Poszukujący - Joseph Loconte - ebook

Poszukujący ebook

Joseph Loconte

0,0

Opis

Jakże często nie spodziewamy się, że w dolinie rozpaczy Bóg zastąpi nam drogę...
i wskaże kolejny krok.

Pogrążeni w żałobie i zwątpieniu dwaj uczniowie Jezusa wracają do Emaus. Nie przypuszczają, że droga ich ucieczki stanie się drogą poszukiwania dla każdego człowieka, którego zawiodły nadzieje. Ślady wędrowców do Emaus stają się naszymi śladami, a my poszukiwaczami wiary.
"Poszukujący" - historia zarówno dla wierzących, jak i dla uczciwych sceptyków.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Joseph Loconte

POSZUKUJĄCY

Droga do wiary w dolinie zwątpienia

Przekład

Marek Chojnacki

Wydawnictwo WAM

Kraków

Tytuł oryginału

The Searchers. A Quest for Faith in the Valley of Doubt

© 2012 by Joe Loconte

All Rights Reserved. This Licensed Work published under license

© Wydawnictwo WAM, 2013

Redaktor: Zofia Smęda

Korekta: Barbara Cabała

Przygotowanie ebooka: Piotr Druciarek

ISBN 978-83-277-0323-1

WYDAWNICTWO WAM

ul. Kopernika 26 • 31-501 Kraków

tel. 12 62 93 200 • faks 12 42 95 003

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwowam.pl

DZIAŁ HANDLOWY

tel. 12 62 93 254-255 • faks 12 43 03 210

e-mail: [email protected]

KSIĘGARNIA INTERNETOWA

tel. 12 62 93 260, 12 62 93 446-447

faks 12 62 93 261

e.wydawnictwowam.pl

Mamie i Tacie,

moim dziadkom,

Giuseppe i Esther Aiello oraz

Michele i Theodorze Loconte,

a także dzieciom z Ventotene

Tylko jeśli się do Niebieskiego dostanę Grodu, jestem pewien bezpieczeństwa. Muszę zatem ryzykować.

John Bunyan,Wędrówka pielgrzyma, cz. 1, rozdz. VII, tłum. J. Prower, Zjednoczony Kościół Ewangeliczny, Warszawa 1961, s. 85

Największą słodyczą, jakiej zaznałam w życiu, było właśnie to pragnienie – wstąpić na Górę i odnaleźć miejsce, skąd pochodzi całe piękno (...). Czy myślisz, że całe to moje pragnienie nic nie znaczy? Pragnienie, by odnaleźć dom?

Clive Staples Lewis,Dopóki mamy twarze, rozdz. VII, tłum. A. Gorzkowski, Esprit, Kraków 2010, s. 92–93

Przedmowa

Rozmowa w drodze do Emaus

Na terenie Palestyny, w okresie gdy Rzym przekształcał się z republiki w imperium, pojawiali się od czasu do czasu przywódcy religijni, którzy rzucali wezwanie władzy cesarstwa. Ich działalność nieuchronnie zawsze kończyła się w ten sam sposób: aresztowaniem, procesem i błyskawiczną egzekucją. Wydawało się, że tak właśnie będzie w przypadku przywódcy żydowskiego znanego jako Jezus z Nazaretu. Osiągnąwszy ogromną popularność, która trwała mniej więcej do roku 33 n.e., został On pojmany w Jerozolimie i ukrzyżowany przez Rzymian pod zarzutem nawoływania do powstania.

W kilka dni po egzekucji dwóch Jego uczniów postanowiło uciec z miejsca kaźni, szukając schronienia w rodzinnym Emaus, położonym niedaleko Jerozolimy. Po drodze spotkali innego podróżnego, nieznajomego, który zdawał się nie wiedzieć o tragicznych wydarzeniach w Jerozolimie. Fragment ich rozmowy dotarł do nas w relacji kogoś, kto nie był Żydem, najprawdopodobniej autora znanego jako Łukasz. Łukasz, z zawodu lekarz, szczegółowo opisał dzieje początków ruchu zainicjowanego przez Jezusa. Jego opis wypadków – oparty po części na relacjach naocznych świadków – cechuje, jak powszechnie wiadomo, historyczna precyzja i rzetelność. Poniżej przytaczamy opowieść Łukasza o tym zachęcającym do refleksji dialogu.

Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali.

On zaś ich zapytał: „Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?”.

Zatrzymali się smutni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: „Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało”.

Zapytał ich: „Cóż takiego?”.

Odpowiedzieli mu: „To, co się stało z Jezusem Nazarejczykiem, który był prorokiem potężnym w czynie i słowie wobec Boga i całego ludu; jak arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali. A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Tak, a po tym wszystkim dziś już trzeci dzień, jak się to stało. Nadto, jeszcze niektóre z naszych kobiet przeraziły nas: były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i opowiedziały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, iż On żyje. Poszli niektórzy z naszych do grobu i zastali wszystko tak, jak kobiety opowiadały, ale Jego nie widzieli”.

Na to On rzekł do nich: „O, nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały?”. I zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków wykładał im, co we wszystkich Pismach odnosiło się do Niego.

Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi.

Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”.

W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu, a innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze, i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Łk 24, 13–35

Wstęp

Dwóch przyjaciół w poszukiwaniu odpowiedzi

„Tego samego dnia dwaj z nich byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni ze sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło”.

W filmie Andrieja Krawczuka „Italianiec” z roku 2005 poznajemy historię sześcioletniego, porzuconego chłopca, Wani Solncewa, który musi wytrzymać trudy i niesprawiedliwości całkowicie nieprzyjaznej mu instytucji, jaką jest rosyjski sierociniec. Pewnego dnia do sierocińca przyjeżdża bogata włoska rodzina gotowa adoptować dziecko. Wybierają Wanię i chcą go zabrać do swojej willi we Włoszech. Dla kolegów Wani z sierocińca to senne marzenie, które staje się jawą: porzucić życie, które wydaje się nigdy niekończącą się zimą, i uciec do Włoch – do Włoch! – gdzie w ciepłych promieniach słońca kąpią się pola pełne winorośli, oliwek i fig. Być w rodzinie, która obficie darzy nas jedzeniem i uczuciem. Koledzy Wani z zazdrości zaczynają nazywać go „Italiańcem”.

Wtedy Wania odkrywa, że jego matka wciąż żyje. Po kryjomu uczy się czytać, by zdobyć z akt jej adres. Wania nie chce mieć wspaniałej rodziny w cudownej Italii. Chce odnaleźć matkę, gdyż czuje, że przy niej jest jego dom. Ucieka więc z sierocińca i jedzie na gapę pociągiem podmiejskim do miasta, w którym mieszka matka. Ścigany bezlitośnie przez skorumpowany personel szpitala i przez policję, Wania nie chce porzucić nadziei.

Przesłaniem, które narzuca się widzowi „Italiańca”, jest idea „domu”, miejsca, z którym wiążemy nasze najgłębsze poczucie przynależności, sensu i miłości. Mały Wania ryzykuje wszystko, by go odnaleźć. Oparty na prawdziwych wydarzeniach film kończy się powrotem Wani do matki. Po pewnym czasie pisze on do swego kolegi Antona, którego właśnie zamiast niego zaadoptowała rodzina z Włoch. „Cześć, Anton – pisze Wania – dziękuję ci za list. Nie wiedziałem, że tam, gdzie mieszkasz, rosną pomarańcze. Tu ciągle pada, ale w środku jest ciepło”.

Karty Biblii kryją historię o dwóch wędrowcach, jednym nieznajomym i desperackim poszukiwaniu wiary w świecie, który oszalał ze zwątpienia.

Wędrowcy uciekają ścigani przez władze Jerozolimy. Zmierzają do wsi Emaus, położonej niedaleko Świętego Miasta. Brutalne wydarzenia ostatnich kilku dni zupełnie ich przerosły. Ci ludzie potrzebują schronienia, miejsca, w którym mogliby się uporać z tym, co się właśnie zdarzyło w ich życiu: wracają do domu[1]. Obojętni na otoczenie, idą pogrążeni w rozmowie. Spierają się z sobą. Przerywają sobie, milkną, a po chwili znów zaczynają dyskutować[2].

Przedmiotem ich sporu jest stracenie w Jerozolimie kontrowersyjnego nauczyciela i uzdrowiciela. Znany był jako Jezus, syn cieśli z Nazaretu, Żyd. Wielu Żydów wierzyło, że był prorokiem przemawiającym w imieniu Boga. Niektórzy odrzucali go jako oszusta, inni jako wichrzyciela. Nasi wędrowcy wierzyli, że był nadzieją Izraela na wyzwolenie polityczne. Obaj uznawali się też za Jego uczniów.

W ciągu lat i wieków po Jego śmierci podobnie uczyniło oczywiście wiele innych osób. Zaiste, żadna postać historyczna w takim stopniu jak On nie była źródłem inspiracji dla twórców różnych dzieł z dziedziny muzyki, literatury i sztuki. Do wspaniałego dorobku artystycznego holenderskiego malarza Rembrandta van Rijna należy wiele portretów Jezusa oraz obrazy przedstawiające sceny z Jego życia i działalności religijnej. Rembrandt był zafascynowany historią dwóch uczniów na drodze do Emaus i ich zdumiewającym odkryciem dokonanym pod koniec podróży. „W swym fascynującym ujęciu tych postaci – pisze historyk sztuki George Keyes – Rembrandt skupia się przede wszystkim na tym, co widzi ludzki umysł i dusza”[3].

Tym, co widzieli, była – według Rembrandta i wielu innych miłośników tej sceny – postać o niezwykłej mądrości, dobroci i czułości serca. Przywódcy religijni, pisarze, filozofowie, uczeni, królowie, prezydenci, premierzy – niemal wszyscy ludzie wykształceni nie zdołali oprzeć się jej wpływowi. „Bez względu na prywatne sądy czy opinie na Jego temat – pisze historyk Jaroslav Pelikan – Jezus z Nazaretu jest od prawie dwudziestu stuleci centralną postacią kultury Zachodu”[4].

Z tą uczoną opinią będziemy musieli jednak zaczekać. Teraz, gdy ci ludzie wyrwali się z chaosu wydarzeń, które miały miejsce w Jerozolimie, wydaje się, że życie i posłannictwo Jezusa skończyło się brutalnym i żałosnym upadkiem. Nagle, bez ostrzeżenia, pojmali Go i stracili Rzymianie, przedstawiciele pogańskiego mocarstwa okupującego Jerozolimę i obszar zwany Palestyną[5].

W istocie wszystkie tereny zamieszkałe przez Żydów znajdowały się pod okupacją Rzymian[6]. Namiestnicy rzymscy często bywali brutalni, przekupni i kapryśni. Podobnie jak dawny Związek Radziecki, cesarstwo rzymskie powoływało miejscowych rządców spośród przedstawicieli ludów podbitych, by byli ich oczami i uszami. Kolaboranci często sprawowali despotyczne rządy; taki właśnie charakter miało trwające trzydzieści trzy lata panowanie króla Heroda. Żydowski historyk Józef Flawiusz pisze, że Herod „był okrutny dla wszystkich” i „gardził sprawiedliwością”.

Mimo to nasi wędrowcy nie mogli pojąć, dlaczego Jezusa osądzono i skazano na ukrzyżowanie. Wiele słynnych obrazów przedstawiających tę scenę nie zdołało uchwycić ich przerażenia. Rzymska śmierć na krzyżu stanowiła w I wieku szczególnie odrażającą egzekucję. Skazańca biczowano, często dotkliwie, a następnie przybijano do drewnianego krzyża z rozpostartymi ramionami. Zważywszy na panującą w starożytnym Rzymie kulturę przemocy, można przypuszczać, że mógł on być następnie dręczony przez swoich katów i poddawany różnym torturom. Jak pisze historyk Martin Hengel, „ukrzyżowanie było karą, w której kaci do woli folgowali swoim kaprysom i sadystycznej wyobraźni”[7]. Skazańca obnażano i wystawiano na działanie czynników atmosferycznych, a następnie pozwalano, by walczył o oddech i życie ku uciesze gapiów, którzy naigrawali się z nieszczęśnika i zaspokajali swoje wojerystyczne instynkty. Była to kara zastrzeżona dla przestępców, buntowników, morderców i heretyków.

Jak podobny los mógł spotkać Jezusa?

Był postacią, której gesty współczucia łamały bariery statusu majątkowego i społecznego, płci i religii. Oto pojawił się rabbi, którego wiedza o Bogu i Jego królestwie zdawała się płynąć z głębi zbiorowego geniuszu i dobroci całego rodzaju ludzkiego. Słuchanie Jego nauk przypominało zatrważającą podróż do świetlistego miasta, położonego gdzieś na krańcu świata. Pójście za Nim było bardzo niebezpieczne; mimo to tych, którzy się na to nie zdecydowali, trapił smutek i żal, że zabrakło im odwagi.

Często podkreśla się tolerancję religijną Rzymu, którego władze popierały politeizm. Żydzi, odróżniający się od innych ludów wiarą w jedynego Boga, byli zwolnieni z nakazanego przez prawo obowiązku oddawania boskiej czci cesarzowi. Mimo to tolerancja cezara miała jednak poważne ograniczenia; każdy, kto podważał autorytet władcy Rzymu – na przykład odmawiając płacenia podatków – miał być aresztowany i skazany na śmierć. Rzymskie zasady okupacji były proste: należało użyć przemożnej siły, by stłumić bunt w zarodku, nim jeszcze się pojawi. Taki właśnie los spotkał ostatnio grupę około dwóch tysięcy Żydów, których razem ukrzyżowano w Galilei, w regionie, który cieszył się sławą kolebki rebeliantów.

Krytycy Jezusa w istocie nazywali Go niekiedy „Galilejczykiem”, chcąc zaznaczyć w ten sposób, że podburza ludzi. Nietrudno sobie wyobrazić, dlaczego Rzymianie mogli uznać działalność Jezusa za zagrożenie. Choć działał publicznie dopiero od kilku lat, pociągał za sobą tłumy, których liczba sięgała dziesiątek tysięcy, od Fenicji na północy po południowe krańce Judei. Gdy ludzie się zbierali, by słuchać Jego nauk, normalne życie zdawało się ustawać. Jego obecność w Jerozolimie, która także była siedliskiem niepokojów społecznych, działała elektryzująco. Krążyły pogłoski, że Jezus wraz z wąskim kręgiem uczniów szykują się do przywództwa w powstaniu.

Niewątpliwie każdy, kto wzbudzał podobne uwielbienie, stanowił problem polityczny. Być może konfrontacja była nieunikniona. Wydaje się, że Jezus jednak twierdził, iż jest królem – królem żydowskim – a cezar nie mógł długo tolerować takiego konkurenta.

Wszystko to sprawiło, że sprawy przybrały niekorzystny obrót. Rzeczą niepojętą, która bardzo zdziwiła naszych wędrowców, był jednak fakt, że w owym krwawym spektaklu wzięli udział religijni przywódcy Izraela.

Uczeni w piśmie i faryzeusze reprezentowali wszystko, co w wierze żydowskiej było czcigodne i święte. Podobnie jak większość ich rodaków, uważali po cichu rządy Rzymian za rzecz straszną i odrażającą, zwłaszcza wówczas, gdy były one sprzeczne z ich obyczajami religijnymi. Otwarcie przeciwstawili się prefektowi Judei, Poncjuszowi Piłatowi, protestując przeciwko podjęciu przez niego pieniędzy ze skarbca świątynnego. A jednak ci sami ludzie, obrońcy Izraela, doprowadzili do aresztowania i procesu Jezusa. Domagali się nawet od władz rzymskich, by Go straciły. „Jeśli Go uwolnisz – ostrzegali prefekta – nie jesteś przyjacielem Cezara”[8].

Nasi przyjaciele, nie mogąc znieść tej sytuacji, wyruszyli zatem do domu, do Emaus.

Czy wielu z nas nie uczyniłoby podobnie? Gdy w życiu spotyka nas nieszczęście, gdy nasze marzenia legły w gruzach, to – gdziekolwiek byśmy nie byli – coś mówi nam, by wracać do domu. Czy jednak szukamy wówczas jedynie wygody i bezpieczeństwa domowego zacisza? Jeśli się nad tym zastanowimy, ku naszemu zaskoczeniu odkryjemy być może coś innego: pragnienie, które niełatwo zaspokoić. Czy się do tego przyznajemy, czy nie, wkrótce możemy zacząć szukać czegoś, czego nie znamy. „Wszyscy zaczęlibyśmy szukać, gdybyśmy nie byli pogrążeni w codziennych zajęciach naszego życia – pisze Walker Percy. – Jeśli uświadamiamy sobie możliwość poszukiwania, to znaczy, że o coś nam chodzi. Jeśli o nic nam nie chodzi, pogrążamy się w rozpaczy”[9].

Szesnaście lat temu wyruszyłem w drogę do Emaus. Po nagłym zachorowaniu moją matkę poddano szeregowi badań, które wykazały, że jest chora na raka. Miała bardzo złośliwego guza mózgu, którego nie dało się zoperować. Uznano, że nie pomogą jej ani naświetlania, ani chemioterapia. Moja matka przez całe życie była zdrową kobietą, dlatego mieliśmy nadzieję, że mimo wszystko zdoła pokonać chorobę. Tymczasem przez wiele miesięcy przyszło nam patrzeć, jak stopniowo ulega jej bolesnym atakom. Włosi są często bardzo związani z matkami; ja, gdyby to mogło ocalić matce życie, sam chętnie stanąłbym przed plutonem egzekucyjnym. Nic jednak nie mogliśmy zrobić.

Wkrótce po śmierci mamy pojechałem na małą wyspę, położoną niedaleko południowego wybrzeża Włoch. Mój dziadek ze strony matki, Giuseppe Aiello, urodził się na wyspie Ventotene na Morzu Tyrreńskim, oddalonej o godzinę drogi statkiem od Neapolu. Gdy miał szesnaście lat, wyjechał do Ameryki i osiedlił się w Nowym Jorku na Brooklynie. Otworzył zakład fryzjerski, ożenił się i założył rodzinę, a po przejściu na emeryturę zamieszkał w małym, zbudowanym przez siebie domku na plaży na wschodnim krańcu Long Island. Nigdy nie wracał do przeszłości.

Ventotene odwiedziłem wtedy po raz pierwszy. Przyjechałem tam z ojcem, z siostrą mojej matki, Carmellą, i z jej mężem Lou. Każdy z nas miał inny powód, by się tam wybrać. Ja czułem się szczególnie związany z moim dziadkiem – Giuseppe to włoska wersja imienia Joseph; moja matka często opowiadała mi, jak bardzo kochała swojego ojca i jak bardzo jej go brakowało, gdy umarł. Ponieważ głęboko przeżywałem stratę matki i mając świadomość tego, jak bardzo była związana z moim dziadkiem, wyobrażałem sobie, że w Ventotene odnajdę jakiś ślad jej obecności.

Gdy dopływaliśmy do wyspy, nieomal widziałem, jak Giuseppe zarzuca sieć na piskorze, jak zwykliśmy czynić, spędzając całe dnie razem na plaży i przynosząc potem mamie nasz cenny połów. Podczas wychodzenia ze statku mały chłopiec, Włoch, okrzykiem wyraził uczucie, które przepełniało moje serce: Arriviamo! Ventotene! Ventotene![10].

Wyspa zdawała się otwierać ramiona, by powitać nas, powracających do domu. Zapach surowych ryb, krzyk mew, nierówna linia skalistego brzegu, nierówny pomost prowadzący na wąską plażę – wszystko przywodziło na pamięć małe nadmorskie miasteczko, w którym przeżył znaczną część swej młodości mój dziadek i którego pełne były moje wspomnienia z dzieciństwa. Uświadomiłem sobie, że Giuseppe Aiello nigdy nie zapomniał o swojej rodzinnej wyspie; zabrał z sobą część Ventotene, przekazując ją swym synom, córkom i ich rodzinom.

Doświadczenie powrotu do domu – jeśli był to dom dobry i szczęśliwy – nie przynosi wyłącznie ukojenia; może też odciągnąć naszą uwagę od czegoś ważnego, przeszkodzić w spełnieniu jakiejś misji czy powierzonego nam obowiązku. Przypomnijmy sobie hobbity z powieści Johna Ronalda Reuela Tolkiena Władca pierścieni, podejmujące nieomal absurdalną próbę ucieczki przed armią Mordoru i wrzucenia pierścienia w ogień Góry Przeznaczenia, by go zniszczyć. Już na samym początku swej wędrówki Frodo i jego towarzysze muszą nie tylko pokonać strach przed straszliwymi upiorami pierścienia, lecz także wytrzymać budzącą grozę atmosferę niepewności panującą w Starym Lesie:

Wjechać mieli wkrótce w okolice zupełnie im obce, o których pamięć ledwie zachowała się w zamierzchłych i już niejasnych legendach Shire, i teraz w gęstniejącym mroku poczuli straszliwą tęsknotę za domem, samotność i zagubienie. Stali w milczeniu, ociągając się z rozstaniem (...)[11].

Zniewalająca tęsknota za powrotem do domu zawsze powodowała, że Frodo uchylał się od wypełnienia wielkiego zadania, jakie mu w życiu przypadło, ze wszystkimi tego smutnymi konsekwencjami. Być może tak samo było z wędrowcami na drodze do Emaus. Czuli, że w ich życiu wydarzyło się coś bardzo ważnego – coś, czemu chcieli poświęcić życie – lecz teraz, kiedy wszystko się zawaliło, chcieli uciec od swego powołania.

Niewiele wiemy o tych ludziach. Jeden z nich nazywał się Kleofas i najwyraźniej był dobrze znany uczniom Jezusa. Imienia drugiego z wędrowców nie znamy, być może dlatego, że wymienienie go mogłoby sprowadzić nieszczęście na niego i na jego rodzinę. A jednak, jak zobaczymy, możemy wywnioskować o nich więcej, opierając się na informacjach dotyczących okoliczności ich ucieczki z Jerozolimy[12]. Możemy też w tych postaciach i w ich zmaganiach dostrzec samych siebie. „Są to ludzie z krwi i kości – pisze biblista Michael Wilcock – z ich słów i zachowania wyziera prawdziwy ludzki los”[13].

Podróż swą rozpoczęli prawdopodobnie w milczeniu. Wydarzenia ostatnich czterdziestu ośmiu godzin sprawiły, że słowa stały się bezużyteczne; byłyby czymś niemal tak niestosownym, jak niezręczne wyrazy ubolewania składane rozpaczającej wdowie. A jednak musieli przemówić. Choć nie znamy szczegółów całej ich rozmowy, dysponujemy zapisem jej fragmentów: był to dialog dwóch uczniów Jezusa z Nazaretu, prowadzony dwa dni po Jego straceniu, wyrażający tęsknotę ludzkiego serca i niezrozumienie racji, jakimi kieruje się serce Boga. Ze względu na jej realizm i klarowność relację z rozmowy w drodze do Emaus należy uznać za jeden z najbardziej przejmujących fragmentów prozy starożytnej.

Czy to przesada? Być może. Grecy i Rzymianie pozostawili po sobie wspaniałe mity i opowiadania o herosach i bohaterach. Dzięki Homerowi do dziś zadziwia nas „dzielny Odys”, który używa swego daru wymowy, by zwieść wrogów i powrócić do domu, do swej ukochanej Penelopy. Od Tukidydesa, naocznego świadka wojny peloponeskiej, dowiadujemy się, jak angażujący wszystkich konflikt zmienia charakter narodów; jego teksty wciąż analizuje się w akademiach wojskowych. W rozmyślaniach Marka Aureliusza odnajdujemy refleksje żołnierza i cesarza, który z mistycznym stoicyzmem mierzy się z kruchością ludzkiego życia i jego rzekomymi dokonaniami. „Popatrz, jak szybko wszystko ulega zapomnieniu! Popatrz na ogrom niezmierzonego czasu przed tobą i po tobie, jak próżny jest ten brzęk sławy, jak są zmienni w sądzie i jak go nie mają ci, którzy ci się zdają sławę twą głosić, jak szczupłe miejsce, do którego się ta sława ogranicza – pisał. – Pomyśl i odpocznij wreszcie”[14].

Tu jednak, w tej scenie odnotowanej w Ewangelii św. Łukasza, odnajdujemy historię, która zawiera w sobie wszystkie te elementy, a jednak wydaje się poza nie wykraczać. Jest to relacja, która zdradza wnikliwość i refleksyjność autora, dar zapamiętywania szczegółów, a także poetycką umiejętność odnajdywania sensu i leczącego działania miłości. Co więcej, czytając tę opowieść, zaczynamy wierzyć, że czeka nas objawienie wielkiej tajemnicy, jakiejś niepojętej prawdy o ludzkiej kondycji.

Opowieść o przyjaciołach na drodze do Emaus jest, trzeba przyznać, aż nadto zwięzła. Dowiadujemy się, jak się zdaje, jedynie tego, co musimy wiedzieć. A jednak ich rozmowa, do której przyłącza się trzecia osoba – nieznajomy – powraca do nas z niezwykłą siłą. Prowokuje do świeckiej refleksji nad sensem wypowiedzianych w niej słów, kreśli historię nadziei, zwątpienia i wiary. Historia, którą opowiada, pełna jest ukrytych znaczeń, przemawiających zarówno do osób wierzących, jak i do uczciwych sceptyków.

Zdaje się ona szczególnie ważna dzisiaj, w okresie kiedy obok osób mających głębokie przekonania religijne spotkać można ludzi zupełnie obojętnych na sprawy ducha. Wielu z nich sprawia wrażenie zadowolonych z walorów swej wiary, są zbyt pewni, że nic jej nie zakłóci. Sądzą, że to, w co wierzą, nie wymaga żadnej refleksji. Inni natomiast porzucili wszelką nadzieję na odkrycie prawdy o Bogu, na której mogliby się oprzeć. Uważają, że w kwestii religii nie da się twierdzić niczego pewnego; wierzą, że religia najlepiej radzi sobie bez pewników. Sytuację tę trafnie ujął dziewiętnastowieczny rabin Menachem Mendel, mówiąc, że „dla wierzącego nie istnieją pytania, dla niewierzącego zaś odpowiedzi”[15].

Twierdzenie to jednak dla większości z nas nie brzmi zbyt prawdziwie. Życie na swój sposób narzuca nam bolesne pytania, czy tego chcemy, czy nie. Ludzkie serce zaś posiada zdolność podtrzymywania w nas tęsknoty za odpowiedziami. Wydaje się, że stłumienie tej nadziei – czy to przez lekceważenie, czy przez chłodny racjonalizm – umniejszyłoby nasze człowieczeństwo. Ostatecznie wszyscy prędzej czy później znajdziemy się na drodze do Emaus. Jest to droga każdego pielgrzyma, który próbuje się uporać z barbarzyństwem otaczającego świata.

„W miarę jak przyglądałem się [światu], budziła się we mnie ogromna ciekawość – pisze Percy. – Odnajdywałem trop”[16].

1

Rzeczy widzialne i niewidzialne

„Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali”.

Dość osobliwa scena przydarzyła się jednemu z najwybitniejszych uczonych katolickich, Johnowi Coletowi, gdy wchodził do słynnej katedry w Canterbury w Anglii. Rzecz miała miejsce około roku 1511, w okresie gdy w katolickiej Europie dominowała duchowość przepełniona lękiem.

Właśnie w tym miejscu, około 350 lat wcześniej, zdesperowany król Henryk II stracił cierpliwość wobec poczynań upartego dostojnika kościelnego o nazwisku Tomasz Becket. Becket i król Henryk wdali się w długotrwały ostry spór o relacje pomiędzy Kościołem i państwem, w którym Becket nie chciał ustąpić. „Czy nikt nie uwolni mnie od tego księdza wichrzyciela?”, pytał monarcha. Na apel odpowiedziało czterech rycerzy Henryka, napadając na Tomasza Becketa w katedrze i sztyletując go na śmierć. Kościół szybko zaczął go czcić jako męczennika i świętego. Ku jego czci wzniesiono wyłożoną złotem kaplicę. O jego niezłomności opowiadają sztuki teatralne, utwory literackie i opery; jego postacią zajęli się też producenci z Hollywood.

Sto lat po jego śmierci kaplica Becketa stała się najważniejszym celem pielgrzymek katolików angielskich. Zważywszy na to, chcąc uczcić pamięć świętego, Colet postanowił udać się do kaplicy. Colet, pełniący funkcję dziekana katedry Świętego Pawła w Londynie, był pobożnym katolikiem i obrońcą Kościoła.

Tego jednak, co zobaczył w Canterbury, zupełnie się nie spodziewał.

Po zamordowaniu Becketa miejscowi zaczęli gromadzić kawałki jego szat splamionych krwią. Rozeszła się pogłoska, że kto się ich dotknie, zostanie uzdrowiony ze ślepoty, epilepsji, trądu i z innych dolegliwości. Wkrótce mnisi z Canterbury zaczęli sprzedawać załamanym pielgrzymom szklane buteleczki z krwią Becketa. O cudach u grobu męczennika wspomniał w swych „Opowieściach kanterberyjskich” Geoffrey Chaucer:

Zwłaszcza z najdalszej nawet okolicy

Do Canterbury wędrują Anglicy,

Świętemu złożyć hołd męczennikowi,

Że im dopomógł, z choroby uzdrowił[17].

Gdy Colet nawiedził katedrę, sprzedawcy krwi Becketa prosperowali znakomicie. Hałaśliwi sprzedawcy natarczywie oferowali metalowe drobiazgi upamiętniające duchową pielgrzymkę. Żebrak pokropił Coleta wodą święconą, podsuwając mu coś, co – jak twierdził – było butem Becketa, i domagając się ucałowania go w celu otrzymania błogosławieństwa. Colet był wstrząśnięty. „Azaliż ci głupcy sądzą, że będziemy całować buty wszystkich poczciwców, jakich nosiła ziemia? – spytał rozzłoszczony. Czemuż nie przynoszą nam do ucałowania ich śliny albo odchodów?”[18]

Co sprawia, że ludzie budują sanktuaria, zbierają relikwie, przechowują krew męczenników i podróżują do odległych miejsc, by dotknąć kości dawno zmarłych ludzi, o których sądzą, że byli blisko Boga?

Z drugiej strony, dlaczego istnieje, według różnych ocen, około dwudziestu pięciu tysięcy sobowtórów Elvisa Presleya, uszczęśliwiających swymi wygibasami rozhisteryzowane tłumy w różnych częściach świata? Do jego grobu w Graceland w Memphis w stanie Tennessee wciąż przyjeżdżają autokary pełne fanów. Co roku powstają nowe miejsca kultu, w których czci się króla rock and rolla. Parafernalia Elvisa rozchodzą się szybciej niż niegdyś buteleczki z krwią Becketa. W Portland w stanie Oregon istnieje nawet otwarty całą dobę „kościół Elvisa” (przypuszczam, że najczęściej śpiewaną pieśnią religijną jest tam Love Me Tender). Erica Doss, która w książce Kultura Elvisa podjęła próbę określenia liczby fanów króla, pisze, że jest on uważany za „postać szczególną, cudowną, pełną dobroci, transcendentną, a nawet czyniącą cuda”[19].

Co tłumaczy tę nieomal deifikację legendy rock and rolla? Ekscentryczna duchowość? Emocje ogłupionych ludzi? Jak zauważył kiedyś sarkastycznie Johnny Carson: „Jeśli na świecie byłaby jakaś sprawiedliwość, Elvis wciąż by żył, a wszyscy, którzy się pod niego podszywają, już byliby martwi”[20].

Tłumaczenie tego zjawiska przesądami czy względami psychologicznymi niewiele jednak wyjaśnia. Najwyraźniej w naszym codziennym życiu – nawet w jego najbardziej satysfakcjonujących chwilach – jest coś, co w wielu ludziach budzi niepokój i tęsknotę za czymś innym. W naturze ludzkiej tkwi, jak się wydaje, jakiś potężny impuls, który popycha nas do szukania „postaci cudownych, pełnych dobroci, transcendentnych”; coś, co skłania nas do odnajdywania obecności Boga.

Poszukiwacze Boga

Jest to jeden z najbardziej uderzających faktów, jakie napotykają badacze dziejów cywilizacji. Każda cywilizacja została ukształtowana przez ludzi, których filozof Huston Smith nazywa „poszukiwaczami Boga”, przez osoby, które próbują nawiązać kontakt z bóstwem. Każda cywilizacja bez wyjątku tworzy złożony system wierzeń religijnych, które przyczyniają się do utrzymania jedności społecznej. „Cóż to za przedziwne towarzystwo – pisze Smith – ci poszukiwacze Boga ze wszystkich stron świata, w najróżniejszy sposób wznoszący modły do Boga, który jest panem wszystkiego, co żyje”[21].

Żydzi w czasach Jezusa szukali Boga szczególnie gorliwie. Wznieśli w Jerozolimie ogromną, bogato zdobioną świątynię, w której kapłani składali ofiary mające oczyścić serca ludzkie przed obliczem Jahwe. Ich święta księga, Tora, jest zapisem dramatycznych spotkań Boga ze swoim ludem. Choć Żydzi nie tworzyli sobie obrazu Boga – nigdy pod żadną postacią nie tworzyli Jego podobizn w sztuce sakralnej – to jednak systematycznie Go opisywali, uznając za Osobę, Króla, Odkupiciela, Obrońcę, Sędziego, Ojca i Pasterza. Wszystkie te obrazy odnoszą się do Boga Izraela.

Całą historię judaizmu można uznać za długie, splątane dzieje starań narodu, który chciał poznać Boga i zjednać sobie Jego błogosławieństwo. Czy wyjaśnia ona to, co stało się na drodze do Emaus? „Sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali”. Tekst ten informuje nas, bez żadnego patosu i wyjaśnienia, że Jezus w jakiś sposób powrócił do życia i pojawił się tym uczniom.

Czy ci pobożni ludzie dali się ponieść pragnieniu spotkania z nadprzyrodzonym? Nie byliby pierwsi. Zachwycamy się na przykład dokonaniami architektonicznymi starożytnych Egipcjan, którzy wznieśli z kamienia ogromne piramidy, wciąż zadziwiające współczesnych inżynierów. Wielka piramida w Gizie sięga w niebo na wysokość 139 metrów – wyżej niż czterdziestopiętrowy wieżowiec – i zbudowana jest z ponad dwóch milionów wapiennych bloków. Pomyślmy tylko: przez wiele dziesiątków lat tysiące robotników musiało wlec dziesiątki tysięcy ton kamienia przez ogromne obszary pustyni, by wznieść ten cud świata.

W jakim celu? Wyjaśnia nam to inskrypcja hieroglificzna skierowana do egipskiego boga Atuma: „O Atumie, opleć ramiona króla Neferkare Pepiego wokół tej budowli, wokół tej piramidy (…). Pilnuj, by przez całą wieczność nie stało mu się nic złego [sic!]”[22]. Inaczej mówiąc, piramidy służyły faraonom za grobowce mające umożliwić im bezpieczne przejście ze śmierci do życia w zaświatach. W tym przypadku król Pepi II chciał dotrzeć bezpiecznie do raju, zaprzęgając w tym celu do pracy armię niewolników i inżynierów.

Podziwiamy oczywiście polityczne i wojskowe dokonania starożytnego Rzymu – jego ideały republikańskie, podboje terytorialne i pax Romana, pokój, który przyniósł stabilizację większości znanego wówczas świata. Wiemy, że Rzymianie czcili cały szereg „bogów” i „bogiń”, wielu z nich zapożyczając od Greków. Wydaje się jednak, że ich bóstwa tak bardzo przypominały ludzi – bywały równie okrutne i zepsute jak Neron czy Kaligula – że, jak dziś sądzimy, nikt naprawdę nie traktował ich poważnie.

Warto w tym miejscu pamiętać, że najważniejszym mitem rzymskim jest Eneida Wergiliusza, epicki poemat o poświęceniu, cierpieniu, lojalności i posłuszeństwie bogom. Bohater tej historii, Eneasz, został tam opisany jako „mąż (...) bardzo pobożny” (I, 10). W istocie, Eneasz osiąga prawdziwą wielkość dopiero wówczas, gdy w pełni poddaje się woli bogów i bez reszty, z absolutną bezinteresownością poświęca się swej misji, którą jest założenie w Rzymie nowego państwa. Gdy zatem Eneasz pozwala swej kochance Dydonie odciągnąć się od powierzonego mu zadania, bogowie muszą interweniować, przywołując go do porządku. Bohater, jak pisze Wergiliusz, ostatecznie wybiera obowiązek. „Zbożny Eneasz zaś, chociaż tak bardzo / Chciałby ją koić, dobrymi słowami / Odegnać troski, idzie jednak spełnić – / Ciężko wzdychając, a z duszą targaną / Wielką miłością – polecenia bogów. Wraca do floty” (IV, 535–540)[23].

Tak właśnie Rzymianie rozumieli pobożność. Historię Eneasza – człowieka, który, zważając na zamiary bogów, spełniał swe powołanie – przyjęto w cesarstwie rzymskim za wzór postawy bohatera.

Wiara Foxa Muldera

Tak naprawdę każde społeczeństwo na swój sposób szuka Boga.

Żydzi w czasach Jezusa byli bardzo podobni do przedstawicieli innych otaczających ich kultur, a zarazem bardzo się od nich różnili. Niemal każde społeczeństwo wierzyło w boskość natury. Lista bogów i bogiń ciągnęła się w nieskończoność. Wszędzie – u Babilończyków, Egipcjan, Persów, Greków czy Rzymian – znajdziemy ludzi oddających boską cześć naturze, uważających ją za żywe, obdarzone tchnieniem ucieleśnienie bóstwa.

Inaczej rzecz się miała z Żydami. Już na początku Księgi Rodzaju znajdujemy twierdzenie, że kosmos nie jest boski: „Na początku Bóg stworzył (…)”. Niebo i ziemia nie są wieczne. Dowiadujemy się, że zostały powołane do istnienia przez kogoś spoza ich kręgu, przez Stwórcę całkowicie różnego od swego stworzenia. Podczas gdy w innych religiach zakładano, że wszystko jest pełne bogów, religia Żydów zaczynała od czegoś zupełnie innego. Jak mówi filozof żydowski Leon Kass, już pierwsze zdania Pisma Świętego przeciwstawiają Żydów reszcie znanego wówczas świata. „Tej całkowicie naturalnej ludzkiej skłonności już w pierwszych słowach stara się sprzeciwić Biblia, zaprzeczając, że niebiosa – czy jakiekolwiek inne stworzenia – godne są ludzkiej czci”[24].

Pod innymi jednak względami Żydzi przypominali członków istniejących społeczeństw. Także i oni poszukiwali Boga. Co ważniejsze, mocno wierzyli, że znaleźli jedynego prawdziwego Boga – że On ich zna i obdarza swymi względami, wyróżniając spośród innych ludów. Głosili światu, że Bóg nie tylko jest osobą, lecz także działa w sposób celowy, że jest Najwyższą Istotą, która ma wobec ludzkości pewien plan związany z przekazaniem najwyższych standardów moralnych. Uczony Paul Johnson nazywa pojawienie się tej idei „jednym z wielkich, a może i największym z wszystkich punktów zwrotnych w historii”[25].

Na pierwszy rzut oka zatem spotkanie na drodze do Emaus wprawia nas w zakłopotanie. Zakładamy, że ludzie żyjący w I wieku n.e. byli bardziej skłonni do przeżywania doświadczeń „duchowych” niż my, oświeceni i wrażliwi ludzie współcześni. Żydzi przyjmowali takie doświadczenia. Sądzimy zatem, że niewątpliwie ci uczniowie Jezusa musieli rozpaczliwie wyglądać jakiegoś znaku nadziei po brutalnej egzekucji, jakiejś wieści z nieba, potwierdzającej, że ich wiara w Niego nie była tragiczną fantazją. Chcą wierzyć.

Wielu biblistów tak właśnie traktuje opowieści o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa: niepocieszeni uczniowie skłonni są uwierzyć niemal we wszystko, byle tylko odzyskać równowagę psychiczną. Twierdzą, że ich stan umysłu przypomina postawę Foxa Muldera, nader skłonnego do wiary agenta FBI z telewizyjnego serialu Archiwum X. Motywem, który nieustannie przewija się w filmie, jest powracające z dzieciństwa wspomnienie Muldera, pamięć o tajemniczym uprowadzeniu jego siostry przez kosmitów. Wiarę Muldera w istnienie UFO nieustannie potęgowało pragnienie odnalezienia siostry. Plakat wiszący nad jego biurkiem przedstawiał latający talerz, pod którym widniał napis: „Chcę wierzyć”.

Jeśli takie było psychiczne nastawienie wędrowców zmierzających do Emaus, to zaiste mamy do czynienia z bardzo dziwną historią. „Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali”. Cóż to może znaczyć? Jeśli ci uczniowie tak bardzo pragnęli doznań duchowych – na przykład nadprzyrodzonego zjednoczenia z Jezusem – to dlaczego natychmiast nie przepełnił ich lęk, dlaczego nie doznali szoku, bądź nie cieszyli się z tego, że widzą Jezusa żywego?

Później wrócimy do pytania, na ile zwykli Żydzi, nawet uczniowie Jezusa, skłonni byli wierzyć w zmartwychwstałego Mesjasza. Na razie zauważmy, że choć od ludzi żyjących w I wieku dzielą nas całe stulecia, to przynajmniej jedno jest dla nas wspólne. Niezależnie od tego, co sądziliby o sprawach nadprzyrodzonych, uczniowie ci musieli doświadczać problemów i trudności życiowych, które nie pozostawiały wiele miejsca na myślenie o Bogu. W istocie, wielu Żydów w czasach Jezusa skarżyło się, że Bóg Abrahama opuścił swój lud. Jeden z proroków lamentował: „ukryłeś się za obłokiem, by prośba nie doszła”[26].

Dwóch mężczyzn z naszej opowieści musiało zadawać sobie te same pytania, które my stawiamy: Jeśli Bóg istnieje, jeśli we wszechświecie nie ma miejsca, w którym by Go nie było, to dlaczego zdaje się tak nieobecny w naszym codziennym doświadczeniu?

Duch nauki

Pytanie to dla wielu z nas jest bolesne. Być może jeszcze bardziej bolesne staje się ono w społeczeństwie, które tak wiele zawdzięcza dociekaniom naukowym: dążeniu do wiedzy, które z definicji wyklucza wszelką myśl o tym, co nadprzyrodzone. Z narzędzi współczesnej nauki – umiejętności rozumowania, obserwacji, eksperymentowania – czerpiemy w życiu niezliczone korzyści. Kto chciałby się znaleźć na fotelu dentystycznym i bez znieczulenia wyrywać ząb mądrości? Założenia nauki w ciągu wieków ulegały jednak dramatycznym zmianom, niekiedy zamykając nam oczy na cud i tajemnicę życia.

Należy pamiętać o tym, że pierwsi uczeni, średniowieczni pionierzy myśli naukowej, uważali się za ludzi wierzących, zgłębiających tajniki stworzenia. Niemal wszyscy odkrywcy z tego okresu – Kepler, Kopernik, Galileusz i Newton – wierzyli, że Bóg chce się objawiać człowiekowi w jego dążeniu do poznawania tajemnic fizycznego wszechświata.

Jak pisze filozof Richard Tarnas, „postrzegali oni będący ich dziełem przełom intelektualny jako swój wkład inicjujący świętą misję. Ich odkrycia naukowe były tryumfalnym przebudzeniem wrażliwości ducha na boską architekturę wszechświata; były objawieniami prawdziwego ładu kosmosu”[27]. Newton, odkrywca prawa powszechnego ciążenia, które stanowiło podwaliny współczesnej nauki, dowodził, że „porządek natury” zdecydowanie wskazuje na to, iż świat został zaplanowany i jest podtrzymywany w istnieniu przez Boga. Według Newtona natura potwierdza istnienie Boga, którego powinniśmy czcić za to, że „stwarza, zachowuje i rządzi wszystkim według swej woli i upodobania”[28].

Niektórzy myśliciele chrześcijańscy zaczęli jednak wymagać od natury zbyt wiele. Twierdzili, że wszystkie istoty żywe noszą w sobie ślad boskiej dobroci. Głosili, że przyroda, ze wszystkim, co w sobie zawiera, dowodzi istnienia miłującego Stwórcy. Inni tymczasem, patrząc na ten sam kosmos, dostrzegali faktyczną nieobecność Boga w świecie, który biegnie swoim torem, często z przerażającą bezwzględnością.

Ów rosnący sceptycyzm zdawały się potwierdzać odkrycia, jakich w dziedzinie biologii dokonał w XIX wieku Karol Darwin. Bezlitosna walka o przetrwanie widoczna w procesie ewolucji – sprawiająca, że silniejsze i lepiej przystosowane organizmy pożerają słabsze – przeczyła wierze w miłosiernego Boga. Gdyby Darwin był autorem błogosławieństw, musiałby powiedzieć: „Błogosławieni przebiegli, sprawni, brutalni i niemiłosierni, gdyż oni odziedziczą ziemię”.

Z czasem wiara religijna coraz bardziej oddalała się od dociekań naukowych. Gdyby nawet Bóg istniał – myślały nowe pokolenia naukowców – to byłby On obojętny na losy świata, który stworzył. Ani prawa przyrody, ani zasady nauki nie wymagały pomocy Stwórcy. „Im więcej wiemy o niezmiennych prawach natury – pisał Darwin – tym bardziej nieprawdopodobne stają się cuda”[29]. Wkrótce podobnie uważała cała społeczność naukowa. Jak stwierdził filozof Peter Gay, nauka zdawała się mieć po swej stronie fakty – żaden zaś z faktów nie wskazywał na istnienie Boga. „Nauka dawała deistom i ateistom ogromne wsparcie, ofiarując im to, czego chcieli – fizykę Newtona bez newtonowskiego Boga”[30].

Oczywiście, nie wszyscy nowożytni naukowcy, patrząc na wszechświat wraz z całą jego złożonością, wnioskowali o nieobecności Boga. Pytany, Albert Einstein zaprzeczył, że jest ateistą, i wyjaśniał, iż woli postawę pokory wobec kosmosu, zważywszy na „nasz ograniczony rozum” i ograniczone możliwości rozumienia siebie oraz otaczającego nas świata przyrody:

Jesteśmy w sytuacji małego dziecka, które znalazło się w olbrzymiej bibliotece wypełnionej książkami w wielu językach. Dziecko wie, że ktoś musiał je napisać. Ale nie wie jak (...). Przeczuwa, że wszystkie te tomy ustawiono w jakimś porządku, ale nie ma pojęcia w jakim. Taka też jest moim zdaniem sytuacja nawet najinteligentniejszych ludzi w obliczu Boga. Widzimy cudownie urządzony wszechświat, działający wedle pewnych zasad – tyle że bardzo słabo rozumiemy te zasady[31].

Ostatnio nowe pokolenie uczonych zaczęło mówić o działającej we wszechświecie „zasadzie antropicznej”, to jest o układzie praw fizycznych, który wydaje się zaskakująco, nieomal cudownie wspierać powstanie życia na Ziemi. Używany przez fizyków – między innymi przez Johna Barrowa i Franka Tiplera – termin ten wskazuje na istnienie w samym środku machiny świata pewnego „życiodajnego czynnika”. Piszą oni: „Nie tylko człowiek jest przystosowany do życia w świecie. Także i świat dostosowany jest do człowieka”[32]. Sławna stała się wypowiedź astronoma sir Freda Hoyle, który stwierdził, że jego ateizmem zachwiało odkrycie, iż atomy węgla zdają się subtelnie dostrojone w sposób, który umożliwia powstanie życia. Twierdzi on, iż „zdroworozsądkowa interpretacja faktów wskazuje na to, że prawami fizyki, chemii i biologii manipuluje jakiś superintelekt, a zatem nie ma podstaw, by twierdzić, że w przyrodzie działają ślepe siły”[33].

Choć sądzący tak myśliciele mogą przeczuwać, że u podstaw wszechświata leży jakaś Inteligencja, stwierdzenie to nie narusza w zasadniczy sposób światopoglądu współczesnej nauki. Mówiąc o światopoglądzie nauki, mam na myśli scjentyzm, to jest wiarę, że nauka jest w stanie wyjaśnić wszystkie fakty życia ludzkiego, odwołując się wyłącznie do natury. Pogląd ten nie pozostawia miejsca na żadną Siłę czy Inteligencję, która nie należałaby do porządku przyrody.

Nie miejsce tu na dyskusję o zasługach scjentyzmu. Istotny jest fakt, że podobne poglądy wyznają nie tylko ludzie w laboratoryjnych kitlach. Kształtuje on założenia przyjmowane nieświadomie przez niemal wszystkich ludzi Zachodu. Duch scjentyzmu sprawia, że opowieść o spotkaniu na drodze do Emaus brzmi jak bajka dla dzieci, niezależnie od tego, jak bardzo różna jest od bajki.

Pomyślmy: prawa przyrody funkcjonują perfekcyjnie. Dzięki nim latają samoloty i dzwonią telefony komórkowe. Wspierają wzrost pomidorów w ogrodach i rozwój dzieci w łonach matek. Zdają się wyjaśniać niemal każde zjawisko pojawiające się w świecie naszego doświadczenia. Dzięki nauce rozumiemy i kontrolujemy świat przyrody, który najwyraźniej działa bez żadnej interwencji z zewnątrz. Mimo iż programy telewizyjne o zjawiskach paranormalnych, takie jak Ghost Hunters czy Strefa 11, mają swoją widownię, to większość z nas wcale nie chce, by w nasze życie wdzierała się nadprzyrodzoność. Romantycy gotowi są dziękować Bogu za piękne wschody słońca; ludzie racjonalni trzymają się praw, które rządzą ruchem planet.

Darwin i świat nauki oferują nam wrażenie, wiarę, że nauka kiedyś będzie w stanie udzielić odpowiedzi na wszystkie pytania. Słynny naukowiec-ateista Richard Dawkins, przedstawiając własną interpretację teorii Darwina, zaczyna swą książkę od stwierdzenia, w którym pobrzmiewa daleko więcej niż nuta pychy: „U podłoża tej książki tkwi przekonanie, że nasze własne istnienie stanowiło niegdyś największą ze wszystkich tajemnic świata, ale zagadka została już rozwiązana”[34].

Uczony twierdzi, że tajemnica ludzkiego istnienia została wyjaśniona i że nie ma w nim nic nadzwyczajnego, nie mówiąc już o wymiarze nadprzyrodzonym.

Bóg ukryty

Większość z nas oczywiście uważa, że tajemnica życia ludzkiego nie została zadowalająco wyjaśniona. Jeśli wprost się z nią zmierzyć, obecność nieznajomego na drodze do Emaus może być trudna do zniesienia. Trudno jednak również nie brać pod uwagę możliwości, że Bóg działa w ukryciu, że nadprzyrodzoność niepostrzeżenie wchodzi w świat natury.

Począwszy przynajmniej od lat 20. XX wieku, scenarzyści i filmowcy z Hollywood zaczęli dostrzegać, jak bardzo nieodpartym motywem jest wątek obecności Boga. Mary Lea Bandy, kurator działu filmów Muzeum Sztuki Współczesnej, i Antonio Monda, profesor filmoznawstwa z nowojorskiego uniwersytetu, postawili sobie pytanie, czy sednem wszystkich opowieści nie jest kwestia obecności lub nieobecności Boga.

Wskazali przy tym na szereg filmów o tematyce duchowej, autorstwa twórców tej rangi, co Alfred Hitchcock czy Roberto Rossellini. Jak piszą, „Historia filmu zaświadcza, że ukryty Bóg może przybrać postać osła dźwigającego na grzbiecie ciężar całej ludzkiej nędzy lub pojazdu kosmicznego, który po wielu bliskich spotkaniach wreszcie ukazuje się nam, zmieniając nasze życie”[35]. Bandy i Monda zorganizowali pokaz filmów zatytułowany Bóg ukryty: film i wiara, który w ciągu trzech miesięcy ściągnął do Muzeum Sztuki Współczesnej tysiące widzów.

Jednym z filmów zaprezentowanych na tym pokazie była Uczta Babette (1987), film oparty na noweli Isak Dinesen [Karen Blixen]. Opowiada on historię Babette Hersant, przerażonej kobiety, która w roku 1871 uciekła przed piekłem Komuny Paryskiej, chroniąc się na zapadłej wsi w północnej Danii. Tam Babette spotyka ludzi, których serca zatwardziła hipokryzja, egoizm i religijność pozbawiona miłości. Przygarniają ją dwie ponure siostry, Martine i Filippa, córki pastora, założyciela wspólnoty religijnej o surowej regule.

By uczcić stulecie urodzin pastora, Babette – której powierzono organizację uroczystości – ofiaruje się przygotować wykwintne przyjęcie w stylu francuskim. Wydając wszystkie pieniądze, jakie wygrała na loterii, zamawia ogromną ilość przywiezionych do wsi przysmaków i przyborów – lody, zastawę stołową, szkło, obrusy, sery i mięsa, skrzynie wina i ogromnego żółwia, z którego ugotuje zupę.

Scena posiłku przywodzi na myśl wspaniałą ucztę weselną, często pojawiający się w Biblii obraz, symbolizujący wspólnotę Boga ze swoim ludem, który po długiej wędrówce wreszcie bezpiecznie wraca do domu. Bogactwo i radość posiłku przemienia biesiadników z ponurych, małostkowych indywidualistów w ludzi, którzy zakosztowali miłosierdzia Bożego. „Nadchodzi czas, gdy otworzą się nam oczy i zobaczymy, i uświadomimy sobie, że łaska jest nieskończona – mówi generał Löwenhielm – łaska, moi przyjaciele, wymaga od nas jedynie tego, byśmy ufnie jej oczekiwali i przyjęli ją z wdzięcznością (…); łaska przytula nas do piersi i ogłasza powszechną amnestię”.

Bóg ukryty objawia się, choćby tylko po części, poprzez posiłek przygotowany z miłością i poświęceniem.

Myśliciele katoliccy podejmowali ten temat – wątek tajemniczej obecności lub nieobecności Boga – na długo przedtem, zanim odkryli go hollywoodzcy filmowcy. Średniowieczni mistycy nazywali Boga „chmurą niewiedzy”, uznając Go za byt całkowicie tajemniczy, do którego nie sposób w pełni się zbliżyć[36]. Reformator protestancki Marcin Luter, w latach 20. XVI wieku także mówił o „ukrytym Bogu” Biblii, Bogu tak straszliwym, że nie może wprost objawić się ludziom, nie przytłaczając ich swym majestatem. Dlatego, pisał Luter, Bóg częściowo się skrywa, nawet przed tymi, którzy Go szukają.

W wypowiedziach tych jest wiele pokory; ich autorzy uznają, że nasze możliwości pojmowania Boga i tego, w jaki sposób działa On w naszym świecie, są ograniczone. „Zalecam położyć kres spekulacjom – pisał Luter – i chcę, by po mojej śmierci trzymano się tej zasady”[37].

Musimy tu ze smutkiem przyznać, że Kościół chrześcijański wydał wielu pasterzy i teologów, którzy zlekceważyli zasadę Lutra. Zapewniają nas oni z żelazną logiką i kaznodziejskim zapałem, że doskonale wiedzą, dlaczego wielu ludzi czuje się oddalonych od Boga. Twierdzą, że tak naprawdę Bóg ich odrzucił. Skrywa się przed nimi, by nie mogli Go znaleźć. Bóg objawia się garstce wybrańców, resztę rodzaju ludzkiego skazując na wieczny mrok i niezaspokojenie najgłębszych pragnień.

Jakkolwiek ludźmi tymi powodować mogą dobre intencje, coś złego stało się z ich postawą i obrazem biblijnego Boga. Pomylili oni własne uprzedzenia i spekulacje z naukami Jezusa. Powiedzmy wprost: przekonanie, że Bóg skrywa się, by ludzie nigdy Go nie znaleźli, że porzucenie dusz ludzkich i pozostawienie ich w zupełnej rozpaczy i samotności sprawia Mu przyjemność, zdaje się pochodzić z głębi otchłani piekielnych.

Wiara Jezusa objawia nam zupełnie inny obraz Boga.

Co zafascynowało naszych dwóch wędrowców w Jezusie? Nie była to obietnica oddzielenia grzeszników od sprawiedliwych. Nie były to groźby ukarania wszystkich, którzy nie przyjmują Jego słów, ogniem piekielnym. Zafrapowało ich coś innego, co przypominało śmiałą piosenkę z dzieciństwa, na wpół zapomnianą, a jednak wciąż napełniającą serce odwagą. „Jestem Żydem – wyznał Einstein – lecz fascynuje mnie świetlana postać Nazareńczyka”[38].

Co przyciągnęło tych ludzi do Jezusa? Wiara żydowska, Pismo Święte, które kształtowało umysł Nazareńczyka, mówi o determinacji Boga, który szuka ludzi zbłąkanych, objawia im się i sprowadza ich na bezpieczną drogę. W Torze znajdujemy szokująco surowe ostrzeżenia skierowane pod adresem nieprzyjaciół Boga – tych, którzy są zbyt dumni, by uznać, że Go potrzebują, czeka straszliwy sąd. Stary Testament zawiera jednak także najczulsze obrazy Boga w całej Biblii:

Oto ja sam będę szukał moich owiec i będę miał o nie pieczę. Jak pasterz dokonuje przeglądu swojej trzody, wtedy gdy znajduje się wśród rozproszonych owiec, tak ja dokonam przeglądu moich owiec i uwolnię je ze wszystkich miejsc, dokąd się rozproszyły w dni ciemne i mroczne (…). Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię (…)[39].

Jezus, będąc Żydem, chcąc wyjaśnić, jak Bóg postępuje z tymi, którzy się zagubili – i którzy czują się przez Niego opuszczeni – sięgał do takich właśnie obrazów z Biblii hebrajskiej. „Ja jestem dobrym pasterzem – mówił. – Dobry pasterz oddaje życie swoje za owce”[40]. Podkreślał, że pasterz szuka tych, którzy zgubili drogę. „Rewolucja, którą obiecuje Nowy Testament, polega na tym, że Bóg interweniuje, ratując zagubione owce – pisze oksfordzki teolog David Wenham. – Jezus twierdzi, że wprowadza ją w życie”[41].

Do Jezusa podeszli kiedyś przywódcy religijni, zarzucając Mu, że ludzie, których uczynił swymi przyjaciółmi, są odrażającymi „grzesznikami”, których Bóg nigdy by nie przyjął. Jezus miał jednak złe wieści dla religijnych elit: ich przedstawiciele nie pojmowali Bożego miłosierdzia.

Chcąc wstrząsnąć ich wyobrażeniami, Nauczyciel opowiedział im trzy kolejne historie. Pierwsza mówiła o pasterzu, który zgubiwszy jedną ze swych owiec, pozostawił resztę i pospieszył, by ją odnaleźć. Druga opowiadała o kobiecie, która zgubiła cenną drachmę. Szukając jej, wywróciła cały dom. Trzecia mówiła o ojcu, którego syn zagubił się, żyjąc beztrosko, stając się synem marnotrawnym, któremu mimo to, gdy powrócił, ojciec wyprawił wspaniałą ucztę. Każda z tych opowieści kończyła się tak samo: wybuchem radości z tego, co udało się odnaleźć i ocalić. „Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca”[42].

Ten motyw ratowania zagubionych przemawia do nas jeszcze dziś.

W filmie Uprowadzona z roku 2008 Liam Nelson gra Bryana Millsa, emerytowanego oficera CIA, którego córka, Kim, zostaje porwana w Paryżu, gdzie przebywała na wakacjach. Mówi on porywaczom, że użyje wszystkich umiejętności i wszelkiej wiedzy, wszystkich dostępnych mu środków, by ją odnaleźć i sprowadzić do domu. Ostrzega, że będzie ich ścigać i zabije ich, jeśli cokolwiek się jej stanie.

Mills dotrzymuje słowa. Staje się niestrudzonym tropicielem, jest ojcem, który myśli wyłącznie o tym, by odzyskać córkę. Uporawszy się z zastępem rzezimieszków i zwyrodnialców, sam nieomal ginąc od ran, prawie nieżywy z wyczerpania, odnajduje wreszcie na pokładzie jachtu córkę, którą sprzedano jako prostytutkę arabskiemu szejkowi. „Tato, przyszedłeś po mnie”, mówi, rzucając mu się w ramiona. Oniemiały z radości i ulgi, Mills mówi tylko: „Mówiłem ci, że przyjdę”.

O wiele starszy film Poszukiwacze (1956), western z Johnem Fordem, opowiada o człowieku, który niestrudzenie szuka dziewczyny porwanej przez Indian. John Wayne gra w nim Ethana Edwardsa, byłego żołnierza wojsk Konfederacji, który wraca do domu, by rozpocząć życie na nowo. Gdy jednak jego bratanica Debbie (Natalie Wood) zostaje uprowadzona przez Komanczów, natychmiast wyrusza jej na ratunek. Akcja filmu dzieje się w Teksasie w latach 60. XIX wieku; Ethan, szukając dziewczyny, przedziera się przez jałowe, wysuszone tereny, pokonuje setki mil, błąkając się w desperacji przez całe lata. W trakcie poszukiwań giną jego towarzysze; on sam niemal nie stracił życia.

Krytyk filmowy Edward Buscombe nazwał Poszukiwaczy „jednym z największych arcydzieł kina amerykańskiego”[43]. „New York Magazine” wymienia go wśród najsłynniejszych filmów w historii Ameryki[44]. Czym można wytłumaczyć jego ogromną popularność?

Ethan to człowiek owładnięty nienawiścią do Indian. Gdy odkrywa, że ranczo jego brata zostało doszczętnie spalone – a rodzina ograbiona i zamordowana przez Komanczów – trawi go nie tylko żałoba, lecz także mroczne uczucia, które nigdy go nie opuszczają. Wie, że Debbie, jeśli żyje, przyjęła zwyczaje Indian. Myśl ta napełnia go gniewem i nienawiścią. Powtarza: „Życie wśród Komanczów nie jest życiem”.

A jednak Ethan kontynuuje poszukiwania, nie cofając się przed niczym i przed nikim. „W końcu ją znajdziemy, obiecuję – mówi swemu bratankowi – to pewne jak amen w pacierzu”. Jest to epicka opowieść; do końca filmu nie wiemy, czy Ethen, gdy znajdzie wreszcie dziewczynę, odbije ją z rąk Indian, czy też strzeli jej w głowę.

Gdy Ethan w końcu odnajduje bratanicę żyjącą z Indianami w obozie wydaje się, że miotają nim siły, których nie jest w stanie opanować. Przerażona tym, co jej wuj może zrobić, Debbie próbuje uciec. Wuj dopada ją, chwyta jej małe, drobne ciało w swe ogromne ręce i podnosi ją do nieba. Czy w jego sercu jest jeszcze miejsce na miłość, czy kieruje nim już tylko nienawiść? Ten straszny moment zapiera dech w piersi. Nagle Ethan opuszcza dziewczynę, bierze ją na ręce i mówi: „Debbie, chodźmy do domu”.

Nieprzenikniona tajemnica

Taki właśnie jest Bóg Jezusa, którego znamy z Biblii – jest straszny, a jednak wybacza, jest Bogiem, który nie spocznie, dopóki nie znajdzie zagubionych. Co przyciągnęło do Jezusa wędrowców na drodze do Emaus? Miłość. Od miłości musimy zacząć, jeśli chcemy wyrobić sobie jasną opinię o tym, jak Bóg postępuje z nami w świecie. „W Jezusie Bóg podjął inicjatywę odnalezienia grzeszników i wprowadzenia zagubionych do chwały swego królestwa”, pisze biblista George Eldon Ladd. Według wiary Jezusa „Bóg jest Bogiem szukającym”[45].

Mimo to trudno zaprzeczyć, że Jego obecność w naszym życiu pozostaje nadal tajemnicą.

Po części mówi o tym historia Jego uczniów zdążających do Emaus: „sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali”. Nagle, w środku rozmowy, pojawia się nieznajomy. Dowiadujemy się, że jest nim Jezus, który powstał z martwych, a mimo to Jego przyjaciele nie mogą Go rozpoznać. Czy Bóg mógłby działać w ten sposób? Dlaczego po prostu nie przedstawił się i nie powiedział tego, co miał do powiedzenia?

Być może z tego spotkania możemy się czegoś dowiedzieć o charakterze Boga, o metodach, jakie stosuje wobec nas, zwykłych ludzi. Bóg nas nie zmusza. Zazwyczaj nie ucieka się do nieodpartego świadectwa zmysłów. Nawet Blaise Pascal, intelektualista i myśliciel, a zarazem człowiek pobożny, żyjący w epoce głęboko religijnej, często wyrażał zdumienie bezkresną pustką wszechświata: „Przeraża mnie (...) wieczna cisza tych nieskończonych przestrzeni”[46].

W Biblii znajdujemy historie przedziwnych przypadków nawiedzenia człowieka przez Boga – przypomnijmy sobie Mojżesza przed płonącym krzakiem czy apostoła Pawła na drodze do Damaszku. W Piśmie Świętym nie ma jednak wielu historii tego rodzaju, a ogromna większość opisanych w nim śmiertelników nigdy bezpośrednio nie zetknęła się z Wszechmogącym. Niekiedy duszpasterze mówią nam, że gdy tylko rzeczywiście będziemy tego chcieli, „palec Boży” zmieni nasze życie. W takich wypowiedziach zdumiewa mnie to, że duchowni, którzy mówią podobne rzeczy, prawdopodobnie nie poznaliby palca Bożego nawet wtedy, gdyby dał im prztyczka w nos. Nazbyt kochają własne wyobrażenia o tym, jak ów palec działa.

Są wśród nas oczywiście i tacy, którzy nie mogą znieść myśli, że Stwórca nieustannie ingeruje w dzieło stworzenia. Według nich taka ingerencja umniejszałaby inicjatywę i kreatywność człowieka. „W kreatywnym wszechświecie Bóg nie zostawiłby żadnego śladu swego istnienia, w przeciwnym bowiem wypadku pozbawiłby [ludzkie] siły twórcze niezależności, zmieniając je z aktywnego sposobu poszukiwania odpowiedzi w zwyczajne, skierowane do siebie supliki”, wyjaśnia w książce Cały ten kram piszący o nauce Timothy Ferris. „I tak właśnie jest: językiem Boga jest cisza”[47].

Wiele wybitnych postaci historycznych – filozofowie i reformatorzy, teologowie i uczeni – uważało zupełnie przeciwnie. Opowiadali się zdecydowanie za pojęciem Boga, który przemawia do nas poprzez stworzenie, który jest blisko swego ludu, nawet jeśli czasem trudno rozpoznać Jego głos i dostrzec Jego obecność. Dawid, król Izraela, otwarcie pisał o swym poczuciu bycia opuszczonym przez Boga; równie otwarcie mówił też o Jego bliskości:

Gdzież się oddalę przed Twoim duchem?

Gdzież ucieknę od Twego oblicza?

Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś,

jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.

Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki,

zamieszkał na krańcu morza:

tam również Twa ręka będzie mnie wiodła

i podtrzyma mnie Twoja prawica[48].

Historia wędrowców na drodze do Emaus skłania nas do pewnej pokory. Mówi nam, byśmy pozostali otwarci na możliwość bliskości Boga. Co więcej, zaprasza nas, byśmy całym sercem zaangażowali się w poszukiwanie Jego obecności.

W Biblii wciąż powtarza się przesłanie o dramatycznym, skierowanym do wszystkich ludów wezwaniu Boga, by Go szukały. Głosi je Mojżesz: „Wtedy będziecie szukali Pana, Boga waszego. I znajdziecie Go, jeżeli będziecie do Niego dążyli z całego serca i z całej duszy”[49]. Prorok Jeremiasz powtarza: „Będziecie Mnie szukać i znajdziecie Mnie, albowiem będziecie Mnie szukać z całego serca”[50]. Słychać je w słowach proroka Ezechiela: „jeśli upokorzy się mój lud (…) i będą błagać, i będą szukać mego oblicza, a odwrócą się od swoich złych dróg, Ja z nieba wysłucham i przebaczę im grzechy”[51]. Mówi o Nim król Dawid: „nie opuszczasz, Panie, tych, co Cię szukają”[52].

Nasi dwaj towarzysze podróży są głęboko wzburzeni i nie wiedzą, co mają myśleć o Bogu, nie porzucają jednak pragnienia poznania Go. Boże życie zstępuje tu niepostrzeżenie w bieg zwykłego ludzkiego życia. „Gdy tak rozmawiali (…), sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi”. Być może tak właśnie większość z nas, gdyby naprawdę chciała, dostąpiłaby spotkania z tym, co nadprzyrodzone. Trzeba zacząć od tego, co przyrodzone i naturalne.

Czytamy zatem o dwóch podążających drogą przyjaciołach, zanurzonych w rozmowie, która przybiera nieoczekiwany obrót. Ci ludzie nie odbywają ćwiczeń duchowych. Nie modlą się. Nie udają się na rekolekcje do klasztoru. Może nawet rozmawiają o teologii; jednak mówią o niej tak, jak rozmawia się o polityce. Niezależnie od tego, jakie jeszcze myśli przebiegają im przez głowę, nie są gotowi na epifanię Boga.

„Rzadko zdarza się nam w życiu oglądać chwałę Boga. Za mało się dziwimy, za mało reagujemy na Jego obecność – pisze teolog żydowski Abraham Joshua Heschel. – Sprowadzamy życie do rutyny, a rutyna jest oporna na cud”[53].

Choć nasi wędrowcy także stawiali opór nadprzyrodzonemu zdarzeniu, ich opór został pokonany – nie stało się to jednak wprost, przez błysk światła czy głos z nieba. Z powodów, których możemy się jedynie domyślać, Bóg nie postępuje w ten sposób z większością z nas. Być może najbliższy prawdy był Pascal, ujmując rzecz lepiej niż uczeni sceptycy czy dogmatycy religijni: „To, co widzimy w świecie, nie wskazuje ani zupełnego braku, ani jawnej obecności bóstwa, ale obecność Boga, który się ukrywa – pisał. – Wszystko nosi to znamię”[54].

2

Smutek

„On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?». Zatrzymali się smutni”.

Było lato 1756 roku. Afrykańczyk Olaudah Equiano, jedenastoletni chłopiec, który dotąd nigdy nie opuszczał swojej rodzinnej wioski, został porwany przez handlarzy niewolników. Zamierzali przewieźć go wraz z setkami innych jego rodaków przez Atlantyk do Indii Zachodnich, gdzie miał pracować na plantacji trzciny cukrowej, albo do jednej z amerykańskich kolonii, by zbierał bawełnę lub tytoń. W każdym razie resztę swych dni miał pozostać niewolnikiem.