Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jaka jest cena pracy na wojnie?
Czy można czuć się bezpiecznie,
śpiąc w kamizelce kuloodpornej?
Co jest ważniejsze — ujęcie
czy życie drugiego człowieka?
Granice, które przesuwają się każdego dnia.
Między traumą a pasją.
Między niepewnością a koniecznością.
To opowieść o tym, co wojna robi
z człowiekiem — i co w nim zostaje,
gdy wyłącza kamerę.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 80
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
PRAWDA
W KADRZE
Prawdziwa historia z frontu
Prawda w kadrze. Prawdziwa historia z frontu
© 2026 Jay Robinson Books
Henrise Sp. z o.o.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana ani rozpowszechniana bez zgody autora.
Autor: Jay Robinson
Redakcja & korekta: Słowa na warsztat
ISBN: 978-83-981818-0-8
Wydanie pierwsze
Ta książka pojawiła się niespodziewanie – nie była planowana ani wpisana w żaden większy projekt. Wszystko zaczęło się od krótkiej, spontanicznej rozmowy z operatorem kamery.
– Chciałbyś opowiedzieć o czasie spędzonym na wojnie? Interesuje mnie historia bez filtrów. Możemy zachować anonimowość, jeśli tylko zechcesz od czasu do czasu odpowiedzieć na kilka pytań…
Odpowiedź była krótka:
– Oczywiście. Ustal tylko formę.
I zaczęliśmy.
Jeśli nie boisz się spojrzeć w stronę wojny, ta książka jest dla Ciebie. Jeżeli rozumiesz, że kamera to coś więcej niż narzędzie, nie zgubisz się w tekście.
Chcę, żebyś poczuł, jak naprawdę wygląda praca w warunkach wojennych. Żebyś zrozumiał, że za każdym ujęciem stoi człowiek. Żebyś dostrzegł prawdę w kadrze.
Operator, którego historię tu przedstawiam, zachowuje anonimowość.
Nie szukaj nazwiska.
Nie ono jest najważniejsze.
Najważniejsze są miejsca, ludzie i wydarzenia, których był świadkiem.
Najważniejsze są obrazy zapisane w pamięci człowieka, który przez wiele miesięcy dokumentował wojnę.
To właśnie one tworzą tę opowieść.
Litwa i granica, 24 lutego 2022
Na biurku obok laptopa leży kamizelka odblaskowa z dużym, lekko już startym napisem „PRESS”. Wystarczy jeden dotyk, żeby przypomniały mi się obrazy z pierwszych dni wojny: granica, kolumny ciężarówek, ludzie z tobołkami zmierzający w nieznane.
Na ekranie telefonu widzę nieodebraną wiadomość głosową.
Nad kontaktem nie ma nazwiska.
Jest tylko jedno słowo: „Operator”.
Włączam nagranie.
W słuchawkach odzywa się spokojny, zmęczony głos, który wciąż pamięta tamten poranek.
Zaczynam pytać o dzień, w którym wszystko się zmieniło.
Jay Robinson: Co zapamiętałeś z dnia, kiedy wybuchła wojna?
Operator: Był 24 lutego 2022 roku. Przeczuwaliśmy, że coś się wydarzy. Od kilku tygodni było jasne, że rosyjskie wojska koncentrują się przy granicy z Ukrainą. Tego dnia, po piątej rano, zadzwoniła do mnie producentka. Miała drżący głos. Powiedziała tylko: „Stało się. Ruscy wjechali na Ukrainę. Zbieraj się”.
JR: Co wtedy poczułeś?
O: Pierwsze myśli: co robić? Gdzie ukryć rodzinę, dokąd ich wywieźć? Później kolejne pytania: czy oni idą tylko na Ukrainę, czy zmierzają w stronę Polski?
To były pierwsze dwie godziny – z silnym uciskiem w brzuchu. Tam właśnie lokalizuję lęk. Dopiero później wszystko zaczęło się normalizować. Mimo to pierwsze chwile… to był czysty strach. Wielka niewiadoma.
JR: Co było dalej?
O: Przyjechałem do redakcji. W korytarzu zobaczyłem kamizelkę kuloodporną – typowo wojskową, bardzo ciężką. Nie wiedzieliśmy, czy w ogóle możliwy będzie wjazd na Ukrainę. Nie dało się tego zweryfikować. Wszystko było niedopowiedziane… Wszędzie czuć było strach…
JR: Jakie decyzje zostały wtedy podjęte? Twój wyjazd na front został wstrzymany?
O: Tak. Jeszcze tego samego dnia zapadła decyzja, że nie pojadę na front – przynajmniej nie od razu. Zostałem skierowany na Litwę, do Wilna. Jechaliśmy samochodem we dwóch – ja i reporter. Było spokojnie, niemal zbyt spokojnie, biorąc pod uwagę sytuację w regionie. Spędziłem kilka dni w rejonie granicy z Białorusią. Filmowałem tam głównie białoruskich opozycjonistów, którzy od miesięcy ukrywali się w Wilnie. Gdy z nimi rozmawialiśmy, bardzo uważnie dobierali słowa. Mieli świadomość, że ich walka nie kończy się na Białorusi.
JR:O czym dokładnie rozmawiali? Czego się bali?
O: Przede wszystkim uciekli z Białorusi, dlatego że byli tam prześladowani. Cały białoruski front opozycyjny – ci, którzy chcą wyzwolenia spod władzy Łukaszenki i jego reżimu – jest na Białorusi tolerowany tylko do pewnego momentu. A potem zaczynają się szykany: wizyty służb, przeszukania, aresztowania. I w końcu przychodzi ten czas, gdy muszą uciekać. Zatrzymali się w jednym z większych domów – nie był to hotel, a zwykły dom, w którym prowadzili codzienne życie. Zbierali jedzenie, gromadzili dary, organizowali się. Widziałem to wszystko. Pozwolili mi nagrywać.
Jednak największe wrażenie zrobiła na mnie może dwudziestoletnia dziewczyna. Mieszkała osobno, wynajmowała mieszkanie na jednym z osiedli. Była Białorusinką, bardzo zaangażowaną opozycjonistką. Uciekła z kraju już dwa lata wcześniej. Z rodziną i matką kontaktowała się wyłącznie przez telefon – w określonych momentach, choć nie chciała zdradzić, kiedy dokładnie ani w jaki sposób technicznie to robiła. Jej matkę wciąż nachodzi białoruska milicja i przeszukuje całe mieszkanie.
A oni wszyscy… walczą o wolność. Próbują pokazać światu, jak bardzo represyjna, bezwzględna i niszcząca jest ta rzeczywistość, od której uciekli. Próbują coś zmienić – mimo wszystko.
JR: Czułeś już wtedy, że święci się coś poważniejszego?
O: Nie było jeszcze czuć zbliżającej się rosyjskiej ofensywy – jeszcze nie. Panowała cisza, bardziej złowroga niż uspokajająca. Na ulicach nie było widać wojska, ale wszyscy wiedzieli, że kraje bałtyckie są potencjalnym celem. Litwa jako członek NATO bardzo ostrożnie balansowała między solidarnością a ostentacją – nie chciała prowokować żadnych napięć dyplomatycznych z Rosją.
Po dwóch tygodniach pracy ruszyłem na południe Polski. Tam, na jednym z przejść granicznych, po raz pierwszy wjechałem na teren ogarnięty wojną. To był zupełnie inny świat.
Opracowanie własne z wykorzystaniem narzędzi AI
JR: Co pamiętasz z tamtych chwil?
O: Setki tirów, które stały na poboczu – zablokowane, unieruchomione. Kierowcy spali w kabinach. A na samym przejściu granicznym… Tego widoku nie da się zapomnieć. Obrazy jak z apokalipsy. Tłumy ludzi – kobiety z dziećmi, starsi, niosący torby, plecaki, walizki, a czasem tylko reklamówki. To nie było ani łatwe, ani szybkie. Każdy musiał zostać skrupulatnie zweryfikowany – dokumenty, bagaże. To były przede wszystkim kobiety i dzieci. Mężczyźni zostali walczyć.
Wtedy po raz pierwszy naprawdę dotarło do mnie, że przekraczam nie tylko granicę państwową, ale i cywilizacyjną. Z jednej strony – porządek, Unia Europejska, rutyna. Z drugiej – chaos, strach, niepewność. To był zupełnie inny świat. Kilka kilometrów dalej – pierwszy punkt kontrolny, tak zwany blokpost. Sklejony na szybko z drewnianych palet, plastikowych baniaków, resztek blachy. I tak stopniowo dotarliśmy do Lwowa – miasta na krawędzi – jeszcze funkcjonującego, ale już odciętego od normalności.
Archiwum własne / Fot. Operator
JR: Poczekaj… A ten pierwszy wjazd, tuż po przekroczeniu granicy – czy już wtedy rozglądałeś się za rakietami, żołnierzami? Porównywałeś światy? Postaraj się opisać to uczucie. Pamiętasz to jeszcze?
O: Tak, pamiętam to bardzo dobrze. Wiedzieliśmy z przekazów, że w zachodniej Ukrainie – na wysokości Lwowa – nie było jeszcze zmasowanych ataków. Rosjanie nie bombardowali miasta, ale uderzali w lotnisko kilkanaście kilometrów od granicy. Stacjonowała tam jednostka szkoleniowa ukraińskich sił. Po polskiej stronie, z napisem „PRESS” na masce, było łatwiej. Dzięki temu ani kierowcy, ani inni oczekujący na wjazd nie krzyczeli na mnie, nie wymachiwali pięściami – jechałem lewym pasem, omijając kolejkę. Gdy dotarłem do szlabanu, musiałem pokazać identyfikator – dziennikarską blachę – i dopiero wtedy przepuszczono mnie przez granicę. Wszyscy byli w kaskach, umundurowani. Wyglądali bardziej jak żołnierze niż strażnicy – uzbrojeni, ale życzliwi. Pokazali mi, którędy jechać. Parę razy pytali, czy chcę jechać normalnie, czy tak zwanym kanałem dyplomatycznym – bez kolejki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że dziennikarze mogą z tego korzystać. Później zdarzyło mi się to raz. Natomiast ogólnie, widząc „PRESS”, byli bardzo przychylni.
JR: Czy już wtedy czułeś, że media mają tam jakąś realną siłę? Że wasza obecność coś znaczy?
O: Dało się to wyczuć od samego początku. Stanowiliśmy niezależną grupę dokumentującą. Przez długi czas rejestrowanie wojny nie miało kontekstu politycznego. Nie było wtedy podziału na media „lewicowe”, „prawicowe”, „nasze” i „nie nasze”. Nie było wykluczania. Nikt nie próbował manipulować relacjami z frontu. To według mnie jedno z najlepszych działań rządu prezydenta Zełenskiego na początku wojny – otwartość wobec dziennikarzy. I to konsekwentnie utrzymano. Nikt nie robił większych problemów, chyba że zaczynaliśmy filmować niebezpieczne miejsca – wtedy interweniowali, bo odpowiadali za nasze bezpieczeństwo. W pierwszym półroczu wojny zginęło kilkunastu dziennikarzy z całego świata – głównie blisko frontu. Dla Rosjan nie było „świętych krów”. Dziennikarze byli zagrożeniem, bo rejestrowali zbrodnie, rozmawiali z Ukraińcami, dokumentowali to, czego Kreml nie chciał ujawnić.
JR: Wróćmy do Twoich pierwszych chwil na Ukrainie…
O: Kiedy przekroczyłem pierwszy szlaban, zobaczyłem rozległe przejście graniczne. W tak zwanej strefie między odprawami Ukraińcy już po swojej kontroli byli rejestrowani przez polskie służby. Każdy, szczególnie dzieci, był dokładnie sprawdzany. Mimo tłumów wszystko szło zgodnie z procedurami. Czekając na odprawę, pokazałem paszport, sprzęt i kamerę. Sprawdzili, czy nie przewożę niczego zabronionego. Potem wjechałem na stronę ukraińską. Został jeszcze krótki dystans, może kilometr, z zakrętami i punktami kontrolnymi, aż do głównego szlabanu. Ten wyglądał jak z innej epoki – zardzewiały, postkomunistyczny. To pierwsze, co rzuciło mi się w oczy.
JR: A ludzie, których tam spotkałeś? Przypominasz sobie ich spojrzenia?
O: Tak, bardzo dobrze ich pamiętam. To byli młodzi ludzie z Ukraińskiej Straży Granicznej. Od razu dali mi karteczkę i powiedzieli, że muszę zdobyć trzy pieczątki, na wypadek gdybym wracał. Dobrze, że mi to wtedy wytłumaczyli. Odprawa przebiegła sprawnie. Sprawdzili mnie, byli uprzejmi. Jednak ich twarze… Bił z nich smutek. Zdobyłem trzy pieczątki: paszportową, celną i od służb bezpieczeństwa. Oddałem karteczkę i zostałem przepuszczony.
Po przekroczeniu ostatniego szlabanu wjechałem na wzgórze. Po lewej stronie – dziesiątki autokarów czekających na wjazd do Polski. Pamiętam też bawiące się dzieci w otoczeniu zimowej aury. To był początek marca. Dwa różne światy. Nawet samochody… Wiadomo, że i na Ukrainie są bogacze, ale większość aut to były stare Łady, Moskwicze. Modele, których nie widziałem od trzydziestu lat. Różnica cywilizacyjna między ówczesną Polską a Ukrainą to jakieś trzy dekady.
JR: Ruszyłeś dalej na wschód?
O: Tak, w stronę Lwowa. Na początku nie rozglądałem się za rakietami. Bardziej przerażały mnie blokposty ustawione co kilka kilometrów. Zatrzymywali nas za każdym razem, niezależnie od tego, czy miałem plakietkę „PRESS”, czy nie. Zaglądali do środka, czasem kazali otworzyć bagażnik. Natomiast kiedy słyszeli język polski, wiedzieli, że nie jestem obcy.
JR: Aż tak byłeś w stanie to wyczuć?
O: Tak. To jedna z pierwszych rzeczy, których się tam nauczyłem. Nie pamiętam już, kto mi to doradził, ale usłyszałem: „Gdy dojeżdżasz do blokpostu albo wchodzisz do ukraińskiego urzędu, mów od razu po polsku. Nie próbuj mówić po rosyjsku, nawet jeśli umiesz”. Ukraińcy bardzo szybko wychwytują mowę. Rosyjscy szpiedzy często udawali miejscowych. Czysta polszczyzna była rozpoznawana od razu. Ukraińcy naprawdę lubią Polaków. To działało – spotykałem się z szacunkiem. A jeśli dochodziło do tego jeszcze „PRESS”, to byli całkowicie pomocni.
JR: Czy wtedy, na początku tej „przygody”, miałeś moment zawahania? Czułeś strach?
O:
