105 osób interesuje się tą książką

Opis

Joanna jest po czterdziestce. Ma wymarzony dom, satysfakcjonującą pracę, w której spodziewa się awansu, cudowne dzieci oraz wspaniałego męża. Ostatnimi czasy mąż jest jakby mniej wspaniały, bardzo często wyjeżdża na delegacje, a kiedy jest w domu, nie rozstaje się z telefonem. Joanna nie może zrozumieć zachowania Roberta, ani dystansu, jaki nagle pojawił się między nimi. Dzięki skutecznym namowom sąsiadki, podstępem przechwytuje telefon męża.


Czy po tym co znajdzie w telefonie Roberta będzie umiała stawić czoło faktom?
Czy znajdzie w sobie siłę, aby uporać się z katastrofą we własnym życiu i być przy tym wsparciem dla przyjaciółki, która teraz bardzo jej potrzebuje?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 318

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Redakcja: Dominika Repeczko

Korekta: Renata Kuk

Skład i łamanie: Robert Majcher

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka/Aureusart

Copyright © Magdalena Krauze, 2020

Copyright for the Polish edition © 2020 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

Wyrażamy zgodę na wykorzystanie okładki w Internecie.

ISBN 978-83-7686-893-6

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2020

ROZDZIAŁ 1

To był jeden z tych dni, gdy warkoczyki same się rozplatają, majtki wchodzą w tyłek, a ulubiona bluza mojej córki wciąż wisiała na sznurku wilgotna. Nawet kawa, którą zaparzyłam w pośpiechu, smakowała jakoś inaczej. A jakby tego było mało, mój mąż chrapał w najlepsze, chociaż wieczorem, kiedy wrócił z delegacji, obiecał, że rano odśnieży podjazd.

Totalny Armagedon. Odliczałam tylko minuty, żeby znaleźć się w pracy i zapomnieć o tej przytłaczającej porannej gonitwie.

– Wstawaj i odśnież podjazd – szturchnęłam męża. – Spóźnię się do pracy, a mała do szkoły.

– Nie możesz sama tego zrobić? – burknął mąż, obracając się na drugi bok.

– Przecież mi obiecałeś. Poza tym muszę jeszcze zrobić dzieciom śniadanie i przygotować się do pracy.

– Daj mi spokój. Jestem nieprzytomny.

– Ostatnio cały czas jesteś zmęczony i w ogóle nie uczestniczysz w życiu rodzinnym. Wszystko jest na mojej głowie.

– Aśka, przestań mi brzęczeć nad głową, zdążyłabyś w tym czasie odśnieżyć ten cholerny podjazd. – Nakrył się kołdrą po sam czubek głowy.

Zmusiłam się, by przełknąć jego przykre słowa i zeszłam do kuchni. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić. Ostatnio coraz częściej korzystałam z nabierania uspokajających wdechów. Miałam wszystkiego serdecznie dość. Byłam zmęczona. Potwornie zmęczona.

Zrobiłam Oli śniadanie i poszłam obudzić syna, który zawsze wstawał na ostatni moment.

– Bartek, wstawaj. Musisz mi pomóc.

– Mamo, czy ty zawsze musisz mnie budzić, kiedy mam taki cudny sen? Przecież mówiłem ci wczoraj, że lekcje mam na dziewiątą.

– Trudno. Potrzebuję pomocy, tata śpi i nie ma widoków na to, żeby zszedł i odśnieżył podjazd. Ja się śpieszę do pracy, muszę się ubrać i coś zjeść, nie zdążę, inaczej zrobiłabym to sama. – Ostatnio dużo rzeczy wolałam zrobić sama. Poprawka: nie wolałam, tylko musiałam.

– Dobra, już wstaję.

Wkurzało mnie to, że ciągle muszę żebrać o pomoc. Nikt nie poczuwał się nawet do tego, żeby się rozejrzeć, czy czegoś nie potrzeba, albo przynajmniej bez marudzenia zrobić to, o co prosiłam. Po co, przecież w domu był cyborg, który wszystko ogarniał. Nikt nie zauważał, że wstawałam najwcześniej i kładłam się najpóźniej.

– Olu, jedz szybciej, bo się spóźnimy – poganiałam córkę.

– No przecież jem, mamo. Poza tym boli mnie głowa i brzuch.

– Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś? – zaniepokoiłam się, pakując kanapki do plastikowego pojemnika.

– Bo myślałam, że mi przejdzie.

– Pokaż czoło. Dziecko, ty masz gorączkę. Siedź tu, zaraz przyniosę termometr.

Ganiałam po domu jak gęś wyścigowa, bo termometr jak zwykle nie leżał na swoim miejscu. Minęła chwila, zanim go znalazłam.

– Coś cię jeszcze boli? – Wcisnęłam córce termometr pod pachę.

– Tylko głowa i brzuch.

– A mdli cię? Czujesz się tak, jakby ci się chciało wymiotować?

– Może trochę.

– Rany boskie, zegnij w kolanie prawą nogę i podnieś ją do góry. Może to wyrostek?

– Ale noga mnie nie boli, mamuś.

– Podnieś i nie dyskutuj.

Ola posłusznie wykonała polecenie.

– I co? Boli cię tutaj w prawym boku?

– Nie, tak bardziej na środku mnie boli.

Termometr już pikał.

– Pokaż. – Spojrzałam na wyświetlacz. – No, pięknie. Trzydzieści siedem i dziewięć.

Zastanawiałam się, co zrobić. Wolnego wziąć nie mogłam, bo dziś akurat musiałam być koniecznie w pracy.

– Ola, obudzę tatę i pojedziecie do lekarza, okay? Ja muszę być dziś w pracy.

– Mogę się na chwilę położyć?

– Możesz, skarbie.

Boże, co za koszmarny ranek. Jeszcze jedna katastrofa i na pewno już nie zdążę do pracy.

– Robert! Robert! Wstawaj, Ola ma gorączkę i musisz z nią pojechać do lekarza.

– A ty nie możesz? Ja jestem umówiony na jedenastą.

– Mówiłeś, że dziś masz wolne.

– Ale plany się zmieniły. Muszę pojechać na spotkanie z klientem.

– Przełóż to spotkanie, dziecko jest najważniejsze.

– Skoro takie ważne – obrócił się na wznak – to weź wolne i jedź z małą do przychodni.

– Nie da rady. Nie mogę. Dziś przedstawiam swój projekt. Od tego zależy mój awans.

– No ale przecież sama mówiłaś, że dziecko jest najważniejsze.

– Bo jest. Ale ono ma również ojca, który może przełożyć spotkanie z klientem na popołudnie – oświadczyłam stanowczo i wyszłam z sypialni, nie zamykając za sobą drzwi, choć tak naprawdę korciło mnie, żeby nimi porządnie trzasnąć.

Na szczęście kilka minut później Robert pojawił się już na dole. Starałam się nie zauważać jego nadętej miny. Sprawdziłam jeszcze temperaturę Oli, pocałowałam ją w policzek i w pośpiechu, dręczona wyrzutami sumienia, że zostawiam ją chorą, wyszłam z domu. Bartek akurat kończył odśnieżanie i miałam szansę zdążyć na czas.

* * *

Byłam właśnie w trakcie przedstawiania swojej prezentacji dotyczącej zagospodarowania terenu wokół nowej pływalni, która miała zostać oddana do użytku na wiosnę, kiedy rozdzwonił się mój telefon. Prawie podskoczyłam. Bardzo zależało mi na tym, żeby to mój projekt wygrał, bo to oznaczało awans i podwyżkę. Przez to całe poranne zamieszanie zapomniałam przed prezentacją wyłączyć telefon, który teraz z uporem maniaka dzwonił mi w kieszeni żakietu. Zignorowałam dzwonek i skupiłam się na prezentacji. Ale telefon zabrzęczał ponownie.

– Przepraszam, już go wyciszam – rzuciłam skrępowana, czując na sobie wymowne spojrzenia kilku par oczu.

– Proszę odebrać, pani Joanno – zaproponował mój szef. – A my zrobimy sobie może krótką przerwę, drodzy państwo.

– Dziękuję – powiedziałam i wyszłam na korytarz.

Ręce mi się trzęsły, bo zupełnie nie wiedziałam, jak mam odebrać tę „przerwę”. Czy mój projekt okazał się nudny i mało przekonujący, więc skorzystał z okazji by przerwać prezentację? Czułam, że zmierzam ku porażce, choć przygotowywałam się naprawdę starannie. Najwyraźniej był to najbardziej pechowy dzień w roku. Zanim wyjęłam telefon z kieszeni, rozdzwonił się na nowo. Spojrzałam na wyświetlacz.

Ola!?

– Skarbie, co się dzieje?!

– Mamo – jęknęła Ola, jakby się dusiła – ja rzygam, a tata poszedł na spotkanie.

– Jak to poszedł na spotkanie?! – Czułam, jak puls mi przyspiesza.

– No poszedł – zachlipała Olka. – Dał mi lekarstwo i powiedział, że niedługo wróci.

– I zostawił cię samą i chorą w domu? – spytałam bezsensownie.

– Tak. Powiedział, że mam już prawie jedenaście lat, jestem duża i sobie poradzę.

– A co powiedział lekarz?

Ola nie odpowiedziała od razu. Słyszałam, jak wymiotuje.

– Nie byliśmy u lekarza – wyjęczała wreszcie – bo było dużo ludzi. Tato kupił mi w aptece syropek.

– Chryste, jaki syropek?

– No taki, żebym już nie rzygała, bo upaprałam mu siedzenia w samochodzie.

Tak się we mnie zagotowało, że gdyby w mieście doszło teraz do awarii ogrzewania, mogłabym robić za dostawcę ciepła. Po raz drugi dzisiejszego dnia wzięłam kilka głębokich wdechów i pomyślałam, że nieodpowiedzialność mojego męża osiągnęła właśnie apogeum. Miałam ochotę go zabić.

– Olu, już do ciebie jadę. Zaraz będę w domu. Staraj się spokojnie leżeć i nie pij już tego syropu, który kupił ci tata.

– Dobrze, mamusiu.

Oto cudowny przykład tego, w jaki sposób mąż potrafi podciąć skrzydła żonie. Wiedziałam już, że nie mam szans na dokończenie swojej prezentacji i generalnie mogłam się pożegnać z nadziejami na awans i podwyżkę. Przeprosiłam szefa.

– Pani Joanno, wiadomo, że dziecko w tym momencie jest najważniejsze – zapewnił mnie pocieszająco.

– Dziękuję bardzo za wyrozumiałość – odpowiedziałam. Pożegnałam wszystkich i wyszłam z budynku, połykając łzy porażki. W duchu ciskałam klątwy na głowę mojego męża, który najwyraźniej doszczętnie zwariował.

ROZDZIAŁ 2

Kiedy przyjechałam do domu, Ola spała. Zmierzyłam jej temperaturę i okazało się, że od rana znacznie podskoczyła. Trzydzieści dziewięć stopni. Nie mogłam uwierzyć, że Robert tak zbagatelizował stan zdrowia naszej córki. Mała była tak zmęczona torsjami, że nawet nie miała siły otworzyć oczu, kiedy próbowałam ją obudzić. Musiałam natychmiast pojechać z nią do lekarza. Spojrzałam na rozpaloną buzię Oli i jej zamknięte oczy. Przez chwilę miałam zamiar włożyć jej kurtkę na śpiąco, ale stwierdziłam, że i tak nie zataszczę jej na rękach do samochodu. Zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, internisty/kardiologa/chirurga.

– Hej, Asiu – usłyszałam jej melodyjny głos. – Coś się stało?

– Hanka, błagam, powiedz, że masz teraz czas i możesz wpaść do mnie.

– No mam. Idę dopiero na nockę.

– Chwała Bogu. Bierz te swoje stetoskopy i przyjeżdżaj. Ola ma wysoką temperaturę i wymiotuje.

– Dobra, zaraz będę.

Robert wrócił, kiedy Hania kończyła wypisywać receptę. Popatrzył na nas zaskoczony, jakby zupełnie zapomniał, że zostawił w domu chorą córkę. Wręczyłam mu receptę, zanim zdążył się odezwać.

– Jedź do apteki i wykup dziecku lekarstwo. Tylko na miłość boską nie pomyl się i nie traf do weterynarza, bo po akcji, jaką odwaliłeś, śmiem twierdzić, że coś ci padło na mózg. – Spiorunowałam go wzrokiem.

– A co z Olą?

– Grypa żołądkowa – odpowiedziałam oschle.

– Czyli będziemy rzygać wszyscy.

– Robert, rusz się, bo musimy jej zbić temperaturę.

Kiedy wyszedł, Hanka spojrzała na mnie z niemym pytaniem.

– Miał iść z małą rano do lekarza. Zamiast tego pojechał na spotkanie z klientem i zostawił Olę samą w domu. W przychodni było dużo ludzi, więc wpadł na cudowny pomysł i kupił w aptece jakiś syrop przeciwwymiotny – wyjaśniłam w skrócie.

– To zupełnie do niego niepodobne. Zachował się jak nie on.

– Dokładnie. Ostatnio w ogóle go nie poznaję.

– Może jest przepracowany, przemęczony…

– Jak ograniczy te delegacje, to może odzyska swoje dawne usposobienie, bo od jakiegoś czasu jest zupełnie nie do zniesienia.

– Mamo daj miskę, będę…

– Już pędzę…

Zanim zdążyłam wstać, Ola zwymiotowała na podłogę. Kiedy już sprzątnęłam i położyłam jej na głowie zimny okład, zeszłyśmy z Hanią do kuchni.

– Masz może herbatę miętową? – zapytała przyjaciółka.

– Mam.

– Zaparz ją Oli, ale podawaj raczej chłodną. W ogóle pamiętaj, żeby dużo piła. Jeśli nie będzie miała apetytu, nie zmuszaj jej do jedzenia, może podaj coś lekkostrawnego. Najważniejsze jest uzupełnianie płynów. Myślę, że za trzy dni będzie po jelitówce.

– Chyba że Robert wykrakał i legniemy wszyscy zarzygani po kolana.

– Bądź dobrej myśli.

– Haniu, na śmierć zapomniałam. Wypiszesz mi zwolnienie do pracy?

– Jasne. A jak tam twój projekt?

– Nie pytaj, bo mi skóra cierpnie na samo wspomnienie.

– Nie spodobał się?

– Tego nie wiem. Dziś byłam w trakcie prezentacji i wtedy zadzwoniła zapłakana Ola, że wymiotuje i że Robert pojechał na spotkanie, a ona została sama. Zgarnęłam laptopa, przeprosiłam towarzystwo i przyjechałam do domu.

– Szkoda. Tobie, bidulo, ciągle wiatr w oczy. Kiedy już się wydaje, że złapiesz trochę oddechu, jebut! Albo choroba Oli, albo wybity nadgarstek Bartka. Uroki macierzyństwa.

– Ja już sobie nawet tego nie próbuję tłumaczyć. Kocham moją rodzinę, ale praca też jest dla mnie ważna. Przy tym projekcie tyrałam jak wół i co? Dupa blada.

– Głowa do góry, jeszcze nadejdzie twoje pięć minut – zapewniła mnie Hania ciepło. – Muszę zmykać, Asiu, chcę jeszcze zrobić zakupy przed pracą. Dbaj o młodą, a jakby co, to dzwoń.

– Dzięki, kochana.

Z Hanką znałyśmy się od przedszkola, połączyła nas szczera niechęć do szpinaku i innej zieleniny i kolegi Darusia, któremu nalałyśmy kisielu w ustawione równo kozaczki w szatni. Wcinał kozy, jakby były daniem z górnej półki i ciągle ciągnął nas za włosy. Brzydziłyśmy się Darusiem, jego rąk, bo wydawało nam się, że są pełne zdobyczy z jego nosowych wykopalisk. Czego nie dojadł to wcierał nam we włosy – tak wtedy myślałyśmy. Za te kozaczki nam się oberwało, bo Darek tak rozdarł japę, że do szatni zleciały się wszystkie panie przedszkolanki. Całą podstawówkę i liceum siedziałyśmy w jednej ławce i w ogóle byłyśmy nierozłączne. Nasze drogi rozeszły się dopiero po maturze. Ona poszła na medycynę, a ja na architekturę krajobrazu.

Siedziałam na górze przy Oli, kiedy wrócił Robert.

– Mam to lekarstwo.

– Ciszej, dopiero co zasnęła. Podam jej, jak się obudzi, okłady nieco obniżyły temperaturę.

– Asiu, przepraszam, ale musiałem pojechać na to spotkanie.

– Oczywiście. Czy ja mam do ciebie jakieś pretensje? Przecież twoja praca jest najważniejsza. Ola jest prawie dorosła, w końcu skończyła już dziesięć lat, a moja praca… nią się nawet nie przejmuj. – Machnęłam ręką. – Nic się nie stało, że dwa miesiące pracy nad projektem trafił szlag i awans czmychnął mi sprzed nosa. Robciu, skup się na sobie i na swoich klientach, wszak ty tu gacie nosisz. Co nie?

– No i po co ten sarkazm. Naprawdę cię za to przepraszam.

Myślałam, że uda mi się zapanować nad emocjami. Rzadko wybuchałam, ale dziś awantura wisiała w powietrzu od rana. Najpierw ten nieodśnieżony podjazd i te jego lekceważące odzywki, chociaż to może jeszcze bym jakoś przełknęła, ale tego, że zostawił chorą Olkę samej sobie, nie mogłam mu darować.

– Mnie przepraszasz?! Przeproś Olę! Pomyślałeś, że mogłoby się coś stać, że mogła się na przykład zachłysnąć wymiocinami albo dostać drgawek z wysokiej temperatury?! W takiej sytuacji przepraszam też załatwiłoby sprawę?

– W tej chwili dramatyzujesz i wymyślasz niestworzone historie. Sama widzisz, że to tylko jelitówka, nic wielkiego, nic takiego się nie działo.

– Boże! Czy ty siebie słyszysz? Gdzie się podział ten odpowiedzialny i troskliwy facet, co?! Wraz z pojawieniem się siwych włosów ubyło ci chyba szarych komórek. Tobie już całkiem odbiło albo to jest jakaś andropauza, bo jeszcze do niedawna dzieci były dla ciebie najważniejsze, tak jak dla mnie i za żadne skarby nie przedłożyłbyś pracy ponad któreś z nich.

– Lepiej popatrz na siebie. Też masz korbę na punkcie swojej pracy. Ślęczysz nad tą zieleniną i wsadzasz w ziemię te badyle, które i tak ostatecznie więdną. A do tego ostatnio przytyłaś chyba z dziesięć kilo, to pewnie menopauza – odciął się bezczelnie.

– Słuchaj, ja te kilogramy zawsze mogę zgubić, a ty już raczej nie zmądrzejesz. Poza tym nie mam ochoty na dalszą polemikę z tobą. Wiedz tylko jedno. Nie zostawiłabym już z tobą nawet kanarka. – Odwróciłam się na pięcie i poszłam sprawdzić, czy Ola się czasem nie przebudziła.

Przysiadłam na brzegu jej łóżka, czułam pieczenie łez pod powiekami. Robert się zmienił. Nie tylko w stosunku do mnie. Przestał być moją podporą, przestał być partnerem. Ojcem i mężem też stał się nie najlepszym. Czy ja naprawdę aż tak utyłam? To fakt, że w ciągu dnia często nie miałam czasu, żeby spokojnie zjeść, więc wieczorem, kiedy uporałam się już z wieszaniem prania, ogarnianiem kuchni i tysiącem innych czynności, siadałam spokojnie i jadłam. A to chlebek ze smalcem i solą plus ogórek kiszony, a to kajzerka z żółtym serem, albo i dwie. A to paczka hitów albo czekolada z orzechami, do ostatniej kosteczki, bo przecież tak ją uwielbiam. Spojrzałam na siebie w lustrze szafy i próbowałam zobaczyć się oczami Roberta. Twarz zawsze miałam drobną, chociaż tego drugiego podbródka jeszcze niedawno nie widziałam. Cera też mi jakoś poszarzała, a piwne oczy straciły blask. Włosy prosiły o podcięcie, a uda i biodra o liposukcję. No dobra, oponka na brzuchu mogłaby robić za koło ratunkowe, ale czy to powód, żeby traktować mnie jak służącą? Lekceważyć? Zbywać wszelkie moje uwagi i problemy? Kiedyś Robert często powtarzał mi, że mam piękne oczy, że one uśmiechają się nawet wtedy, gdy się nie uśmiecham. Mówił, że uwielbia całować moje pełne usta i że w ogóle bardzo mu się podobam. Nawet nie dostrzegłam momentu, w którym przestał mi to mówić. Chyba uznałam za pewnik, że zawsze będę dla niego atrakcyjna, tak jak on dla mnie. Okazało się, że teraz dostrzegał tylko moje dodatkowe kilogramy, a cała reszta przestała się liczyć.

– Mamo, chce mi się pić. – Głos Oli wyrwał mnie z tych ponurych rozważań.

– Chcesz wody czy herbatki miętowej?

– Wody.

Nalałam do szklanki wody niegazowanej i podałam córce.

– Fuj. Czemu nie ma bąbelków?

– Ciocia Hania powiedziała, że jeśli chcesz szybko wyzdrowieć, musisz pić wodę niegazowaną.

– Ale po niegazowanej jeszcze bardziej zasycha mi w gardle i nie czuję, że cokolwiek wypiłam.

– Wolisz wymiotować czy wyzdrowieć?

– Wyzdrowieć – padła rozsądna odpowiedź.

– Zmierzymy temperaturę.

– Tata już wrócił?

– Tak.

– Myślałam, że ze mną zostanie, a on sobie poszedł do pracy.

I co jej miałam powiedzieć? Że też jestem tym rozczarowana, że zachował się nieodpowiedzialnie i egoistycznie? Spróbowałam go usprawiedliwić, chociaż gdyby mnie ktoś zapytał dlaczego, nie wiedziałabym co powiedzieć.

– Tata myślał, że przykleiła ci się do żołądka skórka z pomidora i to cię tak męczyło.

– Ale ja nie jadłam pomidora.

– Tak, tylko tata nie wiedział, bo dopiero wczoraj wrócił z delegacji.

Źle się czułam z tym kłamstwem. Ola była bardzo spostrzegawczą dziewczynką.

– Ty byś mnie nigdy nie zostawiła, mamusiu, niezależnie od tego, czy zjadłabym pomidora, czy coś innego.

– Pokaż, sprawdzimy, czy masz gorączkę – zmieniłam temat.

– Ile jest?

– Trzydzieści osiem. Przyniosę ci lekarstwo i coś do jedzenia. Na co masz ochotę?

– Nie jestem głodna.

– Boli cię jeszcze brzuszek?

– Kłuje mnie tutaj. – Wskazała paluszkiem na okolice pępka.

– Ciocia Hania powiedziała, że jutro będziesz jak nowo narodzona, tylko musisz dużo pić i coś przekąsić. Może ugotuję ci rosół?

– Może rosołku bym zjadła, ale nie dużo, tak tylko troszeczkę.

– Chcesz się położyć na dole w salonie, włączę ci telewizor i będę cię miała na oku podczas gotowania obiadu, co ty na to?

– Dobrze.

Kiedy zeszłyśmy na dół, Robert właśnie rozpakowywał zakupy. Nic mu nie mówiłam, żeby pojechał do sklepu. Widocznie główka zaczęła pracować.

– Jak się czuje moja mała księżniczka? – zwrócił się do Oli.

– Tatusiu, dlaczego sobie pojechałeś?

– Kochanie, nie było mnie dosłownie dwie godzinki.

– Ale ja chciałam, żebyś był ze mną, a nie w pracy. Tak źle się czułam, kręciło mi się w głowie i strasznie bolał mnie brzuch.

Dobrze ci tak, pomyślałam w duchu. Tłumacz się teraz przed naszą rezolutną córką.

– Wiem, skarbie, ale kiedy wychodziłem z domu, mówiłaś, że po tym syropie czujesz się lepiej.

– Bo tak było, ale i tak go za chwilę wyrzygałam i potem zadzwoniłam do mamy.

– Przepraszam, księżniczko.

– Widzisz, jestem naprawdę chora i to nie jakaś skórka z pomidora mi się przykleiła.

– Skórka z pomidora?

– No przecież tak mówiłeś.

– Ja? – spytał zdziwiony i popatrzył na mnie. Odpowiedziałam mu znaczącym spojrzeniem, więc załapał, że wymyśliłam tego pomidora.

– A no tak, zupełnie zapomniałem, że tak powiedziałem. Kiedyś, kiedy byłem mniej więcej w twoim wieku, przytrafiła mi się właśnie taka przygoda. Spędzałem wtedy wakacje u mojej babci na wsi. Moja babcia miała ogromny ogród warzywny i tego roku obrodziły pomidory. Rosły na krzakach i kusiły czerwienią. Zrywaliśmy je prosto z tych krzaków i jedliśmy jak jabłka. Pewnej nocy obudziłem się z okropnym bólem brzucha i wymiotowałem do rana. Babcia powiedziała wtedy, że do żołądka przykleiła mi się skórka z pomidora, bo za dużo ich zjadłem, to raz, a dwa, źle pogryzłem.

– A miałeś też gorączkę?

– Nie pamiętam, Oleńko, ale do końca wakacji nie zjadłem ani jednego pomidora.

Ola uśmiechnęła się na moment, a potem oznajmiła, że chyba będzie wymiotować. Tym razem do toalety towarzyszył małej Robert, który chyba chciał jej zrekompensować poranny incydent.

– Położyłem ją na kanapie w salonie i włączyłem telewizor – usłyszałam po chwili. – Kupiłem kurczaka na rosół.

– Tak, widziałam. Ola musi coś zjeść, a Hania mówiła, żeby to były lekkie posiłki.

– To może usiądź sobie koło niej, a ja ugotuję rosół.

– Dobra. Marchewka, pietruszka i seler są w lodówce w dolnej szufladzie po prawej stronie. Nie zapomnij dodać odrobinki kurkumy i…

– Asiu, przecież wiem.

No tak. W ostatnim czasie weszło mi w nawyk dbanie o cały dom bez niczyjej pomocy. Zapomniałam już, że Robert potrafił świetnie gotować.

ROZDZIAŁ 3

Robert zaraził się jednak grypą żołądkową. Był wściekły, bo ponoć przeszedł mu koło nosa dość intratny klient. I kolejna delegacja, którą w tych okolicznościach musiał przełożyć. Coś mi tych wyjazdów ostatnio było za dużo. Jakoś w minionych latach te wyjazdy nie zdarzały się tak często, a teraz co rusz znikał z domu. Gdyby jeszcze zmienił pracę, to może nie zwróciłabym większej uwagi, ale nie, pracę miał tę samą, stanowisko to samo, a wyjazdów jak za cały dział. Tym razem o wyjeździe nie było mowy.

Wirus uderzył w niego z dwóch stron, więc okupował toaletę niemal non stop.

– Umrę – stękał, kiedy tylko znalazłam się w zasięgu jego wzroku.

– Och, to jelitówka, nic wielkiego – odgryzłam się za Olę.

– Będziesz się teraz nade mną pastwić?

– Gdzie tam. Ugotuję ci rosołku, chcesz?

Był piątkowy poranek. Za oknem rządziła zima, a ja zdałam sobie sprawę, że do świąt zostało już niewiele czasu. Hanka wypisała mi zwolnienie lekarskie na cały tydzień, więc cieszyłam się, że przy okazji nadrobię gruntowne sprzątanie domu.

Na szczęście Ola szybko pokonała wirusa jelitówki i już nie mogła się doczekać, kiedy wróci do szkoły.

– Oleńko, jesteś ciągle troszkę osłabiona, wolałabym, żebyś została jeszcze w domu. Powiedzmy jeden dzień, dla pewności.

– A jak mnie tatuś zarazi?

– Nie zarazi. Idź sobie coś poczytaj, chyba że chcesz mi pomóc w sprzątaniu.

– A co będziemy sprzątać?

– Ja zdejmę firanki, a ty możesz wycierać kurze i odkurzać. Może być?

– Zgoda.

Jak dobrze mieć taką małą kobietkę w domu. Ola w przeciwieństwie do Bartka, dbała o porządek w swoim pokoju. Bartek, żeby usiąść do biurka, musiał je odgruzować. Przy czym to odgruzowywanie wyglądało tak, że maksymalną ilość rzeczy Bartek upychał w szufladach, nie bacząc, czy są to ogryzki jabłek, niepotrzebne papierzyska, czy drobniejsze elementy garderoby. Pozostałe ubrania piętrzyły się zwykle na łóżku, krześle i komodzie. Od kilku miesięcy omijałam jego pokój szerokim łukiem i w nim nie sprzątałam, bo on po prostu i tak tego nie doceniał. Pamiętając jednak o zbliżających się świętach, postanowiłam wyjątkowo zajrzeć do Bartkowego królestwa. Siedział przed laptopem ze słuchawkami na uszach i grał w jakąś ogłupiającą grę.

– Bartek, posprzątaj pokój, bo niedługo nie da się tutaj wejść.

Cisza.

– Bartek!

Cisza.

Podeszłam do niego i klepnęłam go w ramię.

– Jezu, mamo, nie strasz mnie!

– Przerwij tę bezsensowną grę i zrób tu porządek.

– Zaraz – powiedział, nie przestając grać.

– Bartek, mówię do ciebie.

– No przecież słyszę, ale teraz nie mogę przerwać, nie mogę tego zasejwować.

– Możesz. – Stanęłam przy nim i położyłam dłoń na klapie tak, by wiedział, że w każdej chwili mogę mu pomóc zakończyć grę.

– Mamo!

– Ostatni raz powtarzam: sprzątnij swój pokój. I gdy tutaj wrócę za kilkanaście minut, ma być porządek.

– Za kilkanaście minut? – Spojrzał na mnie z rozdziawionymi ustami.

– Bartek, gdybyś chował czyste rzeczy do szafy, a brudne wkładał do kosza, nie byłoby tutaj takiego syfu. Poza tym zalęgły ci się muszki owocówki i niedługo zaczną cię obgryzać, jeśli nie znajdziesz źródła. Do roboty. Jazda!

Po południu, kiedy wszystkie firanki uprane i pachnące wisiały już z powrotem na oknach, a dom lśnił czystością, zadzwonił mój szef. Odebrałam telefon, spodziewając się jakiejś awarii.

– Dzień dobry, pani Joanno – zaczął szef radosnym tonem. – Mam dla pani świetną wiadomość.

– Dzień dobry. Słucham zatem.

– Mimo że w poniedziałek nie udało się pani dokończyć swojej prezentacji, wykonawca orzekł, że pani projekt najbardziej mu się podobał i wygląda na to, że się pani udało.

– To niemożliwe! – zdumiałam się niebotycznie. – Przecież przedstawiłam tylko połowę zagospodarowania terenu!

– Widocznie to, co zobaczył, spodobało mu się najbardziej. Oczywiście w poniedziałek czeka panią dokończenie prezentacji.

– Tak, oczywiście. Jestem niesamowicie zaskoczona.

– Wiedziałem, że jest pani najlepsza z całej kadry.

Ta, jasne.

Mój szef był dziwnym człowiekiem. Czasem wydawało mi się, że ma nowy pogląd na każdy dzień roboczy. Koleżanki poinformowały mnie, że w ten fatalny poniedziałek szef nadskakiwał wykonawcy, zachwalając projekt Marty, która chciała za wszelką cenę zostać menedżerką naszego działu, krótko mówiąc, ubiegała się o to samo stanowisko, co ja. Mnie kochany przełożony spisał na straty, bo musiałam gnać do chorego dziecka, a dziś mi cukruje, jakbym miała zostać pracownikiem roku.

– Dziękuję. Nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Wykonawca przecież musi zobaczyć całość projektu.

– Pani Asiu, myślę, że to tylko pro forma. On jest pani pomysłem wprost zachwycony.

Dziwne, pomyślałam. Pamiętam, że wykonawca spoglądał na mnie spod ciemnych rzęs, co jakiś czas uśmiechał się pod nosem i kiwał głową.

– Nie wiem, co powiedzieć.

– Proszę się oswoić z myślą o awansie i widzimy się w poniedziałek. Do widzenia.

– Dziękuję za informacje. Do widzenia.

Z wrażenia zaschło mi w ustach. Chwyciłam z blatu butelkę z wodą mineralną i zaczęłam łapczywie pić. Serce biło mi, jakbym ukończyła maraton życia, a uśmiech nie schodził z ust.

Co za cudowny dzień. Chciało mi się skakać pod sufit. Projekt spodobał się wykonawcy, a to oznaczało, że moja ciężka praca nie poszła na marne. Musiałam natychmiast porozmawiać z Robertem.

Kiedy weszłam do sypialni, odkładał właśnie telefon i wyglądał, jakbym nakryła go na kradzieży słodyczy. Miał minę winowajcy. Pomyślałam jakoś tak mimowolnie, że ostatnio strasznie się kryje z rozmowami. Nie rozstawał się z telefonem, zabierał komórkę nawet do łazienki. Odsunęłam tę myśl pospiesznie.

– Jak się czujesz? – zagaiłam.

– Już lepiej.

– Słuchaj, Robert, musisz ograniczyć wyjazdy w delegacje.

– Jak to? Dlaczego?

– Okazało się, że mój projekt jednak wygrał, mimo że nie zdążyłam przedstawić go w całości. Właśnie rozmawiałam z szefem i powiedział mi, że awans i podwyżkę mam w kieszeni. Nie będę mogła teraz brać opieki na Olę, gdy nagle się rozchoruje, ani ogarniać wszystkiego sama. Będę odpowiedzialna za cały dział i muszę być dyspozycyjna.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – spytał z pretensją.

Zrobiło mi się przykro. Żadnych gratulacji, cienia nawet radości czy dumy. Poczułam się jak służąca, której zadaniem jest tylko gotować, prać, sprzątać, prasować i myć obszczany kibel, ale sama nie może mieć żadnych ambicji, ani tym bardziej stawiać jakichkolwiek wymagań. Moja praca go w ogóle nie interesowała. Liczyło się tylko to, co on robił, bo zarabiał więcej. Ale przecież teraz miało się to zmienić.

– A co tu jest do rozumienia? Mamy dzieci, razem je mamy, gdybyś zapomniał. Mamy też dom i w ogóle jesteśmy rodziną. A to znaczy, że obowiązki mamy wspólne. Będziesz musiał ograniczyć wyjazdy do minimum, przynajmniej na początku, a jak będziesz w domu częściej, to na pewno zaprocentuje.

– Aśka, ty chyba oszalałaś! Przecież wiesz, że czasem muszę wyjechać, żeby podpisać umowę i dogadać szczegóły!

– Zgadza się. Czasem! Natomiast ostatnio wyjeżdżasz co tydzień i nie ma cię po trzy dni. Powiedz mi, jak to kiedyś robiłeś, że potrafiłeś podpisać umowę i dogadać szczegóły podczas jednego spotkania i udawało ci się wrócić do domu na kolację lub na następny dzień?

Robert poczerwieniał. Już widziałam, jak wytacza armatnie działa przeciwko mnie.

– Jak zwykle niczego nie zauważasz. Konkurencja na rynku rośnie i czasem jednemu klientowi trzeba poświęcić maksimum czasu, żeby przekonać go do naszego produktu.

– Mam wrażenie, że jesteś jedynym pracownikiem w firmie, który poświęca maksimum czasu jednemu klientowi. Adam wyjeżdża góra raz w miesiącu.

Adam był współpracownikiem i przyjacielem Roberta. Spotkałam ostatnio jego żonę. Nie byłyśmy jakoś szczególnie zaprzyjaźnione, bo nadawałyśmy na zupełnie innych falach. Dla niej liczyły się modne ciuchy, tony butów i torebek, wizyty u kosmetyczki co najmniej raz w tygodniu i imprezowanie. Jedynym wspólnym tematem byli właściwie nasi mężowie. Dlatego też, po chwili niezobowiązującej rozmowy, wiedziałam już, że Adam jeździ w delegacje o wiele rzadziej.

– Porównujesz mnie do Adama? – oburzył się.

– Przecież to twój przyjaciel – przypomniałam mu, bo zareagował, jakbym próbowała go obrazić.

– No i co z tego? Nie wyjeżdża, bo nie jest tak dobry jak ja.

– Coś ostatnio mniemanie o sobie skoczyło ci nieprzyzwoicie w górę. Gdzie się podział ten człowiek, który jeszcze niedawno miał nieco pokory i dystansu do własnej osoby?

Właściwie już jakiś czas temu powinnam zadać sobie to pytanie i przynajmniej podjąć jakąś próbę znalezienia odpowiedzi. Robert się zmienił i to bardzo. W codziennej bieganinie nie dostrzegałam tych zmian. Żyliśmy jak większość rodzin – w pędzie. Nadmiar obowiązków od jakiegoś czasu nie pozwalał na relaks i rozmowy przy lampce wina. A ostatnio lwia część tych obowiązków spadła na mnie, bo on wyjeżdżał, coraz częściej i częściej. A im częściej wyjeżdżał, tym więcej zajęć spychał na mnie. Z konieczności nauczyłam się wykonywać wiele męskich prac, a mój mąż z partnera zmienił się w sublokatora. Biegnąc od jednej roboty do drugiej, jakoś tego nie zauważałam. Nie miałam czasu albo może nie chciałam się zastanawiać, ale ten tydzień zmusił mnie do otwarcia oczu i do niejednej przykrej konkluzji.

– W dzisiejszych czasach nie istnieje coś takiego jak pokora – pouczał mnie Robert. – Musisz przeć naprzód jak taran, bo inaczej znajdą się lepsi i zdepczą cię jak stonkę.

– Wiesz co? Masz rację – zgodziłam się, a na twarzy Roberta odmalował się triumf podkreślony jeszcze niesamowitym samozadowoleniem. – Dlatego od poniedziałku przestaję pokornie godzić się na podział ról jak za króla Ćwieczka. Podzielimy obowiązki domowe po równo – kontynuowałam. – Mieszkasz tu tak samo jak ja, więc korona ci z głowy nie spadnie, jeśli czasem zrobisz dzieciom rano śniadanie, ugotujesz obiad, sprzątniesz łazienkę czy zaścielisz nasze wspólne łóżko. Moja praca jest tak samo ważna jak twoja i dłużej nie mogę i nie będę was wszystkich obsługiwać. Muszę przeć naprzód jak taran, bo mnie zadepczecie jak stonkę.

– Ty chyba zwariowałaś! Nie zamierzam siedzieć w domu. Mamy kredyt do spłacenia!

Kredyt był ostatnio argumentem ostatecznym. Kiedy przed dwoma laty kupiliśmy ten dom, wiedzieliśmy doskonale, że za wygodę i komfort trzeba będzie zapłacić, ale jakoś godziliśmy pracę z życiem rodzinnym i nikt z nikogo nie robił wyrobnika. Raty nam się nie zwiększyły, dlaczego zatem przestawaliśmy dawać radę?

– To ty zwariowałeś. Te wyjazdy zrobiły ci papkę z mózgu i stałeś się typowym szowinistą, który uważa się za lepszego od innych i dla reszty ma jedynie pogardę. Myślisz tylko o sobie, a my się mamy dostosować do tego, co uznasz za ważne. Zupełnie się z nami nie liczysz.

– No co jeszcze wymyślisz?

– Nic. Od poniedziałku dopisujesz sobie do grafiku obowiązki domowe i już.

Wyszłam z sypialni, nie pozostawiając mu czasu na odpowiedź. Czas na czyny i odłożenie skrupułów na półkę.

Po rozmowie z Robertem mój radosny nastrój prysł niczym bańka mydlana. Zamiast ekscytacji czułam irytację i jakoś nie mogłam się uspokoić. Wstawiłam do piekarnika zapiekankę rybną, po czym wyjęłam z szafki mikser i zabrałam się do pieczenia babki. Miałam ochotę na wizytę u mojej sąsiadki.

ROZDZIAŁ 4

Pani Ania miała siedemdziesiąt trzy lata i mimo dzielącej nas różnicy wieku, szybko zajęła szczególne miejsce w moim sercu. Pamiętam, że kiedy się tutaj wprowadziliśmy, ona jako pierwsza z sąsiadów powitała nas bardzo serdecznie. Nasze posesje dzielił jedynie niewysoki płot, więc często ze sobą rozmawiałyśmy, a z czasem zaczęła mnie zapraszać na herbatkę malinową i swojskie ciasto drożdżowe z owocami. Mieszkała w dużym domu całkiem sama, ponieważ pięć lat temu pochowała ukochanego męża. Lubiłam jej opowieści, jej spokój i mądrość. Była niesamowicie ciepłą kobietą, a przy tym zaskakująco samotną. Miała dwoje dzieci, syna i córkę, ale oni bardzo rzadko odwiedzali matkę, w ich życiu liczyła się jedynie kariera. Przypomniałam sobie, jak otworzyła się przede mną, jak opowiedziała o nich, po raz pierwszy zwierzając się ze swoich rozczarowań i smutków. Grabiłam liście w ogrodzie, gdy pani Ani pojawiła się na tarasie.

– Asiu, zostaw te liście, zaraz zacznie padać, tylko zmokniesz i się zaziębisz.

– Już niewiele mi zostało, ale chyba ma pani rację. Trochę przemarzłam.

– Zapraszam na herbatę. Właśnie wyjęłam z piekarnika drożdżowca z tegorocznymi jagodami. Mówię ci, zapach jest obłędny.

– Chyba tego mi trzeba. Zaraz do pani przyjdę, tylko schowam narzędzia.

Kiedy usadowiłyśmy się w jej kuchni, która moim zdaniem powinna trafić do jakiegoś magazynu jako ilustracja stylu prowansalskiego, pani Ani zaczęła snuć wspomnienia.

– Miałam dwadzieścia cztery lata, kiedy poznałam swojego męża. Dość długo musiał się nalatać, żebym dała się zaprosić na kawę. – Uśmiechnęła się na to wspomnienie. – Z mojej strony to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, za to on zawsze mówił, że gdy tylko mnie ujrzał, nie mógł przestać o mnie myśleć. Z czasem i ja poczułam, że sympatia, jaką go darzyłam, przerodziła się w prawdziwą miłość. Ujął mnie swoim sposobem bycia, troską, opiekuńczością i poczuciem humoru. Miłość nie zawsze przychodzi od razu, czasem rozkwita pomalutku, ujawnia swe piękne płatki jak róża. Wzięliśmy ślub, potem na świat przyszły nasze dzieci. Zrezygnowałam z pracy, chociaż bardzo ją kochałam, byłam architektem. Poświęciłam się rodzinie bezgranicznie i wiesz co? Nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w domu. Czułam się spełniona jako matka. Na moich oczach wyrzynały się pierwsze ząbki, padały pierwsze słowa, byłam świadkiem pierwszych samodzielnych kroków. Starałam się wychować swoje dzieci na dobrych ludzi. Stworzyłam im dom, do którego chętnie wracały. Zawsze pachniało w nim obiadem i świeżym ciastem. Kiedy oboje poszli na studia, odczułam tę rozłąkę bardzo boleśnie. A oni zachłysnęli się innym życiem. Wielkie miasto, wielkie perspektywy, nowe znajomości... Wtedy zdałam sobie sprawę, że pewien etap w naszym życiu na dobre się skończył. Staraliśmy się z mężem wypełniać sobie czas tak, aby jak najmniej odczuwać tę ciszę, która nagle zapanowała w domu. Ja zaczęłam brać zlecenia i projektowałam w domu. Były to niewielkie projekty, ponieważ dawno wypadłam z obiegu, a rynek się zmienił. Z czasem jednak z pomocą przyjaciółki, która prowadziła biuro architektoniczne, podłapałam wszystkie nowinki. Praca sprawiła, że na nowo odzyskałam radość życia. Przestałam wsłuchiwać się w ciszę. Dzieci coraz rzadziej zaglądały do domu. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd w ich wychowaniu. Wcześniej wydawało mi się, że kochają nas na tyle mocno, że nic nie zdoła naruszyć tych więzi. Niestety, prawda jest taka, że jeżeli ktoś ulega wpływom, to towarzystwo potrafi zniszczyć wypracowany światopogląd, by zastąpić go nowym, niekoniecznie lepszym. I tak okazało się, że nasze dzieci wcale nie potrzebują kontaktu z nami, inne rzeczy okazały się dla nich istotniejsze niż dwoje staruszków pozostawionych na prowincji. Tak mijały lata. Spędzaliśmy z dziećmi święta, ale to w Poznaniu toczyło się ich prawdziwe życie. Kiedy zmarł mój mąż, dzieci zadecydowały, że ten dom jest dla mnie za duży. Nawet ze mną nie rozmawiały. Uznały, że powinnam go sprzedać, kupić sobie mieszkanie, a co zostanie ze sprzedaży, podzielić między nich, bo przecież mnie się właściwie na nic ta kasa nie przyda. Ani córka, ani syn nie pomyśleli, że po śmierci ich ojca jest mi ciężko i potrzebowałabym z ich strony wsparcia. Żadne z nich nie zaproponowało mi, żebym zamieszkała z nimi chociaż przez pierwsze miesiące. Postanowiłam wtedy, że nie sprzedam domu. Otrząsnęłam się z bezgranicznego bólu i stwierdziłam, że skoro jestem sama i nie mogę liczyć na własne dzieci, to niech zostaną ze mną chociaż wspomnienia, a wspomnień związanych z tym miejscem mam przecież naprawdę wiele. I rzeczywiście, po jakimś czasie, gdy zaczęłam godzić się ze stratą, cieszyłam się, że nie sprzedałam domu. Tutaj znajdowały się przedmioty, których dotykał mój mąż, w ogrodzie rosły drzewa, które on posadził. Było mi ciężko i jest mi ciężko, ale życie to pasmo upadków i wzlotów, które hartują nas każdego dnia. Stary człowiek nie jest nikomu do niczego potrzebny. Młodzi w dzisiejszych czasach wolą oddać starych rodziców do domu starców i mieć problem z głowy.

Wróciłam do teraźniejszości, kiedy mój piekarnik zasygnalizował, że babka właśnie się upiekła. Wyjęłam pięknie wyrośnięte ciasto.

– Mamo, jestem głodny – oświadczył Bartek, stając w drzwiach kuchni.

– Dopiero jadłeś obiad, synu.

– No wiem, ale co tak pachnie?

– Upiekłam babkę.

– Zrób mi tosty z dużą ilością sera i pieczarek.

– Bartek, masz osiemnaście lat i dwie sprawne ręce. Ja dziś od rana nie usiadłam spokojnie, żeby napić się herbaty.

– Mamo, ale ty robisz najpyszniejsze tosty świata.

– Synu, a ja chętnie spróbowałabym, jak smakują twoje.

– Ale ja nie chcę jeść swoich, tylko twoje.

– W takim razie nie jesteś głodny.

– Właśnie, że jestem.

– To sobie zrób, dziecko. Ja za chwilę wychodzę.

– Dokąd?

– Do naszej sąsiadki, a ty z tatą miejcie oko na Olę.

– Mamo, jest piątek i za chwilę gramy z chłopakami w LoL-a, a ty mi każesz pilnować Olki?

– Nie każę ci jej pilnować, tylko mieć na nią oko.

– Boże, co za koszmar.

– Koszmar? Przypominam ci, że jesteś w maturalnej klasie i koszmarem może okazać się twoja przyszłość, jeśli nie zdasz matury.

– Przecież jest dopiero grudzień, a matura jest w maju.

– Przypomnę ci tę rozmowę, jak odbierzesz wyniki.

– Oj dobra, mamo, idę na górę.

Mój syn był dobrym dzieckiem, ale ostatnimi czasy zaczął naśladować Roberta i odzywał się do mnie z takim samym lekceważeniem jak jego ojciec. Podniósł mi ciśnienie. Ciągle słyszałam: zrób to, podaj tamto, wyprasuj to, a gdzie jest tamto. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio dostałam kwiaty od męża. Nie pamiętałam, kiedy mnie ostatnio przytulił czy pocałował. Gorzej, nie przypominałam sobie, kiedy ostatnio powiedział mi coś miłego. Owszem, ugotował Oli rosół, ale najpierw zawalił tak potężnie, że musiał się wysilić, by to nadrobić. Byliśmy małżeństwem od dziewiętnastu lat, dobrych lat, jeszcze niedawno wydawało mi się, że przed nami też kolejne dobre lata, że do końca naszych dni będziemy szczęśliwi. Ale teraz, teraz już nie miałam tej pewności.

ROZDZIAŁ 5

Do mojej sąsiadki nie musiałam się zapowiadać. Zawsze cieszyła się z moich wizyt, cieszyła szczerze.

– Dobry wieczór, pani Aniu – powiedziałam, kiedy otworzyła mi drzwi.

– Witaj, Asiu. Jakże się cieszę, że przyszłaś.

– Stęskniłam się za panią, a ostatnio wiele się u mnie działo i nie miałam czasu, by panią odwiedzić.

– Siadaj, drogie dziecko – zachęciła, gdy już znalazłyśmy się w jej przytulnej kuchni. – Napijemy się herbaty, ale ciasta nie mam.

– Najwyraźniej przekazała mi to pani telepatycznie, bo przyszłam ze swoim – roześmiałam się.

– Dawno cię u mnie nie było. Mów co u ciebie, jak dzieci? – Sprawnie wyłożyła babkę na talerz.

– U mnie – zaczęłam i zawahałam się. Nie wiedziałam, czy w ogóle chcę poruszyć temat Roberta, czy może jednak choć na chwilę od tego tematu uciec. – Dziś dowiedziałam się, że prawdopodobnie niebawem awansuję i otrzymam podwyżkę, chociaż jeszcze w poniedziałek wszystko wskazywało na to, że poniosłam porażkę.

– To chyba dobre zwieńczenie tygodnia? A co się wydarzyło w poniedziałek?

Pomyślałam, że nie da się jednak pominąć Roberta i opowiedziałam pani Ani wszystko, a ona w tym czasie zaparzyła herbatę w dzbanku zdobionym w kwiaty niezapominajek. Kiedy już obie siedziałyśmy nad talerzykami z ciepłym ciastem i parującymi filiżankami herbaty, pani Ania popatrzyła na mnie z namysłem i chyba też z odrobiną smutku.

– Widzę, że cała ta sytuacja bardzo cię gryzie.