Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski

Janko Muzykant ebook

Henryk Sienkiewicz  

4.16666666666667 (6)
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opinie o ebooku Janko Muzykant - Henryk Sienkiewicz

Cytaty z ebooka Janko Muzykant - Henryk Sienkiewicz

Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek.
Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby jakiego kociaka, i wyniósł ku stodółce. Dziecko, czy nie rozumiało, o co chodzi, czy się zalękło, dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko, jakby patrzył ptak. Albo on wie, co z nim zrobią? Dopiero jak go Stach w stodole wziął garścią, rozciągnął na ziemi i podgiąwszy koszulinę machnął od ucha, dopieroż Janek krzyknął: – Matulu! – i co go stójka rózgą, to on: „Matulu! Matulu!!”, ale coraz ciszej, słabiej, aż za którymś razem ucichło dziecko i nie wołało już matuli… Biedne, potrzaskane skrzypki!… – Ej, głupi, zły Stachu! Któż tak dzieci bije? Toż to małe i słabe i zawsze było ledwie żywe. Przyszła matka, zabrała chłopaka, ale musiała go zanieść do domu… Na drugi dzień nie wstał Janek, a trzeciego wieczorem konał już sobie spokojnie na tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem.

Fragment ebooka Janko Muzykant - Henryk Sienkiewicz

Hen­ryk Sien­kie­wicz

Jan­ko Mu­zy­kant

Jan­ko Mu­zy­kant

Przy­szło to na świat wą­tłe, sła­be. Ku­my, co się by­ły ze­bra­ły przy tap­cza­nie po­łoż­ni­cy, krę­ci­ły gło­wa­mi i nad mat­ką, i nad dziec­kiem. Ko­wal­ka Szy­mo­no­wa, któ­ra by­ła naj­mą­drzej­sza, po­czę­ła cho­rą po­cie­szać:

– Daj­ta – po­wia­da – to za­pa­lę nad wa­mi grom­ni­cę, ju­że z was nic nie bę­dzie, mo­ja ku­mo; już wam na tam­ten świat się wy­bie­rać i po do­bro­dzie­ja by po­słać, że­by wam grze­chy wa­sze od­pu­ścił.

– Ba! – po­wia­da dru­ga. – A chło­pa­ka to za­ra trza ochrzcić; on i do­bro­dzie­ja nie do­cze­ka, a – po­wia­da – bło­go bę­dzie, co choć i strzy­gą się nie osta­nie.

Tak mó­wiąc za­pa­li­ła grom­ni­cę, a po­tem wziąw­szy dziec­ko po­kro­pi­ła je wo­dą, aż po­czę­ło oczki mru­żyć, i rze­kła jesz­cze:

– Ja cie­bie „krzcę” w Imię Oj­ca i Sy­na, i Du­cha Świę­te­go i da­ję ci na prze­zwi­sko Jan, a te­raz-że, du­szo „krze­ści­jań­ska”, idź, ską­deś przy­szła. Amen!

Ale du­sza chrze­ści­jań­ska nie mia­ła wca­le ocho­ty iść, skąd przy­szła, i opusz­czać chu­der­la­we­go cia­ła, ow­szem, po­czę­ła wierz­gać no­ga­mi te­go cia­ła, ja­ko mo­gła, i pła­kać, cho­ciaż tak sła­bo i ża­ło­śnie, że jak mó­wi­ły ku­my: „My­ślał­by kto, ko­cię nie ko­cię al­bo co!”

Po­sła­no po księ­dza; przy­je­chał, zro­bił swo­je, od­je­chał, cho­rej zro­bi­ło się le­piej. W ty­dzień wy­szła ba­ba do ro­bo­ty. Chło­pak le­d­wo „zi­pał”, ale zi­pał; aż w czwar­tym ro­ku oku­ka­ła ku­kuł­ka na wio­snę cho­ro­bę, więc się po­pra­wił i w ja­kim ta­kim zdro­wiu do­szedł do dzie­sią­te­go ro­ku ży­cia.

Chu­dy był za­wsze i opa­lo­ny, z brzu­chem wy­dę­tym, a za­pa­dły­mi po­licz­ka­mi; czu­pry­nę miał ko­nop­ną, bia­łą pra­wie i spa­da­ją­cą na ja­sne, wy­trzesz­czo­ne oczy, pa­trzą­ce na świat, jak­by w ja­kąś nie­zmier­ną da­le­kość wpa­trzo­ne. W zi­mie sia­dy­wał za pie­cem i po­pła­ki­wał ci­cho z zim­na, a cza­sem i z gło­du, gdy ma­tu­la nie mie­li co wło­żyć ani do pie­ca, ani do garn­ka; la­tem cho­dził w ko­szu­li­nie prze­pa­sa­nej kraj­ką i w sło­mia­nym „ka­pa­lu­sie”, spod któ­re­go ob­dar­tej ka­ni spo­glą­dał, za­dzie­ra­jąc jak ptak gło­wę do gó­ry. Mat­ka, bied­na ko­mor­ni­ca, ży­ją­ca z dnia na dzień ni­by ja­skół­ka pod cu­dzą strze­chą, mo­że go tam i ko­cha­ła po swo­je­mu, ale bi­ła dość czę­sto i zwy­kle na­zy­wa­ła „od­mień­cem”. W ósmym ro­ku cho­dził już ja­ko po­trzód­ka za by­dłem lub, gdy w cha­łu­pie nie by­ło co jeść, za be­dł­ka­mi do bo­ru. Że go tam kie­dy wilk nie zjadł, zmi­ło­wa­nie Bo­że.