Pustynna królowa (Światowe Życie) - Sharon Kendrick - ebook
Opis

Szejk Zayed Al Zawba odziedziczy po dziadku bogatą w ropę ziemię, jeśli się ożeni, ale Zayed nie zamierza się wiązać z jedną kobietą. Wpada na pomysł, by się ożenić tylko na pewien czas, a potem unieważnić nieskonsumowane małżeństwo. Idealną kandydatką do roli papierowej żony wydaje mu się nieatrakcyjna z wyglądu Jane Smith pracująca w londyńskiej ambasadzie jego kraju. Szybko jednak przekonuje się, że bystry umysł i wrodzony wdzięk mogą kusić znacznie bardziej, niż sądził…

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 133

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sharon Kendrick

Pustynna królowa

Tłumaczenie: Małgorzata Dobrogojska

PROLOG

– Więc? Gdzie tkwi haczyk?

Uwadze Zayeda nie umknął lekki grymas zaniepokojenia w rysach jego doradców. Ich zaniepokojenie było wprost namacalne, dużo większe niż normalnie w obecności szejka o jego mocy i wpływach. Nie przejmował się tym, bo uważał, że szacunek i lęk utrzymują podwładnych tam, gdzie chciał ich widzieć.

Odwrócił się od okna wychodzącego na wspaniałe pałacowe ogrody, by popatrzeć na stojących przed nim mężczyzn. Niewinny wyraz twarzy najbliższego współpracownika, Hassana, nie zwiódł go ani na chwilę.

– Haczyk, Wasza Wysokość?

– Tak, haczyk – powtórzył z nutą zniecierpliwienia. – Dowiedziałem się, że zmarły ojciec mojej matki zapisał mi najwartościowszy kawałek terenu w całym pustynnym regionie. Nigdy nie przypuszczałem, że odziedziczę Dahabi Makaan. – Zmarszczył brwi. – Co skłania mnie do zastanowienia, skąd taka hojność.

Hassan skłonił się lekko.

– Jesteś, panie, jednym z zaledwie kilku bliskich krewnych, więc taki zapis wydaje się jak najbardziej naturalny.

– Może – zgodził się Zayed. – Gdyby nie to, że ostatnio rozmawialiśmy, kiedy byłem dzieckiem.

– Pewnie poruszyły go niespodziewane odwiedziny Waszej Wysokości w ostatnich dniach jego życia – wybrnął Hassan dyplomatycznie. – Zapewne to jest powodem.

Cóż, może i tak. Wizyta u umierającego nie była wprawdzie podyktowana uczuciem, bo miłość już dawno była dla niego pustym słowem. Poszedł tam z obowiązku, bo nigdy się nie uchylał od swoich powinności. Poszedł, choć sprawił tym sobie ból, bo dziwnie było patrzeć na wyniszczoną twarz starego króla, który wydziedziczył swoją jedyną córkę po jej ślubie z ojcem Zayeda. Jednak śmierć, niewidzialna i nieunikniona, równa wszystkich. Pogodził się z umierającym, bo sądził, że chciałaby tego jego matka, a nie dla finansowych korzyści.

– Nikt na tym świecie nie daje niczego darmo, ale to może być wyjątek – stwierdził filozoficznie. – Chcesz powiedzieć, że ziemia jest moja bez żadnych warunków?

Hassan zawahał się na moment, a jego następne słowa zabrzmiały poważnie, a nawet złowieszczo.

– Niezupełnie.

A więc, tak jak przypuszczał. Przeczucie go nie zawiodło.

– Jednak jest jakiś haczyk – rzucił z tryumfem.

Hassan potaknął.

– Prawdopodobnie tak będziesz to postrzegał, panie. Odziedziczysz Dahabi Makaan pod warunkiem, że będziesz żonaty.

– Żonaty? – W głosie władcy zabrzmiała nuta groźby, a zebrani zerknęli na siebie niespokojnie.

– Tak, panie.

– Znasz mój stosunek do małżeństwa.

– Tak, panie.

– Przypomnę ci, żeby nie było żadnych nieporozumień. Nie zamierzam się żenić, przynajmniej nie teraz i jeszcze długo nie. Po co przywiązywać się do jednej kobiety, skoro można mieć dziesiątki? – Uśmiechnął się na wspomnienie swojej ostatniej nowojorskiej przygody. – Rozumiem, że pewnego dnia będę musiał zapewnić królestwu następcę i wtedy się ożenię z młodą dziewicą z mojego kraju, ale przedtem upłynie jeszcze kilkadziesiąt lat, bo mężczyzna pozostaje płodny do sześćdziesiątki, siedemdziesiątki, a nawet osiemdziesiątki. A młodą kobietę z pewnością zadowoli doświadczenie starszego kochanka. Taki związek usatysfakcjonuje obie strony.

Hassan potaknął.

– Całkowicie rozumiem to rozumowanie i normalnie zgodziłbym się z nim bez oporów, ale ten teren jest bezcenny. Bogaty w ropę i o ogromnym znaczeniu strategicznym. Mógłby przynieść nieocenione korzyści narodowi, gdyby należał do Waszej Wysokości.

Zayed był wzburzony. Czyż nie spędzał niezliczonych godzin na staraniach o poprawę bytu swojego narodu? Czyż nie osiągnął sukcesu dzięki zaangażowaniu w utrzymanie pokoju? A jednak Hassan mówił prawdę. Dahabi Makaan byłoby najcenniejszą perłą w koronie jego królestwa. Czy mógł zlekceważyć taką możliwość? Pamiętał prośbę umierającego dziadka, by nie zwlekał zbyt długo z powołaniem na świat następcy, a kiedy chłodnym tonem przedstawił swoje zdanie na temat małżeństwa, twarz starca przysłonił cień, jakby zrozumiał, że jedynym sposobem na spełnienie jego marzenia będzie uczynienie małżeństwa warunkiem dziedziczenia.

Myśl o małżeństwie była odpychająca. Nie chciał zostać spętany podstępnymi więzami, zresztą pogardzał instytucją małżeństwa jako taką, a na myśl o szukaniu narzeczonej tylko po to, by spełnić warunek testamentu, dostawał dreszczy.

Chyba że…

Zaczął się zastanawiać, bo jednak nie chciał stracić regionu bogatego w czarne złoto, jak nazywano ropę, a także przodującej pozycji wśród pustynnych krajów.

– Być może istnieje sposób, by spełnić warunek testamentu – powiedział z namysłem – jednocześnie nie skazując mnie na nudę i niedogodności długoterminowego małżeństwa.

– Jeżeli Wasza Wysokość go zna, proszę nas oświecić – zaproponował Hassan.

– Gdyby małżeństwo nie zostało skonsumowane – kontynuował zatem Zayed – byłoby nieważne i mogłoby zostać szybko rozwiązane.

– Ale, Wasza Wysokość…

– Żadnych „ale” – przerwał niecierpliwie. – To doskonały pomysł.

Widział jednak wątpliwości w twarzy doradcy i znał ich źródło. Był przecież znany ze swojej jurności. Potrzebował seksu jak koń owsa i uważał, że nie ma kobiety, która oparłaby mu się w łóżku. Dlatego przypuszczenie, że mógłby tolerować choćby przez krótki czas małżeństwo bez seksu, budziła śmiech. Jednak Zayed uwielbiał przezwyciężać przeszkody i Hassan, wbrew sobie, zaczął się zastanawiać nad pomysłem.

– Moglibyśmy wybrać kobietę, która mnie w ogóle nie pociąga – powiedział Zayed. – Jakąś kompletnie bezbarwną feministkę. Taką, która przymknęłaby oczy, gdybym czasem zbłądził. To chyba najlepsze rozwiązanie.

– Znasz, panie, taką kobietę?

Zayed zamyślił się. Owszem. Znał taką kobietę. W wyobraźni zobaczył Jane Smith o mysich włosach, bezbarwnej twarzy i sylwetce. Pracowała w ambasadzie jego kraju w Londynie i doskonale pasowała do wymyślonego wizerunku. Dziewczyna mizernie obdarzona przez naturę czyli, jak to mówią Anglicy, o pospolitej urodzie. W dodatku była całkowicie odporna na jego czar, wręcz okazywała mu dezaprobatę, co obserwował z niedowierzaniem. Początkowo sądził, że to z jej strony jakieś gierki, że tylko udaje obojętność, by wzbudzić w nim zainteresowanie. Z czasem zrozumiał, że nie udaje.

Pomimo to Jane kochała jego kraj z pasją rzadką obcokrajowcom i znała go lepiej niż wielu miejscowych, tylko dlatego jeszcze jej nie zwolnił. Uwielbiała pustynię i pałace, a także czasami krwawą historię. Na to wspomnienie poczuł bolesne ukłucie w sercu. Dawny ból, nigdy do końca niewyleczony. Może pomogłoby, gdyby spełnił narzucony przez dziadka warunek i przejął Dahabi Makaan, zamykając w ten sposób drzwi do przeszłości i spoglądając w przyszłość?

– Przygotuj samolot, Hassanie – rzucił szorstko. – Polecę do Anglii i uczynię Jane Smith moją narzeczoną.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dzień zaczął się dla Jane źle, a teraz miało być jeszcze gorzej. Wszystko zaczęło się od jednego z tych złowieszczych, nieznośnych telefonów, które od jakiegoś czasu zdarzały się codziennie, przyprawiając ją o frustrację i lęk. Potem zepsuł się pociąg, którym jechała do pracy, a w ambasadzie Kafalah czekały przygnębiające wiadomości. Szejk Zayed postanowił złożyć niespodziewaną wizytę, w tej chwili był już na pokładzie swojego samolotu i miał przybyć do ambasady w ciągu kilku najbliższych godzin. Był to pyszny i wymagający mężczyzna, więc ambasador nerwowo wywarkiwał liczne polecenia, a pozostały żeński personel oczekiwał wizyty władcy w radosnym podnieceniu. Plotka głosiła, że ich pracodawca cieszy się aroganckim wdziękiem i seksapilem, któremu nie potrafi się oprzeć żadna kobieta. Jane na wieść o jego przylocie tylko się skrzywiła i trzasnęła drzwiami swojego pokoju mocniej, niż było trzeba. Wcale nie uważała szejka za czarującego czy seksownego. Nie obchodziło jej, że jest specem od negocjacji, a w swoim kraju buduje szkoły i szpitale.

Nienawidziła go z całego serca.

Nienawidziła penetrujących czarnych oczu, tajemniczych, jakby ich właściciel był w posiadaniu jakiegoś sekretu, do którego nie zamierzał swojego rozmówcy dopuścić. I nienawidziła sposobu, w jaki kobiety lgnęły do niego, jakby był jakimś bóstwem. Bóstwo seksu, tak go kiedyś określono. Najbardziej jednak nienawidziła tego, że nie do końca odporna na jego niezaprzeczalny czar, choć reprezentował wszystko, czym pogardzała najmocniej – całe zastępy kochanek i lekceważenie uczuć drugiej strony. I owszem, wiedziała, że miał trudne dzieciństwo, ale to nie dawało mu prawa do tak paskudnego zachowania. Nie można wciąż wszystkiego usprawiedliwiać niełatwą przeszłością.

Zdjęła i odwiesiła kurtkę, wygładziła spódnicę i usiadła przy biurku. Na szczęście jej pokój był ukryty w podziemiu ambasady i oddalony od zgiełku przygotowań do wizyty. Przy odrobinie szczęścia może go wcale nie spotkać.

Włączyła komputer i ekran rozświetlił się widokiem słynnego pałacu w Kafalah. Tym razem jednak patrzyła na niego, nie widząc, bo przez cały czas rozmyślała o porannym telefonie. Męski, wciąż ten sam głos przekazywał wciąż tę samą, prostą wiadomość, ale coraz bardziej wrogim tonem. Nie miała pojęcia, jak zdobył jej numer i bała się coraz bardziej.

„Twoja siostra jest winna dużo pieniędzy i ktoś musi zapłacić. Może ty, bo zaczynam się niecierpliwić”.

Połączenie zostało przerwane i mogła się tylko rozpłakać, nie była jednak osobą, która pozwalałaby sobie na łzy. Uważała, że szkoda na to czasu, i zawsze starała się dawać sobie radę. To do niej zwracali się przyjaciele i znajomi w kłopotach, bo mogli na niej polegać, kiedy świat dookoła pogrążał się w chaosie. Przed laty wyrobiła w sobie przekonanie, że każdy problem można rozwiązać, jeśli tylko ma się dosyć siły woli.

Wyciągnęła komórkę i wstukała numer Cleo, ale odezwała się sekretarka, tekstem może i zabawnym, ale nie w tych okolicznościach.

„Cześć, tu Cleo. Zostaw wiadomość, może oddzwonię. A może nie”.

Jane odetchnęła głęboko, próbując uspokoić bijące mocno serce.

– Cleo, tu Jane. Muszę z tobą pomówić jak najszybciej. Odbierz albo oddzwoń.

Cleo jednak nie odebrała, a Jane miała ledwie nikłą nadzieję, że siostra oddzwoni. Robiła, co się jej podobało, a ostatnio przekraczała wszelkie granice. Były bliźniaczkami, choć nie jednojajowymi, ale właściwie łączyła je tylko data urodzin. Jane lubiła poczucie bezpieczeństwa i książki, Cleo taniec i nocne życie. Jane nosiła rzeczy wygodne, Cleo modne. Cleo była piękna, Jane nie.

Styl życia Cleo nie mógł być finansowany z jej nieregularnych zarobków, tym bardziej że wydawała pieniądze bez ograniczeń. W przeciwnym razie po co by jakiś typ o mentalności komornika zastraszał Jane? Postanowiła zadzwonić do niej po pracy, a może nawet wpaść w odwiedziny. I dopilnuje, żeby spotkała się ze swoim doradcą bankowym i załatwiła całą sprawę.

Z trudem odsunęła od siebie kłopoty Cleo i skupiła się na aktualnych obowiązkach. Wkrótce nie myślała już o długach i pogróżkach. To właśnie uwielbiała w swojej pracy, że mogła zagubić się w przeszłości i schronić w świecie bogatej kultury i historii. Co mogłoby być lepsze niż spędzanie dni na katalogowaniu książek czy oglądaniu wystaw niezwykłych dzieł sztuki powstałych w tym pięknym kraju? O ileż bardziej satysfakcjonujące niż współczesny świat, z którym łączyło ją tak niewiele.

Była całkowicie pochłonięta tłumaczeniem starożytnego poematu miłosnego i wyszukiwaniem właściwych słów dla opisania wyraźnie erotycznego aktu, kiedy usłyszała stuknięcie otwieranych drzwi. Zirytowana, sapnęła, ale nawet nie podniosła głowy.

– Nie teraz – rzuciła. – Przyjdź później.

Nastąpiła chwila ciszy i dopiero potem odezwał się jedwabisty, męski głos.

– W moim kraju nie tolerowałbym takiej reakcji na odwiedziny władcy. Czyżbyś się uważała za wyjątkową na tyle, by móc go zignorować, Jane Smith?

Dopiero teraz dostrzegła, kto przy niej stoi, i poczuła się jak oblana kubłem zimnej wody. Zayed Al Zawba zatrzasnął za sobą drzwi, zamykając ich w przestrzeni zbyt ciasnej dla dwojga. Wiedziała, że powinna wstać i złożyć ukłon, bo choć nie była jego poddaną, miała obowiązek okazywać stosowny do jego statusu szacunek, nawet jeżeli się jej to nie podobało. Teraz jednak jej ciało odmówiło współpracy z umysłem, może dlatego, że jego obecność kłóciła się ze zdrowym rozsądkiem. Kiedy wypełnił sobą dostępną przestrzeń, zaschło jej w ustach. Mogłaby go przekląć za to, jakie budził w niej uczucia i jak wyglądał.

Miał na sobie tradycyjną szatę. Wiedziała, że niektórzy szejkowie odwiedzający Anglię zakładali garnitury, przeważnie szyte we Włoszech. Ale nie Zayed, który nigdy nie starał się wtopić w otoczenie. Lubił się wyróżniać i szło mu to świetnie. Lejący kremowy jedwab opływał muskularną sylwetkę, a jedynym ustępstwem na rzecz europejskości był brak turbanu.

Niechętnie podniosła wzrok i spojrzała w jego interesującą, choć mroczną twarz. Jako naukowiec oglądała kolejne pokolenia mężczyzn z rodu Al Zawba na starożytnych portretach. Wszyscy mieli charakterystyczne ostre rysy, pałające czarne oczy i jastrzębie nosy. Ale czymś zupełnie innym było zobaczenie takiej twarzy na żywo, zresztą Zayed zawsze wywierał na niej ogromne wrażenie i absolutnie nie mogła zaprzeczyć jego fizycznej atrakcyjności.

Mimo to nie lubiła tego, jak się przy nim czuła, tak samo jak nie lubiła jego samego. Reakcje jej ciała wprawiały ją w zakłopotanie; wolałby umieć zachować opanowanie, jakie bez problemu demonstrowała w kontaktach z resztą świata. Uprzejmie zapytać, co go skłoniło do tak nagłego pojawienia się w jej biurze, ale nie na tyle miło, by weszło mu to w nawyk. A potem uwolnić się od niego jak najprędzej.

Wstała niezręcznie, świadoma świdrującego spojrzenia czarnych oczu.

– Przepraszam, Wasza Wysokość – powiedziała. – Nie spodziewałam się niezapowiedzianej wizyty.

Zayed uniósł brwi. Czyżby słyszał w jej głosie rezerwę?

– Zapewne powinienem był umówić się wcześniej? – zapytał sarkastycznie. – Sprawdzić, czy znajdziesz dla mnie czas w swoim napiętym grafiku?

– Gdybym tylko wiedziała, że Wasza Wysokość zaszczyci moje biuro swoją obecnością, byłabym przygotowana.

– To nie ma znaczenia – odparł ze zniecierpliwieniem. – Przyjechałem zobaczyć się z tobą.

– O?

Patrzyła na niego pytająco, ale jednocześnie wyzywająco, do czego zdecydowanie nie był przyzwyczajony. Wyglądało, jakby wolała, żeby był gdziekolwiek indziej, tylko nie tu. Był przyzwyczajony do uwielbienia i uległości, nawet ze strony kobiet dużo atrakcyjniejszych. Zamierzał wejść tutaj i oznajmić, że potrzebuje żony, i to szybko, ale mało przyjazne przyjęcie sprawiło, że zaczął się zastanawiać, co pocznie w razie odmowy.

Przez głowę przelatywały mu tabuny myśli. Odmowy nie brał pod uwagę, ale prawdopodobnie będzie musiał użyć trochę staromodnej dyplomacji. I czyż to nie ironia losu, że miał zabiegać o przysługę u tego rodzaju kobiety?

Pogardliwym skrzywieniem warg skwitował brak makijażu, uczesanie w koczek, bardziej odpowiednie dla pięćdziesięciolatki niż dwudziestolatki, i nietwarzową bluzkę zestawioną z równie nietwarzową spódnicą za kolano, uniemożliwiające ocenę figury. Była z pewnością najbardziej nieatrakcyjną kobietą, jaką mógł sobie wyobrazić, a jednocześnie najlepszą kandydatką do jego planu. Czy mógłby się nią kiedykolwiek zainteresować? Z pewnością nie.

– Mam dla ciebie propozycję – powiedział.

Zerknęła na niego z ukosa.

– Jaką? – spytała ostrożnie.

Z trudem opanował niezadowolenie. W dodatku bezczelna! Czyżby nie zdawała sobie sprawy z jego władzy? Dlaczego nie kiwnęła głową w geście natychmiastowej zgody, chętna zadowolić go niezależnie od wymagań? Nagle zaczęło mu się wydawać, że swoją propozycję powinien złożyć gdzie indziej, nie tu, w ambasadzie, gdzie po korytarzach kręcił się personel, a być może także podsłuchiwał, z uchem przyłożonym do drzwi.

Zmusił się do uśmiechu i powiedział jedwabistym tonem:

– Łatwiej byłoby wyjaśnić to przy obiedzie.

– Obiedzie?

Jego cierpliwość była na wyczerpaniu.

– To taki posiłek między lunchem a śniadaniem.

– Wasza Wysokość chce zjeść ze mną obiad?

Nie mógł teraz przyznać, że wcale nie chce. Nie zamierzał rujnować tego, co będzie dla niej prawdopodobnie wieczorem życia. Kobiety lubią być olśniewane.

– Tak – powiedział miękko. – Chciałbym.

Umknęła wzrokiem.

– Nie rozumiem…

– Zrozumiesz, Jane. Wszystko ci wyjaśnię. – Zerknął na kosztowny zegarek, niegdyś należący do jego ojca. – Najlepiej wyjdź już teraz.

– Z pracy?

– Tak.

– Ale… niedawno przyszłam. Właśnie czytałam siedemnastowieczny kafalahiański poemat o miłości, który koniecznie musi ujrzeć światło dzienne. – Uśmiechnęła się. – Zresztą napisany przez jednego z przodków Waszej Wysokości dla ulubionej członkini haremu.

Zaczynał się irytować. Czy nie zdawała sobie sprawy, jak ogromny spotyka ją zaszczyt? Wyobraża sobie, że może go odesłać z powodu jakiegoś poematu?

– Zaprasza cię na kolację władca, dla którego pracujesz. To nie przekąska w najbliższym barze! – rzucił. – Z pewnością zechcesz się przygotować. Wyjście z szejkiem to zaszczyt, ale i przyjemność.

– Przyjemność? – powtórzyła powątpiewająco.

– Oczywiście. Chyba nieczęsto bywasz w dobrych lokalach.

– Nie interesuje mnie to – powiedziała z uporem.

– Z pewnością.

Jej reakcja mogłaby być nawet zabawna, gdyby nie była aż tak obraźliwa. Wkrótce dostanie lekcję wdzięczności.

– Przyślę po ciebie samochód przed ósmą. Bądź gotowa.

Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale jego spojrzenie powstrzymało ją przed tym. Kiwnęła tylko głową, choć sprawiała wrażenie ukaranej, a nie ucieszonej. Chyba nawet westchnęła z rezygnacją.

– Tak jest, Wasza Wysokość – powiedziała sztywno. – Będę gotowa przed ósmą.

Tytuł oryginału: The Sheikh’s Bought Wife

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2017

Tłumaczenie:

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2017 by Sharon Kendrick

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2019

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie Duo są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela. Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harpercollins.pl

ISBN 9788327642769

Konwersja do formatu EPUB: Legimi S.A.