnej szkoły.

Małomówny Setau usiadł obok Ramzesa.

Nie zdążyli zacząć rozmowy, gdyż wszedł mały, szczupły i wiotki Ameni; miał bladą cerę i przerzedzone już włosy. Nie mógł wykonywać ćwiczeń fizycznych ani dźwigać ciężarów, ale wszystkich kolegów ze swojego rocznika przewyższał w sztuce pisania hieroglifów. Odznaczał się niesłychaną pracowitością, spał trzy lub cztery godziny i wielu spośród największych autorów znał lepiej niż nauczyciel literatury. Ten syn sztukatora stał się bohaterem swojej rodziny.

- Zdołałem się wydostać - oświadczył z dumą - oddając kolację strażnikowi.

Ramzes oczekiwał także jego przybycia; wiedział, że Setau użyje w razie potrzeby siły, Ameni zaś podstępu.

Jednak przybycie trzeciego zdumiało księcia; nigdy by nie oczekiwał, że bogaty Asza podejmie takie ryzyko. Był jedynym synem bogatej rodziny arystokratycznej i pobyt w Kapie stanowił dla niego naturalny i niezbędny etap przed objęciem wysokiego stanowiska w państwie. Był wytwornym młodzieńcem o delikatnych dłoniach, miał podłużną twarz, nosił starannie utrzymany wąsik i często spoglądał z pogardą na innych. Oczarowywał rozmówców aksamitnym głosem i inteligentnym spojrzeniem.

Usiadł naprzeciwko pozostałej trójki.

- Zdziwiłeś się, Ramzesie?
- Przyznaję, że tak.
- Nie mam nic przeciwko okazji, żeby spędzić wieczór w dość pospolitym towarzystwie. Tym bardziej że życie wydaje mi się dość monotonne.
- Narażamy się na karę.
- Dodałaby tylko soli do osobliwego dania. Czekamy na kogoś jeszcze?
- Tak.
- Czyżby zawiódł cię najlepszy przyjaciel?
- Przyjdzie.

Asza uśmiechnął się ironicznie i poprosił o nalanie piwa... Ramzes nie tknął napoju; gardło ściskał mu niepokój i poczucie zawodu.

Czyżby tak dalece się mylił?

- Otóż i on! - wykrzyknął Ameni.

Bujna czupryna, broda okalająca podbródek, a także wzrost i potężne bary sprawiały, że Mojżesz wyglądał na kogoś mającego więcej niż piętnaście lat. Był synem hebrajskich robotników osiadłych od wielu pokoleń w Egipcie i został przyjęty do Kapu ze względu na swoje niezwykłe zdolności. Ponieważ siłą dorównywał Ramzesowi, ci dwaj zaczęli wkrótce rywalizować na wszelkim możliwym polu - póki nie uznali, że lepiej zawrzeć pakt o nieagresji i stworzyć wspólny front przeciwko nauczycielom.

- Jakiś stary strażnik chciał mnie powstrzymać, a ponieważ nie zamierzałem nikogo zabijać, musiałem go przekonać, że za moim wypadem kryją się jak najlepsze intencje.

Powinszowali sobie udanej ucieczki i wypili po czarce piwa, które miało dla nich niepowtarzalny smak zakazanego owocu.

- Odpowiedzmy na jedno jedyne ważne pytanie - zwrócił się do nich Ramzes. - Jak dojść do prawdziwej władzy?
- Przez doskonalenie się w pisaniu hieroglifów - odparł bez wahania Ameni. - Nasz język jest językiem bogów i mędrcy używali go, by przekazywać swoje dobre rady. „Naśladuj przodków, napisano, znali bowiem życie wcześniej niż ty. Władzę zyskuje się poprzez wiedzę, tylko to, co napisano, zapewnia nieśmiertelność”.
- Gadanie mędrków - rzucił ze wzgardą Setau.

Twarz Ameniego oblał rumieniec.

- Czyżbyś przeczył temu, że pisarz ma prawdziwą władzę? Ułożenie, uprzejmość, grzeczność, dokładność, poszanowanie danego słowa, odrzucenie nieuczciwości i zawiści, panowanie nad sobą, sztuka milczenia, dzięki której na pierwszym miejscu jest pisanie, oto przymioty, jakie chcę w sobie rozwijać.
- To nie dość - ocenił Asza. - Najwyższą władzę daje dyplomacja. Dlatego już wkrótce wyprawię się za granicę, aby nauczyć się języków naszych sprzymierzeńców i wrogów, zrozumieć, jak funkcjonuje handel międzynarodowy, jakie są prawdziwe zamiary innych władców, by dzięki temu móc nimi manipulować.
- To ambicje człowieka z miasta, który stracił wszelki kontakt z przyrodą - oznajmił z dezaprobatą Setau. - Miasto jest dla nas prawdziwym zagrożeniem!
- Mieliśmy rozmawiać o zdobywaniu władzy - odparł z rozdrażnieniem Aszu.
- Jest tylko jedna droga, na której życie splata się nieustająco ze śmiercią, piękno z okropnością, lekarstwo z trucizną. To droga węży.
- Żartujesz?
- Gdzie mieszkają węże? Na pustyni, wśród pól, na bagnach, nad Nilem i kanałami, na klepisku, w szałasie pasterza, w zagrodach dla bydła, a nawet w ciemnych i chłodnych zakątkach domów. Węże są wszędzie! One to posiadły sekret stwarzania. Całe życie poświęcę na wykradanie im tego sekretu.

Nikt nie śmiał krytykować Setau, robił bowiem wrażenie człowieka, który dobrze przemyślał swoją decyzję.

- A co powiesz ty, Mojżeszu? - spytał Ramzes.

Młody olbrzym zawahał się.

- Zazdroszczę wam, przyjaciele, gdyż ja nie mam nic do powiedzenia. W mojej głowie miotają się dziwaczne myśli, mój duch błądzi w odległych stronach, ale przeznaczenie jest przede mną zasłonięte. Zapewne wyznaczą mi ważne miejsce w wielkim haremie1 i jestem gotów przyjąć je, czekając na jakąś bardziej podniecającą przygodę.

Spojrzenia wszystkich czterech młodzieńców zwróciły się w stronę Ramzesa.

- Jest tylko jedna rzeczywista władza - oświadczył. - To władza faraona.

4

 

- To dla nas żadna nowość - oświadczył rozczarowany Asza.
- Ojciec poddał mnie próbie z dzikim bykiem - wyznał Ramzes. - Czemuż by to czynił, gdyby nie miał zamiaru przygotować mnie do wstąpienia na tron faraona?

Kiedy padły te słowa, czterej koledzy księcia zamilkli. Pierwszy odzyskał mowę Asza.

- Czyż Seti nie wyznaczył na następcę twojego starszego brata?
- Po co więc miałby mnie narażać na walkę z potworem? Asza promieniał.
- To cudownie, Ramzesie! Jakież to niezwykłe być przyjacielem przyszłego faraona!
- Nie podniecaj się tak - doradził mu Mojżesz. - Być może Seti nie dokonał jeszcze wyboru.
- Staniecie u mego boku czy przeciwko mnie? - spytał Ramzes.
- Z tobą do samej śmierci! - odpowiedział Ameni.

Mojżesz skinął potakująco głową.

- Sprawa wymaga rozważenia - uznał Asza. - Jeśli dostrzegę, że twoje szanse rosną, powoli wyrzeknę się wiary w przeznaczenie twojego starszego brata. W przeciwnym razie nie myślę wspierać przegranego.

Ameni zacisnął pięści.

- Zasługujesz na...
- Może jestem z nas wszystkich najbardziej szczery - rzekł przyszły dyplomata.
- Zdziwiłbym się - odparował Setau - bo tylko moje stanowisko jest naprawdę realistyczne.
- Czy zechcesz nam je wyłożyć?
- Nie obchodzą mnie piękne słowa. Liczą się tylko fakty. Przyszły król musi umieć stawić czoło wężom. Przy najbliższej pełni, kiedy nocą wszystkie wypełzną ze swych kryjówek, zaprowadzę do nich Ramzesa. Zobaczymy, czy stanie na wysokości zadania, czy zachowa się odpowiednio do swoich ambicji.
- Odmów - poprosił Ameni.
- Zgadzam się - oświadczył Ramzes.

 

Skandal wstrząsnął czcigodnym zakładem naukowym. Nigdy jeszcze, od założenia Kapu, najzdolniejsi uczniowie z rocznika nie ważyli się złamać tak dalece wewnętrznych regulaminów. Koledzy nauczyciele powierzyli Sariemu, nie zważając na jego sprzeciwy, zadanie wezwania pięciu winowajców i wymierzenia im stosownej kary. Za kilka dni miały się rozpocząć wakacje letnie i zadanie było dla niego tym bardziej przykre, że każdemu z piątki przydzielono właśnie stanowisko, które stanowiło zwieńczenie jego wysiłków i nagrodę za zdolności. Bramy Kapu otwierały się przed nimi szeroko, zapowiadając im życie pełne blasku.

Ramzes bawił się z psem, który szybko przyzwyczaił się do tego, że jego pan dzieli się z nim jadłem. Wychowawca miał wrażenie, że szaleńcze uganianie się za szmacianą piłką nigdy się nie skończy, ale jego królewski pupil nie znosił, by muprzerywano te zabawy ze zwierzęciem, tym bardziej że, jego zdaniem, poprzedni właściciel nie dość dbał o Stróża.

Zmęczony, z wywieszonym językiem, dyszący ciężko pies zaczął chłeptać wodę z glinianej miski.

- Twoje zachowanie, Ramzesie, jest naganne.
- A to czemu?
- Ta wstrętna eskapada...
- Nie przesadzaj, Sari. Nawet się nie upiliśmy.
- Eskapada tym głupsza, że twoi towarzysze zakończyli nauki.

Ramzes chwycił wychowawcę za ramiona.

- Co za wspaniała nowina! Mówże!
- Kary...
- O tym później! Mojżesz?
- Mianowany zastępcą generalnego nadzorcy wielkiego haremu Mer-Ur w Fajum2. To odpowiedzialne stanowisko jak na takiego młodzieńca.
- Potrząśnie tymi starymi urzędnikami, którzy nadymają się pychą z powodu swoich przywilejów. Ameni?
- Trafi do zespołu pałacowych skrybów.
- Wspaniale. Setau?
- Otrzyma zwój uzdrawiających i zaklinaczy węży i będzie pobierał truciznę do sporządzania lekarstw. Chyba że kary...
- Asza?
- Po pogłębieniu znajomości libijskiego, syryjskiego i hetyckiego uda się do Byblos, gdzie obejmie swe pierwsze stanowisko tłumacza. Jednakże wszystkie te nominacje zostały wstrzymane!
- Przez kogo?
- Przez rządcę Kapu, wykładowców, no i mnie. Wasze zachowanie jest nie do przyjęcia.

Ramzes zastanowił się przez chwilę.

Jeśli sprawa zostanie rozjątrzona, trafi do wezyra, a potem do samego Setiego. Piękny sposób, żeby obudzić królewski gniew!

- Czy nie należy szukać w każdej rzeczy sprawiedliwego podejścia, Sari?
- Bez wątpienia.
- A zatem kara winna spotkać jedynego winowajcę. Mnie.
- Ależ...
- To ja zorganizowałem to spotkanie, ustaliłem miejsce i wymusiłem posłuszeństwo na moich kolegach. Gdybym nosił inne imię, nie zechcieliby posłuchać.
- Zapewne. Lecz...
- Obwieść im dobre nowiny, a kary niech spadną na moją głowę. Ponieważ zaś zamknęliśmy tę sprawę, pozwól, że dam trochę radości temu nieszczęsnemu zwierzęciu.

 

Sari dziękował bogom. Dzięki Ramzesowi wydobył się z trudnej sytuacji. Książę, który nie cieszył się na ogół sympatią swoich nauczycieli, został ukarany pobytem w Kapie podczas świąt wylewu. Miał w tym czasie pogłębiać swoją wiedzę matematyczną i literacką i trzymać się z daleka od stajni. W lipcu, na Nowy Rok, jego starszy brat zajmie miejsce u boku Setiego, kiedy faraon będzie czcił odrodzenie Nilu. Nieobecność Ramzesa potwierdzi znikomość jego roli w życiu państwowym.

Zanim jednak rozpoczął się okres odosobnienia, które miał mu urozmaicać jedynie żółtozłoty pies, Ramzesowi pozwolono pożegnać się z przyjaciółmi.

Ameni był przyjazny i pełen optymizmu; ponieważ będzie pracował w Memfis, nie oddali się od swego przyjaciela i znajdzie jakiś sposób, żeby osłodzić mu samotność. Kiedy kara dobiegnie końca, otworzy się przed nim radosna przyszłość.

Mojżesz tylko uścisnął Ramzesa; na stanowisko w Mer-Ur patrzył jak na próbę, której postara się stawić czoło. Snuł marzenia, ale pomówią o nich później, kiedy przyjaciel znajdzie się na wolności.

Asza był chłodny i zachowywał dystans; podziękował księciu za ratunek i obiecał, że się odwdzięczy, gdy tylko będzie ku temu sposobność, ale wątpił, by do tego doszło; nie ma wielkich szans, żeby ich drogi życiowe znowu się skrzyżowały.

Setau przypomniał Ramzesowi, że zaprosił go na spotkanie z wężami, a obietnica to obietnica; wykorzysta więc niepomyślny dla Ramzesa okres, by wybrać najodpowiedniejsze miejsce na taką wyprawę. Nie ukrywał swej radości z tego, że będzie mógł wykorzystać swoje talenty z dala od miast i że dzień po dniu będzie obcował z prawdziwą mocą.

Ku zaskoczeniu swego wychowawcy, Ramzes bez mrugnięcia okiem zgodził się na czekającą go próbę samotności. W czasie, kiedy jego rówieśnicy rozkoszowali się przyjemnościami, jakie daje pora wylewu, książę pilnie studiował matematykę i dzieła starych autorów; pokazał przy tej okazji zdumiewającą zdolność koncentracji wspartą wyjątkową pamięcią. W ciągu kilku tygodni chłopiec zmienił się w mężczyznę. Już wkrótce były wychowawca niewiele będzie go mógł nauczyć.

Ramzes rozpoczął okres przymusowego odosobnienia z takim samym zapałem, z jakim przystępował do walki na gołe pięści, tyle że przeciwnikiem był tym razem on sam. Jednak od czasu starcia z dzikim bykiem wiedział, że musi podjąć walkę z innym przeciwnikiem, z tkwiącym w nim pretensjonalnym wyrostkiem, zbyt pewnym siebie, zbyt niecierpliwym, zbyt chaotycznym. Będzie to zapewne walka nie mniej niebezpieczna niż tamta, z bykiem.

Ani na chwilę nie przestawał myśleć o ojcu.

Może nigdy już go nie spotka, może będzie musiał zadowolić się wspomnieniem faraona, z którym nikt nie może się równać. Po potyczce z bykiem faraon pozwolił mu przez chwilę powozić rydwanem. Potem bez jednego słowa odebrał lejce. Ramzes nie śmiał o nic pytać; żyć u boku faraona, choćby tylko przez kilka godzin, było wyjątkowym przywilejem.

Zostanie faraonem? To pytanie straciło już wszelki sens. Jak zwykle zapalał się, pozwalając, by ponosiła go wyobraźnia.

Przeszedł pomyślnie próbę z bykiem, ten odwieczny rytuał, który niemal popadł w zapomnienie; przecież Seti nie ma zwyczaju robić czegoś, nie mając na widoku określonego celu.

Miast dręczyć się daremnymi pytaniami, Ramzes postanowił uzupełnić niedostatki swego wykształcenia i dorównać swemu przyjacielowi, Ameniemu. Bez względu na to, jakie stanowisko obejmie, odwaga i zapał nie wystarczą, a przecież sam Seti, jak inni faraonowie, był najpierw skrybą.

Znowu zaczęła go dręczyć szaleńcza myśl. Choć robił, co mógł, by ją przepędzić, wracała niby fala. Sari powiedział mu, iż jego imię zostało na dworze niemal całkowicie zapomniane; nie ma już nawet przeciwników, wszyscy wiedzą bowiem, że jest skazany na „bogate wygnanie” do jednej ze stolic prowincji.

Ramzes nie komentował tych słów i kierował rozmowę na święty trójkąt pozwalający zbudować mur świątyni albo na regułę proporcji niezbędnych do zbudowania gmachu w zgodzie z prawem Maat, delikatnej i cudownej bogini harmonii i prawdy.

On, który tak lubił jazdę konną, pływanie i walkę na pięści, zapomniał o bujnej przyrodzie, zapomniał o świecie poza murami i pracował pod kierunkiem Sariego, zachwyconego, że kształci księcia na mędrca; jeszcze kilka lat wytrwałości i dawny niespokojny duch stanie się godny mistrzów z odległej przeszłości. Występek, jaki popełnił, i kara, jaka go spotkała, pchnęły młodzieńca na dobrą drogę.

W przeddzień zakończenia kary książę jadł z Sarim kolację na dachu sali wykładowej. Siedząc na matach, popijali chłodne piwo i jedli suszone ryby i ostro przyprawiony bób.

- Winszuję ci. Dokonałeś wielkich postępów.
- Pozostał tylko jeden szczegół. Jakie stanowisko mi wyznaczono?

Preceptor był wyraźnie zakłopotany.

- No cóż... po całym tym ogromnym wysiłku powinieneś nieco odpocząć.
- Co to niby znaczy?
- Sprawa jest dość delikatna, ale... książę może wykorzystać swoją pozycję.
- Jakie otrzymam stanowisko, Sari?

Wychowawca unikał spojrzenia pupila.

- Na razie żadnego.
- Kto tak postanowił?
- Twój ojciec, sam król Seti.

5

 

- Obietnica to obietnica - rzekł Setau.
- To ty, naprawdę ty?

Setau zmienił się. Niedbale ogolony, bez peruki, ubrany w wyposażoną w mnóstwo kieszeni tunikę ze skóry antylopy nie przypominał zgoła pupila najlepszej uczelni w kraju. Gdyby nie rozpoznał go jeden z pałacowych strażników, zostałby bezceremonialnie przegnany.

- Co się z tobą stało?
- Wykonuję moją pracę i... dotrzymuję słowa.
- Dokąd zamierzasz mnie zabrać?
- Sam zobaczysz... Chyba że ze strachu zmieniłeś zdanie.

W oczach Ramzesa błysnął płomyk.

- Ruszajmy.

Dosiedli osłów, przejechali przez miasto, kierując się na południe, a potem podążali przez jakiś czas wzdłuż kanału, by na koniec skręcić ku pustyni, w stronę starej nekropoli. Ramzes po raz pierwszy opuszczał dolinę i zmierzał w głąb świata, w którym prawa ustanowione przez ludzi traciły swoją ważność.

- Dzisiaj mamy pełnię - oświadczył Setau, rozglądając się zachłannie wokół siebie. - Wszystkie węże przybędą na spotkanie.

Podążali szlakiem, którego książę nie potrafiłby wypatrzyć; osły szły pewnie, w dobrym tempie. Znaleźli się na opuszczonym cmentarzu.

W dali widać było błękit Nilu i zieleń pól uprawnych; dokoła nich - jałowy piasek po horyzont i tylko szum wiatru. Ramzes całym ciałem czuł teraz, dlaczego ludzie ze świątyni nazywali pustynię „czerwoną ziemią Seta”, boga burz i kosmicznego ognia. Set palił tutaj opuszczoną ziemię, lecz także oczyszczał istoty ludzkie z czasu i znieprawienia. Dzięki niemu mogli zbudować wieczne siedziby, w których mumie nie podlegały niszczącej sile czasu.

Ramzes odetchnął rześkim powietrzem.

Faraon był panem ziemi czerwonej - tak samo jak płodnej i mulistej ziemi czarnej, która zapewniała Egiptowi obfitość pożywienia; winien znać jej tajniki, wykorzystywać jej siłę - zawładnąć nią.

- Jeśli masz wątpliwości, czas jeszcze, by zawrócić.
- Niechaj rychło nadejdzie noc.

 

Wąż o czerwonawym grzbiecie i żółtym brzuchu prześliznął się obok Ramzesa i skrył między dwoma kamieniami.

- Nieszkodliwy - wyjaśnił Setau. - Od tego gatunku aż roi się w pobliżu opuszczonych budowli. W ciągu dnia zwykle chronią się wewnątrz. Idź za mną.

Dwaj młodzieńcy zeszli stromym zboczem i znaleźli się przy zburzonym grobowcu. Ramzes wahał się przez chwilę.

- Nie został tu ani ślad po mumii. Sam zobaczysz: to miejsce jest chłodne i suche. Nie napadnie cię żaden demon.

Setau zapalił kaganek.

Weszli do pomieszczenia przypominającego grotę; sklepienie i ściany z grubsza tylko ociosane. Być może to miejsce było zawsze puste. Zaklinacz węży rozstawił tu kilka niskich stolików, a na każdym z nich położył osełkę, brzytwę z brązu, drewniany grzebień, gurdę, tabliczki z drewna, paletę skryby i pewną liczbę garnuszków napełnionych balsamami i pomadami. W słoikach przechowywał składniki niezbędne do przygotowywania lekarstw: pak, opiłki miedziane, tlenek ołowiu, ochrę, ałun, glinkę i liczne zioła, między innymi przestęp, nostrzyk, rącznik i kozłek.

Zapadał zmierzch, słońce miało teraz odcień pomarańczowy, pustynia zmieniła się w złocistą równię, po której przemykały wstęgi piasku przenoszone przez wiatr od jednej wydmy do drugiej.

- Rozbierz się - rozkazał Setau.

Kiedy książę się obnażył, przyjaciel nasmarował go miksturą, której głównym składnikiem była zmiażdżona i rozgotowana cebula. - Węże nie znoszą tej woni - wyjaśnił. - Jakie stanowisko ci powierzono?

- Żadnego.
- Miałbyś wieść żywot gnuśnego księcia? Jeszcze jeden cios z ręki wychowawcy.
- Nie, to rozkaz mego ojca.
- Można by pomyśleć, że zawiodłeś przy próbie z bykiem.

Ramzes nie dopuszczał takiej myśli, choć wyjaśniała ona, dlaczego został odsunięty.

- Zapomnij o życiu dworskim, intrygach i zdradzieckich ciosach. Pracuj ze mną. Węże są groźnymi wrogami, ale nie kłamią.

Ramzes był wstrząśnięty. Dlaczego ojciec nie wyjawił mu prawdy? Zadrwił z niego, nie dając najmniejszej szansy pokazania, co jest naprawdę wart.

- Teraz czeka cię prawdziwa próba. Żeby się uodpornić, musisz wypić niesmaczny i niebezpieczny napój przygotowany z bulw roślin pokrzywowatych. Spowalnia krążenie krwi, czasem nawet je wstrzymuje... Jeśli zwymiotujesz, umrzesz. Nie proponowałbym czegoś takiego Ameniemu, ale ty masz mocną budowę ciała i powinieneś to przetrzymać. Potem przezwyciężysz skutki ukąszenia kilku gatunków węży.
- Nie wszystkich?
- Jeśli chodzi o te największe, trzeba by wstrzykiwać sobie codziennie maleńką dawkę rozwodnionej krwi kobry. Jeśli wybierzesz ten zawód, przejdziesz tę kurację uprzywilejowanych. A teraz pij!

Napój był rzeczywiście wstrętny.

Do żył Ramzesa wkradał się powoli chłód; czuł, jak serce podchodzi mu do gardła.

- Trzymaj się.

Och, zwymiotować ten gryzący ból, zwymiotować, położyć się i zasnąć!

Setau chwycił go za rękę.

- Trzymaj się, otwórz oczy!

Książę wziął się w garść; Setau nigdy nie pokonał go w walce. Stopniowo żołądek rozluźnił się, uczucie zimna osłabło.

- Jesteś naprawdę mocny, ale nie masz szans, by panować.
- Czemuż to?
- Ponieważ mi zaufałeś. Z łatwością mogłem cię otruć.
- Jesteś przyjacielem.
- Co ty możesz o tym wiedzieć?
- Wiem.
- Ja ufam tylko wężom. Są posłuszne swojej naturze i nigdy nie zdradzają. Z ludźmi jest inaczej. Przez całe życie oszukują i starają się wyciągać korzyści ze swoich matactw.
- Ty też?
- Ja opuściłem miasto i żyję tutaj.
- A gdyby groziła mi śmierć, nie zaopiekowałbyś się mną?
- Włóż tunikę i chodźmy. Nie jesteś taki głupi, na jakiego wyglądasz.

Znaleźli się na pustyni i Ramzes przeżył cudowną, bajeczną noc. Ani złowrogi śmiech hien, ani szczekanie szakali, ani tysiące dziwnych dźwięków dochodzących z obcego świata nie zakłóciły czaru tej nocy. Czerwona ziemia Seta przynosiła głosy wskrzeszonych, na miejsce uroków doliny podsuwała potęgę innych światów.

Prawdziwa władza... Czy Setau nie odkrył jej wśród tego nawiedzonego pustkowia?

Wokół nich - posykiwania.

Setau szedł przodem, ostukując długim kijem ziemię. Posuwał się w stronę stosu kamieni, który w blasku księżyca zmieniał się w zamek zamieszkany przez duchy. Idąc za swoim przewodnikiem, Ramzes nie myślał już o niebezpieczeństwie; niósł u pasa woreczki z lekarstwami, które były pierwszą pomocą w przypadku ukąszenia.

Setau przystanął u stóp pagórka.

- Tutaj mieszka mój mistrz - wyjawił. - Być może nie pokaże się, gdyż nie lubi obcych. Bądźmy cierpliwi i módlmy się, by to, co niewidzialne, zechciało ukazać nam swą obecność.

Obaj usiedli w pozycji skryby. Książę czuł jakąś lekkość, niemal bezcielesność, nabierał w usta pustynne powietrze, jakby to był smakołyk. Wygwieżdżone niebo zastąpiło ściany i sklepienie sali wykładowej.

Na samym szczycie wzgórka ukazał się wytworny, wijący kształt. Ze swej nory wypełzła półtorametrowa czarna kobra o lśniących łuskach; wyprostowała się, pełna majestatu. Światło księżycowe otaczało ją srebrzystą poświatą. Łeb węża kiwał się to w jedną, to w drugą stronę, gotów w każdej chwili uderzyć.

Setau zbliżył się do niej i język czarnej kobry zaświstał. Zaklinacz ruchem dłoni nakazał Ramzesowi podejść do siebie.

Zaciekawiony gad zakołysał się; który z intruzów uderzy pierwszy?

Setau zrobił dwa kroki i znalazł się ledwie metr od kobry. Ramzes naśladował go bez wahania.

- Jesteś panem nocy i zapładniasz ziemię, by stała się urodzajna - powiedział Setau głosem pełnym powagi, bardzo powoli, oddzielając starannie sylaby.

Powtórzył jakieś dziesięć razy to zaklęcie, a potem zażądał, by Ramzes też wypowiedział je śpiewnie. Muzyka słów uspokajała węża; dwakroć rozprężył już ciało, rzucając się do ataku, ale zatrzymywał się tuż przy twarzy Setau. Kiedy ten położył dłoń na łbie kobry, wąż znieruchomiał. Ramzesowi zdawało się, że widzi czerwone światełko w jego ślepiach.

- Teraz ty, książę.

Młodzieniec wyciągnął rękę; gad rzucił się gwałtownie.

Ramzesowi wydało się, że czuje ukąszenie, ale paszcza nie zamknęła się, gdyż wąż poczuł nieznośną woń cebuli.

- Połóż dłoń na jej głowie.

Ramzes nie zadrżał; miał wrażenie, że kobra się cofnęła. Ściśnięte palce dotknęły łusek czarnego węża; władca nocy uległ na chwilę sile królewskiego syna.

Setau odciągnął Ramzesa do tyłu; atakująca kobra napotkała tylko powietrze.

- Posunąłeś się zbyt daleko, przyjacielu; czyżbyś zapomniał, że sił ciemności nie można nigdy pokonać? Kobra, ureus, prostuje się przed obliczem faraona. Czegóż mogłeś oczekiwać, gdyby cię nie przyjęła?

Ramzes odetchnął głęboko i obrócił spojrzenie ku gwiazdom.

- Jesteś nierozważny, ale nie brak ci szczęścia. Najad tego węża nie ma żadnej odtrutki.

6

 

Ramzes rzucił się na tratwę z wiązek łodyg papirusowych związanych sznurkami; delikatna, skromna tratwa nie wytrzyma dziesiątego wyścigu młodego księcia z zastępem pływaków podnieconych rywalizacją, tym bardziej że toczyła się w obecności dziewcząt przyglądających się znad kanału. Aby zwiększyć szanse wygranej, młodzieńcy zakładali na szyję amulety, ten żabę, ten kość udową wołu, inny opiekuńcze oko. Ramzes był nagi, nie pomagał sobie czarami, ale i tak pływał szybciej od pozostałych.

Większości atletów ducha dodawała dama ich myśli, lecz młodszy syn Setiego walczył tylko dla siebie, aby dowieść, że zawsze potrafi osiągnąć więcej, niż pozwalają siły, i pierwszy dotknąć brzegu.

Skończył wyścig ponad pięć długości przed następnym zawodnikiem; nie czuł ani śladu zmęczenia i gotów był tak pływać godzinami. Współzawodnicy byli wyraźnie źli - gratulowali mu wprawdzie, ale półgębkiem. Wszyscy znali gwałtowny charakter księcia, odsuniętego na zawsze od szlaków władzy i skazanego na to, że będzie wykształconym próżniakiem, który osiądzie wkrótce na Wielkim Południu, z dala od Memfis i stolicy.

Jakaś ładna czarnowłosa piętnastolatka, już kobieta, podeszła i podała mu kawał tkaniny.

- Jest chłodny wiatr, wytrzyj się.
- Wcale nie potrzebuję.

Była w niej jakaś przekora. Miała pełne złośliwych światełek zielone oczy, mały, prosty nosek, delikatnie zarysowane wargi i ledwie zaznaczony podbródek. Była okryta suknią z przezroczystego lnu, kupioną u wytwornego dostawcy; nie brakowało jej wdzięku, energii ani wyrafinowania. Wstążka przytrzymywała we włosach kwiat lotosu.

- Nie masz racji. Nie ma nikogo tak mocnego, by oparł się katarowi.
- Nie wiem, co to choroba.
- Nazywam się Izet. Dziś wieczorem wydaję ucztę, na którą zaprosiłam paru przyjaciół. Czy przyjmiesz moje zaproszenie?
- Z pewnością nie.
- Jeśli jednak zmienisz zdanie, będziesz mile widziany.

Obdarzyła go uśmiechem i odeszła, nie odwracając się za siebie.

 

Sari drzemał w cieniu wielkiej sykomory rosnącej pośrodku jego ogrodu; Ramzes przechadzał się przed swoją siostrą, Grymaśną, która leżała na szezlongu. Nie była ani brzydka, ani ładna, interesowały ją wyłącznie wygoda i dostatek; stanowisko męża pozwalało oczekiwać, że będzie wiodła życie wolne od udręk codzienności. Była zbyt wysoka, wiecznie zmęczona, miała tłustą cerą, rano nakładała na twarz maści, które zmywała dopiero wieczorem. Pochlebiała sobie, że zna wszystkie sekrety wyższych kręgów towarzyskich.

- Nieczęsto mnie odwiedzasz, umiłowany bracie.
- Jestem zajęty.
- Doszły mnie pogłoski, że niewiele masz do roboty.
- Zapytaj swego męża.
- Nie przyszedłeś chyba po to, żeby mnie podziwiać...
- To prawda, potrzebuję rady.

Grymaśna była zachwycona, gdyż Ramzes nie lubił zaciągać zobowiązań u innych ludzi.

- Słucham. Jeśli będę w odpowiednim nastroju, udzielę ci rady.
- Czy znasz niejaką Izet?
- Opisz ją.

Książę opowiedział o dziewczynie znad kanału.

- Izet urodziwa! Groźna prowokatorka. Jest bardzo młoda, ale nie może się już doliczyć starających się o jej rękę. Niektórzy uważają ją za najpiękniejszą kobietę w Memfis.
- Rodzice?
- Bogaty, szlachetny ród, od wielu pokoleń wprowadzony w życie w pałacu. Czyżby Izet urodziwa zdołała cię usidlić?
- Zaprosiła mnie na ucztę.
- Nie będziesz narzekał na brak towarzystwa. Ta dziewczyna świętuje co wieczór. Czyżbyś poczuł do niej...
- Zaczęła mnie kokietować.
- Ona więc zrobiła pierwszy krok? Nie bądź staromodny, umiłowany braciszku. Izet urodziwa uznała widać, że jesteś w jej guście, i to wszystko.
- Czy wypada, by dziewczyna...
- A dlaczego nie? Żyjemy w Egipcie, nie wśród nieokrzesanych barbarzyńców. Nie radziłabym ci brać jej sobie za żonę, ale...
- Zamilknij.
- Nie chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o Izet urodziwej?
- Dziękuję, umiłowana siostro. Niepotrzebna mi już twoja wiedza.
- Nie wiąż się zbytnio z Memfis.
- Czy to ostrzeżenie?
- Tutaj jesteś już nikim. Jeśli pozostaniesz, zmarniejesz jak kwiat, którego nikt nie podlewa. Na prowincji będziesz się cieszył szacunkiem. Nie licz jednak, że weźmiesz ze sobą Izet urodziwą. Ta nie lubi pokonanych. Doniesiono mi, że twój brat, przyszły król Egiptu, nie jest obojętny na jej uroki. Oddal się od niej jak najszybciej, Ramzesie, bo w przeciwnym razie wyjdziesz naprzeciw poważnemu niebezpieczeństwu.

Nie było to przyjęcie podobne do innych. Grupka dziewcząt z bardzo dobrych rodzin, ćwiczących pod kierunkiem zawodowego choreografa, postanowiła pokazać swoje umiejętności taneczne. Ramzes przybył późno i nie miał ochoty uczestniczyć w uczcie, znalazł się więc w pierwszym szeregu licznych widzów.

Dwanaście tancerek postanowiło dać pokaz nad rozległym stawem, porośniętym białymi i niebieskimi lotosami; scenę oświetlały pochodnie umocowane na wysokich drzewcach.

Młode kobiety, ubrane w siatkę z pereł pod krótką tuniką, w perukach z trzema rzędami warkoczyków, przystrojone szerokimi naszyjnikami i bransoletami z lapis-lazuli, wykonywały pełen erotyzmu taniec. Były gibkie i dobrze wyćwiczone; pochylały się do ziemi, a potem wyciągały ramiona i obejmowały niewidzialnego partnera. Ich ruchy były rozkosznie powolne i wszyscy widzowie wstrzymali oddech.

Nagle wszystkie jednocześnie zrzuciły peruki, tuniki i siatki pereł, pozostając w króciutkich spódniczkach. Z włosami zebranymi w kok, z obnażonymi piersiami, wybijały równo rytm prawymi stopami, a potem wykonały jednocześnie salto do tyłu. Widzowie zaczęli wznosić pełne zachwytu okrzyki. Pochylając i skłaniając pełne gracji ciała, wykonały całą serię efektownych figur akrobatycznych.

Cztery dziewczyny odłączyły się od grupy, pozostałe zaś zaczęły śpiewać, klaszcząc rytmicznie. Solistki, porwane starodawnym refrenem, naśladowały teraz wiatry wiejące z czterech stron świata. Izet urodziwa była słodkim wiatrem z północy, który w upalne, duszne wieczory pozwala zaczerpnąć tchu. Zaćmiła swoje partnerki i była wyraźnie zadowolona z tego, że na niej skupiły się wszystkie spojrzenia.

Ramzes nie oparł się czarowi; o tak, była cudowna i żadna z rywalek nie mogła się z nią równać. Ciało było dla niej jak instrument muzyczny i panowała nad dobywającymi się z niego melodiami, zachowując jakiś osobliwy dystans - jakby sama sobie przypatrywała się bez śladu wstydu. Ramzes po raz pierwszy miał przed sobą kobietę, którą pragnął z wszystkich sił wziąć w ramiona.

Gdy tylko taniec dobiegł końca, przepchnął się przez rzędy widzów i usiadł z dala od wszystkich przy rogu zagrody dla osłów. Czuł, że Izet urodziwa bawiła się nim. Wiedziała, że poślubi jego brata, i te zaloty były jakby ostatnim ciosem, który miał uzmysłowić młodszemu z książąt, iż znalazł się całkowicie na uboczu. Oto ten, który marzył o wielkim przeznaczeniu, przeżywa jedno upokorzenie za drugim. Musi jakoś wydobyć się z piekielnego kręgu i pozbyć demonów, które pętały jego ruchy. Prowincja? Niech będzie prowincja. Znajdzie jakiś sposób, żeby pokazać, co jest wart; jeśli poniesie klęskę, dołączy do Setau i będzie stawiał czoło najgroźniejszym wężom.

- Czymś się trapisz?

Izet urodziwa zbliżyła się bezszelestnie. Uśmiechnęła się.

- Niczym, zamyśliłem się.
- Bardzo głębokie zamyślenie... Wszyscy goście już poszli, rodzice i ich służba śpią.

Ramzes stracił rachubę czasu. Rozdrażniony, dźwignął się na nogi.

- Wybacz, proszę. Natychmiast wychodzę.
- Czy jakaś kobieta powiedziała ci już, że jesteś przystojny i pociągający?

Zagrodziła mu drogę. Miała rozpuszczone włosy i obnażone piersi; w jej oczach tlił się niepokojący żar.

- Czyż nie jesteś narzeczoną mego brata?
- Czyżby syn królewski wsłuchiwał się w plotki? Kocham tego, którego chcę kochać, a twojego brata nie. Ciebie pragnę. Tu i teraz.
- Królewski syn... Czy jestem nim jeszcze?
- Chcę, byś się ze mną kochał.

Jednocześnie rozwiązali węzły przytrzymujące spódniczki.

- Czczę urodę, Ramzesie, a ty jesteś jej wcieleniem.

Dłonie księcia pieściły ją, nie pozostawiając żadnej inicjatywy kobiecie. Chciał dawać i niczego nie brać, chciał ofiarować kochance cały żar, który zawładnął jego jestestwem. Zniewolona Izet rychło okazała uległość. Instynkt był mu niewiarygodnie pewnym przewodnikiem i Ramzes szybko nauczył się odkrywać sekretne miejsca rozkoszy, hamując jednak swoje porywy gestami pełnymi czułości, opóźniając chwilę spełnienia.

Była dziewicą, a on też nie był jeszcze kochankiem. W tę noc pełną słodyczy oddawali się jedno drugiemu i oboje byli upojeni pragnieniem, które raz po raz się odradzało.

7

 

Stróż był głodny.

Chropawym jęzorem żółty pies lizał po twarzy swego pana, który stanowczo zbyt długo już śpi. Ramzes wzdrygnął się, wyrwany nagle ze snu, w którym brał w ramiona ciało zakochanej kobiety o piersiach przypominających słodkie jabłka, o wargach jak trzcina cukrowa, o nogach i rękach zręcznych jak pnącze.

Sen... Nie, to nie sen. Ta kobieta naprawdę istnieje, nazywa się Izet urodziwa i oddała mu się, odkrywając przed nim tajniki rozkoszy.

Stróż, którego nic nie obchodziły piękne wspomnienia księcia, szczeknął parę razy z rozpaczą. Ramzes zrozumiał w końcu, że chodzi o sprawę naprawdę nie cierpiącą zwłoki, i zaprowadził psa do pałacowej kuchni, gdzie Stróż rzucił się na jedzenie. Kiedy miska była pusta, książę zabrał pupila na spacer w stronę stajni.

Trzymano tam wspaniałe konie, które pielęgnowano bezustannie zgodnie z surowymi zasadami. Stróż nie ufał tym wysokim czworonogom, które reagowały czasem w sposób nie do przewidzenia; ostrożnie truchtał za swoim panem.

Stajenni pokpiwali sobie z terminatora, który dźwigał z wysiłkiem skrzynię pełną końskiego łajna. Jeden z nich podstawił mu nogę i nieszczęśnik, przewracając się, wypuścił skrzynię, której zawartość rozsypała się na ziemi.

- Zbieraj - rozkazał dręczyciel, pięćdziesięciolatek o prostackiej twarzy.

Nieszczęsny chłopak odwrócił się i Ramzes natychmiast go rozpoznał.

- Ameni!

Książę skoczył, pchnął stajennego i podniósł przyjaciela, który drżał na całym ciele.

- Dlaczego tu jesteś?

Przerażony chłopak wymamrotał coś niezrozumiałego. Czyjaś ręka spoczęła ciężko na ramieniu Ramzesa.

- Powiedz no... kimże jesteś, że pozwalasz sobie nam przeszkadzać?

Ramzes wymierzył cios łokciem w pierś natrętowi, który runął do tyłu. Wściekły, że został ośmieszony, wykrzywił wargi i zaczął podburzać swoich towarzyszy.

- Trzeba nauczyć grzeczności tych dwóch małych zuchwalców...!

Żółtozłoty pies zaszczekał i obnażył zęby.

- Uciekaj - rozkazał Ramzes Ameniemu.

Jednak chłopak nie był w stanie się poruszyć.

W pojedynkę Ramzes nie miał żadnej możliwości pokonania sześciu przeciwników na raz; póki stajenni są o tym przekonani, ma maleńką szansę wyjść cało z opresji. Rzucił się na niego najsilniejszy z nich. Jego pięść rozpruła powietrze i zanim zdążył się zorientować, co się z nim dzieje, uniósł się w górę i padł ciężko na plecy. Dwóch innych spotkał ten sam los.

Ramzes dziękował w duchu bogom, że był tak pilnym uczniem w szkole walki. Ci ludzie liczyli tylko na nagą siłę i chcieli szybko z nim skończyć, ale nie mieli pojęcia o walce. Do starcia dołączył Stróż, któremu udało się capnąć za łydkę czwartego przeciwnika i umknąć przed kopniakiem. Ameni zamknął oczy, z których spływały łzy.

Stajenni wycofali się z wahaniem, gdyż jedynie syn szlachetnego rodu mógł znać wszystkie te sposoby walki.

- Skąd się wziąłeś?
- Czyżby sześciu mężczyzn zlękło się jednego?

Najbardziej zaciekły z nich wykrzywił twarz w uśmieszku i zaczął wymachiwać nożem.

- Masz ładną buzię, ale może ci się zdarzyć wypadek, który nieco ją oszpeci.

Ramzes nigdy nie walczył z kimś uzbrojonym.

- Wypadek, i to przy świadkach... Nawet ten mały przyzna, że tak było, by ratować swoją skórę.

Książę nie spuszczał wzroku z noża o krótkim ostrzu; stajenny zataczał nim dla zabawy kręgi, żeby przestraszyć przeciwnika. Ramzes ani drgnął; pozwalał, żeby tamten krążył wokół niego. Pies chciał bronić swego pana.

- Stróż! Leżeć!
- Widzę, że kochasz to wstrętne bydlę... Jest tak plugawe, że nie zasługuje na to, by żyć.
- Zajmij się najpierw silniejszym od siebie.
- Masz o sobie wysokie mniemanie!

Ostrze musnęło policzek Ramzesa. Spróbował kopniakiem w nadgarstek wytrącić tamtemu nóż, ale ledwie go trącił.

- Jesteś uparty... ale samotny!

Pozostali wydobyli noże.

Ramzes nie czuł lęku; wezbrała w nim jakaś siła, której dotąd nie znał, jakaś wściekłość przeciwko niesprawiedliwości i tchórzostwu.

Zanim przeciwnicy uporządkowali szyki, dopadł i powalił dwóch, unikając o włos mściwych ostrzy.

- Dość tego, przyjaciele! - wrzasnął jakiś stajenny.

W bramie stajni pokazała się lektyka. Jej wspaniałość wskazywała rangę tego, który siedział w środku. Przylgnąwszy plecami do wysokiego oparcia, ze stopami na niskim stołku, przedramieniem na oparciu bocznym, głową chronioną przez olbrzymi parasol, ważna osoba osuszała czoło nasączoną wonnościami chusteczką. Szlachetnie urodzony mężczyzna miał jakieś dwadzieścia lat, pyzatą twarz krągłą jak księżyc w pełni, małe kasztanowe oczka, wargi grube i żarłoczne; był dobrze odżywiony i najwyraźniej czuł wstręt do wszelkich ćwiczeń cielesnych. Widać było, że stanowi nie lada ciężar dla dwunastu nosicieli, doskonale wynagradzanych pod warunkiem, że poruszali się wystarczająco szybko.

Stajenni umknęli. Ramzes obrócił się w stronę przybysza, podczas gdy pies lizał nogę Ameniego, żeby go uspokoić.

- Ramzes! Nadal w stajniach... Widzę, że bydlęta to dla ciebie najodpowiedniejsze towarzystwo.
- Cóż brat mój, Szenar, robi w miejscu cieszącym się złą sławą?
- Jestem na inspekcji, zgodnie z rozkazem faraona. Przyszły władca musi wiedzieć wszystko o swoim królestwie.
- Niebo mi cię zsyła.
- Tak sądzisz?
- Czy zawahałbyś się, gdyby trzeba było naprawić niesprawiedliwość?
- O co chodzi?
- O tego młodego pisarza, Ameniego. Został tu przyciągnięty siłą przez sześciu stajennych, którzy nim pomiatali.

Na obliczu Szenara pojawił się uśmiech.

- Mój biedny Ramzesie, jakże źle jesteś poinformowany! Czyżby twój przyjaciel ukrywał przed tobą karę, jaka go spotkała?

Książę obrócił się do Ameniego, który nie mógł wydobyć z siebie słowa.

- Ten początkujący skryba śmiał poprawić błąd swego przełożonego, który zaraz się poskarżył na tę zuchwałość. Uznałem, że pobyt w stajniach dobrze zrobi temu pyszałkowi. Noszenie łajna i owsa dla koni sprawi, że kręgosłup nieco mu zmięknie.
- Ameni jest na to za słaby.

Szenar rozkazał postawić lektykę. Noszący sandały podstawił natychmiast stołek, nasunął sandały na stopy pana i pomógł mu wysiąść z lektyki.

- Chodźmy - zażądał Szenar. - Muszę porozmawiać z tobą na osobności.

Ramzes zostawił Ameniego pod pieczą Stróża.

Dwaj bracia przeszli kilka kroków po wybrukowanym dziedzińcu, unikając słońca, którego Szenar nienawidził ze względu na swoją bladą cerę.

Czy można wyobrazić sobie dwóch ludzi bardziej od siebie odmiennych? Szenar był niski, przysadzisty, pulchny i już teraz wyglądał na notabla, który zbyt jest przywiązany do przyjemności stołu; Ramzes natomiast był wysoki, gibki, muskularny, w kwiecie tryumfującej młodości. Pierwszy miał głos pełen namaszczenia i jednocześnie niepewny, drugi - pełen powagi i wyraźny. Nie mieli ze sobą nic wspólnego - poza tym, że obaj byli synami faraona.

- Cofnij swoją decyzję - zażądał Ramzes.
- Zapomnij o tym poronionym płodzie, a porozmawiajmy o sprawach poważnych. Czy nie powinieneś opuścić jak najszybciej stolicy?
- Nikt tego ode mnie nie żądał.
- A więc ja żądam w tej chwili.
- Czemu miałbym okazać ci posłuszeństwo?
- Czyżbyś zapomniał, kim jestem ja, a kim ty?
- Miałbym być szczęśliwy, że jesteś moim bratem?
- Nie próbuj mnie przechytrzyć i bądź zadowolony z tego, że możesz biegać, pływać i ćwiczyć mięśnie. Kiedyś, jeśli tak postanowimy, ojciec i ja, otrzymasz stanowisko w armii. Obrona kraju to szlachetna powinność. Dla chłopca takiego jak ty klimat panujący w Memfis jest szkodliwy.
- W ostatnich tygodniach zacząłem się doń przyzwyczajać.
-