Potęga mitu - Joseph Campbell - ebook + książka

Potęga mitu ebook

Campbell Joseph

0,0
55,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Kiedy nasz najmłodszy syn obejrzał Gwiezdne wojny dwunasty albo trzynasty raz z rzędu, spytałem go: Dlaczego oglądasz je tak często? A on mi na to: Z tego samego powodu, dla którego ty przez całe życie czytasz w kółko Stary Testament. Znalazł się w świecie nowego mitu”.

(fragment książki)

Kultowa już „Potęga mitu” jest zapisem rozmów Josepha Campbella z dziennikarzem Billem Moyersem, zainspirowanych przez Jacqueline Kennedy Onassis, ówczesną redaktorkę wydawnictwa Doubleday. Rancza, na którym spotykali się autorzy, użyczył im sam George Lucas.

Joseph Campbell – wybitny antropolog i religioznawca – porównuje mity różnych kultur, w których poruszane są wielkie tematy ludzkości: życie, zdolność do ofiary, miłość, bohaterstwo, pragnienie wieczności… Jednocześnie podkreśla, że mitologia odgrywa w życiu współczesnego zachodniego człowieka niewielką rolę, co powoduje, że nie potrafi on żyć w zgodzie ze społeczeństwem, naturą i przede wszystkim z samym sobą.

Campbell twierdzi, że mitologia Zachodu opiera się na światopoglądzie z pierwszego tysiąclecia przed naszą erą, który nie zgadza się ze współczesnym wyobrażeniem o wszechświecie. Dodaje też, że długo będziemy musieli czekać na nową mitologię, bo wszystko zmienia się zbyt szybko, żeby można było to zmitologizować. Campbell wierzy jednak, że nowa mitologia powstanie. Ale czy wspólna mitologia mieszkańców całej planety jest możliwa?

Nowe wydanie poprzedzone wstępem Marcina Napiórkowskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 393

Data ważności licencji: 12/20/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

The Power of Myth

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with Doubleday, an imprint of The Knopf Doubleday Group, a division of Penguin Random House LLC

Projekt okładki

Michał Pawłowski

www.kreskaikropka.pl

Redaktorka prowadząca

Katarzyna Węglarczyk

Korekta

Artur Czesak

Barbara Gąsiorowska

Dobromira Lenczowska

Piotr Mocniak

Copyright © for the translation by Ireneusz Kania

Copyright © for the introduction by Marcin Napiórkowski

© Copyright for this edition by SIW Znak Sp. z o.o., 2025

ISBN 978-83-8427-038-7

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37

Dział sprzedaży: tel. (12) 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie IV, Kraków 2025

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Dla Judith,

która od dawna już

słyszy muzykę

Joseph Campbell – człowiek opowieści

Joseph Campbell to człowiek opowieści. Stanowiły one nie tylko przedmiot jego badań i trwającej całe życie fascynacji, lecz także potężne narzędzie komunikacji, z którego potrafił korzystać jak mało kto.

Niepozorny profesor w nieodłącznych wełnianych marynarkach uchylał swym słuchaczom drzwi do tego samego świata, do którego wcześniej zapraszali ich neolityczni szamani, starożytni rapsodowie czy średniowieczni minstrele. „Mity to opowieści o naszych trwających wieki poszukiwaniach prawdy, sensu, znaczeń – powtarzał. – Wszyscy odczuwamy potrzebę opowiedzenia i zrozumienia naszej historii”. Oto sekret jego niezwykłej popularności. Choć Campbell zostawił po sobie liczne prace, nigdzie ta magia opowieści nie daje o sobie znać tak mocno jak w Potędze mitu.

Niemała w tym zasługa Billa Moyersa – błyskotliwego rozmówcy Campbella i cichego bohatera tej książki. Przez tysiąc­lecia historii naszego gatunku dialog z mistrzem stanowił naturalną formę nauczania najważniejszych prawd. („Nie powinieneś nauczać, dopóki cię nie poproszą – wspomina Campbell na marginesie jednej z przytaczanych przez siebie opowieści. – Tego, co masz do powiedzenia, nie powinieneś siłą wciskać ludziom w uszy”). W Potędze mitu mamy okazję przysłuchiwać się rozmowie, która naprawdę jest dialogiem. Campbell jest otwarty na argumenty Moyersa, ciekawy jego zdania. Słuchanie jest dla niego nie mniej istotne niż mówienie, co wynika ze zrozumienia, że prawdziwa mądrość zaczyna się właśnie od słuchania.

Mity są „snami świata” – przypomina Campbell. Moyers zaś, spontanicznie reagując na jedną z jego historii, dodaje: „Myślę, że sen to coś bardzo prywatnego, gdy tymczasem mit to coś bardzo publicznego”. I tak właśnie jest. Potęgą mitu jest godzenie sprzeczności i znoszenie paradoksów. To, co najbardziej osobiste, prywatne, biograficzne i intymne, przecina się w nich ze światem obrazów publicznych, wspólnych, uniwersalnych i odwiecznych.

***

Zaczęło się w Ameryce, na Uniwersytecie Columbia. Tam w ro­ku 1927 obiecujący student z nieco prowincjonalnego White Plains w stanie Nowy Jork broni rozprawy dyplomowej, podobnie jak pierwsze ważne prace Lewisa i Tolkiena poświęconej literaturze średniowiecznej. Po obronieniu dyplomu Joseph Campbell dostaje stypendium na wyjazd do Europy, gdzie spędza rok, studiując literaturę starofrancuską i niemiecką w Paryżu i Monachium. Jednocześnie pod wpływem przypadkowego spotkania na statku rozwija się jego fascynacja Indiami i duchowością Wschodu. Campbell zaczyna dostrzegać analogie. Wraca do Ameryki i na macierzystej Columbii składa ambitny projekt doktoratu poszukującego paralel między starymi opowieściami z literatury sanskryckiej a wyobraźnią europejskiego średniowiecza. Zostaje odprawiony z kwitkiem. Jaka niby katedra miałaby się zajmować tak pomyślanymi studiami? Kto zostałby opiekunem pracy? Gdzie dyskutowane byłyby wyniki?

Zaczyna się wielki kryzys – i w gospodarce USA, i w życiu naszego bohatera. Następne kilka lat Campbell spędza, czyta­jąc i medytując, z roczną przerwą na wyprawę do Kalifornii, gdzie poznaje Johna Steinbecka i lokalną bohemę literacką, a także sam podejmuje (nieudaną) próbę napisania powieści. Okres tułaczki kończy się w roku 1938, gdy Campbell w końcu dostaje posadę wykładowcy literatury w Sarah Lawrence College w mieście Yonkers w stanie Nowy Jork.

Rok później przychodzi wojna. Huragan okrucieństw zmiata wszystkie ustabilizowane wierzenia dotyczące tego, skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Na chwilę zapada głucha cisza. A potem w jałowej ziemi zaczynają kiełkować nowe mity.

W roku 1949 ukazuje się Bohater o tysiącu twarzy – najważniejsza książka Campbella wprowadzająca koncepcję „monomitu”: pierwotnej struktury świętych opowieści powracającej we wszystkich kulturach. W roku 1951 do rąk czytelników trafia Lew, czarownica i stara szafa C.S. Lewisa, rozpoczynająca cykl Opowieści z Narnii, które Lewis będzie potem publikował co roku z imponującą regularnością. W 1954 roku ukazuje się Władca Pierścieni (Tolkien pracował nad książkąw latach 1937–1949). Rok później Levi-Strauss publikuje Smutek tropików.

Początkowa recepcja wszystkich wspomnianych książek (z Władcą Pierścieni włącznie) nie była w żaden sposób porównywalna z fenomenem, jaki dziś stanowią. To normalne. Mity potrzebują czasu, by wzrosnąć.

Wzniecone przez Mitologów fale rozchodzą się równolegle w dwóch ośrodkach. Społeczność akademicka omawia poważne aspekty językowe i strukturalne mitów. Szeroka publiczność zaś szuka w nich tego, co żywe i inspirujące. Zaczyna się moda na mity, która stopniowo przechodzić będzie wręcz w mitologiczne szaleństwo.

Pod koniec lat pięćdziesiątych po angielsku ukazują się dwie kluczowe książki rumuńskiego religioznawcy i filozofa Mircei Eliadego (ur. 1907, trzy lata młodszy od Campbella) – Sacrum i profanum oraz Mity, sny, misteria. W roku 1957 w jeden tom zebrane zostają Mitologie Rolanda Barthes’a (ur. 1915, jedenaście lat młodszy od Campbella), w których autor analizuje wyobrażenia mityczne związane między innymi z befsztykiem czy nowym modelem Citroena. Na początku lat sześćdziesiątych Umberto Eco (sporo młodszy, bo urodzony w roku 1932, ale temperamentem i rozmachem niewątpliwie należący do Pokolenia Mitologów) publikuje cykl artykułów o kulturze popularnej, między innymi o Jamesie Bondzie.

Gdy nadchodzi rok 1968, Pokolenie Mitologów na dobre obejmuje trony zbiorowej wyobraźni. Z rewolucją, jaka się wtedy dokonała, wszyscy kojarzymy muzykę i poszerzające świadomość narkotyki. Łatwo zapominamy jednak o trzecim komponencie przewrotu – ogromnym, świadomym pragnieniu mitów, pierwotnym zarówno wobec muzycznych, jak i psychodelicznych eksploracji. Esencją ruchu kontrkulturowego lat sześćdziesiątych było poszukiwanie opowieści i rytuałów, które nadadzą nowy sens indywidualnemu i wspólnotowemu życiu.

W roku 1977 premierę mają Gwiezdne wojny. George Lucas chętnie przyznaje się do długu zaciągniętego u Campbella, ów zaś wkrótce staje się powszechnie znany jako „ten facet od mitów, który zainspirował Gwiezdne wojny”. W 1980 ukazuje się Imię Róży Eco, przypieczętowując jego status gwiazdy i – według wielu ekspertów – otwierając zupełnie nowy rozdział w his­torii literatury. Świadome wplatanie uniwersalnych struktur mitycznych w dzieła kultury popularnej staje się cechą definicyjną postmodernizmu.

W roku 1987 telewizja PBS proponuje będącemu u szczytu sławy Campbellowi stworzenie serialu dokumentalnego o mitach. Niniejsza książka to swego rodzaju „efekt uboczny” prac nad tym przedsięwzięciem. Sześć godzinnych rozmów Moyersa z Campbellem stało się jednym z najpopularniejszych programów w his­torii publicznej telewizji w USA. Dziś aż trudno w to uwierzyć – taki format jest już chyba nie do pomyślenia w telewizji, choć z drugiej strony, nie takie rzeczy znajdują dziś milionową publiczność w postaci podcastów lub filmów na YouTube. Campbell występuje tu jako archetypiczny Stary Mistrz, Mędrzec, który poświęcił życie badaniu mitów i dzieli się nie tylko wiedzą wyczytaną z książek, lecz także ogromnym życiowym doświadczeniem.

Do sukcesu serialu i książki zapewne przyczynił się także fakt, że były to ostatnie rozmowy nagrane z Campbellem. Ojciec amerykańskiej rewolucji mitologicznej zmarł niedługo przed emisją.

Z całą pewnością nie oznacza to jednak końca historii. W świecie globalnych wyzwań związanych z wojnami, nierównościami, pandemiami, migracjami i katastrofą klimatyczną potrzebujemy mitów jak nigdy dotychczas. Tylko opowieści poz­wolą nam skupić się na wspólnych celach i zsynchronizować wysiłki milionów czy wręcz miliardów jednostek. Za Moyer­sem spytać więc możemy: „Jakiego nowego mitu nam potrzeba?”. Campbell zaś już trzydzieści osiem lat temu odpowiadał: „Takiego, który by utożsamiał jednostkę nie z jej własną, lokalną grupą, ale z całą planetą”.

Musimy te mity napisać, nikt tego za nas nie zrobi. Każda podróż bohatera zaczyna się jednak od otwarcia na głos wezwania, a każda dobra opowieść – od słuchania.

Posłuchajmy zatem!

Marcin NAPIÓRKOWSKI

Warszawa, 2025

Nota redaktora

Przedstawione niżej rozmowy Billa Moyersa i Josepha Campbella toczyły się w roku 1985 i 1986 w Skywalker Ranch George’a Lucasa, później w Muzeum Przyrodniczym w Nowym Jorku. Wielu z nas, czytając ich oryginalne zapisy, było pod głębokim wrażeniem bogactwa materiału zgromadzonego podczas dwudziestu dwóch godzin filmowania. Jego większą część trzeba było wyciąć, aby z reszty skomponować sześciogodzinny serial telewizyjny. Pomysł książki narodził się z chęci udostępnienia tego materiału nie tylko widzom oglądającym serial, lecz również wszystkim, którzy już od dawna wysoko cenili Campbella za jego prace.

Redagując tę książkę, starałam się utrzymać tok i rytm owej rozmowy, korzystając równocześnie ze sposobności, by wplatać w nią tu i ówdzie dodatkowe wątki, odnoszące się do poruszanej problematyki, a pojawiające się w rozmaitych miejs­cach zapisu. Usiłowałam, o ile możności, zachować ogólny styl tele­wizyjnego serialu. Książka wszakże ma swój własny kształt i ducha; powinna być dopełnieniem serialu, nie zaś jego repliką. Niniejszy tom powstał częściowo dlatego, że jego tworzywem stał się dialog idei godnych bacznej uwagi i refleksji.

Jest oczywiste, że – ujmując rzecz głębiej – książka powsta­ła dlatego, iż Bill Moyers zapragnął poruszyć fundamentalną i trudną problematykę mitu, Joseph Campbell zaś, z tak znamienną dla siebie rzetelnością intelektualną (wszak przez całe życie obcował z problematyką mitu), zechciał odpowiadać na przenikliwe pytania Moyersa. Wyrażam wdzięczność im obu za to, że mogłam być świadkiem tego ich spotkania. Jestem też wdzięczna naczelnemu redaktorowi wydawnictwa Doubleday, pani Jacque­line Kennedy Onassis, której zainteresowanie poglądami Josepha Campbella było pierwszym impulsem do opublikowania tej książki. Za udzieloną mi pomoc dziękuję również Karen Bordelon, Alice Fisher, Lynn Cohea, Sonyi Haddad, Joan Konner i Johnowi Flowersowi, w szczególności zaś Maggie Keeshen za wielokrotne przepisywanie tekstu i uważne redaktorskie oko. Za pomoc w opracowaniu tekstu dziękuję także Judy Doctoroff, Andie Tucher, Becky Berman i Judy Sandman. Trudne zadanie wyszukania ilustracji spadło na barki Very Aronow, Lynn Novick, Eliza­beth Fischer i Sabry Moore; pomagała im Annmari Ronnberg. Zarówno Bill Moyers, jak i Joseph Campbell przeczytali maszynopis i wysunęli wiele cennych sugestii, jednakże specjalnie wdzięczna jestem im za to, że oparli się pokusie nadawania swoim wypowiedziom stylu książkowego, postanowili natomiast zachować żywy, konwersacyjny charakter swego dialogu.

Betty Sue FLOWERS

University of Texas, Austin

Wstęp

Jeszcze wiele tygodni po śmierci Josepha Campbella wszystko, gdziekolwiek się obróciłem, nasuwało mi go na pamięć.

Wychodząc z kolejki podziemnej na Times Square i czując energię napierającego na mnie tłumu, uśmiechnąłem się do siebie, bo przypomniałem sobie, że kiedyś, w tym samym miejscu, Campbell pewną swoją wizję wyraził w takich oto słowach: „Najświeższe wcielenie Edypa, dalszy ciąg romansu o Pięknej i Bestii stoi tego popołudnia na rogu Czterdziestej Drugiej Ulicy i Piątej Alei i czeka na zmianę świateł”.

Na prapremierze najnowszego filmu Johna Hustona The Dead, opartego na opowiadaniu Jamesa Joyce’a, pomyślałem znowu o Campbellu. Jednym z jego pierwszych ważnych dokonań było opracowanie klucza do Finnegans Wake. W tym, co Joyce nazwał „poważnym i stałym czynnikiem” ludzkich cierpień, Campbell rozpoznał główny temat klasycznej mitologii. „Ukrytą przyczyną wszelkiego cierpienia – powiedział – jest śmiertelność, pierwszy warunek życia. Nie można jej negować, jeśli mamy afirmować życie”.

Gdy któregoś dnia roztrząsaliśmy problem cierpienia, Campbell wymienił obok siebie Joyce’a i Igjugarjuka. „A któż to taki, ten Igjugarjuk?” – spytałem, niemal łamiąc sobie język na tym imieniu. „To był szaman z eskimoskiego plemienia Karibu w północnej Kanadzie – odrzekł Campbell. – Ten facet powiedział euro­pejskim gościom, że jedyna prawdziwa mądrość bytuje z dala od ludzi, w wielkiej samotności, i że można do niej dotrzeć tylko przez cierpienie. Tylko wyrzeczenie i cierpienie otwierają umysł na wszystko, co dla innych jest ukryte”.

„Oczywiście – powiedziałem. – Igjugarjuk”.

Joe ani słowem nie skomentował tej mojej ignorancji. Zatrzymaliśmy się. Naraz jego oczy rozbłysły. „Czy możesz sobie wyobrazić długi wieczór, płonący ogień, a przy nim Joyce’a i Igjugarjuka? Ach, chłopie, jakżebym chciał być przy tym!”

Campbell umarł na krótko przed dwudziestą czwartą rocznicą zamordowania Johna F. Kennedy’ego, tragedii, którą przeanalizował w kategoriach mitologicznych podczas naszego pierwszego spotkania, wiele lat wcześniej. Teraz, gdy znów przypłynęło do mnie to melancholijne wspomnienie, siedziałem właśnie z moimi dorosłymi dziećmi i rozmawiałem z nimi o owych refleksjach Campbella. Uroczysty państwowy pogrzeb prezydenta określił on jako „przykład najwyższej posługi rytual­nej wobec społeczeństwa”; przy okazji wspomniał o wątkach mitologicznych głęboko zakorzenionych w ludzkich potrzebach. „Było to zrytualizowane wydarzenie najwyższej społecznej wagi – napisał wtedy Campbell. – Publiczne zabójstwo prezydenta, reprezentującego naszą całą społeczność, czyli żywy organizm, którego sami byliśmy członkami, wyrwanie go spośród nas w rozkwicie życia – domagało się obrzędu, który by temu zadośćuczynił i przywrócił poczucie solidarności. Ten ogromny naród stał się znów na cztery dni jednomyślną wspólnotą, a każdy z nas w tym samym czasie i w ten sam sposób uczestniczył w jednym i tym samym symbolicznym wydarzeniu”. Powiedział też: „Było to w okresie pokoju pierwsze i jedyne tego rodzaju zdarzenie, które wzbudziło we mnie odczucie przynależności do całej narodowej wspólnoty, ponieważ jako jednostka również wziąłem udział w dopełnieniu głęboko znaczącego rytuału”.

Opis ten przypomniałem sobie również, gdy przyjaciółka jednej z moich koleżanek zapytała ją o naszą współpracę z Campbellem: „Na co wam ta mitologia?”. Wyznawała ona potoczny pogląd współczesny, że „greccy bogowie i w ogóle cały ten kram” nie mają już żadnego znaczenia dla dzisiejszego człowieka i jego problemów. Nie wiedziała tylko (tak jak nie wie tego większość z nas), że resztki tego „kramu” wyznaczają zarysy wewnętrznej struktury naszych przekonań, tak jak skorupy ceramiki określają rozplanowanie stanowiska archeo­logicznego. Ponieważ jednak jesteśmy istotami ożywionymi, w owym „kramie” tkwi energia. Przypominają o tym rytuały. Rozważmy na przykład pozycję sędziów w naszym społeczeństwie – w kategoriach nie socjologicznych, lecz mito­logicznych, tak jak widział ją Campbell. Gdyby ta pozycja sprowadzała się tylko do pewnej społecznej roli, sędzia mógłby na posiedzenie trybunału przychodzić w szarym garniturze, zamiast nakładać czarną togę. Otóż jeśli prawo ma mieć autorytet wykraczający poza zwykły przymus, władza sędziowska musi być zrytualizowana, zmitologizowana. Podobnie musi się dziać na znacznych połaciach życia współczesnego, od religii i wojny do miłości i śmierci – twierdził Campbell.

Któregoś ranka, już po śmierci Campbella, w drodze do pracy przystanąłem przed pobliskim sklepem ze sprzętem wideo, gdzie stojący w witrynie monitor pokazywał właśnie sceny z Gwiezdnychwojen George’a Lucasa. Stałem i myślałem sobie o tym, jak to razem z Campbellem oglądaliśmy ten film na Skywalker Ranch Lucasa w Kalifornii. Lucas i Campbell zaprzyjaźnili się, kiedy filmowiec, w poczuciu długu, jaki zaciągnął wobec książek Campbella, zaprosił uczonego na pokaz trylogii Gwiezdne wojny. Campbell rozkoszował się odkrywaniem w pełnych rozmachu współczesnych obrazach, defilujących przez ogromny ekran, starożytnych tematów i wątków mitologicznych. Podczas tych właśnie odwiedzin Joe, zachwycając się znów wyczynami i niebezpiecznymi przygodami Luke’a Skywalkera, ze szczególnym ożywieniem mówił o tym, że Lucas „tchnął zupełnie nowego i potężnego ducha” w klasyczną opowieść o bohaterze.

„A na czym to polega?” – zapytałem.

„Chodzi o to samo, co w Fauście powiedział już Goethe, co jednak Lucas wyraził po nowemu – że przesłanie zawarte w technice nie jest zdolne nas uratować. Nasze komputery, przyrządy, maszyny nie wystarczą. Musimy odwołać się do naszej intuicji, zawierzyć naszej prawdziwej istocie”.

„A czy to nie obraża rozumu? – odparłem. – I czy przypadkiem właśnie teraz nie rejterujemy pośpiesznie z pozycji rozumu?”

„Nie, to nie o tym mówi epopeja naszego bohatera. Nie chodzi o negowanie rozumu. Przeciwnie, bohater, przezwyciężając ciemne namiętności, symbolizuje naszą zdolność do zapanowania nad tym, co w nas irracjonalne i dzikie”. Przy innych okazjach Campbell ubolewał nad tym, że nie potrafiliśmy „uznać istnienia w nas krwiożerczej i lubieżnej gorączki”, będącej endemiczną cechą ludzkiej natury. Teraz wędrówkę bohatera opisywał nie jako heroiczny wyczyn, ale jako życie przeżywane w poszukiwaniu i odkrywaniu samego siebie. „Luke Skywalker nigdy nie był bardziej racjonalny niż wówczas, gdy w sobie samym odnalazł siłę ducha pozwalającą mu stawić czoło własnemu losowi” – dodał.

Campbell z niejaką ironią stwierdzał, że epopeja bohatera bynajmniej nie kończy się jego wywyższeniem. „Idzie o to – powiedział na jednym ze swoich wykładów – by nie utożsamiać się z żadną z doświadczonych form potęgi. Dążący do wyzwolenia jogin indyjski identyfikuje się ze Światłem i już z niego nie powraca. Jednakże nikt spośród tych, których ożywia pragnienie służenia innym, nigdy nie pozwoli sobie na taką ucieczkę. Ostatecznym celem poszukiwania nie może być ani wyzwolenie, ani ekstaza dla samego siebie, lecz tylko mąd­rość i siła do służenia innym”. Jedną z wielu różnic pomiędzy kimś sławnym a bohaterem – twierdził – jest ta, że człowiek sławny żyje tylko dla siebie, gdy tymczasem bohater działa na rzecz odkupienia społeczności.

Joseph Campbell uznawał życie za przygodę. „Do diabła z tym” – powiedział po rozmowie z urzędnikiem uniwersytec­kim, usiłującym namówić go do rozpoczęcia mozolnej akademickiej kariery. Zrezygnował z robienia doktoratu, zaszył się natomiast w lasach, by czytać. Przez całe życie czytał książki o świecie; interesowała go antropologia, biologia, filozofia, sztuka, historia, religia. I przez cały czas przypominał innym, że jedyna pewna ścieżka do świata wiedzie poprzez zadrukowane stronice. W kilka dni po jego śmierci otrzymałem list od jednej z jego dawnych studentek, obecnie współwydawczyni wielkiego magazynu. Dowiedziawszy się, że wraz z Campbellem opracowywałem serial telewizyjny, napisała, aby podzielić się ze mną wspomnieniem o tym człowieku – „cyklonie energii wiejącym przez wszelkie możliwości intelektualne” studentów, którzy „z zapartym tchem” siedzieli podczas jego wykładów w Sarah Lawrence College. „Słuchaliśmy wszyscy jak urze­czeni – pisała – ale jednocześnie przytłaczała nas ta masa lektur, jakie zalecał nam co tydzień. W końcu ktoś z nas wstał i patrząc mu śmiało w oczy (całkiem w stylu Sarah Lawrence), powiedział: »Przecież pan wie, że oprócz tego chodzę jeszcze na trzy inne wykłady. I wie pan, że pozostali wykładowcy również zalecają lektury. W jaki, zdaniem pana, sposób mam uporać się z tym wszystkim w ciągu tygodnia?«. Campbell tylko się roześmiał i rzekł: »Dziwię się, że w ogóle pan próbował. Żeby to wszystko przeczytać, ma pan przed sobą całe życie«”.

Kończyła słowami: „I jeszcze wszystkiego nie przeczytałam – tak jak on, przykład życia i pracy, które nie mają kresu”.

O wpływie, jaki wywierał, można było wyrobić sobie pogląd podczas ceremonii wspomnieniowej urządzonej na jego cześć w nowojorskim Muzeum Przyrodniczym. Gdy znalazł się tam ongiś, jeszcze jako chłopiec, stanął jak wryty przed słupami i maskami totemicznymi. Kto je zrobił? – zastanawiał się. – Co one znaczą? I zaczął czytać wszystko, co mu wpadło w ręce, na temat Indian, ich mitów i legend. Jeszcze nim ukończył dziesięć lat, rozpoczął poszukiwania, które miały zeń uczynić jednego z najwybitniejszych w skali światowej specjalistów od mitologii i jednego z najbardziej urzekających wykładowców współczesnych. Powiadano o nim, że „potrafi przyoblec w żywe ciało szkielet folkloru i antropologii”. Teraz, w tym samym muzeum, gdzie trzy ćwierci stulecia wcześniej jego wyobraźnia została pobudzona po raz pierwszy, ludzie zebrali się na specjalnej uroczystości, aby oddać cześć jego pamięci. Występował Mickey Hart, perkusista rockowej grupy Grateful Dead, pasjonującej się, podobnie jak Campbell, właśnie perkusją. Robert Bly grał na cymbałach i recytował wiersze poświęcone Campbellowi. Przemawiali jego dawni studenci, a także ludzie, z którymi się zaprzyjaźnił już po odejściu na emeryturę i przeniesieniu się wraz z żoną, tancerką Jean Erdman, na Hawaje. Reprezentowane były wielkie firmy wydawnicze Nowego Jorku. I oczywiście pisarze oraz uczeni, młodzi i starsi, którzy w Campbellu znaleźli swego przewodnika.

No i dziennikarze. Zetknąłem się z nim osiem lat wcześniej, gdy na własną rękę próbowałem ściągnąć do telewizji najbłys­kotliwsze umysły naszego czasu. Nagraliśmy w muzeum dwa programy; jego osobowość tak przemożnie zawładnęła ekranem, że nadeszło do redakcji ponad czternaście tysięcy listów z prośbą o tekst naszych rozmów. Wówczas postanowiłem, że zaproszę go raz jeszcze, żeby w sposób pełniejszy i bardziej systematyczny zaznajomić się z jego myślą. Był autorem bądź redaktorem około dwudziestu książek, ale na mnie oddziałał najbardziej jako nauczyciel mający ogromną wiedzę o świecie i dysponujący nadzwyczaj obrazowym językiem, toteż takim właśnie chciałem ukazać go również innym. Tak zatem zarówno mój serial telewizyjny, jak i tę książkę inspirowało pragnienie podzielenia się z innymi skarbami, które drzemały w tym człowieku.

Mówi się, że dziennikarz ma przywilej pobierania edukacji publicznie. Jest on szczęśliwcem, któremu dano możliwość bezustannego dokształcania się na kursach dla dorosłych. Nikt w ostatnich latach nie nauczył mnie więcej niż Campbell, i kiedy powiedziałem mu, że spadną na niego wszelkie konsekwencje faktu, iż zostałem jego uczniem, roześmiał się i zacytował stare łacińskie powiedzonko: „Los prowadzi tego, kto idzie chętnie; tego, kto się opiera, wlecze przemocą”.

Podobnie jak inni wielcy nauczyciele – uczył przykładem. Nie było w jego stylu namawianie kogokolwiek do czegokolwiek (z jednym wyjątkiem: gdy przekonywał Jean, że powinna za niego wyjść). Kaznodzieje popełniają błąd – mówił – usiłując „namówić ludzi do wiary; lepiej by było, gdyby sami promieniowali wiedzą objawioną im przez własne odkrycie”. Tak jak on sam promieniował radością życia i uczenia się! Matthew Arnold uważał, że najwyższym przejawem zmysłu krytycznego jest „wybierać z zasobu wiedzy i myśli to, co w świecie najlepsze, i z kolei uprzystępniać to innym, tworząc w ten sposób prąd prawdziwych, świeżych idei”. To właśnie robił Campbell. Słuchając go – ale tak naprawdę, całym sercem – nie można było nie odczuć we własnej duszy świeżego powiewu życia, ruchu rozbudzonej wyobraźni.

Przyznawał, że myślą przewodnią jego prac jest „znalezienie w mitach całego świata wspólnoty tematycznej wskazującej na niezmienną potrzebę ludzkiego ducha, pragnącego ześrodkować się wokół kilku głębokich zasad”.

„Masz na myśli poszukiwanie sensu życia?” – zapytałem.

„Nie, nie – odparł. – Chodzi mi o doświadczenie życia jako takiego”.

Powiedziałem kiedyś, że mitologia to mapa szlaków doświadczenia, nakreślona przez ludzi, którzy już je prze­wędrowali. Podejrzewam jednak, że Campbell niezbyt chętnie przystałby na tę prozaiczną dziennikarską definicję. Dla niego mitologia była „pieśnią wszechświata”, „muzyką sfer” – muzyką, w takt której tańczymy, nawet jeśli nie potrafimy nazwać melodii. Słyszymy jej refreny, gdy „z rozbawieniem, ale i z dystansu przysłuchujemy się pieśniom kongijskiego czarownika, czciciela bożków, lub gdy z pełnym uczonego wyrafinowania zachwytem czytamy przekłady poezji Lao-tsy bądź kiedy próbujemy rozgryźć twardą skorupę argumentów Akwinaty albo wreszcie gdy niespodziewanie olśni nas sens dziwnej eskimoskiej baśni”.

Przypuszczał, że ten potężny i zgiełkliwy chór rozbrzmiewał wówczas, gdy nasi praprzodkowie zaczęli sobie opowiadać historie o zwierzętach, które zabili dla zdobycia pożywienia, i o nadprzyrodzonym świecie, do którego niechybnie odchodzą one po śmierci. „Gdzieś tam, daleko”, poza widzialnym wymiarem istnienia, bytował ów „pan zwierząt”, który nad istotami ludzkimi miał władzę życia i śmierci; jeśli nie zechciał odesłać zwierząt z powrotem na powtórną ofiarę, myś­liwym i ich rodzinom zagrażał głód. W ten sposób wczesne społeczeństwa dowiedziały się, że „istotą życia jest zabijanie i zjadanie tego, co zabite; jest to wielka tajemnica, którą muszą zajmować się mity”. Łowy stały się obrzędem ofiarnym, a z kolei łowcy dokonywali aktów przebłagania duchów umarłych zwierząt w nadziei, że uda im się skłonić je do powrotu i do uczynienia z siebie ofiary po raz drugi. Zwierzęta uważano za wysłanników tamtego, innego świata i Campbell na tej podstawie zakładał istnienie „magicznej, cudownej ugody”, rodzącej się między łowcą a zwierzyną, tak jakby oboje byli uwikłani w „mistyczny, bezczasowy cykl” śmierci, pochówków, zmartwychwstań. Ich sztuka – malowidła na ścianach jaskiń – oraz literatura ustna przyoblekły w formę ów impuls, który dziś nazywamy religią.

Gdy owi pierwotni ludzie porzucili łowiectwo i zajęli się rolnictwem, zmieniły się również opowieści tworzone przez nich w celu interpretowania tajemnic życia. Teraz magicznym symbolem nieskończonego cyklu stało się nasienie. Roślina umierała i była grzebana w ziemi, lecz nasienie się odradzało. Campbella fascynował fakt wykorzystania tego symbolu przez wielkie religie świata do objawienia odwiecznej prawdy, że ze śmierci płynie życie bądź – jak on sam to ujmował – „z ofiary – błogość”.

„Jezus miał bystre oko – mówił. – W ziarnku gorczycy potrafił dostrzec wspaniałą rzeczywistość”. Często cytował słowa Jezusa z Ewangelii Janowej: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”* – i natychmiast uzupełniał cytatem z Koranu: „Czy wy sądzicie, że wejdziecie do Ogrodu, kiedy jeszcze nie doświadczyliś­cie tego, czego doświadczyli ci, którzy już przeminęli przed wa­mi?”**. Penetrował rozległe obszary tej religijnej literatury, przekładając nawet z sanskrytu teksty hinduskie, i ustawicznie gromadził nowsze opowieści, które dodawał do mądrości staro­żytnej. Ze szczególnym upodobaniem przytaczał opowieść o kobiecie, która przyszła do Ramakryszny, indyjskiego świętego oraz mędrca, i zwierzała mu się z niepokojem: „Mistrzu, nie wydaje mi się, żebym kochała Boga”. On na to: „A więc nie istnieje nic, co byś kochała?”. „Owszem – odparła. – Mój mały siostrzeniec”. Ramakryszna rzekł: „W ten właśnie sposób kochasz Boga i służysz Mu – kochając to dziecko i opiekując się nim”.

„Właśnie w tym – mówił Campbell – zawarte jest najwyższe przesłanie religii: »Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych…«”.

Był człowiekiem pełnym religijnego ducha, toteż w piśmiennictwie poszczególnych wyznań odnajdywał owe wspólne ludzkiemu duchowi zasady. Muszą one jednak uwolnić się z więzów plemiennych, bo inaczej religie świata nadal będą źródłem pogardy i agresji, jak się to dzieje obecnie na Bliskim Wschodzie i w Irlandii Północnej. Obrazów Boga jest wiele – mawiał, nazywając je „maskami wieczności”; zakrywają one i jednocześnie objawiają „Oblicze Chwały”. Chciał się dowiedzieć, co oznacza fakt, że Bóg w rozmaitych kulturach przybiera tak różne maski, a mimo to w owych tak różniących się wzajem tradycjach można odnaleźć podobne opowieści – o stworzeniu, o narodzinach z dziewicy, wcieleniach, śmierci i zmartwychwstaniu, drugim przyjściu, sądzie ostatecznym. Afirmował intuicję przebijającą z pism hinduskich: „Prawda jest jedna, lecz mędrcy nadają jej rozmaite imiona”. Wszystkie imiona i obrazy, jakie przypisujemy Bogu, to maski – mówił – wskazujące na ostateczną rzeczywistość, która z definicji transcenduje język i sztukę. Mit również jest maską Boga, metaforą czegoś, co leży poza widzialnym światem. Choć tradycje mistyczne różnią się wzajem, to przecież zgodne są w tym – twierdził – że skłaniają nas do głębszego uświadomienia sobie samego faktu naszego życia. W swoich książkach Campbell wyrażał przekonanie, że grzechem niewybaczalnym jest grzech nieuwagi, braku czujności, niepełnej świadomości.

Nigdy nie spotkałem nikogo, kto lepiej od niego potrafił opowiadać. Słuchając go snującego opowieść o pierwotnych społeczeństwach, miałem poczucie, jakbym naraz został przeniesiony na rozległą równinę, przykrytą wielką kopułą nieba, albo w leśną gęstwinę, pod sklepienie ze splecionych konarów, i zaczynałem pojmować, w jaki sposób głosy bogów mówiły do ludzi z wiatru i grzmotu, duch Boga zaś płynął w każdym górskim strumieniu, a cała ziemia rozkwitała jako miejsce święte, królestwo mitycznej wyobraźni. I pytałem: teraz, gdy my, ludzie nowocześni, odarliśmy ziemię z jej tajemnicy, gdyśmy – mówiąc słowami Saula Bellowa – „uprzątnęli nasz dom z wierzeń”, w jaki sposób i czym mamy karmić swoją wyobraźnię? Filmami z Hollywood i serialami telewizyjnymi?

Campbell nie był pesymistą. Uważał, że „poza konfliktami iluzji i prawdy istnieje jakiś punkt mądrości, w którym ludzkie życie może odzyskać utraconą pełnię”. Twierdził, że jest to „najważniejszy problem naszych czasów”. W ostatnich latach życia dążył do stworzenia nowej syntezy nauki i duchowości. „Zmiana wizji świata z geocentrycznej na heliocentryczną – napisał po wylądowaniu astronautów na Księżycu – poniekąd usunęła człowieka z centrum, a przecież centrum wydawało się tak ważne. Jednakże w sensie duchowym centrum jest tam, skąd patrzymy. Stań na pagórku i spójrz w stronę widnokręgu. Stań na Księżycu – choćby za pośrednictwem telewizji, w swoim pokoju – i popatrz na zawieszoną w górze całą kulę ziemską”. W rezultacie horyzont ulega niesłychanemu poszerzeniu, co w naszej epoce doskonale mogłoby spełnić tę samą funkcję, którą w swoim czasie pełniły dawne mitologie – pomóc w oczyszczeniu dróg postrzegania „cudu, zarazem straszliwego i fascynującego, jakim jesteśmy my sami i świat”. Dowodził, że to nie nauka pomniejszyła ludzi i spowodowała nasz rozbrat z boskością. Przeciwnie, najnowsze odkrycia nauki „na powrót jednoczą nas ze starożytnymi”, ponieważ umożliwiają nam rozpoznanie w całym wszechświecie „powiększonego odbicia naszej najgłębszej, wewnętrznej natury, tak że istotnie stwierdzamy, iż jesteśmy jej uszami, oczami, myśleniem i mową albo – używając terminologii teologicznej – uszami Boga, oczyma Boga, myśleniem Boga i słowem Boga”. Gdy go widziałem po raz ostatni, zapytałem, czy nadal wierzy, że – jak to kiedyś napisał – „w chwili obecnej uczestniczymy w jednym z największych w dziejach skoków ludzkiego ducha, wiodących nas ku wiedzy nie tylko o zewnętrznym świecie, ale również o naszej głęboko ukrytej, wewnętrznej tajemnicy”.

Zastanowił się przez chwilę i odparł: „Tak, w największym ze wszystkich”.

Gdy doszła mnie wieść o jego śmierci, oddawałem się właśnie niespiesznej lekturze otrzymanego odeń egzemplarza książki Bohater o tysiącu twarzy. Przyszedł mi na myśl moment, kiedy po raz pierwszy odkryłem świat bohaterów mitycznych. Przypadek zaprowadził mnie do małej biblioteki publicznej w mieście, gdzie się wychowałem; szperając na chybił trafił po półkach, natknąłem się na książkę, która otworzyła przede mną świat cudów. Był tam Prometeusz wykradający bogom ogień dla dobra rodzaju ludzkiego, Jazon mężnie stawiający czoło smokowi, aby zawładnąć Złotym Runem, Rycerze Okrąg­łego Stołu poszukujący Świętego Graala. Ale dopiero zetknąwszy się z Josephem Campbellem, zrozumiałem, że westerny, które oglądałem na niedzielnych porankach, pełnymi garściami czerpały z tych starożytnych baśni. I że historie, o jakich uczyliśmy się w szkółce niedzielnej, mają odpowiedniki w innych kulturach, którym również nieobca jest wzniosła przygoda duszy – dąże­nie śmiertelników do uchwycenia rzeczywistości Boga. Pomógł mi dostrzegać związki i mechanizmy spajające poszczególne części i nie tylko nie obawiać się, owszem, spoglądać przychylnie na – jak to ujmował – „ogromną, wielokulturową przyszłość”.

Rzecz jasna, krytykowano go za podkreślanie psychologicznej interpretacji mitu, za to, że współczesną rolę mitu ogranicza do jego funkcji ideologicznej bądź terapeutycznej. Do udziału w tej debacie nie czuję się dość kompetentny, zostawiam ją więc innym. Sądzę, że tym sporem nigdy się nie przejmował. Po prostu dalej wykładał, ucząc innych patrzenia na świat w nowy sposób.

Szczególnie pouczające jest dla nas jego własne, autentyczne życie. Twierdząc, że mity są kluczami do naszego ukrytego głęboko potencjału duchowego, który może poprowadzić nas do zachwytu, olśnienia, a nawet ekstazy, mówił jak ktoś, kto bywał już w miejscach, do których odwiedzenia zapraszał innych.

Co przyciągnęło mnie do niego?

Niewątpliwie mądrość; był człowiekiem bardzo mądrym.

I uczoność. Istotnie, „ogromną, rozległą panoramę naszej przeszłości znał jak niewielu ludzi przed nim”.

Ale było w tym coś więcej.

O anegdocie stanowi sposób jej opowiadania. Sam znał tysiące anegdot. Oto jedna z jego ulubionych: Będąc w Japonii na międzynarodowym sympozjum religioznawczym, Campbell usłyszał przypadkiem, jak inny delegat amerykański, socjolog z Nowego Jorku, zwraca się do kapłana szintois­tycznego: „Oglądaliśmy już dość dużo waszych ceremonii, zwiedziliśmy też kilka waszych sanktuariów. Nie mogę jednak uchwycić waszej ideologii. Nie chwytam też waszej teologii”. Japończyk milczał i jakby zastanawiał się głęboko przez chwilę, po czym z wolna pokiwał głową. „Myślę, że my nie mamy ideologii – powiedział. – Ani teologii. My tańczymy”***.

Tak jak Joseph Campbell, który tańczył w rytm muzyki sfer.

Bill MOYERS

Dalsza część w wersji pełnej

* J 12, 24. Cytaty biblijne według Biblii Tysiąclecia, III wyd. (O ile nie zaznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumacza).

** Koran, Sura II (Krowa), 214. Cytaty według przekładu J. Bielawskiego, PIW, Warszawa 1986.

*** Dokładnie ten sam epizod wspomina M. Eliade w swoich pamiętnikach (Świętojańskie żniwo, przeł. I. Kania, Oficyna Literacka – Wydawnictwo Literackie, Kraków 1991, s. 131).

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Spis treści

Marcin Napiórkowski, Joseph Campbell – człowiek opowieści

Betty Sue Flowers, Nota redaktora

Bill Moyers, Wstęp

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Spis treści

Dedykacja

Meritum publikacji