Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przygodowa i jednocześnie romantyczna opowieść o podróży przez bezkresne amerykańskie prerie.
Narratorem jest polski emigrant, kapitan Ralf („Big Ralf”), który prowadzi karawanę osadników z Missisipi w kierunku Kalifornii. Podróż jest pełna trudów i niebezpieczeństw: upału, wyczerpania, braku wody, dzikiej przyrody oraz zagrożenia ze strony Indian i bandytów. Kapitan musi wykazać się odwagą, doświadczeniem i odpowiedzialnością za całą grupę.
Najważniejszym wątkiem obok przygód jest miłość kapitana do młodej Lilian Morris, delikatnej dziewczyny podróżującej samotnie, która jedzie do Kalifornii, aby odnaleźć ciężko chorego ojca. Początkowa troska kapitana o Lilian stopniowo przeradza się w głębokie uczucie.
Podróż staje się więc dla bohatera nie tylko próbą odwagi, lecz także drogą do osobistego szczęścia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 84
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-441-7
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©BELAL, ©MDShahinuddin) oraz domena publiczna (via Smithsonian Institution). Elementy na okładce zostały zmodyfikowane przy użyciu AI.
Opracowanie redakcyjne: Wydawnictwo MR
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
[email protected]@wydawnictwomg.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Za czasu mego pobytu w Kalifornii wybrałem się pewnego razu z moim zacnym i dzielnym przyjacielem, kapitanem R., w odwiedziny do naszego rodaka J., mieszkającego w odludnych górach Santa Lucia. Ponieważ nie zastaliśmy go w domu, przesiedzieliśmy pięć dni w głuchym wąwozie, w towarzystwie starego sługi Indianina, który, pod nieobecność pana, pilnował pszczół i kóz angorskich. Stosując się do miejscowych zwyczajów, spędzałem znojne dnie letnie, śpiąc przez większą część czasu, nocami zaś, zasiadłszy przy ognisku z suchego „czamizalu”, słuchałem opowiadań kapitana, jego nadzwyczajnych przygód i wypadków, jakie tylko na pustyniach amerykańskich mogą mieć miejsce.
Chwile te schodziły mi bardzo uroczo. Noce były prawdziwie kalifornijskie: ciche, ciepłe, gwiaździste; ognisko raźnie buzowało, a w jego blaskach widziałem olbrzymią, ale piękną i szlachetną postać starego wojownika-pioniera, który, podnosząc oczy ku gwiazdom, szukał pamięcią minionych zdarzeń, drogich imion i twarzy, nawet we wspomnieniu powłóczących jego czoło łagodnym smutkiem. Jedno z tych opowiadań podaję tak po prostu, jak je usłyszałem, sądząc, że i czytelnik wysłucha go z równą mojej ciekawością.
Przybywszy do Ameryki we wrześniu roku 1849 – mówił kapitan – znalazłem się w Nowym Orleanie, który wówczas był jeszcze miastem na wpół francuskim, stamtąd zaś udałem się w górę Missisipi, do jednej wielkiej plantacji trzciny cukrowej, gdzie znalazłem pracę i dobre wynagrodzenie. Ale że byłem wówczas młody i przedsiębiorczy, przykrzyło mi się siedzenie na miejscu i piśmienna robota; porzuciłem ją więc wkrótce, a rozpocząłem życie leśne. Mnie i moim towarzyszom upłynęło w ten sposób kilka lat wśród luizjańskich jezior, krokodyli, węży i moskitów. Utrzymywaliśmy się z polowania i rybołówstwa, a od czasu do czasu spławialiśmy wielkie partie drzewa po rzece, aż do Orleanu, gdzie nam płacono za nie niezłe pieniądze. Wyprawy nasze sięgały częstokroć stron bardzo odległych. Zapuszczaliśmy się aż do krwawego Arkansas (Bloody Arcansas), który, dziś jeszcze mało zamieszkany, wtedy był zupełnie prawie pusty. Takie życie, pełne trudów i niebezpieczeństw, krwawych zajść z piratami na Missisipi i z Indianami, których pełno jeszcze było w Luizjanie, w Arkansas i Tennessee, zahartowało moje niezwyczajne z natury siły i zdrowie, a przy tym dało mi doświadczenie stepowe, tak, że w tej wielkiej księdze umiałem czytać niegorzej od każdego czerwonego wojownika. Dzięki temu doświadczeniu, gdy po odkryciu złota w Kalifornii wielkie partie emigrantów prawie codziennie opuszczały Boston, Nowy Jork, Filadelfię i inne miasta wschodnie, jedna z nich wezwała mnie na swego dowódcę, czyli, jak u nas mówią, kapitana.
Zgodziłem się chętnie, bo cuda wtedy opowiadano o Kalifornii; od dawna więc nosiłem się z zamiarem puszczenia się na daleki Zachód; niemniej jednak nie ukrywałem przed sobą niebezpieczeństw tego przedsięwzięcia. Dziś przestrzeń z Nowego Jorku do San Francisco przebywa się w tydzień koleją, a prawdziwa pustynia zaczyna się dopiero od Omaha: wtedy było zupełnie co innego. Wszystkie te miasta i miasteczka, których teraz między Nowym Jorkiem a Chicago jak maku, nie istniały jeszcze, a i samo Chicago, wyrosłe później, jak grzyb po deszczu, było tylko lichą i nieznaną osadą rybacką, której nie znalazłbyś na żadnej mapie. Trzeba więc było iść z wozami, ludźmi i mułami przez kraje zupełnie dzikie, a zamieszkane przez groźne plemiona Indian: Kruków, Czarnonogich, Pawnisów, Siuksów i Arikarów, przed którymi ukryć się w większej liczbie ludzi było prawie niepodobieństwem, albowiem te pokolenia, ruchliwe jak piasek, nie mają stałych siedlisk, ale jako uprawiające myślistwo krążą po całej przestrzeni stepów za stadami bawołów i antylop. Groziły nam więc niemałe trudy; ale, kto się wybiera na daleki Zachód, musi być na nie przygotowany, jak również i na to, że nieraz głowy przyjdzie nadstawić. Więcej też, niż wszystkiego, obawiałem się odpowiedzialności, jaką na siebie brałem; ponieważ jednak rzecz już była ułożona, nie było co innego do roboty, jak zająć się przygotowaniami do drogi. Trwały one przeszło dwa miesiące, bo trzeba było sprowadzać wozy aż z Pensylwanii i Pittsburga, kupować muły, konie, broń i czynić znaczne zapasy żywności. Ku końcowi jednak zimy wszystko było gotowe.
Chciałem wyruszyć tak, abyśmy wielkie stepy, leżące między Missisipi a Górami Skalistymi, przebyli wiosną, wiedziałem bowiem, że latem, na skutek upałów panujących na tych odkrytych przestrzeniach, mnóstwo ludzi zapada na różne choroby. Z tego samego powodu postanowiłem nie prowadzić taboru południową drogą na St. Louis, ale na Iowa, Nebraskę i północne Kolorado. Była to droga niebezpieczniejsza ze względu na Indian, ale bez wątpienia zdrowsza. Zamiar ten wzbudził z początku opór między ludźmi należącymi do taboru, ale, gdy oświadczyłem, aby, jeśli nie chcą czynić wedle mej woli, szukali innego kapitana, po krótkim namyśle zgodzili się, i z pierwszym tchnieniem wiosny ruszyliśmy w drogę. Zaczęły się zaraz dla mnie dni dość trudne, zwłaszcza nim ludzie oswoili się ze mną i z warunkami podróży. Osoba moja wzbudzała wprawdzie ufność, bo awanturnicze pochody do Arkansas zjednały mi pewną sławę między ruchliwą ludnością nadgraniczną, a imię „Big Ralf” („Wielki Ralf”), pod którym mnie znano na stepach, obiło się już nieraz o uszy większej części moich ludzi. Ale w ogóle „kapitan”, czyli dowódca, bywał z natury rzeczy często w położeniu bardzo względem emigrantów drażliwym. Do mnie należało wybierać obozowiska na noc, czuwać nad pochodem w dzień, mieć oko na cały tabor, ciągnący się czasem milę po stepie, wyznaczać straże na postojach i wydawać pozwolenie na odpoczynek oddziałom udającym się kolejno na wozy.
Amerykanie mają wprawdzie w sobie ducha organizacji, posuniętego do wysokiego stopnia, ale w miarę trudów w podróży energia ludzka słabnie, zniechęcenie ogarnia najwytrwalszych, i wówczas nikomu nie chce się dniem harcować konno, nocą iść na straże, a każdy natomiast rad by wymknąć się od przypadającej na niego kolei i leżeć po całych dniach na wozie. Przy tym, w stosunkach z Jankesami, kapitan musi umieć pogodzić karność z pewną poufałością koleżeńską, co nie jest rzeczą łatwą. Bywało więc tak, że w czasie pochodu i w godzinach nocnych postojów byłem zupełnym panem woli każdego z moich towarzyszy, ale w czasie dziennych wypoczynków po farmach i osadach, które spotykaliśmy z początku na drodze, kończyła się moja rola rozkazodawcy. Wówczas każdy był sobie panem, i nieraz musiałem zwalczać opór zuchwałych awanturników; ale gdy wobec licznych vingów okazało się po kilkakroć, że moja mazowiecka pięść silniejszą jest od amerykańskich, zaraz urosło moje znaczenie, i później nie miałem nigdy żadnych zajść osobistych. Zresztą znałem już na wylot charakter amerykański, wiedziałem więc, jak sobie radzić, a przy tym wytrwania i zachęty dodawała mi pewna para niebieskich oczu, spoglądająca na mnie spod płóciennego dachu wozu ze szczególnym zajęciem. Oczy te, patrzące spod czoła ocienionego bujnym złotym włosem, należały do młodej dziewczyny Lilian Morris rodem z Massachusetts z Bostonu. Była to istota delikatna, wiotka, o rysach drobnych i twarzy smutnej, pomimo iż prawie dziecinnej.
Smutek ten w tak młodej dziewczynie uderzył mnie zaraz z początku podróży, ale wkrótce zajęcia, związane z rolą kapitana, zwróciły mój umysł i uwagę gdzie indziej. Przez pierwsze tygodnie, prócz zwykłych codziennych good morning! zamieniliśmy zaledwie parę słów innych. Litując się jednak nad młodością i osamotnieniem Lilian, nie było bowiem nikogo z jej krewnych w całej karawanie, oddałem biednej dziewczynie kilka małych usług. Osłaniać ją moją powagą dowódcy i pięścią od natarczywości młodych ludzi, podróżujących razem, nie miałem najmniejszej potrzeby, albowiem pomiędzy Amerykanami najmłodsza kobieta może być pewna, jeśli nie nadskakującej grzeczności, jaką odznaczają się Francuzi, to przynajmniej zupełnego bezpieczeństwa. Ze względu jednak na delikatne zdrowie Lilian umieściłem ją w najwygodniejszym ze wszystkich wozie, prowadzonym przez wielce doświadczonego woźnicę Smitha, sam usłałem jej siedzenie, na którym w nocy mogła sypiać wygodnie, wreszcie oddałem na jej użytek ciepłą skórę bawolą, których kilka miałem w zapasie. Choć przysługi te mało były znaczące, Lilian zdawała się czuć za nie żywą wdzięczność i nie pomijała żadnej sposobności, przy której mogła mi ją okazać. Było to stworzenie widocznie bardzo łagodne i nieśmiałe. Dwie kobiety: ciotka Grosvenor i ciotka Attkins, które dzieliły z nią wóz, pokochały ją wkrótce niezmiernie za słodycz jej charakteru, przezwisko zaś: „Little Bird” (mały ptaszek), nadane jej przez nie, stało się wkrótce mianem, pod którem znano ją w całym obozie. Z tym wszystkim między mną a Małym Ptaszkiem nie było najmniejszego zbliżenia, póki nie dostrzegłem, że błękitne, prawie anielskie oczy tego dziewczątka zwracają się za mną ze szczególniejszą jakąś sympatią i uporczywym zajęciem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
