Porzucona narzeczona - Magdalena Krauze - ebook
BESTSELLER

Porzucona narzeczona ebook

Magdalena Krauze

4,2

80 osób interesuje się tą książką

Opis

Zuzanna, jak każda panna młoda, jest przepojona szczęściem. Wystarczy już tylko powiedzieć sakramentalne TAK. Ale pan młody nie pojawia się w kościele, informując esemesem, że się rozmyślił.
Sytuacja nieprzyjemna, by nie rzec tragiczna dla Zuzy, ale też niezręczna dla zaproszonych gości. Na szczęście niedoszła panna młoda ma obok siebie kochającą mamę i  trójkę przyjaciół, na których może polegać.
I jak to w życiu bywa, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo u boku dziewczyny drzemała od dawna prawdziwa miłość, której autor okazuje się nieporównywalnie cenniejszy niż palant, który wystawił ją do wiatru.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 362

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (459 ocen)
229
135
66
24
5
Sortuj według:
Natalia_Calgary

Nie polecam

Durneńki, infantylny gniot
21
josia1976

Nie oderwiesz się od lektury

super,fajna, dobrze się czyta. polecam
00
wera11111

Nie oderwiesz się od lektury

Istny powrót do dawnych przeżyć. Mega życiowa
00
BookAnna

Nie oderwiesz się od lektury

To było pierwsze spotkanie z Autorka. No matko jedyna ale to jest świetne!!! Polecam
00

Popularność




Redakcja: Dominika Repeczko

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Fotografie wykorzystane na okładce:

© Nikaa/Trevillion Images,

© Karolina Grabowska/Pexels

Copyright © Magdalena Krauze, 2021

Copyright for the Polish edition © 2021 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-994-0

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11 A

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2021

Mojej WOJOWNICZCE ♥♥♥

Rozdział 1

– Moglibyście zostawić mnie samą? – poprosiłam przez zaciśnięte zęby.

Już nie walczyłam rozpaczliwie o zachowanie resztek równowagi. Nie chciałam udawać, że nic się nie stało. Bo się stało! W miejscu, gdzie jeszcze przed godziną moje serce biło radosnym podnieceniem, miałam ogromną, krwawiącą ranę. Upokorzenie paliło żywym ogniem i miałam ochotę walić pięściami w co popadnie, kopać, tupać i wrzeszczeć na całe gardło: to niemożliwe, to jakiś zły sen, z którego się zaraz obudzę! Łzy leciały ciurkiem po moich policzkach, a ból w klatce piersiowej był tak dotkliwy, że ledwie oddychałam.

Mój świat legł w gruzach. Tymczasem trójką moich przyjaciół targały najwyraźniej inne emocje. Miotali się wokół mnie i próbowali udowadniać, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

– Zuza, ty nie możesz teraz zostać sama! Jak cię niby mamy zostawić?! – zaprotestowała Baśka.

– Normalnie. Zamknijcie za sobą drzwi i dajcie mi już święty spokój. Chcę zostać sama, zanim całkiem zwariuję od tego waszego pocieszania – wypaliłam. – Myślicie, że mi pomaga, jak słyszę, że to dupek?! Burak?! Czy egoista?! I waszym zdaniem w ogóle do mnie nie pasował?! No bo oczywiście to mi natychmiast poprawi nastrój w tej sytuacji! Świadomość, jak źle wybrałam. Już sama nie wiem, powinnam się chyba cieszyć, że wszystko tak się skończyło, bo wreszcie głośno przyznaliście, że nikt z was Kamila nie lubił. Ciekawe, dlaczego nie powiedzieliście mi o tym wcześniej?! I jeszcze jedno: jeśli któreś z was zaproponuje mi jeszcze raz tabletkę na uspokojenie, to nie ręczę za siebie! – Mój głos zaczynał osiągać coraz wyższe rejestry.

– No nie wierzę! Ten dzban zostawił cię przed ołtarzem, a ty masz do nas pretensje, że mówimy ci, że nigdy go nie lubiliśmy?! – Dominice też zaczęły puszczać nerwy. – Przede wszystkim, to nie my planowaliśmy z nim wspólne życie! Jemu nasza sympatia potrzebna nie była! – prychnęła z irytacją. – A poza tym on się nigdy nie dawał lubić. Pajac jeden. Zawsze tylko o sobie gadał. Jakiej to on pracy nie ma! Czego to ostatnio wspaniałego nie robił! Tylko on i on. A jak już o kimś wspomniał, to tylko po to, żeby krytykować! Ciebie też się cały czas czepiał! Ciuchy ci wybierał, pracę kazał zmieniać, nie pamiętasz? Ciągle byłaś dla niego nie taka! I nie mów, że żadne z nas nic ci nie powiedziało. Nieraz sugerowaliśmy, że to dupek nad dupkami, ale ty i tak nam nie wierzyłaś. On ci tak skutecznie oczy zamydlił, że byłaś ślepa i głucha – podsumowała dobitnie. Szybko uznała jednak, że posunęła się za daleko, bo odetchnęła głęboko i dodała już znacznie spokojniej: – Zuzka, ja wiem, że jesteś w szoku i rozpaczy, ale naprawdę trudno się powstrzymać i nie mówić, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Szczególnie jeśli chodzi o tego faceta.

– A może coś mu się stało? – zaprotestowałam, bo wciąż kołatały się we mnie resztki nadziei, i teraz, gdy słuchałam oskarżeń przyjaciółki, obudziła się we mnie ta naturalna i odruchowa potrzeba obrony Kamila. – Przecież musi być jakiś powód… – dodałam słabo, miętoląc chusteczkę w dłoniach.

– Gówno mu się stało, moja droga. – Dominika najwyraźniej nie miała zamiaru pozwolić mi na złudzenia. – Przecież wysłał ci tego SMS-a z informacją, że ślubu nie będzie. Czyli nie leży w szpitalu ani w kostnicy. Nawet łachudra nie napisał „przepraszam”! Tchórz i łajdak. Mógł się tysiąc razy wycofać, ale nie, nie miał odwagi powiedzieć ci prosto w oczy, że nie chce się żenić! W ostatniej chwili… Zabiję sukinsyna, jak go kiedyś spotkam! – ciskała się Dominika.

– Domi, daj już spokój – odezwał się Filip. Spoglądał na mnie z niepokojem i chyba widział, jakie wrażenie robią na mnie słowa przyjaciółki.

Dominika też zauważyła moją minę.

– Zuza, zdejmuj z siebie tę kieckę, czas się ogarnąć – oznajmiła stanowczo. Stanęła za mną i odsunęła moje starannie ułożone włosy, by odsłonić guziczki.

– Zostaw! – Odwróciłam się gwałtownie. – Myślisz, że to takie proste?! Że zdejmę sukienkę i zapomnę o tym, że narzeczony porzucił mnie przed ołtarzem? Przejdę nad tym do porządku dziennego? Boże, wy naprawdę nie rozumiecie, jak ja się teraz czuję? – Powiodłam spojrzeniem po całej trójce.

– Zuzka, oczywiście, że rozumiemy – odezwała się Basia, jak zawsze spokojnie. – Ale nie chcemy, żebyś pogrążała się w rozpaczy. Co się stało, to się nie odstanie. Żadne łzy tego nie zmienią, przecież wiesz. Dlatego próbujemy jakoś ci pomóc, chcemy po prostu, żebyś dostrzegła plusy tej okropnej sytuacji. Wolałabyś, żeby Kamil zwiał kilka dni po ślubie? On to sobie ewidentnie zaplanował. W przeciwnym razie jego rzeczy wciąż byłyby w twoim mieszkaniu. Dominika ma rację: to tchórz. Załatwił to tak, żebyś konsekwencje jego decyzji poniosła przede wszystkim ty. On się po cichu zawinął i pożegnał SMS-em. I nawet nie musiał ci niczego wyjaśniać. My tylko usiłujemy ci pokazać, że nawet jeśli teraz czujesz inaczej, to jednak jest to szczęśliwe zakończenie – podsumowała.

Kamila poznałam niecałe dwa lata temu. Początkowo wydał mi się nieco zbyt zwariowany i wyluzowany jak na mój gust. Ja zazwyczaj byłam raczej zrównoważona, w pewnych kwestiach wręcz zasadnicza. Jednak z czasem towarzystwo Kamila zaczęło sprawiać mi coraz większą przyjemność. Może potrzebowałam u swojego boku właśnie takiego lekkoducha, by pozbyć się zbędnych zahamowań i ograniczeń? Perfekcjoniści nie mają w życiu łatwo. Zawsze stawiałam sobie poprzeczkę tak wysoko, że trudno było mi ją przeskoczyć. Wciąż ustalałam dla siebie sztywne zasady i obarczałam się najróżniejszymi obowiązkami. To właśnie Kamil nauczył mnie, że jutro i tak wstanie nowy dzień, nawet jeśli nie wykonam stu procent założonego na dziś planu. I że spóźnienie to jeszcze nie koniec świata. Zaimponował mi, bo potrafił czerpać z życia pełnymi garściami, a ja rozkładałam je na czynniki pierwsze, wszystko skrupulatnie analizowałam, jak na ekonomistkę przystało.

Po ośmiu miesiącach zamieszkaliśmy razem, a w rocznicę naszego pierwszego spotkania Kamil poprosił mnie o rękę. Chciał, bym jak najszybciej została jego żoną, dlatego krótko po zaręczynach zaczęliśmy przygotowania do ślubu. To był piękny czas, mimo mnóstwa spraw do załatwienia byłam najszczęśliwszą osobą na świecie. Miałam przed sobą całe życie u boku mężczyzny, który sprawiał, że czułam się spełniona. Czy mogło mnie czekać coś wspanialszego?

Teraz z tych cudownych perspektyw została mi już tylko suknia ślubna, której nigdy nie włożę, złamane serce i rozdeptana godność. Gardło zacisnęło mi się boleśnie. Łzy znowu zapiekły pod powiekami.

– Dziewczyny, uważam, że Zuza ma na dziś dość wrażeń. – Filip pospieszył mi z pomocą. Zawsze najlepiej wiedział, co myślę, nawet gdy bardzo starałam się to przed nim ukryć.

Filip, starszy ode mnie trzy lata, był moim „przyszywanym” bratem. Kiedyś nasi rodzice chcieli ułożyć sobie wspólnie życie. Oboje wcześnie owdowieli i oboje próbowali raz jeszcze odnaleźć miłość i szczęście. Spotykali się przez jakiś czas, chyba ponad rok, a potem Jan z Filipem wprowadzili się do mnie i mamy. Właściwie to lubiliśmy się z Filipem od pierwszego spotkania, rozumieliśmy się w pół słowa i gdy zamieszkaliśmy pod jednym dachem, nasza przyjaźń tylko się umocniła. Niestety, na naszych rodziców przeprowadzka miała wręcz odwrotny wpływ. Rok później ich związek się rozpadł. Myślę, że mama, mimo uczuć, jakie żywiła do Jana, wciąż bardzo tęskniła za moim tatą i nie umiała zaakceptować innego mężczyzny na jego miejscu.

Nasi rodzice rozstali się w zgodzie, a my z Filipem nie rozstaliśmy się nigdy – pozostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. I jak przystało na przybranego brata, i na najlepszego przyjaciela, Filip zawsze był przy mnie w trudnych chwilach.

Ta chwila okazała się trudniejsza niż wszystkie do tej pory. Pozwoliłam, by mnie objął, i w jego bezpiecznych ramionach poczułam jeszcze dotkliwiej, jak siły opuszczają mnie z każdym uderzeniem złamanego serca.

Dominika popatrzyła na nas, mrużąc lekko oczy, i chyba doszła do wniosku, że Filip wie, co mówi.

– No dobra, to my już pójdziemy – oznajmiła i szturchnęła lekko Baśkę. – Jesteśmy w kontakcie. Jakbyś czegoś potrzebowała, dzwoń od razu. Zaopiekuj się nią, Filip – usłyszałam, choć wyraźnie ściszyła głos.

Dziewczyny uściskały mnie serdecznie, rzuciły jeszcze kilka pokrzepiających słów na pożegnanie i wyszły.

Filip pogładził mnie lekko po ramieniu.

– Też mam pójść? – spytał.

– Nie, zostań. Tylko już odpuść sobie te pogadanki o pozytywach. Dla mnie, na ten moment, ta sytuacja nie ma żadnych jasnych stron.

– To może zrobię ci drinka? Nawet jak nie zobaczysz jasnych stron, to może słabiej będziesz widziała te ciemne – uśmiechnął się ciepło.

– A zrób – zgodziłam się, dochodząc do wniosku, że może alkohol choć trochę mnie znieczuli. – Wiesz co, nie chcę drinka, napijmy się czystej.

Po chwili Filip postawił na stole dwa kieliszki, dwie szklanki, colę, sok pomarańczowy i wódkę.

– Tak sobie myślę, że może lepiej ci się będzie zapominało o tych ciemnych stronach, jak zdejmiesz z siebie tę kieckę, co? I może wskoczysz w coś wygodnego? – zaproponował.

Sam już wcześniej zdjął marynarkę i krawat, a rękawy koszuli podwinął do łokci, odsłaniając opalone przedramiona. Nie wyglądał już tak straszliwie oficjalnie, nawet w oczach miał jakby błysk ulgi. I poczułam, że ten bolesny sopel, który tkwił mi w piersi, zaczyna odrobinę tajać.

– Pomożesz mi? – Odwróciłam się, prezentując rząd guzików na plecach.

– Jasne, dawaj – zgodził się od razu, zaraz jednak zaczął narzekać. – Mniejszych nie mogli przyszyć? Przecież tych guziczków nie da się nawet złapać. Chyba że ja mam za duże paluchy…

– Wiesz co, weź to rozerwij – powiedziałam zdecydowanie.

Nagle nie mogłam się doczekać chwili, gdy zdejmę z siebie ślubną suknię.

– Rozerwać? Ale jak?

– Normalnie, szarpnij i rozerwij.

– No ale Zuza, to jest twoja suknia ślubna. Kosztowała majątek.

– Nie będzie mi już potrzebna. – Pod powiekami zapiekły mnie łzy.

– Zawsze możesz ją sprzedać.

– Nie ma mowy. Jeszcze przyniesie komuś pecha. Rozrywaj! – rozkazałam łamiącym się głosem.

– Nie mogę, Zuza. Nie będę bez sensu niszczył sukienki. Daj mi chwilę, zaraz je rozepnę.

– Nie wiem, jak ty to robisz, Filip. Skąd bierzesz tę całą cierpliwość, co? W każdej sytuacji jesteś taki opanowany, zrównoważony… – Długo wstrzymywane łzy zaczęły płynąć mi po policzkach. Wysmarkałam nos. – Dziękuję, że się zająłeś gośćmi i całą resztą.

– Nie ma o czym mówić – mruknął i zamilkł, skupiając się na manipulowaniu przy guziczkach.

– Dużo ci jeszcze zostało? – Nagle dopadły mnie rezygnacja i zmęczenie, poczułam, że nogi się pode mną uginają, i nie miałam siły dłużej stać nieruchomo.

– Skończyłem, idź się przebrać.

Zdjęłam welon, potem suknię, rozczesałam włosy i zaczęłam myśleć o tym, co powiedziały Dominika i Basia. Czy naprawdę dobrze się stało? Czy w tej koszmarnej sytuacji powinnam jednak szukać dobrych stron?

To nieprawda, że dziewczyny ukrywały swoją opinię o Kamilu. Wspominały obie i przy niejednej okazji, mniej lub bardziej oględnie, że Kamil do mnie nie pasuje. Nie podobało im się, że w naszym związku to on bezsprzecznie dominował i zawsze stawiał na swoim. Żyliśmy według jego zasad i upodobań. Pamiętałam nawet, jak Domi powiedziała, że coś takiego może trwać miesiąc albo pół roku, ale nie da się ustępować przez całe życie. Mama nie chciała się wtrącać, ale podejrzanie często pytała, czy jestem pewna, że właśnie przy tym człowieku chcę się zestarzeć. Im dłużej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej byłam pewna, że wszyscy dostrzegali w Kamilu wiele wad, co więcej, starali się zwrócić mi na nie uwagę. A ja…?

Wróciłam do pokoju. Filip siedział przy stole i obracał w dłoniach pusty kieliszek.

– Filip?

– Hm?

– Czy ty też uważasz, że to jest właściwie szczęśliwe zakończenie?

– Naprawdę chcesz wiedzieć? – Spojrzał na mnie, przerywając nalewanie wódki do kieliszków.

– Tak. Przecież jesteś moim przyjacielem, chcę znać twoje zdanie.

– Jesteś pewna, że chcesz właśnie dziś poznać moje zdanie na ten temat?

– Tak, do cholery! – podniosłam głos. – Chcę wiedzieć, czy ty też cieszysz się z tego, że ślub się nie odbył?

– Jak to „cieszę się”? – Przyglądał mi się, marszcząc brwi.

– Dominika z Baśką, gdyby mogły, odtańczyłyby dziś dziki taniec radości. Wreszcie powiedziały wprost, co myślą o Kamilu. Jestem w szoku, ale nie na tyle, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że mają ku temu podstawy. I już sama nie wiem, co trudniej znieść: to, jak się skończył dzisiejszy dzień, czy to, że trzeba było katastrofy na taką skalę, żebym zrozumiała, ile prawdy jest w słowach Dominiki. – Wypiłam wódkę, nawet się przy tym nie krzywiąc. – Mów, Filip, mów, póki mam ochotę cię słuchać.

– To nie jest tak, że się cieszę, bo nie mógłbym cieszyć się z twojego zmartwienia. Nazwę to inaczej… – Wziął moje dłonie w swoje. – Poczułem ulgę, Zuza. Poczułem ulgę, bo wiedziałem, że prędzej czy później Kamil stałby się przyczyną twojego nieszczęścia.

– No, może nie byliśmy idealnie zgrani, ale przecież ludzie w trakcie małżeństwa jeszcze się docierają.

– Albo zacierają jeden drugiego – wypalił. – Sorry, Zuza, ale uważam, że z nim tak by się to skończyło. Zniszczyłby cię i złamał. Już udało mu się ciebie zdominować, narzucał swoje zdanie, był zawsze najważniejszy, a ty schodziłaś na dalszy plan. Poza uczuciem jest jeszcze coś takiego jak szacunek, a on ciebie nie szanował. To taki Duduś Wesołek, który widział pozytywy we wszystkim, co robił i mówił, typ luzaka, z którym można napić się wódki i wyjść na imprezę. Jestem jednak pewien, że na co dzień ze wszystkim zostawałabyś sama. Mogę zrozumieć, że czymś ci zaimponował, że może właśnie spodobała ci się w nim ta beztroska, tylko że w życiu trzeba mieć się na kim oprzeć, kiedy przyjdzie gorszy czas. W końcu przed ołtarzem przysięga się nie tylko na dobre, ale też na złe.

Nastała chwila ciszy. Filip gładził kciukiem wierzch mojej dłoni, a ja walczyłam ze sobą, żeby po tym, co przed chwilą usłyszałam, nie wybuchnąć płaczem.

– Dlaczego dopiero teraz mi o tym mówisz?

– Nigdy wcześniej nie pytałaś mnie o zdanie.

– A czy przyjaźń nie polega właśnie na tym, żeby potrząsnąć przyjacielem, kiedy ten błądzi? – Popatrzyłam mu prosto w oczy.

– Nie chcę się usprawiedliwiać, ale widziałem, jak reagowałaś, kiedy Dominika próbowała tobą potrząsać. Kamil był dla ciebie obiektem nie do ruszenia. Zawsze stawałaś w jego obronie i wszystko tłumaczyłaś.

Po tych słowach ciarki przeszły mi po plecach. Zwiesiłam głowę. Czy tylko ja dostrzegałam w Kamilu dobre cechy? Przecież byłam przy nim szczęśliwa, na tyle szczęśliwa, że chciałam wyjść za niego za mąż, spędzić u jego boku całe życie. Wcale nie czułam się zmanipulowana, zdominowana, zakrzyczana… To jak się czułam? Zakochana, to pewne. Było mi z nim dobrze i lekko. Mniej się martwiłam, mniej się stresowałam. Bez oporów przejęłam jego filozofię lekkoducha… Wydawało mi się, że te jego uwagi: nie martw się, nie zdążyłaś, zrobisz później, od odrobiny zaległości nikt jeszcze nie umarł, a od nadmiaru prac niejeden, były spowodowane troską o mnie… Ale czy tak było naprawdę?

Podniosłam do ust kolejny kieliszek i wypiłam zawartość do dna.

Jakąś godzinę oraz jedną butelkę później okazało się, że picie wódki powinno mi zostać surowo zabronione.

– I co ja teraz zrobię, Filip? Zostałam sama. Muszę opłacić salę i wszystko inne. Nie mam wsparcia, nie mam faceta, jestem do dupy, bo gdybym była fajna i gdyby mnie kochał, to nie zostawiłby mnie, prawda? – Odbiło mi się. – Jestem do niczego. Jestem brzydka, głupia, naiwna i nie chce mi się żyć. Aha i jestem stara. Teraz już mnie nikt nie zechce.

– Nie zostałaś sama. Poza tym taki facet, jak on, to i tak żadne wsparcie, więc nie schlebiaj temu pajacowi. Salę ogarnę i chłopaków z orkiestry też.

– Jak ogarniesz, Filip? Przecież to jest moja sprawa. I tylko moja.

– Możesz sobie teraz tym głowy nie zaprzątać? – Podał mi kolejny kieliszek.

– No niby mogę, ale czy ty wiesz, co ja tutaj czuję? – Wskazałam na serce. – Czuję żal. Kurewski żal, chyba do Pana Boga, sama nie wiem.

– No teraz to przegięłaś. Pan Bóg w tym wypadku raczej nad tobą czuwał i nie pozwolił, żebyś spieprzyła sobie życie.

– Może masz rację. Tylko dlaczego akurat dzisiaj? A nie wczoraj albo tydzień temu?

Filip przewrócił oczami. Dostrzegłam to mimo nie najlepszej ostrości widzenia.

– Masz mnie dość, Filip, widzę to. Przewracasz oczami i nie możesz już słuchać mojego biadolenia. Mówiłam, że jestem beznadziejna. Stara, zalana nudziara, którą można zostawić w dniu ślubu. Nawet moja własna matka nie zadzwoniła, żeby spytać, jak sobie radzę.

– Twoja mama wie, że jestem teraz z tobą. Nie miej do niej pretensji. Przecież chciała cię zabrać do siebie, ale uparłaś się jak osioł, że wracasz do swojego mieszkania. Poza tym, gdybyś zapomniała, aktualnie są u niej goście weselni.

– Boże, niech ten dzień się wreszcie skończy. Jutro się obudzę i może okaże się, że cały ten koszmar po prostu mi się przyśnił, a Kamil będzie spokojnie spał obok mnie…

– Jasne, jasne, a ty wstaniesz cichutko i pójdziesz usmażyć księciuniowi jajecznicę na boczusiu. Dosyć już tego marudzenia, moja panno. Masz się wziąć w garść.

– Nie mam siły. Chyba mnie upiłeś, bo strasznie kręci mi się w głowie. Przytulisz mnie?

– No pewnie, że cię przytulę.

Rozdział 2

Obudziłam się na kanapie połamana, z bolącą głową wciśniętą pod łokieć Filipa i straszliwym kacem. Wyswobodziłam się niezdarnie z tej dziwnej konfiguracji naszych ciał i zaczęłam rozmasowywać zdrętwiały kark. Odgarnęłam włosy z twarzy, a potem przetarłam oczy, rozmazując resztki wczorajszego makijażu.

– Która godzina? – Filip rozprostował ramiona.

– Nie mam pojęcia. Muszę się napić wody, bo chyba zaraz umrę.

– Kac morderca jest bez serca, mnie też suszy.

– Przynajmniej nogi od tańcowania nas nie bolą. – Uśmiechnęłam się lekko.

– A widzisz. Zaczynasz dostrzegać plusy całej tej porąbanej sytuacji.

– Nie mam wyjścia. – Choć tak naprawdę nie wiedziałam, jak wrócić do normalności. Teraz liczyło się jednak tylko to, by ugasić pragnienie.

Oboje rzuciliśmy się do kuchni, do butelek z wodą mineralną.

– O matko, co za ulga – wysapałam, ocierając usta.

Filip spojrzał na opróżnioną do połowy butelkę w mojej dłoni.

– W tym tempie to ci ta zgrzewka wody do wieczora nie wystarczy – zażartował.

– Wystarczy, wystarczy, jak nie będziesz mi podpijał – odpowiedziałam tym samym tonem. – Wezmę prysznic i zrobię jakieś śniadanie – dodałam.

Zanim jednak weszłam do kabiny, jeszcze raz zadzwoniłam do Kamila. Chciałam, żeby wytłumaczył mi, dlaczego tak postąpił. Byłam na niego wściekła i rozgoryczona, ale jakieś wyjaśnienie mi się, do cholery, należało. Chciałam je usłyszeć i chciałam, żeby miało sens. Nie liczyłam na to, że wznowimy ceremonię i reaktywujemy imprezę, po prostu nie mogłam uwierzyć, że zostawił mnie ot tak, bez ważnego powodu.

Niestety, od wczoraj za każdym razem, jak do niego dzwoniłam, włączała się poczta głosowa. Tak było i tym razem. Kamil zapadł się pod ziemię i nawet jego rodzina nie wiedziała, co się z nim dzieje. Wczoraj każdy próbował się do niego dodzwonić. Kiedy pokazałam mojej niedoszłej teściowej wiadomość od Kamila, mało nie zemdlała, a teść wypalił kilka papierosów, jeden po drugim.

Tydzień przed ślubem postanowiliśmy spędzić z Kamilem osobno. Chcieliśmy, aby nasze spotkanie przed ołtarzem było wyjątkowe i magiczne. To znaczy ja chciałam, żeby takie było. Głupia romantyczka ze mnie. Wyobrażałam sobie, że jak zobaczy mnie po tych kilku dniach rozłąki, w dodatku w sukni ślubnej, to zareaguje jak ci faceci z filmów, którym oczy zachodzą łzami. I tak, na kilka dni przed ślubem Kamil wrócił do kumpla, z którym kiedyś mieszkał. Ustaliliśmy, że przyjedzie po mnie do domu mojej mamy, gdzie przy naszej najbliższej rodzinie rodzice udzielą nam błogosławieństwa. Miało być tak pięknie, tak tradycyjnie. Wszystko zostało perfekcyjnie przygotowane i dopięte na ostatni guzik, żebyśmy mogli wspominać ten dzień całymi latami.

Znów ogarnęło mnie przygnębienie i zniechęcenie. Nie chciało mi się żyć, a już tym bardziej stawiać czoła problemom. Nie miałam ochoty odpowiadać na SMS-y zatroskanej rodziny i znajomych. Co niby miałam im odpisać? Dziękuję, że wam przykro? Mnie również, ale po stokroć bardziej.

Kiedy wyszłam z łazienki, w kuchni czekało na mnie śniadanie. Filip znów mnie wyręczył, ale niestety, choć bardzo się postarał, na widok jedzenia zrobiło mi się niedobrze.

– Chyba nie jestem głodna – powiedziałam w końcu.

– To kac. Masz tu jajeczka na miękko, czyli czyste, łatwo przyswajalne białko, i pomidorki z mnóstwem potasu. Tosty z serem pomogą ci na mdłości – przekonywał mnie Filip.

– Co ty? Prowadzisz klinikę dla „wczorajszych”, że masz tak opanowane leczenie kaca? – Uśmiechnęłam się blado.

– Powiedzmy, że miałem okazję przeprowadzić badania w tym zakresie. – Puścił do mnie oko. – Jedz, zaraz będzie ci lepiej.

– To chyba nie tylko kac – stwierdziłam ponuro. – Nie mogę przestać myśleć o Kamilu, a jak o nim myślę, to mi się żołądek ściska w taką małą, maluśką kulkę. Może byłoby mi lżej, gdybym z nim porozmawiała, gdyby mi wyjaśnił dlaczego? A tak to ciągle mielę to w głowie i analizuję. Kiedy zdecydował, że tak to zakończy? W dniu ślubu? A może wcześniej, może już jak się wyprowadził, niby tymczasowo? A może w ogóle cały ten związek to było dla niego jedno wielkie udawanie? Ale przecież to by było bez sensu, więc może przestraszył się małżeństwa? I koło się zamyka. – Wzięłam głęboki wdech, by móc wszystko z siebie wyrzucić. – Nie mogę przestać o tym myśleć. Nie potrafię tego zrozumieć. Kiedy ja miałam jakieś wątpliwości i obawy, to mu o wszystkim mówiłam. Sam przecież wiesz, że dla mnie w związku, i w ogóle w życiu, najważniejsza jest szczerość i uczciwość. Nie mogłabym go okłamywać w drobnych sprawach, a co dopiero w takiej. A on? Sam widzisz, muszę zrozumieć, co się stało, bo mnie do czubków odwiozą w końcu.

– Obawiam się, że nieprędko będziesz miała na to szansę. Facet zapadł się pod ziemię, telefonu nie odbiera, nawet jego mamusia nie wie, gdzie się podział, a to już grubo. Mamusie przeważnie wiedzą, gdzie są ich synkowie, zwłaszcza jedynacy – oznajmił Filip z udawaną powagą i podsunął mi talerzyk z jajkiem i tostem. – Coś mi się wydaje, że powinnaś przymierzyć ten kaftan i zacząć się do niego przyzwyczajać, bo prędko Kamila nie zobaczysz, no chyba że wynajmiesz detektywa. Na przykład mnie. Ja bym go znalazł szybciej niż jego własna mamusia.

Filip pracował jako prywatny detektyw i nie wątpiłam, że dla niego odnalezienie Kamila nie stanowiłoby większego problemu, a jednak nie miałam zamiaru go o to prosić. I tak miałam wrażenie, że od wczoraj pół rodziny i najbliżsi przyjaciele żyją moim życiem, a raczej nieudanym ślubem.

– Żartujesz sobie?! Mam detektywa wynająć?! – zaprotestowałam od razu. – Może dać ogłoszonko w prasie ogólnopolskiej? Dziękuję ci bardzo, ale zachowam resztki godności, w końcu dużo mi jej nie zostało. Wolę zostawić sprawy własnemu biegowi. Jak to mówią, góra z górą się nie zejdzie, jednak człowiek z człowiekiem zawsze. Jeszcze nadejdzie taki dzień, w którym Kamil stanie na mojej drodze, a wtedy z dziką satysfakcją ukręcę mu jaja.

– Zuza, nie wiem, po co się zasłaniasz godnością. I tak będziesz wisiała na telefonie, próbując go namierzyć. Znam cię nie od dziś i wiem, że tych jaj mu nie ukręcisz. Zadasz mu pierdylion pytań i cierpliwie poczekasz na odpowiedzi. Zresztą sama mówisz, że ten temat nie daje ci spokoju. Swoją drogą w ogóle nie rozumiem, dlaczego tak się uparłaś na te wyjaśnienia. – Po żartobliwym tonie Filipa nie było śladu. – Dziewczyno, masz dwadzieścia siedem lat, jesteś młoda, wykształcona, atrakcyjna. Masz firmę, która dobrze prosperuje, całe życie przed tobą! Skup się na tym, co dobre, a nie na tym, co cię rani. Nawet gdyby ci wyjaśnił, dlaczego tak zrobił, to i tak niczego to nie zmieni. Zachował się obrzydliwie, jest dupkiem i nigdy na ciebie nie zasługiwał ani do ciebie nie pasował.

– O, proszę! Dzisiaj stać cię na taki wywód?

– Nie mogę patrzeć, jak się zadręczasz. Ciągle tylko Kamil i Kamil. Brakuje jedynie, żebyś zaczęła obwiniać siebie za to, że ten kretyn wczoraj nie pojawił się na waszym ślubie.

– Wolałabym, żeby się ze mną rozwiódł po tygodniu, niż zrobił to, co zrobił!

– Rany boskie. – Filip podparł głowę dłońmi. – Ja chyba sam zadzwonię po tych z kaftanem, bo ty już całkiem straciłaś kontakt z rzeczywistością. Trzeba ci jakieś leki podać!

– Nie potrzebuję leków, tylko rozmowy z Kamilem – upierałam się.

– Rób, co chcesz. Wydzwaniaj do niego, wypytuj znajomych, nie wiem… Załóż punkt obserwacyjny pod domem jego rodziców. Jeśli to ma ci pomóc, to w porządku, ale powiem ci jedno. Olałbym go ciepłym moczem. Nie ma sensu układać sobie życia pod niego, skoro on sam się z tego życia wymiksował.

– Łatwo ci mówić. Ciekawe, czy na moim miejscu też byś tak odpuścił z dnia na dzień. Co ja mówię?! Przecież ty nigdy nie znajdziesz się na moim miejscu, bo jakoś ciężko cię zobaczyć z dziewczyną u boku. Twoje związki trwają tak krótko, że nigdy nie zdążam poznać żadnej z twoich wybranek. Nic dziwnego, że tak łatwo przychodzi ci odpuszczanie!

Przecież nie da się na zawołanie odkochać, zapomnieć, wymazać z pamięci mężczyzny, z którym planowało się wspólne życie. Nikt mnie nie rozumiał. Od wczoraj cała trójca mówiła jednym głosem. Miałam wrażenie, że spełniły się ich modły, żeby Kamil się ulotnił. Niby było im mnie żal, ale w głębi duszy cieszyli się z zaistniałej sytuacji.

– Nie szukam nikogo na siłę, dobrze o tym wiesz. Wśród tych wszystkich dziewczyn po prostu nie znalazłem tej jedynej.

– Aha, czyli ja szukałam na siłę, tak? I dlatego mi nie wyszło?

– Zuza, po co się irytujesz? Przecież nic takiego nie powiedziałem.

– No pewnie, wprost nie, ale o to właśnie ci chodziło. Dzięki, że ze mną zostałeś. Doceniam – dodałam sucho.

– Dajesz mi sygnał, że mam spadać?

– Tak, idź sobie.

– Właściwie masz rację. Idę. Ta rozmowa i tak jest bez sensu – odpowiedział równie sztywno.

Wyszedł po cichu, a ja poczułam się tak, jakby opuścił mnie cały świat.

Rozdział 3

Snułam się po mieszkaniu i ocierałam gorzkie łzy. Filip mnie wkurzył, ale bez niego było jeszcze gorzej. Jego troska, czułość, żarty – wszystko to podnosiło mnie trochę na duchu i nie pozwalało mi pogrążać się bez reszty w ponurych rozmyślaniach.

Kiedy zadzwoniła mama i z troską spytała, jak się czuję, udawałam, że pomału układam sobie wszystko w głowie. A kiedy zasugerowała, że dobrze by było, żebym pojawiła się w domu, nie miałam wyjścia. Musiałam zdjąć wygodny dres, w którym wyglądałam jak w worku pokutnym, nałożyć makijaż maskujący cienie pod oczami i czerwony nos i spiąć rozczochrane ślubne loki w jakiś przyzwoity kok.

Mama mieszkała na obrzeżach Opola, w cichej dzielnicy domów jednorodzinnych poprzetykanych gdzieniegdzie nowoczesnymi apartamentowcami. Spojrzawszy na samochody zaparkowane na podwórku, ciężko westchnęłam. Czekała mnie wizyta w jaskini lwa, a właściwie lwic, bo nie chodziło tu bynajmniej o mamę, a o moje ciotki.

– Oj, Zuziu, moje dziecko, jakaś ty bladziutka – usłyszałam, zanim zdążyłam wejść do domu.

Ciocia Bogusia, młodsza siostra mojej mamy, stała przed domem z dymiącym, cienkim papierosem w dłoni. Strój i makijaż jak zwykle bez zarzutu. Dla niej wygląd zawsze był ważniejszy niż to, czy jest co włożyć do gara.

– Dzień dobry, ciociu. Źle spałam – wyjaśniłam i pocałowałam ją w policzek.

– No, ja się tobie nie dziwię. Cud, że w ogóle oko zmrużyłaś. Ja na twoim miejscu chybabym zawału dostała. Jak tak można zostawić narzeczoną, rodzinę, gości! – trajkotała. – Ten Kamil to mi coś śmierdział od samego początku. Nie chciałam nic mówić twojej matce, bo znowu by powiedziała, że się wtrącam, że przesadzam i szukam dziury w całym, ale ja mam nosa do facetów, oj, mam! – Zaciągnęła się głęboko.

– Pójdę się przywitać z innymi – powiedziałam z westchnieniem. Wiedziałam, że to dopiero początek.

W domu było gwarno. Miałam wrażenie, że trwa impreza stulecia. Najpocieszniejszy z rodziny wujek Marek musiał już co nieco chlapnąć, bo postanowił uprzyjemnić pozostałym to zebranie przyśpiewkami. Jedna z nich właśnie rozbrzmiewała gromko:

– „Oj, młoda, ty młoda, już nie jesteś nasza, czekają cię jaja i gruba kiełbasa”.

– Dzień dobry! – przywitałam się dość głośno.

Zapadła cisza. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. Jeśli miałabym zamiar zetrzeć wszystkim uśmiechy z twarzy, to odniosłabym stuprocentowy sukces. Szkoda, że nie to było moim celem, wizytę miałabym odfajkowaną. Tak jak się spodziewałam, ciotki otoczyły mnie wianuszkiem, wzdychając współczująco.

– Jak się, czujesz, Zuzanno? – zapytała płaczliwie jedna z nich.

– Jako tako.

– Bo wiesz, kochana, my tutaj jakby korzystamy z okazji, że zjechała się cała rodzina i chyba nie masz nam za złe, że…

– Oczywiście, że nie mam – zapewniłam, przerywając. – Przyjechaliście na wesele, a że z wesela nici, to… to nie powód, żebyście mieli stypę urządzać.

– Kamil się odezwał? – spytała mama rzeczowo.

– Nie.

– Co za łajza! – podjęła temat ciotka Bogusia, która najwyraźniej skończyła popalać, bo już wróciła z podwórka. – A kto za to wszystko zapłaci?! Przecież wesele to jest ogromny wydatek. Ty, Zuza, nawet nie myśl o pokrywaniu wszystkich kosztów. Pan młody zwiał, ale trzeba drania znaleźć i niech wyskakuje z kasy.

– No właśnie – poparła ją ciotka Weronika. – Albo wiecie co, najlepiej by było pogadać z matką Kamila.

– Rozmawiałam z nią wczoraj – odezwała się mama. – Zapewniła, że zapłacą za swoich gości.

– No ale, Marysiu, jak to zapłacą za swoich gości, a reszta? Orkiestra, fotograf, ksiądz, limuzyna, co ona sobie myśli, że ty jesteś instytucją charytatywną?

– A po co księdzu płacić, przecież on to się w ogóle nie liczy. Pewnie nawet z plebanii nie wyszedł – podsumowała rolę duchownego ciotka Bogusia.

– O czym tak dyskutujecie? – Wujek Marek od przyśpiewek dołączył do naszego grona.

– O kasie, mój drogi, o kasie. Nasza Zuzia została porzucona i skompromitowana, musimy dopilnować, żeby do kompletu nie stała się frajerką – wyjaśniła niezawodna ciotka Boguśka.

Dopiero co przyszłam, a już mi się zrobiło niedobrze od tych wszystkich komentarzy. Zaczynałam żałować, że w ogóle zdecydowałam się tu pojawić, jednak wolałabym zostać w domu pod ciepłym kocem.

– Zuzia frajerką? Nigdy w życiu! – stanowczo sprzeciwił się wujek.

– Przepraszam was na moment. – Wzięłam mamę pod rękę i odprowadziłam na bok. – Mamo, przyjechałam tu tylko dlatego, że nie wypadało mi się nie pokazać, ale naprawdę nie mam siły na wysłuchiwanie tych wszystkich dobrych rad. Jak długo oni u ciebie zostaną?

– Nie mam pojęcia, przecież nie wypada mi pytać – ofuknęła mnie mama.

– No, nie wiem… Chcesz, żebym tu była z tobą? Jakoś ci pomóc? Chciałabym pójść jutro do pracy, bo inaczej chyba zwariuję.

Mama pogłaskała mnie po głowie.

– Córcia, nie wiem, jak cię pocieszyć. Wiem natomiast, że jesteś silną i mądrą dziewczyną i z każdym dniem zaczniesz nabierać do tego wszystkiego dystansu. Nie pozwól, żeby to, co zrobił Kamil, cię załamało. Ludzie z czasem przestaną gadać i tym się w ogóle nie przejmuj. Wiem, że złamał ci serce, i wiem, że cierpisz, ale… Ale jedynym pocieszeniem jest to, że jednak za niego nie wyszłaś.

Spojrzałam na mamę, marszcząc brwi.

– Mamo, ty też?! Wczoraj Dominika z Baśką powiedziały to samo, dziś Filip też w końcu wykrztusił, że jego zdaniem Kamil do mnie nie pasował i na mnie nie zasługiwał, a teraz jeszcze ty mi dokładasz? Dlaczego dopiero teraz? Dlaczego nikt nic nie mówił, zanim zdecydowałam się za niego wyjść?!

– Nieprawda, Zuza, ja mówiłam. Niejednokrotnie powtarzałam, że Kamilowi źle z oczu patrzy, ale ty mi zawsze odpowiadałaś, że on jest skrępowany w mojej obecności i kiedy jesteście sami, to jest zupełnie inny. Kocham cię i przenigdy nie chciałabym dla ciebie źle, ale też nigdy nie śmiałabym narzucać ci swojego zdania, pozwalałam ci uczyć się na własnych błędach.

– Wiem, mamo. – Przytuliłam się, a ona czule pogłaskała mnie po włosach. – Muszę sama to wszystko przetrawić i stanąć na nogi. Nie wiem, co jest gorsze: wstyd i upokorzenie czy może świadomość, że Kamila nie ma w moim życiu.

– Myślę, że jeśli znajdziesz odpowiedź na te pytania, to sprawa tego nieszczęsnego ślubu będzie zamknięta.

Ciotki-trajkotki weszły do kuchni i moment na zwierzenia oraz jakieś sensowne wnioski minął bezpowrotnie.

– Marysiu, zaparzę kawę i pokroję ciasta weselne – zaproponowała ciocia Weronika. – Trzeba to zjeść, bo szkoda, żeby się zmarnowało, a akurat są goście, to cię w tym zjadaniu chętnie wesprą.

– Oczywiście, już ci pomagam. Swoją drogą, gdyby nie Filip, to nie wiem, jak byśmy ogarnęli to całe odwoływanie wesela.

Okazało się, że wczoraj, kiedy Kamil nie pojawił się w moim rodzinnym domu, przysyłając w zamian SMS-a z informacją, że ślubu nie będzie, to właśnie Filip dopilnował, by wesele nie skończyło się jeszcze większą katastrofą. Ja nie myślałam racjonalnie. Miałam wrażenie, jakbym oglądała film, w którym to na pewno jakaś inna dziewczyna gra główną rolę. On natomiast zadbał o wszystko.

To Filip zadbał o to, żeby goście, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony, pojechali na obiad do restauracji, w której miało się odbyć przyjęcie. To on porozmawiał z właścicielem lokalu i anulował dzisiejsze poprawiny. To on załatwił, aby jedzenie zostało spakowane i podzielone między obie rodziny. A potem jeszcze przyjechał do mnie i dopilnował, żeby Basia z Dominiką nie wieszały już psów na Kamilu. No, za bardzo nie wieszały.

Kiedy ciocia otworzyła lodówkę pełną jedzenia, zdałam sobie sprawę, że od wczorajszego lekkiego śniadania właściwie nie miałam nic w ustach, bo tych kilku kęsów tosta nie było co liczyć. Ciocia właśnie wyjęła część tortu weselnego. Szybkim ruchem zdjęła z niego figurki państwa młodych i schowała za siebie, myśląc, że nie zauważyłam.

– Ciociu, nie czaj się tak. Wyrzuć je po prostu do kosza, zanim rozpuszczą ci się w dłoni.

– Jesteś pewna?

– Przecież to tylko para z masy cukrowej – zapewniłam.

– No niby tak, ale jak sobie pomyślę, że nie było cię na twoim własnym weselu, że nie mogłaś z mężem pokroić tortu, to jest mi przykro. A te figurki nadają przecież tortowi tej symboliki.

– Mnie też, ale nie będę się zalewać łzami na widok figurki młodej pary. Nie martw się, nie mam zamiaru przez resztę życia cierpieć.

– To co, zjesz torciku?

– Zjem, ciociu, zjem – zgodziłam się dla świętego spokoju.

Kiedy dłubałam widelczykiem w cieście, zadzwonił mój telefon.

– Hej, Dominika – odebrałam.

– No, hej. Jak tam?

– Jestem u mamy, jem tort weselny i słucham wywodów moich ciotek.

– O ja pitolę, nie zazdroszczę. Kamil się odezwał?

– Nie, cisza jak w grobie, wciąż przekierowania na pocztę głosową.

– Lepiej dla niego, żeby mi nie wszedł w drogę, bo ubiję jak sabakę. Długo będziesz u mamy?

– Nie wiem. Na początku myślałam, żeby się stąd ewakuować zaraz po przyjeździe, ale może ta ich gadka mnie jakoś uodporni. Może tego właśnie potrzebuję.

– Nie wiem, czy wiesz, ale my z Baśką nie piłyśmy weselnej.

– Jedź po Baśkę i przyjedźcie tutaj – zaproponowałam. – Zamierzałam jutro otworzyć biuro, ale chyba jednak zrobimy tak, jak zaplanowałyśmy. Biuro rachunkowe w dniu jutrzejszym nieczynne.

– Serio? Chciałaś jutro pójść do pracy?!

– Lepsze to niż snucie się po domu i smarkanie w rękaw. Muszę być między ludźmi, bo wtedy nie myślę. Czekam na was.

– Dobra, daj nam pół godziny.

Dziewczyny wniosły w repertuar wujka powiew świeżości. Po kolejnej wypitej flaszce rozległo się głośne: „Przeżyj to sam, nie zamieniaj, Zuza, serca w twardy głaz…”. Śpiewały ciotki, śpiewali wujkowie, śpiewało kuzynostwo. Nawet moja mama nieco się wyluzowała i próbowała przebić się ze swoim sopranem.

– Kurde, a gdzie jest Filip? – spytała nagle Basia, rozglądając się po salonie, jakby się właśnie obudziła.

– Filip? – spytałam ze zdumieniem, jakby zapytała mnie o sondę na Marsie. – Chyba jest u siebie.

– A czemu nie tutaj z nami?

– Bo ja go chyba dziś źle potraktowałam i on się chyba poczuł urażony.

– Jak to „chyba”? – powtórzyła złowieszczo Dominika. – Mów, co nawywijałaś?

– Chyba nic wielkiego…

– Jak jeszcze raz powiesz „chyba”, to przysięgam, przestanę się z tobą przyjaźnić.

– Bo on mi dziś powiedział, co sądzi na temat Kamila, i ja miałam do niego pretensje, że otworzył się dopiero teraz. I powiedziałam mu, że on nigdy nie znajdzie się na moim miejscu, bo ciężko go zobaczyć z jakąś dziewczyną, tak szybko z każdą kończy.

– Rany boskie, jakaś ty durna. I nie „chyba” go obraziłaś, a na pewno. Przypomnij sobie, jak my obie z Baśką mówiłyśmy, żebyś dała sobie z Kamilem spokój, to odsyłałaś nas na drzewo banany prostować. Nikogo nie chciałaś słuchać. Normalnie miłość z przeszkodami odgrywałaś, ty i on przeciwko całemu światu. Ja nie wiem, co ty widziałaś w tym Kamilu. Chude to takie było jak diabeł na wiosnę i był blondynem, a tobie zawsze podobali się tylko bruneci. A na dodatek charakter miał wyjątkowo paskudny i wczoraj wylazło to z niego na całego.

– Mnie to się marzy randka z Filipem – wyznała nagle Basia.

Chyba alkohol dodał jej odwagi, by oznajmić światu swoje pragnienia. Nie miałam pojęcia, że tego chce.

– Z Filipem? – spytałam zaskoczona. Dominika szturchnęła Baśkę łokciem.

– Bo Dominika twierdzi, że Filip powinien być z tobą – kontynuowała Baśka niezrażona, a ja spojrzałam na Domi z otwartymi ze zdziwienia ustami.

– No, co tak patrzysz? – burknęła Dominika, chyba zirytowana nagłą otwartością Basi. – Jesteś ślepa jak kret.

– Co ty gadasz?

– Znasz kogoś, z kim tak dobrze byś się dogadywała jak z Filipem? Znasz kogoś, kto zostawia swoje sprawy i przybiega zawsze, kiedy go potrzebujesz? Znasz kogoś, kto wpatruje się w ciebie z takim zachwytem?

– Domi, tobie odbiło. Przecież wiesz, że Filip jest dla mnie jak brat. Nie pij więcej, bo ci się zwoje prostują.

– Ona ma rację – wtrąciła smutno Basia. – Filip patrzy na ciebie z takim uwielbieniem, że gdyby mógł, to całowałby ziemię, po której stąpasz.

– No, jak Boga kocham, wy jesteście nienormalne! – Dominice mogłabym zarzucić, że ma odpały i wymyśla niestworzone rzeczy, ale Basia? Ona nigdy nie zakpiłaby ze mnie w ten sposób.

– Ubzdurałaś coś sobie z tym bratem. O ile dobrze pamiętam, waszym rodzicom nie wyszło i mieszkaliście razem raptem przez rok. Okej, zaprzyjaźniliście się, a ty byłaś szczęśliwa, że masz starszego brata, ale dziewczyno, dorośnij. To było sto lat temu. Może czas otworzyć oczy. On nie jest z tobą spokrewniony, nie jest twoim bratem, tylko cały czas czeka na ciebie, aż zmądrzejesz! – wyskandowała dobitnie.

– No, to wszystko prawda – powiedziała Baśka i dopiła resztę drinka. – Szczęściara z ciebie. Ja to bym się dała pochlastać za jeden jego dotyk, pocałunek. Kurde, aż mam ciary.

– I wiesz, co ci jeszcze powiem, Zuza? – zaczęła Dominika. – Jeśli nadal będziesz czekała na tego oszołoma Kamila jak na okres po jednorazowej przygodzie i nie dostrzeżesz tego, co masz pod nosem, to nie płacz mi już w rękaw i nie użalaj się nad sobą. Miłość masz na wyciągnięcie ręki i wiesz co, dziękuję Stwórcy za to, że ten pożal się Boże niedoszły twój mąż zawinął wczoraj ten swój chudy tyłek. A teraz alleluja, musisz nam polać, co nie, Basiu?

– No, ba.

Wstałam bez słowa i poszłam do spiżarki po wódkę. Alkohol szumiał mi już w głowie na tyle, że ta cała sprawa z Filipem bardziej mnie śmieszyła, niż złościła. Też sobie wymyśliły, wariatki skończone. Trzeba im ograniczyć dostęp do mocniejszych alkoholi, bo kto wie, co wymyślą następnym razem. Może dojdą do wniosku, że powinnam zdecydować się na karierę nie w księgowości, a w rewii. Najlepiej na lodzie. Tak mnie to rozśmieszyło, że aż dostałam czkawki. Wszyscy dziś mieliśmy nocować pod jednym dachem, pod którym jak w jakiejś melinie unosił się odór alkoholu.

Rozdział 4

Spałyśmy we trzy w moim pokoju. Oczywiście słowo „spałyśmy” nie do końca odzwierciedla rzeczywistość. Najpierw uskuteczniałyśmy śpiewy, zapewne z inspiracji wujka. Zachciało nam się wspominać przeboje wczesnej młodości, a jak wiadomo, z YouTube’em każdy przebój jest w zasięgu piosenkarek amatorek. Potem zebrało nam się na wspominki, a następnie, około drugiej, Dominika dorwała mój telefon i napisała do Filipa.

– Domi, ja cię zamorduję, dawaj ten telefon – złościłam się, kiedy zorientowałam się, co zrobiła.

– Tylko spokój może cię uratować, dziewczyno, no i oczywiście ja.

– Jesteś psychiczna, wiesz? Po co się wtrącasz, po co do niego napisałaś? – ciskałam się. – Sama bym go przeprosiła.

– Jasne, a słońce zachodzi na północy. Daj spokój, Zuza. Poza tym ktoś musi tu wreszcie poustawiać sprawy jak należy – oznajmiła niewyraźnie. – Zaufaj mi.

– Nie wiem, czy mogę ci zaufać. Jesteś pijana. Pokaż, co napisałaś – domagałam się uparcie.

– Jezu, aleś ty w gorącej wodzie kąpana. I nie jestem pijana. Odczytam tylko, co odpisze, i zaraz ci oddam.

– A co, odpisuje? – zdziwiłam się.

– No, a czy ja mówię po marokańsku? – mruknęła Domi i zaprezentowała mi trzy kropeczki Messengera oznaczające, że rozmówca właśnie wklepuje odpowiedź.

Siedziałyśmy z Dominiką na moim łóżku i czekałyśmy na wiadomość od Filipa. Baśka leżała obok z dłońmi złożonymi na brzuchu, przymkniętymi oczami i otwartą buzią. Skojarzyła mi się z nieboszczykiem, więc ją szturchnęłam.

– Baśka, zamknij buzię, otwórz oczy i te ręce rozłóż. Wyglądasz, jakbyś leżała w trumnie.

– Śnił mi się Filip – wyznała, patrząc na mnie nieprzytomnie. – Jak on mnie całował, o matulu.

– Bacha, weź się ogarnij. Musisz sobie znaleźć inny obiekt westchnień – zakomunikowała stanowczo Dominika.

– Dziewczyny, ja nie wiem, co wy kombinujecie. Jak mnie chcecie pocieszyć, to raczej tym sposobem się nie uda, bo jakoś mało wiarygodne jesteście – uprzedziłam je. – Niby dlaczego Baśka nie może zakręcić się koło Filipa?

– Bo Baśka nie jest tobą. Sorry, Basiołku, ale on cię nie zauważa. Tyle w nim budzisz emocji, co miotła.

– Jesteś wstrętna – oburzyła się Basia i odgarnęła blond loki.

– Też tak uważam – poparłam Basię. – Odpisał już?

– Cicho, czytam.

Walka z Dominiką przypominała potyczkę Don Kichota z wiatrakami. Poczekałam, aż przeczyta i odda mi telefon.

FILIP, ZACHOWAŁAM SIĘ OKROPNIE W STOSUNKU DO CIEBIE. PRZEPRASZAM. NIE POWINNAM MÓWIĆ, ŻE ZMIENIASZ DZIEWCZYNY JAK BOKSERKI, BO TO NIEPRAWDA. WIEM, ŻE NIE TRAFIŁEŚ NA SWOJĄ POŁÓWKĘ, SWOJĄ MIŁOŚĆ, SWÓJ SKARB. BRAKUJE MI CIEBIE.

– Dominika, odsuń się lepiej, bo nie wytrzymam i mogę cię niechcący palnąć w ten pusty łeb – odezwałam się po przeczytaniu tego, co napisała.

– Chciałam dobrze, co się gorączkujesz? Czytaj lepiej, co odpisał. On to cię jednak zna.

ZUZA, TEN TEKST NIE JEST W TWOIM STYLU. NAWET PO KILKU GŁĘBSZYCH NIE POWIEDZIAŁABYŚ, ŻE CI MNIE BRAKUJE, ALE WIDZĘ, ŻE ZDĄŻYŁAŚ SIĘ JUŻ WYŻALIĆ. POZDRAWIAM WAS, DZIEWCZYNY♥

– Takie dopasowanie nie może się zmarnować. – Dominika z uporem maniaka ciągnęła temat.

– Domi, wczoraj miałam wyjść za mąż, zacząć nowe życie… – Wiedziałam, że mają jak najlepsze intencje, ale mnie jeszcze daleko było do stanu, w którym mogłabym je docenić.

– A weź mi tutaj nie chrzań – przerwała. – I co, może masz wskoczyć teraz w czarne ciuchy i chodzić w żałobie, bo ten palant zwiał? Masz może zamknąć się w domu i cierpieć, bo tak zrobiłoby pięćdziesiąt procent porzuconych narzeczonych, więc nie wypada psuć statystyk? Otrząśnij się. Wczoraj nie istnieje. Wymaż ten dzień z głowy, z serca i wsadź go tam, gdzie światło nie dochodzi. Przypomnisz sobie, jak smakuje wolność, jak pachnie powietrze po deszczu, usłyszysz, jak ptaki śpiewają, bo ostatnio wszystkie zmysły ci wysiadły, a przyczyną tego był Kamil. Zabił w tobie tę dawną wesołą dziewczynę.

Rozpłakałam się.

– Zuza, jestem twoją przyjaciółką. Powiedz, czy kiedykolwiek cię zawiodłam? Czy kiedykolwiek powiedziałam coś, co nie było zgodne z prawdą? Czy źle ci kiedyś doradziłam, jak nie wiedziałaś, co robić? Nie maż się. Pamiętasz? Silne babki nie płaczą przez palantów.

* * *