52,99 zł
Zanim powstały miasta, prawa i religie, pojawił się język. Pięć tysięcy lat temu pramowa połączyła ludzi zamieszkujących ogromne obszary Eurazji i dała początek większości współczesnych języków – także polskiemu. Jej ślady odnajdujemy zarówno w codziennych słowach („mama”, „brat”, „dom”), jak i w opowieściach oraz wyobrażeniach, które do dziś porządkują nasze myślenie o rzeczywistości.
Laura Spinney prowadzi czytelnika przez stepy, pierwsze szlaki handlowe i zamglone świątynie, śledząc ludzi, którzy nieświadomie nieśli ten język dalej. Sięgając po odkrycia archeologów, lingwistów i genetyków, odsłania fundamenty kultur od materialnych śladów dawnych osad po idee i zwyczaje zapisane w języku.
Wpływ naszego prajęzyka odnajdziemy zarówno w eposach Homera, jak i we Władcy Pierścieni. Te wierzenia, mity i fantazje nadal tętnią w naszych sercach, głowach, a nawet w naszym DNA.
Proto to opowieść o wspólnym języku i wspólnym początku: o tym, co łączy ludzi ponad granicami i epokami, i co do dziś kształtuje nasz sposób myślenia o świecie.
* * *
„Fascynująca opowieść o pradawnych słowach” The Guardian
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 389
Data ważności licencji: 6/12/2030
Tytuł oryginału
Proto: How One Ancient Language Went Global
Copyright © Laura Spinney, 2025
All rights reserved including the rights of reproduction in whole or in part in any form.
Projekt okładki oraz spolszczenie map i wykresów
Marcin Słociński
Redaktorka inicjująca
Karolina Pawlik
Redaktor prowadzący
Adam Zechenter
Redaktorka językowa
Agnieszka Mąka
Opieka promocyjna
Klaudia Kusy
Koordynacja procesu wydawniczego
Agata Błasiak
Adiustacja
Adam Osiński
Korekta
Maciej Waligóra
Joanna Kłos
Mapy i wykresy
@ HarperCollinsPublishers 2025
Indeks
Tomasz Babnis
© Copyright for the translation by SIW Znak sp. z o.o., 2026
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-546-7
Znak Horyzont
www.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected] I , Kraków 2026
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Ryszardowi
Oto ludzie wędrują, aby podziwiać szczyty gór, spiętrzone fale morza, szeroko rozlane rzeki, Ocean otaczający ziemię, obroty gwiazd. A siebie samych omijają, siebie nie podziwiają.
św. Augustyn z Hippony*
* Św. Augustyn z Hippony, Wyznania, przeł. Z. Kubiak, Znak, Kraków 1994, s. 219.
Był rok 2021. David Anthony opowiadał mi o projekcie, przy którym pracował ponad dekadę wcześniej. Latem 2010 roku wraz ze swoją żoną Dorcas Brown, również z zawodu archeolożką, prowadzili wykopaliska w ramach ukraińsko-amerykańskiego zespołu roboczego na stepie na południe od Doniecka. Wschodnia Ukraina była wówczas jeszcze spokojna. Z pochówków pochodzących z epoki prehistorycznej udało im się wydobyć sześćdziesiąt sześć fragmentów ludzkich kości. Poddano je badaniom za pomocą najnowszych technik, co sporo powiedziało o życiu i diecie osób, do których należały. Po zakończeniu wykopalisk Brown i Anthony wrócili do pracy w Hartwick College w Nowym Jorku. Z ich punktu widzenia kawałki kości nie skrywały już żadnych tajemnic, więc trafiły do szuflady. – Zamknąłem tę szufladę i nie otwierałem jej dziesięć lat – powiedział Anthony.
Któregoś dnia niespodziewanie zadzwonił do niego David Reich, genetyk z Uniwersytetu Harvarda. Reich wyjaśnił, że wraz ze swoim zespołem opracował metodę pobierania i odczytywania kodu DNA ze starożytnych ludzkich kości, i zapytał, czy Anthony nie ma może próbek, na których mógłby przetestować swoją technikę. Szuflada została znów otwarta – a wraz z nią prehistoria. – To niewyobrażalna rewolucja – powiedział Anthony o wpływie tej rozmowy na jego życie. – Kompletnie niewiarygodna. – Przerwał, wyraźnie poruszony, a potem mówił dalej: archeolodzy mogli od tamtej pory wejść na starożytne cmentarzysko i poznać kolor włosów, skóry i oczu pochowanych na nim ludzi. Mogli dowiedzieć się, czy byli ze sobą spokrewnieni, czy chorowali na te same choroby. Po raz pierwszy w dziejach mogli zobaczyć w znaleziskach archeologicznych imigrantów. – Gra kompletnie się zmieniła – powiedział Anthony.
Miał na myśli badanie języków prehistorycznych, a zwłaszcza jednego konkretnego – tego, którego potomstwem mówi dziś prawie połowa ludzkości; któremu poświęcił swoją karierę; który pradawni migranci ponieśli na krańce ziemi.
Ariomania
Najpotężniejszym bogiem w panteonie starożytnych Indusów był Ojciec Niebo – w sanskrycie Djaus Pitar. Najważniejszym bóstwem Greków był Dzeus pater, choć później zgubili człon pater i nazywali go po prostu Dzeusem. Rzymianie przekształcili inicjalną zbitkę Dj i stąd wziął się Iuppiter, czyli Jowisz. W staronordyjskim spółgłoska d zmieniła się w t, a więc wikingowie znali go pod imieniem Tyr, a użytkownicy blisko spokrewnionego staroangielskiego – Tiu. Anglofoni do dziś upamiętniają Ojca Niebo we wtorek – czyli Tuesday.
Sanskryt, greka, łacina, staronordyjski i angielski pochodzą od znacznie starszego języka: praindoeuropejskiego. „Pra” oznacza tu, że był poprzednikiem, a człon „indoeuropejski” to nazwa rodziny, do której wszystkie te języki należą. Użytkownicy praindoeuropejskiego – których zrazu mogło być tylko kilkudziesięciu – mieszkali między Europą a Azją, nad Morzem Czarnym. Oni również czcili Ojca Niebo. Około pięciu tysięcy lat temu ich język nagle zaczął się gwałtownie rozprzestrzeniać poza swą czarnomorską kolebką, sięgał coraz dalej na wschód i zachód i po drodze rozbijał się na nowe języki. W ciągu tysiąca lat jego potomstwo słyszało się już od Irlandii po Indie. Wielki wybuch języków indoeuropejskich to bez wątpienia najważniejsze wydarzenie ostatnich pięciu tysiącleci w Starym Świecie. Po kolejnych trzech i pół tysiąca lat oraz wynalezieniu okrętów zdolnych do podróży po oceanie część z tych języków osiadła w Nowym Świecie i rozpoczęła nową ekspansję.
Pięć tysięcy lat to wieczność w porównaniu z życiem człowieka, ale mgnienie oka w perspektywie istnienia ludzkości. Wiele języków i dialektów indoeuropejskich zdążyło w tym długim/krótkim czasie żyć i wymrzeć, lecz ponad czterysta z nich jest w użyciu do dziś. Zalicza się do nich wiele narzeczy obecnych w Indiach, Pakistanie, Afganistanie i Iranie, języki słowiańskie i bałtyckie, walijski, irlandzki i inne języki celtyckie, angielski i jego germańskich krewnych, grecki, ormiański i albański, a także nieprzeliczone potomstwo łaciny.
Mieszkańcy Europy i niektórych z jej niegdysiejszych kolonii wywodzą swój kulturowy rodowód przez judeochrześcijańskie średniowiecze od Rzymian i Greków. Na wschód od niej częste jest odwoływanie się do spuścizny języków irańskich i proroka Zaratusztry, a nawet dalej – do sanskrytu i religii starożytnych Indii. Jeśli jednak cofniemy się jeszcze bardziej, przed Owidiusza i greckie mity, przed swarliwych bogów Azji Południowej, trafimy na szew, który wiąże Zachód ze Wschodem, na napiętą nić między nimi, drgającą w każdym z nas, kto mówi językiem indoeuropejskim, choć możemy nie zdawać sobie z tego sprawy. Szew ten powstał w sercu Eurazji, zanim zaczęto spisywać mowę, zanim zaczęła się historia – w erze mitologicznej. Roi się w nim od smoków i niedźwiedzi, czarodziejów i wojowników, potężnych bogów nieba i mądrych (oraz powabnych) królowych. To kraina snów i koszmarów, fantazji i lęków. Czerpały z niej hinduskie święte teksty, eposy Homera, Beowulf i Władca Pierścieni. Wszystkie one świadczyły o bardzo starożytnym elemencie psychiki ich odbiorców i wszystkie mają językowy dług wobec pierwszych Indoeuropejczyków. Ludzie ci – od dawna będący obiektem fascynacji, a nawet złudzeń – wreszcie wyszli na światło dzienne. W ostatnim dziesięcioleciu nauce udało się zmienić to, jak ich rozumiemy. Ich język, jego poprzednicy i jego potomstwo na całym świecie są tematem niniejszej książki.
————
Choć sanskryt i jego języki pokrewne dotarły tak daleko, w historii języka pojawiają się dość późno. Mowa jest najstarszym z ludzkich narzędzi. Byli w nie wyposażeni już pierwsi homo sapiens, kiedy zaistnieli w Afryce trzysta tysięcy lat temu. Ich narządy mowy potrafiły wytworzyć te same dźwięki, którymi my się posługujemy, mieli też poznawczą zdolność do powiązania dźwięku ze znaczeniem oraz łączenia jednostek znaczeniowych – czyli słów – w zdania.
Tyle mówi przynajmniej jedna hipoteza. Według innej język w ogóle nie wyewoluował, lecz został wynaleziony około osiemdziesięciu tysięcy lat temu na pustyni w południowo-wschodniej Afryce – być może przez grupę dzieci pozostawionych samym sobie, niczym we Władcy much, przy zabawie. Możliwe nawet, że wynaleziono go wielokrotnie w różnych częściach Afryki.
Pierwsze ludzkie języki były mówione lub migane albo też łączyły mowę i miganie. Nam wydałyby się pewnie bardzo prymitywne – nie miały na przykład przymiotników ani stałej kolejności wyrazów w zdaniu. Ale nawet za pomocą tak minimalnej składni ich użytkownicy byli w stanie przenieść interlokutorów poza „tu i teraz”, poza to, do czego miały bezpośredni dostęp ich zmysły. Zdolność do mówienia o zjawiskach hipotetycznych to jedno z najbardziej podstawowych wymagań języka. Na tej podstawie możemy zasadnie przypuszczać, że już pierwsi użytkownicy potrafili opowiadać historie.
Nasi przodkowie byli łowcami-zbieraczami, wędrującymi w niewielkich grupach i wiążącymi się z partnerami spoza nich. W ten sposób wprowadzali do grupy nowe języki, więc ich dzieci wychowywały się, słysząc więcej niż jedną mowę. Podświadomie dobierały z każdej z nich najbardziej pożyteczne cechy i w ten sposób rozwijały to narzędzie. Zanim ludzie opuścili Afrykę – sześćdziesiąt tysięcy lat temu – prawdopodobnie komunikowali się już głównie za pomocą mowy i potrafili wyrażać się w sposób bardziej zaawansowany1.
Sześćdziesiąt tysięcy lat temu świat był chłodny, a potem stał się jeszcze zimniejszy. Znaczną część zachodniej Eurazji pokryły lodowce, a tam, gdzie kończył się lód, zaczynała się bezdrzewna tundra. Człowiek podążył za łowną zwierzyną do cieplejszych krain. Opowiadanie historii – opisywanie innych światów – stało się być może zdolnością potrzebną do przetrwania. Lodowce zaczęły się cofać około czternastu tysięcy lat temu; ci, którzy przetrwali lód, znowu ruszyli w drogę. W ciągu kilku tysięcy lat ich potomkowie na obszarze Żyznego Półksiężyca, ciągnącym się od Eufratu i Tygrysu po ujście Nilu, zaczęli poświęcać energię raczej na pielęgnowanie roślin i zwierząt, a nie łowienie ich. Otworzyła się dla nich nowa żywnościowa rzeczywistość.
W przeddzień tej rolniczej rewolucji na świecie żyło około dziesięciu milionów ludzi. Mówili oni może dziesięcioma tysiącami języków, z których każdy miał tysiąc, najwyżej dwa tysiące użytkowników. Rolnictwo uwolniło jednak energię z nowych źródeł, dzięki czemu społeczności zaczęły rosnąć, a wraz z nimi ich języki. Pojawiały się dialekty, a niektóre z nich z czasem stawały się samodzielnymi językami. Rodziny językowe wybuchały jak supernowe. Ten okres – neolit, epoka kamienia gładzonego – był złotą erą naszej lingwistycznej płodności: nigdy w dziejach nie mówiono tyloma językami co wtedy. Być może w szczytowym momencie było ich nawet piętnaście tysięcy.
Nie były jednak rozłożone równo, bo języki łączą się i dzielą tam, gdzie ludzie. Na archipelagu może być ich tyle co wysp. Na Kaukazie, nazwanym w X wieku przez arabskiego geografa „górą języków”, językoznawcy zaobserwowali zjawisko „dwujęzyczności pionowej”: mieszkańcy wyżej położonych wiosek znają języki tych, którzy mieszkają niżej od nich, ale nie działa to w drugą stronę. Języki są najbardziej różnorodne tam, gdzie największa jest bioróżnorodność, bo regiony takie są zdolne pomieścić większą liczbę grup mówiących różnymi językami i mieszkających obok siebie. Melanezja i Afryka Zachodnia, czyli miejsca, gdzie można wciąż zobaczyć ślady globalnej dawniej obfitości, do dziś są pełne różnych języków.
Języki trzymają się więc terenów nadających się do zamieszkania. Ale to w bardzo dosłownym sensie ruchomy cel: zdatność jakiegoś miejsca do ludzkiego osadnictwa określają po części środowisko naturalne, po części klimat, po części ludzka zdolność do przystosowania się. Zmiany klimatu skłaniały ludzi do przesiedlania się albo przystosowania w inny sposób, a ich język – jak zawsze elastyczny – dopasowywał się do tej reakcji. Kiedy około pięciu tysięcy lat temu rolnicy z ludów Bantu zaczęli ekspansję na południe ze środkowej Afryki, do ich języków zaczęły się włączać mlaski zapożyczone od napotykanych tam mieszkańców buszu. Gdy Alaska stała się bardziej przyjazna rolnictwu, w języku Aleutów wyrazy dawniej oznaczające „zarzucić wędkę” oraz „rozdzielać połów” zaczęły znaczyć odpowiednio „sadzić” i „siać”. Istnieją jednak granice ludzkiej zdolności do adaptacji: nordyccy osadnicy z Grenlandii zniknęli w XV wieku wraz ze swoim językiem – prawdopodobnie dlatego, że zmusiło ich do tego ochłodzenie klimatu.
Od czasów neolitycznego szczytu ludzka różnorodność językowa powoli się kurczy. Jej spadek zaczął się od powstania pierwszych państw, około pięciu tysięcy lat temu, wśród Sumerów w Mezopotamii (w dzisiejszym Iraku). Języki, które państwa te postanowiły wykorzystywać na potrzeby swojej administracji, stawały się bardziej popularne. W ciągu tysiąca lat pojawiły się pierwsze narzecza posiadające milion użytkowników. Niektóre z nich rozprzestrzeniały się kosztem mniejszych języków. Wiele wymarło, lecz z reguły nie bez śladu, bo ocalałe języki wyciągały z nich przydatne innowacje.
Dziś osiem miliardów ludzi na świecie mówi mniej więcej siedmioma tysiącami języków. Należą one do około stu czterdziestu rodzin językowych, lecz większość z nas używa języka z jednej z zaledwie pięciu z nich: indoeuropejskiej, chińsko-tybetańskiej, nigero-kongijskiej, afroazjatyckiej lub austronezyjskiej. Wśród tej piątki wyróżniają się dwa kolosy: rodzina indoeuropejska, której największym przedstawicielem jest angielski, i chińsko-tybetańska, do której zalicza się mandaryński. Mandaryński ma więcej rodzimych użytkowników niż angielski, ale języki indoeuropejskie mają ich więcej niż chińsko-tybetańskie. Jeśli doliczymy osoby posługujące się którymś z tych języków jako drugim, trzecim i tak dalej, to rodzina indoeuropejska bezspornie będzie największą rodziną językową w dziejach świata. Do podobnych wniosków prowadzi analiza zasięgu geograficznego. Niemal co druga osoba na świecie mówi jakimś językiem indoeuropejskim.
————
Choć w naszej współczesnej mowie słychać duchy martwych języków, nigdy nie dowiemy się, jak brzmiała większość z nich, bo nie zostały nagrane. Gdyby trzysta tysięcy lat istnienia homo sapiens przedstawić w postaci zegara, pismo pojawiłoby się mniej więcej pół godziny przed północą. Wtedy właśnie zaczęła się historia – co po grecku znaczyło „wiedza” albo „badanie”, a później „kronika” lub „relacja”. Wszystko, co działo się wcześniej, nazywamy prehistorią.
Podobnie jak sam język, pismo wymyślono w kilku niepowiązanych ze sobą miejscach i czasach. Najstarszy znany system pisma wymyślili Sumerowie. Wykorzystywali w nim ideogramy, czyli symbole obrazujące różne koncepcje. Z czasem powstały systemy bardziej abstrakcyjne, w których poszczególne znaki odpowiadały dźwiękom. Można je podzielić na dwie główne kategorie: pisma sylabiczne, czyli sylabariusze, w których każdy znak odpowiada sylabie, oraz pisma alfabetyczne, czyli alfabety, w których każdy znak odpowiada jednemu dźwiękowi. Były też systemy stanowiące hybrydę obu podejść, czasem z dodatkiem kilku ideogramów.
O ile nam wiadomo, alfabet wymyślono tylko raz – w Egipcie albo jego okolicy. Potem wielokrotnie go kopiowano – zawsze z pewnymi zmianami. Ważne tu jest, by zrozumieć, że każdy system pisma może posłużyć do zapisywania różnych języków, a każdy język można zapisać różnymi systemami pisma. Starożytne systemy pisma, których nie potrafimy dziś rozszyfrować – jak pismo linearne Krety minojskiej czy też pismo kultury Indusu – mogą zatem kryć zarówno teksty w językach nam znanych, jak i kompletnie nieodkrytych. Nie dowiemy się tego, póki nie zostaną odczytane.
Gdybyśmy chcieli poznać przeszłość języka, opierając się wyłącznie na piśmie, niniejsza książka byłaby bardzo krótka, bo językami indoeuropejskimi przez wiele tysiącleci posługiwali się ludzie, którzy nigdy nie widzieli w formie pisanej nawet swoich imion. Na szczęście możemy wnioskować o historii za pomocą innych metod. Język jest podatny na zmiany i bez przerwy się rozbudowuje, a więc stanowi zarazem archiwum swojej własnej wędrówki. Kiedy mówimy o „narodzinach” lub „śmierci” jakiegoś języka, rozumiemy go jako zestaw narzędzi komunikacyjnych niezrozumiałych dla użytkowników innych, podobnych zestawów (na podobnej zasadzie w biologii gatunki wyróżnia się na podstawie niezdolności dwóch osobników do krzyżowania się – albo ściślej mówiąc, niezdolności ich potomstwa do krzyżowania się z innymi). To przydatna definicja, ale nie jedyna. Równie prawdziwe jest stwierdzenie, że wszystkie języki można wyprowadzić od tych najstarszych, tak jak wszystkie gatunki pochodzą od pierwszych żywych organizmów. W tym znaczeniu wszystkie języki są równie stare. Te, którymi mówimy dziś, to żywe skamieliny. Język jest nie tylko narzędziem, lecz także pomnikiem.
Ludzie wiedzą od dawna, że struktura języka i jego pokrewieństwo z innymi tworzą kapsułę czasu. Herodot – Grek, którego czasem z podziwem nazywamy ojcem historii, a czasem ze znacznie mniejszym podziwem ojcem kłamstw – pojął to instynktownie już w V wieku p.n.e.2 Pisał, że gdy mieszkańcy stepów na północ od Morza Czarnego chcieli handlować z plemionami mieszkającymi w górach Ałtaju w Azji Środkowej (czyli w jego przekonaniu na skraju płaskiej Ziemi), musieli posługiwać się siedmioma tłumaczami przekładającymi wiadomości na siedem języków po kolei. Rozumiał zatem, że dwa języki mogą być od siebie odrębne i jednocześnie ze sobą spokrewnione.
Herodot mówił prawdopodobnie tylko po grecku. Wspomnianą wyżej koncepcję mógł natomiast bardziej jednoznacznie wyłożyć jedynie poliglota, czyli ktoś, kto ma w głowie imponującą liczbę języków. Poliglotą był na przykład Dante Alighieri, człowiek, który gwałtownie przyspieszył śmierć łaciny przez napisanie jednego z najważniejszych dzieł średniowiecznej literatury europejskiej po włosku, czyli w języku używanym na co dzień przez swoich rodaków. Wpływ Boskiej komedii był tak przemożny, że na kilkaset lat toskański dialekt Dantego stał się standardowym językiem literackim Europy Zachodniej.
Na początku XIV wieku, kiedy łacinę relegowano już do uczelni, Dante przyjrzał się językowemu krajobrazowi Europy. Podzielił języki na podstawie tego, jak brzmiało w nich słowo „tak” – wyróżnił zatem języki germańskie (jo) oraz romańskie, którymi posługiwano się na zachód i południe od tych pierwszych. Te drugie podzielił następnie na langue d’oc i langue d’oïl, między którymi granica przebiegała na rzece Loarze, oraz języki sì, którymi mówiono we Włoszech i na Półwyspie Iberyjskim. Potem zasugerował, że oc, oïl i sì pochodzą od łaciny.
Uważał tak, ponieważ miały wiele wspólnych wyrazów, w tym oznaczających boga, miłość, niebo, morze i ziemię. Widać to na pierwszy rzut oka nawet przy nauce nowoczesnych języków romańskich, które miały więcej czasu na rozwój w odmiennych kierunkach. Bóg, po łacinie deus, to po francusku dieu, po włosku dio, po hiszpańsku dios. Miłość, po łacinie amor, to w tych trzech językach odpowiednio amour, amore i amor; niebo, caelum, stało się ciel – cielo – cielo, morze, czyli mare – mer – mare – mar, ziemia, czyli terra – terre – terra – tierra. W języku oksytańskim, jednym z langue d’oc, który do dziś używany jest w niektórych zakątkach Francji, Hiszpanii i Włoch, pojęciom tym odpowiadają kolejno dieu – amor – cèl – mar – tèrra3.
Dante twierdził, że różnice między tymi językami wynikały ze stopniowych przemian. Wyjaśniał to za pomocą porównania: „To zaś, co mówimy, nie powinno wzbudzać większego zdziwienia niż fakt, że widzimy dorosłego młodzieńca, a nie zauważyliśmy, jak rósł: nie dostrzegamy bowiem wcale zmian zachodzących powoli, i im więcej czasu wymaga przemiana jakiejś rzeczy, żeby ją dostrzec, za tym bardziej niezmienną tę rzecz uważamy”4.
Trudno wyrazić, jak bardzo heretycka była to wówczas myśl. Średniowieczni Europejczycy inaczej tłumaczyli sobie, dlaczego mówią odmiennymi językami: po tym jak arka Noego wylądowała na górze Ararat, jego potomkowie odważyli się wznieść wieżę sięgającą nieba. Oburzony Bóg „pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi”*. Owocem tego karnego wymieszania były wszystkie języki oprócz jednego: hebrajskiego, języka przedpotopowego, który Noe zabrał ze sobą do arki. Ponieważ wszystko to stało się najwyżej kilka tysięcy lat wcześniej, nie było dość czasu, by dokonały się stopniowe zmiany, jakie wyobrażał sobie Dante. Był ewidentnym wariatem, podobnie jak współcześni mu szaleńcy, którzy doszukiwali się wspólnego przodka także dla języków germańskich.
…uczeni filologowie, co gonią
Zziajaną sylabę przez wieki i miejsca,
Nachodzą ją w domu i tropią po nocy,
Do Galii, do Grecji, do Noego arki…5
Wyjaśnienie ewolucyjne powoli – bardzo powoli – zyskało przewagę nad biblijnym. Wreszcie zaakceptowano ideę, że istnieją rodzinyjęzykowe: italska, germańska i celtycka. Na początku XVIII wieku kolejny poliglota, Gottfried Wilhelm Leibniz, stwierdził, że wszystkie one mają wspólnego przodka. Do tego czasu Europejczycy panowali już nad ogromnymi, globalnymi imperiami i wielu z nich trafiało do ich odległych zakątków w roli zarządców. W kontakcie z olbrzymim wachlarzem ludów i języków niektórzy nawet nauczyli się nimi mówić, aby tym lepiej panować nad podwładnymi imperium. W 1786 roku sir William „Oriental” Jones, brytyjski sędzia i poliglota osiadły w Kalkucie, wygłosił cytowaną później w nieprzeliczonych podręcznikach językoznawstwa mowę, w której stwierdził, że sanskryt, łacina i greka „wyłoniły się z jakiegoś wspólnego źródła, które być może już nie istnieje”. Dodał do tego, że mogą z niego pochodzić też języki germańskie, celtyckie i irańskie.
Jones nie był pierwszym, który przedstawił ten pomysł, ale jako pierwszy miał słuchaczy gotowych go zaakceptować. Sugestia, że istnieje jakaś pradziejowa więź między Europą a Orientem, rozbudziła wyobraźnię mas. W świecie przed samolotami i internetem, a więc jawiącym się jako znacznie większy i bardziej tajemniczy niż ten znany nam dzisiaj, zdumienie budziły łacińsko-sanskryckie pary: domus –dam („dom”), deus – dewa („bóg”), mater – mata („matka”), pater – pita („ojciec”), septem – sapta („siedem”) czy rex – radża („król”), a także porównania pierwszych trzech liczb w niemieckim (eins, zwei, drei), greckim (heis, duo, treis) i sanskrycie (ekas, dwau, trajas). Słychać było w nich echa pradawnych, fantastycznych spotkań – ale jakich? „Zasłyszane melodie słodkie są, lecz słodsze są te niezasłyszane…”** Studia nad sanskrytem na Zachodzie rozkwitły.
Językoznawstwo historyczne bada, jak zmieniały się języki z biegiem czasu. Jego znawcy ustalili w końcu, że istnieje dwanaście głównych podrodzin indoeuropejskiej rodziny językowej: anatolijska, tocharska, grecka, ormiańska, albańska, italska, celtycka, germańska, słowiańska, bałtycka, indoaryjska i irańska6. Wypisanie ich w postaci takiej listy wyrządza im jednak olbrzymią krzywdę, bo każda skrywa nie jeden, lecz wiele światów ludzkich wędrówek i myśli.
Podrodzina anatolijska to garść dawno wymarłych języków, którymi niegdyś mówiono w azjatyckiej części dzisiejszej Turcji. Uważa się ją za najstarszą, choć została uznana jako jedna z ostatnich. Tocharska to też córa marnotrawna: nikt nie spodziewał się, że zostanie przyjęta do rodziny z otwartymi ramionami, mimo że dowodów świadczących o jej przynależności do niej jest multum. Ona również obejmuje martwy język (albo raczej dwa), którym dawniej mówiono w karawanserajach szlaku jedwabnego na terenie należącym dziś do północno-wschodnich Chin. Jest to więc najdalej wysunięta na wschód gałąź rodziny.
Podrodziny indoaryjska i irańska są tak blisko powiązane, że większość językoznawców łączy je w jedną: indoirańską. Jest zdecydowanie największa pod względem zajmowanego obszaru i liczby użytkowników; należą do niej również mniej znane języki nuristańskie, funkcjonujące w trudno dostępnych dolinach Hindukuszu. Do podrodziny irańskiej należą wymarłe awestyjski, czyli ojczysty język Zaratusztry, oraz sogdyjski, którym mówili kupcy na szlakach jedwabnych wczesnego średniowiecza, lecz także żyjące do dziś farsi (czyli nowoperski), paszto i kurdyjski. Ich martwy kuzyn, sanskryt, język najstarszych pism indyjskich i hinduskich, czyli Wed, może być najbardziej płodnym ze wszystkich języków indoeuropejskich. Wśród jego żyjącego potomstwa są między innymi hindi, urdu, romski oraz syngaleski, którym mówi się na Sri Lance.
Grecki, albański i ormiański są na tyle wyjątkowe, że każdy ma własną podrodzinę. Ich sieroca natura każe nam doszukiwać się bliskich im języków duchów, dawno wymarłych krewnych, którzy może niegdyś wędrowali z nimi przez dzieje, po czym znikli jeden po drugim i pozostawili tylko tę trójkę. Dwa istniejące do dziś języki bałtyckie – łotewski i litewski – są dziejowo powiązane z narzeczami Słowian, co możemy wywnioskować z ich bliskości. Ale języki słowiańskie mają też własną opowieść, rozdzieloną między zespoły: zachodniosłowiański (w tym polski i czeski), południowosłowiański (jak bułgarski i słoweński) oraz wschodniosłowiański (tu szczególnie ukraiński i rosyjski).
Po drugiej stronie Europy spotykamy języki celtyckie, podzielone między północ a południe. Irlandzki, szkocki i manx poszły inną drogą niż walijski i kornijski, które są bliższe bretońskiemu i wymarłemu galijskiemu zza kanału La Manche. Podrodzina italska składa się z łaciny i jej potomków, od portugalskiego po rumuński, ale też dawno wymarłych braci, jak umbryjski i oskijski. Oskijski był językiem Sabinów, których kobiety według legendy zostały porwane przez założyciela Rzymu i jego pomagierów. Wreszcie do podrodziny germańskiej należą języki Skandynawii oraz angielski, niderlandzki i niemiecki, a także wymarły gocki, niegdyś słyszany aż na Krymie i w południowej Rosji.
Większość języków nie jest monolitami. Weźmy na przykład współczesny angielski, który pochodzi od staroangielskiego przez średnioangielski. Według językoznawców potrzeba średnio od pięciuset do tysiąca lat, by język stał się niezrozumiały dla tych, którzy mówili nim pierwsi (choć oczywiście nie mogą być już tego świadkami). Współcześni anglofoni rozumieją wczesny nowożytny angielski język Szekspira, który tworzył w XVI wieku, ale już nie staroangielski, w którym ułożono Beowulfa dziewięćset lat wcześniej. Pierwsze wersy Beowulfa brzmią: Hwæt. We Gardena in geardagum, þeodcyninga, þrym gefrunon, hu ða æþelingas ellen fremedon***. Amerykański poeta Stephen Mitchell przełożył je na współczesną angielszczyznę tak:
Of the strength of the Spear-Danes in days gone by
we have heard, and of their hero-kings:
the prodigious deeds those princes performed!7
Może się wydawać, że języki indoeuropejskie kompletnie zdominowały Europę, ale to nieprawda. Fiński, estoński i węgierski należą do rodziny uralskiej, baskijski jest zaś rzadką, anachroniczną perłą: wyspą czegoś starszego na indoeuropejskim oceanie. W pierwszym tysiącleciu n.e. Wizygoci, którzy podbili Iberię, próbowali „uwspółcześnić” Basków – każdy z ich królów pysznił się, że domuit Vascones. To zwrot po łacinie, w języku przyjętym przez germańskojęzycznych Wizygotów podczas wędrówki na zachód. Oznacza „poskromił Basków”. Za każdym razem była to nieprawda.
Na logikę wydawałoby się, że praszczur wszystkich języków indoeuropejskich musiał wziąć się od jeszcze wcześniejszego przodka, dzielonego z innymi rodzinami językowymi, i w ten sposób moglibyśmy cofać się coraz dalej i dalej aż do pierwszych języków ludzkości. Ale im dalej cofamy się w czasie, tym trudniej stwierdzić, czy dane języki są do siebie podobne dlatego, że łączy je pochodzenie, czy z jakiejś innej przyczyny – na przykład przez zapożyczenie. Poza horyzontem dziesięciu tysięcy lat wstecz nie da się już rozróżnić tych zjawisk. O ile zatem nikt nie przeczy, że istnieją językowe „makrorodziny” (zaproponowano na przykład taką, która łączyłaby języki indoeuropejskie i uralskie), o tyle badanie ich to zajęcie raczej niszowe. Większość uczonych skupia się na pytaniach, na które odpowiedź jest nam dostępna.
Od kiedy wykazano istnienie więzi między językami europejskimi i indyjskimi, ludzie zastanawiali się, gdzie mówiono ich wspólnym przodkiem. Odszukanie ojczyzny indoeuropejskiej przez dwieście pięćdziesiąt lat było Świętym Graalem wielu intelektualistów i niekoniecznie intelektualistów. Myśliciele epoki oświecenia szybko ogłosili, że języki indoeuropejskie wywodzą się z Indii, a najstarszym z nich musi być sanskryt. Narzuca się myśl, że tym piewcom rozumowej metody badawczej pasowałoby właściwie dowolne miejsce, jeśli tylko nie miałoby związku z tekstem Biblii. Byli tacy, którzy szukali odpowiedzi na biegunie północnym albo zaginionej Atlantydzie, na dnie Morza Czarnego. Właściwie każdy skrawek gruntu u wybrzeży tego akwenu w którymś momencie był kandydatem na ojczyznę indoeuropejską8 – niektóre liczą się w tym sporze do dziś.
Z początku często dokonywano niebezpiecznych skrótów myślowych między koncepcją jednego indoeuropejskiego prajęzyka a myślą, że posługiwał się nim jeden lud, należący do jednej kultury. Dziewiętnastowieczni archeolodzy europejscy o bardziej nacjonalistycznych zapędach uchwycili się wyrazu „Ariowie” – tak nazywali samych siebie starożytni Indusi i Irańczycy („Ja ziemię Arji dałem” – mówi bóg Indra w najstarszym świętym tekście indyjskim) – na dowód, że rzekomy Urvolk mieszkał znacznie bliżej ich stron9. Tę fantazję do absurdalnej i zarazem złowieszczej skrajności doprowadzili naziści, którzy głosili, że pierwszymi użytkownikami języka indoeuropejskiego byli niebieskoocy blondyni tworzący ceramikę w charakterystycznym stylu i mieszkający w północnych Niemczech. Wystarczy się zastanowić przez chwilę, żeby zauważyć, że próba powiązania narodu, kultury i języka w stosunku jeden do jednego daje tylko iluzoryczne wyniki. Australijscy aborygeni uważają się za etnicznie bliskich, ale mówią setkami różnych języków. Z drugiej strony angielszczyzną porozumiewa się miliard ludzi na świecie, którzy deklarują przynależność do oszałamiającej liczby etnosów i kultur. Choć współcześni badacze uważają, że istniał jeden język praindoeuropejski, którym posługiwali się konkretni ludzie w konkretnym miejscu, nie przypisują im jednolitej kultury i grupy etnicznej.
Są uczeni, którzy kwestionują koncepcję matecznika praindoeuropejskiego. Zwracają uwagę, że w rzeczywistości języki nie rozdzielają się nagle: zamiast tego powstają stopniowo odsuwające się od siebie dialekty (co byłoby oczywiste dla każdego, kto żył przed XVIII wiekiem, później łańcuchy dialektów przecięto granicami państwowymi i językami urzędowymi). Sama definicja języka jest absolutnie polityczna: lingwiście Maxowi Weinreichowi przypisuje się bon mot, że język to dialekt z armią i flotą. Zmiany między językami mają charakter nie tylko „pionowej” ewolucji, ale też „poziomych” zapożyczeń. Mówiąc krótko: popularny model ewolucji języka, w którym od jednego pnia odchodzą proste gałęzie, jest nadmiernym uproszczeniem i prowadzi nas na manowce. Zdaniem tych sceptyków w epoce oświecenia po prostu zastąpiono biblijny mit o pochodzeniu języków nacjonalistycznym. Im usilniej gonimy za mityczną kolebką praindoeuropejską, tym szybciej się od nas odsuwa, bo nigdy nie istniała. To fatamorgana.
Większość językoznawców uważa, że to nadmiernie pesymistyczny pogląd. O ile przyznają, że model drzewa jest uproszczeniem, a języki zmieniają się zarówno „pionowo”, jak i „poziomo”, są przekonani, że potrafią odróżnić od siebie te procesy i prześledzić je w czasie. A zatem – stwierdzają – można mówić o „narodzinach” rodziny indoeuropejskiej i tym samym o jej „kolebce”. Dobrze wiedzą, że to nastawienie w przeszłości prowadziło ich dyscyplinę do bardzo mrocznych, ślepych zaułków ideologii, ale zamiast ukrywać tę część historii, wywlekają ją na światło dzienne – jako przestrogę, by nigdy więcej nie iść tą drogą.
Rodzina indoeuropejska ma wątpliwy zaszczyt bycia tą, na której językoznawstwo historyczne zjadło zęby. Dopiero później językoznawcy wykorzystali nabyte przy tym zdolności do analizy innych rodzin językowych. W związku z tym jest to rodzina najlepiej udokumentowana i pod wieloma względami najlepiej zrozumiana, ale też ciągnie za sobą najwięcej anachronicznego bagażu intelektualnego. Jest jak sztandarowy pacjent dziewiętnastowiecznego lekarza we fraku, wiecznie ciągany przez doktora na widok publiczny, gdzie nie daje rady utrzymać równowagi i zsuwa się z niego szpitalna koszula, w równym stopniu fetowany i męczony.
————
Jak bada się język, który nie żyje od tysięcy lat i nigdy nie został spisany? Najkrócej mówiąc: z pokorą. Nieco szerzej: za pomocą technik językoznawczych, archeologicznych i genetycznych. Językoznawstwo historyczne bada dzieje, które języki noszą w sobie; archeologia przygląda się rozwojowi idei i wiedzy, czyli składników kultury; genetyka śledzi ruchy ludzi.
Choć język, kultura i geny nie są ze sobą powiązane jeden do jednego, istnieją między nimi pewne zależności, a więc każda część tej trójcy może coś powiedzieć o pozostałych dwóch. Języki są w ogólnym zarysie odzwierciedleniem kultury, z którą się wiążą, bo ludzie z reguły tworzą słowa na opisanie rzeczy dla siebie istotnych – czy są to dłuta, czy skrzaty, czy solone, fermentowane śledzie (po szwedzku surströmming). Kiedy ludzie przenoszą się z miejsca na miejsce, zabierają ze sobą kulturę i język – przynajmniej na jakiś czas. Migracje uważane są za ważny, może najważniejszy motor napędowy zmian językowych, bo odrywają od siebie dialekty i zmuszają je do kontaktu z innymi językami. Na wielu kontynentach widać korelację między szlakami prehistorycznych migracji a rozgałęzianiem drzew genealogicznych rodzin językowych. Istnieje wiele wyjątków od tej reguły – chociażby dlatego, że geny i języki nie są przekazywane w ten sam sposób (geny otrzymuje się od rodziców, ale języki od znacznie szerszego grona, a nawet z książek i aplikacji komputerowych, i możemy je stracić). Niemniej jeśli prześledzi się migracje, rozwój kultury i ewolucję języka, a potem zestawi je ze sobą, można zacząć odkrywać ludzkie historie stojące za relacjami tak mgliście widocznymi dla Herodota, a znacznie wyraźniej dla Dantego, Leibniza i Jonesa. Można odtworzyć językową przeszłość ludzkości, a nawet dawno wymarłe narzecza.
W XIX wieku językoznawstwo historyczne stało już na znacznie bardziej naukowych podstawach. Lingwiści korzystali ze wszystkiego, co mieli do dyspozycji – od starożytnych tekstów w wymarłych językach po analizy ich żywych, wciąż wykorzystywanych krewnych – i w ten sposób systematycznie porównywali, jak wygląda tam tworzenie słów i zdań. Zaczęli też opisywać zasady mówiące, jak dany dźwięk będzie się zmieniać przy przejściu z jednej podrodziny do drugiej, tak jak łacińskie p zmieniało się w angielskie f, a qu w wh – jak w parach pater – father („ojciec”) i quod – what („co”). Te konkretne wymiany głosek są częścią zestawu znanego jako prawo Grimma – od nazwiska Jacoba Grimma. Jacob i jego brat Wilhelm są znani ze zbioru bajek zgromadzonego w niemieckich wsiach – powstał on po części właśnie po to, by dać im korpus materiału w różnych dialektach, na podstawie którego bracia mogliby zrekonstruować język pragermański. Mile widzianym produktem ubocznym tej pracy są między innymi bajki o Królewnie Śnieżce i Czerwonym Kapturku.
Prawa głosowe sprawdzają się, bo o ile głoski z biegiem czasu się zmieniają, o tyle liczba dźwięków, jakie można wydać za pomocą ludzkiego aparatu głosowego, jest ograniczona. Poszczególne głoski mogą zatem przesuwać się tylko w kilka kierunków, każda zaś taka zmiana często posuwa za sobą głoski stojące obok. A zatem na podstawie tych praw, ograniczających możliwe punkty i kierunki podziału między różnymi językami pochodzącymi od wspólnego przodka, językoznawcy zaczęli identyfikować elementy współdziedziczone przez spokrewnione ze sobą narzecza, nawet tam, gdzie brzmiały dość odmiennie. Nauczyli się też rozróżniać cechy odziedziczone od zapożyczonych z innych języków. Zapożyczenia potrafią dużo powiedzieć same z siebie, bo świadczą o kontaktach między językami. Pomogły przykładowo zrekonstruować przebieg tysiącletniego exodusu Romów z Indii. Romski pochodzi od sanskrytu, co jest ewidentnie widoczne w zmianach głosek między nimi, ale podczas swojej epickiej wędrówki na zachód przyswoił też wiele zapożyczeń. W Persji nabył na przykład rzeczowniki oznaczające miód, gruszki i osła. Romowie musieli jednak opuścić Iran przed jego podbojem przez muzułmanów w VII wieku n.e., ponieważ romski nie zawiera zapożyczeń z arabskiego.
Wiatry wielkie i małe
wykołysały Cyganeczkę
i w świat pognały ją daleko…10
Ponieważ użytkownicy języków przeważnie nie są świadomi, że przechowują one informacje, ich spojrzenie na historię nie podlega cenzurze. Nie jest to może perspektywa kompletna, lecz żadna relacja historyczna nie jest kompletna, a język i teksty historyczne potrafią się uzupełniać na różne ciekawe sposoby. Wyzwanie, przed którym stają lingwiści, polega na odtworzeniu ich danej wersji w kompletnej formie bez wpadania w różne zastawiane przez język pułapki. Nie mogą nabierać się na wyrazy przypominające się nawzajem przez przypadek albo dlatego, że są pierwszymi słowami niemowląt („mama” to wyraz uniwersalny) lub onomatopejami.
Przykładem onomatopei jest wyraz „barbarzyńca”, dzielący swój rdzeń z sanskryckim barbaras i starogreckim barbaros. Z góry przepraszam wszystkie Barbary: oba te wyrazy opisują człowieka, który jąka się albo porozumiewa obcą mową. Prawdopodobnie wzięły się od tego, jak dla wielu ludzi brzmiał niezrozumiały potok słów: „bar, bar, bar”, „bla, bla, bla”. Ale tak postrzegali język cudzoziemców wszyscy. Starożytny hebrajski wyraz balal, oznaczający „bełkot”, wywodzi się od tego samego „bla, bla” co angielskie babble, lecz hebrajski jest językiem z rodziny afroazjatyckiej (podrodziny semickiej). Byłoby błędem twierdzić, że angielski i hebrajski pochodzą od wspólnego przodka.
Z czasem lingwiści zaczęli orientować się, jaki mniej więcej był wiek poszczególnych cech języków – takich jak kombinacje głosek albo cechy gramatyczne – na podstawie ich obecności (lub braku) w starszych i młodszych podrodzinach. W ten sposób mogli podjąć trudne zadanie rekonstrukcji dawno wymarłych prajęzyków – wspólnych przodków języków każdej z dwunastu podrodzin, a potem wreszcie ich wspólnego praszczura, czyli języka praindoeuropejskiego. Zdając sobie sprawę, że nie jest możliwe prawdziwe poznanie prajęzyków, gdyż istniały one przed wynalezieniem pisma, przyjęli konwencję stawiania gwiazdki przed zrekonstruowanym wyrazem, by zaznaczyć, że jego forma jest hipotetyczna, nieudokumentowana. I tak na przykład uważa się, że wyraz *klewos oznaczał w praindoeuropejskim „sławę”, albo dokładniej: „to, co jest słyszane” (w sensie: opiewane przez bardów). Został odtworzony na podstawie swoich potomków, w tym greckiego kleos, staro-cerkiewno-słowiańskiego sława i sanskryckiego srawas, z pomocą praw głosowych.
Nie była to nauka ścisła. Im więcej podrodzin danej rodziny zawierało cechy uznane za odziedziczone, tym silniejszy był argument za ich starożytnością. Nie było jednak zgody, ilu potrzeba do tego podrodzin, a wiele zagadnień wzbudzało spory. Do najostrzejszych dochodziło w kwestii znaczenia zrekonstruowanych wyrazów, ponieważ sens danego słowa potrafi się zawężać, rozciągać albo przesuwać z biegiem czasu. Angielski wyraz focus, oznaczający punkt, w którym skupia się uwagę, pochodzi od łacińskiego słowa oznaczającego „ognisko domowe”. Wyraz merry pierwotnie znaczył „krótki”, dziś jednak oznacza „wesoły” – prawdopodobnie dlatego, że krótsze lekcje albo ceremonie religijne to powód do wesołości. Słowa mogą też znajdować sobie drugi „etat”, gdy powstają nowe koncepcje, wymagające nazwy. Angielskie mouse ma to samo pochodzenie co łacińskie mus. Może oznaczać małego gryzonia (mysz) albo narzędzie pozwalające przesuwać kursor po ekranie komputera. Rzymianie używali go jednak tylko w jednym z tych znaczeń. Jedną z większych rozkoszy etymologii jest śledzenie krętych dróg, którymi podążał sens każdego wyrazu od jego korzeni po współczesność.
Sytuacje, gdy językoznawcom udało się potwierdzić swoje teorie przez odkrycie inskrypcji lub dokumentu dowodzącego, że zrekonstruowane słowo kiedyś rzeczywiście zostało wypowiedziane, były niezwykle rzadkie, lecz nie całkiem niesłychane. Szwajcarski lingwista Ferdinand de Saussure twierdził, że kiedyś musiała istnieć spółgłoska zwana laryngałem, niezachowana jednak w żadnej współczesnej mowie, i w ten sposób wyjaśniał ewolucję wyrazów, które jego zdaniem dawniej ją zawierały. Wiele lat później odkryto tabliczkę zapisaną po hetycku, zawierającą symbol oznaczający taki właśnie dźwięk. Niestety de Saussure tego nie dożył.
Językoznawstwo historyczne do dziś opiera się na porównywaniu języków, lecz teraz dopasowywaniem do podrodzin na podstawie wspólnych cech zajmują się komputery. Metoda porównawcza może jednak tylko powiedzieć, które języki są młodsze i starsze, ale nie kiedy się pojawiły, podzieliły albo wymarły. W tym pomagają zapożyczenia, jeśli mają wpisaną konkretną datę, jak w przypadku perskich słów w romskim. W przeciwnym razie datowanie kluczowych wydarzeń w życiu języka jest możliwe jedynie na podstawie zewnętrznych, pozajęzykowych źródeł.
Bardzo pomocna jest historia. Rzymscy kronikarze przekazują nam na przykład, że gdy przyszły cesarz Hadrian przemówił w senacie około 100 roku n.e., senatorzy kpili z jego iberyjskiego akcentu (urodził się w okolicach dzisiejszej Sewilli). A więc łacina już wtedy się dzieliła, ale Hadrian mówił jeszcze zrozumiałą łaciną, a nie wczesną wersją hiszpańskiego. W IX wieku n.e., gdy dwaj wnukowie Karola Wielkiego zaprzysięgali sobie sojusz, języki romańskie oddzieliły się już od łaciny. Wiemy to, bo jeden z braci mówił po romańsku, drugi po niemiecku, a przysięgi każdy składał w języku tego drugiego. Niemieckojęzyczny Ludwik posługiwał się łaciną swobodnie, lecz romański był dla niego trudniejszy, a ponieważ uniknięcie nieporozumienia miało ogromne znaczenie, czuł, że potrzebna mu ściąga. Jej tekst, znany jako przysięgi strasburskie, stanowi najstarszy zachowany dokument w jakiejkolwiek formie języka francuskiego oraz jakiegokolwiek języka romańskiego w ogóle.
Uważa się, że Rygweda, czyli najstarszy indyjski tekst zwarty, powstała około 1400 roku p.n.e. Najstarsza literatura grecka ma podobny wiek. Istnieją starsze inskrypcje w językach indoeuropejskich – graffiti, epitafia, inne krótkie stwierdzenia. Wśród nich najstarsze są po hetycku, powstały około 2000 roku p.n.e. Kiedy cofniemy się poza tę datę, nie mamy już więcej stałych śladów języka i potrzebna jest nowa metoda kalibracji językowych drzew genealogicznych, inny sposób na odczytywanie i datowanie dramatów dotykających mieszkańców starożytności. Tu do gry włączają się archeologia i genetyka.
To archeolodzy z XIX i początku XX wieku odkryli inskrypcje i teksty, dzięki którym językoznawcy mogli najpierw rozszyfrować różne alfabety, a potem metodycznie zbadać zapisane nimi języki. Jednak nie był to jedyny wkład archeologii. Naukowa strona tej dyscypliny bardzo rozwinęła się przez ostatnie siedemdziesiąt lat i jest dziś absolutnie fascynująca. Niedawno słuchałam archeologa, który z czystą radością w głosie opisywał, że płytka nazębna zdjęta z zębów pasterzy żyjących tysiące lat temu zawierała cząsteczki węgla drzewnego z dymu, który wdychali. Ich analiza pozwoliła zidentyfikować gatunek drzewa, które posłużyło im za opał.
Stosunek izotopów w kościach i zębach świadczy nie tylko o tym, co ktoś jadł, ale też czy dorastał w tym samym miejscu co jego rodzice, czy może raczej był dzieckiem imigrantów, a także czy doświadczał w życiu okresów głodu (izotopy, czyli różne formy tego samego pierwiastka chemicznego, występują w odmiennych stosunkach w różnych elementach środowiska naturalnego, a zatem również w naszym jedzeniu). Badanie kości ujawnia, czy sporo chodził, nosił ciężkie przedmioty albo jeździł konno. Te i podobne potężne narzędzia zasugerowały nam – zanim jeszcze genetycy zyskali zdolność śledzenia samych migrantów – że starożytni podejmowali migracje.
Muszlę, którą ktoś kiedyś nosił jako bransoletę, można teraz powiązać z plażą, gdzie ją znaleziono, a po drodze prześledzić cały łańcuch wymian darów, jaki przebyła. Sztabkę miedzi wyciągniętą z wraku okrętu można przyporządkować do konkretnej kopalni po drugiej stronie kontynentu, gdzie wydobyto rudę. Po wytopie tej rudy pozostał ołowiany pył w torfowisku – współczesny naukowiec może zrobić odwiert, wykryć pył i wykorzystać go do oszacowania skali produkcji hutniczej.
Torf nawarstwia się bardzo powoli i przez to zachowuje ślady przeszłości. Podobnie jest z resztkami organicznymi opadającymi na dno jezior. I torf, i te resztki potrafią uwięzić pyłki roślinne, a przez pomiar stężenia i gatunku tychże można zrekonstruować zmiany klimatu w czasach prehistorycznych, wznoszenie i opadanie poziomu morza, rozrost i cofanie się lasów. To zaś pozwala zastanowić się, jak mają się do tego ludzkie dzieje. Najbardziej precyzyjne sposoby datowania radiowęglowego pozwalają określić wiek materii organicznej, w tym kości, z dokładnością do jednego ludzkiego pokolenia. „I tak powstałam z mroku” pradawnego pochówku w mokradle – pisał irlandzki poeta Seamus Heaney11.
Mimo że archeolodzy potrafią wydobyć ogromne zbiory danych z obiektów tak małych, że widać je tylko pod mikroskopem, nawet ich wiedza jest jedynie częścią całości. Widzą, którędy wędrowali ludzie, ale niekoniecznie ilu ich było, jak szybko się poruszali albo w jakim okresie. Mogą przyjrzeć się najbardziej nawet intymnym rytuałom czyjegoś życia i śmierci, ale co do poglądów, które za nimi stały, pozostaje im tylko zgadywać. Wśród koczowniczych ludów były też takie, których osad nigdy nie odnaleźliśmy, są miasta, w których umarli gdzieś zniknęli (w dalszej części książki spotkamy się z podobnymi nieobecnościami). Archeologia w ogóle przygląda się raczej wydarzeniom niż procesom, ale wiele sił, które kształtowały ludzi i ich języki, działało powoli – tak powoli, że były niezauważalne dla ludzi, na których oddziaływały. Badanie tych procesów wymaga innej dziedziny nauki.
Genetycy nauczyli się wydobywać DNA z bardzo starych szczątków ludzkich jakieś dwadzieścia lat temu. Techniki genetyczne stosowano w badaniach prehistorii już wcześniej, ale na zasadzie poszukiwania śladów pradawnych migracji we współczesnych populacjach. Genom każdego człowieka zawiera streszczenie jego pochodzenia, ślady wszystkich przodków, którzy dołożyli doń fragment swojego kodu genetycznego, była to zatem całkiem przemyślna strategia. Dokładnie to robią dzisiaj prywatne firmy analizujące genom, takie jak 23andMe. Traci jednak wiarygodność powyżej dziesięciu pokoleń wstecz, bo późniejsze domieszki rozcieńczają wcześniejsze. Można w ten sposób dowieść, że czyjś przodek trafił do Algieru na okręcie niewolniczym w XVIII wieku, ale czy inny antenat wydobywał sól w Alpach dwa tysiące lat wcześniej – już nie.
Wiele osób uważało, że odczytanie kodu DNA ludzi nieżyjących od stuleci nigdy nie będzie możliwe w związku z ryzykiem skażenia próbek. Najmniejsze dotknięcie starożytnej kości opuszką palca może zostawić na niej ślady DNA, a bardzo niewiele muzealnych kości nigdy nie zostało poruszonych gołą ręką (w XIX wieku archeolodzy oceniali wiek kości, liżąc je – uważano, że im bardziej lepią się do języka, tym muszą być starsze). Przełom nastąpił na początku trzeciego tysiąclecia, gdy genetykom udało się zidentyfikować charakterystyczny profil kopalnego DNA oraz zmiany, które zachodziły w nim przez wieki, a także wypracować techniki odróżniania go od DNA współczesnego. Wraz z rozwojem sekwencjonowania DNA, który znacząco obniżył koszt i czas potrzebne do odczytania pełnego genomu danej osoby, zdolność do wydobycia, skategoryzowania i odczytania DNA ludzi starożytnych stała się prawdziwym przełomem w badaniach nad przeszłością sprzed wynalezienia pisma.
Od tamtej pory artykuły o kopalnym DNA zaczęły sypać się jak ulęgałki. W 2023 roku przeanalizowano dziesięć tysięcy starożytnych genomów, ponad sto razy więcej niż dziesięć lat wcześniej. Ale sami genetycy przyznają, że to wciąż za mało: żeby wypełnić luki w naszej wiedzy o wymarłych ludach i zrekonstruować przebieg zachodzących w nich zmian, będziemy potrzebowali ich o wiele więcej. Jednak ogrom szczegółów, które analiza genomów już teraz dodała do portretu prehistorycznej Eurazji, jest zdumiewający. Ponieważ możliwe jest śledzenie rodzajów DNA przekazywanych tylko w linii męskiej (na chromosomie Y) albo tylko w linii żeńskiej (DNA mitochondrialne), genetycy potrafią rozróżnić wędrówki mężczyzn i kobiet oraz zarysować sieci rodzinne. W ten sposób odkryli na przykład w prehistorycznych społeczeństwach tabu dotyczące mezaliansów elit oraz segregację między grupami etnicznymi. Odnaleźli genetyczne ślady świadczące o istnieniu rodzin zastępczych, współczucia dla niepełnosprawnych, a także o ofiarach z ludzi, ludobójstwach i zarazach. Udało im się ustalić skalę, a w kilku przypadkach także szybkość migracji, które archeolodzy mogli obserwować tylko w pojedynczych ujęciach. Co jednak najważniejsze, potwierdzili ponad wszelką wątpliwość, jak ogromną rolę w historii ludzkości i jej języków odegrały migracje.
Dzięki tym osiągnięciom badanie języków indoeuropejskich wkroczyło w nową, ekscytującą fazę. Możliwe stało się to, co przez pierwsze dwa stulecia istnienia tej dyscypliny było niewykonalne: opisanie wydarzeń, przez które wymarłe języki przeistoczyły się w te współczesne. Pomogły też inne dziedziny nauki. Mitolodzy odtwarzają historie, które opowiadali sobie starożytni, i porównują ze sobą ich podstawowe elementy konstrukcyjne. W ten sposób pozwalają nam zobaczyć, jak postrzegali oni świat. Etnografowie wskazują potencjalne zbieżności między społeczeństwami nowoczesnymi i pradawnymi. Możemy dowiedzieć się od nich na przykład, że w społeczeństwach pasterskich jest z reguły więcej przemocy niż w rolniczych, bo majątek jest w nich ruchomy, a więc łatwiej go ukraść. Bioinformatycy przyglądają się mikrobom, które ewoluowały razem z nami – zarówno wspomagającym nasze trawienie, jak i szkodzącym zdrowiu. Dzięki nim głos zyskuje – jak określił to antropolog James C. Scott – „najgłośniejsza cisza” w dorobku archeologii: choroby zakaźne. Bo zarazki też odegrały rolę w kształtowaniu języków, którymi mówimy dzisiaj.
Pochodzenie rodziny indoeuropejskiej jest jednym z wielkich nierozwiązanych problemów w historii myśli, lecz rekonstruowanie jej przeszłości to bardzo osobliwe zajęcie. Bo zjawisko, które próbują tu zrozumieć uczeni, jest efemerydą – wytworem umysłów dawno nieżyjących ludzi, przez który wibrowały błony bębenkowe w dawno nieistniejących uszach. Badacze doskonale zdają sobie sprawę, że z wyjątkiem praw głosowych wskazujące im drogę reguły są tylko uogólnieniami, a nie niewzruszonymi prawidłami. Migracje napędzały przemiany języków, nie stanowią jednak całości problemu. Scytowie dotarli zarówno do Ukrainy, jak i Indii, ale nie pozostawili swojego języka w żadnym z tych miejsc. Rzymianie dotarli aż do Brytanii, ale łacina (w większości) nie podążyła za nimi poza Francję. Nie wiemy, kto zaniósł języki celtyckie do Irlandii, lecz nie pozostawił po sobie niemal nic w irlandzkiej puli genetycznej.
Powody, dla których ludzie zmieniają języki albo opierają się przed tym, są złożone i zawsze takie były. Dlatego nikt nie twierdzi – zwłaszcza w przypadku najwcześniejszych, niespisanych dziejów języków indoeuropejskich – że potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na stawiane pytania. W najlepszym razie badacze szeregują tylko scenariusze według prawdopodobieństwa, co pewien archeolog nazwał „kontrolowaną spekulacją”12. Panuje jednak wśród nich znacznie większa zgoda niż jeszcze trzydzieści lat temu, bez przerwy przybywa też szczegółów. W miarę jak zbliżamy się do teraźniejszości i zyskujemy dostęp do źródeł historycznych, badacze nabierają przekonania o słuszności swoich wniosków.
Ironia całego tego przedsięwzięcia polega na tym, że językoznawcy, archeolodzy i genetycy są dla siebie nawzajem barbarzyńcami: nie mówią tym samym językiem. Archeolodzy analizują materiał przez pryzmat kultur, czyli powtarzających się wzorców obiektów, które w jakiś sposób określają tożsamość danej grupy. Kultury pojawiają się i znikają, lecz geny krążą dalej, choć stają się mniej lub bardziej powszechne – genetycy inaczej rozumieją zatem tożsamość. Dynamika języków jest jeszcze inna, bo zmieniają się zarówno przez pochodzenie, jak i kontakt, lecz pozostają nie mniej intymnie związane z tym, kim jesteśmy.
Istnienie tej naukowej wieży Babel nie jest samo z siebie niczym złym – ludzka tożsamość jest wielowymiarowa, czego wszyscy jesteśmy świadomi z autopsji. W 2016 roku pewien mężczyzna przerwał rozmowę kobiety w nikabie z jej małym synkiem, mówiąc jej, że w Wielkiej Brytanii powinna mówić po angielsku. Spotkała go za to reprymenda od innego pasażera, który zwrócił uwagę, że są w Walii, a kobieta mówi po walijsku. Tysiąc sześćset lat wcześniej rzymski dyplomata przechadzający się po obozie króla Hunów Attyli nad dolnym Dunajem usłyszał, jak ktoś woła do niego po grecku. Odwrócił się i zobaczył długowłosego mężczyznę odzianego w futro. – Barbarzyńca mówi po grecku! – wykrzyknął. Ale ten wytłumaczył mu, że nie jest barbarzyńcą, lecz niegdyś był rzymskim kupcem, pojmanym i zniewolonym przez Hunów, wykupił się na wolność, ponownie ożenił i stwierdził, że podoba mu się ich sposób życia. – Teraz walczę z Rzymianami.
Choć językoznawcy, archeolodzy i genetycy regularnie spierają się co do interpretacji materiałów, można to też uznać za zaletę – każda dziedzina ma dostęp do dwóch innych korpusów danych, które pozwalają sprawdzać zasadność teorii. Kiedy ta triangulacja działa jak należy, pozwala podważać przyjęte z góry założenia i dzięki temu wszystkie trzy dziedziny pilnują nawzajem swojej intelektualnej uczciwości. Każda z nich, gdy przygląda się dziejom rodziny indoeuropejskiej, dotyka po omacku słonia i nazywa go krokodylem, pytonem albo gzem. Dopiero razem mogą opisać siedmiotonowego trąbowca.
Wybierzmy się zatem do tej Narnii, do nowo spisanej prehistorii. Towarzyszyć nam będą lingwiści, archeolodzy i genetycy, którzy przeszli już przez metaforyczną szafę (niektórzy dopiero co wrócili i jeszcze się otrzepują z kurzu). Początkowym przystankiem, w rozdziale pierwszym, będzie Morze Czarne i świat wokół niego po stopnieniu lodowców. To tam mówiono po raz pierwszy protoplastą wszystkich języków indoeuropejskich. Nie wiemy o nim wiele, ale całkiem nieźle znamy świat, w którym się pojawił – jako mało znaczący element bogatego językowego pejzażu. Rozdział drugi opowie o tym, jak ten nieistotny język stał się nie tylko istotny, lecz także niezwykły, oraz jak jego późniejsze wcielenie obrodziło w epoce brązu koczownikami nieuznającymi żadnych granic. Od tego późniejszego wcielenia – czyli języka praindoeuropejskiego – wywodzą się wszystkie języki indoeuropejskie, którymi mówi się dziś13.
Trzeci rozdział podejmie skomplikowaną kwestię podrodziny anatolijskiej, najstarszej córy praindoeuropejskiego – a przynajmniej być może najstarszej. Potem prześledzimy wędrówki języków indoeuropejskich przez Stary Kontynent – od prehistorii, przez historię, po współczesność, zatrzymując się na każdej głównej gałęzi. Rozdział czwarty opowie historię podrodziny tocharskiej, a piąty – podrodzin Europy Zachodniej i Środkowej, czyli italskiej, celtyckiej i germańskiej. Rozdział szósty przedstawi, jak ekspansja na wschód zaowocowała powstaniem podrodziny indoirańskiej, natomiast siódmy – historię języków bałtyckich i słowiańskich, które mogły w tej ekspansji brać udział. Rozdział ósmy poświęcam odrębnym, lecz powiązanym ze sobą historiom ormiańskiego, albańskiego i greckiego. W zakończeniu, jak można się spodziewać, podsumujemy naszą podróż. Staniemy w teraźniejszości i spojrzymy wstecz, a potem odwrócimy się i spróbujemy rzucić okiem do przodu, we mgłę.
Dalsza część w wersji pełnej
* Wszystkie cytaty z Biblii za Biblią Tysiąclecia. Rdz 11,9 (przyp. tłum.).
** J. Keats, Oda do urny greckiej, przeł. S. Baliński, w: J. Keats, Ody, Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Londyn 1951, s. 9 (przyp. tłum.).
*** Staroangielska litera æ wymawiana była podobnie do a we współczesnym angielskim słowie cat. Litery þ i ð odpowiadają dzisiejszemu dwuznakowi th i używano ich zamiennie. Żadna z nich nie funkcjonuje we współczesnym angielskim ani nie jest rozpoznawalna dla jego przeciętnego użytkownika.
Wstęp. Ariomania
1Homo sapiens wyprawiał się poza Afrykę już wcześniej, ale uważa się, że to właśnie z migracji sprzed 60 tys. lat pochodzą wszystkie istniejące dziś poza tym kontynentem ludzkie populacje.
2 Tam, gdzie to możliwe, staram się wykorzystywać formułę „X tysięcy lat temu”, jako że moim zdaniem jest najprostsza do intuicyjnego pojęcia, bo jej punktem odniesienia jest moment obecny, lecz nie zawsze jest to na miejscu i praktyczne.
3Langue (czy dokładniej: langues) d’oïl również przetrwały do dziś – w tym sensie, że przynajmniej jeden z nich, współczesny francuski, jest wciąż w użyciu. Oïl przeobraziło się w oui.
4 Dante Alighieri, O języku pospolitym, przeł. W. Olszaniec, Wydawnictwo Antyk, Kęty 2002, s. 28.
5 Fragment wiersza Williama Cowpera Retirement (1782).
6 Językoznawców historycznych dawniej nazywano w wielu językach filologami, czasem robi się tak do dziś.
7 Za Beowulfem w przekładzie Mitchella, wydanym w 2018 roku przez Yale University Press (New Haven, Connecticut). Wersja polska brzmi: Otóż Duńczyków dawnych z Włócznią, / wodzów ludu, z walk poznaliśmy, / jako wówczas możni męstwo czynili (Beowulf. Epos walki tyleż średniowiecznej co i współczesnej, przeł. R. Stiller, Vis-à-vis Etiuda, Kraków 2024, s. 11).
8 Pochodzenie z Bałkanów postulował rosyjski lingwista Igor Diakonow w latach osiemdziesiątych XX wieku. Kilka lat później teorię o pochodzeniu kaukaskim wysunęło dwóch innych szanowanych językoznawców: Gruzin Tamaz Gamkrelidze i Rosjanin Wiaczesław Iwanow. Zob. I.M. D’iakonov, On the Original Home of the Speakers of Indo-European, „Soviet Anthropology and Archeology” 23(2), 1984, s. 5–77; T.V. Gamkrelidze i V.V. Ivanov, The Early History of Indo-European Languages, „Scientific American” 262(3), 1990, s. 110–117.
9 Cyt. za: Wędrówka za przestrzenią: wybrane hymny Rygwedy, przeł. J. Jurewicz, Dom Wydawniczy Elipsa, Warszawa 2013, s. 138. Tłumaczenia Rygwedyna polski zawsze mają charakter antologii, a więc cytaty w niniejszej książce pochodzą z różnych tłumaczeń.
10 Z wiersza Papuszy (Bronisławy Wajs) Pieśń cygańska z Papuszy głowy ułożonej (Gili romani Papuszakre szerestyr utchody), w: Papusza (B. Wajs), Pieśni Papuszy, przeł. Jerzy Ficowski, Ossolineum, Wrocław 1956, s. 51–53. Wyraz „Cygan”, dziś uważany przez większość Romów za obelżywy, pochodzi z greckiego atsiganoi – „taki, którego nie wolno dotykać”.
11Zwiersza Bog Queen Seamusa Heaneya, w: S. Heaney, North, Faber and Faber, London 1975.
12 Zob. A. Sherratt i S. Sherratt, The archaeology of Indo-European: an alternative view, „Antiquity” 62(236) 1988, s. 584–595.
13 Może wydawać się nielogiczne nazywanie tego późniejszego wcielenia „praindoeuropejskim”, skoro wiemy, że miał wcześniejszego przodka, lecz są ku temu dwa powody. Po pierwsze: badacze nie zgadzają się, jak nazywać te dwa języki, bo spierają się też, w jaki sposób były ze sobą spokrewnione (ten spór jest tematem rozdziału trzeciego), a nigdy nie poznamy określeń, jakie stosowali ich użytkownicy. Po drugie: to na tej późniejszej wersji skupiło się najwięcej prób rekonstrukcji. Wcześniejszy język, o którym mówi rozdział pierwszy, będę nazywać lingua obscura.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Prolog
Wstęp. Ariomania
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Spis treści
Meritum publikacji
Przypisy
