Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
145 osób interesuje się tą książką
Pierwsze ciało odnaleziono w Europie. Kiedyś ofiara była piękną młodą dziewczyną, ale ktoś z niezwykłą starannością zdarł z niej żywcem skórę, pozostawiając jedynie śliskie, zakrwawione zwłoki.
Drugie ciało odnaleziono w Nowej Anglii… Wkrótce kolejne, lecz tym razem ofiara znajdowała się w stanie zaawansowanego rozkładu.
Kiedy tajemniczy, rozpadający się obraz zostaje powiązany z zabójstwami, wydaje się, że policjant prowadzący śledztwo postradał zmysły. Jednak to niszczejące malowidło skrywa przerażającą rodzinną tajemnicę…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 515
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł: Portret zła
Tytuł oryginału: Family Portrait
Autor: Graham Masterton
Copyright © 1985 by Graham Masterton
Copyright for the Polish translation
© 2025 by Michał Talaśka
Wszelkie prawa zastrzeżone.
All rights reserved.
Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Nazwiska i postacie są wytworem wyobraźni autora, a jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żyjących lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.
Redakcja i korekta: Zeter Zelke, Anna Dzięgielewska
Przekład: Michał Talaśka
Projekt okładki i ilustracje: Łukasz Białek
Skład i łamanie: Krzysztof Biliński
Wydanie I
Wydawca: Planeta Czytelnika, Łódź 2026
planeta-czytelnika.pl
ISBN 978-83-68702-25-5
Bouillon, Belgia, 12 listopada
Gdy tylko zobaczył ją stojącą pod lipami, z uniesionym kciukiem i czerwonym nylonowym plecakiem opartym o barierkę obok, wiedział, że będzie odpowiednią ofiarą. Przejechał jakieś trzydzieści metrów, a następnie zatrzymał czarną limuzynę Vanden Plas przy krawężniku.
Nie zgasił warczącego silnika. Siedział bez ruchu i obserwował cierpliwie kobietę w lusterku wstecznym. Widział, jak podnosi plecak, robi kilka kroków w jego stronę, po czym waha się, wyraźnie niepewna, czy to dla niej się zatrzymał. Jest ładna – pomyślał. Idealna. Jego palce o perfekcyjnie wypolerowanych paznokciach lekko spoczywały na kierownicy.
Był mglisty, widmowy poranek. Za barierkami, cicha i parująca, płynęła rzeka Semois. Po obu jej brzegach rozpadające się stare budynki Bouillonu tłoczyły się na zboczach wzgórz niczym opuszczone gniazda jaskółek i strzyżyków. W Ardenach, znajdujących się blisko granicy z Francją, nastał listopad. Czas wilgotnych liści, ociekających deszczówką drzew i przenikliwej ciszy. Czas, w którym chmury wisiały tak nisko, że można by z łatwością uwierzyć, iż reszta świata przestała istnieć.
Dziewczyna podbiegła do samochodu z plecakiem przewieszonym przez ramię. Kierowca otworzył złotą papierośnicę, ale nie wyciągnął z niej papierosa. Gdy podeszła bliżej, opuścił szybę. W porannym powietrzu unosił się ostry zapach wędzonego mięsa, tytoniu i rzeki.
– Merci, monsieur – wysapała dziewczyna. – Je suis en voyage à Liège.1
– A Liège?2 – Uśmiechnął się. Nawet pomimo tego, że siedział, było widać, że jest bardzo wysoki, mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt. Twarz miał kościstą, arystokratyczną. Siwe, zaczesane do tyłu włosy, zapadnięte policzki, przymrużone powieki i wąskie, wyrafinowane usta. Nosił jeden z tych szarych, ręcznie szytych garniturów, które zdają się projektowane wyłącznie dla właścicieli luksusowych, włoskich hoteli. Jego bladokremowa koszula była tak dobrej jakości, że mimo iż wykonano ją z lnu, mogła uchodzić za element garderoby prawdziwego dżentelmena. Na guzowatym, lewym nadgarstku nosił zegarek Piageta, tak delikatny i skromny, że zapewne niewiarygodnie drogi.
– Allez-vous vers Liège?3– zapytała dziewczyna. Już sam jej akcent brzmiał jak amerykański, ale teraz, gdy stała tak blisko, dostrzegł, że również wyglądała na Amerykankę. Ciemnoblond włosy zaplecione w długie warkocze, szeroko otwarte, porcelanowoniebieskie oczy, pełne, niewinne, prowokujące usta, w których lśniły zdrowe, białe zęby. Była młodsza i drobniejsza, niż mu się z początku wydawało, choć pod żółtą, pikowaną kurtką skrywała krągłą figurę, taką, którą preferował.
– Amerykanka? – zapytał.
– Tak – odpowiedziała, po czym zmarszczyła czoło, patrząc na niego z zaciekawieniem, ponieważ jego akcent również brzmiał amerykańsko. Krótkie, starannie wypowiadane spółgłoski z lepszych rejonów Nowej Anglii. Może z Cape Cod albo wiejskiej części Connecticut.
– A pan? Również jest pan Amerykaninem? Jeśli wolno mi spytać.
– Proszę wsiąść – zaprosił. – Nie mogę pani zawieźć aż do Liège, ale dojedziemy do Rochefort, a stamtąd bez problemu powinna pani złapać kolejny transport.
– Wygląda na to, że uratował mi pan życie – odpowiedziała dziewczyna. – Już myślałam, że będę tu stała całą wieczność.
Pochylił się i otworzył drzwi od strony pasażera. Wrzuciła plecak na tylne siedzenie i wsiadła do środka.
– Dobrze, że udało mi się dziś rano wziąć kąpiel i umyć włosy – powiedziała.
– Ach tak – odrzekł. Sam pachniał wodą kolońską Christian Dior.
– Ma pan piękny, stary samochód – zauważyła, zamykając drzwi. – Cóż za panele. To prawdziwe drewno.
– To limuzyna Vanden Plas Princess, czterolitrowa – odparł. – Została zaprojektowana w Anglii w latach sześćdziesiątych dla hrabiego Louisa de Rochelle. Pozwala mi z niej korzystać od czasu do czasu, kiedy mam ochotę na przejażdżkę.
– Przyjaźni się pan z hrabią?
Uśmiechnął się ponownie, tym razem dość tajemniczo.
– Wraz z rodziną zamieszkujemy w jego zamku przez większość powojennych lat. Hrabia zazwyczaj spędza czas na południu Francji, więc rzadko go widujemy. Uprawia tam hazard. Odziedziczył więcej pieniędzy, niż mu się należało, i czuje potrzebę, żeby je roztrwonić.
Odjechał od krawężnika, nie sygnalizując tego manewru kierunkowskazem. Skrzynia biegów głośno zawyła, gdy dojechał do skrzyżowania po zachodniej stronie mostu Bouillon.
– Powinienem się przedstawić – zauważył, wyciągając dłoń. – Nazywam się Maurice Gray.
– Mogę pana skądś kojarzyć? – zapytała dziewczyna. Przedstawił się w taki sposób, jakby sugerował, że powinna.
– Nie, skądże – odparł. – Jestem rodowitym Amerykaninem, ale zbyt długo żyję na obcej ziemi, żeby ktokolwiek mnie pamiętał. W zeszłym tygodniu przeczytałem w magazynie „Time”, że odszedł mój ostatni znajomy z dawnych lat.
Dziewczyna chciała powiedzieć, że wcale nie wygląda na starca. Mógł mieć pięćdziesiąt, najwyżej sześćdziesiąt lat. Uznała jednak, że grzeczniej będzie to przemilczeć, więc po prostu uśmiechnęła się i skinęła głową.
– Cóż, tempus fugit4 – stwierdziła, co brzmiało jak studencki banał, ale lepsze to niż powiedzenie czegoś żenującego. Jej matka poprosiła kiedyś doktora filozofii, żeby obejrzał jej haluksy. Odkąd pamiętała, obiecywała sobie, że nigdy nie popełni tego typu wpadki.
– Jestem Alison Shrader. Studiuję na Ball State University w Muncie, w Indianie.
– No proszę – odrzekł. – Muncie. Znałem kiedyś optyka z Muncie. Zaraz po wojnie popełnił samobójstwo.
Nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Przejechali przez stary kamienny most, pod którym rzeczna mgła wirowała niczym najboleśniejsze ze wspomnień.
– Jadła już pani? – zapytał Maurice.
Dziewczyna wskazała przeciwległy brzeg rzeki, gdzie znajdowały się dwie czy trzy obskurne kawiarnie.
– Wstąpiłam do Café de la Citadelle – powiedziała, wymawiając nazwę tak, jakby to była najwspanialsza restauracja w Belgii. – Zjadłam na śniadanie kaszankę i wypiłam kieliszek Stelli. Pyszne. No, w każdym razie niezłe… Dało się zjeść.
Gray się uśmiechnął.
– Mam nadzieję, że wie pani, z czego robi się kaszankę – zauważył.
– Nie musi mi pan tego przypominać. Ale jest pożywna, prawda? Na nic innego mnie nie stać. Staram się nie wydawać więcej niż sto pięćdziesiąt franków dziennie.
– To godne pochwały – stwierdził Maurice Gray. – Za sto pięćdziesiąt franków dziennie można żyć jak król, jeśli tylko wie się, gdzie jadać, a twoi przyjaciele są bogaci.
Jadąc bocznymi uliczkami miasta, jedną ręką trzymał kierownicę, a drugą sięgnął do kieszeni marynarki po papierośnicę.
– Zapali pani?
– Niestety nie palę – powiedziała. – Ale proszę, niech się pan nie krępuje.
– Nie, nie – odparł i schował niezapalonego papierosa. – Szanuję prawa tych, którzy nie palą.
– Piękna papierośnica – stwierdziła Alison.
– Zgadza się – odpowiedział. – Ojciec podarował mi ją, kiedy wyruszałem do Sudanu. Z jednej strony jest gładko wypolerowana, żeby można było jej używać jako lusterka.
Zaczął przechylać papierośnicę na boki, udając, że odbija promienie słońca, wysyłając przez pustynię wiadomości alfabetem Morse’a.
– Wielbłądy… zdychają… przyślijcie… szampana…
Zwolnił, gdy pojawił się przed nimi hałaśliwy motorower wiozący starszego mężczyznę w berecie i jego zmęczoną żonę. Kobieta siedziała na bagażniku, trzymając w rękach kilka bagietek, główki selera i pęta kiełbasy.
– Naprawdę mieszka pan w zamku? – zapytała Alison.
– Niestety w niezbyt eleganckim. Ale taki już ich urok. Przez lata zamki były plądrowane przez kolejne armie; większość z nich nieco przy tym ucierpiała. Nasz nie jest wyjątkiem.
Wyjechali z Bouillonu i ruszyli krętą drogą przez wzgórze, w kierunku głównej drogi prowadzącej do Liège. Pola po obu stronach jezdni spowijała mgła, a mleczne krowy leżały w srebrzystej trawie niczym na pejzażu Bruegla. Na szczycie wzgórza znajdował się ogromny pomnik upamiętniający ofiary II wojny światowej – abstrakcyjna rzeźba stworzona z zardzewiałych i zespawanych ze sobą mieczy oraz pługów. We mgle pomnik wyglądał jak postrzępiony i prymitywny symbol pogańskiej bitwy.
– Jestem na czymś w rodzaju pielgrzymki – przyznała Alison.
– Pielgrzymki? – Maurice Gray się zdziwił. Spojrzał na jej wyblakłe dżinsy i ubłocone trampki. Miała radosny, klasycznie amerykański styl. Była jak Marilyn Monroe, Candice Bergen i Bo Derek zmieszane razem, co tworzyło koktajl z piegów i świeżości. – Co to za pielgrzymka? – chciał wiedzieć. – Duchowa czy doczesna?
– Mój ojciec walczył tu podczas wojny – odparła. – Brał udział w bitwie o Ardeny.
– Ach tak. – W jego oczach pojawił się błysk zaciekawienia.
– Został ranny w okolicach Liège – ciągnęła Alison. – Mówił, że przez niemiecki pocisk moździerzowy. Odłamki trafiły go w głowę. – Dotknęła lewej skroni opuszkami palców, jakby wyczuła tkwiące w niej stalowe fragmenty. – Naturalnie nie miałam możliwości poznania go, kiedy był młody, ale moja matka zawsze powtarzała, że kiedyś tryskał poczuciem humoru i pełnią życia. Ja pamiętam go jako człowieka bardzo zdystansowanego, nieobecnego. Nawet podczas rozmowy dało się zauważyć, że jego myśli krążą gdzie indziej. Nigdy nie wspominał o tym, co go trapiło. Matka mawiała, że chociaż wrócił z wojny, czuła się tak, jakby zginął na froncie. Straciła mężczyznę, którego poślubiła. Wrócił do niej ktoś, kto wyglądał jak jej mąż i wypowiadał się jak jej mąż, ale był niczym obcy człowiek. Myślę, że zaszła z nim w ciążę tylko po to, żeby sprawdzić, czy uda jej się go odzyskać. Wie pan, liczyła, że jego psychika zdoła wrócić z miejsca, w którym utkwiła.
Maurice Gray milczał przez chwilę. Następnie, unosząc dłoń w delikatnym geście żalu, powiedział:
– Podczas wojny doszło do wielu tragedii. To zrozumiałe, że przyjechała pani tutaj, by jedną z nich wspominać.
Alison przetarła końcówką czerwonego dzianinowego szalika szybę zaparowaną od jej oddechu.
– Mój ojciec nie żyje. Zmarł w zeszłym roku. Poczułam, że muszę zobaczyć miejsce, w którym został ranny; ostatnie miejsce, w którym był sobą. Myślałam, że może ta okolica pomoże mi go zrozumieć. Sama nie wiem. W pewnym sensie uważałam, że on nadal tu będzie. Czy to brzmi głupio?
Maurice pokręcił głową.
– Kim jesteśmy, żeby kwestionować to, czy ludzka dusza może przetrwać po tym, jak osobę uznano za zmarłą?
– Moja przyjaciółka miała tu ze mną przyjechać – powiedziała Alison. – Ale zmieniła zdanie. Cóż, tak naprawdę rodzice ją do tego zmusili. Powiedzieli, że nie zgadzają się na to, by polowała na duchy.
– Rozumiem. – Gray się uśmiechnął. – Mieszkańcy Muncie w Indianie nie grzeszą wyrafinowaniem, prawda?
– Dziękuję bardzo, ja jestem z Muncie.
– Oczywiście istnieje wyjątek od każdej reguły, pani jest tego doskonałym przykładem.
Samochód zjechał z autostrady i mknął prostą wąską drogą prowadzącą do Rochefort. Z dala od rzeki mgła zaczęła się rozwiewać, jasne słońce oświetlało pola, szaro pomalowane stodoły i żółtobursztynowe drzewa.
– Daleko stąd znajduje się pański zamek? – zapytała Alison.
– Niedaleko – odparł. – Tuż za małą wioską o nazwie Vêves. Nie sądzę, żeby pani o niej słyszała.
Dziewczyna pokręciła głową. Promienie słońca wpadły do samochodu i zalśniły na wypolerowanej orzechowej desce rozdzielczej.
– Spieszy się pani do Liège? – indagował Maurice Gray.
– Niespecjalnie. Planuję spędzić w Europie jeszcze tydzień.
– Mam pewien pomysł.
– Mianowicie?
Posłał jej smutny uśmiech.
– Zastanawiam się, czy zechciałaby pani odwiedzić mój zamek i zjeść tam ze mną lunch. Nie lubię samotności. Dlatego zatrzymałem się i zapytałem, czy panią podwieźć. Uwielbiam towarzystwo i miłe rozmowy. Ale nie powinna pani czuć się zobowiązana. Jeśli pani woli, bez żalu zawiozę panią prosto do Rochefort.
Alison nie mogła się powstrzymać od uśmiechu.
– Jest pan wyjątkowo staroświecki. W pozytywnym znaczeniu tego słowa oczywiście. Bardzo mi się to podoba. Pańskie maniery są takie… jakby to powiedzieć… jak z filmu. „Przeminęło z wiatrem” czy coś w tym stylu.
– Mieszkam w Europie od dłuższego czasu – wyjaśnił. – Przypuszczam, że urok tutejszych manier udziela się każdemu. Wszyscy są tu bardzo czarującymi ludźmi.
Kobieta rozpięła kurtkę. Maurice spojrzał ukradkiem i dostrzegł krągłość piersi pod miękkim białym swetrem oraz jasny błysk srebrnego krzyżyka.
– Muszę przyznać, że w pańskim samochodzie jest wyjątkowo ciepło.
– Ogrzewanie ma tylko dwa tryby: Antarktyda albo Hades.
Autostopowiczka się roześmiała.
– Naprawdę chce pan zjeść ze mną lunch? Nie będę się nikomu naprzykrzała?
– A niby komu?
– Nie wiem. Ma pan służbę?
Skinął głową.
– Tak. Mamy służbę. Ale ona jest po to, żeby nam służyć. W naszych domach panują inne zasady niż u mieszkańców Stanów Zjednoczonych. Nasi służący są pomocni i posłuszni tak jak kiedyś w dawnych czasach, w czasach łaski.
– Cóż, skoro to nie problem…
Gray uniósł dłoń, jakby chciał położyć ją na udzie Alison, ale powstrzymał się i złapał ponownie kierownicę.
– Obiecuję – powiedział najciszej, jak potrafił. – Wszystko będzie w najlepszym porządku.
* * *
Dotarcie do masywu górującego nad doliną rzeki Mozy zajęło im godzinę. Chmury ponownie się zebrały, a niebo przybrało barwę stali. Mimo to widoczność była bardzo dobra, jakby znajdowali się na dachu świata. Wokół rozciągały się lasy, pola i odległe góry, a wiatr smagał resztki słomy wzdłuż drogi.
Maurice Gray skręcił w prawo, w wąską boczną uliczkę oznaczoną drogowskazem z napisem „Vêves”. Wyczuł, że Alison zaczynała mieć wątpliwości co do tego, czy postąpiła słusznie, przyjmując jego propozycję podwiezienia, uśmiechnął się więc pocieszająco i zanucił kilka taktów zabawnej, francuskiej piosenki „Le Pingre de Paris”.
Droga wiła się w dół między stromymi polami. Nagle zrobiło się tak ciemno, że Maurice musiał włączyć reflektory. Zaczął padać deszcz, przezroczyste krople drżały na przedniej szybie.
– Mój ojciec zawsze powtarzał, że chce tu wrócić – powiedziała Alison. – To szalone, prawda? Czuję się, jakbym była w jakiejś bajce. Na przykład w „Śpiącej Królewnie” z cierniami rosnącymi wokół zamku.
– Nie powinna pani za dużo czytać – zauważył. – Czytanie szkodzi duszy. Ktoś kiedyś powiedział: „Na własną odpowiedzialność odczytuje się symbol”5.
– Nie jestem pewna, co to znaczy – przyznała.
– Drążenie zbyt głęboko zawsze wiąże się z ryzykiem – wyjaśnił.
Minęli Château de Vêves, wysoki zamek z okrągłymi wieżyczkami, który podobno zainspirował Walta Disneya przy kreacji bajkowego zamku z „Królewny Śnieżki”. Maurice Gray powiedział, że nie wyobraża sobie Walta Disneya ubranego w lśniący garnitur z szerokimi spodniami, stojącego tu, w głębi Ardenów, i podziwiającego Château de Vêves.
– Mieszkańcy Hollywood nigdy niczego nie podziwiają. Zwłaszcza tego, co obiecuje nieśmiertelność. Kiedy uchwycą na swoim przeklętym filmie jakieś piękne miejsce, zamek czy pałac, niszczą je tak samo, jakby przybyli do niego z ekipą rozbiórkową. To samo dzieje się z ludźmi. Każdego, kogo filmują, zabijają równie skutecznie, jakby wycelowali w niego pistolet, a nie obiektyw kamery.
– Szczerze mówiąc, nie wiem, do czego pan zmierza – przyznała Alison.
Maurice Gray uniósł palec.
– To bardzo proste. Jesteś tym, czym jest twój wizerunek. Rozumie pani? Obraz, który prezentujesz światu, to wizerunek prawdziwego ciebie. Jak pani myśli, dlaczego członkowie afrykańskich plemion kiedyś tak bardzo bali się być sfotografowanymi? Wiedzieli, co ukrywamy pod naszą próżnością. Rozumieli, że za każdym razem, gdy ktoś maluje twój portret lub robi ci zdjęcie, dosłownie zabiera cząstkę ciebie. Odbierając fragment twojego wizerunku, odbiera kawałek ciebie. Twoja twarz starzeje się nie ze względu na wiek, ale od używania i nadużywania jej przez innych ludzi. Starzeje się od patrzenia na nią, od fotografowania. Wyrażam się jasno? Zaraz pani zrozumie. Pani twarz jest niczym opona samochodowa, proszę mi wybaczyć tę niefortunną metaforę. Jest niszczona i zużywana przez wszystko, z czym się styka. Nie z powodu wewnętrznych, lecz zewnętrznych tarć. Jak pani myśli, dlaczego Arabki noszą jaszmak? Nie ze skromności. Robią to, by chronić się przed wzrokiem innych, by zachować młodość.
– No nie wiem – odparła Alison. – Nie wiem, co odpowiedzieć. Twierdzi pan, że twarze ludzi starzeją się tylko dlatego, że inni na nie patrzą, robią im zdjęcia i tak dalej?
Maurice Gray zwolnił, a następnie skręcił w prawo, jadąc po luźnym żwirze stromą, zacienioną szosą. Pod nisko zwisającymi gałęziami drzew po lewej stronie Alison dostrzegła soczyście zielone pole, na którym pasły się owce. Z przodu pojawiła się ciemność – tunel z drzew. Maurice wjechał w mrok z odwagą wypracowaną wskutek wieloletniej praktyki w przejeżdżaniu tą drogą. Przez chwilę nic nie widzieli. Nagle jednak wjechali na szeroki, biały żwirowy dziedziniec, a tuż przed nimi wyrósł ogromny gotycki zamek z wysoką centralną wieżą. Pośród iglic, wieżyczek i attyk pokrytych niebieską dachówką musiało być co najmniej sto okien. Na niższych piętrach znajdowały się rzędy wysokich, lśniących niczym rtęć w mroku poranka francuskich drzwi prowadzących do sal balowych, pokojów i licznych korytarzy.
Wyglądało to tak, jakby potężny londyński dworzec kolejowy został w magiczny sposób przeniesiony do belgijskiego lasu i umieszczony na szczycie wysokiego wzgórza z widokiem na romantyczny ogród z okrągłą tryskającą fontanną pośrodku i z gajami jesionów wokół. Efekt był zarówno teatralny, jak i przytłaczający: oto majętny mężczyzna z arogancją narzucił swoją wolę naturze. Alison z jakiegoś powodu nie potrafiła tego pojąć. Zaczęła czuć się osamotniona i przygnębiona. Maurice zatrzymał samochód przed szarymi kamiennymi schodami, a ona nagle zapragnęła zdobyć się na odwagę i poprosić go, by odwiózł ją z powrotem na autostradę, skąd mogłaby kontynuować podróż do Liège. Oboje wysiedli z samochodu.
– Niesamowite miejsce – przyznała, rozglądając się dookoła.
Gray stał kawałek dalej. Jego wciśnięte w kieszenie marynarki dłonie wyglądały niczym różowe listy czekające na wysłanie.
– Podoba się pani? – zapytał z uśmiechem. – Szczerze mówiąc, uważam, że miejscu brakuje gustu. Mniejsza z tym, chodźmy na lunch. Później panią oprowadzę. Lubi pani zające? Jest ich tutaj zatrzęsienie.
Wspięli się po schodach i weszli do ogromnego, rozbrzmiewającego echem holu, wyłożonego białym, poprzecinanym żyłkami marmurem. Chociaż znajdowały się tam palmy w donicach i zakurzona czerwona sofa typu Chesterfield, to miejsce sprawiało wrażenie opuszczonego.
Podeszwy trampek Alison skrzypiały na marmurze.
– Może lepiej będzie, jeśli odpuścimy sobie lunch? Niech mnie pan odwiezie na autostradę. Jestem pewna, że bez problemu złapię tam stopa do Liège. Nie chcę sprawiać kłopotów.
– To żaden kłopot – odpowiedział. – Proszę nie zniechęcać się tym wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że zamek przytłacza. Chodźmy na górę, pokażę pani wieżę. Jest wyjątkowo ciekawa.
– Przepraszam, ale czuję się zakłopotana – powiedziała.
– Zupełnie niesłusznie – rozbrzmiał odbijany echem głos gospodarza. – Nie ma ku temu powodu. Chodźmy. – Rozłożył szeroko ręce i uśmiechnął się do niej zachęcająco. – Zapraszam jedynie na lunch.
Zaczęła nerwowo pocierać paznokciem kciuka o zęby, ale się nie odezwała.
– Chodźmy – powtórzył. – Służba zaraz tu będzie.
Rozejrzała się po ciemnym korytarzu, gdzie kurz opadał bezgłośnie. Kurz, który musiał zalegać tam od dziesięcioleci.
– Przepraszam – bąknęła. – Nie czuję się komfortowo. Odnoszę wrażenie, że jestem intruzem.
– Skądże – zapewnił. Wyciągnął do niej idealnie wypielęgnowaną dłoń. – Sam panią zaprosiłem. Trudno to nazwać wtargnięciem. – Uśmiechnął się, ale jego uśmiech był chłodny jak białe wino. – Chodźmy. Przed lunchem chcę pokazać pani wieżę.
– Chyba wolałabym nie – stwierdziła Alison. – Wiem, że to brzmi głupio, ale w tym miejscu jest coś, co mnie niepokoi. Wydaje mi się, że nie znam nikogo, kto mieszkałby w tak starym domu…
– Starym? – zapytał. – Ten zamek nie jest stary. Budowa została ukończona dopiero w tysiąc dziewięćset jedenastym roku. Trudno go nazwać starym. Proszę się nie zniechęcać. Zdaję sobie sprawę, że może przywodzić na myśl jaskinię. Moja rodzina też za nim nie przepada. Z wyjątkiem mojej siostry, ale ona zawsze wolała wszystko, co duże. Niemniej to mój dom, latem bywa tu naprawdę urokliwie.
– Chyba nie powinnam była tu przyjeżdżać – powiedziała Alison. W jej głosie zabrzmiała nuta paniki. – Lepiej, jeśli już pójdę. Przepraszam. Wiem, że mam skłonności do przesadzania, ale ta sytuacja mnie przytłoczyła i naprawdę wolałabym, żeby mnie pan odwiózł na autostradę.
– Bez lunchu? – zapytał zaskoczony. Starannie uczesany, siwy i wysoki.
– Tak. W sumie to nie jestem głodna.
– Bóg mi świadkiem, że ostatnią rzeczą, jakiej chcę, to trzymać tu panią wbrew woli. – Uśmiechnął się. – Jeśli nie ma pani ochoty na lunch, w porządku, rozumiem. Zdaję sobie sprawę, że byłem delikatnie natarczywy. Proszę mi wybaczyć. Wykorzystałem panią. Jestem samotny i znudzony, nie pomyślałem o tym, jakie wrażenie wywrę, wygadując te dziwne rzeczy i sprowadzając panią aż tutaj, do tak ponurego zamku. Przepraszam. Mogę prosić o wybaczenie?
– Nic się nie stało – powiedziała niepewnie Alison.
– Cudownie. Nie ma powodów, by bać się tego miejsca. Pokażę pani wieżę, jest naprawdę wspaniała.
– No dobrze – ustąpiła. – A gdzie pańska służba?
– Zapewne w kuchni – wyjaśnił obojętnym tonem Maurice.
Poprowadził ją przez masywne dębowe drzwi do długiego, wysokiego korytarza o marmurowej posadzce. Po ich prawej stronie znajdowały się okazałe schody prowadzące na górne piętra. Na każdej ścianie wisiały olejne portrety mężczyzn o ponurych twarzach w strojach z minionej epoki.
– To rodzina de Rochelle – poinformował Gray. – Oczywiście nie jestem z nimi spokrewniony! Proszę spojrzeć na te ich świńskie oczka! Potrzeba wieków chciwości, żeby sobie takie wyhodować. Uważam, że to najbardziej chciwa dynastia w Europie.
Wszedł na schody, na których każdy krok rozbrzmiewał echem, a Alison ruszyła za nim. Jego czarne, włoskie buty były idealnie wypastowane, nawet z tyłu. Zatrzymał się na półpiętrze i pokazał jej kredens z sewrską porcelaną.
– Niech pani rzuci okiem na ten serwis obiadowy. Został wykonany dla Ludwika XVI. Składa się z czterystu osiemdziesięciu pięciu elementów, a każdy z nich jest ręcznie malowany.
Dotarli na drugie piętro, gdy otworzyły się boczne drzwi, w których pojawił się młody Belg: szczupły i drobny, miał spiczasty nos, a jego włosy sterczały na czubku głowy jak u papugi.
– Ach, Paul! – powiedział Maurice. – Zastanawiałem się, gdzie się podziewałeś. Przyprowadziłem tę młodą damę na lunch, zechcesz zorganizować nam posiłek?
Młody mężczyzna spojrzał na gościa wodnistymi, szarymi oczami. Następnie skinął głową i odezwał się z silnym, flamandzkim akcentem:
– Oczywiście, panie Gray. Poinformuję pana, kiedy będziemy gotowi.
* * *
Alison nieco się uspokoiła, wiedząc, że nie jest sam na sam z Maurice’em Grayem. Znalezienie się w dziwnym gotyckim zamku pośrodku belgijskich lasów przypominało jej trochę wstęp do horroru. Choć wciąż próbowała wmówić sobie, że gospodarz to człowiek cieszący się szacunkiem, jest środek dnia, a wokół znajduje się mnóstwo ludzi, nadal czuła się dziwnie nierealnie, wchodząc po kolejnych schodach. Przez okna wieży widziała żwirowy dziedziniec, jaskrawozielone ogrody i atramentowe niebo. Zaparkowany przy schodach samochód Maurice’a Graya przypominał małą zabawkę.
– Tu, na górze, znajduje się mój pokój – oznajmił. – To jedyne miejsce, w którym mam sposobność cieszenia się odrobiną prywatności. Mogę patrzeć na lasy i wyobrażać sobie, że jestem władcą wszystkiego, co widzę.
– Widok jest wspaniały – odparła.
Weszli do jego pokoju. Pomieszczenie było stosunkowo małe, mniej więcej sześć na cztery i pół metra. Znajdowało się w nim ołowiane okno w stylu gotyckim, wychodzące na zachód, w stronę wzgórz nad Mozą. Posadzkę wyłożono nawoskowanymi dębowymi deskami, przykrytymi niebieskoszarym, perskim dywanem. Na ścianach nie wisiały żadne obrazy, a skromne umeblowanie składało się z dębowego łóżka okrytego białą narzutą z brukselskiej koronki oraz biurka z krzesłem.
– Przypomina klasztorną celę, jeśli wolno mi się tak wyrazić – zauważyła Alison.
Maurice skinął głową z rozbawieniem.
– Coś w tym jest. Ale kiedy skosztuje się absolutnie każdego rodzaju jedzenia, wypije absolutnie każdy rodzaj wina i doświadczy się absolutnie każdego rodzaju romantycznego uniesienia, cóż nam zostaje poza życiem zakonnika?
– Możemy już zejść na dół? – zapytała.
– Oczywiście. Lecz najpierw chciałbym pokazać pani widok z sali zegarowej.
Wspięli się na najwyższe piętro ciasną spiralą wijących się, zdobionych, żelaznych stopni. Stukot ich kroków niósł się echem aż do korytarza u podnóża wieży. Na górze znajdowało się małe ciemne pomieszczenie, w którym powoli tykał mechanizm czterech tarcz zegara wieży – tryby, sprężyny i wrzeciona delikatnie połyskujące od oleju. Do pomieszczenia wpadał tylko jeden snop światła przez niewielki wizjer obok wschodniej tarczy zegara.
– Proszę spojrzeć – zasugerował Gray. – Widok panią zachwyci.
Alison pochyliła się i zajrzała przez wizjer. Nagły promień słońca zaświecił w jej prawe, błękitne niczym chaber oko, jak podczas badania u okulisty. Maurice Gray stał za nią z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i lekko uniesioną głową, jakby w zaciszu własnej sali zegarowej starał się okazywać wyniosłość.
– Widzę fontannę – powiedziała.
– I co jeszcze? – zapytał.
– Stajnie. Albo budynki przypominające stajnie.
Mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki krótki nóż o szerokim ostrzu, który trzymał w pochwie. Uniósł go, a ostrze błysnęło w mroku sali zegarowej.
– Co pani widzi za stajniami?
– Chyba sad. Wydaje mi się, że gruszowy.
– Dokładnie – odparł. – Williams. Najlepsza odmiana.
Mechanizm zegara tykał i brzęczał. Maurice zrobił krok naprzód, lekko trzymając nóż w dłoni.
– Już prawie południe – powiedział. – Powinniśmy zejść na dół, zanim zegar zacznie bić. Nie chcemy, żeby przez resztę dnia dzwoniło nam w uszach.
– Czy tam, za murem, znajduje się ogródek ziołowy? – zapytała Alison.
Gray pochylił się do przodu, jakby chciał zajrzeć przez wizjer. Lecz zamiast tego pchnął nożem, który z głośnym chrupnięciem wbił się w plecy dziewczyny. Ostrze przecięło jej kręgosłup między czwartym a piątym kręgiem lędźwiowym, rozcinając tylną część rdzenia, która odpowiada za koordynację funkcji ruchowych i czuciowych. Jęknęła cicho i osunęła się na zakurzoną, drewnianą podłogę.
Stał nad nią przez chwilę. Zostawił nóż wbity w jej plecy. Dźgnął ją z zamiarem sparaliżowania, nie zabicia. Wyjęcie ostrza spowodowałoby krwotok. Starannie wytarł dłonie, a następnie pochylił się, żeby zobaczyć jej twarz.
Była blada. Bardziej niż blada, prawie sina. Jej oddech stał się szybki, krótki i nierówny jak oddech kogoś, kto śni koszmar. Oczy wciąż pozostawały szeroko otwarte, ale nie potrafiła się ruszyć.
– No proszę – powiedział. – Trafiłem idealnie.
Nagle otworzyły się drzwi sali zegarowej. Stanął w nich Paul, belgijski służący. Zdjął marynarkę i podwinął rękawy. Palił amerykańskiego papierosa. Nawet nie spojrzał na dziewczynę. Zamiast tego wyjął papierosa z ust i strzepnął popiół na podłogę.
– Wrócił pan bardzo szybko, monsieur – zwrócił się do Graya.
– Poszczęściło mi się, jak widać.
Nie tracąc czasu, razem podnieśli Alison. Maurice chwycił ją za stopy, a kompan pod pachy, po czym ostrożnie znieśli ją po kręconych schodach. Ofiara jęknęła tylko raz, ale żaden z nich nie zwrócił na to uwagi. Na zewnątrz znowu zaczął padać deszcz, którego krople głośno uderzały o okna, jakby domagały się, żeby zwrócono na nie uwagę.
– Znalazłem ją w Bouillonie – poinformował Maurice Gray. – Podróżuje sama autostopem po Europie. Przez długie miesiące nikt nie zauważy jej zniknięcia, a do tego czasu każdy, kto ją widział, zdąży o niej zapomnieć.
– Mademoiselle będzie zadowolona – powiedział Paul tonem pozbawionym szacunku.
Zanieśli Alison do pokoju Graya i położyli ją na perskim dywanie. Asystent zdjął z łóżka koronkową narzutę, odsłaniając białe, nakrochmalone prześcieradło. Wspólnie położyli dziewczynę na łóżku, z rękojeścią noża wciąż wystającą z tyłu żółtej kurtki.
– Czy pan Forbes już dzwonił? – zapytał Maurice, zdejmując marynarkę i wieszając ją na oparciu krzesła.
– Jeszcze nie, monsieur.
Gray uważnie przyjrzał się twarzy Alison. Jej oczy wypełniało bezradne przerażenie.
Co mi zrobiłeś? Co się stało? Proszę, nie mogę się ruszyć! Błagam, nic nie czuję!
– Trudno sobie wyobrazić, jakie to musi być straszne, kompletna niemoc – powiedział z uśmiechem Maurice. – Ale nie martw się, moja droga, to się wkrótce skończy. Niebawem zaznasz spokoju.
Paul rozwiązał sznurowadła Alison i starannie postawił jej buty na podłodze u stóp łóżka. Następnie sięgnął pod nią, odpiął pasek, rozpiął zamek błyskawiczny i ściągnął jej dżinsy. Były ciemne i wilgotne; kiedy Maurice ją dźgnął, straciła panowanie nad pęcherzem. Paul stał w milczeniu, podczas gdy gospodarz ściągnął kobiecie drobne, różowe, bawełniane majtki i przytrzymał je przez chwilę przy twarzy, wdychając zapach młodości, bezradności i strachu.
Rozcięli nożyczkami tył kurtki i swetra, aż do rękojeści noża, żeby zdjąć ubranie bez konieczności wyciągania ostrza. Alison nie nosiła stanika, więc teraz była naga, miała na sobie jedyne srebrny krzyżyk. Na jej plecach, tuż nad rozłożystymi biodrami, widniało pięć pieprzyków. Wystająca z pleców rękojeść noża burzyła idealny wygląd młodej kobiety.
– Opatrunek – rozkazał Maurice.
Paul wysunął górną szufladę biurka i wyjął sterylną gazę. Gray otworzył opakowanie i położył kompres na łóżku. Chwycił za rękojeść noża i powoli go wyciągnął. Z rany natychmiast wytrysnęła ciemnoczerwona krew, spływając po obu stronach talii, ale szybko przycisnął opatrunek do rany i przykleił go plastrem.
– Dobrze – powiedział bardziej do siebie niż towarzysza. – Teraz proszę o narzędzia.
Pomagier wyjął z drugiej szuflady mahoniową, wyściełaną granatowym aksamitem kasetkę. Położył ją obok zakrwawionego noża, a Maurice uniósł pokrywę. Wewnątrz znajdowały się rzędy skalpeli chirurgicznych, a także zaciski i igły do zakładania szwów. Bez wahania wyjął skalpel i uniósł go, trzymając między palcem wskazującym a kciukiem.
– Wszystko dziś rano zostało naostrzone – oznajmił Paul, jakby bał się krytyki.
Tamten obdarzył go rozdrażnionym, dwuznacznym uśmiechem, po czym pochylił się nad nagimi plecami Alison.
– Mógłbyś mi przynieść brandy – zasugerował. – To zajmie kilka godzin.
– Przynieść też coś do jedzenia? – zapytał Paul.
Gray spojrzał na niego z gniewem.
– Nie sądzę, żeby w tym momencie były głodne. Wolę je znieczulić niż rozbudzić.
Paul skinął głową, dając znać, że zrozumiał. W takich chwilach czuł, że może okazać pogardę dla towarzysza. W takich chwilach Maurice Gray był najsłabszy. Jak każdy człowiek, który w końcu ulega kompulsywnym pragnieniom.
* * *
Maurice pracował z płynnością wynikającą z wieloletniego doświadczenia. Wykonał nacięcie wzdłuż karku, aż do rany, w którą wbił nóż. Przeciął naskórek na głębokość zaledwie jednej dziesiątej milimetra. Nie popłynęła krew, ponieważ nie przebił skóry właściwej, w której biegną naczynia krwionośne. Ponownie zanucił trzy takty „Le Pingre de Paris”.
Wyjął z kasetki płaskie, trójkątne ostrze przypominające chirurgiczną wersję łopatki do nakładania ciasta. Wsunął je w nacięcie na plecach dziewczyny i stopniowo zaczął odrywać naskórek. Odchodząc od ciała, wydawał cichy, rozdzierający dźwięk.
Chociaż Alison nie mogła się ruszać ani mówić, odczuwała ból. Pomimo tego, że w naskórku nie ma głównych zakończeń nerwowych, kończą się w nim tysiące drobnych nerwów czuciowych, a ból towarzyszący ich szybkiemu odrywaniu był oszałamiający. Jej oczy wypełniło przerażenie świadomością tego, co oprawca z nią robił, a oddech charczał jak piła ciesielska.
Mężczyzna systematycznie i z pewną dozą elegancji kontynuował cięcie. Zdjął cały naskórek z pleców Alison, nie rozrywając go przy tym. Trzymając go w dłoniach, czuł, jaki jest delikatny i miękki. Szkarłatne, pozbawione naskórka plecy przypominały befsztyk tatarski.
Paul zapalił lampkę nocną, gdy Gray zdzierał naskórek z ramion i wokół szyi ofiary. Następnie we dwóch obrócili ją na plecy. Leżała bezradna, rozpaczliwie wpatrując się w sufit.
– Dość ładna, nie sądzisz? – zapytał Maurice, cofając się kilka kroków. Miała pełne piersi, wąską talię, a brzuch wciąż płaski i młodzieńczy. Potarł palcami kilka jej delikatnych włosków łonowych w kolorze blond, jakby pocierał liście tytoniu. – Dość ładna. Niemal nieskazitelna.
Naciął okrąg wokół jej szyi, by oddzielić naskórek twarzy i głowy od reszty ciała. Trójkątną łopatką podważył naskórek obojczyka i górnej części klatki piersiowej, by ostatecznie oderwać go w nienaruszonym stanie od piersi. Alison zamknęła oczy. Ból stał się nie do zniesienia. Jej usta otwierały się i zamykały prawie niezauważalnie. Maurice Gray z doświadczenia wiedział, że prawdopodobnie się modliła.
O Boże, pozwól mi umrzeć.
Ciął i ściągał naskórek dalej, stopniowo odciągając go od makabrycznie zaczerwienionego ciała. Epiderma, która wyglądała niczym niezwykły, prześwitujący płaszcz, zawsze przypominała mu cień Piotrusia Pana z dramatu J. M. Barriego. Cień, który stopniowo odrywał się od właściciela, aż w końcu zaczynał żyć własnym życiem.
Skalpel zręcznie poruszał się wokół pępka dziewczyny, uwalniając kolejne fałdy naskórka. Obciął jej paznokcie i ściągnął naskórek z dłoni niczym cienkie rękawiczki. Rozchylił kciukiem jej srom i naciął wargi sromowe, aby oderwać naskórek od wzgórka łonowego. Naciął i zdjął naskórek z ud i kolan. Skończył na podeszwach stóp, gdzie skóra była prawie o milimetr grubsza niż w pozostałych partiach ciała. Dźwięk odrywanego naskórka przypominał zrywanie taśmy klejącej z grzbietu dłoni.
Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej. Deszcz z każdą chwilą uderzał mocniej o szyby. Niemal całkowicie oskórowane ciało leżącej na łóżku Alison pokryło się żółtawą, lśniącą warstwą limfy. Pozostała tylko twarz, a ta wymagała o wiele więcej czasu i skupienia. Maurice ostrożnie uniósł ściągniętą skórę i podał ją Paulowi, który rozłożył ją na czystym prześcieradle rozciągniętym na podłodze. Gray był spocony, wyciągnął chusteczkę i osuszył twarz.
– To pańskie najdoskonalsze dzieło, monsieur – zauważył Paul z udawaną służalczością. Zawsze tak mówił, nawet gdy Maurice przypadkowo rozdarł naskórek albo naciął go w niewłaściwym miejscu.
– Zanieś to do mademoiselle – poinstruował ostro. – Powiedz jej, że twarz też niedługo dostanie.
– Wedle pańskiego życzenia, monsieur. – Służący skinął głową.
Kiedy wyszedł, Maurice Gray pochylił się nad Alison i spojrzał jej w oczy. Odwzajemniła spojrzenie, z którego wyczytał, że kobieta cierpi ponad ludzkie pojęcie. Gdyby tylko mógł jej powiedzieć, jak bardzo sam cierpi, on i każdy inny członek jego rodziny. Życie za życie, skóra za skórę. Naprawdę jej współczuł. Szczerze jej żałował. Ale gdyby wiedziała, jak bolesne, pełne strachu i niebezpieczeństw, jak przeklęte było jego życie, zrozumiałaby przynajmniej, dlaczego musiała umrzeć w tak bolesny sposób, nawet jeśli w głębi serca i duszy nie znalazłaby dla niego nawet odrobiny przebaczenia.
Wsunął czubek łopatki w bok twarzy, odciągając naskórek od górnej części policzka. Jej oczy wciąż go obserwowały, niezdolne się oprzeć temu, by dalej patrzeć. Wykonał proste, staranne nacięcia pod nozdrzami i wokół ust. Odcięte wargi przypominały poczwarki egzotycznych owadów.
W końcu maska naskórka, która zakrywała twarz, zniknęła, a dziewczyna leżała na łóżku zupełnie z niego obdarta. Jej ciało było teraz jaskrawoczerwone i śliskie od sączącego się płynu. Piękna i udręczona – pomyślał. Naga ofiara na rzecz przyszłości.
Spojrzała mu w oczy. Wyczytał z nich jej pragnienie. Skinął głową i się uśmiechnął. Wziął skalpel w jedną dłoń, drugą posłał jej pocałunek, po czym szybkim ruchem wbił narzędzie głęboko w gardło Alison.
Cofnął się, jego prawa dłoń ociekała krwią. Pomyślał, że to dobry sposób na śmierć. Godziny straszliwego cierpienia, po których nastąpiło szybkie uwolnienie. Cierpienie, które zniosła, zapewni jej wstęp do nieba, by mogła zasiąść obok Joanny d’Arc. Sposób śmierci sprawił, że ominie ją pobyt w czyśćcu.
Paul wrócił do pokoju, niosąc białą serwetkę, w którą owinął naskórek z twarzy, po czym zniknął. Maurice Gray zszedł obitym deskami korytarzem do łazienki na drugim piętrze, żeby umyć ręce. Krew spłynęła po białej ceramice umywalki. Uznał, że jego lustrzane odbicie przedstawia zmęczonego człowieka. Niedługo będzie musiał znaleźć kogoś dla siebie. On i Cordelia zawsze musieli szukać nowych osób niemal w tym samym czasie. Ona późną jesienią, on w środku zimy. To go męczyło oraz bolało. Ale cóż innego mogli zrobić?
Zakrył twarz dłońmi, jakby medytował. Coraz bardziej odczuwał ciężar mijających lat.
Szedł korytarzem, aż dotarł do biblioteki. Była stosunkowo niewielka, biorąc pod uwagę rozmiary zamku, lecz gęsto wypełniona książkami, z których zaledwie kilka to stare i oprawione w popękaną skórę woluminy, natomiast większość stanowiły książki współczesne. Prawie wszystkie dotyczyły urody, kosmetyki oraz chirurgii, autorstwa między innymi Linusa Paulinga i Michaela DeBakeya. Maurice nie spojrzał na grzbiet żadnego z tomiszczy. Zamiast tego podszedł prosto do ustawionego w kącie dębowego barku, otworzył drzwiczki i wyjął karafkę brandy. Drżącymi dłońmi napełnił kieliszek.
– „Na własną odpowiedzialność wnika się poza kształt” – zacytował. – „Na własną odpowiedzialność odczytuje się symbol”6.
Podszedł do okna i wyjrzał na dziedziniec. Skłamał w rozmowie z Alison. To, że zamek należał kiedyś do hrabiego de Rochelle, stanowiło akurat prawdę, ale rodzina Grayów odkupiła go od niego lata temu, kiedy opuszczony popadł w ruinę, a połowa dachu się zawaliła. Kto wie, co teraz robi hrabia de Rochelle? Prawdopodobnie był martwy albo pijany. Czy półżywy lub półpijany. Gray przeżegnał się i pomodlił bez żadnej nadziei na to, że Pan wybaczy mu to, do czego został zmuszony.
Spędził w bibliotece prawie dwie godziny, podczas gdy Alison Shrader leżała martwa na górze, a ofiara, którą złożyła, niosła się po całym domu. Miał rację: dziewczyna stała się świętą w chwili cierpienia. Nieznana, niekanonizowana, ale mimo wszystko święta. Wypił trzy duże kieliszki brandy, aż zaczęło mu szumieć w głowie i stracił pewność, czy da radę utrzymać równowagę.
W końcu, gdy na zewnątrz zapadła ciemność, a szyby okien zalał atrament nocy, usłyszał muzykę z gramofonu płynącą po korytarzach. „L’Arlesienne” Bizeta, jeden z ulubionych utworów Cordelii. Wstał z krzesła, ale w tym samym momencie Paul zjawił się w drzwiach biblioteki ze szklanką wody gazowanej Perrier i wyniosłym uśmiechem na twarzy.
– Panna Gray jest już gotowa, monsieur – powiedział.
– Paul, czy ty…? – zapytał Gray, kiwając głową w górę, w kierunku pokoju, w którym leżała martwa Alison Shrader.
– Oczywiście, monsieur. Jak to było w „Królewnie Śnieżce”? W najgłębszej i najciemniejszej części lasu. Zająłem się tym.
Maurice wziął z tacy szklankę Perriera i łapczywie wypił trzy czwarte. Następnie delikatnie, ale stanowczo odepchnął służącego na bok i ruszył korytarzem do pokoju Cordelii. Zapukał w podwójne dębowe drzwi.
– Entrez!7– zawołała.
Wszedł do środka. Pokój był duży, trzy razy większy od biblioteki, ale zasłony szczelnie zaciągnięto, przez co w pomieszczeniu panował nieprzenikniony mrok.
– Nie możemy zapalić światła? – zapytał spokojnie, trzymając dłoń na klamce.
– Jutro, jak się ułoży, będziesz mógł mnie zobaczyć – odpowiedziała Cordelia.
– Czyli… wszystko w porządku?
Zapadła długa cisza. Maurice Gray zrozumiał, że powiedział coś niewłaściwego. Cordelia była zdenerwowana.
– To jest piękna skóra – powiedział.
– Jest odpowiednia – odparła.
– Jesteś z niej zadowolona? Podoba ci się?
– Jest odpowiednia.
Maurice wiedział, że nie ma sensu kłócić się z Cordelią, kiedy przeżywa jeden z tych humorów. Otworzył drzwi szerzej i zapytał:
– Zobaczymy się na śniadaniu?
Kobieta milczała bardzo długo.
– Maurice, już nie potrafię tego znieść – powiedziała po chwili.
– Czego znieść?
– Wiesz, o co mi chodzi. Tego wygnania. Izolacji. Tego stylu życia.
Milczał. Słyszał już wielokrotnie te narzekania. Za każdym razem przekonywał ją, że ryzyko związane z powrotem do domu jest zbyt duże, że przynajmniej w Belgii mogli przetrwać bez wykrycia, gdzie ciała ich ofiar są zaciągane do lasów, chowane w płytkich grobach i ostatecznie pożerane przez dziki. Nieznane, zagubione, zapomniane – tak jak oni sami.
– Jutro znowu porozmawiam z ojcem – poinformowała Cordelia.
– Oczywiście, masz takie prawo.
– Na litość boską, Maurice! Nie bądź taki obłudny. Jesteś moim bratem, nie księdzem.
– Staram się cię chronić.
Nastała kolejna przydługa cisza.
– Wiem – powiedziała po chwili. – Przepraszam. Ale naprawdę chcę już wrócić do domu.
– Wystarczy, że jedna osoba nas rozpozna, a wszystko znowu się zacznie.
– Nie, jeśli zdobędziemy portret.
Maurice Gray spuścił głowę.
– Wiesz równie dobrze jak ja, że nie ma najmniejszej szansy, żeby kiedykolwiek go odnaleźć – powiedział cicho, lecz w jego głosie brzmiała wielka niecierpliwość. – Zostaliśmy rozgromieni, Cordelio, to jedyne pasujące słowo. Rozgromieni i wygnani.
– Pojadę znowu do Luksemburga. Porozmawiam z Eustachio Rossim.
– Nie mogę cię przed tym powstrzymać.
– Nie, nie możesz – odpowiedziała Cordelia. – I właśnie dlatego to zrobię.
Nowy Jork, 12 grudnia
Przekazał Edwardowi, że wróci o piątej, najpóźniej o szóstej.
– A co, jeśli ktoś zechce coś kupić? – zapytał Edward.
– Wtedy mu to sprzedaj – odpowiedział Vincent, wzruszając ramionami, na które zarzucił granatowy płaszcz Bijan. – Prowadzę biznes, nie muzeum.
Edward rozejrzał się po galerii z wyraźnym niepokojem.
– Może powinienem poczekać, aż wrócisz? Prerafaelici8 nie są moją mocną stroną.
Vincent wciągnął na dłonie czarne, skórzane rękawiczki.
– To tylko obrazy, na miłość boską – stwierdził.
– Chyba masz racę – zgodził się tamten.
Właściciel galerii prezentował typowe dla siebie lekceważenie, nazywając arcydzieła z połowy epoki wiktoriańskiej warte siedemnaście milionów dolarów „tylko obrazami”. W jego zbiorach znajdowały się trzy obrazy Rossettiego, dwa Holmana Hunta i nieprezentowany jeszcze publicznie portret Millaisa. Vincent pochodził z rodziny, która kupowała i sprzedawała dzieła sztuki na długo, zanim Rossetti, Millais czy Holman Hunt chwycili za pędzel. Jego dziadek upijał się z Monetem, a pradziadek przyjaźnił się z Sisleyem. Sam Vincent był jednym z najbliższych popleczników Marka Rothko i regularnie jadał lunche z Richardem Anuszkiewiczem.
Edward otworzył mu drzwi, a do wnętrza galerii wdarł się ostry powiew grudniowego chłodu. Drzwi stale zamykano na klucz: każdy, kto chciał wejść do środka i obejrzeć obrazy, musiał najpierw nacisnąć dzwonek i zostać zweryfikowanym przez hartowane, antywłamaniowe szkło. Z zewnątrz dobiegały dźwięki wyjącej syreny oraz klaksonu ciężarówki. W powietrzu unosił się zapach zimy, ruchu ulicznego i przypalonych bajgli.
– Tylko pamiętaj – powiedział Vincent. – Obrazy Millaisa nie są jeszcze na sprzedaż, Dick musi najpierw je sfotografować. Aha, i jeśli zadzwoni Aaron Halperin, powiedz mu, że w ten weekend przyjadę na wieś. Mam dwa Johnsony i chcę, żeby je odrestaurował.
– Tak jest – odparł Edward, unosząc dłoń w geście salutu, po czym zamknął drzwi. Obserwował przez szybę odchodzącego właściciela, po czym odwrócił się, oparł ręce na biodrach i rozejrzał się po obrazach rozwieszonych na ścianach galerii, jakby były nieposłusznymi dziećmi, którymi musiał się zaopiekować.
– Do licha – mruknął.
Bardzo nie lubił zostawać tu sam. Wtedy zawsze pojawiał się jakiś uciążliwy klient. Jak ostatnio, gdy stary irański emigrant chciał kupić cztery obrazy Johna Kane’a, wszystkie naraz, za gotówkę, i kazał dostarczyć je taksówką do hotelu Pierre. Taksówką, na litość boską! Zdarzył się również przypadek, gdy dobrze ubrany siwowłosy mężczyzna, pozornie bogaty i zdrowy na umyśle, nagle wściekle uderzył parasolem w oryginalną rzeźbę Paula Fairleya. Sztuka z niezrozumiałych przyczyn zdawała się magnesem na ekscentryków, a Edward zawsze zostawał w galerii sam, akurat gdy ci ekscentrycy się pojawiali.
Przez pierwsze pół godziny krążył po dywanie w kolorze grzybów leśnych, lustrując obrazy, jakby oczekiwał, że malowidła ściągną kłopoty. Nikt jednak nie zadzwonił do drzwi. Poranek był mroźny, temperatura spadła do trzech stopni poniżej zera i zapowiadano deszcz ze śniegiem. To pora dnia, podczas której panował przestój w sprzedaży wielkich dzieł sztuki. Po lunchu biznes szedł lepiej, wtedy bogaci mężczyźni wracali do swoich hoteli typu Four Seasons czy 21, najedzeni drogimi posiłkami i upojeni jeszcze droższymi winami, pragnący zaimponować ładnym, młodym damom, z którymi tak naprawdę nie powinni się spotykać.
Edward, bębniąc palcami po poręczy, wszedł na antresolę znajdującą się na drugim piętrze galerii. Był drobnym i szczupłym dwudziestopięciolatkiem o kręconych włosach, noszącym grafitowy garnitur z kontrastującą kamizelką i krawatem Ivy League9, który zaakceptowałby nawet doradca modowy Playboya. Nosił się stylowo i dość elegancko, chociaż sprawiał wrażenie człowieka, który w dresie czułby się o wiele swobodniej.
Miał dwóch braci. Starszy od razu zajął się rodzinnym biznesem maklerskim. Młodszy porzucił studia i wyjechał do San Diego, gdzie sprzedawał katamarany. Ale Edward, głównie dlatego, że nie wpadł na pomysł, co innego robić, a także dlatego, że pragnął zaimponować ojcu niezależnością, jakimś cudem znalazł się tutaj, w Galerii Sztuki Pearsona, przy Wschodniej Sześćdziesiątej Pierwszej Ulicy, piastując stanowisko „kuratora wykonawczego”. Jednak jego obowiązki ograniczały się do odbierania telefonów, pisania listów i zajmowania się prozaicznymi sprawami Vincenta Pearsona.
Młodzieniec lubił sztukę, zwłaszcza impresjonistów, ale sam nie został obdarzony talentem malarskim. Gdyby jednak mógł przedstawić trwającą obecnie zimę na płótnie, użyłby czarnej jak smoła farby. W październiku rozbił ukochanego Dodge’a Chargera na autostradzie w New Jersey. Miesiąc później rzuciła go Laura, narzeczona. Odeszła do barczystego prawnika, który ledwo mieścił się w garniturze. Mężczyzna przypominał Edwardowi bardziej ormiańskiego rzeźnika niż adwokata. Natomiast dwa dni temu został napadnięty przed swoim mieszkaniem i okradziony ze wszystkich kart kredytowych.
Nic więc dziwnego, że chodząc tego ranka po galerii, czuł się nieco przygnębiony.
Kiedy spojrzał w dół z antresoli, dostrzegł kobietę. Zaglądała przez lewe okno galerii, gdzie na wystawie, na artystycznie ułożonym szmaragdowozielonym jedwabiu, stał niewielki obraz Holmana Hunta, zatytułowany „Amos i kosz letnich owoców”.
Kobieta miała bladą twarz, ale nawet z odległości i poprzez refleksy rzucane przez hartowane szkło dało się stwierdzić, że jest niezaprzeczalnie piękna. Nosiła ciemną, futrzaną czapkę oraz pasujące do niej futro. Jedną dłoń, bladą i idealną jak ze szkicu Leonarda, zaciskała na kołnierzu.
Obserwował ją przez chwilę. Sprawiała wrażenie dziwnie poruszonej, ponieważ co rusz odwracała się od szyby, a następnie zerkała ponownie. Unosiła również dłoń, jakby próbowała osłonić oczy przed blaskiem świateł galerii.
Edward miał nadzieję, że kobieta nie jest kolejnym złodziejem. Nawet jeśli nie udałoby się jej zbić szyby, będzie musiał wezwać policję, a wtedy pojawią się tłumy ludzi, pytania i związane z tym zamieszanie. Pewna dama umazała kiedyś okno szarlotką tylko dlatego, że uznała różowe sześcienne dzieło zatytułowane „Niepewne akty” za „nieprzyzwoite”.
Lecz ta kobieta trzymała się w bezpiecznej odległości od szyby i nie wyjęła z torebki nic, czym mogłaby ją stłuc. Stała tam jednak dalej pomimo zimna i mijających ją tłumów pędzących na lunch. Wystawa ją przyciągała.
Po kilku minutach Edward zszedł po schodach i podszedł do okna, żeby lepiej przyjrzeć się kobiecie. Była wysoka, znacznie wyższa niż początkowo przypuszczał. I bardzo efektowna. Miała szczupłą twarz Europejki z wyższej klasy, może Angielki, chociaż raczej Francuzki. Oczy duże, kocie a powieki nieznacznie przymrużone. Delikatnie rozchylała usta, w których dostrzegł błysk lekko wysuniętych do przodu górnych zębów. Taka wada zgryzu zawsze mu się podobała u kobiet, ponieważ jego zdaniem wyglądały tak, jakby znajdowały się o krok od zaznania subtelnej, erotycznej przyjemności.
Nadal ją obserwował, a ona co pewien czas spoglądała w jego kierunku, ale z wyrazu twarzy nieznajomej nie dało się odczytać, czy go widziała ani czy w ogóle przejmowała się tym, że tak uważnie jej się przyglądał.
W końcu, gdy już myślał, że kobieta odejdzie, energicznym krokiem podeszła do drzwi galerii i otwartą dłonią nacisnęła dzwonek.
Cóż, no to zaczynamy – pomyślał Edward. Rozpoczynamy konkurs na dziwaka miesiąca. Otworzył drzwi z ciepłym uśmiechem kuratora na twarzy. Chłodne futro z norek musnęło jego dłoń, gdy kobieta weszła do środka. Edward ponownie zamknął galerię, a następnie się odwrócił. Nieznajoma była blada. Rozglądała się z podekscytowaniem, przypominając zachowaniem klacz pełnej krwi, która wyczuła dym.
– Czy pan jest właścicielem galerii? – zapytała krystalicznie czystym angielskim.
– Jestem kuratorem wykonawczym. Właściciel jest w tej chwili nieobecny.
– Kiedy się pojawi?
– Raczej nieprędko. Powiedział, żebym się go nie spodziewał przed piątą, u niego to zazwyczaj oznacza szóstą.
– Więc… – ciągnęła. – Więc… – powtórzyła ciszej.
Powoli podeszła do najbliższego obrazu zatytułowanego „Uczta weselna”, będącego dziełem namalowanym tak nieskazitelnie, idealnie werniksowanym i połyskującym, że aż raziło w oczy.
– Rossetti – stwierdziła.
Edward skinął głową.
– Mogę podać pani cenę, jeśli pani chce.
Kobieta uniosła głowę i obrzuciła wzrokiem pozostałe obrazy.
– Doskonałe. Znakomita kolekcja.
– Dziękuję – odpowiedział Edward.
Zmarszczyła czoło, jakby go nie zrozumiała.
– Nie komplementowałam pana, lecz artystów. To oni tworzą. Kolekcjonerzy jedynie kolekcjonują. A galerie… Galerie są jak kasy sprzedające bilety wstępu do świątyni.
Kurator starał się sprawiać wrażenie opanowanego.
– Obawiam się, że prerafaelici nie są moją mocną stroną – przyznał. Kobieta odwróciła się do niego plecami. – Sam jestem raczej impresjonistą – dodał.
– Impresjoniści zawsze kojarzyli mi się ze słabością – stwierdziła. – Starają się interpretować światło, a nie formę. Światło jest niczym, jest pozbawione materii. Tylko skóra i kości mają prawdziwe znaczenie. Ciało i mięśnie.
– To tylko jeden punkt widzenia – odparł Edward, siląc się na uprzejmość.
Kobieta ewidentnie należała do bogatych i bardzo ekscentrycznych. Kto wie? Mogłaby złożyć ofertę na jeden z obrazów Holmana Hunta, a wtedy on naprawdę zasłużyłby na tytuł „kuratora wykonawczego”. Szedł za nią z rękami splecionymi za plecami, gdy przechadzała się przy półkolistej wystawie, zerkając kolejno na każde malowidło.
– Na górze – powiedział, starając się być pomocnym – mamy dotąd nieoznaczone dzieło Millaisa. Portret Wilkiego Collinsa namalowany tuż przed ślubem z Effie Ruskin.
– Tak – odparła kobieta, a Edward odniósł dziwne wrażenie, jakby znała obraz, o którym wspomniał.
– To jest, hmmm… – zaczął, unosząc rękę w stronę antresoli. – Czy zechciałaby pani na niego spojrzeć?
– Nie – odpowiedziała.
– Och.
Zapadła krępująca cisza.
– Szuka pani czegoś konkretnego? – zapytał.
– Tak. – Jeszcze raz obejrzała obrazy, po czym odwróciła się i spojrzała na niego. – Waldegrave. Ma pan obrazy Waltera Waldegrave’a?
Edward pochylił się do przodu, jakby nie dosłyszał.
– Waldegrave? Przepraszam, ale…
– Był Anglikiem, urodził się w Londynie. Malował głównie pejzaże. Stworzył bardzo mało portretów. Ale jest jeden, który bardzo chciałabym nabyć.
– Czy może go pani… opisać? – poprosił.
– Mierzy półtora metra na dziewięćdziesiąt centymetrów. To bardzo ciemny portret przedstawiający trzynastoosobową rodzinę w salonie o czerwonych ścianach.
Edward się zarumienił, a następnie bardzo powoli pokręcił głową.
– Przykro mi. Będzie pani musiała porozmawiać z właścicielem.
Poczuł się zażenowany i z jakiegoś powodu zlękniony. Drugiego dnia pracy w galerii Vincent zabrał go do magazynu, gdzie na wysuwanych regałach znajdowało się około trzystu obrazów z połowy okresu wiktoriańskiego, wszystkie przechowywane w stałej temperaturze i wilgotności. Kolekcjoner pokazał mu kilka dzieł. Niektóre z nich były jedynie zabawnymi bazgrołami, inne chciał sprzedać każdemu za niemal każdą cenę, a jeszcze inne sam ledwo potrafił znieść.
Kiedy jednak Edward sam rozwinął losowe płótno, Vincent doskoczył do niego i zwinął je z powrotem, chowając je na regał.
– To nie jest na sprzedaż – rzucił zadziornie. – Należy do prywatnej kolekcji mojej rodziny.
– Domyślam się dlaczego – stwierdził Edward, ponieważ zdążył obejrzeć obraz. – Wspaniałe dzieło. Ale czy ci ludzie nie są okropni? Nie chciałbym ich spotkać w ciemnej uliczce, a już na pewno nie wszystkich jednocześnie.
– Obraz należał do mojego pradziadka – wyjaśnił Vincent, uparcie skrywając dzieło przed wzrokiem pomocnika. – Z pewnych przyczyn zachowywał się wobec niego bardzo przesądnie. Mówił, że to coś w rodzaju rodzinnego talizmanu, że dopóki go zachowujemy, dopóty nas chroni.
– Rozumiem – przyznał Edward. – Ale dlaczego trzymasz go tutaj? Pasowałby do wystroju twojego mieszkania.
– Kiedy byłem mały, wisiał nad kominkiem w salonie – powiedział Vincent. – Ale ostatnio zaczął niszczeć. W przyszłym tygodniu zawiozę go do Aarona Halperina, żeby go odnowił.
– Trochę to przerażające, nie sądzisz? Banda szpetnych starców. Myślisz, że Waldegrave namalował ich z natury?
Vincent wzruszył ramionami.
– Prawdopodobnie to tylko jego fantazja. Wymysł paskudnej wyobraźni artysty. Waldegrave zrobił się dość dziwny w drugiej połowie swojego życia. Uwikłał się w czary, demonologię i tego typu hokus-pokus. Stuart Heathcliff uważa, że ten obraz stanowi satyrę na krytyków Waldegrave’a. Wszyscy komentatorzy sztuki, którzy kiedykolwiek wystawili mu złą opinię, zostali zebrani razem i przedstawieni równie szpetnymi jak ich recenzje.
– Musi być coś wart, biorąc pod uwagę historię, która za nim stoi – skomentował Edward.
– Tak, ale nie jest na sprzedaż – powtórzył Vincent z naciskiem, jasno dając do zrozumienia, że nie ma ochoty dalej prowadzić tej rozmowy.
Edward zawahał się, po czym zrobił przedrzeźniającą minę i wyszedł za właścicielem z magazynu.
I tak oto, zaledwie dwa miesiące później, blada kobieta w futrze z norek zapytała go o ten sam obraz. Trzynaście osób w czerwonym salonie. Choć według jej słów ta trzynastka nie była krytykami ani komentatorami sztuki, a rodziną. Niewykluczone, że Waldegrave ich nie lubił. Może to jego teściowie?
– Mam informację z wiarygodnego źródła, że pan Pearson jest obecnym posiadaczem portretu Waldegrave’a. Od dawna próbuję go odnaleźć.
Edward uśmiechnął się głupio, choć wcale nie zamierzał. Wydawało mu się, że to jedyna reakcja, jaką zdołała wyrazić jego twarz.
– Nazwisko Waldegrave jednak coś mi mówi – zauważył.
– Walter Waldegrave – wymówiła wyraźnie kobieta, nie spuszczając wzroku z rozmówcy. Jej niezwykłe oczy patrzyły na niego, a jednocześnie zdawały się w ogóle go nie widzieć. Bardziej niż oczy przypominały zwierciadła. – Urodzony siódmego marca tysiąc osiemset czterdziestego trzeciego roku. Zmarł trzynastego kwietnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego szóstego. To był wtorek, w Connecticut padał wtedy deszcz.
Zaczyna się – pomyślał Edward. Pozornie zwyczajna klientka pęka. Jeszcze trochę i zedrze z siebie ubranie albo weźmie się za polewanie obrazów atramentem.
– Niestety nie kojarzę takiego obrazu – powiedział. – Znam całą kolekcję pana Pearsona, nawet jego portfolio akwarel, i obawiam się, że… – Uniósł ramiona w geście mówiącym, że nie potrafi pomóc.
– Widział go pan, prawda? – zapytała. – Poznaję to po wyrazie pańskiej twarzy. Widział go pan. W jakim jest stanie? Jest cały? Są na nim skazy?
– Przykro mi. Zaszło jakieś nieporozumienie. Będzie lepiej, jeśli wróci pani później i porozmawia z panem Pearsonem.
Kobieta zamilkła.
– Jestem gotowa zapłacić za ten obraz bardzo dużą sumę pieniędzy – odezwała się po chwili.
– Przekażę to panu Pearsonowi. Na pewno zajmie się panią najszybciej, jak to możliwe.
– Lojalny z pana pracownik, zgadza się? – zapytała. – Lojalny kurator wykonawczy. Cóż, chyba nie powinnam pana za to winić. Kiedyś mężczyźni byli dziarscy. Teraz za bardzo przejmują się widmem utraty pracy.
– Czy przekazać panu Pearsonowi, że pani wróci? – dociekał Edward.
– Jeśli pan chce.
– Przekazać mu pani godność?
– Jeśli ma pan na to ochotę.
Edward podszedł do małego biurka, gdzie znajdowały się puste wizytówki i długopisy, a klienci siadali na rokokowym krześle, żeby móc wypisywać czeki. Wyjął długopis z przybornika wykonanego z kości słoniowej.
– Słucham – powiedział.
– Proszę przekazać panu Pearsonowi, że pytała o niego Vane. Pani Sybil Vane. Nie zostawię swojego numeru telefonu. Przebywam obecnie u znajomych i nie sądzę, żeby byli zachwyceni, gdyby handlarz do nich wydzwaniał.
– Kiedy możemy się pani spodziewać?
– Jutro – odpowiedziała kobieta. – Jeszcze nie wiem, czy rano, czy po południu. Ale z całą pewnością jutro.
– Dziękuję – rzekł Edward i odprowadził kobietę do drzwi.
– Przywiązuje pan szczególną uwagę do bezpieczeństwa – zauważyła, gdy on, zanim otworzył drzwi, zerknął na ulicę.
– Taką mamy pracę. Nie prowadzimy tu Woolwortha10.
Kobieta się uśmiechnęła.
– Był pan czarujący – powiedziała. – Do zobaczenia jutro.
– Do widzenia, proszę pani – rzekł z zawodową uprzejmością Edward.
Gdy wyszła, zamknął drzwi i obserwował, jak przechodzi na przełaj przez Sześćdziesiątą Pierwszą Ulicę. Po chwili zniknęła mu z oczu. Odwrócił się do wnętrza galerii i podszedł do biurka, gdzie leżała wizytówka z nabazgranym nazwiskiem „Pani Sybil Vane”. Złapał ją między kciuk a palec wskazujący i powachlował się nią.
Ta kobieta miała w sobie coś wyjątkowego. Coś nie do końca rzeczywistego. Była zimna, drażliwa i niezbyt uprzejma, a jednak miała w sobie coś, jakąś chłodną charyzmę, która sprawiła, że Edward poczuł, iż chciałby ją ponownie zobaczyć, choćby tylko na moment. Pozostawiła w powietrzu dziwny zapach. Nie przypominał żadnego aromatu, który znał. Pachniał jak zamknięte pomieszczenia pełne kwiatów. Jak przyprawy przechowywane w szczelnie zapieczętowanych ceramicznych pojemnikach. Jak zapach kobiety, wdychany z małej, haftowanej chusteczki długo po jej odejściu.
Zaczął sobie wyobrażać, że pod długim czarnym futrem z norek była naga. Blade lśniące uda, a na nich czarne jedwabne pończochy.
Nagle poczuł się jak ktoś młody i niedojrzały, tak samo jak w czasach liceum, kiedy próbował zaprosić Sally Vanderhogh na randkę. Był wtedy jednocześnie szczęśliwy i lekko przestraszony.
Odwrócił się i ujrzał mężczyznę stojącego na ulicy i obserwującego go przez szybę. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, po czym mężczyzna zniknął. Edward przypomniał sobie słowa kobiety: „To był wtorek, w Connecticut padał wtedy deszcz”. Wspomnienie tej dziwnej uwagi, sposobu, w jaki ją wypowiedziała, zaniepokoiło go bardziej niż cokolwiek innego.
„W Connecticut padał wtedy deszcz”. Może jednak wcale nie była dziwaczką?
[1]Merci, monsieur… (fr.) – Dziękuję panu. Jadę do Liège (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
[2]A Liège? (fr.) – Do Liège?
[3]Allez-vous vers Liège? (fr.) – Jedzie pan przez Liège?
[4]Tempus fugit (łac.) – czas ucieka.
[5] Oscar Wilde, „Portret Doriana Graya”, przekład Kazimierza Czachowskiego, Panteon 1928, s. 2.
[6] Oscar Wilde, „Portret Doriana Graya”, przekład Kazimierza Czachowskiego.
[7]Entrez! (fr.) – Wejść!
[8] Prerafaelici – stowarzyszenie artystyczne założone w Londynie w 1848 roku przez studentów Royal Academy of Arts.
[9] Ivy League – lista obejmująca osiem prywatnych uniwersytetów w północno-wschodnich Stanach Zjednoczonych, uznawanych za najlepsze szkoły na świecie.
[10] Woolworth – sieć dyskontowych domów towarowych sprzedająca różnorodne produkty codziennego użytku.
