Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 857

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz

Fragment ebooka Pan Wołodyjowski - Henryk Sienkiewicz

Hen­ryk Sien­kie­wicz

Pan Wo­ło­dy­jow­ski

Wstęp

Po woj­nie wę­gier­skiej, po któ­rej od­był się ślub pa­na An­drze­ja Kmi­ci­ca z pan­ną Alek­san­drą Bil­le­wi­czów­ną, miał tak­że wstą­pić w związ­ki mał­żeń­skie z pan­ną An­ną Bo­rzo­bo­ha­tą Kra­sień­ską rów­nie sław­ny i za­słu­żo­ny w Rze­czy­po­spo­li­tej ka­wa­ler – pan Je­rzy Mi­chał Wo­ło­dy­jow­ski, puł­kow­nik cho­rą­gwi lau­dań­skiej.

Ale przy­szły znacz­ne mi­trę­gi[1], któ­re spra­wę opóź­ni­ły i prze­wlo­kły. Pan­na Bo­rzo­bo­ha­ta by­ła wy­cho­wa­ni­cą księż­nej Je­re­mio­wej Wi­śnio­wiec­kiej[2], bez któ­rej po­zwo­le­nia żad­ną mia­rą na we­se­le zgo­dzić się nie chcia­ła, mu­siał więc pan Mi­chał pan­nę w Wo­dok­tach z po­wo­du nie­spo­koj­nych cza­sów zo­sta­wić, a sam do Za­mo­ścia po po­zwo­le­nie i bło­go­sła­wień­stwo je­chać.

Lecz nie świe­ci­ła mu po­myśl­na gwiaz­da, gdyż księż­nej w Za­mo­ściu nie za­stał, któ­ra dla edu­ka­cji sy­na do Wied­nia na dwór ce­sar­ski się uda­ła.

Wy­trwa­ły ry­cerz po­dą­żył za nią i do Wied­nia, choć mu to si­ła[3] cza­su za­bra­ło. Tam za­ła­twiw­szy szczę­śli­wie spra­wy, z do­brą otu­chą do oj­czy­zny po­wra­cał.

Cza­sy, wró­ciw­szy, za­stał nie­spo­koj­ne; woj­sko do związ­ku szło, na Ukra­inie bun­ty trwa­ły – od wschod­niej ścia­ny nie gasł po­żar. Za­cią­ga­no no­we woj­ska, aby choć ja­ko ta­ko gra­ni­ce osło­nić.

Za­nim więc pan Mi­chał z po­wro­tem do War­sza­wy do­je­chał, za­stał li­sty za­po­wied­nie na je­go imię z ra­mie­nia wo­je­wo­dy ru­skie­go wy­da­ne. Uwa­ża­jąc zaś, że oj­czy­zna za­wsze przed pry­wa­tą iść po­win­na, my­śli o pręd­kim we­se­lu po­nie­chał, a na Ukra­inę ru­szył. Kil­ka lat w tam­tych stro­nach wo­jo­wał ma­jąc za­le­d­wie spo­sob­ną po­rę list od cza­su do cza­su do utę­sk­nio­nej pa­nien­ki po­słać, ży­jąc w ogniu, w nie­wy­po­wie­dzia­nych tru­dach i pra­cy.

Po­tem do Kry­mu po­sło­wał; po­tem przy­szła nie­szczę­śli­wa, do­mo­wa, z pa­nem Lu­bo­mir­skim woj­na, w któ­rej po stro­nie kró­lew­skiej prze­ciw be­zec­ni­ko­wi one­mu i zdraj­cy wal­czył; po­tem pod pa­nem So­bie­skim znów na Ukra­inę ru­szył.

Ro­sła stąd sła­wa je­go imie­nio­wi[4] tak znacz­na, że go po­wszech­nie za pierw­sze­go żoł­nie­rza Rze­czy­po­spo­li­tej uwa­ża­no, ale la­ta pły­nę­ły mu w tro­sce, wzdy­cha­niach, utę­sk­nie­niu.

Aż nad­szedł wresz­cie rok 1668, w któ­rym z roz­ka­zu pa­na kasz­te­la­na na wy­po­czy­nek ode­słan, z po­cząt­kiem la­ta po mi­łą pan­nę po­je­chał i za­braw­szy ta­ko­wą z Wo­dok­tów, do Kra­ko­wa dą­żył.

Księż­na Gry­zel­da bo­wiem, któ­ra już by­ła wró­ci­ła z kra­jów ce­sar­skich, tam go na we­se­le za­pra­sza­ła, sa­ma ofia­ru­jąc się być mat­ką pa­nien­ce.

Kmi­ci­co­wie zo­sta­li we Wo­dok­tach nie spo­dzie­wa­jąc się ry­chłej od Wo­ło­dy­jow­skie­go wia­do­mo­ści i zu­peł­nie no­wym go­ściem, któ­ry się do Wo­dok­tów obie­cy­wał, za­ję­ci. Al­bo­wiem aż do tej po­ry Opatrz­ność od­mó­wi­ła im dzie­ci; te­raz mia­ła na­stą­pić szczę­śli­wa a zgod­na z ich pra­gnie­nia­mi od­mia­na.

Był to nad­zwy­czaj uro­dzaj­ny rok. Zbo­ża wy­da­ły plon tak ob­fi­ty, że gum­na[5] po­mie­ścić go nie mo­gły, i ca­ły kraj, jak sze­ro­ki i dłu­gi, okrył się ster­ta­mi. W oko­li­cach, opu­sto­sza­łych przez woj­nę, mło­dy bór urósł jed­nej wio­sny tak znacz­nie, jak w in­nych cza­sach i przez dwa la­ta uróść by nie zdo­łał. By­ła ob­fi­tość zwie­rza i grzy­bów w la­sach, ryb w wo­dach, jak­by ta nie­zwy­czaj­na płod­ność zie­mi udzie­li­ła się wszyst­kim isto­tom na niej za­miesz­ka­łym.

Przy­ja­cie­le Wo­ło­dy­jow­skie­go wy­pro­wa­dza­li stąd po­myśl­ne i dla je­go ożen­ku wróż­by, ale owóż lo­sy po­sta­no­wi­ły ina­czej.

Roz­dział I

Pew­ne­go pięk­ne­go dnia je­sie­nią sie­dział so­bie pod cie­ni­stym da­chem let­ni­ka[6] pan An­drzej Kmi­cic i po­pi­ja­jąc miód po­obied­ni, spo­glą­dał przez ob­ro­słe dzi­kim chmie­lem kra­ty na żo­nę, któ­ra prze­cha­dza­ła się pięk­nie ugnie­cio­ną uli­cą przed let­ni­kiem.

Nie­wia­sta by­ła uro­dzi­wa nad mia­rę, ja­sno­wło­sa, o po­god­nej, nie­le­d­wie aniel­skiej twa­rzy.

Cho­dzi­ła z wol­na i ostroż­nie, bo by­ło w niej peł­no po­wa­gi i bło­go­sła­wień­stwa.

Pan An­drzej Kmi­cic pa­trzył na nią okrut­nie roz­ko­cha­ny. Gdzie się ru­szy­ła, tam wzrok je­go zwra­cał się za nią z ta­kim przy­wią­za­niem, z ja­kim pies wo­dzi oczy­ma za pa­nem. Chwi­la­mi zaś uśmie­chał się, bo był z jej wi­do­ku rad bar­dzo, i wą­sa do gó­ry pod­krę­cał.

A wów­czas po­ja­wiał się w je­go twa­rzy pe­wien wy­raz we­so­łe­go hul­taj­stwa. Znać żoł­nierz był z przy­ro­dze­nia kro­to­fil­ny[7] i za ka­wa­ler­skich lat mu­siał moc fi­glów na­pła­tać.

Ci­szę w sa­dzie prze­ry­wa­ły tyl­ko od­gło­sy spa­da­ją­cych na zie­mię przej­rza­łych owo­ców i brzę­cze­nie owa­dów. Po­go­da usta­li­ła się cud­nie. Był to po­czą­tek wrze­śnia. Słoń­ce nie pra­ży­ło już za moc­no, ale rzu­ca­ło jesz­cze ob­fi­te zło­te bla­ski. W bla­skach owych lśni­ły się czer­wo­ne jabł­ka wśród sza­rych li­ści sie­dzą­ce tak ob­fi­cie, że drze­wa zda­wa­ły się być ni­mi ob­le­pio­ne. Ga­łę­zie śliw gię­ły się pod owo­cem okry­tym si­wym wo­skiem. Pierw­sze za­po­wied­nie nit­ki pa­ję­czy­ny, po­ucze­pia­ne do drzew, chwia­ły się wraz z le­ciuch­nym po­wie­wem, tak lek­kim, iż nie sze­le­ścił na­wet li­ść­mi.

Mo­że i owa po­go­da na świe­cie na­pa­wa­ła tak pa­na Kmi­ci­ca we­so­ło­ścią, bo ob­li­cze roz­ja­śnia­ło mu się co­raz wię­cej. Wresz­cie po­cią­gnął mio­du i rzekł do żo­ny:

– Oleń­ka, a pójdź ino tu! Coś ci rzek­nę.

– By­le nie coś ta­kie­go, cze­go nie­ra­da słu­cham.

– Jak mi Bóg mi­ły, nie! Daj ucho!

To rze­kł­szy ob­jął ją wpół, przy­su­nął wą­sy do jej ja­snych wło­sów i szep­nął:

– Je­śli bę­dzie chłop, to niech mu bę­dzie Mi­chał.

Ona zaś od­wró­ci­ła twarz nie­co za­pło­nio­ną i od­szep­nę­ła mu z ko­lei:

– A obie­ca­łeś się nie prze­ciw­iać, że­by był He­ra­kliusz?

– Bo wi­dzisz, dla Wo­ło­dy­jow­skie­go…

– Za­li nie pierw­sza pa­mięć dzia­da?

– I me­go do­bro­dzie­ja… Hm! praw­da… Ale dru­gie­mu bę­dzie Mi­chał! Nie mo­że ina­czej być!

Tu Oleń­ka wstaw­szy pró­bo­wa­ła się uwol­nić z rąk pa­na An­drze­ja Kmi­ci­ca, ale on, przy­gar­nąw­szy ją jesz­cze sil­niej do sie­bie, po­czął ca­ło­wać po ustach, po oczach, po­wta­rza­jąc przy tym:

– A mój ty kro­ciu, mój ty­siącu, mo­je ty ko­cha­nie naj­mil­sze!

Dal­szą roz­mo­wę prze­rwał im pa­cho­łek, któ­ry uka­zał się na koń­cu uli­cy i szedł spiesz­nie ku let­ni­ko­wi.

– Cze­go chcesz? – spy­tał Kmi­cic pusz­cza­jąc żo­nę.

– Pan Char­łamp przy­je­chał i cze­ka na po­ko­jach – od­rzekł pa­choł.

– A owóż i on sam! – za­wo­łał Kmi­cic na wi­dok mę­ża zbli­ża­ją­ce­go się ku al­ta­nie. – Dla Bo­ga, jak­że mu wą­sy po­si­wia­ły! Wi­taj, to­wa­rzy­szu mi­ły! Wi­taj, sta­ry kom­pa­nio­nie!

To rze­kł­szy wy­padł z al­ta­ny i biegł na­prze­ciw pa­na Char­łam­pa z roz­two­rzo­ny­mi rę­ko­ma.

Ale pan Char­łamp skło­nił się na­przód ni­sko Oleń­ce, któ­rą za daw­nych cza­sów na kiej­dań­skim dwo­rze u księ­cia wo­je­wo­dy wi­leń­skie­go wi­dy­wał, na­stęp­nie przy­ci­snął jej dłoń do swo­ich nie­zmier­nych wą­sów, za czym do­pie­ro rzu­ciw­szy się w ob­ję­cia Kmi­ci­ca za­ślo­chał na je­go ra­mie­niu.

– Dla Bo­ga, co wa­ści jest? – za­wo­łał zdu­mio­ny go­spo­darz.

– Jed­ne­mu Bóg przy­spo­rzył szczę­ścia – od­rzekł Char­łamp – a dru­gie­mu umknął[8]. Smut­ku zaś mo­je­go po­wo­dy sa­me­mu tyl­ko wasz­mo­ści opo­wie­dzieć mo­gę.

Tu spoj­rzał na pa­nią An­drze­jo­wą, ona zaś do­my­śliw­szy się, że przy niej nie chce mó­wić, rze­kła do mę­ża:

– Przy­ślę wasz­mo­ściom mio­du, a te­raz ich sa­mych zo­sta­wu­ję[9]…

Kmi­cic po­cią­gnął pa­na Char­łam­pa do let­ni­ka i usa­do­wiw­szy go na ła­wie, za­wo­łał:

– Coć jest? Po­mo­cy ci trze­ba? Licz­że na mnie ja­ko na Za­wi­szę!

– Nic mi nie jest – od­po­wie­dział sta­ry żoł­nierz – żad­nej też po­mo­cy nie po­trze­bu­ję, pó­ki tą oto rę­ką i tą sza­blą ru­chać mo­gę; ale nasz przy­ja­ciel, naj­god­niej­szy w Rze­czy­po­spo­li­tej ka­wa­ler, w sro­gim stra­pie­niu, nie wiem, czy­li dy­cha jesz­cze.

– Na ra­ny Chry­stu­sa! Wo­ło­dy­jow­skie­mu się coś przy­go­dzi­ło?

– Tak jest! – od­rze­cze Char­łamp, no­we stru­mie­nie łez wy­pusz­cza­jąc. – Do­wiedz się wasz­mość, że pan­na An­na Bo­rzo­bo­ha­ta ten oto pa­dół opu­ści­ła.

– Zmar­ła! – krzyk­nął Kmi­cic chwy­ta­jąc się obie­ma rę­ko­ma za gło­wę.

– Ja­ko ptak gro­tem ugo­dzon.

Na­sta­ła chwi­la mil­cze­nia; tyl­ko jabł­ka spa­da­ją­ce bi­ły tu i owdzie cięż­ko w zie­mię; tyl­ko pan Char­łamp sa­pał co­raz gło­śniej, płacz ha­mu­jąc. Kmi­cic zaś za­ła­mał rę­ce i po­wta­rzał ki­wa­jąc gło­wą:

– Mi­ły Bo­że! Mi­ły Bo­że! Mi­ły Bo­że!

– Wasz­mość się nie dziw mo­im ślu­zom[10] – rzekł wresz­cie Char­łamp – bo je­śli wa­ści na sa­mą wieść tyl­ko o przy­go­dzie do­lor[11] nie­zno­śnie ser­ce ści­ska, cóż do­pie­ro mnie, któ­rym pa­trzył i na jej ko­na­nie, i na je­go bo­leść prze­cho­dzą­cą mia­rę przy­ro­dzo­ną.

Tu wszedł słu­ga z gą­sior­kiem[12] na ta­cy i dru­gą szkle­ni­cą, a za nim pa­ni An­drze­jo­wa, któ­ra prze­cie cie­ka­wo­ści po­ko­nać nie mo­gła.

Spoj­rzaw­szy te­raz w twarz mę­ża i wi­dząc w niej głę­bo­kie stra­pie­nie rze­kła za­raz:

– Co to za wie­ści wasz­mość przy­wiózł? Nie od­da­laj­cie­że mnie. Bę­dę was ile się go­dzi po­cie­szać al­bo za­pła­czę z wa­mi, al­bo ra­dą ja­ko­wąś po­słu­żę…

– Już i w two­jej gło­wie ra­dy się na to nie znaj­dzie – od­rzekł pan An­drzej. – Ale bo­ję się, że­byś z ża­lu na zdro­wiu szwan­ku[13] nie po­nio­sła.

A ona na to:

– Si­ła ja wy­trzy­mać umiem. Go­rzej żyć w nie­pew­no­ści…

– Anu­sia zmar­ła! – rzekł Kmi­cic.

Oleń­ka przy­bla­dła tro­chę i opu­ści­ła się cięż­ko na ław­kę; my­ślał Kmi­cic, że omdle­je, ale żal wziął w niej gó­rę nad na­gło­ścią wie­ści i pła­kać po­czę­ła, a obaj ry­ce­rze za­wtó­ro­wa­li jej za­raz.

– Oleń­ka – rzekł wresz­cie Kmi­cic pra­gnąc myśl żo­ny w in­ną stro­nę skie­ro­wać – za­li ty nie my­ślisz, że ona w ra­ju?

– Nie nad nią ja, je­no za nią pła­czę i nad pa­na Mi­cha­ło­wym sie­roc­twem, bo co do jej szczę­śli­wo­ści wie­ku­istej, chcia­ła­bym mieć dla sie­bie ta­ką na­dzie­ję zba­wie­nia, ja­ką mam dla niej. Nie by­ło nad nią za­cniej­szej pa­nien­ki, lep­sze­go ser­ca, po­czciw­szej! Oj, mo­ja Anul­ka! Mo­ja Anul­ka ko­cha­na!…

– Wi­dzia­łem jej śmierć – rzekł Char­łamp – nie daj Bo­że ni­ko­mu mniej po­boż­nej.

Tu na­sta­ło mil­cze­nie, aż gdy im nie­co ża­lu łza­mi spły­nę­ło, ozwał się Kmi­cic:

– Po­wia­daj wasz­mość, ja­ko to by­ło, mio­dem w naj­ża­ło­śniej­szych miej­scach prze­pi­ja­jąc.

– Dzię­ku­ję – od­rzekł Char­łamp. – Od cza­su do cza­su prze­pi­ję, je­śli wasz­mość do mnie prze­pi­jesz, bo ból nie tyl­ko za ser­ce, ale i za gar­dziel ja­ko wilk chwy­ta, a gdy chwy­ci, to bez ja­ko­we­goś ra­tun­ku zgo­ła za­dła­wić mo­że. By­ło tak. Je­cha­łem z Czę­sto­cho­wy w ro­dzin­ne stro­ny, by spo­ko­ju na sta­re la­ta za­żyć i na dzier­ża­wie za­siąść. Dość mi już woj­ny, bom ją wy­rost­kiem[14] prak­ty­ko­wać po­czął, a te­raz mam już wie­chy[15] si­we. Chy­ba że­bym cał­kiem wy­sie­dzieć nie mógł, to jesz­cze pod ja­ką cho­rą­giew ru­szę; aleć owe związ­ki woj­sko­we z krzyw­dą oj­czy­zny, a na po­cie­chę nie­przy­ja­ciół ery­go­wa­ne[16] i owe do­mo­we woj­ny do resz­ty mi Bel­lo­nę[17] zbrzy­dzi­ły… Mi­ły Bo­że! Pe­li­kan krwią dzie­ci kar­mi, praw­da! Ale tej oj­czyź­nie już i krwi w pier­siach nie sta­je. Świ­der­ski był wiel­ki żoł­nierz… Niech go tam Bóg są­dzi!…

– Mo­ja Anu­lu naj­mil­sza! – prze­rwa­ła z pła­czem pa­ni Kmi­ci­co­wa – toć że­by nie ty, co by się ze mną i z na­mi wszyst­ki­mi sta­ło?… Uciecz­ką mi by­ła i obro­ną! Mo­ja Anu­lu ko­cha­na!

Sły­sząc to Char­łamp ryk­nął zno­wu, ale na krót­ko, bo mu Kmi­cic prze­rwał py­ta­niem:

– A Wo­ło­dy­jow­skie­go gdzieś waść spo­tkał?

– Wo­ło­dy­jow­skie­go spo­tka­łem ta­koż w Czę­sto­cho­wie, gdzie obo­je spo­czy­nek umy­śli­li, bo się tam po dro­dze ofia­ro­wa­li. Za­raz mi po­wie­dział, ja­ko z na­rze­czo­ną z wa­szych stron do Kra­ko­wa je­dzie, do księż­nej Gry­zel­dy Wi­śnio­wiec­kiej, bez któ­rej po­zwo­le­nia i bło­go­sła­wień­stwa pan­na żad­ną mia­rą ślu­bu wziąść[18] nie chcia­ła. Dziew­czy­na by­ła jesz­cze won­czas zdro­wa, a on we­sół jak ptak. „Ot – po­wia­da – dał mi Pan Bóg za mo­ją pra­cę na­gro­dę!” Cheł­pił się też Wo­ło­dy­jow­ski (Bo­że go po­ciesz) nie­ma­ło i dwo­ro­wał ze mnie, że to­śmy się, wi­dzi­cie wasz­mość pań­stwo, o tę pan­nę cza­su swe­go wa­dzi­li i mie­li­śmy się sie­kać. Gdzie ona te­raz, nie­bo­ga?

Tu ryk­nął zno­wu pan Char­łamp, ale na krót­ko, bo Kmi­cic znów mu prze­rwał:

– Mó­wisz wasz­mość, że ona by­ła zdro­wa? Skąd jej tak na­gle przy­szło?

– Że na­gle, to na­gle. Miesz­ka­ła u pa­ni Mar­ci­no­wej Za­moy­skiej, któ­ra na­on­czas z mę­żem w Czę­sto­cho­wie ba­wi­ła. Wo­ło­dy­jow­ski ca­ły dzień u niej prze­sia­dy­wał, tro­chę na mi­trę­gę na­rze­kał i mó­wił, że chy­ba za rok do Kra­ko­wa do­ja­dą, bo ich wszy­scy po dro­dze za­trzy­mu­ją. I nie dzi­wo­ta! Ta­kie­go żoł­nie­rza jak pan Wo­ło­dy­jow­ski każ­dy rad ugo­ścić, a kto zła­pie, to trzy­ma. Mnie też do pan­ny pro­wa­dzał i gro­ził śmie­jąc się, że usie­cze, gdy­bym ją ro­za­mo­ro­wał… Ale ona za nim świa­ta nie wi­dzia­ła. Mnie też istot­nie ckli­wo się cza­sem czy­ni­ło, że to człek na sta­rość ja­ko ćwiek w ścia­nie. Nic to! Aż pew­nej no­cy wpa­da do mnie Wo­ło­dy­jow­ski w kon­fu­zji[19] wiel­kiej. „Na Bo­ga! Nie wiesz gdzie ja­kie­go me­dy­ka?” – „Co się sta­ło?” – „Cho­ra świa­ta nie po­zna­je!” Py­tam, kie­dy za­cho­ro­wa­ła, po­wia­da, że do­pie­ro co da­li mu znać od pa­ni Za­moy­skiej. A tu noc! Gdzie szu­kać me­dy­ka, kie­dy tam je­no klasz­tor ca­ły, a w mie­ście wię­cej jesz­cze zglisz­czów[20] niż lu­dzi. Wy­na­la­złem wresz­cie fel­cze­ra, a i to nie chciał iść! Mu­sia­łem go obusz­kiem przy­gnać na sa­mo miej­sce. Ale tam już był ksiądz po­trzeb­niej­szy niż fel­czer; ja­koż za­sta­li­śmy god­ne­go pau­li­na, któ­ren mo­dli­twą ją do przy­tom­no­ści przy­pro­wa­dził, tak że mo­gła sa­kra­men­ta przy­jąć i z pa­nem Mi­cha­łem czu­le się po­że­gnać. Na dru­gi dzień z po­łu­dnia już by­ło po niej! Fel­czer mó­wił, że jej kto mu­siał coś za­dać, lu­boć to nie­po­dob­na, bo w Czę­sto­cho­wie cza­ry się nie chwy­ta­ją. Ale co się z pa­nem Wo­ło­dy­jow­skim dzia­ło, co wy­ga­dy­wał, te­go ufam, że mu Pan Je­zus nie za­kar­bu­je[21], bo człek się ze sło­wa­mi nie li­czy, gdy go bo­leść tar­ga… Ot, mó­wię wasz­mo­ści – tu pan Char­łamp zni­żył głos – bluź­nił w za­pa­mię­ta­niu!

– Dla Bo­ga! Bluź­nił? – po­wtó­rzył ci­cho Kmi­cic.

– Wy­padł od jej cia­ła na sień, z sie­ni na po­dwó­rzec i ta­czał się jak pi­ja­ny. Tam pię­ści do gó­ry pod­nió­sł­szy po­czął okrop­nym gło­sem wo­łać: „Ta­każ mi na­gro­da za mo­je ra­ny, za mo­je tru­dy, za mo­ję[22] krew, za mo­ję dla oj­czy­zny przy­chyl­ność?!…” „Jed­no ja­gnię (po­wia­da) mia­łem, i to mi, Pa­nie, za­bra­łeś. Zbroj­ne­go mę­ża (po­wia­da) po­wa­lić, któ­ren w har­do­ści po zie­mi stą­pa, god­na (po­wia­da) bo­skiej rę­ki spra­wa, ale go­łę­bia nie­win­ne­go po­tra­fi za­du­sić i kot, i ja­strząb, i ka­nia!… i…”

– Na ra­ny bo­skie! – za­krzyk­nę­ła pa­ni An­drze­jo­wa – nie po­wta­rzaj waść, bo nie­szczę­ście na dom ścią­gniesz!

Char­łamp prze­że­gnał się i da­lej mó­wił:

– My­śla­ło żoł­nie­rzy­sko, że się do­słu­ży­ło, a ot mu na­gro­da! Ha! Bóg naj­le­piej wie, co ro­bi, choć te­go ni ro­zu­mem ludz­kim po­jąć, ni spra­wie­dli­wo­ścią ludz­ką od­mie­rzyć! Za­raz te­dy po onych bluź­nier­stwach stę­żał i na zie­mię upadł, a ksiądz nad nim eg­zor­cy­zma od­pra­wo­wał, że­by spro­śne du­chy w nie­go nie wstą­pi­ły, któ­re mo­gły na bluź­nier­stwa się zwa­bić.

– Pręd­ko­że przy­szedł do sie­bie?

– Z go­dzi­nę le­żał jak nie­ży­wy, po­tem za­sie się ock­nął i wró­ciw­szy do swo­jej kwa­te­ry ni­ko­go wi­dzieć nie chciał. W cza­sie po­grze­bu prze­mó­wi­łem do nie­go: „Pa­nie Mi­cha­le (po­wia­dam) miej Bo­ga w ser­cu!” On nic! Trzy dni sie­dzia­łem jesz­cze w Czę­sto­cho­wie, bo mi go żal by­ło od­jeż­dżać, alem na próż­no we drzwi ko­ła­tał. Nie chciał mnie! Bi­łem się z my­śla­mi, co czy­nić, czy ten­to­wać[23] dłu­żej u drzwi, czy je­chać?… Jak­że tak człe­ka bez ni­ja­kiej po­cie­chy zo­sta­wić? Wsze­la­ko po­znaw­szy, że nic nie wskó­ram, po­sta­no­wi­łem je­chać do Skrze­tu­skie­go. On prze­cie naj­lep­szy je­go przy­ja­ciel, a pan Za­gło­ba dru­gi; mo­że mu ja­ko do ser­ca tra­fią, a zwłasz­cza pan Za­gło­ba, któ­ren jest czło­wiek by­stry i wie, jak do ko­go prze­mó­wić.

– I by­łeś waść u Skrze­tu­skich?

– By­łem, ale i tu Bóg nie po­for­tu­nił[24], bo obo­je z pa­nem Za­gło­bą wy­je­cha­li w Ka­li­skie, do pa­na Sta­ni­sła­wa, rot­mi­strza. Nie umiał nikt po­wie­dzieć, kie­dy wró­cą. Wów­czas ja so­bie po­my­śla­łem: i tak mi dro­ga na Żmudź, wstą­pię do wać­pań­stwa do­bro­dziej­stwa i opo­wiem, co się sta­ło.

– Wie­dzia­łem to daw­no, że god­ny z wa­ści ka­wa­ler – rzekł Kmi­cic.

– Nie o mnie tu cho­dzi, je­no o Wo­ło­dy­jow­skie­go – od­parł Char­łamp – i przy­znam się wać­pań­stwu, że się wiel­ce o nie­go oba­wiam, aby umysł mu się nie po­mie­szał…

– Bóg go od te­go ochro­ni – rze­kła pa­ni An­drze­jo­wa.

– Je­śli go uchro­ni, to pew­ni­kiem ha­bit wdzie­je, bo po­wia­dam wać­pań­stwu, że ta­kiej ża­ło­ści, ja­kom żyw, nie wi­dzia­łem… A szko­da żoł­nie­rza! Szko­da!

– Jak to szko­da? To chwa­ły bo­żej przy­bę­dzie! – ozwa­ła się znów Kmi­ci­co­wa.

Char­łamp po­czął wą­sa­mi ru­szać i trzeć czo­ło.

– Owóż, mo­ścia do­bro­dzi­ko… al­bo przy­bę­dzie, al­bo i nie przy­bę­dzie. Po­licz­cie no wać­pań­stwo, ilu to on po­gan i he­re­ty­ków w ży­ciu zgła­dził, czym pew­nie wię­cej Zba­wi­cie­la na­sze­go i je­go Naj­święt­szą Mat­kę ude­lek­to­wał[25] niż nie­je­den ksiądz ka­za­nia­mi. Hm! Rzecz na­my­słu god­na! Każ­dy niech słu­ży chwa­le bo­żej, jak naj­le­piej umie… Owóż, wi­dzi­cie pań­stwo, mię­dzy je­zu­ita­mi znaj­dzie się za­wsze si­ła od nie­go mą­drzej­szych, a ta­kiej dru­giej sza­bli w Rze­czy­po­spo­li­tej nie masz…

– Praw­da jest, jak mi Bóg mi­ły! – ozwał się Kmi­cic. – Nie wiesz wasz­mość, czy­li on zo­stał w Czę­sto­cho­wie, czy po­je­chał?

– Był do chwi­li me­go wy­jaz­du. Co po­tem uczy­nił, nie wiem. Wiem je­no, że broń Bo­że za­pa­mię­ta­nia, broń Bo­że cho­ro­by, któ­ra czę­sto z de­spe­ra­cją idzie w pa­rze, sam on tam bę­dzie, bez po­mo­cy, bez krew­ne­go, bez przy­ja­cie­la, bez po­cie­chy.

– Niech­że cię Naj­święt­sza Pan­na w cu­dow­nym miej­scu ra­tu­je, wier­ny przy­ja­cie­lu! – za­wo­łał na­gle Kmi­cic – któ­ryś mi ty­le wy­świad­czył, że i brat nie uczy­nił­by wię­cej!

Pa­ni An­drze­jo­wa za­my­śli­ła się głę­bo­ko i dłu­gi czas trwa­ło mil­cze­nie, na ko­niec pod­nio­sła swą ja­sną gło­wę i rze­kła:

– Ję­drek, czy ty pa­mię­tasz, ile­śmy mu win­ni?

– Je­śli za­po­mnę, to od psa oczu po­ży­czę, bo swo­imi nie bę­dę śmiał na uczci­we­go człe­ka spoj­rzeć!

– Ję­drek, ty go nie mo­żesz tak osta­wić.

– Jak­że to?

– Jedź do nie­go.

– Oto za­cne bia­ło­głow­skie ser­ce, oto za­cna pa­ni! – za­wo­łał Char­łamp chwy­ta­jąc rę­ce Kmi­ci­co­wej i po­kry­wa­jąc je po­ca­łun­ka­mi.

Ale Kmi­ci­co­wi nie w smak by­ła ra­da, więc po­czął gło­wą krę­cić i rzekł:

– Ja bym dla nie­go na ko­niec świa­ta po­je­chał, ale… sa­ma wiesz… że­byś to by­ła zdro­wa, nie mó­wię… ale sa­ma wiesz! Broń Bo­że stra­chu ja­kie­go, ja­kiej przy­go­dy… Use­chł­bym z nie­spo­koj­no­ści… Żo­na pierw­sza niż naj­lep­szy przy­ja­ciel… Pa­na Mi­cha­ła mi żal ale… sa­ma wiesz!…

– Ja się pod opie­ką lau­dań­skich oj­ców zo­sta­nę. Te­raz tu spo­koj­nie, nie by­le cze­go też się ulęk­nę. Bez wo­li bo­żej włos mi nie spad­nie… A tam pan Mi­chał ra­tun­ku mo­że po­trze­bu­je…

– Oj, po­trze­bu­je! – wtrą­cił Char­łamp.

– Sły­szysz, Ję­drek. Ja zdro­wa. Krzyw­da mnie od ni­ko­go nie spo­tka… Wiem ja, że ci nie­spo­ro od­jeż­dżać…

– Wo­lał­bym na ar­ma­ty z ko­ciu­bą iść! – prze­rwał Kmi­cic.

– Za­li to my­ślisz, że jak osta­niesz, nie bę­dzie ci gorz­ko, ile­kroć po­my­ślisz: przy­ja­cie­lam za­nie­chał! A jesz­cze i Pan Bóg w gnie­wie słusz­nym ła­two bło­go­sła­wień­stwa mo­że umknąć!

– Sęk mi w gło­wę wbi­jasz. Po­wia­dasz, że mo­że bło­go­sła­wień­stwa umknąć? Te­go się bo­ję!

– Ta­ki przy­ja­ciel jak pan Mi­chał, toż to świę­ty obo­wią­zek go ra­to­wać!

– Jać Mi­cha­ła ko­cham ca­łym ser­cem. Trud­no!… Kie­dy trze­ba, to ry­chło trze­ba, bo tu każ­da go­dzi­na zna­czy! Za­raz do sta­jen idę… Przez Bóg ży­wy, czy już nie ma in­nej ra­dy? Li­cho tam­tych nada­ło w Ka­li­skie je­chać! Toć mi nie o sie­bie cho­dzi, ale o cie­bie, kro­ciu naj­mil­szy! Wo­lał­bym ma­jęt­no­ści stra­cić niż bez cie­bie je­den dzień dy­chać. Kto by mi po­wie­dział, że nie dla służ­by pu­blicz­nej cie­bie od­ja­dę, to bym mu rę­ko­jeść po krzy­żyk w gę­bę wsa­dził. Obo­wią­zek – mó­wisz? Niech­że bę­dzie! Kiep, kto się oglą­da! Że­by dla ko­go in­ne­go, nie dla Mi­cha­ła, ni­g­dy bym te­go nie uczy­nił!

Tu zwró­cił się do Char­łam­pa:

– Mo­ści pa­nie, pro­szę ze mną do sta­jen, ko­nie opa­trzym. A ty, Oleń­ka, każ mi łu­by[26] pa­ko­wać. Niech tam któ­ry z lau­dań­skich omło­tu pil­nu­je… Pa­nie Char­łamp, choć ze dwie nie­dzie­le mu­sisz wać­pan u nas po­sie­dzieć, żo­ny mi do­pil­nu­jesz. Mo­że też się tu w oko­li­cy ja­ka dzier­ża­wa znaj­dzie. Bierz Lu­bicz! Co? Chodź wać­pan do staj­ni! Za go­dzi­nę ru­szam! Kie­dy trze­ba, to trze­ba!…

Roz­dział II

Ja­koż do­brze jesz­cze przed za­cho­dem słoń­ca ru­szył ry­cerz, że­gna­ny przez żo­nę łza­mi i krzy­żem, w któ­rym drza­zgi świę­te­go drze­wa kunsz­tow­nie w zło­to by­ły osa­dzo­ne. A że z daw­nych lat bar­dzo był pan Kmi­cic do na­głych po­cho­dów na­wy­kły, więc ru­szyw­szy gnał, jak­by cho­dzi­ło o do­ści­gnię­cie umy­ka­ją­cych z łu­pem Ta­ta­rów.

Do­braw­szy się do Wil­na, je­chał na Grod­no, Bia­ły­stok, a stam­tąd do Sie­dlec się prze­bie­rał. Prze­jeż­dża­jąc przez Łu­ków do­wie­dział się, że pań­stwo Skrze­tu­scy z dzieć­mi i pa­nem Za­gło­bą dniem przed­tem po­wró­ci­li wła­śnie z Ka­li­skie­go, więc po­sta­no­wił do nich wstą­pić, bo z kim­że mógł nad ra­to­wa­niem Wo­ło­dy­jow­skie­go sku­tecz­niej się na­ra­dzić?

Przy­ję­li go te­dy ze zdzi­wie­niem i ra­do­ścią, któ­ra jed­nak za­raz w cięż­ki płacz się zmie­ni­ła, gdy im cel swe­go przy­by­cia oznaj­mił.

Pan Za­gło­ba ca­ły dzień uspo­ko­ić się nie mógł i nad sta­wem wciąż pła­kał tak rzew­nie, że jak sam póź­niej po­wia­dał: aż staw wez­brał i sta­wi­dła trze­ba by­ło otwie­rać. Ale wy­pła­kaw­szy się po­szedł po ro­zum do gło­wy i oto co mó­wił na na­ra­dzie:

– Jan nie mo­że je­chać, bo do kap­tu­ru ob­ran, spraw zaś bę­dzie si­ła, ja­ko że po ty­lu woj­nach peł­no jest du­chów nie­spo­koj­nych. Z te­go, co je­go­mość pan Kmi­cic po­wia­da, wi­dać, że bo­cia­ny na zi­mę w Wo­dok­tach zo­sta­ną, bo je tam do in­wen­ta­rza ro­bo­cze­go po­li­czo­no i funk­cję speł­nić mu­szą. Nie dzi­wo­ta, że przy ta­kim go­spo­dar­stwie nie­spo­ro wać­pa­nu wy­ru­szać w dro­gę, zwłasz­cza że nie wia­do­mo, jak dłu­go ona mo­że po­trwać. Wiel­kie­goś ser­ca do­wiódł, żeś wy­je­chał, ale mam­li szcze­rze ra­dzić, toć po­wiem: wra­caj, gdyż tam bliż­sze­go jesz­cze kon­fi­den­ta po­trze­ba, któ­ry by do ser­ca nie brał, choć­by go i ofuk­nię­to, i wi­dzieć nie chcia­no. Pa­tien­tia[27] tam po­trzeb­na i do­świad­cze­nie wiel­kie, a wasz­mość masz tyl­ko przy­jaźń dla Mi­cha­ła, któ­ra w ta­ko­wym wy­pad­ku non suf­fi­cit[28]. Nie gnie­waj się je­no waść, bo sam przy­znać mu­sisz, że­śmy obaj z Ja­nem daw­niej­si przy­ja­cie­le i wię­cej­śmy ra­zem przy­gód prze­by­li. Mi­ły Bo­że! Ileż to ra­zy on mnie, a ja je­go w opre­sji ra­to­wa­łem!

– Gdy­bym się też zrzekł funk­cji de­pu­ta­ta? – prze­rwał Skrze­tu­ski.

– Ja­nie, to służ­ba pu­blicz­na! – od­parł su­ro­wo Za­gło­ba.

– Bóg wi­dzi – mó­wił stra­pio­ny Skrze­tu­ski – że stry­jecz­ne­go me­go, Sta­ni­sła­wa, mi­łu­ję szcze­rym bra­ter­skim afek­tem, ale Mi­chał bliż­szy mi niż brat.

– Mnie on i od ro­dzo­ne­go bliż­szy, tym bar­dziej że ro­dzo­ne­go ni­g­dy nie mia­łem. Nie czas się o afek­ta spie­rać! Wi­dzisz, Ja­nie, że­by to nie­szczę­ście świe­żo w Mi­cha­ła ude­rzy­ło, mo­że sam bym ci po­wie­dział: daj ka­tu kap­tur i jedź! Ale po­licz­my, ile to już cza­su upły­nę­ło, nim Char­łamp z Czę­sto­cho­wy na Żmudź zdą­żył, a pan An­drzej ze Żmu­dzi do nas. Te­raz nie tyl­ko trze­ba do Mi­cha­ła je­chać, ale przy nim zo­stać, nie tyl­ko z nim pła­kać, ale per­swa­do­wać[29]; nie tyl­ko mu Ukrzy­żo­wa­ne­go ja­ko przy­kład po­ka­zy­wać, ale uciesz­ny­mi kro­to­chwi­la­mi myśl i ser­ce roz­we­se­lić. Ot, wie­cie, kto po­wi­nien je­chać? – Ja! I po­ja­dę! Tak mi do­po­móż Bóg! Znaj­dę go w Czę­sto­cho­wie, to go tu przy­wio­zę; nie znaj­dę, to choć­by na Mul­ta­ny za nim się po­wlo­kę i pó­ty go szu­kać nie prze­sta­nę, pó­ki o wła­snej mo­cy szczyp­tę ta­ba­ki so­bie do noz­drzech[30] pod­nieść zdo­łam.

Usły­szaw­szy to dwaj ry­ce­rze po­czę­li brać w ob­ję­cia pa­na Za­gło­bę, a on się roz­czu­lił nie­co i nad pa­na Mi­cha­ła nie­szczę­ściem, i nad wła­sny­mi przy­szły­mi fa­ty­ga­mi[31]. Prze­to łzy ro­nić po­czął, a wresz­cie, gdy już miał uści­sków dość, rzekł:

– Je­no mi za Mi­cha­ła nie dzię­kuj­cie, bo­ście mu nie bliż­si ode mnie!

Na to Kmi­cic:

– Nie za Wo­ło­dy­jow­skie­go my dzię­ku­je­my, ale że­la­zne lub też zgo­ła nie­czło­wie­cze ser­ce mu­siał­by mieć ten, kto by się tą go­to­wo­ścią wać­pa­na nie wzru­szył, któ­ra w przy­ja­ciel­skiej po­trze­bie na fa­ty­gi nie dba i na wiek wzglę­du nie ma. In­ni w tym wie­ku o przy­piec­ku cie­płym je­no my­ślą, a wać­pan tak so­bie o dłu­giej dro­dze mó­wisz, jak­byś mo­je al­bo pa­na Skrze­tu­skie­go miał la­ta.

Pan Za­gło­ba nie ukry­wał wpraw­dzie swych lat, ale nie lu­bił w ogó­le, aby przy nim o sta­ro­ści ja­ko o to­wa­rzysz­ce nie­do­łę­stwa wspo­mi­na­no; więc choć miał oczy jesz­cze czer­wo­ne, spoj­rzał by­stro z pew­nym nie­za­do­wo­le­niem na Kmi­ci­ca i od­parł:

– Mój mo­spa­nie! Kie­dym siedm­dzie­sią­ty[32] siód­my rok po­czął, ckli­wo mi ja­koś by­ło na ser­cu, że to dwie sie­kie­ry nad kar­kiem wi­sia­ły; ale gdy mi ośm­dzie­sią­ty[33] mi­nął, ta­ki duch we mnie wstą­pił, że jesz­cze mi że­niacz­ka po gło­wie cho­dzi­ła. I wi­dzie­li­by­śmy, kto by z nas pierw­szy miał się z czym po­chwa­lić!

– Jać się nie chwa­lę, ale wasz­mo­ści bym po­chwa­ły nie po­ską­pił.

– I pew­nie bym wać­pa­na skon­fun­do­wał, ja­kom pa­na het­ma­na Po­toc­kie­go w ob­li­czu kró­la skon­fun­do­wał, któ­ren gdy mi do wie­ku przy­ty­ki da­wał, wy­zwa­łem go: kto wię­cej ko­złów od ra­zu mach­nie[34]. I cóż się po­ka­za­ło? Oto pan Re­we­ra mach­nął trzy i haj­du­cy mu­sie­li go pod­no­sić, bo sam wstać nie mógł, a ja go na­oko­lu­sień­ko ob­je­cha­łem, ma­ło trzy­dzie­ści pięć ra­zy fik­nąw­szy. Spy­taj się Skrze­tu­skie­go, któ­ry na wła­sne oczy na to pa­trzył.

Skrze­tu­ski wie­dział, że od pew­ne­go cza­su pan Za­gło­ba miał zwy­czaj na nie­go się we wszyst­kim ja­ko na na­ocz­ne­go świad­ka po­wo­ły­wać; więc ani okiem nie mru­gnął, je­no o Wo­ło­dy­jow­skim znów mó­wić po­czął.

Za­gło­ba, po­grą­żyw­szy się w mil­cze­niu, za­my­ślił się o czymś głę­bo­ko; na ko­niec po wie­cze­rzy wpadł w lep­szy hu­mor i tak ozwał się do to­wa­rzy­szów:

– Po­wiem wam to, w co by nie każ­dy ro­zum umiał ugo­dzić. Oto mam w Bo­gu na­dzie­ję, że nasz Mi­chał wy­li­że się ła­twiej z te­go po­strza­łu, niż nam się na po­cząt­ku zda­ło.

– Dał­by Bóg, ale skąd­że to wasz­mo­ści do gło­wy przy­szło? – py­tał Kmi­cic.

– Hm! Tu trze­ba i by­stre­go dow­ci­pu, któ­ry z przy­ro­dze­nia jest da­ny, i eks­pe­rien­cji[35] wiel­kiej, któ­rej w wa­szych la­tach mieć nie mo­że­cie, i zna­jo­mo­ści Mi­cha­ła. Każ­den ma in­ną na­tu­rę. W jed­ne­go, owo, tak nie­szczę­ście ude­rzy, ja­ko­byś, fi­gu­ra­li­ter mó­wiąc, ka­mień w rze­kę wrzu­cił. Ni­być to wo­da po wierz­chu ta­ci­te pły­nie, a prze­cie on tam na dnie le­ży, a bieg przy­ro­dzo­ny ha­mu­je, a za­wa­dza, a tak okrut­nie roz­dzie­ra, i bę­dzie le­żał, bę­dzie roz­dzie­rał, pó­ki wszyst­ka wo­da do Styk­su nie spły­nie! Ty, Ja­nie, do ta­kich za­li­czon być mo­żesz; ale ta­kim go­rzej na świe­cie, bo w nich i bo­leść, i pa­mięć nie mi­ja. In­ny za­się, eo mo­do[36] klę­skę przyj­mie, ja­ko­byś go pię­ścią w kark huk­nął. Za­mro­czy go zra­zu, po­tem przyj­dzie do sie­bie, a gdy się si­niec zgoi, to i za­po­mni. Oj, lep­sza ta­ka na­tu­ra na tym peł­nym przy­gód świe­cie.

Słu­cha­li ry­ce­rze ze sku­pie­niem mą­drych słów pa­na Za­gło­by, a on rad wi­dział, że go z ta­ką uwa­gą słu­cha­ją, i da­lej mó­wił:

– Ja Mi­cha­ła na wskroś prze­zna­łem i Bóg mi świad­kiem, że nie chcę mu tu przy­ma­wiać, ale tak mi się wi­dzi, że on wię­cej ożen­ku niż onej dziew­czy­ny ża­ło­wał. Nic to, że de­spe­ra­cja chwy­ci­ła go okrut­na, boć i to nie­szczę­ście, zwłasz­cza dla nie­go, nad nie­szczę­ścia­mi. Nie wy­ima­gi­nu­je­cie so­bie na­wet, ja­ką ten chłop miał ocho­tę do ożen­ku. Nie masz w nim chci­wo­ści żad­nej ni am­bi­cji, ni pry­wa­ty; swo­je­go od­bie­żał[37], for­tu­nę tak do­brze jak utra­cił, o żołd się nie upo­mi­nał; ale za wszyst­kie pra­ce, za wszyst­kie za­słu­gi ni­cze­go od Pa­na Bo­ga i Rze­czy­po­spo­li­tej nie wy­glą­dał, je­no żo­ny. I to so­bie w du­szy wy­kal­ku­lo­wał, że mu się ta­ki chleb na­le­ży; już, już miał go w gę­bę wziąść, aż tu ja­ko­by mu kto w wą­sy dmuch­nął! Ma­szże te­raz! Jedz! Co i dziw­ne­go, że go de­spe­ra­cja chwy­ci­ła? Nie mó­wię, że­by i dziew­ki nie ża­ło­wał, ale jak mi Bóg mi­ły, tak ożen­ku wię­cej ża­łu­je, choć sam przy­siągł­by, że jest prze­ciw­nie.

– Dał­by Bóg! – po­wtó­rzył Skrze­tu­ski.

– Po­cze­kaj­cie, niech je­no owe ra­ny dusz­ne[38] mu się za­mkną i świe­żą skó­rą po­kry­ją, a oba­czym, czy mu daw­na ocho­ta nie po­wró­ci. Pe­ri­cu­lum[39] w tym tyl­ko, by te­raz sub one­re[40] de­spe­ra­cji[41] cze­goś nie uczy­nił al­bo nie po­sta­no­wił, cze­go by po­tem sam ża­ło­wał. Ale co się mia­ło stać, to się już sta­ło, bo w nie­szczę­ściu pręd­ka re­zo­lu­cja. Mój wy­ro­stek już szat­ki ze skrzyń wyj­mu­je i ukła­da, więc nie mó­wię te­go, że­by nie je­chać, chcia­łem tyl­ko wasz­mo­ściów po­cie­szyć.

– Zno­wu pla­strem oj­ciec Mi­cha­ło­wi bę­dziesz! – rzekł Jan Skrze­tu­ski.

– Ja­ko i to­bie by­łem. Pa­mię­tasz? By­lem go tyl­ko pręd­ko zna­lazł, bo się bo­ję, że się w ja­ko­wejś pu­stel­ni przy­tai al­bo gdzie w da­le­kich ste­pach za­pad­nie, do któ­rych od mło­du na­wykł. Wasz­mość, pa­nie Kmi­cic, przy­ma­wia­łeś mi do wie­ku, a ja ci po­wiem, że je­śli kie­dy goń­czy bo­jar tak z li­stem su­nął, ja­ko ja bę­dę su­nął, to mi każ­cie za po­wro­tem nit­ki ze sta­rych bła­wa­tów wy­cią­gać, groch łusz­czyć al­bo mi ką­dziel daj­cie. Ani mnie nie­wy­go­dy nie za­trzy­ma­ją, ani cu­dza go­ścin­ność sku­si, ani ja­dło lub też na­pi­tek w pę­dzie za­ha­mu­je. Jesz­cze­ście ta­kie­go po­cho­du nie wi­dzie­li! Już te­raz le­d­wie usie­dzieć mo­gę, wła­śnie ja­ko­by mnie kto szy­dłem spod ła­wy eks­cy­to­wał: już i ko­szu­lę po­dróż­ną ka­za­łem so­bie ło­jem ko­zło­wym dla wstrę­tu ga­do­wi wy­sma­ro­wać…

Roz­dział III

Jed­nak­że nie je­chał tak szyb­ko pan Za­gło­ba, jak to so­bie i to­wa­rzy­szom obie­cy­wał. Im zaś był bli­żej War­sza­wy, tym je­chał wol­niej. Był to czas, w któ­rym Jan Ka­zi­mierz, król, po­li­tyk i wódz wiel­ki, po­ga­siw­szy po­ża­ry po­stron­ne i wy­wiódł­szy Rzecz­po­spo­li­tą ja­ko­by z to­ni po­to­pu[42], zrzekł się pa­no­wa­nia. Wszyst­ko on prze­cier­piał, wszyst­ko prze­trwał, wszyst­kim tym cio­som pier­si nad­sta­wił, któ­re szły od ze­wnętrz­ne­go nie­przy­ja­cie­la; ale gdy po­tem we­wnętrz­ne re­for­my za­mie­rzył i za­miast po­mo­cy od na­ro­du, opo­ru tyl­ko i nie­wdzięcz­no­ści do­znał, wów­czas do­bro­wol­nie zdjął z po­świę­co­nych skro­ni tę ko­ro­nę, któ­ra nie­zno­śnym cię­ża­rem mu się sta­ła.

Sej­mi­ki po­wia­to­we i ge­ne­ra­ły już się by­ły po­od­pra­wia­ły, a ksiądz pry­mas Praż­mow­ski kon­wo­ka­cję na 5 li­sto­pa­da ozna­czył.

Wiel­kie by­ły wcze­śnie róż­nych kan­dy­da­tów sta­ra­nia, wiel­kie par­tii roz­ma­itych współ­za­wod­nic­twa, a choć to elek­cja[43] mia­ła do­pie­ro roz­strzy­gnąć, ro­zu­miał wszak­że każ­dy nie­zwy­kłą sej­mu kon­wo­ka­cyj­ne­go waż­ność. Je­cha­li te­dy po­sło­wie do War­sza­wy ko­le­śno[44] i kon­no, z cze­la­dzią i pa­choł­ka­mi, je­cha­li se­na­to­ro­wie, a przy każ­dym dwór wspa­nia­ły. Po dro­gach by­ło cia­sno, go­spo­dy za­ję­te, a wy­na­le­zie­nie so­bie noc­le­gu z wiel­ką po­łą­czo­ne mi­trę­gą. Wszak­że ustę­po­wa­no pa­nu Za­gło­bie miej­sca ze wzglę­du na je­go wiek, ale na­to­miast nie­zmier­na je­go sła­wa nie­raz wła­śnie na­ra­ża­ła go na stra­tę cza­su.

By­wa­ło, za­je­dzie do ja­kiej karcz­my, a tam ani już pal­ca wści­bić, to per­so­nat[45], któ­ry ją wraz z dwo­rem zaj­mo­wał, wyj­dzie przez cie­ka­wość zo­ba­czyć, kto przy­je­chał, a wi­dząc star­ca z bia­ły­mi jak mle­ko wą­sa­mi i bro­dą, rze­cze na wi­dok ta­kiej po­wa­gi:

– Pro­szę wasz­mo­ści do­bro­dzie­ja ze mną do stan­cji na przy­god­ną za­ką­skę.

Pan Za­gło­ba gru­bia­ni­nem nie był i nie od­ma­wiał wie­dząc, że zna­jo­mość z nim każ­de­mu mi­łą bę­dzie. Gdy więc go­spo­darz przez próg go prze­pu­ściw­szy py­tał na­stęp­nie: „ko­góż mam ho­nor?” – on się tyl­ko w bo­ki brał i pe­wien efek­tu od­po­wia­dał dwo­ma sło­wa­mi:

– Za­gło­ba sum![46]

Ja­koż nie zda­rzy­ło się ni­g­dy, aby po owych dwóch sło­wach nie na­stą­pi­ło wiel­kie ra­mion otwie­ra­nie, okrzy­ki: „do naj­for­tun­niej­szych dni ten za­pi­szę!”, i na­wo­ły­wa­nia to­wa­rzy­szów al­bo dwo­rzan: „pa­trz­cie! ów jest wzór, glo­ria et de­cus[47] wszyst­kie­go Rze­czy­po­spo­li­tej ka­wa­ler­stwa!” Zbie­ga­li się te­dy po­dzi­wiać pa­na Za­gło­bę, a młod­si przy­cho­dzi­li ca­ło­wać po­ły[48] je­go po­dróż­ne­go żu­pa­na[49]. Za czym ścią­ga­no z wo­zów be­czuł­ki i an­ka­ry i na­stę­po­wa­ło gau­dium[50] trwa­ją­ce cza­sem i kil­ka dni.

Po­wszech­nie my­śla­no, że ja­ko po­seł na kon­wo­ka­cję je­dzie, a gdy mó­wił, że nie, zdzi­wie­nie by­wa­ło po­wszech­ne. Ale on tłu­ma­czył się, że pa­nu Do­ma­szew­skie­mu man­da­tu ustą­pił, aby za­się i młod­si do spraw pu­blicz­nych przy­kła­dać się mo­gli. Jed­nym też po­wia­dał praw­dzi­wą przy­czy­nę, dla któ­rej w dro­gę wy­ru­szył; in­nych zaś, gdy się do­py­ty­wa­li, zby­wał sło­wa­mi:

– Ot, z ma­łe­gom do woj­ny przy­wykł, toć za­chcia­ło się jesz­cze na sta­re la­ta z Do­ro­szeń­ką po­ha­ła­so­wać.

Po któ­rych sło­wach po­dzi­wia­no go jesz­cze wię­cej. A ni­ko­mu przez to nie był tań­szym, że nie ja­ko po­seł je­chał, wie­dzia­no bo­wiem, że i mię­dzy ar­bi­tra­mi znaj­du­ją się ta­cy, któ­rzy wię­cej od sa­mych po­słów mo­gą. Zresz­tą ba­czył[51] każ­den se­na­tor, choć­by i naj­zna­mie­nit­szy, na to, że po pa­ru mie­sią­cach na­stą­pi elek­cja, a wów­czas każ­de sło­wo mę­ża tak mię­dzy ry­cer­stwem wsła­wio­ne­go nie­osza­co­wa­ną wa­gę mieć bę­dzie.

Bra­li też w ra­mio­na pa­na Za­gło­bę i czap­ko­wa­li mu by i naj­więk­si pa­no­wie. Pan pod­la­ski trzy dni go po­ił; pa­no­wie Pa­co­wie, któ­rych w Ka­łu­szy­nie na­po­tkał, na rę­kach go no­si­li.

Nie­je­den i da­ry znacz­ne ka­zał po ci­chu w wa­sąg[52] mu wsu­wać: od wó­dek, win do se­pe­ci­ków[53] kosz­tow­nie opraw­nych, sza­bel i pi­sto­le­tów.

Mia­ła się z te­go do­brze i służ­ba pa­na Za­gło­by, ale on sam, wbrew po­sta­no­wie­niu i obiet­ni­cy, je­chał tak wol­no, że trze­cie­go ty­go­dnia do­pie­ro w Miń­sku sta­nął.

Za to w Miń­sku nie po­pa­sał. Wje­chaw­szy na ry­nek uj­rzał dwór tak znacz­ny i pięk­ny, ja­kie­go do­tąd po dro­dze nie spo­tkał: dwo­rza­nie w szum­nej bar­wie; pół re­gi­men­tu je­no pie­cho­ty, bo na kon­wo­ka­cję zbroj­no nie jeż­dżo­no, ale tak stroj­nej, że i król szwedz­ki stroj­niej­szej gwar­dii nie miał; peł­no ka­ret po­zło­ci­stych, wo­zów z ma­ka­ta­mi i ko­bier­ca­mi dla obi­ja­nia kar­czem po dro­gach, wo­zów z kre­den­sem i za­pa­sa­mi żyw­no­ści; przy tym służ­ba ca­ła nie­mal cu­dzo­ziem­ska, tak że ma­ło kto się zro­zu­mia­łym ję­zy­kiem w tej ciż­bie ode­zwał.

Pan Za­gło­ba do­pa­trzył wresz­cie jed­ne­go z dwo­rzan po pol­sku ubra­ne­go, więc ka­zał sta­nąć i pe­wien do­bre­go po­pa­su, wy­sa­dził już jed­ną no­gę z wa­są­gu, a jed­no­cze­śnie spy­tał:

– A czyj to dwór ta­ki fo­rem­ny, że i król fo­rem­niej­sze­go mieć nie mo­że?

– Czyj­że ma być – od­po­wie­dział dwo­rza­nin – jak nie pa­na na­sze­go, księ­cia ko­niu­sze­go li­tew­skie­go?

– Ko­go? – po­wtó­rzył Za­gło­ba.

– Czyś waść głu­chy? Księ­cia Bo­gu­sła­wa Ra­dzi­wił­ła, któ­ry po­słem na kon­wo­ka­cję je­dzie, ale – da Bóg! – po elek­cji elek­tem zo­sta­nie.

Za­gło­ba scho­wał pręd­ko no­gę w wa­sąg.

– Jedź! – krzyk­nął na woź­ni­cę. – Nic tu po nas!

I po­je­chał trzę­sąc się z obu­rze­nia.

– Wiel­ki Bo­że! – mó­wił – nie­zba­da­ne Two­je wy­ro­ki i je­śli te­go zdraj­cy pio­ru­nem w kark nie trza­śniesz, to masz w tym ja­ko­weś ukry­te in­ten­cje, któ­rych się ro­zu­mem do­cho­dzić nie go­dzi, choć po ludz­ku rze­czy bio­rąc, na­le­ża­ła­by się ta­kie­mu skur­czy­by­ko­wi do­bra chło­sta. Ale wi­dać, źle się dzie­je w tej prze­świet­nej Rze­czy­po­spo­li­tej, je­śli po­dob­ni przedaw­czy­ko­wie, bez czci i su­mie­nia, nie tyl­ko ka­ry nie od­no­szą, ale w bez­piecz­no­ści i po­tę­dze jeż­dżą, ba! jesz­cze oby­wa­tel­skie funk­cje spra­wu­ją. Chy­ba że zgi­niem, bo gdzież, w ja­kim kra­ju, w ja­kim in­nym pań­stwie ta­ka rzecz przy­go­dzie by się mo­gła? Do­bry był król Jo­an­nes Ca­si­mi­rus, ale nad­to prze­ba­czał i przy­uczył naj­gor­szych du­fać w bez­kar­ność i prze­zpie­czeń­stwo[54]. Wsze­la­ko nie je­go to tyl­ko wi­na. Wi­dać, że i w na­ro­dzie su­mie­nie oby­wa­tel­skie i czu­łość na cno­tę do resz­ty za­gi­nę­ła. Tfu! tfu! On po­słem! W je­go be­zec­ne rę­ce oby­wa­te­le ca­łość i bez­pie­czeń­stwo oj­czy­zny skła­da­ją, w te sa­me rę­ce, któ­ry­mi ją roz­dzie­rał i w szwedz­kie łań­cu­chy oku­wał! Zgi­nie­my, nie mo­że ina­czej być! Jesz­cze go i na kró­la ra­ją… A cóż! wszyst­ko, wi­dać, w ta­kim na­ro­dzie moż­li­we. On po­słem! Dla Bo­ga! Prze­cież pra­wo wy­raź­nie mó­wi, że nie mo­że być po­słem ów, któ­ry w ob­cych kra­jach urzę­dy spra­wu­je, a prze­cie on jest ge­ne­ral­nym, u swe­go par­szy­we­go wu­ja, Prus Ksią­żę­cych gu­ber­na­to­rem! Aha! Cze­kaj­że, mam cię! A ru­gi[55] sej­mo­we od cze­go? Je­śli do sa­li nie pój­dę i tej ma­te­rii, cho­ciaż tyl­ko ar­bi­trem bę­dąc, nie po­ru­szę, to niech się tu za­raz w sko­pa[56] zmie­nię, a mój woź­ni­ca w rzeź­ni­ka. Znaj­dą się prze­cie mię­dzy po­sła­mi, któ­rzy mnie po­prą. Nie wiem, czy­li ci, zdraj­co, ja­ko ta­kie­mu po­ten­ta­to­wi, dam ra­dy i z po­sel­stwa wy­ru­go­wać zdo­łam, ale że ci to do elek­cji nie po­słu­ży – to pew­na! I Mi­chał, nie­bo­żę, po­cze­kać na mnie mu­si, bo to bę­dzie pro pu­bli­co bo­no uczy­nek.

Tak roz­my­ślał pan Za­gło­ba przy­rze­ka­jąc so­bie ko­ło tej spra­wy ru­gów pil­nie cho­dzić i po­słów pry­wat­nie dla niej kap­to­wać. Z te­go po­wo­du od Miń­ska spiesz­niej już do War­sza­wy dą­żył bo­jąc się na otwar­cie kon­wo­ka­cji za­póź­nić.

Przy­je­chał jed­nak dość wcze­śnie. Po­słów i po­stron­nych zjazd był tak wiel­ki, że go­spo­dy ni w sa­mej War­sza­wie, ni na Pra­dze, ni na­wet za mia­stem wca­le nie moż­na by­ło do­stać; trud­no się by­ło też do ko­go za­pro­sić, bo w jed­nej izbie po trzech i czte­rech się mie­ści­ło. Pierw­szą noc prze­pę­dził pan Za­gło­ba w han­dlu u Fu­kie­ra i ze­szła ja­koś dość gład­ko; ale na­za­jutrz, wy­trzeź­wiaw­szy na swym wa­są­gu, sam do­brze nie wie­dział, co ma czy­nić.

– Bo­że! Bo­że! – mó­wił wpadł­szy w zły hu­mor i roz­glą­da­jąc się po Kra­kow­skim Przed­mie­ściu, któ­re wła­śnie prze­jeż­dżał – oto Ber­nar­dy­ni, a oto ru­ina pa­ła­cu Ka­za­now­skich! Nie­wdzięcz­ne mia­sto! Wła­sną krwią i tru­dem mu­sia­łem je nie­przy­ja­cie­lo­wi wy­dzie­rać, a te­raz mi ką­ta dla si­wej gło­wy ża­łu­je.

Mia­sto wsze­la­ko nie ża­ło­wa­ło wca­le ką­ta dla si­wej gło­wy, tyl­ko go po pro­stu nie mia­ło.

Na­to­miast czu­wa­ła nad pa­nem Za­gło­bą szczę­śli­wa gwiaz­da, bo le­d­wie do pa­ła­cu Ko­niec­pol­skich do­je­chał, gdy ja­kiś głos krzyk­nął z bo­ku na woź­ni­cę:

– Stój!

Cze­lad­nik po­wstrzy­mał ko­nie; wtem nie­zna­jo­my szlach­cic zbli­żył się z roz­ja­śnio­nym ob­li­czem do wa­są­gu i za­wo­łał:

– Pa­nie Za­gło­ba! Nie po­zna­jesz mnie wasz­mość?

Za­gło­ba uj­rzał przed so­bą mę­ża ma­ją­ce­go ko­ło trzy­dzie­stu kil­ku lat, przy­bra­ne­go w koł­pak ry­si z piór­kiem, znak nie­chyb­ny woj­sko­wej służ­by, w ma­ko­wy żu­pan i ciem­no­czer­wo­ny kon­tusz prze­pa­sa­ny po­zło­ci­stym pa­sem. Twarz nie­zna­jo­me­go by­ła nad­zwy­czaj­nej pięk­no­ści. Ce­rę miał ów bla­dą, nie­co tyl­ko w po­lach wi­chrem na zło­ta­wo opa­lo­ną, oczy błę­kit­ne, peł­ne ja­ko­we­goś smut­ku i za­my­śle­nia, ry­sy twa­rzy nad­zwy­czaj fo­rem­ne, pra­wie – jak na mę­ża – zbyt pięk­ne; po­mi­mo pol­skie­go stro­ju no­sił on dłu­gie wło­sy i bro­dę z cu­dzo­ziem­ska przy­cię­tą. Sta­nąw­szy przy wa­są­gu otwo­rzył sze­ro­ko ra­mio­na, a pan Za­gło­ba, lu­bo[57] nie mógł go so­bie na ra­zie przy­po­mnieć, prze­chy­lił się i ob­jął go za szy­ję.

Ści­ska­li się te­dy ser­decz­nie, a chwi­la­mi je­den od­su­wał dru­gie­go, aby mu się le­piej przy­pa­trzeć; na ko­niec Za­gło­ba rzekł:

– Wy­ba­czaj wasz­mość, ale jesz­cze nie mo­gę so­bie przy­po­mnieć…

– Has­sling-Ke­tling!

– Dla Bo­ga! Twarz wy­da­ła mi się zna­jo­mą, ale strój cał­kiem wać­pa­na od­mie­nił, bom cię daw­niej w ko­le­cie raj­tar­skim wi­dy­wał. To już i po pol­sku cho­dzisz?

– Bom tę Rzecz­po­spo­li­tą, któ­ra mnie tu­ła­cza pa­cho­lę­ciem jesz­cze nie­mal bę­dą­ce­go przy­gar­nę­ła i do­stat­nim chle­bem opa­trzy­ła, za swo­ją mat­kę uznał i in­nej mieć nie chcę. Wać­pan nie wiesz o tym, żem in­dy­ge­nat[58] po woj­nie otrzy­mał?

– A to mi słod­ką no­wi­nę zwia­stu­jesz! Tak­że ci się to po­szczę­ści­ło?

– I w tym, i w czym in­nym, bom w Kur­lan­dii, na sa­mej gra­ni­cy żmudz­kiej, na człe­ka ta­kie­go sa­me­go na­zwi­ska, ja­ko jest mo­je, na­tra­fił, któ­ren mnie ad­op­to­wał, do her­bu przy­jął i for­tu­ną ob­da­rzył. Miesz­ka on w Świę­tej, w Kur­lan­dii, ale i z tej stro­ny ma ma­jęt­ność Szku­dy, któ­rą mnie pu­ścił.

– Szczęść ci Bo­że! Toś te­dy woj­nę po­rzu­cił?

– Niech się je­no ja­ka­kol­wiek zda­rzy, sta­wię się nie­za­wod­nie. Dla­te­go to i wio­skę w dzier­ża­wę od­da­łem, a tu cze­kam oka­zji.

– To mi ka­wa­ler­ska fan­ta­zja! Zu­peł­nie jak ja, kie­dym był mło­dy, choć i dziś jesz­cze wi­gor w ko­ściach jest! Co te­dy po­ra­biasz w War­sza­wie?

– Po­słu­ję na kon­wo­ka­cję.

– Ra­ny bo­skie! Toś już z ko­ścia­mi Po­lak!

Mło­dy ry­cerz uśmiech­nął się.

– I du­szą, a to wię­cej!

– Żo­na­tyś?

Ke­tling wes­tchnął.

– Nie!

– Te­go ci tyl­ko bra­ku­je. A wie­rę! Cze­kaj je­no! Za­li­by ci do­tąd daw­ny sen­ty­ment do Bil­le­wi­czów­ny nie wy­szedł z pa­mię­ci?

– Sko­ro wać­pan o tym wie­dzia­łeś, com mo­ją są­dził być tyl­ko ta­jem­ni­cą, to wiedz, że ża­den no­wy nie przy­szedł…

– Daj spo­kój! Ona nie­dłu­go ma­łe­go Kmi­ci­ca świa­tu przy­rzu­ci. Daj so­bie spo­kój! Coć za ro­bo­ta wzdy­chać, gdy kto in­ny w lep­szej kon­fi­den­cji z nią ży­je. Po­wiemć praw­dę, że to i śmiesz­no.

Ke­tling pod­niósł swe smut­ne oczy w gó­rę.

– Rze­kłem tyl­ko, iż no­wy sen­ty­ment nie przy­szedł.

– Przyj­dzie, nie bój się! Oże­nim cię! Wiem to z wła­snej eks­pe­rien­cji, że zbyt­nia sta­łość w amo­rach tyl­ko zgry­zot przy­czy­nia. Żem to był swe­go cza­su sta­ły ja­ko Tro­ilus, si­ła de­li­cyj, si­ła do­brych oka­zji po­nie­cha­łem, a com się na­gryzł!

– Daj Bo­że każ­de­mu za­cho­wać tak jo­wial­ny hu­mor, ja­ko wasz­mość za­cho­wa­łeś!

– Bom w mo­de­stii żył za­wsze, prze­to mi w ko­ściach nie strzy­ka! Gdzie miesz­kasz, za­li zna­la­złeś go­spo­dę?

– Mam dwo­rek wy­god­ny ku Mo­ko­to­wu[59], któ­ry po woj­nie już wy­bu­do­wa­łem.

– Toś szczę­śli­wy; ja zaś od wczo­raj na próż­no po ca­łym mie­ście jeż­dżę!

– Dla Bo­ga! Do­bro­dzie­ju! Już­że mi te­go nie od­mó­wisz, że­byś u mnie sta­nął; miej­sca jest do­syć; prócz dwor­ku ofi­cy­na i staj­nia wy­god­na. Znaj­dzie się dla cze­la­dzi i ko­ni po­miesz­cze­nie.

– Toś mi z nie­ba spadł, jak mnie Bóg mi­ły!

Ke­tling siadł na wa­sąg i ru­szy­li.

Po dro­dze opo­wia­dał mu Za­gło­ba o nie­szczę­ściu, ja­kie w pa­na Wo­ło­dy­jow­skie­go ugo­dzi­ło, a on rę­ce nad nim ła­mał, bo nic był do­tąd nie wie­dział.

– Tym to ostrzej­szy grot i dla mnie – rzekł wresz­cie – że mo­że wasz­mość i nie wiesz, ja­ka mię­dzy na­mi w ostat­nich cza­sach przy­jaźń po­wsta­ła. Wszyst­kie póź­niej­sze woj­ny w Pru­siech, przy ob­lę­że­niu zam­ków, gdzie tyl­ko by­ły jesz­cze szwedz­kie za­ło­gi, od­pra­wo­wa­li­śmy ra­zem. Cho­dzi­li­śmy i na Ukra­inę, i na pa­na Lu­bo­mir­skie­go, i znów na Ukra­inę, już po śmier­ci ru­skie­go wo­je­wo­dy, pod pa­nem mar­szał­kiem ko­ron­nym So­bie­skim. Jed­na kul­ba­ka nam za po­dusz­kę słu­ży­ła, z jed­nej ja­da­li­śmy mi­sy; Ka­sto­rem i Pol­luk­sem nas zwa­no. I do­pie­ro gdy on po pan­nę Bo­rzo­bo­ha­tą na Żmudź je­chał, na­de­szła chwi­la se­pa­ra­tio­nis[60]; któż by się spo­dzie­wał, że naj­lep­sze je­go na­dzie­je tak pręd­ko prze­mi­ną ja­ko strza­ła na po­wie­trzu?

– Nic sta­łe­go na tym pa­do­le pła­czu nie masz – od­po­wie­dział Za­gło­ba.

– Prócz przy­jaź­ni sta­tecz­nej… Trze­ba bę­dzie ra­dzić i do­wia­dy­wać się, gdzie on te­raz. Mo­że od pa­na mar­szał­ka ko­ron­ne­go cze­goś się do­wie­my, któ­ry Wo­ło­dy­jow­skie­go jak źre­ni­cę oka mi­łu­je. A nie, toć tu są po­sło­wie ze wszyst­kich stron. Nie­po­dob­na, aby któ­ry o ta­kim ry­ce­rzu nie sły­szał. W czym bę­dę mógł, w tym wasz­mo­ści po­słu­żę, le­piej jak gdy­by o mnie sa­me­go cho­dzi­ło.

Tak roz­ma­wia­jąc przy­by­li na ko­niec do Ke­tlin­go­we­go dwor­ku, któ­ry dwo­rem się być oka­zał. W środ­ku by­ły po­rząd­ki wszel­kie i nie­ma­ło sprzę­tów kosz­tow­nych bądź ku­pio­nych, bądź ze zdo­by­czy po­cho­dzą­cych. Bro­ni zwłasz­cza wy­bór był zna­mie­ni­ty. Ucie­szył się pan Za­gło­ba na ten wi­dok i rzekł:

– O! toż wać­pan mógł­byś tu i dwa­dzie­ścia osób po­mie­ścić. Szczę­ście to dla mnie, żem cię spo­tkał. Mo­głem pa­na An­to­nie­go Chra­po­wic­kie­go go­spo­dę za­jąć, bo to mój zna­jo­my i przy­ja­ciel. Cią­gnę­li mnie i Pa­co­wie, któ­rzy prze­ciw Ra­dzi­wił­łom par­ty­zan­tów szu­ka­ją, ale u cie­bie wo­lę.

– Sły­sza­łem mię­dzy po­sła­mi li­tew­ski­mi – od­rzekł Ke­tling – że po­nie­waż te­raz na Li­twę ko­lej przy­pa­da, chcą ko­niecz­nie pa­na Chra­po­wic­kie­go mar­szał­kiem sej­mu po­sta­no­wić.

– I słusz­nie. Człek to za­cny i re­ali­sta, je­no nie­co do­bro­wol­ny. Dla nie­go nie masz nad zgo­dę; tyl­ko pa­trzy, gdzie by ko­go z kim po­go­dzić, a to na nic. Ale! Po­wiedz no szcze­rze, czymć jest Bo­gu­sław Ra­dzi­wiłł?

– Od cza­su, jak mnie Ta­ta­rzy pa­na Kmi­ci­co­wi pod War­sza­wą w nie­wo­lę wzię­li – ni­czym. Po­rzu­ci­łem tę służ­bę i nie za­bie­ga­łem o nią wię­cej, bo choć to moż­ny pan, ale zły i prze­wrot­ny czło­wiek. Na­pa­trzy­łem ja mu się do­syć, gdy w Tau­ro­gach na cno­tę tej nad­ziem­skiej isto­ty na­sta­wał.

– Ja­kiej nad­ziem­skiej? Człe­ku, co ga­dasz? Z gli­ny ona jest i tak jak pierw­sza lep­sza far­fur­ka stłuc się mo­że. – Wsze­la­ko mniej­sza z tym!

Tu za­czer­wie­nił się pan Za­gło­ba z gnie­wu, aż mu oczy na wierzch wy­szły.

– Wy­obraź so­bie, ta szel­ma po­słem jest!

– Kto ta­ki? – py­tał zdu­mio­ny Ke­tling, któ­re­go myśl by­ła jesz­cze przy Oleń­ce.

– Bo­gu­sław Ra­dzi­wiłł! Ale ru­gi! Ru­gi od cze­go?! Słu­chaj, tyś po­seł, mo­żesz tę ma­te­rię po­ru­szyć, a już ja ci z ga­le­rii ryk­nę do wtó­ru, nie bój się! Pra­wo za na­mi, a ze­chcą­li pra­wo po­mi­nąć, to moż­na by mię­dzy ar­bi­tra­mi tu­mul­cik[61] uczy­nić tak za­cny, że­by się i bez krwi nie oby­ło.

– Nie czyń te­go waść, na mi­ło­sier­dzie bo­że. Ma­te­rię ja wnio­sę, bo słusz­na, ale Bo­że ucho­waj sejm za­mie­szać.

– Pój­dę i do Chra­po­wic­kie­go, choć to cie­pła wo­da, co ze szko­dą jest, bo od nie­go, ja­ko od przy­szłe­go mar­szał­ka, si­ła za­le­ży. Pod­szczu­ję Pa­ców. Przy­naj­mniej wszyst­kie je­go prak­ty­ki pu­bli­ce przy­po­mni­my. Prze­cie sły­sza­łem po dro­dze, że ta szel­ma o ko­ro­nę dla sie­bie my­śli się sta­rać!

– Chy­ba­by na­ród do ostat­nie­go upad­ku przy­szedł i nie był ży­wo­ta god­ny, gdy­by ta­cy kró­la­mi je­go mie­li zo­sta­wać – od­rzekł Ke­tling. – Ale wy­pocz­nij waść te­raz, a póź­niej któ­re­go­kol­wiek dnia pój­dziem do pa­na mar­szał­ka ko­ron­ne­go o na­sze­go przy­ja­cie­la wy­py­ty­wać.

Roz­dział IV

Sejm kon­wo­ka­cyj­ny[62] w kil­ka dni póź­niej zo­stał otwar­ty, na któ­rym, jak prze­wi­dy­wał Ke­tling, po­wo­ła­no do la­ski[63] pa­na Chra­po­wic­kie­go, na­ów­czas pod­ko­mo­rze­go smo­leń­skie­go, a póź­niej­sze­go wo­je­wo­dę wi­teb­skie­go. Po­nie­waż cho­dzi­ło tyl­ko o wy­zna­cze­nie ter­mi­nu elek­cji i usta­no­wie­nie wyż­sze­go kap­tu­ru, a in­try­gi roz­ma­itych par­tii nie mo­gły w ta­kich spra­wach zna­leźć dla sie­bie po­la, prze­to kon­wo­ka­cja do­syć za­po­wia­da­ła się spo­koj­nie. W sa­mym po­cząt­ku za­bu­rzy­ła ją tyl­ko nie­co ma­te­ria ru­gów. Bo gdy po­seł Ke­tling po­dał w wąt­pli­wość pra­wo­moc­ność wy­bo­ru pa­na pi­sa­rza biel­skie­go i je­go ko­le­gi księ­cia Bo­gu­sła­wa Ra­dzi­wił­ła, za­raz ja­kiś po­tęż­ny głos spo­mię­dzy ar­bi­trów za­krzyk­nął: „Zdraj­ca! Cu­dzo­ziem­ski urzęd­nik!” Za tym gło­sem po­szły i in­ne; przy­łą­czy­li się do nich ta­koż nie­któ­rzy po­sło­wie i nie­spo­dzia­nie sejm roz­padł się na dwie stro­ny, z któ­rych jed­na chcia­ła pa­nów po­słów biel­skich ru­go­wać, dru­ga zaś uznać ich wy­bór. Zgo­dzo­no się wresz­cie na sąd, któ­ry spra­wę za­ła­go­dził i wy­bór przy­znał.

Nie­mniej był to jed­nak cios dla księ­cia ko­niu­sze­go bar­dzo do­tkli­wy; bo już to sa­mo, że roz­wa­ża­no, czy ksią­żę god­nym jest za­siąść w izbie, to sa­mo, że przy­po­mnia­no co­ram pu­bli­co wszyst­kie je­go z cza­sów woj­ny szwedz­kiej zdra­dy i prze­nie­wier­stwa – okry­ło go świe­żą hań­bą w oczach Rze­czy­po­spo­li­tej i pod­ko­pa­ło z grun­tu wszyst­kie je­go am­bit­ne za­mia­ry.

Li­czył on bo­wiem, że gdy stron­nic­twa kon­de­uszo­we, neu­bur­skie i lo­ta­ryń­skie, nie li­cząc in­nych po­mniej­szych, wza­jem so­bie bę­dą prze­szka­dzać, wy­bór ła­two mo­że paść na kra­jow­ca.

Du­ma zaś i po­chleb­cy mó­wi­li mu, że gdy­by się to mia­ło zda­rzyć, to tym kra­jow­cem nie mógł­by być kto in­ny, je­no pan naj­wyż­szym je­niu­szem[64] ob­da­rzo­ny, naj­po­tęż­niej­szy i z naj­zna­ko­mit­sze­go ro­du, a ina­czej mó­wiąc – on sam.

Trzy­ma­jąc więc rze­czy do cza­su w ta­jem­ni­cy, po­roz­cią­gał już po­przed­nio nie­wo­dy[65] na Li­twie, a te­raz wła­śnie roz­po­czął za­sta­wiać sieć w War­sza­wie, gdy na­gle spo­strzegł, że za­raz z po­cząt­ku mu ją prze­rwa­no i uczy­nio­no dziu­rę tak wiel­ką, że wszyst­kie ry­by ujść nią ła­two mo­gły. Zgrzy­tał też zę­ba­mi przez ca­ły czas są­du, a gdy na Ke­tlin­gu, ja­ko na po­śle, nie mógł ze­msty wy­wrzeć, ogło­sił mię­dzy swy­mi dwo­rza­na­mi na­gro­dę te­mu, kto mu wska­że owe­go ar­bi­tra, któ­ry pierw­szy po Ke­tlin­go­wym wnio­sku za­krzyk­nął: „Zdraj­ca i przedaw­czyk!”

Pan Za­gło­ba zbyt był zna­ny, aby je­go na­zwi­sko dłu­go mo­gło po­zo­stać ukry­te. Zresz­tą nie ta­ił się wca­le. Ja­koż ksią­żę za­wrzał jesz­cze bar­dziej, ale i stro­pił się nie­ma­ło, usły­szaw­szy, że mu na wstrę­cie sta­je[66] mąż tak po­pu­lar­ny, na któ­re­go strach by­ło się po­ry­wać.

Wie­dział o tej swo­jej mo­cy i pan Za­gło­ba, bo gdy z po­cząt­ku po­gróż­ki za­czę­ły la­tać, ozwał się raz na wiel­kim zgro­ma­dze­niu szla­chec­kim:

– Nie wiem, je­śli­by to ko­mu by­ło bez­piecz­no, gdy­by tu je­den włos miał mi spaść z gło­wy. Elek­cja nie­da­le­ko, a gdy się sto ty­się­cy bra­ter­skich sza­bel zbie­rze, ła­two się ja­ko­weś bi­go­so­wa­nie mo­że uczy­nić…

Sło­wa te do­szły do księ­cia, któ­ry tyl­ko war­gi za­gryzł i uśmiech­nął się wzgar­dli­wie, ale w du­szy po­my­ślał, że pan Za­gło­ba ma słusz­ność.

Na dru­gi dzień od­mie­nił też wi­docz­nie wzglę­dem sta­re­go ry­ce­rza za­mia­ry, bo gdy na uczcie u księ­cia kraj­cze­go ktoś po­czął o nim mó­wić, Bo­gu­sław rzekł:

– Wiel­ce mi jest nie­chęt­ny, ja­ko sły­sza­łem, ów szlach­cic, ale ja się tak w lu­dziach ry­cer­skich ko­cham, że choć­by mi i da­lej szko­dzić nie prze­stał, za­wsze go bę­dę mi­ło­wał.

A w ty­dzień póź­niej po­wtó­rzył to sa­mo wręcz pa­nu Za­gło­bie, gdy się u pa­na het­ma­na wiel­kie­go, So­bie­skie­go, spo­tka­li.

Pa­nu Za­gło­bie, lu­bo twarz za­cho­wał spo­koj­ną i peł­ną fan­ta­zji, za­bi­ło nie­co ser­ce w pier­si na wi­dok księ­cia, bo to był prze­cie pan o da­le­ko się­ga­ją­cych rę­kach i lu­do­jad, któ­re­go się wszy­scy oba­wia­li. Ten zaś ode­zwał się do nie­go przez ca­ły stół:

– Mo­ści pa­nie Za­gło­ba, do­szło już do mnie, żeś wać­pan, cho­cia­żeś nie po­seł, chciał mnie nie­win­ne­go z sej­mu ru­go­wać, ale ja to wać­pa­nu po chrze­ści­jań­sku prze­ba­czam i pro­mo­cją, je­śli kie­dy bę­dzie trze­ba, słu­żyć nie omiesz­kam.

– Przy kon­sty­tu­cji tyl­ko sta­wa­łem – od­rzekł Za­gło­ba – co szlach­cic czy­nić po­wi­nien; qu­od at­ti­net pro­tek­cji, to w mo­im wie­ku po­dob­no bo­ska naj­po­trzeb­niej­sza, bo mi pod dzie­więć­dzie­siąt lat.

– Pięk­ny wiek, je­śli był tak cno­tli­wy, jak dłu­gi, o czym zresz­tą wca­le wąt­pić nie chcę.

– Słu­ży­łem oj­czyź­nie i swe­mu pa­nu, ob­cych bo­gów nie szu­ka­jąc.

Ksią­żę zmarsz­czył się nie­co:

– Słu­ży­łeś wasz­mość i prze­ciw mnie; wiem o tym. Ale niech­że bę­dzie już zgo­da mię­dzy na­mi. Wszyst­ko to za­po­mnia­ne, na­wet i to, żeś cu­dzą, pry­wat­ną za­wiść con­tra me[67] pro­te­go­wał. Z tam­tym prze­śla­dow­cą mam jesz­cze ja­ko­weś ra­chun­ki, ale wasz­mo­ści rę­kę wy­cią­gam i przy­jaźń ofia­ru­ję.

– Chu­dym tyl­ko pa­cho­łek i za wy­so­ka to dla mnie ami­cy­cja. Mu­siał­bym się do niej wspi­nać lub pod­ska­ki­wać, a to już na sta­rość trud­no. Je­śli zaś wa­sza ksią­żę­ca mość mó­wisz o ra­chun­kach z pa­nem Kmi­ci­cem, mo­im przy­ja­cie­lem, te­dy ra­dził­bym z ser­ca tej aryt­me­ty­ki po­nie­chać.

– Pro­szę, a cze­mu to? – spy­tał ksią­żę.

– Bo czte­ry w aryt­me­ty­ce są dzia­ła­nia. Owóż, lu­bo pan Kmi­cic for­tu­nę ma za­cną, prze­cie mu­cha to w po­rów­na­niu do wa­szej ksią­żę­cej, więc na dzie­le­nie pan Kmi­cic nie przy­sta­nie; mno­że­niem sam się zaj­mu­je; od­jąć so­bie ni­cze­go nie po­zwo­li; mógł­by chy­ba coś do­dać, a nie wiem, czy­byś wa­sza ksią­żę­ca mość był na to ła­ko­my.

Jak­kol­wiek Bo­gu­sław ćwi­czo­ny był w szer­mier­ce na sło­wa, jed­nak czy to wy­wód pa­na Za­gło­by, czy je­go zu­chwa­łość zdu­mia­ła go tak da­le­ce, że ję­zy­ka w gę­bie za­po­mniał. Przy­tom­nym po­czę­ły się brzu­chy trząść ze śmie­chu, a pan So­bie­ski ro­ze­śmiał się na ca­łe gar­dło i rzekł:

– Sta­ry to zba­raż­czyk! Umie ciąć sza­blą, ale i na ję­zy­ki gracz nie la­da! Le­piej go zo­sta­wić w spo­ko­ju.

Ja­koż Bo­gu­sław wi­dząc, że na nie­prze­jed­na­ne­go tra­fił, nie pró­bo­wał wię­cej pa­na Za­gło­by skap­to­wać, tyl­ko po­cząw­szy z kim in­nym roz­mo­wę, ci­skał od cza­su do cza­su złe spoj­rze­nia przez stół na sta­re­go ry­ce­rza.

Ale pan het­man So­bie­ski roz­ocho­cił się i mó­wił da­lej:

– Mistrz z was, pa­nie bra­cie, mistrz praw­dzi­wy. Zna­leź­li­ście też kie­dy rów­ne­go so­bie w tej Rze­czy­po­spo­li­tej?

– W sza­bli – od­po­wie­dział za­do­wo­lo­ny z po­chwa­ły Za­gło­ba – Wo­ło­dy­jow­ski mnie do­szedł. A i Kmi­ci­ca pod­uczy­łem też nie­źle.

To rze­kł­szy zer­k­nął na Bo­gu­sła­wa, ale ten udał, że nie sły­szy, i roz­ma­wiał pil­nie z są­sia­dem.

– Ba! – rzekł het­man. – Wo­ło­dy­jow­skie­go nie­raz przy ro­bo­cie wi­dzia­łem i rę­czył­bym za nie­go, choć­by o lo­sy ca­łe­go chrze­ści­jań­stwa cho­dzi­ło. Szko­da, że w ta­kie­go żoł­nie­rza ja­ko­by pio­run ude­rzył.

– A co mu się sta­ło? – spy­tał Sar­biew­ski, miecz­nik cie­cha­no­wiec­ki.

– Dziew­ka mu umi­ło­wa­na w dro­dze, w Czę­sto­cho­wie, zmar­ła – od­po­wie­dział Za­gło­ba – i to naj­go­rzej, że zni­kąd nie mo­gę do­wie­dzieć się, gdzie on się te­raz znaj­du­je?

– Przez Bóg! – za­wo­łał na to pan War­szyc­ki, kasz­te­lan kra­kow­ski. – Toż ja cią­gnąc do War­sza­wy na­po­tka­łem go w dro­dze rów­nież tu ja­dą­ce­go i przy­znał mi się, że obrzy­dziw­szy ten świat i je­go va­ni­ta­tes[68], na Mons re­gius się wy­bie­ra, aby w mo­dli­twie i roz­my­śla­niach stro­ska­ne­go ży­wo­ta do­koń­czyć.

Za­gło­ba po­rwał się za reszt­ki czu­pry­ny.

– Ka­me­du­łą zo­stał, jak mi Bóg mi­ły! – za­krzyk­nął w naj­więk­szej de­spe­ra­cji.

Ja­koż wia­do­mość pa­na kasz­te­la­na na wszyst­kich nie­ma­łe uczy­ni­ła wra­że­nie.

Pan So­bie­ski, któ­ry żoł­nie­rzy ko­chał, a sam naj­le­piej wie­dział, jak oj­czy­zna ta­kich po­trze­bu­je, zmar­twił się wiel­ce i po chwi­li rzekł:

– Wol­nej wo­li ludz­kiej i chwa­le bo­skiej nie­po­dob­na się opo­no­wać[69], ale szko­da jest i trud­no mam ukryć wasz­mo­ściom, że mi żal. Ze szko­ły księ­cia Je­re­mie­go to był żoł­nierz, prze­ciw każ­de­mu nie­przy­ja­cie­lo­wi wy­bor­ny, a już prze­ciw or­dzie i hul­taj­stwu nie­zrów­na­ny. Le­d­wie kil­ku jest ta­kich w ste­pach za­goń­czy­ków, ja­ko to mię­dzy Ko­za­ka­mi pan Pi­wo, a w kom­pu­cie pan Rusz­czyc; ale i ci Wo­ło­dy­jow­skie­go nie do­szli.

– Szczę­ście, że cza­sy ja­koś spo­koj­niej­sze – od­rzekł pan miecz­nik cie­cha­no­wiec­ki – i że po­gań­stwo wier­nie trak­ta­tów pod­ha­jec­kich do­trzy­mu­je, wy­mo­żo­nych nie­zwy­cię­żo­nym mie­czem mo­je­go do­bro­dzie­ja.

Tu skło­nił się miecz­nik pa­nu So­bie­skie­mu, ów zaś ura­do­wał się w ser­cu z pu­blicz­nej po­chwa­ły i od­po­wie­dział:

– W pierw­szym rzę­dzie bo­ska to do­broć po­zwo­li­ła mi się won­czas po­ło­żyć na pro­gu Rze­czy­po­spo­li­tej i nie­przy­ja­cie­la nie­co po­ką­sać, a w dru­gim, do­brych żoł­nie­rzów na wszyst­ko go­to­wa re­zo­lu­cja. Że chan rad by trak­ta­tów do­trzy­mać, to wiem; ale w sa­mym Kry­mie prze­ciw cha­no­wi są za­bu­rze­nia, a bia­ło­grodz­ka or­da wca­le go nie słu­cha. Ode­bra­łem wła­śnie wia­do­mość, że owo się tam na gra­ni­cy moł­daw­skiej chmu­ry zbie­ra­ją i że za­go­ny wejść mo­gą; ka­za­łem też pil­nie na­słu­chi­wać na szla­kach, ale mi żoł­nie­rzy nie­spo­ro. Co gdzie przy­rzu­cą, to w in­nym miej­scu dziu­ra się czy­ni. Zwłasz­cza mi prak­ty­ków – zna­ją­cych or­dziń­skie spo­so­by – brak i prze­to tak ża­łu­ję Wo­ło­dy­jow­skie­go.

Na to Za­gło­ba od­jął od skro­ni pię­ści, któ­ry­mi so­bie gło­wę ści­skał, i za­krzyk­nął:

– Ależ on ka­me­du­łą nie zo­sta­nie, choć­bym miał na Mon­tem re­gium za­jazd uczy­nić i si­łą go od­jąć! Dla Bo­ga! Ju­tro za­raz do nie­go się udam. Prze­cie mo­że mo­jej per­swa­zji po­słu­cha, a nie, to do księ­dza pry­ma­sa pój­dę, do je­ne­ra­ła ka­me­du­łów! Choć­bym też do Rzy­mu miał je­chać – po­ja­dę. Nie chcę ja chwa­le bo­żej uj­mo­wać, ale co z nie­go za ka­me­du­ła, kie­dy je­mu i wło­sy na bro­dzie nie ro­sną. Ty­le, co u mnie na pię­ści! Jak mi Bóg mi­ły! On i mszy nie po­tra­fi ni­g­dy za­śpie­wać, a je­śli i za­śpie­wa, to szczu­ry z klasz­to­ru po­ucie­ka­ją, bo bę­dą my­śla­ły, że ko­czur miau­czy we­se­le od­pra­wu­jąc. Wasz­mo­ścio­wie, wy­bacz­cie, że mó­wię, co żal na ję­zyk przy­nie­sie! Gdy­bym miał sy­na, to bym go tak nie mi­ło­wał, ja­ko te­go chło­pa mi­ło­wa­łem. Bóg z nim! Bóg z nim! Że­by choć ber­nar­dy­nem zo­stał, ale ka­me­du­łą! Nie mo­że z te­go nic być, ja­ko żyw tu sie­dzę! Ju­tro za­raz do księ­dza pry­ma­sa za­stu­kam, aby mi dał li­sty do prze­ora.

– Ślu­bów prze­cie nie mógł jesz­cze wy­ko­nać – wtrą­cił pan mar­sza­łek – ale go wasz­mość nie na­glij, że­by się wła­śnie nie za­ciął, a i z tym się trze­ba ra­cho­wać, czy się wo­la bo­ska w je­go in­ten­cji nie ob­ja­wi­ła?

– Wo­la bo­ska? Wo­la bo­ska nie przy­cho­dzi na­gle, ja­ko i sta­re przy­sło­wie mó­wi, że co na­gle, to po dia­ble. Mia­ła­by być wo­la bo­ska, to bym był z daw­na in­kli­na­cję w nim do­strzegł, a on był nie ksiądz, je­no dra­gon. Gdy­by peł­nym ro­zu­mem wład­nąc, ta­ko­we po­sta­no­wie­nie w spo­ko­ju i z roz­my­słem uczy­nił, nic bym nie mó­wił; ale wo­la bo­ska nie ude­rza na człe­ka w de­spe­ra­cji, ja­ko wła­śnie ra­róg na cy­ran­kę. Nie bę­dę go na­glił. Nim pój­dę, do­brze pier­wej so­bie uło­żę, co mu mam po­wie­dzieć, aby się od ra­zu nie zli­sił; ale w Bo­gu na­dzie­ja! Kon­fi­do­wał za­wsze żoł­nie­rzy­sko wię­cej me­mu dow­ci­po­wi niż swe­mu; tu­szę, że i te­raz tak bę­dzie, chy­ba że się cał­kiem od­mie­nił.

Roz­dział V

Na­za­jutrz, za­opa­trzyw­szy się w li­sty księ­dza pry­ma­sa i uło­żyw­szy ca­ły plan z Has­slin­giem, za­dzwo­nił pan Za­gło­ba do fur­ty klasz­tor­nej na Mons re­gius. Ser­ce bi­ło mu moc­no na myśl, jak go przyj­mie pan Wo­ło­dy­jow­ski, i sam też, choć so­bie uło­żył z gó­ry, co mu po­wie, po­znał, że du­żo za­le­ża­ło od przy­ję­cia, ja­kie­go do­zna. Tak my­śląc po­cią­gnął za dzwo­nek dru­gi raz, a gdy klucz za­skrzy­piał w zam­ku i fur­ta od­chy­li­ła się nie­co, wpa­ko­wał się w nią za­raz, tro­chę prze­mo­cą, i rzekł do zmie­sza­ne­go mło­de­go mnisz­ka:

– Wiem, że że­by wejść tu­taj, osob­ną per­mi­sję[70] mieć trze­ba, ale ja mam list od księ­dza ar­cy­bi­sku­pa, któ­ren ze­chciej, ca­ris­si­me fra­ter[71], księ­dzu prze­oro­wi od­dać.

– Sta­nie się we­dle wo­li wasz­mo­ści – od­po­wie­dział fur­tian[72] skło­niw­szy się na wi­dok pry­ma­sow­skiej pie­czę­ci.

To rze­kł­szy, po­cią­gnął za rze­mień wi­szą­cy u ser­ca dzwon­ka i dwa ra­zy ude­rzył, aby ko­goś przy­wo­łać, bo sam nie miał pra­wa odejść od fur­ty. Na on głos po­ja­wił się dru­gi mnich i za­braw­szy list, od­da­lił się z nim w mil­cze­niu, pan Za­gło­ba zaś zło­żył na ław­ce za­wi­nię­cie, któ­re miał ze so­bą, po czym siadł sam i sa­pać po­czął moc­no.

– Fra­ter – rzekł wresz­cie – a jak daw­no w za­ko­nie?

– Pią­ty rok – od­rzekł fur­tian.

– Pro­szę, ta­ki mło­dy, a już pią­ty rok! To już, choć­by się chcia­ło wyjść, za póź­no! A mu­sia­ło się nie­raz za­tę­sk­nić za świa­tem, bo to, mo­ster­dzie­ju, jed­ne­mu wo­jen­ka pach­nie, dru­gie­mu uczty, trze­cie­mu bia­ło­gło­wy…

– Apa­ge! – rzekł mni­szek że­gna­jąc się po­boż­nie.

– Jak­że? Nie bra­ła po­ku­sa wyjść? – po­wtó­rzył Za­gło­ba.

Lecz mni­szek spoj­rzał z nie­uf­no­ścią na roz­ma­wia­ją­ce­go tak dziw­nie ar­cy­bi­sku­pie­go wy­słań­ca i od­rzekł:

– Za kim się tu drzwi za­mkną, ten już nie wy­cho­dzi.

– To oba­czym jesz­cze! Co tam z pa­nem Wo­ło­dy­jow­skim się dzie­je? Zdrów?

– Nie masz tu ni­ko­go, co by się tak na­zy­wał.

– Brat Mi­chał? – rzekł na pró­bę pan Za­gło­ba. – Daw­ny puł­kow­nik dra­goń­ski, któ­ry tu wszedł nie­daw­no?

– Te­go bra­tem Je­rzym na­zy­wa­my, ale on do­tąd ślu­bów nie wy­ko­nał i wy­ko­nać ich przed ter­mi­nem nie mo­że.

– I pew­no nie wy­ko­na, bo nie uwie­rzysz, fra­ter, co to był za pod­wi­karz[73]! Dru­gie­go tak na bia­ło­głow­ską cno­tę za­wzię­te­go nie zna­la­zł­byś we wszyst­kich za­ko… chcia­łem po­wie­dzieć: we wszyst­kich puł­kach z ca­łe­go kom­pu­tu…

– Mnie się te­go słu­chać nie go­dzi – od­parł z co­raz więk­szym zdzi­wie­niem i zgor­sze­niem mnich.

– Słu­chaj­że, fra­ter. Nie wiem, gdzie u was mo­da przyj­mo­wać, ale je­śli tu, na tym miej­scu, to ra­dzęć, jak tu przyj­dzie brat Je­rzy, odejść le­piej, ot, do tej izby przy fur­cie, bo my tu o na­der świa­to­wych rze­czach bę­dzie­my roz­ma­wia­li.

– Ja i za­raz wo­lę odejść – rzekł mnich.

Tym­cza­sem po­ka­zał się Wo­ło­dy­jow­ski, czy­li ra­czej brat Je­rzy, ale Za­gło­ba nie po­znał nad­cho­dzą­ce­go, bo pan Mi­chał zmie­nił się wiel­ce.

Na­przód, w dłu­gim bia­łym ha­bi­cie wy­da­wał się wyż­szy niż w dra­goń­skim ko­le­cie; po wtó­re, ster­czą­ce daw­niej ku oczom wą­si­ki no­sił te­raz ku do­ło­wi i bro­dę usi­ło­wał za­pu­ścić, któ­ra two­rzy­ła dwa żół­te ko­smycz­ki nie dłuż­sze nad pół pal­ca; na ko­niec wy­chudł i wy­mi­zer­niał bar­dzo, oczy je­go stra­ci­ły daw­ny blask i zbli­żał się po­wo­li, ma­jąc rę­ce ukry­te na pier­siach pod ha­bi­tem i spusz­czo­ną gło­wę.

Za­gło­ba nie po­znaw­szy go my­ślał, że to mo­że sam prze­or nad­cho­dzi, więc pod­niósł się z ła­wy i za­czął mó­wić:

– Lau­de­tur[74]…

Na­gle spoj­rzał bli­żej, rę­ce roz­two­rzył i za­krzyk­nął:

– Pa­nie Mi­cha­le! Pa­nie Mi­cha­le!

Brat Je­rzy dał się po­rwać w ob­ję­cia, coś na kształt łka­nia wstrzą­snę­ło mu pier­si, ale oczy je­go po­zo­sta­ły su­che. Za­gło­ba ści­skał go dłu­go, na ko­niec po­czął mó­wić:

– Nie sam nad swo­im nie­szczę­ściem pła­ka­łeś. Pła­ka­łem ja, pła­ka­li Skrze­tu­scy i Kmi­ci­co­wie. Wo­la bo­ska! Zgódź się z nią, Mi­cha­le! Niech­że cię Oj­ciec Mi­ło­sier­ny po­cie­szy, na­gro­dzi!… Do­brześ uczy­nił, żeś na czas w tych oto mu­rach się za­mknął. Nie masz w nie­szczę­ściu nic lep­sze­go nad mo­dli­twę i po­boż­ne roz­my­śla­nia. Daj, niech cię jesz­cze raz uści­skam. Przez łzy le­d­wie że cię doj­rzeć mo­gę!

I pan Za­gło­ba pła­kał na­praw­dę, wi­do­kiem Wo­ło­dy­jow­skie­go po­ru­szo­ny, wresz­cie tak mó­wił da­lej:

– Wy­bacz, żem ci twe roz­my­śla­nia prze­rwał, ale już­że nie mo­głem ina­czej uczy­nić, i sam mi słusz­ność przy­znasz, gdy ci ra­cje mo­je przy­to­czę! Ej, Mi­cha­le! Si­ła­śmy ze so­bą złe­go i do­bre­go za­ży­li! Zna­la­złeś­że za tą kra­tą ja­ko­wą po­cie­chę?

– Zna­la­złem – od­rze­cze pan Mi­chał – w tych sło­wach, któ­re tu co dzień sły­szę i po­wta­rzam, a któ­re do śmier­ci chcę po­wta­rzać: me­men­to mo­ri[75]. W śmier­ci jest dla mnie po­cie­cha.

– Hm! Śmierć ła­twiej na po­lu bi­twy zna­leźć niż w klasz­to­rze, gdzie ży­cie tak idzie, ja­ko­by kto z kłęb­ka po­wo­li nić od­wi­jał.

– Nie masz tu ży­cia, bo nie masz spraw ziem­skich, i za­nim du­sza cia­ło opu­ści, już ja­ko­by na in­nym świe­cie ży­wię.

– Kie­dy tak, to już ci nie po­wiem, że się or­da bia­ło­grodz­ka na Rzecz­po­spo­li­tą w wiel­kiej po­tę­dze go­tu­je, bo cóż cię to ob­cho­dzić mo­że?

Pan Mi­chał wą­si­ka­mi na­gle ru­szył i pra­wi­cą mi­mo wo­li do le­we­go bo­ku się­gnął, ale nie zna­la­zł­szy sza­bli, za­raz obie rę­ce pod ha­bit scho­wał, spu­ścił gło­wę i rzekł:

– Me­men­to mo­ri!

– Słusz­nie, słusz­nie! – rzekł Za­gło­ba mru­ga­jąc z pew­nym znie­cier­pli­wie­niem swo­im zdro­wym okiem. – Wczo­raj jesz­cze pan So­bie­ski, het­man, mó­wił: „Niech­by Wo­ło­dy­jow­ski choć przez tę jed­ną na­wał­ni­cę prze­słu­żył, a po­tem do ja­kie­go chce klasz­to­ru szedł. Bóg by się o to nie roz­gnie­wał, ow­szem, za­słu­gę miał­by ta­ki mnich tym więk­szą”. Ale trud­no ci się i dzi­wić, że wła­sne uspo­ko­je­nie nad szczę­ście oj­czy­zny prze­kła­dasz, bo prze­cie: pri­ma cha­ri­tas ab ego.

Na­sta­ła dłu­ga chwi­la mil­cze­nia, tyl­ko wą­sy pa­na Mi­cha­ła zje­ży­ły się ja­koś i po­czę­ły się szyb­ko, choć lek­ko po­ru­szać.

– Ślu­bów jesz­cze nie wy­ko­na­łeś – spy­tał wresz­cie Za­gło­ba – i wyjść w każ­dej chwi­li mo­żesz?

– Nie je­stem jesz­cze za­kon­ni­kiem, bom cze­kał na ła­skę bo­żą i na to, by wszyst­kie ziem­skie my­śli bo­le­sne opu­ści­ły du­szę mo­ją. Ale ła­ska jest na­de mną, spo­kój mi wra­ca, wyjść mo­gę, ale już nie chcę, gdyż zbli­ża się ter­min, w któ­rym z czy­stym su­mie­niem i pró­żen ziem­skich po­żą­dli­wo­ści, bę­dę mógł ślu­by wy­ko­nać.

– Nie chcę ja cię od te­go od­wo­dzić, ow­szem, chwa­lę re­zo­lu­cję[76], cho­ciaż pa­mię­tam, że gdy Skrze­tu­ski za­mie­rzył swe­go cza­su mni­chem zo­stać, to jed­nak cze­kał z tym, pó­ki by oj­czy­zna od na­wał­no­ści nie­przy­ja­ciel­skiej wol­na nie by­ła. Ale czyń, jak chcesz. Za­iste nie ja cię bę­dę od­wo­dził, bom i sam czuł swe­go cza­su do ży­cia za­kon­ne­go wo­ka­cję[77]. Pięć­dzie­siąt lat te­mu za­czą­łem już na­wet no­wi­cjat; szel­mą je­stem, je­śli łżę! No! Bóg ina­czej po­kie­ro­wał… To ci tyl­ko po­wiem, Mi­cha­le, że te­raz mu­sisz wyjść ze mną choć na pa­rę dni.

– Cze­mu mam wyjść? Ostaw­cie mnie w spo­ko­ju – od­rzekł Wo­ło­dy­jow­ski.

Za­gło­ba pod­niósł po­łę od kon­tu­sza do oczu i ślo­chać po­czął.

– Dla sie­bie – mó­wił prze­ry­wa­nym gło­sem – o ra­tu­nek nie pro­szę, choć mnie ksią­żę Bo­gu­sław Ra­dzi­wiłł ze­mstą ści­ga i mor­der­ców na mnie za­sa­dza, a mnie sta­re­go nie masz ko­mu bro­nić i osła­niać… My­śla­łem, że ty! Mniej­sza z tym!… Ja cię za­wsze bę­dę mi­ło­wał, choć­byś mnie zgo­ła znać nie chciał… Módl się tyl­ko za du­szę mo­ją, bo ja rąk Bo­gu­sła­wo­wych nie uj­dę!… Niech mnie spo­tka, co ma spo­tkać. Ale in­ny twój przy­ja­ciel, któ­ry każ­dym ka­wał­kiem chle­ba z to­bą się dzie­lił, ko­na i ko­niecz­nie wi­dzieć cię pra­gnie, i nie chce bez cie­bie umie­rać, bo ma ci wy­zna­nia ja­ko­weś uczy­nić, od któ­rych spo­kój je­go du­szy za­le­ży.

Pan Mi­chał, któ­ry już o nie­bez­pie­czeń­stwie Za­gło­by z wiel­kim wzru­sze­niem słu­chał, po­rwał się te­raz i chwy­ciw­szy Za­gło­bę za ra­mio­na, py­tał:

– Skrze­tu­ski?

– Nie Skrze­tu­ski, ale Ke­tling!

– Dla Bo­ga! co się z nim dzie­je?

– W mo­jej obro­nie przez sie­pa­czów księ­cia Bo­gu­sła­wa po­strze­lon, nie wiem, czy przez dzień jesz­cze żyw bę­dzie. Dla cie­bie to, Mi­cha­le, wpa­dli­śmy oba w ta­kie ter­mi­ny, bo­śmy tyl­ko dla­te­go do War­sza­wy przy­je­cha­li, by ci po­cie­chę ja­ko­wąś ob­my­ślić. Wyjdź choć na dwa dni i po­ciesz ko­na­ją­ce­go. Wró­cisz póź­niej… zo­sta­niesz mni­chem… Przy­wio­złem in­stan­cję pry­ma­sow­ską do prze­ora, aby ci im­pe­di­men­tów[78] nie czy­nio­no… Spiesz się je­no, bo każ­da chwi­la dro­ga!…

– Prze­bóg! – mó­wił Wo­ło­dy­jow­ski. – Co sły­szę! Im­pe­di­men­tów nie mo­gą mi tu sta­wiać, bom ja do­tąd ja­ko­by tyl­ko na re­ko­lek­cjach… Prze­bóg! Proś­ba ko­na­ją­ce­go świę­ta rzecz! Tej ja od­mó­wić nie mo­gę!

– Grzech był­by śmier­tel­ny! – za­krzyk­nął Za­gło­ba.

– Tak jest! Wiecz­nie, ten zdraj­ca Bo­gu­sław!… Ale je­śli Ke­tlin­ga nie po­msz­czę, niech tu ni­g­dy nie wró­cę… Znaj­dę ja tych dwo­rzan, tych sie­pa­czów, i łbów na­pła­tam… Wiel­ki Bo­że! Już grzesz­ne my­śli mnie opa­da­ją! Me­men­to mo­ri!… Cze­kaj tu waść, je­no się prze­bio­rę w sta­re szat­ki, bo w ha­bi­cie na świat wyjść nie wol­no…

– Ot, szat­ki! – krzyk­nął Za­gło­ba po­ry­wa­jąc za za­wi­nię­cie, któ­re do­tąd le­ża­ło obok nie­go na ła­wie. – Wszyst­kom prze­wi­dział, wszyst­ko przy­go­to­wa­łem… Są bu­ty, jest ra­pie­rek za­cny i ku­brak…

– Chodź waść do ce­li – od­rzekł z po­śpie­chem ma­ły ry­cerz.

I po­szli, a gdy się uka­za­li zno­wu, ko­ło pa­na Za­gło­by drep­tał już nie mni­szek bia­ły, ale ofi­cer w żół­tych bu­tach za ko­la­na, z ra­pie­rem przy bo­ku i z bia­łym pen­den­tem przez ra­mię.

Za­gło­ba okiem mru­gał i pod wą­sa­mi się na wi­dok bra­ta fur­tia­na uśmie­chał, któ­ry z wi­docz­nym zgor­sze­niem w twa­rzy otwie­rał oby­dwom bra­mę.

Nie­opo­dal klasz­to­ru, ni­żej, cze­kał wa­sąg pa­na Za­gło­by, a przy nim dwóch cze­la­dzi: je­den sie­dział na koź­le trzy­ma­jąc lej­ce do­brze sprzę­żo­nej czwór­ki, na któ­rą pan Wo­ło­dy­jow­ski za­raz okiem znaw­cy rzu­cił; dru­gi stał przy wa­są­gu z ople­śnia­łym gą­sior­kiem w jed­nej, z dwo­ma kie­li­cha­mi w dru­giej dło­ni.

– Do Mo­ko­to­wa ka­wał dro­gi – rzekł Za­gło­ba – a przy ło­żu Ke­tlin­ga sro­ga cze­ka nas ża­łość. Na­pij że się, Mi­cha­le, abyś miał si­łę wszyst­ko prze­nieść, boś zmi­ze­ro­wa­ny bar­dzo.

To rze­kł­szy Za­gło­ba wy­jął gą­sior z rąk pa­cho­li­ka i na­lał oba kie­li­chy ma­śla­czem tak sta­rym, że aż zgęst­nia­łym ze sta­ro­ści.

– God­ny to na­pi­tek – rzekł po­sta­wiw­szy gą­sior na zie­mi, a bio­rąc kie­li­chy. – Za zdro­wie Ke­tlin­ga!

– Za zdro­wie! – po­wtó­rzył Wo­ło­dy­jow­ski. – Spiesz­my się!

I wy­chy­li­li dusz­kiem.

– Spiesz­my się! – po­wtó­rzył Za­gło­ba. – Lej, chłop­cze! Za zdro­wie Skrze­tu­skie­go! Spiesz­my się!

Wy­chy­li­li znów dusz­kiem, bo istot­nie pil­no by­ło je­chać.

– Sia­daj­my! – wo­łał Wo­ło­dy­jow­ski.

– A me­go nie wy­pi­jesz? – py­tał ża­ło­snym gło­sem Za­gło­ba.

– By­le prę­dzej!

I wy­pi­li pręd­ko. Za­gło­ba prze­chy­lił od ra­zu, choć prze­cie by­ło z pół kwar­ty w kie­li­chu, za czym nie ob­tarł­szy jesz­cze wą­sów po­czął wo­łać: