Przy angielskim nabrzeżu - Wienczysław Kon - ebook

Przy angielskim nabrzeżu ebook

Wieńczysław Kon

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 496

Rok wydania: 1973

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

przy angielskim nabrzeżu

 

Wienczysław Kon

przy angielskim nabrzeżu

WYDAWNICTWO MORSKIE

 

Okładkę i stronę tytułową projektował Zdzisław Walicki

Redaktor

Alina Szafranowa

Redaktor techniczny

Agnieszka Stybałkowska

Korektor

Janina Lorkowska

 

WYDAWNICTWO MORSKIE • GDAŃSK 1974

Wydanie pierwsze. Nakład 10 000 +

250 egz. Ark. wyd. 19,05. Ark. druk.

20,75. Papier druk sat. IV kl,

70 g z Fabryki Papieru w Kluczach.

Oddano do składania 23 VIII 1973 r.

Podpisano do druku i druk ukończono

w marcu 1974.

Zakłady Graficzne w Gdańsku,

ul. Świętojańska 19/23

Zam. 3350. K-3. Cena zł 45,—

Słowo wstępne

Książka jest zbiorem osobistych wspomnień, reminiscencji, a także wniosków odnoszących się do okresu, kiedy Polska Marynarka Wojenna przebywała na emigracji w Wielkiej Brytanii, a polskie okręty walczyły w składzie floty brytyjskiej. Nie będzie w niej mowy o działaniach czysto bojowych, lecz o warunkach, w jakich i na jakich polscy marynarze przebywali w Wielkiej Brytanii.

Wspomnienia osobiste rozwijają się często w sprawy, dla których udokumentowania i naświetlenia trzeba było sięgnąć do literatury dotyczącej historii tamtych czasów. I na odwrót — pewne sprawy ogólnej natury są ilustrowane wspomnieniami autora, który w sprawach tych uczestniczył lub był ich świadkiem. Fakty i historia zdarzeń, których autor nie mógł znać z autopsji, są zaczerpnięte z publikacji podanych na końcu książki.

Autor posługuje się w książce najczęściej nazwami Wielka Brytania i Brytyjczycy, gdy chodzi o cały kraj i wszystkich jego obywateli. Wobec jednak panującego w Polsce i na świecie pomieszania pojęć co do tego, czym jest Wielka Brytania a czym Anglia oraz jaka jest różnica między Brytyjczykami i Anglikami, autor miejscami również pozwala sobie na niekonsekwencję co do terminologii, licząc, że zorientowany Czytelnik nie poczyta mu tego za błąd.

Literatura dotycząca dziejów Polskiej Marynarki Wojennej w czasie wojny nie jest dostatecznie bogata, a koncentruje swoją uwagę na działaniach bojowych polskich okrętów. Autor niniejszej książki natomiast, przedstawiając szczególną sytuację Wielkiej Brytanii w czasach, gdy dla polskich marynarzy była ona „kępą ich ostatniej nadziei”, pragnie, aby stała się ona materiałem przyczynkowym do historii losów żołnierza polskiego na obczyźnie.

I

Na spotkanie z Anglią

Ładnie i rozumnie napisał nasz współczesny wielki humanista, profesor Kotarbiński: „Obyż nastąpił organiczny synkretyzm kultur, stwarzając wspólną kultur ludzkości” i dalej, że musi „przyjść czas, kiedy cała ludzkość naszej planety będzie racjonalnie zorganizowanym społeczeństwem ludzi o wspólnej mowie i tak dalece wspólnym ustroju i obyczaju, iż każdy wszędzie będzie się czuł w pełni u siebie.”1

Dwa razy dane mi było przeżyć — co prawda tylko namiastkę — owej wspólnoty mowy i losu, która sprawiła, że w obcym społeczeństwie czułem się jak u siebie. Na początku lat sześćdziesiątych pływałem po całym archipelagu pięknej Indonezji jako kapitan indonezyjskiego statku. Wcześniej, w latach czterdziestych, jako oficer Polskiej Marynarki Wojennej, na morzu dzieliłem los z brytyjskim marynarzem, a na ziemi — z szarym obywatelem brytyjskim, nękanym bombami i wieloma innymi trudami wojennego czasu.

Pobyt w Indonezji wspominam jako jeden z najlepszych okresów życia, gdyż wspólnie z moją załogą zjadłem tam przysłowiową beczkę soli. Wspólna praca, wspólne zwalczanie trudności i niebezpieczeństw, chwile wspólnych zabaw i radości, przy jakim takim opanowaniu ich mowy zatarły w moich oczach nieistotne różnice między Azjatami a Europejczykami. Stanowiąc załogę jednego statku, byliśmy małym społeczeństwem ludzi o wspólnej mowie, wspólnym ustroju i obyczaju.

Oczywiście, moja asymilacja w Indonezji była tylko namiastką tego, o co chodziło wielkiemu humaniście. On miał na myśli „organiczny synkretyzm kultur”, a nie przystosowanie jednostki do życia w obcym społeczeństwie. Ale i ta namiastka dowodzi, że aby kiedyś osiągnąć ów synkretyzm kultur oraz wspólnotę ustroju i obyczaju, trzeba rozpocząć od tego, żeby ludzie różnych narodowości i różnych ras mogli się ze sobą porozumiewać we wspólnym języku, żeby mogli zasiadać przy jednym stole, spać pod jednym dachem, razem pocić się przy pracy, razem walczyć z żywiołami i serca rozgrzewać we wspólnych zabawach i radościach.

Podobną namiastką wspólnoty ustroju i obyczaju było życie polskich marynarzy w czasie wojny na Zachodzie. Losy wojny połączyły zresztą wówczas życie wielu ludzi, nie tylko Polaków i nie tylko marynarzy, i nie tylko na Zachodzie, ja jednak — trzymając się nurtu własnych przeżyć — mówić tu chcę tylko o marynarzach z brytyjskiej marynarki wojennej.

Mówi się często o „życiu polskich marynarzy w czasie wojny w Wielkiej Brytanii”. Nie jest to jednak powiedzenie właściwe, bo w Wielkiej Brytanii marynarze spędzili, średnio licząc, połowę czasu wojny, drugą zaś połowę pływali po morzach bardzo odległych od wysp brytyjskich. Prażyło ich równikowe słońce, smagały lodowate wiatry Arktyki, ostrzeliwali się przed samolotami wroga na Morzy Śródziemnym i ginęli od torped U-bootów na Środkowym Atlantyku. Ale wszędzie, gdzie byli choćby chwilowo, czerpali siłę z wielkiej wspólnoty ustroju i obyczaju, jaką w czasie wojny była wojenna marynarka brytyjska. W najczarniejszych dla Wielkiej Brytanii chwilach, kiedy kraj stał w obliczu militarnej klęski i kiedy więcej dla ratowania honoru niż niepodległości nawet staruszkowie formowali pospolite ruszenie z kosami i dubeltówkami w ręku, na wszystkich morzach najpotężniejsza wówczas flota świata świadczyła, że jednak Britannia rules the waves. W tę flotę włączono także naszych kilkanaście okrętów i powiedziano nam — Sprawa jest wspólna, będziecie robić to co my i tak jak my.— Obok stanęli Norwegowie, Holendrzy, Francuzi, robiąc to samo co wszyscy. W formowaniu zespołów, w organizowaniu operacji, w walce — narodowość nie grała roli.

Łączono okręty w zespoły. Różne bywały zespoły, małe i wielkie, jednolite i mieszane. Okręty nie miały narodowej indywidualności, stawały się numerami. Jednakowo się zachowywały, jednakowo reagowały na najbardziej lakoniczne wyrazy języka wojennej taktyki. Błysk światła, strzęp barwnej materii sygnałowej flagi wystarczał, żeby wszyscy, równocześnie i jednakowo, zaczęli zachowywać się i działać w sposób dyktowany okolicznościami chwili.

Ileż to razy patrzyłem z wyżyn bojowego pomostu „Błyskawicy” a później „Pioruna” na idący z prawej niszczyciel brytyjski, a z lewej norweski lub holenderski. Ale pamięć ich narodowości była jak pamięć czy świadomość imienia partnera czy partnerki w zespole tanecznym, była sprawą obojętną. Na pierwszym miejscu stała świadomość zawodowej spójni, wzajemnego rozumienia się i wyczuwania. Bandery nas nie indywidualizowały.

Na lądzie wojna zburzyła solidną strukturę i ład brytyjskiego życia rodzinnego i publicznego. W rozbitych rodzinach niejeden z nas zajął miejsce opuszczone przez syna, a nieraz męża, lufo miejsce, które powinien był zająć i zająłby jakiś nieznany nikomu nice English boy, gdyby nie wojna, która zamiast w ramiona córki domu rzuciła go na piaski Libii lub w puszczę Birmy. Jednak nie ten rodzaj asymilacji i dojścia do wspólnoty obyczaju ze społeczeństwem brytyjskim wydaje się być godzien uwagi. Przemieszały nas ze sobą i stopiły w szczególnego rodzaju społeczność, przejściową społeczność czasu wojny, setki ważnych i mniej ważnych okoliczności, stworzonych przez warunki wojenne, okoliczności, które swym przemożnym wpływem objęły zarówno wolnych od obowiązków starych ludzi, jak dynamiczną młodzież w mundurach, seniorów wojną kierujących i masy ludzkie różnych klas jednako w robotniczych kombinezonach wprzęgniętych w rydwan olbrzymiej machiny wojennego przemysłu.

W połowie wojny miałem dłuższą przerwę w pływaniu. Zajmowałem się szkoleniem marynarzy, oficerów i całych zespołów załogowych, sam uprzednio uzyskawszy specjalizację w szkole admiralicji. Służbowe obowiązki zmuszały mnie do licznych podróży. Obracałem się w różnych środowiskach, poznałem wielu ludzi z rozmaitych miast. Byłem jak u siebie w kilku domach przyjaciół, wspólnie z bezdomnymi Anglikami, Szkotami i Walijczykami za dom musiałem przyjmować hotel, cuchnący stęchlizną pokój w boarding housie, w najlepszym wypadku pokój wynajęty do prywatnego użytku. Miejscem „wypoczynku” stały się restauracje na wysoki połysk i małe knajpki tylko dla wtajemniczonych, hotelowe hole, bary i kluby YMCA — teren „prywatnego” życia setek tysięcy bezdomnych, umundurowanych obywateli brytyjskich, jak też wygnańców z okupowanej Europy oraz sprzymierzeńców z Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Południowej Afryki.

Na szlakach kolejowych, w hotelowych lounge’ach, w klubach i na ulicy tłum różnobarwnych mundurów pomieszanych z cywilną szarzyzną, w mowie i obyczaju przedstawiał szczególnego rodzaju synkretyzm kultur. Wewnątrz czysto wojskowej części społeczności zaludniającej brytyjskie wyspy istniał jeszcze głębszy synkretyzm myśli, pracy i uczuć. Setki tysięcy kobiet i mężczyzn w mundurach więziła w oczkach swej gęstej sieci niezwykle sprawnie zorganizowana i działająca machina wojenna. Setki tysięcy umundurowanych kobiet i mężczyzn służyły, pracowały, urzędowały, powiązane między sobą niezliczoną ilością nitek. Nawet ci, którzy bezpośrednio brali udział w walce, aż nadto często i w aż nadto dużym stopniu byli tylko ,,urzędnikami” organizacji zwanej siłą zbrojną. Setki tysięcy nie znających się nawzajem umundurowanych kobiet i mężczyzn, zmieszanych w jeden tłum na różnych drogach i różnych obozowiskach pozasłużbowego życia nie tylko czuły, ale i uświadamiały sobie wspólnotę stroju i ustroju, obyczaju praw i obowiązków, pracy na rzecz walki i udziału w niej.

W połowie wojny mieszkałem w Plymouth, które było bardziej moją bazą wypadową w różne strony niż miejscem stałego pobytu. Od dwóch lat leżało ono w gruzach. Dwie wiosenne noce 1941 roku wystarczyły, żeby tętniące życiem duże miasto zamieniło się w ziejącą martwotą Pompeę.

Wyjątkowo silnie zniszczone było śródmieście, a zwłaszcza jego najstarsza część, w której znajdowały się stare zabytkowe gmachy z ratuszem miejskim na pierwszym miejscu. Tam nie pozostało nic. Ani jednego mieszkalnego domu, ani jednego sklepu. Przed oczyma przechodnia rozciągały się ruiny, same ruiny. A jednak w tych ruinach — trochę stąd, że ją bomby oszczędziły, trochę wskutek wysiłków remontowych — kryła się jedna cała, duża sala, w której co czwartek organizowano zabawę taneczną for forces only (tylko dla wojskowych). Ktoś nie wtajemniczony nie odnalazłby wejścia do tej sali nawet w dzień, bo patrząc na ruiny, w których się kryła, nawet nie domyśliłby się możliwości jej istnienia. Miejscowa wojskowa młodzież oficerska trafiała tam bez pudła w nocy, przy zupełnym zaciemnieniu.

W każdy czwartek ku czeluści czarnego otworu w rumowisku murów ciągnęły cienie członków bractwa młodych marynarzy, lotników, saperów i artylerzystów płci obojga. W jasno oświetlonym wnętrzu było gwarno i tłoczno. Skromny bar dostarczał piwa, whisky i dżyn nie były konsumowane w większych ilościach. ,,Doborowa orkiestra” grała jeden za drugim slowfoxy i angielskie walce. Na parkiecie wirujące pary, po bokach pijący, gadający, flirtujący tłum mężczyzn i kobiet.

Zabawa jak zabawa i nic w tym nie byłoby nadzwyczajnego, gdyby nie szczególna atmosfera spójni, łączącej tych mężczyzn i kobiety w mundurach. Są beztroscy. Nie muszą, bo nie mogą się uczyć i kształcić, żeby później, gdy nastaną normalne czasy, być kimś w społeczeństwie. Nie muszą się troszczyć o pracę, wojna dała im darmowy dach nad głową, ubranie, wikt i jeszcze trochę pieniędzy na drobne wydatki. W Plymouth i tych pieniędzy nie ma gdzie wydać. Nawet brak życia rodzinnego oszczędził im trosk, choć wielu nosi w sercu i pamięci świadomość utraty kogoś bliskiego na morzu, w powietrzu, pod gruzami zawalonego domu.

Lgną do siebie, to tylko siebie tu mają. Nie znają się, a wiedzą o sobie wszystko. Sanitariuszki w szarych uniformach znają tajemnice zagojonych ran, ukrytych pod mundurami mężczyzn. Wrenki i waafki, wtajemniczone w przebieg walk na morzu i w powietrzu, pamiętają kiedy, gdzie i jak zadawano rany mężczyznom, w ramionach których tańczą, ale milczą o tym. Flirtują z lotnikami i marynarzami wiedząc, dokąd oni jutro popłyną i polecą, ale nic o tym nie mówią. Rozpoznają się w tłumie ci, którzy się ze sobą zetknęli gdzie indziej. Wystarczy nazwa miejsca, nazwisko ongiś wspólnego zwierzchnika, wspomnienie jakiegoś epizodu, a momentalnie ludzie wydają się sobie starymi znajomymi. Najwięcej magii mają w sobie imiona okrętów. Dłoń wskaże nieznajomą postać w granatowym mundurze, padną słowa — On jest z... — a już wiadomo gdzie był, w czym brał udział, co przeżył ten człowiek, którego nazwiska można nie dosłyszeć, a który staje się od razu dobrym znajomym.

Osobom cywilnym wstęp tu wzbroniony. Mundur zatarł różnice, jakie ich dzieliły lub dzieliłyby z powodu przynależności do różnych klas społecznych, wykształcenia, stopnia zamożności czy wreszcie zawodu. Teraz wszyscy mają jeden wspólny zawód, w którym mało ich różni, a bardzo wiele łączy. Misterium tańca, lekka alkoholowa podnieta i atmosfera wzajemnego zbliżenia mężczyzn i kobiet potęguje świadomość wspólnoty tej specyficznej społeczności, jaką tworzą.

Zawodowych wojskowych wśród nich prawie nie było. Znakomita większość to poprzebierani na czas wojny w mundury cywile. Beztroskie życie i to wszystko, co stanowiło dobrą stronę przynależenia do tej uprzywilejowanej społeczności, nie przeszkadzało im marzyć o powrocie do życia cywilnego. Jak wielkie były ich przywileje, dowiedzieli się, kiedy wojna się skończyła i przyszedł czas zrzucenia munduru. Ale to sprawa późniejsza. W pełnym toku wojny istnienie tej społeczności było szczególnie ważne dla nas, emigrantów z Europy. Wojna i powszechna mobilizacja młodzieży, pozbawiając ją domu i sprowadzając z normalnych życiowych dróg, upodobniły jej sytuację do tej, w jakiej znajdowaliśmy się my, cudzoziemcy. My, obdarzeni ich obywatelskimi prawami i oni, upodobnieni do nas bezdomnością, stworzyliśmy jednolitą społeczność żyjącą w gruncie rzeczy zupełnie nienormalnym życiem, które wydawało się właśnie czymś normalnym.

Wiele było takich chwil, w których uświadamiałem sobie, że prowadząc zupełnie nienormalne życie traktuję je, przeżywam, jako coś właśnie zupełnie normalnego. W wielu okolicznościach i w wielu miejscach łapałem się na tym, że w tych niezwykłych warunkach, w tym obcym kraju, wśród obcych ludzi czuję się jak u siebie. Zamykałem wówczas oczy i usiłowałem cofnąć się w czasie o parę lat, wrócić do kraju. Można było w ten sposób przeskoczyć czas i przestrzeń, ale po otwarciu oczu nie wracałem do rzeczywistości obcej i nienormalnej, wracałem od razu do rzeczywistości, w której wszystko było naturalne, dobrze znane i swojskie. Rozglądałem się wówczas po Anglii i Anglikach i znów zamykałem oczy usiłując zobaczyć Anglię taką, jaką mi się ukazała po raz pierwszy przed kilku laty właśnie w Plymouth i Anglików takimi, jakimi mi się wydali wówczas.

Nic z tego. Moje wspomnienie Anglii i Anglików sprzed dziesięciu lat i obecna wojenna rzeczywistość, to dwie różne wizje.

Po raz pierwszy w życiu ujrzałem Anglię jesienią 1932 roku. Pierwsze wrażenie, jakie na mnie zrobiła, utrwaliło się we mnie na zawsze jako wizja soczyście zielonych, jędrnych trawników, skrapianych ciepłym dżdżem wczesnej jesieni, mgieł blado opalizujących w anemicznym słońcu, brzydkiej architektury, publicznego ładu i porządku oraz wielu białych pomników mówiących o tym, że historia Anglii była nierozerwalnie związana z morzem.

Smak pierwszych wrażeń nie pozostawał niewątpliwie bez wpływu, jaki wywarł na mnie kontrast między angielskim pejzażem a pejzażem kilku krajów Południa, które dane mi było poznać nieco wcześniej. Doświadczenia ostatnich dwóch tygodni bezpośrednio poprzedzających przybycie do Anglii również nie były bez znaczenia.

Rok 1932 był drugim rokiem mej służby w marynarce wojennej. Tego roku, po zakończeniu nauki teoretycznej w podchorążówce w Toruniu, zaokrętowaliśmy się na szkolnym szkunerze „Iskra” dla odbycia praktyki. Czekała nas czteromiesięczna podróż aż do białego Dakaru na czarnym lądzie Afryki. Pierwsza, a od dawna wymarzona, morska podróż zagraniczna. Nasi wykładowcy widzieli w tym okazję, aby młodym podchorążym wetrzeć w skórę porcję morskiej dyscypliny i żeby powoli zacząć przeobrażać ich w marynarzy. Podchorążowie, choć stanowili dobry materiał na marynarzy, z tytułu swego wieku mieli jeszcze pstro w głowie. Przed podróżą emocjonowali się nie perspektywami przerabiania programu z nawigacji i astronomii żeglarskiej, ale wiele obiecującą wizją egzotycznych krajów.

Praktyka na „Iskrze” zaczęła się tamtego roku pod złą gwiazdą. W nowo zainstalowanym pomocniczym silniku ciągle się psuło sprzęgło i z tego powodu termin wyjścia w morze kilkakrotnie ulegał opóźnieniu. W rezultacie najpierw zrezygnowano z zawinięcia do Dakaru, który był za daleko, aby „Iskra” zdążyła wrócić na rozpoczęcie nowego roku szkolnego, później przekreślono jeszcze jakiś egzotyczny port. Ale w planie podróży pozostał Cherbourg, Lizbona, Casablanca, Azory i Anglia. Gdy po wielu reperacjach wreszcie uznano, że na sprzęgle można polegać, wyruszyliśmy w podróż.

Podobał się nam Cherbourg, mimo że to nie takie znów duże miasto, a do tego wojenna baza. My, którzy w szkole średniej uczyliśmy się języka francuskiego, a z nim łyknęliśmy nieco wiadomości o Francji, w Cherbourgu odnaleźliśmy atmosferę specyficznego francuskiego esprit. Potem była barwna, ruchliwa Lizbona, tamże pierwsze obżarstwo winogronami, pierwsze opilstwo złocistym porto, pierwszy narkotyczny trans, w jaki przybysza z Północy wprowadzają tajemnicze miazmaty Południa. Potem olśniewająco biała Casablanca, podróż autokarem przez dziesiątki kilometrów pustyni i Fez, jeszcze bardziej arabski niż Casablanca. I wreszcie wyspa Fayal w środkowej grupie Azorów, a na niej mała prowincjonalna mieścina Horta, zapomniana przez rząd w Lizbonie. Orgia pożerania bananów, w konsekwencji czego przez następne trzydzieści lat nie mogłem znieść nawet zapachu tych owoców. Długie spacery w góry, z ich wyżyn wspaniały widok na otaczający małą wyspę bezmiar Atlantyku. Horta nie dostarczyła żadnej z poszukiwanej przez marynarzy rozrywek, a przecież żal ją było opuszczać. Południe ma ten trudny do określenia wdzięk, który zniewala.

Na Atlantyku także było wspaniale. Ciepło, słonecznie, w ogóle sielankowo. Gdy w bezwietrzną noc kołysaliśmy się na martwej fali opodal portugalskiego brzegu, dobiegały z niego rytmy melodii, jakich nigdy jeszcze nie słyszałem. Ale wkrótce potem jak górzysty Fayal znikł za widnokręgiem, Atlantyk stracił dobry humor. Z godziny na godzinę dęło coraz silniej, aż wiatr osiągnął siłę sztormu. Jednocześnie zdarzyły się inne rzeczy. Przede wszystkim wysiadło sprzęgło i pozbawiona silnika „Iskra” zmieniła się w stuprocentowy żaglowiec. Gnane zachodnią wichurą niskie chmury pędziły na wyścigi z nakrapianymi białą pianą szarozielonymi górami wodnymi, a jedne i drugie przeganiały pochyloną pod żaglami białą „Iskrę”. Nasz szkuner przedstawiał zapewne bardzo malowniczy widok, nikt go jednak nie mógł podziwiać, gdyż przez wiele dni nie spotkaliśmy ani jednego statku.

Wraz ze sztormem spadło na nas coś gorszego — brak słodkiej wody. Już po raz drugi w tej podróży jakimś sposobem do zbiornika dostało się trochę wody słonej. Powstała mieszanina nie nadawała się do picia. Pod postacią kawy czy herbaty łykali ją z obrzydzeniem tylko najbardziej spragnieni, a konieczne minimum płynu otrzymywaliśmy głównie jako zupy.

Wraz ze słodką wodą skończył się także chleb powszedni Polaków, czyli kartofle. Trzeba wiedzieć, że już w początkach pierwszego pięćdziesięciolecia Polski na morzu niegospodarne skąpstwo intendentury zmuszało zabierać z kraju zapas ziemniaków na całą podróż. Już w połowie rejsu, jeszcze przed Azorami, przy obieraniu ścinaliśmy po pół ziemniaka, pozostawiając tylko jego środek względnie wolny od czarnych gnilnych plam. Teraz ze śmierdzącej kupy gnijących kartofli naprawdę niewiele można było wybrać tego, co by się nadawało do jedzenia.

Początkowo sztorm nas nawet bawił. Szliśmy na wschód i nie można było wymarzyć lepszego kierunku wiatru. Ostrożność dowódcy często wywoływała podchorążych na pokład, to do refowania żagli, to do ich rozwijania, to znów żeby wielki czworokątny bryfok przebrasować na prawy albo lewy hals. Podobała się nam potęga sztormu i rozwścieczonego oceanu. Radość sprawiało czuć pod stopami pokład ,,Iskry”, która lekka jak piórko leciała po grzbietach fal z rekordową dla niej prędkością jedenastu węzłów. Sztorm nas bawił i męczył, ale było to zmęczenie, które w chwilach pracy na pokładzie dawało nam dużo satysfakcji ze sprawności, z jaką walczyliśmy z żywiołem, a po pracy sprowadzało twardy sen.

Nocne alarmy do żagli męczyły nas coraz bardziej. Przy refowaniu czy brasowaniu grota było zawsze głośno. Nie była to łatwa praca. Mokre żagle nie chciały poddawać się naszym dłoniom, mokre reflinki zamieniały się w stalówki, sprawiając wiele trudu przy ich wiązaniu czy rozwiązywaniu, nasiąknięte wodą manilowe liny szotów nie chciały chodzić w blokach. Podoficerowie-poganiacze nie szczędzili nam słownej chłosty. Oficerowie-dozorcy, po jednym przy każdym maszcie, naszym kosztem starali się nie narazić stojącemu na rufie faraonowi-dowódcy. Podchorążowie zaś mieli obowiązek pracować w milczeniu. Jeżeli się odzywali, to tylko półgłosem, tylko do najbliżej stojących kolegów i tylko po to, żeby ich skląć za zbyt mały wkład we wspólny wysiłek przy żaglach. Bo każdy uważał, że on sam wysila się najbardziej, a koledzy tylko udają.

Mijały dni i noce. Rozhukany ocean coraz mniej nas bawił, coraz więcej męczył. Ciągłe alarmy, bezsenność, brak słodkiej wody i przebywanie praktycznie bezustannie w mokrej odzieży dokonały swego.

Najgorzej dokuczała mokra odzież. W epoce nylonu trudno zrozumieć, że nasze robocze ubrania były uszyte z takiego drelichu, który po namoknięciu stawał się sztywny, jak dykta. W tym czasie na morzu było jeszcze dość ciepło, więc drelichy wkładało się na to byle co, co szumnie zwało się bielizną, ale co ciała od wierzchniego drelichu nie izolowało. W rezultacie, stale mokre od słonej wody nasze ciała były obcierane przez kanty drelichu, miejscami nawet do krwi. Wcierana w rany słona wilgoć sprawiała ból, a obtarte miejsca jątrzyły się, bo nie można ich było ani opatrzyć, ani obmyć w słodkiej wodzie. Ze zmęczenia i niewyspania, z pragnienia i ran wpadliśmy w stan duchowego otępienia. Wspomnienie ciepłej, zielonej Horty stało się wizją czegoś odległego i nierealnego, Anglia przed nami była tylko pojęciem, oznaczającym kres przeżywanych katuszy. Nie liczyliśmy już dni za nami, ani dni przed nami. Dnie i noce różniły się od siebie tylko tym, że w czasie coraz liczniejszych alarmów do żagli w dzień widzieślimy, jak nienawistne góry wodne piętrzą się za rufą „Iskry”, w nocy zaś ciemność oszczędzała nam tego widoku.

Nie przypuszczaliśmy, nieszczęśni, że to tylko łagodny wstęp do tego, co nam szykował kanał La Manche. Na Atlantyku dęło od rufy i woda wchodziła na pokład w stosunkowo umiarkowanej ilości. W kanale wiatr przeszedł na północ, stał się zimny, nierówny, porywisty i dął wprost z kierunku, w którym znajdował się cel podróży, Plymouth. „Iskra” jest wspaniałym żaglowcem, ale jest nieco oporna, gdy idzie o żeglugę pod wiatr. Nie chce i koniec. Z półwiatrem i owszem — pochyli się lekko na burtę i leniwie, bez pośpiechu, ale swoich kilka węzłów wyciągnie. Przy wietrze z ćwiartki dziobowej, nawet przy dość tępym bajdewindzie idzie naprzód tak powoli i z tak dużym dryfem, że ostatecznie jej droga nad dnem układa się i tak mniej więcej prostopadle do kierunku wiatru. Jak więc można było dojść do Plymouth, usiłując iść prosto pod wiatr i tylko na żaglach?

Halsowaliśmy bajdewindem, krążąc tam i z powrotem po cięciwie łuku zatoki, w której północnej części kryło się wymarzone przez nas portowe zacisze. Przez trzy dni i noce chodziliśmy między wybrzeżem Kornwalii, osłaniającym zatokę od zachodu, a skalistym przylądkiem Start Point na wschodnim jej krańcu. Ograniczenie akwenu, kaprysy wiatru i wysiłki, aby wykorzystać każdą szansę posunięcia się choćby o pół mili w głąb zatoki wymagały coraz częstszego wywoływania podchorążych na pokład.

Kanał dał nam szkołę. Staliśmy się gromadą zmaltretowanych galerników. Na ostry dźwięk alarmowego dzwonka podrywaliśmy się jak na trzask bicza dozorcy i tłocząc się na wąskiej schodni wyskakiwaliśmy na pokład, każdy na swoje miejsce przy olinowaniu. Padały ostre, szybkie komendy. Zgrabiałe dłonie z trudem rozsupływały mokre liny, szeklowały bloki, klarowały liny w taliach. Coraz ciężej było zesztywniałym mięśniom walczyć z ciężarem bomów, z naporem wiatru na żagle. Za szczęśliwca uważał się ten, kto w czasie alarmu miał wachtę przy sterze. Ale właśnie w tych warunkach coraz mniej było swarów i przeklinania. Coraz mniej popędzali nas podoficerowie, coraz rzadziej padały uwagi z ust oficerów, a wszystkie czynności wykonywaliśmy coraz szybciej i sprawniej. To była twarda ale dobra szkoła.

Dzień po nocy, noc po dniu, alarm za alarmem, wachta po wachcie, cały czas w zupełnie przemoczonych, sztywnych i niemiłosiernie tnących drelichach, prawie bez ciepłej strawy, którą stanowiła lurowata zupka i suchary. Hausty świeżego wiatru i zimny prysznic na pokładzie oszukiwały pragnienie, którego nie gasiła przecież zupa. Smak grubych i twardych sucharów, oślinionych słoną wilgocią z nigdy nie obsychających, brudnych dłoni kojarzył się z przyprawiającym o mdłości zaduchem nie wentylowanego pomieszczenia.

Drętwieliśmy z zimna, byliśmy półprzytomni z braku snu i przemęczenia. Na pokład wybiegaliśmy jak automaty. Nie szukaliśmy już nawet osłony przed przeszywającym wiatrem, ani przed bryzgami słonej wody. Po powrocie do pomieszczenia co odporniejsi windowali się podrywem mimo wszystko silnych, bo młodych ramion do huśtających się pod sufitem hamaków. Słabsi, ślizgając się po linoleum pokrytym nieprawdopodobną mazią mieszaniny wody morskiej i rozlewanej zupy, walili się w różnych kątach na podłogę i w najróżniejszych pozach zabezpieczających przed skutkami kołysania się okrętu łapali chwilę odpoczynku i złudzenia ciepła.

Pewnej nocy o mały włos a wszystko skończyłoby się tragicznie. Zbliżaliśmy się do skalistych brzegów przylądka Start Point. Nawigacja w tych warunkach nie mogła być i nie była dokładna, ale nikt nie przypuszczał, że jesteśmy już tak blisko brzegu. Zupełnie czarna noc i przelotne szkwały zmniejszyły widzialność do tego stopnia, że jedynym ostrzeżeniem o bliskości brzegu był pieniący się na skałach przybój. To, że w tym miejscu, mimo bliskości brzegu, było dostatecznie głęboko i to, że czyjeś oczy dostrzegły jaśniejący w ciemnościach przybój, było dziełem przypadku. Wszczęty alarm do żagli był naprawdę alarmem. Półżywi ze zmęczenia podchorążowie znaleźli się na stanowiskach przy olinowaniu w ciągu paru sekund.

W egipskich ciemnościach zalewane słonymi bryzgami oczy nic nie widziały. Przez świst wiatru i szum morza z trudem przebijały się rzucane z rufy spokojne, zdecydowane rozkazy dowódcy, powtarzane w komendach oficerów przy masztach. Uszy podchorążych były nastawione na głosy podoficerów kierujących czynnościami obsad trzech masztów. Podoficerowie kierowali swe głosy w ciemność, przekrzykiwali szum morza. Z ust podchorążych nie padło ani jedno słowo, ani jedno przekleństwo pod adresem któregoś z kolegów. Żaden inny alarm do żagli, żaden manewr zwrotu przez rufę z przebrasowaniem bomów ponad spardekami nie przebiegł tak sprawnie i w tak krótkim czasie jak ten. „Iskra” została uratowana od rozbicia na skałach.

Gdy po alarmie podchorążowie schodzili do pomieszczenia, z czyichś ust wyrwało się głębokie westchnienie — O Boże, co ja bym dał za udko pieczonej kaczki!

W ciągu dnia, który nastał po tej dramatycznej nocy, wiatr nieco zmienił kierunek. „Iskra” podciągnęła się na żaglach w pobliże portu, a tam silny holownik marynarki wojennej wziął ją za burtę i poprowadził w górę rzeki Plym. Na jej lewym brzegu rozłożył się dockyard, czyli baseny portu wojennego i jego nabrzeża, a na nich magazyny i warsztaty jednej z czterech stałych baz wojennej floty Wielkiej Brytanii.

Zbliżał się wieczór, gdy stanęliśmy na cumach w głębi basenu nr5. Był odpływ i „Iskra” wydawała się taka mała i zagubiona pod wysoką kamienną ścianą basenu. Jeszcze tego samego wieczoru ogoleni, umyci i ubrani w pachnące pleśnią granatowe mundury ruszyliśmy w miasto.

Plymouth nie było ładnym miastem. W śródmieściu od brzydoty kamienic naszą uwagę odwracały schludne, jasno oświetlone, świetnie zaopatrzone, ruchliwe domy towarowe, sklepy i sklepiki. Długie, wijące się po falistościach górzystego terenu ulice dzielnic otaczających śródmieście aż irytowały brzydotą i monotonią zabudowy. Dom podobny do domu, wszystkie ciasno poprzylepiane do siebie, wszystkie oddzielone od chodnika szerokim kawałkiem ziemi pokrytej starannie utrzymanym trawnikiem, każdy z wydętą na ulicę wypukłością niszy z potrójnym oknem. Można być pewnym, że za każdym takim oknem na parterze mieści się obowiązkowy sitting-room, że w jednej z jego ścian znajduje się kominek, przed kominkiem trzyosobowa przepaścista kanapa, a po jej bokach symetrycznie ustawione, identyczne z kanapą fotele. Można się założyć, że za każdym takim oknem na piętrze kryje się obowiązkowy bedroom, na dowód czego w każdym takim oknie widnieje tył trzyskrzydłowego buduarowego lustra. Pomiędzy dzielnicami schludnie utrzymanej architektonicznej brzydoty znajdowały się jednak oazy swoistego piękna, skwery z bardzo starymi lipami i tonące w ogrodach domy zamożnych ludzi. W parkowo-willowej zabudowie widziało się odznaczające się nowoczesną indywidualnością architektoniczną domy wkomponowane harmonijnie w dobrze utrzymane parki i ogrody.

W czasie tego pierwszego zetknięcia z Anglią nie zawarliśmy znajomości z intymną przytulnością angielskich sitting-roomów i nikt z nas nie widział wnętrza angielskiego bedroomu. Pierwsze zresztą chwile na lądzie poświęciliśmy na odrobienie zaległości w dziedzinie kulinarnej. Dwa tygodnie lurowatej zupy i sucharów pchnęły nas ku sklepom ze słynnymi angielskimi keksami, herbatnikami i czekoladą, ku barom z piwem, ku restauracjom, w których podawano grube na dwa palce krwiste rumsztyki z chrupiącymi frytkami. Dopiero gdy już sobie wynagrodziliśmy dwa tygodnie głodu i pragnienia, zwróciliśmy się ku innym sprawom.

My podchorążowie byliśmy na szczęście wolni od zmory robienia zakupów. Może dlatego, że i u siebie w kraju, mając na grzbiecie fasowany mundur a w kieszeni trzydzieści złotych na drobne wydatki, nie interesowaliśmy się pawimi piórkami w sklepowych wystawach. Dumni z munduru, nosiliśmy go ściśle zgodnie z regulaminem, jego czaru wspartego siłą nabywczą owych trzydziestu złotych (miesięcznie) używając jako pomocy w zdobywaniu zaspokojenia potrzeb ciała i duszy. W Plymouth, obdzieleni dotacją szylingów i pensów, ruszyliśmy na podbój miasta.

Program postoju nie przewidywał niczego, co by nastręczało okazje do zawiązania towarzyskich więzów. Nikt i nigdzie nie okazywał nam zainteresowania, nie byliśmy zaczepiani na ulicy, ani zapraszani gdziekolwiek. Nie interesowano się nami nawet na płaszczyźnie marynarskiej wspólnoty. Raz tylko zostaliśmy zaproszeni na podwieczorek do bardzo szykownych apartamentów oficerskiego kasyna. Przy stole siedzieliśmy sami. Nie było żadnych gospodarzy, choć w Plymouth mieściła się jedna ze szkół podchorążych marynarki. Nieco wyniośli, ale poprawni w każdym calu stewardzi dolewali nam herbaty i podsuwali patery z tortami, sądząc zapewne, że Polacy nigdy takich smakołyków nie kosztowali. Ale było to w czasach, kiedy Anglicy na ogół jeszcze sobie nie uświadamiali, że ich kuchnia jest najgorsza na świecie, a nasz apetyt na angielskie torty wypływał nie z porównań z polską sztuką cukierniczą, tylko ze wspomnień o twardych sucharach i herbacie na półsłonej wodzie. Zaprosili nas też raz podchorążowie zaokrętowani na stojącym w pobliżu lotniskowcu „Furious”, ale się okazało, że są to żółtodziobi cadets, średnio o kilka lat młodsi od nas i ze spotkania z nimi nic nie wyszło.

Tak samo nic nie wyszło z Angielkami. W domu, na terenach łowczych Torunia, gdzie wówczas mieściła się nasza podchorążówka, na wąziutkiej ulicy Szerokiej i na wspaniałej promenadzie Bydgoskiego Przedmieścia bez trudu łowiło się na podrywkę wspaniałe brzany. Na jedynym odkrytym przez nas plymuckim łowisku, wyniosłym wzgórzu Hoe Promenade, z którego roztaczał się widok na awanport i zatokę, można było złowić co najwyżej marną płotkę, a i ta w sieci dawała się trzymać tylko w obrębie zaludnionego deptaka, nie dając się sprowadzić z niego dalej jak w cień z rzadka zadrzewionego parku.

Z tej pierwszej znajomości z Angielkami wysnuliśmy, jak się później okazało, fałszywe o nich mniemanie, że lizać się lubią, ale temperamentu nie mają. Nie zaznawszy w swych kontaktach z Angielkami wiele przyjemności, podchorążowie wynieśli z nich jedną niezaprzeczalną korzyść, ruszyli mianowicie z martwego punktu ze znajomością języka angielskiego.

Uczyliśmy się go w podchorążówce, ale bez widocznych efektów. W Plymouth któregoś wieczoru jeden z podchorążych przyznał się, że pewna Angielka powiedziała mu, że jest monkey. Wywołało to ogólną sprzeczkę, w której jedni utrzymywali, że nazwała go małpą, a drudzy, że osłem, na co pierwsi replikowali, że nie osłem, tylko małpą, bo osioł po angielsku to donkey, aż wreszcie ów przezwany sam stracił pewność, czym się właściwie okazał w oczach dziewczyny. Dopiero wiele lat później ów podchorąży, brnąc głębiej w doświadczenia z Angielkami, dowiedział się, że jednak nie został wówczas nazwany osłem, bo w takim wypadku usłyszałby, że jest silly ass, gdyż tak to się po angielsku człowieka przezywa osłem. Upewnił się także, że dziewczyna z Plymouth nie nazwała go także małpą wprost, bo gdy teraz próbował tych samych sztuczek z innymi Angielkami, niektóre — na szczęście nie wszystkie — wykręcały się z oburzeniem, że z nimi nie będzie monkey business.

W czasie pierwszego praktycznego egzaminu z naszej znajomości angielskiego ujawniło się interesujące zjawisko mieszania ze sobą znaczeń dwóch podstawowych słów — where czyli „gdzie” i who czyli „kto”. Można sobie wyobrazić zdumienie pewnego policjanta na skrzyżowaniu ulic, gdy podeszli do niego szybkim krokiem dwaj zziajani podchorążowie i bez żadnych wstępów postawili pytanie — Who is the dog? „Kto jest psem?” — Podchorążym chodziło o drogę do dockyardu, czyli portu wojennego. Zbłądzili, czasu do końca przepustki zostało niewiele. Nowe dla siebie słowo dockyard skrócili do dock, co w ich ustach zabrzmiało twardo jak dog, czyli „pies”, no i zamiast angielskiego „gdzie” użyli słowa „kto”. Równie niedomyślny co nieobraźliwy bobby dłuższą chwilę patrzył niemo na Polaków i wreszcie dyplomatycznie odwrócił się, nie rozstrzygając trapiącej ich wątpliwości.

Przez błędne skojarzenia wrażeń fonetycznych i ja któregoś wieczoru obraziłem Anglika. Zeszliśmy się z pewnym młodym podoficerem marynarki w bramie do dockyardu i w czasie wspólnej drogi ku okrętom gadaliśmy sobie o tym i owym. Widocznie mój udział w konwersacji w postaci na ślepo strzelanych ooo,yes przebiegał prawidłowo, bo Anglik w swej niezrozumiałej dla mnie rozmowności zwracał się do mnie z wyraźnymi akcentami sympatii. W pewnej chwili zapytał — Do you like England? „Czy ci się podoba Anglia?” — Mnie się like pomyliło dźwiękowo z look, co znaczy „patrzeć”, a że „patrzeć, widzieć” jest pojęciowo blisko do „znać”, więc bez zbytniej bystrości, ale za to z dużą skwapliwością, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że Anglii nie znam, odpowiadając stanowczym no. Anglik zamilkł, kiwnął mi lekko głową i bez goodbye skręcił w bok.

Od tej pierwszej wizyty w Anglii minęło pięć lat i znowu jesienią, znowu po Azorach i znowu na „Iskrze” przybyłem tym razem do Gravesend pod Londynem i mogłem odnowić swoje pierwsze wrażenia z tego kraju. Znowu była soczysta zieleń trawników, mgły opalizujące w bladym słońcu, schludność i zadbanie o każdą piędź ziemi, nieśpieszny rytm uregulowanego, tchnącego dobrobytem życia, nieprzystępność ludzi spokojnych, zawsze bardzo uprzejmych, ale jakoś nie odkrywających się przed obcymi. W oczach przybysza z Polski, znającego skąpane w słońcu, barwne i pachnące, często śmierdzące, ale na swój sposób urocze Południe, Anglia przedstawiała się jak wytworny, lecz nudny pałac zamożnego człowieka z długim rodowodem nobliwych antenatów.

Dominującą pozycję w angielskim pejzażu zajmowały białe pomniki i szare, pokryte patyną czasu okazałe gmachy różnych instytucji. Tchnęło od nich morską historią Anglii. Widziało się ją wszędzie. W marmurowych pomnikach odkrywców, zdobywców i zwycięskich admirałów. Przemawiała z pociemniałych obrazów wiszących na ścianach holów, sal recepcyjnych i gabinetów nawet w tych instytucjach, które nie były z morzem związane bezpośrednio. Pełno było morza w czerni mahoniu i w blasku wypolerowanego mosiądzu tysięcy muzealnych i prywatnych pamiątek po starych okrętach, pamiątek z odkryć dalekich lądów, pamiątek po przodkach marynarzach i kolonizatorach Afryki, Indii, Malajów. Nawet rozłożyste skrzynie przed sklepami, pełne roztaczających charakterystyczne zapachy cytryn i pomarańcz, grejpfrutów i bananów, mówiły o dalekich lądach, o morskim handlu, który je tu masami sprowadzał.

W żadnym innym kraju, też przecież silnie z morzem związanym, w żadnej Francji, Portugalii czy Hiszpanii, nie spotykało się tylu świadectw ich morskiej historii. Nigdzie poza Anglią nie czuło się tak silnie, że kraj żyje i bogaci się z morza. Dumna brytyjska tezą Britannia rules the waves znajdowała potwierdzenie nie tylko w szarych sylwetach najeżonych bronią pancerników i krążowników, nie tylko w historycznych przekazach o kolonizatorskich podbojach i zwycięskich bitwach morskich, lecz także w tysiącach szczegółów świadczących o ogromnej flocie handlowej, o dynamicznie aktywnym rybołówstwie, o rozbudowanym przemyśle okrętowym, o dojrzałej i rozumnej administracji morskiej i o poszanowaniu morskich tradycji.

II

Machina wojenna w rozruchu

Ilekroć przyjeżdżałem do Anglii, zawsze była jesień. Gdy w dwa lata po pobycie w Gravesend przybyłem do tego kraju po raz trzeci, także była jesień. Ale tym razem zjawiłem się tu nie pod żaglami, ale pod armatnimi lufami „Błyskawicy”, na wojnę, która miała się przeciągnąć do sześciu bez mała lat.

Historia przejścia z Polski do Wielkiej Brytanii trzech naszych niszczycieli — „Błyskawicy”, „Groma” i „Burzy” — jest znana i nie będę jej tu powtarzać. Koncepcja tej operacji, oznaczonej pamiętnym kryptonimem „Pekin”, powstała na konferencji Sztabu Głównego Wojska Polskiego z przedstawicielami brytyjskiego Sztabu Imperialnego w maju 1939 roku. Położono na niej podwaliny pod późniejszy wojskowy sojusz polsko-brytyjski. Ze strony brytyjskiej padła wówczas propozycja, aby zanim działania wojenne zamkną Bałtyk, trzy najlepsze polskie niszczyciele przeszły do Anglii.

Z brytyjskiego punktu widzenia była to logiczna propozycja. Plany strategiczne były już ułożone, wszystkie karty, jakimi będzie rozgrywana wojna, przeanalizowane. W brytyjskiej dłoni tkwiły same blotki i jeden atut — morze. Wielka Brytania jest wyspą, oddzieloną od potężniejszego od niej wroga morzem, które łączyło ją z zagranicznymi źródłami zaopatrzenia surowcowego. Dzięki morzu Wielka Brytania stała się bogatym kolonialnym imperium, ono stanowiło spoiwo łączące w całość brytyjską Wspólnotę Narodów. Wielka Brytania miała najsilniejszą flotę świata i bogate doświadczenie, jak jej używać zarówno do celów zaczepnych, jak obronnych. Jednak tym razem brytyjska admiralicja zdawała sobie sprawę, że jej morskie siły mogą być za słabe. Z planów strategicznych wyłaniała się na przykład potrzeba posiadania 70 krążowników, podczas gdy w stanie floty było ich aktualnie tylko 54. Braki w trałowcach, okrętach eskortujących i niszczycielach szły w setki. Trzy polskie niszczyciele liczyły się.

W rok po wspomnianej konferencji powiedział mi pasz ówczesny szef Kierownictwa Marynarki Wojennej, wiceadmirał Świrski, że na brytyjską propozycję marszałek Rydz-Śmigły zareagował słowami: — To my tu będziemy walczyć, a oni tam zajadać angielskie befsztyki? — Ale ostatecznie uzgodniono, że „Grom”, „Błyskawica” i „Burza” opuszczą Polskę zanim Bałtyk zostanie zamknięty.

Nikt z nas nie próbował przesądzić słuszności tej decyzji.

Sprawa ta jednak nurtowała nas wszystkich. Z jednej strony, los polskich okrętów na Bałtyku był z góry przesądzony. Miało być tak, jak w marynarskiej piosence: — „Mamy rozkaz cię obronić, albo na dnie twoim lec”. — I tak się stało. W bardzo krótkim czasie pozostałe w kraju okręty legły na dnie albo internowały się w Szwecji. Z drugiej strony rozumowaliśmy, że nie po to państwo buduje sobie siłę zbrojną, aby kraj pozbawić jej właśnie wówczas, gdy staje się potrzebna do jego obrony.

Po wojnie stało się wiadome, że dla tych trzech niszczycieli istniały wówczas tylko dwie możliwości. Jedna — to tydzień, może dwa tygodnie, chwalebnego udziału w bezpośredniej obronie kraju, a następnie albo wieczny spoczynek na dnie Bałtyku, albo internowanie się w Szwecji, a może pocięcie na złom i przetopienie na stal dla hitlerowskich czołgów lub jeszcze coś gorszego — wydobycie, odremontowanie i służba pod hitlerowską banderą. Druga — to pięć i pół lat nieustających walk przeciwko hitlerowskiej banderze i przysporzenie jej więcej strat niż można ich było zadać na Bałtyku, a w końcu powrót do kraju. Trzeba też wziąć pod uwagę, że świetnie wyszkolone załogi tych trzech niszczycieli, po zdobyciu bojowego doświadczenia w okresie do wiosny 1940 roku, zostały użyte jako zalążek załóg nowych jednostek, które zaczęły wchodzić w skład polskiej marynarki wojennej w Wielkiej Brytanii. Z biegiem czasu rozrosła się ona do dwóch krążowników, dziewięciu niszczycieli, pięciu okrętów podwodnych i dziewięciu ścigaczy, nie licząc krótkotrwałej przynależności kilku jednostek francuskich, opuszczonych przez ich załogi.

Po upływie trzydziestu lat od zakończenia wojny polski historyk2 powiedział o nas: — „Z wielkim poświęceniem bili się wszędzie tam, gdzie było to możliwe. To oni [...] swoją nieprzerwaną walką zaświadczali, że «Jeszcze Polska nie zginęła»”.

Mówiąc o nieprzerwanej walce, autor ma oczywiście na myśli nie walkę bez przerwy, lecz fakt, że nasze okręty nigdy nie zostały z walki wycofane. Marynarka polska bowiem, jeżeli na początku wojny tym pojęciem objąć tylko trzy niszczyciele i dwa okręty podwodne, przystąpiła do walki od razu. Stopniowo rozrastając się, mimo ponoszonych strat, nie złożyła broni do końca. Jeśli spojrzymy na te pięć i pół lat przemierzania bezkresnych morskich pustkowi w monotonii regularnie zmieniających się wacht, to zobaczymy wiele konkretnych faktów świadczących o prawdzie stwierdzenia, że „wysiłek polskiego marynarza na Zachodzie służył wyzwoleniu narodowemu, przyśpieszał bowiem klęskę Niemiec hitlerowskich”3.

Wybuch wojny w Polsce zastał nasze trzy niszczyciele w połowie drogi przez Morze Północne. Przez cały pierwszy dzień września byliśmy zaabsorbowani prowadzeniem okrętów i odczuwaliśmy duże napięcie nerwowe, gdyż w każdej chwili oczekiwaliśmy ataku z powietrza lub spotkania z nawodnymi siłami niemieckimi. Ale wieczorem tego dnia, gdy ogarnęła nas cisza postoju na beczkach wewnątrz wojennej bazy w Rosyth, oklapnęliśmy duchowo wszyscy. Minęła noc, minął drugi dzień września, dzień rozterki, niepokoju, żalu. Tu nie ma wojny. Nad spokojną zatoką, nad otaczającymi ją wzgórzami wisi pogodna szkocka jesień. Wokół nas cisza, spokój, leniwy ruch portowych jednostek. Z łapanych bezpośrednio z Polski komunikatów radiowych dobiega szczęk oręża, a wokół nas kraj jak w letargu. Nosimy w sobie uczucie upokorzenia, że jesteśmy tu, a nie tam. Z niektórych ust padają słowa zwątpienia, czy osamotniony w walce kraj wytrzyma długo. Co będzie, jeżeli nie da rady? Każdy z nas zdawał sobie sprawę, że klęska militarna przyniesie eksterminację i ucisk, a każdy zostawił w kraju rodzinę. Ale następnego dnia ryk syren obwieścił przystąpienie Wielkiej Brytanii do wojny i podniósł nas na duchu.

O godzinie jedenastej w trzecim dniu września przestaliśmy być tylko uciekinierami z własnego kraju. Ci, którzy udzielili nam azylu, stali się od tej chwili naszymi aliantami. Trzeba przyznać, że brytyjska marynarka potrafiła jednym drobnym gestem nadać tej chwili uroczysty charakter. Miał on niestety tylko pięciu świadków. Byłem jednym z nich. Głęboka wymowa tamtej chwili wyryła się w mej pamięci na zawsze.

Miałem właśnie służbę na pokładzie i z tego tytułu znalazłem się przy trapie po zameldowaniu przez wachtowego podoficera, że ku ,,Błyskawicy” zbliża się duża motorówka pod banderą. Bandera oznaczała, że w motorówce znajduje się oficer, wobec czego zawiadomiłem o tym dowódcę okrętu i zaokrętowanego na „Błyskawicy” dowódcę dywizjonu. Motorówka dobiła do trapu, rozległ się świst witający wchodzącego oficera w stopniu komandora. Stanąwszy na pokładzie oficer zwrócił się frontem ku rufie, wyprężył się i o moment dłużej niż wymagał ceremoniał zasalutował banderze. W tej chwili zawyły syreny, a okrętowe dzwony zaczęły wybijać godzinę. Oddawszy honory banderze, komandor zwrócił się ku dowódcy dywizjonu, wyprężył się i podniósłszy ponownie dłoń do daszka powiedział: — I have honour to inform you, Sir, that His Majesty's Government has declared war on Germany. (Mam zaszczyt zawiadomić pana, że rząd Jego Królewskiej Mości wypowiedział Niemcom wojnę.) — A gdy dłonie obu oficerów splotły się - w mocnym uścisku, dodał: — From now on we are allied in a common cause. (Od tej chwili jesteśmy zjednoczeni we wspólnej sprawie.)

Z tysięcy polskich żołnierzy każdy ma swoje własne wspomnienia o tym, jak za granicą wojnę zaczynał. Marynarzy z trzech pierwszych niszczycieli i z dwóch okrętów podwodnych, które do nich wkrótce dołączyły, wyróżnia to, że za granicą znaleźli się najwcześniej i że przybyli tam w zwartych oddziałach, w pełnej gotowości bojowej. Nas nie musiano najpierw ewidencjonować, potem mundurować, formować, szkolić i wreszcie wydawać nam broń. Jak nas w sierpniu zapięto na ostatni guzik intensywnymi ćwiczeniami w Zatoce Gdańskiej, tak w kilka dni później weszliśmy do działań bojowych najpierw na Atlantyku, a wkrótce potem na Morzu Północnym. Zdążyliśmy też trochę przypatrzeć się tej Anglii i takim Anglikom, których już nie zobaczyli Polacy przybywający tu po upadku Francji.

Mimo zjednoczenia we wspólnej sprawie, z początku nasi alianci i gospodarze zdaje się nie bardzo wiedzieli, do jakich działań nas przeznaczyć. Z Rosyth przeszliśmy do Plymouth. „Grom” i „Burza” robiły stamtąd jakieś patrolowe i konwojowe wypady na Atlantyk, „Błyskawicy” zaś powierzono eskortowanie dużego transportowca, wiozącego z Liverpoolu do Konstancy bombowce dla Polski. Była to jedyna pomoc, jakiej chciano udzielić naszemu walczącemu krajowi. My doprowadziliśmy transportowiec tylko do Gibraltaru, a on sam dotarł jeszcze do Malty, gdzie pozostał, bo wojna w Polsce właśnie się skończyła.

Brytyjczycy zapewne zdawali sobie sprawę, że w takim czasie nie należy nas pozostawiać w bezczyności. Po powrocie „Błyskawicy” z Gibraltaru wszystkie trzy niszczyciele posłano na morderczy z powodu ciężkiego sztormu patrol dookoła Irlandii i wreszcie zdecydowano wcielić do któregoś zespołu okrętów brytyjskich. Z tego powodu najpierw na miesiąc stanęliśmy w Plymouth dla dokonania na okrętach drobnych remontów oraz przeszkolenia oficerów, sygnalistów i radiotelegrafistów w zakresie taktyki działania i współdziałania niszczycieli. Na początku listopada weszliśmy w skład stacjonującej w Harwich 1 flotylli niszczycieli. Składała się ona z ośmiu niszczycieli typu „G”, my powiększyliśmy jej stan do jedenastu okrętów. Terenem operacyjnym tej flotylli miało być Morze Północne i okolice ujścia Tamizy. I tak na dobre weszliśmy w wojnę, której — według naszej opinii — mimo wszystko nie było.

Zanim to nastąpiło, tuż na początku, we wrześniu, żyliśmy w szczególnej atmosferze. Czuliśmy się wywiedzeni w pole i oszukani. Nasłuchiwaliśmy przez radio komunikatów z Polski i o Polsce, odbieraliśmy okruchy korespondencji radiowej prowadzonej przez pozostałych w Gdyni i na Helu kolegów. Upokorzeni odsunięciem nas od walki toczącej się w kraju, marzyliśmy o szybkiej akcji aliantów na Zachodzie.

Każdy manewr naszymi okrętami rodził nadzieję, że jest to może wstęp do czegoś większego, że może jutro przyniesie nam udział w jakiejś dużej operacji przeciwko Niemcom. Jednak jutro przynosiło rozczarowanie, wystawiało cierpliwość na próbę i budziło nadzieję na następne jutro. I tak w oczekiwaniu na mającą się lada moment rozpocząć prawdziwą wojnę doczekaliśmy się klęski samotnie walczącej Polski.

Minął wrzesień, stopniowo przemijał październik. Nieudzielenie Polsce pomocy i nieuzyskanie przez nas w walkach na Zachodzie rehabilitacji za nieobecność w kraju stały się faktem dokonanym. W październiku, w okresie remontu i szkolenia się w Plymouth, mieliśmy nieco czasu i możności rozejrzeć się wokół. Zaczęliśmy powoli rozumieć, dlaczego Wielka Brytania nie przystąpiła do ofensywnych działań przeciwko Niemcom, nawet na morzu. Wychowani w kulcie dla morskiej potęgi Anglii, teraz, wcieleni w skład jej floty, zaczęliśmy dostrzegać także jej niedomagania. Za mało jednak jeszcze wiedzieliśmy, aby zrozumieć przyczyny brytyjskiej wstrzemięźliwości i aby móc naszych aliantów rozgrzeszyć z nieudzielenia bezpośredniej pomocy walczącej Polsce. Żal do nich i krytycyzm w stosunku do ich postawy wobec wojny były w nas owej jesieni w pełnym rozkwicie. Ale jedno widzieliśmy wyraźnie i co do tego nie mieliśmy wątpliwości — Wielka Brytania przygotowywała się do długiej wojny. Byliśmy też przekonani, że na wyspie nie będzie spekulowania, jak z tej wojny wyjść obronną ręką. Mówiło się tylko o jej zwycięskim zakończeniu, ale trzeba ją było wpierw rozpocząć. Tymczasem akcji wojennej wciąż nie widzieliśmy.

Tego, co robiliśmy na Morzu Północnym jesienią i zimą, wojną nazywać nie chcieliśmy. Chodziliśmy na bezcelowe, jak nam się zdawało, patrolowanie morza i bezowocne „pościgi za duchami”.

Ileż to razy stawiano załogi na nogi stereotypowo brzmiącym rozkazem — Raise steam with full dispatch, be ready to proceed at... (Podnieść parę z całym pośpiechem, być gotowym do wyjścia w morze o godzinie...) — Jeśli taki sygnał przychodził na okręt, gdy załoga była na lądzie, we wszystkich barach Harwich czyjś głos głuszył na chwilę ogólny gwar zawiadamiając, że marynarze z takiego to a takiego okrętu mają natychmiast wrócić na pokład. W kinach na moment przerywał się obraz, a na ekranie pojawiał się anons o odwołaniu marynarzy z przepustki.

Urlopowicze wracali, gdy już potężnie szumiały dmuchawy tłoczące powietrze do kotłowni z parą w kotłach na dużą prędkość. Na morzu świeży wiatr wywiewał z ludzi ospałość i barowo-kinowe rozleniwienie. Marynarze, zespoleni w jedno z okrętem i jego uzbrojeniem, wpijali się wzrokiem w migotliwą powierzchnię morza, w zamglony widnokrąg, w zachmurzone niebo z nadzieją w sercu, że może lada chwila ujrzą nierozpoznaną sylwetkę, patyczek wysuniętego peryskopu lub usłyszą szum lotniczych motorów. Silne maszyny przenosiły okręt w coraz bardziej odległe rejony Morza Północnego. Mijały cztery godziny wachty, mijał wypoczynek, znowu wachta i tak dalej przez kilka dni i nocy z rzędu. Rozczarowani, znudzeni wracaliśmy do portu i znów na kilka godzin uciekaliśmy do czegoś innego niż puste morze — na piwo do baru lub do kina na głupi amerykański film z wielkim problemem czy kapryśna diwa zechce wystąpić w rewii, czy nie i czy finansujący ją milioner zarobi na tym jeszcze trochę dolarów, czy też nie zarobi.

Marzyliśmy o potyczce z niemieckimi okrętami, ale te nie szukały spotkania. Traciliśmy wiarę, że kiedykolwiek zestrzelimy samolot. Chcieliśmy wierzyć komunikatom brytyjskiej admiralicji o obecności U-bootów u wybrzeży Anglii, ale nigdy o tym nie przekonaliśmy się. Doszło do tego, że w mesie na „Błyskawicy” zaczęliśmy urządzać seanse spirytystyczne, usiłując od duchów dowiedzieć się, kiedy wreszcie... Ale duchy nie przychodziły.

Jedyny widomy znak, że na morzu toczy się jednak jakaś wojna, stanowiły miny. Jedne, i to własne, zerwane z lin kotwicznych, dryfowały po powierzchni morza jako dowód, że wyspy brytyjskie są oddzielone od Morza Północnego strategicznymi polami minowymi. Inne, i te były najgorsze, leżały na dnie morza, podrzucane na żeglownych trasach przez samoloty, U-booty i przybrzeżne statki pod neutralnymi banderami. Były to miny magnetyczne nowego typu, przeciwko którym nie wymyślono jeszcze środków zaradczych. Toteż widomym znakiem wojny był dla nas las setek masztów i kominów statków handlowych, zatopionych na płytkich wodach kanału La Manche i na trasach konwojowych wzdłuż wschodniego wybrzeża.

A tymczasem w rzeczywistości właśnie na morzu toczyła się wojna. Od pierwszych dni września. I my braliśmy w niej udział. Każdy nasz okręt stał się małym trybikiem wojennej machiny, z której ogromu nie zdawaliśmy sobie sprawy. Nasze bezcelowe patrole i bezowocne pościgi za niemieckimi okrętami, których nigdy nie mogliśmy przyłapać, nasze noga za nogą posuwające się wśród min przybrzeżne konwoje — wszystko to było potrzebne i pożyteczne. Tylko że my po prostu nie znaliśmy sytuacji, w jakiej wówczas znajdowała się Wielka Brytania i nie rozumieliśmy jej morskiej strategii, która kierowała także naszymi okrętami.

Współczesna wojna, a mam na myśli czasy pierwszej i drugiej wojny światowej, to przede wszystkim zaplecze przemysłowe, zapewnienie mu dopływu surowców, organizacja potencjału przetwórczego, zaopatrzenie kraju w żywność. intendentura, transport, łączność i wiele innych jeszcze spraw, bez których sam oręż nie na wiele się zda. Gotowe i stojące natychmiast do dyspozycji siły bojowe topnieją w bitwach bardzo szybko. Uzupełnianie topniejącego potencjału wojennego nie sprowadza się do prostego powoływania pod broń coraz to nowych roczników rezerwistów. To sprawa stworzenia i nieustannego rozbudowywania olbrzymiej i niezwykle skomplikowanej machiny zaplecza surowcowego oraz przemysłowego walczącego kraju. W 1939 roku Wielka Brytania nie uruchomiła jeszcze tej machiny. Można Wielkiej Brytanii zarzucić, że w odpowiedniej chwili nie przeciwstawiła się powstaniu potencjalnie agresywnej, militarnej potęgi hitleryzmu. Można jej także zarzucić, że widząc, do czego hitleryzm zmierza, nie rozwijała własnych sił, ale za skutki krótkowzroczności, której się zresztą Anglia nie zapiera, zapłaciła bardzo wysoką cenę.

Brytyjczycy kierowali się tezą, której słuszność udowodniła już pierwsza wojna światowa, że z potęgą militarną tak typowo lądową jak niemiecka rozstrzygnięcie wojny można osiągnąć tylko na lądzie. Morze jest terenem pomocniczym, zapleczem dla lądowych sił zbrojnych, drogą dopływu surowców. Na morzu można przeszkadzać wrogowi w uzyskiwaniu zaopatrzenia, którym się żywi jego machina wojenna, ale nie podpisuje się na nim aktów kapitulacji. W czasie pierwszej wojny światowej, ściśle mówiąc wiosną 1917 roku, Brytyjczykom zajrzało w oczy widmo głodu albo rychłej kapitulacji i nie tylko z powodu wyników działalności takich samych korsarzy, jacy teraz w tym samym celu wyszli na Atlantyk już w sierpniu. A morska wojna przeciwko brytyjskiej żegludze, godząca w podstawowe warunki egzystencji Wielkiej Brytanii, toczyła się uprzednio nie tylko na Atlantyku, ale także na Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. U progu drugiej wojny admiralicja brytyjska widziała, że przed jej flotą stoją zadania ponad siły, znowu na Atlantyku, na Oceanie Indyjskim i Spokojnym.

Słuszności tezy, że także druga wojna światowa rozstrzygnie się na lądzie, dowiódł cały jej późniejszy przebieg. Dowiódł tego tak wybitnie lądowy a jednocześnie decydujący front, jak front niemiecko-radziecki, front włoski i inwazja w Normandii. Dla wszystkich tych operacji morze było tylko ich strategicznym zapleczem. Ale jednocześnie nawet tak wybitnie lądowa i w największym stopniu decydująca wojna prowadzona przez Armię Czerwoną miała swe morskie zaplecze. Lądowanie w Afryce, na Sycylii, na Półwyspie Apenińskim i powstanie frontu zachodniego po lądowaniach w Normandii zależały całkowicie od morskiego zaplecza.

Przed wojną panowało w Polsce powszechne przekonanie, że Francja i Wielka Brytania są militarnymi potęgami. Ich siła była czymś zrozumiałym samo przez się i nikomu nie nasuwały się co do tego wątpliwości. Z tym przekonaniem polscy marynarze przybyli do Anglii, gdzie przekonali się o swoich iluzjach.

Błąd w ocenie sił naszych ówczesnych sojuszników jest sam w sobie zjawiskiem natury psychologicznej. W psychice obywateli niejako nowo narodzonej po 150 latach nieobecności na mapie świata ubogiej Polski zwycięzcy Niemiec w ostatniej wojnie, Wielka Brytania i Francja, musiały być państwami silnymi. Tę samą pomyłkę popełniali Polacy z kraju w stosunku do Wielkiej Brytanii zaraz po drugiej wojnie. Przyjeżdżając do Anglii dziwili się bardzo wielu rzeczom. — To tu nie ma jedwabnych pończoch? — wykrzykiwały rozczarowane panie. — To tu wszystko na kartki? — Tygodniowa racja margaryny zmieści się w pudełku od zapałek? — Ogonki po papierosy? — Przecież Anglia wygrała wojnę!

W wybitnie lądowej wojnie, jaką zainicjowali Niemcy w środkowej Europie, Polska i Francja nie zyskały w Wielkiej Brytanii sojusznika zdolnego do przyjścia z czynną pomocą.

Brytyjska flota wojenna, mimo swej niezaprzeczalnej potęgi, również nie wchodziła w rachubę. Przede wszystkim dlatego, że w istniejących warunkach geopolitycznych flota ta nie mogła stanowić podstawowej siły uderzeniowej, a poza tym dlatego, że niemiecka blokada minowa i podwodna oraz podjazdowy charakter, jaki działaniom na morzu z miejsca nadali Niemcy, zaabsorbował całkowicie flotę brytyjską działalnością na rozległych obszarach Atlantyku. Jeśli zaś chodzi o brytyjską armię lądową, to chociaż była ona daleka od możliwości stawiania Niemcom oporu, zaczęto ją stopniowo przewozić na kontynent dosłownie już nazajutrz po wypowiedzeniu wojny. Oddziały wojskowe wraz ze zmechanizowanym sprzętem przewożono do Cherbourga, Nantes i Saint-Nazaire. Ze względu na energiczną ofensywę minową Niemców na przybrzeżne wody brytyjskie, zaskoczenie nowym typem min magnetycznych i brak trałowców, operacje transportowe przebiegały raczej powoli. W dniu 7 października, a więc w momencie zakończenia działań wojennych w Polsce, na terenie Francji zebrano zaledwie 161 tysięcy żołnierzy, 24 tysiące pojazdów i 140 tysięcy ton zaopatrzenia. Tak zwany Brytyjski Korpus Ekspedycyjny osiągnął w maju 1940 roku siłę blisko pół miliona żołnierzy. Ile to było warte, pokazała wkrótce kampania majowo-czerwcowa. Rozpoczęta uderzeniem Niemców na Holandię, przeleciała blitzkriegiem przez Belgię i Francję, aby już 21 czerwca zakończyć się podpisaniem przez Francję aktu kapitulacji. Gdy Niemcy brali na Francuzach rewanż za własną kapitulację w pierwszej wojnie, podpisując akt w Compiegne w tym samym wagonie kolejowym, w którym podpisywali swoją kapitulację w 1918 roku, po brytyjskim korpusie już od trzech tygodni nie zostało we Francji śladu.

Czas i bieg wypadków wykazały, że Francja nie była dobrym sojusznikiem ani dla Polski, ani dla Wielkiej Brytanii. Wielu Polaków, których wojenna zawierucha rzuciła najpierw do Francji, miało możność z żalem i zdumieniem usłyszeć z ust Francuzów słowa wyrzutu, że ich naród dał się wciągnąć w awanturę wojenną z powodu nierozsądnego oporu Polaków, że wszystko spadło na Francję z powodu jakiegoś tam, nic ich nie obchodzącego Gdańska i polskiego „korytarza”. Francuzi byliby radzi, gdyby wobec niemieckich żądań Polska zachowała się jak Austria i Czechosłowacja.

Później, w czasie okupacji, we Francji powstał ruch oporu, oparty głównie o klasę robotniczą, zorganizowany i prowadzony przede wszystkim przez francuskich komunistów. Na tle ich uświadomienia co do przyczyn i celów toczącej się wojny oraz ich postawy wobec okupanta jeszcze bardziej jaskrawo ukazała się bierność cechująca dużą część francuskiego społeczeństwa. Francuski ruch oporu udowodnił, że w kraju tym nie brakło jednak patriotów rozumiejących, że w Europie, a wówczas już na całym świecie, gra idzie o stawkę większą niż polski ..korytarz”. Niestety, niecałe społeczeństwo francuskie miało tę świadomość.

Pamiętam, jak pod koniec wojny przybyli do Anglii dwaj polscy podchorążowie marynarki, którzy uciekli ze stalagu. Opowiadali oni, że na terenie okupowanej Holandii i Belgii można było zapukać do pierwszych lepszych drzwi i być pewnym pomocy, natomiast we Francji często trafiało się na asekurantów, tchórzliwie zatrzaskujących drzwi przed nosem i trzeba było bardzo się strzec, aby nie trafić na denuncjatora.

Działania wojenne w maju i czerwcu 1940 roku wiele francuskich okrętów zagnały do brytyjskich portów. Pancerniki „Paris” i „Courbet”, niszczyciele „Mistral”, „Ouragan”, „Leopard” i „Triomphant”, największy podówczas okręt podwodny świata „Surcouf” i szereg różnego rodzaju mniejszych jednostek nie musiały w ostatniej chwili, jak nasze trzy niszczyciele, umykać od zagłady, która czekała je na Bałtyku, nie mówiąc już o heroicznym wyczynie „Orła” i „Wilka”. Francuskie okręty były na miejscu, gotowe do kontynuowania walki. Ale francuscy marynarze niejednokrotnie walczyć nie chcieli. Chcieli oni wrócić do domu, do okupowanej przez wroga ojczyzny, niejako pod prąd strumienia Polaków i Czechów, Norwegów i Holendrów, uciekających ze swych okupowanych krajów do Wielkiej Brytanii. Gdy inni przybywali na wyspę żeby walczyć, gdy niecierpliwili się w oczekiwaniu na czołgi i wyciągali ręce ku karabinom, samolotom i okrętom, Francuzi porzucili swoje pancerniki i ścigacze, niszczyciele i patrolowce, żądając ewakuacji do Francji. Na tym tle doszło nawet w Plymouth do przykrego incydentu na okręcie podwodnym „Surcouf”. Wobec pogłoski o zamiarze sabotażu na jego pokład wszedł uzbrojony oddziałek brytyjskich marynarzy. Francuzi zareagowali strzałami. Padli zabici.

Francuskich marynarzy, którzy nie chcieli walczyć, Brytyjczycy odesłali do Francji, a opuszczone okręty rozdzielili między siebie, Polaków i Holendrów. Marynarzy wsadzili na transportowiec „Meknes”, ogłosili neutralność statku i posłali go najkrótszą drogą przez kanał La Manche do Francji. W kanale statek z nieznanych powodów wyleciał w powietrze.

W Wielkiej Brytanii panował inny pogląd na przyczyny i cele wojny. Polacy nigdy nie słyszeli od Anglików, że wojna spadła na nich z powodu Polski. Zarówno rządowi, jak i całemu społeczeństwu, Polska i jej losy były najzupełniej obce i — powiedzmy to sobie szczerze — bezpośrednio obojętne. Wielka Brytania wypowiedziała Niemcom wojnę z własnych powodów, w obronie własnej skóry i dla własnych celów. Jako państwo imperialistyczne i kolonialne nie mogła tolerować narodzin nowej potęgi imperialistycznej, niedwuznacznie upominającej się o utracone kolonie. Brytyjczycy zdawali sobie sprawę, że z nowym partnerem do podziału bogactw świata nie będzie się można o nic układać ani teraz, ani kiedykolwiek.

Na płaszczyźnie zwykłych ludzkich kontaktów między kombatantami początki polsko-brytyjskiej wspólnoty czasu wojny były bardzo skromne. Historia tak zrządziła, że to właśnie Francja stała się w pierwszej chwili ostoją tysięcy Polaków, którzy postanowili kontynuować walkę z najeźdźcą poza granicami kraju. We Francji utworzył się emigracyjny rząd, tam zbierali się zawodowi wojskowi, rezerwiści i cywilni ochotnicy, uciekinierzy z Polski i patrioci z emigracji. W Wielkiej Brytanii znalazło się w tym czasie tylko pięciuset marynarzy na pięciu pierwszych okrętach i garstka lotników, którzy wkrótce zaczęli latać na bombowcach RAF. Stąd tylko oni pamiętają niejako przedwojenną atmosferę tego kraju i Anglików innych niż w późniejszym okresie podciągania pasa, zaciskania zębów, rozbitych rodzin i zburzonych miast. Ale tak we wcześniejszym jak i późniejszym okresie wojny Polacy na terenie Wielkiej Brytanii cieszyli się wielką sympatią społeczeństwa. W każdym nurcie międzyludzkich stosunków, a więc zarówno w sprawach urzędowych, fachowych, wojskowych, jak w życiu prywatnym, zawsze się widziało i wyczuwało szacunek dla Polaków za ich oraz ich kraju fighting spirit.

O losach Polaków, których wojna rzuciła na Zachód i o ich stosunkach z Anglikami mówiono już wiele. Większość relacji na ten temat dotyczy czasów późniejszych od naszego przybycia na wyspę co najmniej o rok. W ciągu zaś pierwszego roku wojny kraj przeszedł takie przemiany, że większość Polaków nie poznawała już Anglii przedwojennej. Relacje z tego okresu są bardzo różne. Niektóre pochodzą od Polaków, którzy z takich czy innych powodów nie zadomowili się w Anglii lub nie opanowali języka angielskiego w dostatecznym stopniu, albo nawet nie nauczyli się go wcale. Nie ma zaś większej bariery między ludźmi, jak brak wspólnego języka.

Była tradycyjnie jesień, gdy przybyłem do Anglii po raz trzeci w życiu. Tej pierwszej wojennej jesieni angielski pejzaż był jeszcze taki sam, jak w czasie moich poprzednich wizyt w tym kraju. Na zielonych boiskach dzieci szkolne grały w hokeja na trawie, brzydkie miasto Plymouth po staremu lśniło czystością, a po podmiejskich wzgórzach snuły się smętne jesienne mgły. Na zewnątrz wszystko po staremu świeciło nienaruszonym ładem i unormowanym trybem życia. Jedyne znaki wojny to stosy worków z piaskiem przed frontonami co cenniejszych zabytków architektury, wiszące nad miastem zaporowe balony i białą farbą malowane napisy shelter, „schron”. W nocy miasto tonęło w całkowitym zaciemnieniu. Jej czerń ożywiały tylko nikło świecące krzyżyki, wycięte w blachach zasłaniających światła na skrzyżowaniach ulic i samochodowe reflektory.

Październik spędzony w remoncie stoczniowym w Plymouth w dużym stopniu przypominał mi październik sprzed siedmiu lat, gdy w tymże Plymouth tkwiliśmy także w remoncie w tym samym dockyardzie. „Błyskawicę” postawiono nawet dokładnie w tym samym miejscu w basenie nr 5, gdzie kiedyś postawiono „Iskrę”. W jakimś sensie byłem znowu w Anglii przedwojennej. Nie dotknięci jeszcze wojną w jakiś bardzo osobisty sposób, jeszcze nie zaniepokojeni Anglicy nie pojmowali całego rozmiaru tragedii Polski. Była ona dla nich w ogóle pojęciem abstrakcyjnym, a jej wrześniowa tragedia — tylko jakimś słabo brzmiącym ostrzeżeniem. Nie dostrzegali oni, że przeżywaliśmy podwójną, bo narodową i osobistą tragedię, gdyż w tym czasie nikt z nas nie miał jeszcze wiadomości o losach najbliższych.

Anglicy nie mieli też poczucia własnej słabości i bezbronności. Wielka Brytania w ciągu wieków odnosiła zwycięstwa i zdobywała. Jeżeli tu i ówdzie brała też cięgi, to odbywało się to zawsze gdzieś daleko od jej granic, poza widnokręgiem otaczających wyspę mórz, poza zasięgiem wzroku, a często także świadomości ludzi pewnych siebie, czujących się bezpiecznie pod pancerzem własnej ignorancji świata.

Po dockyardzie snuli się marynarze Royal Navy, nie przeczuwający, że już wkrótce niejeden z tłoczących się tam stalowych kolosów pójdzie na dno. Chodzili po mieście szykownie wyglądający żołnierzykowie Territorial Army, nie przewidującej własnych przeobrażeń w bataliony skoczków spadochronowych i brutalnych komandosów ani bitew w puszczach Birmy i na palących piaskach Libii. W koszarach, kantynach, na scenach żołnierskich teatrzyków rozbrzmiewała wesoła piosenka, buńczucznie zapowiadająca wieszanie bielizny on the Siegfried Line. Podochoceni piwem żołnierze nawet nie przypuszczali, że za pół roku ich niedobitki będą niemal wpław wracać przez kanał La Manche z kontynentu, nawet z daleka nie zobaczywszy linii Zygfryda.

W przekonaniu ogółu Anglików Wielka Brytania była twierdzą, która nie może być podbita, bo jeszcze nigdy podbita nie była — jak mi raz tłumaczył pewien zdawałoby się inteligentny dżentelmen.

— Na szczęście dla siebie, Anglicy mają czaszki równie twarde co pozbawione wyobraźni i dlatego wytrzymują ciosy, od których inni padają — napisał pewien zagraniczny dziennikarz.

Jednak prawdziwym szczęściem było to, że brytyjską „twierdzę” otaczają morza, od europejskiego kontynentu oddziela głęboka fosa kanału La Manche.

Dla Anglii druga wojna światowa toczyła się tylko na morzu. Okręty Home Fleet uganiały się za kieszonkowymi pancernikami „Deutschland” i „Admiral Graf Spee” po całym Atlantyku. U-booty torpedowały statki również na Atlantyku, gdzieś na zachód od wybrzeży Irlandii. Statków, które wylatywały na minach na trasach przybrzeżnych konwojów, także z brzegu nie można było dostrzec. Społeczeństwo, żyjące ciągle jeszcze pokojowym rytmem życia, tylko czytało o tym w gazetach. Było ono dumne ze swej Royal Navy, a ta — wierna tradycji — wykonywała swoje zadania i nie chełpiła się. Sytuacja na morzu, jak też ogólna sytuacja polityczna, spędzała sen z powiek tylko admirałom wtajemniczonym we wszystkie karty wojny. Między jednym gorącym incydentem a drugim wojna na morzu nie dawała o sobie znać krzyczącymi nagłówkami w gazetach. A marynarze brytyjscy do wojny i do tego, co ich na wojnie mogło spotkać, podchodzili po sportowemu, nawet z humorem.

Kiedyś w Harwich zwaliła się na ,,Błyskawicę” gromadka oficerów z brytyjskich niszczycieli naszej flotylli. Każdy z nich był od czegoś specjalistą, szybko więc nastąpił naturalny dobór partnerów w rozmowach. Torpedyści rozprawiali o torpedach, artylerzyści — o armatach, coś tam sobie opowiadali lekarze. Grupka artylerzystów poszła oglądać działa, dalmierze, centralę artyleryjską. Mieliśmy bez wątpienia dobrą artylerię, ćwiczoną przede wszystkim w celności strzelania na możliwie dużą odległość i nasza centrala artyleryjska do tego się nadawała. Była skomplikowana, precyzyjna. Nasi chwalili się metodą strzelania, opowiadali, jakie mieli wyniki na ćwiczeniach. Anglicy podziwiali centralę, z niedowierzającym zachwytem słuchali, jak można trafić w inny niszczyciel z odległości kilkunastu tysięcy metrów.

— A jakie wy macie centrale na waszych niszczycielach? — dopytywał się Polak.

— Ee, to właściwie nie są centrale... bardzo prymitywne.

— A możecie strzelać celnie, no, powiedzmy na odległość dwunastu tysięcy?

— Nie wiem, nie próbowaliśmy.

— To jaką wy stosujecie taktykę?

— My? Bardzo prostą. Cała naprzód, wprost na nieprzyjaciela. Podchodzimy na cztery, pięć tysięcy i walimy ogniem ciągłym prosto w burtę...

— A potem?

— Potem? Potem, jeżeli oni nas nie trafią, gwałtownie odskakujemy, może nawet pod zasłoną dymną..., a potem jeszcze raz doskakujemy tamtym pod burtę.

Innym razem, było to jakoś w grudniu i także w Harwich, zostaliśmy powiadomieni, że do portu ma wejść okręt podwodny „Salmon” i że wszystkie okręty mają pierwsze mu salutować. Wkrótce sunął w górę nurtu obły kształt, a z jego wieżyczki oficer odpowiadał gwizdkiem na saluty zebranych w porcie niszczycieli. Dowódca „Salmona”, kapitan Bickford, stał się bohaterem narodowym. Dwa tygodnie temu storpedował i zatopił pod Helgolandern niemiecki okręt podwodny „U 36”, a zaledwie przed paru dniami tamże zaatakował idące w osłonie niszczycieli lekkie krążowniki „Leipzig” i „Nürnberg”. Nie zatopił ich wprawdzie, ale tak uszkodził, że na pewien czas musiały wycofać się z akcji. Atak przeprowadzony przez Bickforda był bez wątpienia bardzo odważny i zakończony świetnym sukcesem, który we flocie wojennej wzbudził radosny entuzjazm, a Bickfordowi przyniósł największe uznanie.

Następnego dnia po południu do naszej mesy dobiegły z pokładu „Błyskawicy” gwizdki i krzyki, a zanim zorientowaliśmy się, o co chodzi, do mesy wtargnęła wesoła gromadka nie znanych nam młodych oficerów, taszczących ze sobą pokaźnych rozmiarów skrzynkę z dwoma tuzinami butelek piwa. Na czele tej roześmianej, hałaśliwej gromady kroczył bohater spod Helgolandu, Bickford.

Byli weseli, bezpośredni, bezceremonialni. Nazwisk nie ciekawi, dopytują się o imiona i wymieniają od razu swoje. Gwar, szum, śmiechy, nasza jeszcze mocno łamana angielszczyzna. Rewanżujemy się, każąc im wymawiać imię naszego okrętu. — Blyszkawisz-ka, Blyskawiska, oh! Bottle-of-whiska! Ha, ha, ha! — My bronimy się żartobliwie. — Nie plugawcie pięknego imienia! Po waszemu to znaczy lightning. A wasz „Salmon” to u nas zwyczajny łosoś. — Loszosz, lososz, ha, ha, ha! His Majesty's Ship „Loszosz”!

Na temat torpedowania krążowników Bickford nie dał się pociągnąć za język. Sprawiał wrażenie, że nie przywiązuje do tego wagi. Dla niego to nie były okręty wroga, tylko przeciwnika. Jak w sporcie. My do Niemców z nienawiścią, on na wesoło. My mówiliśmy o pragnieniu odwetu, on o grze podkradania się na peryskop, o tym kto kogo wcześniej mógł zobaczyć. — To ci była gra! Dwa zero dla mnie!

Pół roku później było już jeden zero dla jakiegoś Niemca. Bickford i cała jego wesoła banda nie wrócili z patrolu na swoim „Loszoszu”.

Jesienią pierwszego roku wojny dobroduszni, weseli „sportowcy” z Royal Navy mówili nam: — Niemcy są all right, to tylko ten Hitler... — A w Niemczech gruby Herman krzyczał: — Niepotrzebne nam U-booty! Samoloty Luftwaffe tak długo będą okręty dumnej królewskiej floty przepędzać z portu do portu, aż już nie będzie dla nich schronienia!

Tymczasem jednak samoloty Luftwaffe wołały przezornie atakować bezbronne kutry rybackie i latarniowce. — A to nie po sportowemu — oburzali się Anglicy i zaczęli Niemców nazywać Hunami.

Do upadku Francji w Wielkiej Brytanii przebywali tylko polscy marynarze i garstka lotników. Mało nas było. Dla stykających się z nami Anglików byliśmy trochę egzotycznymi, mało rzucającymi się w oczy gośćmi. Dopiero po upadku Francji wyspa, którą Polacy nazywali „kępą ostatniej nadziei”, zaludniła się żołnierzami, lotnikami i marynarzami z różnych krajów kontynentu. Skończyło się przymrużanie oka na nasz udział w wojnie przy boku ich wielkiej floty. Dziesiątki tysięcy Polaków i Norwegów, Czechów i Duńczyków, Belgów, Jugosłowian i Holendrów, a nawet Greków, zaczęły tłoczyć się na tej „kępie”, która oczom Anglików ukazała się nagle jak dziurawa tratwa i którą za wszelką cenę trzeba było utrzymać na powierzchni wspólnym wysiłkiem wszystkich. Zaczął się wewnętrzny proces przetapiania się temperamentów, obyczajów, kultur i mentalności intruzów z kontynentu i wyspiarzy w wielkim tyglu wspólnego wyspiarskiego losu.

Zamknął się pierwszy okres wojny, charakteryzujący się dla nas, polskich marynarzy, przede wszystkim tymczasowością stosunków z Anglikami i wyczekiwaniem na szybki stąd wyjazd. My naprawdę nie przeczuwaliśmy długiej wojny. Liczyliśmy na taki czy inny, ale szybki jej koniec. Najpierw na najbliższy Nowy Rok, później termin przesunięto na „rychło potem”, jak wreszcie coś się zacznie dziać, bo przez pierwszą zimę nie działo się nic. Gdy wreszcie na wiosnę rzeczywiście zaczęło się coś dziać, termin parady zwycięstwa w Berlinie wyznaczono na lato. Zamiast parady zwycięstwa doczekaliśmy się upadku Francji, a z nią upadło i wszelkie wróżbiarstwo. Zaczęto natomiast ufać słowom Churchilla, że choć nieprędko, ale jakoś wylawiruje dziurawą brytyjską tratwę i my wszyscy unikniemy jej rozsypania się w oku cyklonu. Churchillowi powszechnie ufano. Może właśnie dlatego, że w przeciwieństwie do Hitlera, który po drugiej stronie kanału dostawał chrypki od wrzaskliwych obietnic rychłego zwycięstwa, Churchill, cedząc słowa, niskim, ponurym głosem obiecywał Brytyjczykom, a z nimi i nam wszystkim, jeszcze wiele lat znoju, potu i przelanej krwi.

I tak wkroczyliśmy w okres drugi, bezterminowego bytowania jedną nogą na morzu, drugą na brytyjskiej ziemi. Końca wojny nikt już nie przepowiadał. Im bardziej pamięć jej początku bladła w blasku tylu nowych emocji, tym bardziej oddalała się wizja jej końca. Nienaturalne, nienormalne bytowanie w obcym kraju nagle utraciło piętno tymczasowości i stało się czymś zwyczajnym. Może to wydać się dziwne i przeciwne oczywistym, choć trochę obłudnie pojmowanym prawom moralności, ale w nowych warunkach trwałej tymczasowości wielu jakoś się urządziło, zorganizowało sobie poza okrętem, poza lotniskiem czy koszarami prawdziwe prywatne życie lub choćby jego namiastkę. Cudzoziemcom przyszło to tym łatwiej i miało to tym naturalniejsze formy, że w takich samych iluzjach chwilowej trwałości toczyło się życie rozpędzonych przez wojnę na cztery wiatry rodzin brytyjskich.

III

Wojna morska — wojna ekonomiczna

Przez całą jesień i jeszcze