Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Klasyka, która zainspirowała George’a Lucasa do stworzenia Gwiezdnych wojen i stała się fundamentem współczesnej kultury popularnej. Joseph Campbell w Bohaterze o tysiącu twarzy odkrywa uniwersalny schemat opowieści — monomit — a także głęboką prawdę o człowieczeństwie. Pokazuje, że wszystkie mity, legendy i współczesne narracje mówią w gruncie rzeczy o tym samym: o podróży bohatera, która nadaje sens i nadzieję naszemu życiu.
Mało jest książek, które wywarły tak duży wpływ na otaczającą nas rzeczywistość jak Bohater o tysiącu twarzy Josepha Campbella. Powszechnie pracę tę kojarzy się z Gwiezdnymi wojnami, jednak doskonale znana jest także w tak oddalonych od siebie obszarach wiedzy, jak marketing, psychologia czy religioznawstwo.
Dlaczego więc ta niepozorna książka — mówiąca przecież o mitach i dawnych kulturach — odcisnęła tak trwały ślad na tak wielu, nierzadko bardzo odległych dziedzinach życia? Co ma wspólnego storytelling z hinduizmem, Hollywood z rytuałami przejścia, a rozwój osobisty z mitem o Edypie?
Odpowiedź znajdujemy w problemie narracji mitologicznej. Campbell w Bohaterze o tysiącu twarzy dotyka sedna uniwersalnej opowieści, która za pomocą mitów kształtowała ludzi przez tysiąclecia i która nadawała sens naszemu istnieniu. Tak potrzebny przecież również dzisiaj, w czasach szczególnego deficytu życiowych drogowskazów, zaniku rytuałów i wszechogarniającej pustki.
Dzięki pracy Campbella wiemy, że jako ludzie potrzebujemy narracji, która porządkuje otaczający nas świat — narracji, która pomaga się w nim odnaleźć, która uświęca symbole i która nadaje im znaczenia. Nieważne czy jest to obietnica spełnienia zawarta w reklamie, emocje towarzyszące oglądaniu przygód ulubionego superbohatera czy mozolne kształtowanie samego siebie — wszędzie działa ten sam mechanizm, opisany przez Josepha Campbella na kartach Bohatera o tysiącu twarzy.
Joseph Campbell — badacz mitów, religioznawca i literaturoznawca — jest uważany za jednego z najważniejszych klasyków w swojej dziedzinie. Mimo iż jego praca ma już kilkadziesiąt lat, jej wpływ z biegiem czasu nie słabnie, co świadczy wyłącznie o jej wciąż żywym potencjale. Bohater o tysiącu twarzy do dziś porusza badaczy, twórców i czytelników, którzy odnajdują w niej nowe wątki i źródła inspiracji do własnych poszukiwań.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 631
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Joseph Campbell przytacza w tej książce fragmenty utworów literackich z różnych części świata. W polskim przekładzie powinny znaleźć się ich bezpośrednie tłumaczenia, tzn. tłumaczenia z języków, w których zostały pierwotnie zapisane, ale — niestety — nie zawsze było to możliwe. Niektóre utwory nigdy nie zostały przetłumaczone na nasz język, a w każdym razie ich nie wydano. Inne utwory były wprawdzie tłumaczone i wydawane, ale nie w całości i często są to fragmenty inne niż cytowane przez Campbella. Jeszcze inne zostały — jak mi wiadomo — wprawdzie przełożone i opublikowane, ale nie udało mi się do nich dotrzeć, bo przekłady te są rozproszone po różnych periodykach i czasami nie wiadomo nawet, gdzie należałoby ich szukać.
W tej sytuacji zdecydowałem się na ryzykowny krok i przetłumaczyłem te fragmenty z języka angielskiego. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że w przekładach tych mogą być błędy, i to nie tylko dlatego, że przekład pośredni jest podwójnie odległy od oryginału, ale również z tej przyczyny, że brak mi odpowiedniej wiedzy o duchowej i materialnej kulturze, do której należą te utwory; chcąc jednak ukończyć tłumaczenie Bohatera o tysiącu twarzy, nie miałem innego wyjścia. Z drugiej strony w pewnych przypadkach (odnotowanych w przypisach) między istniejącymi i dostępnymi mi przekładami polskimi i angielskimi, które cytuje Campbell, istnieją tak duże rozbieżności, że polskie nie są w żadnym razie ilustracją wywodów autora.
Pozostawiając zatem osobom kompetentnym i zainteresowanym tym tematem ewentualne rozstrzygnięcie kwestii, który przekład — polski czy angielski — dochowuje wierności oryginałowi, a w konsekwencji czy wnioski, jakie wyciąga z analizy tych tekstów Campbell są trafne czy błędne, bo oparte na zafałszowującym znaczenie oryginału przekładzie, przetłumaczyłem również i te ustępy. W przypisach ujętych dla odróżnienia od przypisów autora w nawiasy kwadratowe wyjaśniam to bardziej szczegółowo. Dla zorientowania Czytelnika, które teksty zostały przetłumaczone przeze mnie, pozostawiłem w przypisach angielskie tytuły ich przekładów.
Andrzej Jankowski
W chwili śmierci w 1987 roku Joseph Campbell pozostawił wiele opublikowanych prac poświęconych swojej życiowej pasji, czyli badaniu uniwersalnych mitów i symboli, które nazwał „jedną wspaniałą opowieścią ludzkości”. Został jednak po nim również duży zbiór nigdy dotąd niewydanych artykułów, notatek, listów i dzienników oraz wykładów zarejestrowanych na taśmach audio i wideo.
Joseph Campbell Foundation — założona w 1990 roku w celu zachowania, ochrony i propagowania dzieła Campbella — przystąpiła do stworzenia cyfrowego archiwum jego spisanych i nagranych prac oraz do wydania Dzieł zebranych Josepha Campbella.
The Collected Works of Joseph Campbell
Robert Walter, Executive Editor
David Kudler, Managing Editor
„Prawdy tkwiące w doktrynach religijnych są przecież tak zniekształcone i systematycznie przebierane w nowe szaty” — pisze Zygmunt Freud —
że masy ludzkie nie zdołają rozpoznać w nich prawdy. Podobnie jest, gdy opowiada się dziecku, że bocian przynosi noworodki. Również wtedy mówimy prawdę w symbolicznym przebraniu, wiemy bowiem, co oznacza ten wielki ptak. Dziecko tego nie wie, wychwytuje tylko deformację, uważa się za oszukane, my zaś wiemy, jak często jego nieufność i krnąbrność wobec dorosłych wiążą się właśnie z tym wrażeniem. Doszliśmy do przekonania, że lepiej zaniechać podawania takich symbolicznych przebrań prawdy i nie odmawiać dziecku wiedzy o prawdziwym stanie rzeczy odpowiednio do jego poziomu intelektualnego [1].
Celem niniejszej książki jest odkrycie pewnych prawd, ukrytych przed nami pod przebraniem różnych postaci kultowych i mitologicznych, poprzez zestawienie razem wielu niezbyt trudnych do zrozumienia przykładów, tak by ich starodawne znaczenie stało się jasne samo przez się. Dawni nauczyciele wiedzieli, co mówią. Kiedy już nauczymy się ponownie odczytywać ich symboliczny język po to, by usłyszeć głoszone przez nich nauki, nie potrzebujemy niczego więcej niż umiejętności ułożenia antologii. Najpierw jednak musimy się nauczyć gramatyki tych symboli, a nie znam lepszego dostępnego obecnie klucza do tej zagadki niż psychoanaliza. Nawet jeśli nie uznaje się jej za ostatnie słowo nauki w tej dziedzinie, to można się zgodzić, by posłużyła za metodologiczną podstawę badań. Drugim krokiem będzie zatem zebranie wielu mitów i opowieści ludowych ze wszystkich zakątków ziemi i pozwolenie, by symbole przemówiły swoim własnym głosem. Wtedy natychmiast staną się widoczne wszystkie paralele między nimi, tworząc w sumie obszerne i zdumiewająco stałe zestawienie podstawowych prawd, którymi kierował się człowiek przez tysiąclecia swego istnienia na tej planecie.
Być może narażę się na zarzut, że wykazując podobieństwa, przeoczyłem różnice istniejące między różnymi wschodnimi i zachodnimi, współczesnymi, starożytnymi i pierwotnymi wierzeniami i podaniami. Jednak takie same zastrzeżenia można by mieć wobec dowolnego podręcznika czy atlasu anatomii, gdzie dla ułatwienia zrozumienia ogólnej budowy fizycznej człowieka pomija się wszelkie różnice fizjologiczne między rasami. Oczywiście istnieją różnice między licznymi mitologiami i religiami, ale jest to książka o podobieństwach, a kiedy się je dostrzeże i zrozumie, okaże się, że różnice są dużo mniejsze, niż się ogólnie (i ze względów politycznych) przypuszcza. Mam nadzieję, że analiza porównawcza i wyjaśnienie tych spraw przyczyni się do powodzenia być może nie całkiem beznadziejnych starań tych sił, które działają w świecie obecnym na rzecz jednoczenia nie w imię jakiegoś religijnego czy politycznego imperium, ale dla wzajemnego zrozumienia się ludzi i narodów. Jak mówią nam Wedy: „Prawda jest jedna, ale mędrcy nazywają ją różnymi imionami” [2].
Za pomoc w żmudnym zadaniu ujęcia zebranych przeze mnie materiałów w nadającą się do czytania formę chcę podziękować panu Henry’emu Mortonowi Robinsonowi, którego rady bardzo przydały mi się w pierwszym i ostatnim stadium pracy nad tym dziełem, paniom Peter Geiger, Margaret Wing i Helenie McMaster, które wielokrotnie przeczytały kolejne maszynopisy i udzieliły mi cennych uwag, oraz żonie, która pracowała ze mną od początku do końca, słuchając, czytając i recenzując.
J.C.
Nowy Jork, 10 czerwca 1948 roku
1 S. Freud, Przyszłość pewnego złudzenia [w:] tegoż, Kultura jako źródło cierpień, przeł. J. Prokopiuk, Aletheia, Warszawa 2013, s. 189–190.
2Rygweda 1.164.46 [w przekładzie Bogusława J. Koca: „JEDEN BYT wieszczowie wielorako zowią”, zob. tegoż, Wizja „Długiego Mroku” (Rygweda 1.164), „Studia Indologiczne” 1996, nr 3, s. 81].
Ilustracja 1. Meduza (starożytny Rzym, rzeźba w marmurze, data powstania nieznana). Rzeźba z pałacu Rondanini w Rzymie. Zbiory Glyptotheki monachijskiej. Zdjęcie z: H. Brunn, F. Bruckmann, Denkmäler griechischer und römischer Sculptur, Verlagsanstalt für Kunst und Wissenschaft, Monachium 1888–1932
Bez względu na to, czy przysłuchujemy się z chłodnym rozbawieniem przypominającemu senne majaczenia bełkotowi jakiegoś czarownika o przekrwionych oczach gdzieś w Kongo, czy czytamy ze świadczącym o naszej wyrafinowanej kulturze zachwytem marne tłumaczenia sonetów Lao-tse, czy — co zdarza się od czasu do czasu — udaje się nam przebić przez twardą skorupę wywodów Świętego Tomasza z Akwinu lub pojąć nagle wspaniałe znaczenie dziwnej bajki eskimoskiej, zawsze odnajdujemy jedną i tę samą, zmieniającą kształt, lecz cudownie przy tym stałą opowieść, która wywołuje nieodparte wrażenie, że doświadczyć można znacznie więcej, niż kiedykolwiek da się poznać czy opowiedzieć.
Wszędzie tam, gdzie żyli ludzie, zawsze i w każdych okolicznościach kwitły mity. Były one nieustającą inspiracją dla wszelkich ludzkich poczynań w sferze materialnej i duchowej. Nie byłoby zbytnią przesadą stwierdzenie, że mit jest tajemnym otworem, przez który wpływa niewyczerpana energia kosmosu, napełniając wytwory ludzkiej kultury. Religia, filozofia, sztuka, prehistoryczne i historyczne formy organizacji społeczeństwa, szczytowe osiągnięcia nauki i techniki, widzenia senne — wszystko to wywodzi się z magicznego kręgu mitu.
Zadziwiające jest to, że owa charakterystyczna moc poruszania i budzenia naszych głęboko ukrytych sił twórczych tkwi w najprostszej bajce dla dzieci, tak jak w kropli wody zawarty jest ocean lub w jaju pchły cała tajemnica życia. Jest tak dlatego, że symbole mitologiczne nie są produktami celowej pracy ludzkiej, nie można ich bowiem wynaleźć, zamówić, ani na zawsze zniszczyć, lecz spontanicznymi wytworami naszej psychiki i w każdym z nich kryje się, niczym w zarodku, potęga źródła, które je wydało.
Na czym polega tajemnica owej ponadczasowej wizji? Z jakich głębi umysłu się wywodzi? Dlaczego, mimo różnych przebrań, mitologia jest wszędzie ta sama? Czego uczy?
W obecnych czasach wiele nauk bada tę zagadkę, przyczyniając się w ten sposób do jej rozwiązania. Archeolodzy penetrują ruiny w Iraku, Honanie, na Krecie i półwyspie Jukatan. Etnolodzy wypytują Ostiaków znad Obu i Bubów z Fernando Po o ich zwyczaje i wierzenia. Pokolenie orientalistów otworzyło przed nami święte księgi Wschodu i odkryło prehebrajskie źródła naszego własnego Pisma Świętego. A tymczasem inna armia uczonych, kontynuując rozpoczęte w minionym stuleciu badania w dziedzinie psychologii ludowej, stara się ustalić psychologiczne podstawy języka, mitu, religii, sztuki i kodeksów moralnych.
Najbardziej zadziwiające są jednak rewelacje, które docierają ze szpitali dla psychicznie chorych. Śmiałe i naprawdę epokowe dzieła psychoanalityków są niezbędną lekturą dla badacza mitologii, bowiem — bez względu na to, co można sądzić o szczegółowych i niekiedy sprzecznych interpretacjach poszczególnych przypadków i problemów — Freud, Jung i ich następcy udowodnili niezbicie, że logika, bohaterowie mitu i ich czyny przetrwały do czasów współczesnych. Z braku ogólnie przyjętej mitologii każdy z nas ma swój prywatny, nierozpoznany, szczątkowy, ale posiadający tajemną moc, panteon snów. Ostatnie wcielenie Edypa, ciąg dalszy romansu Pięknej i Bestii stoją dziś na rogu Czterdziestej Drugiej Ulicy i Piątej Alei, czekając na zmianę sygnalizacji świetlnej.
„Śniło mi się” — napisał młody Amerykanin do autora stałej rubryki drukowanej w wielu gazetach jednocześnie —
że naprawiam dach w naszym domu. Nagle usłyszałem z dołu głos wołającego mnie ojca. Odwróciłem się gwałtownie, żeby go lepiej słyszeć, i w tym momencie wypadł mi z ręki młotek, zsunął się po stromym dachu i zniknął za jego krawędzią. Usłyszałem ciężkie, głuche uderzenie, jakby odgłos padającego ciała.
Straszliwie przerażony zszedłem po drabinie na ziemię. Leżał tam mój ojciec. Był martwy, a cała jego głowa była zbroczona krwią. Byłem załamany. Szlochając, zacząłem wzywać matkę. Wyszła z domu i objęła mnie. „Nie przejmuj się, synu — powiedziała — to był wypadek. Wiem, że będziesz troszczył się o mnie teraz, gdy go zabrakło”. Kiedy mnie całowała, obudziłem się.
Jestem najstarszym dzieckiem w rodzinie i mam dwadzieścia trzy lata. Od roku żyję w separacji z żoną; jakoś nie układało nam się razem. Bardzo kocham oboje rodziców i nigdy nie miałem żadnych problemów w stosunkach z ojcem, jeśli nie liczyć tego, że namawiał mnie, żebym wrócił do żony, mówiąc, że bez niej nie będę szczęśliwy. A tego nigdy nie zrobię [3].
Ilustracja 2. Wisznu śniący świat (rzeźba w kamieniu, Indie, ok. 400–700 roku). Świątynia Dasawatara (Świątynia Dziesięciu Awatarów), Deogarh, środkowe Indie. Archeological Survey of India, zdjęcie udostępnione przez żonę A.K. Coomaraswamy’ego
Zawiedziony mąż ujawnia tutaj z naprawdę rozbrajającą niewinnością, że zamiast wykorzystać swą energię duchową dla rozwiązania problemów własnego małżeństwa, pielęgnował w jakimś ukrytym zakamarku wyobraźni wspomnienie dramatycznej niegdyś, ale teraz absurdalnie anachronicznej sytuacji, a mianowicie pierwszego i jedynego przypadku emocjonalnego zaangażowania się — uwikłania w tragikomiczny trójkąt w scenerii pokoju dziecinnego, rywalizacji z ojcem o miłość matki. Najwidoczniej najbardziej trwałymi skłonnościami ludzkiej psychiki są te, które wynikają z faktu, że najdłużej spośród wszystkich zwierząt trzymani jesteśmy przy matczynej piersi. Ludzie rodzą się zbyt wcześnie, nie będąc gotowi zmierzyć się ze światem. Skutkiem tego ich jedyną obroną przed pełnym niebezpieczeństw wszechświatem jest matka, pod której opiekuńczą osłoną dochodzi do swoistego przedłużenia okresu życia płodowego [4]. Stąd też zależne od matki dziecko i jego matka tworzą przez wiele miesięcy po katastrofie, jaką są narodziny, podwójną jednostkę, i to nie tylko fizycznie, ale też psychicznie [5]. Każda dłuższa nieobecność rodzicielki wytwarza u niemowlęcia napięcie i w konsekwencji staje się bodźcem wywołującym agresję. Reakcje agresywne pojawiają się również wtedy, kiedy matka musi poskromić dziecko. A zatem pierwszy przedmiot wrogości dziecka jest tożsamy z pierwszym obiektem jego miłości, a jego pierwszym ideałem (który później staje się nieświadomą podstawą wszystkich wyobrażeń rozkoszy, piękna i doskonałości) jest dwoista jedność Madonny i dzieciątka [6].
Nieszczęsny ojciec jest sprawcą pierwszego bezwzględnego wtargnięcia innego porządku rzeczy w błogostan owego ziemskiego przedłużenia wspaniałej sytuacji z łona matki, a zatem jest on postrzegany przede wszystkim jako wróg. Na niego przenoszona jest agresja, która pierwotnie skierowana była na „złą”, czyli nieobecną, matkę, natomiast przedmiotem pożądania związanego z „dobrą”, czyli obecną, karmiącą i chroniącą matką pozostaje (normalnie) ona sama. Ów brzemienny w skutki rozdział popędu śmierci (thanatos: destrudo) i miłości (eros: libido), który następuje w okresie niemowlęcym, jest podstawą powstawania słynnego już kompleksu Edypa, który Zygmunt Freud prawie pięćdziesiąt lat temu uznał za główną przyczynę tego, iż jako dorośli nie zachowujemy się racjonalnie. Jak pisze Freud: „Król Edyp, który zabił swego ojca, Lajosa i pojął za żonę Jokastę, własną matkę, to postać ucieleśniająca nasze życzenia z dzieciństwa. O ile jednak nie zostaliśmy psychoneurotykami, spotyka nas szczęśliwszy los — możemy oderwać nasze pobudki seksualne od matek, umiemy zapomnieć o zazdrości wobec naszych ojców” [7]. A oto, co pisze on w innym miejscu: „wszystkie chorobowe zaburzenia życia płciowego słusznie uważać należy za pohamowanie w rozwoju” [8].
Niejednemu się z ludzi przyśniło, że z matką
dzieli łoże… Najłatwiej życie przeżyć temu,
kto wszystkie takie rzeczy za nic sobie waży[9].
Smutny los żony mężczyzny, którego uczucia, zamiast dojrzeć, pozostają uwięzione w romansie z pokoju dziecinnego, wyłania się z oczywistego absurdu innego współczesnego snu; w tym momencie zaczynamy naprawdę czuć, że wkraczamy do królestwa starożytnego mitu, aczkolwiek z nieoczekiwanej strony.
„Śniło mi się” — pisze zakłopotana kobieta —
że gdziekolwiek się ruszę, podąża za mną wielki biały koń. Bałam się go i odganiałam od siebie. Obejrzałam się, aby sprawdzić, czy nadal idzie za mną i okazało się, że przemienił się on w mężczyznę. Powiedziałam mu, żeby wszedł do fryzjera i ostrzygł grzywę. Zrobił to. Kiedy wyszedł, wyglądał zupełnie jak mężczyzna, tylko że miał nadal końskie kopyta i pysk, i szedł za mną, gdziekolwiek się skierowałam. Zbliżył się do mnie i wtedy się obudziłam.
Jestem mężatką, mam trzydzieści pięć lat i dwójkę dzieci. Jestem zamężna od czternastu lat i jestem pewna, że mąż jest mi wierny [10].
Podświadomość sączy w nasze umysły różnego rodzaju fantazje, zapełniając je — podczas snu, marzeń na jawie czy choroby psychicznej — dziwnymi stworami, strachami i zwodniczymi obrazami, ponieważ królestwo człowieka pod podłogą względnie przytulnego pomieszczenia, które zwiemy naszą świadomością, kryje niewyobrażalne jaskinie Aladyna. W jaskiniach tych znajdują się klejnoty, ale zamieszkują je też niebezpieczne dżinny — niewygodne albo wyparte tam siły psychiczne, którym nie śmielibyśmy pozwolić ingerować w nasze życie. Możemy w ogóle nie podejrzewać ich istnienia, dopóki jakieś przypadkowe słowo, zapach okolicy, smak filiżanki herbaty czy spojrzenie nie poruszą wód magicznego źródła, a wtedy w umyśle zaczynają się pojawiać groźni wysłannicy. Są oni groźni, ponieważ naruszają otoczkę bezpieczeństwa, którą obudowaliśmy samych siebie i nasze rodziny. Są oni jednak także diabelnie fascynujący, jako że mają klucze otwierające drzwi do całego królestwa pożądanej i budzącej lęk przygody odkrywania własnego „ja”. Destrukcja świata, który sobie zbudowaliśmy i w którym żyjemy, oraz nas samych w tym świecie, ale potem cudowna rekonstrukcja prowadząca do odważniejszego, czystszego, pełniejszego życia — oto pokusa, obietnica i strach, którymi nęcą nas i przerażają owi nocni przybysze z mitologicznego królestwa tkwiącego w każdym z nas.
Psychoanaliza, współczesna wiedza o tłumaczeniu snów, nauczyła nas zwracać uwagę na te niematerialne i ulotne obrazy. Znalazła również sposób na to, by mogły one spełniać swe zadanie. Niebezpieczne kryzysy rozwoju osobowości przebiegają pod czujnym okiem doświadczonego znawcy snów i ich języka, który następnie wciela się w rolę mistagoga, czyli przewodnika dusz, dokonującego inicjacji czarownika z pierwotnych leśnych sanktuariów, w których przechodziły próby osoby wkraczające w życie dorosłe. Doktor jest współczesnym mistrzem tego mitologicznego królestwa, znawcą wszystkich tajemnych dróg i magicznych słów dających moc. Jego rola jest dokładnie taka sama, jak Mądrego Starca z mitów i baśni, którego słowa wspierają bohatera stawiającego czoło wyzwaniom i niebezpieczeństwom, poddawanego próbom podczas niesamowitej wędrówki. Jest on tym, który nagle pojawia się i wskazuje na magiczny lśniący miecz, który zabije siejącego przerażenie smoka; tym, który opowiada o czekającej dziewicy i zamku pełnym skarbów; tym, który kładzie uzdrawiający balsam na prawie śmiertelne rany, a na koniec odsyła zdobywcę na powrót do świata normalnego życia, czekającego nań po wielkiej przygodzie podczas zaczarowanej nocy.
Kiedy teraz, mając ten obraz w pamięci, zastanowimy się nad licznymi i dziwnymi rytuałami znanymi nam z opisów ludów prymitywnych oraz wielkich cywilizacji przeszłości, staje się jasne, że ich celem i rzeczywistym rezultatem było przeprowadzenie ludzi przez te trudne do pokonania progi przemian, które wymagają zmiany w schematach nie tylko świadomego, lecz i nieświadomego życia. Tak zwane obrzędy przejścia, które zajmują ważne miejsce w życiu społeczeństw pierwotnych (ceremonie narodzin, nadania imienia, dojrzałości, małżeństwa, pogrzebu itd.), wyróżniają formalne, zazwyczaj bardzo surowe, ćwiczenia odłączenia, w wyniku których umysł zostaje bezwzględnie odcięty od postaw, więzi i zachowań charakterystycznych dla etapu, który zostawia się za sobą [11]. Potem następuje okres dłuższego lub krótszego odosobnienia, w którym wykonuje się rytuały mające zapoznać nowicjusza z formami jego nowego stanu i właściwymi dlań uczuciami, tak aby był on jak nowo narodzony kiedy w końcu nadejdzie czas jego powrotu do normalnego świata [12].
Najbardziej zadziwiający jest fakt, że wiele rytualnych prób i obrazów zgadza się z tymi, które automatycznie pojawiają się w marzeniach sennych z chwilą, gdy poddawany psychoanalizie pacjent zaczyna porzucać swe infantylne fiksacje i wkracza w przyszłość. Na przykład wśród Aborygenów w Australii jednym z głównych elementów obrządku inicjacji (podczas której chłopca w okresie dojrzewania odrywa się od matki i wprowadza do społeczności mężczyzn oraz w arkana ich wiedzy) jest rytuał obrzezania.
Kiedy chłopiec z plemienia Murnginów ma być poddany obrzezaniu, jego ojciec i starsi mężczyźni mówią mu: Wielki Ojciec Wąż czuje zapach twojego napletka; domaga się go. Chłopcy wierzą w to święcie i wpadają w niezwykłe przerażenie. Zazwyczaj szukają ratunku u swych matek, matek swoich matek lub innych krewnych płci żeńskiej, ponieważ wiedzą, że mężczyźni zebrali się, aby dopilnować, by zostali zabrani na plac, gdzie wyje wąż. Kobiety zawodzą zgodnie z obrzędem, co ma uchronić chłopców przed połknięciem przez węża [13].
A teraz przyjrzyjmy się odpowiednikowi tego rytuału ze sfery nieświadomości. „Pewien pacjent miał sen — pisze C.G. Jung — że wąż wyskakuje z jamy i gryzie go w okolicę genitalną. Owo marzenie senne nawiedziłogo w chwili, gdy przekonał się o prawidłowości postępowania analitycznego i zaczął się uwalniać spod klątwy kompleksu matki” [14].
Główną funkcją mitologii i obrzędów było zawsze dostarczanie symboli, które uskrzydlają ducha, w przeciwieństwie do innych stałych ludzkich wyobrażeń, które ściągają go na dół. Prawdę mówiąc, nie jest wykluczone, że bardzo wiele przypadków nerwic w naszych czasach bierze się stąd, że jesteśmy pozbawieni takiej skutecznej pomocy duchowej. Nie zostaliśmy wyzwoleni od obrazów z okresu dzieciństwa, a przez to czujemy niechęć do przejścia niezbędnych dla wieku dorosłego przeobrażeń. W Stanach Zjednoczonych istnieje całkiem przeciwna tendencja — celem nie jest dorastanie i starzenie się, lecz zachowanie młodości, nie dojrzewanie i uwolnienie się od matki, ale kurczowe trzymanie się jej. A zatem, podczas gdy mężowie, będąc prawnikami, handlowcami czy intelektualistami, jak tego życzyli sobie ich rodzice, nadal biją pokłony w świątyniach z okresu chłopięcego, ich żony, nawet po czternastu latach pożycia małżeńskiego i urodzeniu dwójki wspaniałych dzieci, wciąż szukają miłości, którą znaleźć mogą jedynie u centaurów, sylenów, satyrów i innych lubieżnych inkubów ze świty Pana — albo w takiej postaci, jak w drugim z opisanych powyżej snów, albo w cukierkowatych kapliczkach bogini zmysłowości wznoszonych przez naszą kulturę masową, gdzie na ołtarzach stoją posągi najnowszych herosów ekranu.
W końcu musi pojawić się psychoanalityk, aby ponownie potwierdzić sprawdzoną mądrość dawnych, dotyczących przyszłości, nauk zamaskowanych uczestników magicznego tańca i czarowników-rzezaków, po czym stwierdzamy, jak w przypadku snu o ukąszeniu węża, że sam pacjent tworzy w momencie wyzwolenia ponadczasowe symbole inicjacji. Najwidoczniej jest w wyobrażeniach towarzyszących inicjacji coś tak niezbędnego dla psychiki, że jeśli nie dostarczy się tego z zewnątrz, poprzez mit i obrzęd, to musi się to pojawić z wewnątrz, poprzez sen, gdyż w przeciwnym wypadku nasza energia pozostanie uwięziona w banalnym, od dawna należącym do przeszłości, pokoju z zabawkami — na dnie morza.
Zygmunt Freud podkreśla w swych pismach wagę przełomów i trudności z pierwszej połowy cyklu życia człowieka, obejmującej dzieciństwo i dojrzewanie, kiedy to nasze słońce wznosi się, by osiągnąć zenit. C.G. Jung, z drugiej strony, kładzie nacisk na znaczenie kryzysów w drugiej części życia, kiedy to, aby posuwać się naprzód, lśniąca tarcza musi w końcu zsunąć się w dół nieboskłonu i zniknąć w mrocznym łonie grobu. Normalne symbole naszych pragnień i obaw zamieniają się w tym popołudniowym okresie naszej biografii w swoje przeciwieństwa, ponieważ teraz już nie życie, lecz śmierć staje się wyzwaniem. Tym, z czym trudno jest nam się rozstać, jest zatem już nie łono, ale fallus, jeśli — oczywiście — zmęczenie życiem nie dopadnie nas wcześniej i śmierć nie zacznie kusić nas obietnicą rozkoszy, którą wcześniej wabiła nas miłość. Zataczamy pełen krąg — od grobu łona do łona grobu, przenikając w sposób niejasny i zagadkowy do świata zastygłej materii, która wkrótce zacznie się z nas ulatniać jak tworzywo snu. I wtedy, patrząc wstecz na to, co wydawało się nam naszą unikalną, nieprzewidywalną i niebezpieczną wędrówką, przekonujemy się w końcu, że jest to jedynie ciąg typowych przeobrażeń, jakie przechodzą mężczyźni i kobiety w każdym zakątku świata, we wszystkich stuleciach, z których zachowały się jakieś przekazy, i w każdej kulturze, choćby dziwacznie przebranej.
Na przykład znana jest opowieść o wielkim Minosie, królu wyspy-imperium, Krety, w okresie jej handlowej supremacji, o tym, jak wynajął słynnego rzemieślnika-artystę Dedala, by ten zbudował dla niego labirynt, w którym król ukryć chciał to, czego dwór jednocześnie wstydził się i bał. Żył bowiem w pałacu potwór, którego zrodziła królowa Pazyfae. Król Minos, mówi legenda, prowadził ważne wojny dla ochrony szlaków handlowych. W czasie gdy on zajmował się wojaczką, Pazyfae została uwiedziona przez wspaniałego, śnieżnobiałego, zrodzonego z morza byka. Prawdę mówiąc, to, co się jej przydarzyło, nie było bardziej gorszące niż to, na co pozwoliła sobie matka Minosa. Jego matką była Europa i dobrze wiadomo, że na Kretę uniósł ją byk. W byka tego wcielił się Zeus, a owocem owego świętego związku był sam Minos, powszechnie szanowany i przyjmowany ze wszystkimi honorami. Skąd zatem mogła wiedzieć Pazyfae, że owocem jej zdrady będzie potwór — syn o ludzkim ciele, ale z głową i ogonem byka?
Ilustracja 3. Syleny i menady (malowidło na czarnofigurowej amforze greckiej, Sycylia, ok. 500–450 roku p.n.e., znalezionej w grocie w Geli na Sycylii). Monumenti Antichi, pubblicati per cura della Reale Accademia dei Lincei, t. XVII, Milan 1907, ilustracja XXXVII
Społeczeństwo surowo potępiało królową, ale król zdawał sobie sprawę, że i on nie jest bez winy. Owego byka przysłał bowiem bóg Posejdon, dawno temu, kiedy Minos rywalizował z braćmi o prawo do tronu. Minos twierdził, że z wyroku bogów tron należy się jemu, i modlił się do Posejdona, by z morza wyłonił się byk, jako widoczny znak słuszności jego roszczeń. Przysiągł też, że natychmiast złoży byka w ofierze jako symbol swej wdzięczności i poddania. Byk pojawił się i Minos zasiadł na tronie, lecz kiedy ocenił wspaniały wygląd zwierzęcia i pomyślał, ile splendoru przysporzyć mu może posiadanie we własnych trzodach takiego okazu, postanowił zaryzykować i uciec się do często stosowanego przez handlarzy podstępu, z którego bóg — jak sądził — nie zda sobie sprawy. Złożył zatem na ołtarzu Posejdona najbardziej okazałego białego byka ze swej trzody, należnego zaś bogu zatrzymał dla siebie.
Imperium kreteńskie świetnie prosperowało pod mądrymi rządami tego szanowanego ogólnie prawodawcy i wzoru cnót obywatelskich. Jego stolica, Knossos, stała się luksusowym i eleganckim centrum największej potęgi handlowej cywilizowanego świata. Flota kreteńska docierała na każdą wyspę i do każdego portu na Morzu Śródziemnym; wyroby kreteńskie były niezwykle cenione w Babilonii i Egipcie. Śmiałe małe statki zapuszczały się nawet poza słupy Herkulesa, na otwarty ocean, kierując się na północ, po złoto Irlandii i cynę Kornwalii [15], oraz na południe, opływając wybrzuszenie kontynentu afrykańskiego, na którym leży Senegal, do dalekiej Joruby, gdzie znajdowały się targowiska kości słoniowej, złota i niewolników [16].
W ojczyźnie jednak Posejdon sprawił, że królowa zapłonęła nieposkromioną namiętnością do byka. Wymogła na słynnym rzemieślniku króla, niezrównanym Dedalu, by zbudował jej pustą wewnątrz drewnianą krowę, która zwiodłaby swym wyglądem byka. Wśliznęła się do środka i byk rzeczywiście dał się zwieść. W rezultacie powiła potwora, który po pewnym czasie stał się dla wszystkich zagrożeniem. A zatem ponownie wezwano Dedala i tym razem sam król polecił mu zbudować wielki labirynt ze ślepymi korytarzami, w którym można by ukryć potwora. Tak zagmatwana i splątana była sieć korytarzy w tej budowli, że sam Dedal po jej ukończeniu z trudem znalazł drogę do wyjścia. Tam też uwięziono Minotaura i karmiono go młodzieńcami i dziewczętami przysyłanymi na Kretę w daninie przez podbite narody [17].
A zatem, zgodnie ze starożytną legendą, główną winę ponosiła nie królowa, lecz król, i po prawdzie nie mógł żywić do niej pretensji, gdyż wiedział, co zrobił. Otóż wykorzystał on wydarzenie wagi państwowej dla osobistego zysku, gdy tymczasem cały sens objęcia przezeń tronu sprowadzał się do tego, iż przestawał on od tej chwili być osobą prywatną. Oddanie byka symbolizowałoby jego absolutnie bezinteresowne poddanie się funkcjom wynikającym z nowej roli. Zatrzymanie go natomiast odzwierciedlało chęć egoistycznego wywyższenia się. Tak oto „król z bożej łaski” stał się groźnym tyranem, mającym na względzie tylko własne dobro. Tak jak tradycyjne obrzędy przejścia uczyły jednostkę umierać dla przeszłości i rodzić się na nowo dla przyszłości, tak też wspaniały ceremoniał intronizacji pozbawiał ją charakteru prywatnego i odziewał w płaszcz powołania. Taki był ideał, bez względu na to, czy jednostka ta była rzemieślnikiem czy królem. Poprzez świętokradztwo, jakim była odmowa poddania się obrzędowi, jednostka odcinała się jednak od większej jednostki, którą była cała społeczność, i w ten sposób Jedność rozpadała się na wiele cząstek, z których każda walczyła z pozostałymi o swoje i mogła być poskromiona tylko siłą.
Postać tyrana-potwora jest znana w mitologiach, tradycjach ludowych, legendach, a nawet koszmarach całego świata, a jej cechy szczególne są wszędzie zasadniczo takie same. Jest on zaborcą dobra ogólnego. Jest chciwym potworem, zazdrośnie strzegącym tego, co „moje”. W mitologii i baśni powodowany przez niego chaos nie omija żadnego obszaru jego działania. Może on ograniczać się jedynie do jego domostwa, udręczonej psychiki albo życia tych, na których ściąga nieszczęście, obdarzając ich swą przyjaźnią lub służąc im pomocą, ale może też rozciągać się na całą cywilizację. Rozdęte ego tyrana jest przekleństwem dla niego samego i dla jego świata, bez względu na to, jak dobrze zdają się układać sprawy osobiste. Napełniający samego siebie przerażeniem, dręczony lękami, gotów w każdej chwili odpowiedzieć uderzeniem na przewidywaną agresję otoczenia, która jest przede wszystkim odbiciem jego niekontrolowanej żądzy posiadania, ów gigant zdobytej przez siebie samego swobody jest zwiastunem katastrofy, nawet jeśli w głębi ducha ma dobre intencje. Gdziekolwiek położy dłoń, tam słychać płacz (jeśli nie z dachów domów, to — co jeszcze smutniejsze — w każdym sercu) i wołanie: wołanie o wybawiciela ze lśniącą klingą w dłoni, którego cios, którego dotknięcie, którego samo istnienie oswobodzi tę ziemię z niewoli tyrana.
Tutaj nie można usiąść leżeć ani stać
I ciszy nawet nie ma w górach
Tylko bezpłodny suchy grzmot bez deszczu
I samotności nawet nie ma w górach
Tylko czerwone posępne twarze — drwią i szydzą
W drzwiach lepianek z popękanej gliny[18].
Bohater ów jest człowiekiem całkowitego poddania się. Ale poddania się czemu? Oto właśnie jest pytanie, które musimy sobie dzisiaj zadać, a jednocześnie zagadka, której rozwiązanie jest wszędzie pierwszym celem, cnotą i historycznym czynem bohatera. Jak wykazuje Arnold J. Toynbee w swym sześciotomowym studium praw powstawania i rozpadu cywilizacji [19], rozłamu w duszy i rozłamu w organizmie społecznym nie da się usunąć żadnym planem powrotu do dobrych starych dni (archaizacją) ani programami zapewniającymi idealną przyszłość (futuryzacją), ani nawet najbardziej realistyczną ciężką pracą, mającą na celu ponowne zespolenie rozpadającej się całości. Śmierć mogą pokonać tylko narodziny — nie ponowne narodziny starego, ale narodziny czegoś zupełnie nowego. W duszy i w organizmie społecznym musi — jeśli chcemy przetrwać — istnieć ciągły „powrót narodzin” (palingenesia) unieważniający nieustanny powrót śmierci. Jest tak dlatego, że — jeśli nie odradzamy się — dzieło Nemezis dokonuje się poprzez nasze zwycięstwa, właśnie z naszego zwycięstwa bierze się nasza zguba. A zatem pokój jest pułapką, wojna jest pułapką, zmiana jest pułapką, stałość jest pułapką. Kiedy nadchodzi dzień zwycięstwa śmierci, ogarnia nas jej urok. Nie możemy nic zrobić, chyba że dać się ukrzyżować i zmartwychwstać, rozczłonkować, a potem odrodzić.
Tezeusz, zabójca Minotaura, przybył na Kretę z zewnątrz, jako symbol i ramię rodzącej się greckiej cywilizacji. To były właśnie narodziny czegoś nowego. Ale zasady odrodzenia można również szukać — i znaleźć — w samym imperium rządzonym przez tyrana. Toynbee używa dla opisania kryzysu, w wyniku którego uzyskujemy wyższy wymiar duchowy umożliwiający powtórzenie dzieła stworzenia, terminów „oderwanie” i „transfiguracja”. Pierwszy krok, oderwanie lub usunięcie się, polega na radykalnym przesunięciu akcentu ze świata zewnętrznego na wewnętrzny, z makrokosmosu na mikrokosmos, na ucieczce od przygnębienia, którym napełnia nas ziemia jałowa, do pokoju wiecznotrwałego królestwa, które jest wewnątrz nas. Ale tym królestwem, jak wiemy z psychoanalizy, jest dziecięca podświadomość. To jest właśnie to królestwo, do którego wkraczamy w czasie snu. Mamy je w sobie zawsze. Są tam wszystkie ogry i tajemniczy przyjaciele z naszego pokoju dziecinnego, jest tam cała magia dzieciństwa. A co ważniejsze, są tam te wszystkie potencjalne możliwości, których nie udało się nam wykorzystać w życiu dojrzałym, są tam inne części nas samych, gdyż takie złote ziarna nigdy nie giną. Gdyby udało się nam wyciągnąć na światło dzienne choćby cząstkę tej utraconej całości, to nasze zdolności cudownie by się zwiększyły, odnowiłoby się nasze życie. Dorównalibyśmy posturą olbrzymom. Co więcej, gdybyśmy mogli wyciągnąć coś zapomnianego nie tylko przez nas samych, ale także przez całe nasze pokolenie czy całą cywilizację, to zaiste stalibyśmy się dobrodziejami ludzkości, kulturowymi bohaterami naszych czasów — osobami o nie tylko lokalnym, ale światowym znaczeniu, a chwila ta byłaby momentem historycznym. Ujmując to krótko: pierwszym zadaniem bohatera jest ucieczka ze światowej sceny drugorzędnych skutków w te przyczynowe strefy psychiki, w których tkwią rzeczywiste trudności, następnie wyjaśnienie owych trudności, usunięcie ich w swoim własnym przypadku (tzn. wydanie wojny demonom z pokoju dziecinnego charakterystycznym dla jego lokalnej kultury) i przebicie się do niezniekształconego, bezpośredniego doświadczenia, do tego, co C.G. Jung nazwał „archetypami” [20], oraz przyswojenie ich. Jest to proces znany filozofii hinduistycznej i buddyjskiej i określany mianem wiweka, „odróżnienie”.
Jak wskazuje Jung (Psychologia a religia, ust. 89), teoria archetypów nie jest bynajmniej jego wynalazkiem [21].
Porównaj, co na ten temat pisze Nietzsche: „We śnie i sennych widzeniach odrabiamy raz jeszcze pensum dawniejszej ludzkości. […] Ja sądzę: jak człowiek jeszcze teraz wnioskuje we śnie, tak wnioskowała ludzkość na jawie także przez wiele tysięcy lat […] sen przenosi nas znowu z powrotem w dalekie strony cywilizacji ludzkiej i daje w rękę środek lepszego ich poznania” [22].
Porównaj teorię Adolfa Bastiana o etnicznych „ideach podstawowych”, które w swym pierwotnym charakterze psychicznym (odpowiadającym logoi spermatikoi stoików) winny być uważane za „duchowe (lub psychiczne) zarodkowe dyspozycje, z których powstaje organicznie cała struktura społeczna” i które, jako takie, powinny się stać podstawą badań indukcyjnych [23].
Porównaj, co pisze Franz Boas: „Od czasu wyczerpującego omówienia przez Waitza problemu jednolitości rodzaju ludzkiego nie może być absolutnie żadnej wątpliwości, że — ogółem biorąc — cechy psychiczne ludzi są takie same na całym świecie. […] Podobieństwa te są na tyle daleko idące i szczegółowe oraz całkowicie niezależne od rasy i języka, że w ich efekcie Bastian zaczął mówić o zatrważającej monotonii podstawowych idei ludzkości całego świata. […] W każdym typie kultury można odnaleźć pewne schematy skojarzeniowe” [24].
Porównaj też słowa Jamesa G. Frazera: „Nie musimy zakładać, wzorem niektórych badaczy w dawnych i obecnych czasach, że ludzie Zachodu zapożyczyli ze starszej cywilizacji Wschodu koncepcję Umierającego i Zmartwychwstającego Boga, razem z uroczystym rytuałem, w otoczce którego koncepcja ta była dramatycznie ukazywana oczom wiernych. Jest bardziej prawdopodobne, że podobieństwa, które możemy w tym względzie dostrzec między religiami Wschodu i Zachodu, są niczym więcej niż tym, co powszechnie, aczkolwiek błędnie, nazywa się przypadkowym zbiegiem okoliczności, czyli skutkiem takiego samego oddziaływania podobnych przyczyn na podobnie ukształtowane ludzkie umysły w różnych krajach i pod różną szerokością geograficzną” [25].
Porównaj wypowiedź Zygmunta Freuda: „już na początku rozpoznałem symbolikę w marzeniu sennym. Ale dopiero z wolna udało mi się w pełni docenić jej zakres i znaczenie — stało się to pod wpływem prac [Wilhelma] Stekla […] Stekel znajdował swe objaśnienia symboli w sposób intuicyjny, dzięki właściwej mu umiejętność bezpośredniego rozumienia symboli. […] Coraz większe doświadczenie psychoanalizy pozwoliło nam znaleźć pacjentów, którzy o dziwo wykazali takie właśnie bezpośrednie zrozumienie symboliki sennej […] W tym miejscu trzeba zauważyć: ta symbolika nie jest właściwa marzeniu sennemu, lecz nieświadomej fantazji — zwłaszcza fantazji ludu — i w formie pełniejszej niż we śnie można ją odkryć w mitach, legendach, powiedzeniach, przysłowiach i obiegowych dowcipach ludu” [26].
Jung wskazuje, że termin archetyp zapożyczył od pisarzy klasycznych: Cycerona, Pliniusza, z Corpus hermeticum, Świętego Augustyna itd. [27] Bastian stwierdza, że jego teoria „idei podstawowych” odpowiada stworzonemu przez stoików pojęciu logoi spermatikoi. Tradycja „subiektywnie znanych form” (w sanskrycie: antardźneja-rupa) jest w rzeczywistości współmierna do tradycji mitu i stanowi klucz do rozumienia i używania obrazów mitologicznych — co będzie można obszernie zobaczyć w następnych rozdziałach.
Archetypami, które trzeba odkryć i przyswoić, są dokładnie te same obrazy, które przez całe wieki ludzkiej cywilizacji inspirowały podstawowe wyobrażenia obrzędu, mitologii i wizji. Tych „wiecznych ze snu” [28] nie można mylić z indywidualnie modyfikowanymi postaciami symbolicznymi, które występują w koszmarach nocnych i szaleństwie nadal dręczonej jednostki. Sen jest spersonalizowanym mitem, mit zdepersonalizowanym snem; zarówno sen, jak i mit są symboliczne w tym samym ogólnym sensie wyznaczonym dynamiką naszej psychiki. Jednak kształty pojawiające się we śnie są zniekształcone osobistymi kłopotami śniącego, natomiast problemy i ich rozwiązanie ukazane w micie mają bezpośrednią wartość dla całej ludzkości.
Ilustracja 4. Zabicie Minotaura (malowidło na czerwonofigurowym kraterze attyckim, Grecja, ok. 470 roku p.n.e.). Tutaj Tezeusz zabija Minotaura krótkim mieczem; jest to wersja zazwyczaj przedstawiana w malarstwie wazowym. W przekazach pisanych bohater robi to gołymi rękami. Collection des vases grecs de M. le Comte de Lamberg, expliquée et publiée par Alexandre de la Borde, Paryż 1813, ilustracja XXX
A zatem bohater jest mężczyzną lub kobietą, którzy potrafili pokonać swoje osobiste oraz lokalne, historyczne ograniczenia i stać się ogólnie przyjmowanymi, normalnymi ludzkimi postaciami. Wizje, idee i natchnienia kogoś takiego biorą się z pierwotnych źródeł ludzkiego życia i myśli. Stąd też mówią one nie o aktualnym, rozbitym społeczeństwie i psychice, lecz o niewyczerpanym źródle, w którym rodzi się społeczność. Heros zmarł jako człowiek swej epoki, ale jako człowiek wiecznie żywy — doskonały, niekonkretny, uniwersalny — właśnie się odrodził. Jego drugim ważnym zadaniem jest zatem (jak zapewnia Toynbee i jak wykazują wszystkie mitologie) powrót do nas w zmienionej postaci i nauczenie nas tego, czego nauczyło go nowe życie.
Trzeba jednak zauważyć, że Toynbee popełnia poważny błąd w interpretacji tej mitologicznej sceny, twierdząc, że chrześcijaństwo jest jedyną religią nauczającą o drugim zadaniu. Uczą o tym wszystkie religie, tak jak mitologie i tradycja ludowa na całym świecie. Toynbee dochodzi do tego błędnego wniosku, niewłaściwie interpretując wschodnie idee nirwany.
Buddy i bodhisattwy, a potem przeciwstawiając je, w tej interpretacji, bardzo wysublimowanemu odczytaniu chrześcijańskiej idei Miasta Bożego. Prowadzi go to do błędnego przypuszczenia, że ocalenie świata leży w obecnej sytuacji w powrocie na łono Kościoła rzymskokatolickiego.
„Szłam przez przedmieścia dużego miasta, po błotnistych, ubogich ulicach, wzdłuż których stały surowe, małe domki” — opisuje swój sen współczesna nam kobieta.
Nie wiedziałam, gdzie jestem, ale podobało mi się odkrywanie tego miasta. Wybrałam szczególnie błotnistą ulicę, która biegła przez coś, co musiało być otwartym ściekiem. Poszłam nią, między dwoma rzędami lichych chatek, i odkryłam rzeczkę oddzielającą mnie od leżącej wysoko, suchej, twardej ziemi, po której biegła wybrukowana ulica. Rzeka była idealnie czysta i płynęła po trawie. Widziałam trawę poruszającą się pod wodą. Nie można było przejść na drugą stronę, weszłam więc do stojącego obok domku i zapytałam o łódkę. Mężczyzna, który tam był, powiedział, że oczywiście pomoże mi się przeprawić. Przyniósł małe drewniane pudełko, które położył na brzegu rzeki, i w tym momencie wiedziałam już, że z tym pudełkiem przeskoczę bez trudu na drugą stronę. Wiedziałam, że wszystkie niebezpieczeństwa są już poza mną i chciałam hojnie wynagrodzić tego człowieka.
Myśląc o tym śnie, mam niejasne uczucie, że wcale nie musiałam chodzić tam, gdzie byłam, ale że mogłam wygodnie spacerować brukowanymi ulicami. Udałam się do tej nędznej, błotnistej dzielnicy, ponieważ wolałam przeżyć przygodę i kiedy już zaczęłam, musiałam to kontynuować… Kiedy myślę o tym, jak uparcie podążałam naprzód w tym śnie, wydaje mi się, jakbym musiała wiedzieć, że czeka na mnie coś wspaniałego, takiego jak ta piękna rzeka o porośniętym trawą dnie i bezpieczna, wysoko leżąca, wybrukowana ulica po jej drugiej stronie. Myśląc o tym w takich kategoriach, uważam, że jest to jakby postanowienie, aby urodzić się — czy raczej odrodzić się — w jakimś duchowym sensie. Może niektórzy z nas muszą błąkać się po ciemnych i krętych drogach, zanim znajdą rzekę spokoju albo gościniec prowadzący do celu ich duszy [29].
Kobieta, która miała ten sen, jest znakomitą śpiewaczką operową i jak wszyscy, którzy nie wybrali bezpiecznie oznakowanych i ogólnie używanych autostrad dnia, lecz przygodę, podążając za tym szczególnym, zaledwie słyszalnym wezwaniem docierającym do tych, których uszy są otwarte zarówno na głosy dobiegające z zewnątrz, jak i od wewnątrz, musiała kroczyć swą drogą sama, pokonując trudności powszechnie niespotykane, „błotniste, ubogie ulice”; poznała czarną noc duszy, „ciemny las, w połowie drogi naszego życia” Dantego i smutek jaskini piekła:
Przeze mnie droga do boleści ogrodu,
przeze mnie droga na wieczyste męki:
do zgubionego na zawsze narodu[30].
Godne podkreślenia jest, że w owym śnie zostaje odtworzona szczegółowo uniwersalna, mitologiczna formuła wyprawy bohatera. Na dalszych stronach znajdziemy owe mające głębokie znaczenie motywy niebezpieczeństw, przeszkód i szczęśliwych wydarzeń czekających bohatera na drodze, którą zmierza, ujęte w setki różnych form. Przejście najpierw przez rynsztok [31], a potem przez idealnie czystą rzekę płynącą po trawie [32], pojawienie się w krytycznym momencie życzliwego pomocnika [33] oraz wysoko położony suchy ląd znajdujący się za ostatnim strumieniem (Raj Ziemski, Kraj za Jordanem) [34] to odwiecznie powracające tematy cudownej pieśni duszy przeżywającej niebywałą przygodę. I każdy, kto zdobył się na odwagę, by posłuchać tajemniczego wezwania i pójść za nim, poznał niebezpieczeństwa samotnej wędrówki:
Ostra jest krawędź miecza, ciężka do przejścia,
Trudna to droga — tak powiadają wieszczowie[35].
Śniącej pomaga przeprawić się przez rzekę podarunek — małe drewniane pudełko, które w tym śnie pełni tę samą rolę, co częściej spotykana łódka lub most. Jest ono symbolem jej własnego, szczególnego talentu i cnoty, dzięki którym przeprawiła się przez wody świata. Śniąca nie przedstawia nam opisu swych skojarzeń, a zatem nie wiemy, jaką szczególną zawartość miało to pudełko, jest ono jednak z pewnością odmianą puszki Pandory — owego daru bogów dla pięknej kobiety, zawierającego zarodki wszystkich nieszczęść i błogosławieństw życia, ale jednocześnie budzącego podtrzymującą na duchu nadzieję. Dzięki niemu śniąca przeprawia się na drugi brzeg. Dzięki podobnemu cudowi każdy, którego zadaniem jest trudne i niebezpieczne odkrywanie siebie i samodoskonalenie, przeprawi się przez ocean życia.
Mnóstwo mężczyzn i kobiet wybiera mniej ryzykowną drogę względnie nieświadomych rutynowych zachowań obywatelskich i plemiennych. Ale również ci poszukiwacze dostępują zbawienia dzięki dziedziczonym symbolicznym środkom pomocy, której udziela im społeczeństwo — obrzędom przejścia, sprowadzającym na nich łaskę sakramentom darowanym ludzkości przez odkupicieli i przekazywanym od tysiącleci z pokolenia na pokolenie. Rozpaczliwe jest położenie tylko tych, którzy nie znają ani wewnętrznego wołania, ani zewnętrznej doktryny, to znaczy większości z nas w chwili obecnej, w tym labiryncie wewnątrz i na zewnątrz serca. Gdzież jest przewodniczka, owa miłująca dziewica, Ariadna, która dałaby nam prostą wskazówkę, dodając tym samym odwagi do stawienia czoła Minotaurowi i podsuwając sposób odnalezienia drogi ku wolności po zabiciu potwora?
Ilustracja 5. Szintoistyczny rytuał ognia (zdjęcie zrobione przez Josepha Campbella w Japonii, rok 1956). [21 maja 1956 roku Campbell wziął w Kioto udział w ceremonii wykonywanej przez yamaguchi (górskich czarowników). Więcej o tym wydarzeniu, zob. J. Campbell, Sake and Satori: Asian Journals — Japan, New World Library, Novato 2002, s. 119–126 — przyp. JCF] © Joseph Campbell Foundation (www.jcf.org)
Ariadna, córka króla Minosa, zakochała się w Tezeuszu w chwili, kiedy zobaczyła go schodzącego ze statku, który przywiózł grupę nieszczęsnych młodzieńców i dziewcząt ateńskich dla Minotaura. Znalazła sposób, żeby z nim porozmawiać i powiedziała, że pomoże mu wydostać się z labiryntu, jeśli obieca, że zabierze ją ze sobą z Krety i pojmie za żonę. Otrzymała takie zapewnienie. Zwróciła się zatem z prośbą o pomoc do sprytnego Dedala, dzięki którego sztuce zbudowano labirynt, a matka Ariadny mogła począć jego mieszkańca. Dedal dał jej po prostu kłębek lnianych nici. Bohater, wkraczając do labiryntu, miał umocować jeden koniec nici przy wejściu i rozwijać, idąc korytarzami i znacząc w ten sposób drogę. Naprawdę potrzebujemy tak niewiele! Jednak bez tego wyprawa w głąb labiryntu jest przedsięwzięciem beznadziejnym.
To coś jest w zasięgu ręki. Najbardziej osobliwe jest to, że ten sam artysta-uczony, który, będąc na usługach występnego króla, stworzył budzący grozę labirynt, może równie chętnie służyć potrzebie wolności. Jednakże konieczna jest obecność bohatera duszy. Dedal od stuleci uważany jest za typowego przedstawiciela uczonych — zadziwiająco bezstronny, niemal diaboliczny, niemieszczący się w granicach normalnego społecznego osądu, przestrzegający zasad moralnych nie swoich czasów, ale swej sztuki. Jest on bohaterem sfery myśli; uczciwy, odważny i pełen wiary, że prawda — taka, jaką on postrzega — da nam wolność.
Tak więc możemy teraz, jak uczyniła to Ariadna, zwrócić się do niego. Len do wyrobu swych nici zbierał on na polach ludzkiej wyobraźni. Na czesanie, sortowanie i przędzenie tych ciasno skręconych włókien złożyły się wieki uprawy roli, skrzętnego zbierania plonów, pracy licznych rąk i serc. Co więcej, nie musimy nawet sami ryzykować tej wyprawy, bo przed nami udali się na nią bohaterowie wszystkich czasów. Labirynt jest już dokładnie poznany, musimy tylko trzymać się nici, podążając drogą bohatera. I tam, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć obrzydliwość, znajdziemy boga, tam, gdzie spodziewaliśmy się zabić kogoś, zabijemy siebie, tam, gdzie spodziewaliśmy się wyjść na zewnątrz, dojdziemy do sedna naszej własnej egzystencji, tam, gdzie spodziewaliśmy się być sami, będziemy z całym światem.
3 C. Wood, Dreams: Their Meaning and Practical Application, Greenberg, Nowy Jork 1931, s. 124. „Materiały przedstawione w tej książce — pisze autor — pochodzą głównie z opisów tysiąca i jednego snów przysyłanych mi co tydzień do analizy, w związku z moją stałą rubryką publikowaną codziennie w gazetach tego kraju. Zostały one uzupełnione opisami snów, które analizuję w mojej prywatnej praktyce” (tamże, s. VIII). W przeciwieństwie do większości snów opisywanych w klasycznych dziełach z tej dziedziny, opisy przedstawione w tym popularnym wstępie do teorii Freuda pochodzą od osób niepoddających się psychoanalizie. Są one bardzo osobliwe.
4 G. Róheim, The Origin and Function of Culture, Nervous and Mental Disease Monographs, Nowy Jork 1943, s. 17–25.
5 D.T. Burlingham, Die Einfühlung des Kleinkindes in die Mutter, „Imago. Zeitschrift für psychoanalytische Psychologie ihre Grenzgebiete und Anwendungen” 1935, nr 21, s. 429; cyt. za: G. Róheim, War, Crime and the Covenant, Medical Journal Press, Monticello 1945, s. 1.
6 G. Róheim, War, Crime and the Covenant, dz. cyt., s. 3.
7 S. Freud, Objaśnianie marzeń sennych, przeł. R. Reszke, KR, Warszawa 1996, s. 232.
Wskazywano już, że ojciec może być postrzegany jako obrońca, a matka jako kusicielka. Droga ta prowadzi od Edypa do Hamleta. „Mój Boże! Zamknięty w skorupce orzecha, jeszcze czułbym się władcą nieskończonych przestrzeni — gdyby mnie tylko nie dręczyły złe sny”. Hamlet, akt II, scena 2 (przeł. Stanisław Barańczak, W Drodze, Poznań 1990, s. 73). „Każdy neurotyk — pisze Freud — jest albo Edypem, albo Hamletem”. [Nie udało nam się odszukać źródła tego cytatu. Najbliższy jemu jest ustęp z pracy Freuda Objaśnianie marzeń sennych: „W tej samej glebie co Król Edyp zakorzeniła się inna wielka tragedia — Hamlet Shakespeare’a” (tamże, s. 233, zob. także kolejne strony tego tekstu rozwijające myśl Freud) — przyp. red.].
Jeśli zaś chodzi o przypadek córki (który jest dużo bardziej skomplikowany), to dla potrzeb niniejszego skrótowego przedstawienia wystarczy następujący fragment: „Śniło mi się ubiegłej nocy, że mój ojciec ugodził matkę nożem w serce. Skonała. Wiedziałam, że nikt go nie wini za to, co zrobił, choć gorzko płakałam. Potem sen się zmienił. Wydawało mi się, że wybieram się z nim w podróż i byłam bardzo szczęśliwa”. Jest to sen niezamężnej, dwudziestoczteroletniej kobiety (C. Wood, Dreams, dz. cyt., s. 130).
8 Z. Freud, Trzy rozprawy z teorii seksualnej, przeł. L. Jekels, M. Albiński, Bellona, Warszawa 2022, s. 110.
9 Sofokles, Król Edyp, 981–983 [W polskim przekładzie Stefana Srebrnego (Wrocław 1952, s. 54) są to wiersze 994–996 — przyp. tłum.].
10 C. Wood, Dreams, dz. cyt., s. 92–93.
11 W takich uroczystościach jak narodziny czy pogrzeb ważne są, oczywiście, przeżycia rodziców i krewnych. Wszystkie obrzędy przejścia mają oddziaływać nie tylko na kandydata, ale również na wszystkich członków z kręgu jego rodziny.
12 A. van Gennep, Obrzędy przejścia. Systematyczne studium ceremonii, przeł. B. Biały, PIW, Warszawa 2006.
13 G. Róheim, The Eternal Ones of the Dream, International Universities Press, Nowy Jork 1945, s. 178.
14 C.G. Jung, Symbole przemiany. Analiza preludium do schizofrenii, przeł. R. Reszke, Wrota, Warszawa 1998, ust. 585.
15 H. Peake, H.J. Fleure, The Way of the Sea, Yale University Press, New Haven 1929; ciż, Merchant Venturers in Bronze, Yale University Press, New Haven 1931.
16 L. Frobenius, Das unbekannte Afrika. Aufhellung der Schicksale eines Erdteils, Oskar Beck, Monachium 1923, s. 10–11.
17 Owidiusz, Metamorfozy, t. II, tłum. A. Kamieńska, S. Stabryła, Ossolineum, Deagostini, Wrocław 2004, księga VIII, w. 132 i nn., księga IX, w. 736 i nn.
18 T.S. Eliot, Ziemia jałowa [w:] tegoż, Wybór poezji, przeł. K. Boczkowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław–Kraków 1989, w. 340–345.
19 A.J. Toynbee, A Study of History, t. 6, Oxford University Press, Oksford 1934, s. 169–175 [po polsku ukazał się przekład skróconej wersji, zob. Studium historii. Skrót dokonany przez D.C. Somervella, przeł. J. Marzęcki, PIW, Warszawa 2000].
20 „[Są] to formy lub obrazy natury zbiorowej, które pojawiają się prawie na całym świecie jako części składowe mitów, a zarazem jako autochtoniczne i indywidualne wytwory pochodzenia nieświadomego”. C.G. Jung, Psychologia a religia, przeł. R. Reszke, Wydawnictwo KR, Warszawa 2005, ust. 88. Zob. tenże, Typy psychologiczne, Wydawnictwo KR, Warszawa 2013, indeks.
21 C.G. Jung, Psychologia a religia, dz. cyt., ust. 89.
22 F. Nietzsche, Ludzkie, arcyludzkie, przeł. K. Drzewiecki, J. Mortkowicz, Warszawa 1908, s. 27–29, cyt. przez Junga w: Psychologia a religia, dz. cyt., ust. 89, przyp. 68.
23 A. Bastian, Ethnische Elementargedanken in der Lehre vom Menschen, t. 1, Weidmann, Berlin 1895, s. IX.
24 F. Boas, The Mind of Primitive Man, The Macmillan Co., Nowy Jork 1922 [1911], s. 104 oraz tegoż, Umysł człowieka pierwotnego, przeł. M. Pawluczuk, Nomos, Kraków 2010, s. 141, 199 [Campbell odwoływał się do pierwszego wydania tej pracy z września 1911 roku, które Boas w późniejszym czasie mocno przeredagował, dlatego pierwszy cytat, dotyczący Waitza, nie pojawia się w takiej formie w wydaniu z 1938 roku, będącym podstawą polskiego przekładu — przyp. red.].
25 J.G. Frazer, The Golden Bough (wydanie jednotomowe), The Macmillan Company, Nowy Jork 1922, s. 386 [istnieje polski przekład wydania jednotomowego Złotej gałęzi, autorstwa Henryka Krzeczkowskiego, jednak jest to wydanie literackie, skrócone w stosunku do już skróconego oryginalnego wydania jednotomowego z 1922 roku; cytowanego tutaj fragmentu brak w wydaniu polskim — przyp. red.].
26 S. Freud, Objaśnianie marzeń sennych, dz. cyt., s. 300–301.
27 C.G. Jung, Psychologia a religia, dz. cyt., ust. 89.
28 Jest to przekład, autorstwa Gézy Róheima, terminu australijskiego narzecza Aranda altjiranga mitjina, odnoszącego się do mitycznych przodków, którzy wędrowali po ziemi w czasach zwanych altjiranga nakala, czyli „był przodek”. Słowo altjira znaczy: (a) sen, (b) przodek, istoty, które ukazują się w widzeniach sennych, (c) opowiadanie, G. Róheim, The Eternal Ones of the Dream, dz. cyt., s. 210–211.
29 F. Pierce, Dreams and Personality: A Study of Our Dual Lives, D. Appleton & Co., Nowy Jork–Londyn 1931, s. 108–109.
30 Słowa widniejące nad Bramą Piekieł:
Per me si va nella città dolente,
Per me si va nell’eterno dolore,
Per me si va tra la Perduta Gente.
Dante Alighieri, Boska komedia, Piekło, pieśń III, w. 1–3 (przeł. A. Świderska, Wydawnictwo M. Kot, Kraków 1947) [za tym wydaniem w dalszych rozdziałach podawane są również fragmenty Raju — przyp. red.].
31 Zob. tamże, pieśń XIV, w. 76–84, s. 82: „W milczeniu doszliśmy tam, kędy mały / strumyczek z gaju biegł w kształt krwawej smugi / […] co i dziś czerpią z niej jawnogrzesznice […]”.
32 Zob. Dante Alighieri, Boska komedia, Czyściec, pieśń XXVIII, w. 25–30: „[…] ruczaju: / W lewo garnęły jego drobne fale / Zioła i kwiaty rosnące po kraju / Wody w padolnej urodzone skale, / Choćby najczystsze, jakiś pył zamąca; / Ale w tej było czysto jak w krysztale” (przeł. E. Porębowicz, PIW, Warszawa 1975).
33 Wergiliusza u Dantego.
34 „Pieśniarze, co śpiewali przed laty / O wieku złotym i szczęśliwym bycie / W snach wiecznych może widzieli te światy. / Tu wiódł człowieczy szczep niewinne życie; / Tu był maj wieczny, owoc wiecznie źrzały: / To jest ów nektar, o którym gwarzycie” (tamże, pieśń XXVIII, w. 139–144).
35Katha, III.14 [w:] Upaniszady, przeł. M. Kudelska, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskigo, Kraków 2004. Upaniszady są jednym ze zbiorów hinduskich traktatów o naturze człowieka i wszechświata i stanowią część dawnych ortodoksyjnych dociekań. Przyjmuje się, że powstały najpóźniej w VIII wieku p.n.e.
Klasyczny schemat mitologicznej wyprawy bohatera jest powiększeniem wzoru spotykanego w obrzędach przejścia: oddzielenie — inicjacja — powrót, który można nazwać jądrem monomitu [43].
Bohater ryzykuje wyprawę ze świata powszedniości do krainy nadnaturalnych dziwów (x); spotyka tam fantastyczne siły i odnosi rozstrzygające zwycięstwo (y), po czym powraca z tej tajemniczej wyprawy obdarzony mocą czynienia dobra ku pożytkowi swych bliźnich (z).
Prometeusz wspiął się do nieba, ukradł bogom ogień i wrócił na ziemię. Jazon przepłynął między zgniatającymi statki skałami, przechytrzył smoka strzegącego złotego runa i powrócił z runem i mocą potrzebną do tego, by odebrać uzurpatorowi należny mu tron. Eneasz zszedł do Hadesu, przeprawił się przez budzącą przerażenie rzekę umarłych, okupił się trzygłowemu psu, Cerberowi, strzegącemu wejścia do podziemnej krainy, i porozmawiał z cieniem zmarłego ojca, który odkrył przed nim wszystkie tajemnice: los dusz, los Rzymu, który Eneasz miał wkrótce założyć, i pouczył o tym, „jakich klęsk ma uniknąć, jakie przetrwać ciosy” [44]. Potem przez bramę z kości słoniowej powrócił do swoich zadań na tym świecie.
Wspaniałe przedstawienie trudności zadania stojącego przed bohaterem i jego podniosłego znaczenia, kiedy zadanie to zostaje dogłębnie przemyślane i poważnie podjęte, znajduje się w uświęconej tradycją legendzie o wielkich zmaganiach Buddy. Młody książę Gautama Siakjamuni wyruszył potajemnie nocą z ojcowskiego pałacu na szlachetnym rumaku Kanthace, minął w cudowny sposób, przez nikogo niezauważony, strzeżoną bramę, w blasku pochodni niesionych przez czterykroć po sześćdziesiąt tysięcy bóstw i oświetlających mu drogę dotarł do majestatycznie płynącej szerokiej na tysiąc dwadzieścia osiem łokci rzeki, lekko ją przesadził, a potem jednym cięciem miecza obciął swe piękne loki, pozostawiając tylko jeden, szeroki na dwa palce kosmyk, który zwinął się w prawo i ciasno przylgnął do jego czaszki. Następnie, przywdziawszy szaty mnicha, wędrował po świecie, żywiąc się użebraną strawą. Podczas tej wieloletniej, pozornie bezcelowej wędrówki opanował osiem stopni medytacji. Na koniec osiadł w pustelni i przez sześć lat wystawiał swój organizm na najcięższe próby, poddając się nadzwyczaj surowej ascezie. Wycieńczony do ostateczności, popadł w stan pozornej śmierci, ale po pewnym czasie odzyskał przytomność. Wtedy powrócił do mniej surowego życia wędrownego ascety.
