Martwi za życia - Graham Masterton - ebook
Opis

Po nieudanej operacji Trójząb detektyw nadkomisarz Katie Maguire ma pełne ręce roboty. Mimo policyjnych działań Cork zalewa fala narkotyków i dopalaczy, grupa złodziei psów włamuje się do hotelu dla psów Sceolan i kradnie dwadzieścia sześć rodowodowych zwierząt, jeden ze złodziei zostaje zastrzelony, a właściciel hotelu i jego żona składają fałszywe zeznania. Tymczasem w Halloween sprzed klubu Eclipse w niewyjaśnionych okolicznościach znika dziewiętnastoletnia Siobhán O'Donohue.

Chaos panuje również w życiu osobistym Katie. Nękana poczuciem winy postanawia zaopiekować się okaleczonym kochankiem i odkrywa, że łączące ich niegdyś, płomienne uczucie wypaliło się. Jej relacje z zastępcą komendanta Jimmym O'Reillym nadal są napięte po tym, jak odkryła, że aby spłacić długi swojego młodego kochanka, O'Reilly pożyczał pieniądze od lokalnego gangstera Bobby'ego Quilty'ego.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, gdy do zespołu Katie dołącza przystojny psi detektyw Conor Ó Máille, który przewraca jej życie uczuciowe do góry nogami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 556

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

O książce

SIÓDMA KSIĄŻKA Z KATIE MAGUIRE

Nadkomisarz Katie Maguire ma prawo czuć się jak Syzyf toczący pod górę głaz. Po tym, jak udało jej się rozpracować najprężniej działający w Cork gang narkotykowy, miasto zalewa jeszcze większa fala dragów. W dodatku znikają ludzie. Choć Katie jeszcze nie wie, że zaginieni trafiają do kliniki, w której w bestialski sposób są okaleczani i wykorzystywani do przemytu narkotyków, podejrzewa, że te sprawy mogą się łączyć. Żeby odkryć, co się za tym wszystkim kryje, nie może działać całkiem oficjalnie. Nie po raz pierwszy w komendzie jest przeciek i nie po raz pierwszy ktoś z szeregów policji próbuje zniszczyć jej karierę. Tym razem jednak sytuacja jest tak poważna, że zmusza Katie do działania pod przykrywką.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie Graham Masterton skupił się na kontynuacji cyklu kryminałów z Katie Maguire, do którego należy siedem powieści: Białe kości, Upadłe anioły, Czerwone światło hańby, Uznani za zmarłych, Siostry krwi,Pogrzebani i Martwi za życia.

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZYIMPERIUMDYNASTIA

Rook

ROOKKŁY I PAZURYSTRACHDEMON ZIMNASYRENACIEMNIAZŁODZIEJ DUSZOGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOUZEMSTA MANITOUDUCH ZAGŁADYKREW MANITOUARMAGEDON

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNYPOWRÓT WOJOWNIKÓW NOCYDZIEWIĄTY KOSZMAR

Katie Maguire

BIAŁE KOŚCI(książka wcześniej ukazała się pt.KATIE MAGUIRE)UPADŁE ANIOŁYCZERWONE ŚWIATŁO HAŃBYUZNANI ZA ZMARŁYCHSIOSTRY KRWIPOGRZEBANIMARTWI ZA ŻYCIA

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁANIOŁ JESSIKISTRAŻNICY PIEKŁADEMONY NORMANDIIŚWIĘTY TERRORSZARY DIABEŁZWIERCIADŁO PIEKIEŁZJAWABEZSENNICZARNY ANIOŁSTRACH MA WIELE TWARZYSFINKSWYZNAWCY PŁOMIENIAWENDIGOOKRUCHY STRACHUCIAŁO I KREWDRAPIEŻCYWALHALLAPIĄTA CZAROWNICAMUZYKA Z ZAŚWIATÓWBŁYSKAWICADUCH OGNIAZAKLĘCIŚPIĄCZKASUSZASZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału:LIVING DEATH

Copyright © Graham Masterton 2016All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2018

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2018

Redakcja: Katarzyna Kumaszewska

Zdjęcie na okładce: © Silas Manhood Photography

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-120-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Katharine Walmsleyz wyrazami miłości

Gach madadh air á mhadadh choimheach

Irlandzkie porzekadło:Pies zawsze zaatakuje obcego psa.

Rozdział 1

Gdy zataczając się, w kusej czarnej sukience i czarnych botkach na szpilkach, z oczami obwiedzionymi szkarłatnym cieniem i włosami ufarbowanymi na jaskrawą zieleń, wyszła z klubu Eclipse, od razu wiedzieli, że to właśnie jej szukali.

Dochodziła druga dwadzieścia pięć. Dziewczyna była kompletnie pijana i wyglądało na to, że jest sama. Przez chwilę grzebała w pomarańczowej jutowej torebce z aplikacją w kształcie wyszczerzonej złowieszczo dyni. W końcu znalazła komórkę.

Stali oparci o wypucowanego czarnego opla po drugiej stronie Oliver Plunkett Street i palili. Nie od razu przeszli przez ulicę. Patrzyli, jak dziewczyna, marszcząc czoło, wpatruje się w telefon i dźgając ekran błyszczącymi, zielonymi paznokciami, klnie pod nosem, bo nie mogła uruchomić jakiejś aplikacji. Przez cały czas chwiała się na nogach, próbując utrzymać równowagę, i raz za razem poprawiała torebkę, która ześlizgiwała się z jej ramienia.

Milo zerknął na Garreta i uniósł brew. Obaj mieli na sobie obcisłe, czarne płaszcze, białe koszule i krawaty. Milo, z równo przyciętymi siwymi włosami i policzkami oszpeconymi dziurami po trądziku, był niski i krępy. Wyższy od niego Garret miał falistą, czarną grzywkę, która przywodziła na myśl złamane krucze skrzydło, zapadnięte policzki i cienki wąsik, który mieszkańcy Cork nazywają żartobliwie „brewką”.

– Co ty na to, Gar? – spytał Milo.

Garret pstryknięciem posłał niedopałek na drugą stronę ulicy.

– Wstrzymajmy się chwilę, dobra? – odparł. – Może się okazać, że poprztykała się z facetem i gość wyjdzie, żeby błagać ją o przebaczenie.

Z klubu wysypało się kolejnych sześć, siedem młodych osób; wszyscy śmiali się, przeklinali i popychali się nawzajem. Jeden z chłopaków miał twarz pomalowaną na biało, jak wampir, z namalowanymi szminką kroplami krwi, które spływały mu po brodzie. Drugi był w masce mordercy z filmu Krzyk, odsuniętej na czoło. Towarzyszyły im dwie rudowłose siostry przebrane za wiedźmy w zwiewnych zielonych sukienkach i szczupła ciemnowłosa dziewczyna w postrzępionej białej pelerynie bean-si.

– Dokąd teraz, stary?! – zawołał jeden z chłopaków. – Impreza dopiero się rozkręca. Napiłbym się.

– Nie wiem – odparł jeden z jego kumpli. – Mówię ci, po cholerę jadłem to curry. Zaraz puszczę pawia.

– Tylko mnie nie obrzygaj. To nowe dżinsy.

Milo i Garret czekali, ale z baru nie wyszedł nikt, kto interesowałby się losem dziewczyny w czarnej sukience. Po minucie wodzenia palcem po ekranie telefonu w końcu udało jej się wysłać wiadomość. Wrzuciła telefon z powrotem do torebki i stanęła przed wejściem do sąsiadującego z klubem sklepu meblowego J. Casey’s, gdzie uczepiona czarnej metalowej kraty najwyraźniej na kogoś czekała.

Milo zerknął w lewo, jak gdyby chciał się upewnić, że nie nadjeżdża żaden samochód, i z rękami w kieszeniach przebiegł przez ulicę.

– Wszystko w porządku, skarbie? – zagadnął dziewczynę.

– Lepiej być nie może – odparła, nawet na niego nie patrząc.

– To super. Zastanawiałem się, czy nie potrzebujesz podwózki.

– Dzięki. Właśnie zamówiłam taksówkę na Hailo.

Milo uniósł brew.

– Jak chcesz, skarbie. Chciałem się tylko upewnić, że nic ci nie jest. Wygląda na to, że nieźle zabalowałaś.

– Nie bardzo. – Dziewczyna przywarła do krat i choć wciąż unikała jego wzroku, Milo widział, że makijaż ma rozmazany, jakby płakała.

– Daleko mieszkasz? – Nie odpuszczał.

– W Knocka. Ale to nic. Taksówką jedzie się tam kilka minut.

– Jasne. Spoko. Ale sam zaraz wracam do domu, do Gurra, więc mógłbym cię podrzucić. Nie wezmę kasy i możemy jechać choćby już, żebyś nie musiała czekać.

Kiedy w końcu na niego spojrzała, w oczach miała łzy. Nawet pod rozmazanym makijażem widać było, że jest ładna. Miała szeroko rozstawione, brązowe oczy, lekko zadarty nos i pełne usta. Z rękami w kieszeniach wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej, jakby nie obchodziło go, czy przyjmie jego propozycję, bo najzwyczajniej w świecie chciał być miły.

Dziewczyna zatoczyła się lekko i obiema rękami uchwyciła kratownicy.

– Sama nie wiem – bąknęła i Milo miał wrażenie, że zaraz odmówi. W tej samej chwili z klubu wyszło dwoje młodych ludzi: wysoki, barczysty chłopak w filcowym kapeluszu i pasiastym, czerwono-zielonym swetrze Freddy’ego z Koszmaru z ulicy Wiązów. Trzymająca go pod rękę blondynka z kręconymi włosami miała na sobie czerwony spandexowy kostium z przyczepionymi do pleców ogromnymi, czerwonymi, pierzastymi skrzydłami i sterczącymi z głowy dwoma czerwonymi rogami – anioł z piekła rodem.

Na widok dziewczyny w czarnej sukience stojącej w drzwiach do J. Casey’s chłopak w kostiumie Freddy’ego odwrócił się plecami, przyciągnął do siebie anielicę w czerwieni i ostentacyjnie ją pocałował.

Ta w czerni wydała z siebie gardłowe miauknięcie jak porzucony kociak. Chłopak kolejny raz pocałował swoją towarzyszkę, ukradkiem zerkając w stronę sklepu, jak gdyby chciał mieć pewność, że stojąca przed nim dziewczyna wszystko widzi. Właśnie w tym momencie odwróciła się w stronę Milo i powiedziała:

– Dobra, jak chcesz, możesz odwieźć mnie do domu. Killiney Heights. Wiesz, gdzie to jest?

– Jasne. Chodźmy. Daj mi rękę. Nie chcesz chyba przewrócić się na środku ulicy i zrobić z siebie widowisko.

Zaprowadził ją do opla i otworzył tylne drzwi. Kiedy wgramoliła się na tylne siedzenie, okrążył samochód i wsiadł od drugiej strony. Garret siedział już za kółkiem; w lusterku wstecznym widać było tylko jego ciemne oczy, jak gdyby dryfowały w powietrzu.

– Jestem Milo, a to mój kumpel, Gar – dokonał pospiesznej prezentacji Milo. – A ty, słonko, jak masz na imię?

Dziewczyna szlochała bezgłośnie. Lewą ręką zakrywała połowę twarzy – jak klapką na oczy dla konia – żeby nie oglądać Freddiego, który nadal całował się z anielicą.

– Siobhán – rzuciła żałośnie.

– Co cię tak smuci, Siobhán? Chodzi o tego kolesia w pasiastym wdzianku? Tego, co to obściskuje tę skrzydlatą niunię?

– To mój chłopak – odparła. – To znaczy mój były chłopak. A ta szmata to moja najlepsza kumpelka, Clodagh.

Garret zerknął przez ramię.

– Chcesz, żebym podszedł do niego i spuścił mu łomot? – spytał schrypniętym głosem.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie. To tylko pogorszy sprawę. Proszę, po prostu zawieźcie mnie do domu. Killiney Heights, niebieski dom na samym końcu, obok boiska.

– Nie ma sprawy. – Garret uruchomił silnik i zjechał z krawężnika. Na końcu Oliver Plunkett Street, zanim skręcił w lewo w Grand Parade, zerknął w lusterko i zobaczył, że taksówka, którą Siobhán zamówiła na Hailo, zatrzymuje się przed wejściem do klubu. Uśmiechnął się pod nosem, ale się nie odezwał.

– Ten koleś to jakiś palant – zauważył Milo. – Spójrz tylko na siebie… wyglądasz dużo lepiej niż ta twoja tak zwana przyjaciółka. Facet na ciebie nie zasługuje, skoro nie możesz mu ufać. Uwierz mi.

Siobhán nie odpowiedziała; grzebała w torebce w poszukiwaniu zmiętej chusteczki, żeby wytrzeć oczy i wysmarkać nos.

Przejechali Patrick’s Bridge nad rzeką Lee. Pod jedną z ulicznych latarni grupka dzieciaków paliła papierosy, hałasowała i przekazywała sobie z rąk do rąk butelkę cydru.

Na drugim brzegu rzeki, zamiast skręcić w lewo i jechać wzdłuż wałów w kierunku Knocknaheeny, Garret pojechał prosto w górę stromej Bridge Street, a następnie odbił w prawo w MacCurtain Street, tak że zamiast na zachód, kierowali się na wschód.

– Dokąd jedziemy? – spytała Siobhán. – Knocka jest w tamtą stronę.

– To skrót – wyjaśnił Garret.

Odpowiedź uspokoiła ją na chwilę, ale kiedy skręcili w Summerhill, w stronę St Luke’s Cross, dziewczyna pochyliła się do przodu i rzuciła bełkotliwie:

– Jedziemy w złą stronę.

– Mówiłem ci, to skrót – powtórzył Garret.

– Nie martw się, skarbie, Gar wie, co robi – uspokoił ją Milo. – Dzięki temu nie będzie musiał objeżdżać Szpitala Świętej Marii.

Siobhán opadła z powrotem na siedzenie, ale gdy Garret włączył kierunkowskaz, sygnalizując, że zamierza skręcić w Middle Glanmire Road, wyprostowała się i krzyknęła:

– Nie! To nie ta droga! Musisz zawrócić! Dokąd mnie wieziecie?

Milo położył rękę na jej ramieniu.

– Spokojnie, Siobhán, wyluzuj. Nic ci nie będzie. Gar musi odebrać parę rzeczy z Mayfield, zanim odstawi cię do domu, co nie, Gar?

– Taaa. Zapomniałem je zabrać. Czasem mam wrażenie, że zapomniałbym własnej dupy, gdyby nie to, że mam ją na stałe.

– Odwieźcie mnie do domu – zażądała dziewczyna, strzepując z ramienia rękę Milo. – Mam gdzieś, czego zapomniałeś. Nigdzie z wami nie jadę. Odwieźcie mnie.

– Obawiam się, że to niemożliwe – odparł Milo. – To jedna z tych podróży, które raz rozpoczęte należy doprowadzić do końca. Trochę jak z życiem, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– O czym ty gadasz?

– Tylko pomyśl. Kiedy już przyjdziesz na świat, możesz stwierdzić, że niespecjalnie ci się tu podoba, ale przecież nie możesz wrócić do mamusinej cipki, co?

– Zatrzymaj samochód! – wrzasnęła. – Zatrzymaj i mnie wypuść!

Szarpnęła rozpaczliwie za klamkę, ale Garret włączył blokadę drzwi. Odwróciła się i zaczęła okładać Milo pięściami. Jej bransoletki podzwaniały, kolczyki kołysały się jak szalone. Milo parsknął szczekliwym śmiechem, chwycił ją za nadgarstki i ścisnął tak mocno, że nie była w stanie poruszyć rękami.

Przez kilka sekund patrzyli na siebie – w oczach Siobhán czaił się lęk i zdumienie, podczas gdy oczy Milo były wyprane z emocji, szarozielone, niemal pozbawione koloru i tak beznamiętne, że równie dobrze mogłyby być ze szkła.

– Proszę, Milo, wypuść mnie – zaczęła błagać. Starała się mówić wolno i wyraźnie, chcąc ukryć, jak bardzo jest pijana. – Zadzwonię po taksówkę, mogę nawet iść pieszo, jeśli nie chcecie, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie byłam.

– Iść pieszo? Ledwie trzymasz się na nogach. Poza tym jesteśmy prawie na miejscu.

Siobhán, mrużąc oczy, wyjrzała przez okno. Widziała jedynie szary kamienny mur, który ciągnął się wzdłuż Middle Glanmire Road i żywopłoty. Minęli pomalowany na kremowo hotel Montenotte z flagami i reflektorami i zaraz potem wjechali w wąską ulicę biegnącą między murami.

Pięćset metrów dalej Garret zwolnił i wjechał na opadający gwałtownie podjazd. Oczom Siobhán ukazał się duży, szary dom, na którego ścianach lata wilgoci pozostawiły zielono-czarne plamy. Budynek pogrążony był w mroku, jeśli nie liczyć światła na ganku i drugiego, w pokoju na piętrze, w oknie bez firanek. Ogród tonął w ciemności. Z trzech stron otaczał ich wysoki na sześć metrów, cisowy żywopłot, więc Siobhán zobaczyła jedynie dachy i kominy sąsiednich domów.

Przed budynkiem stała tabliczka z namalowanym napisem: Klinika Świętego Idziego. Garret podjechał z boku domu i zatrzymał samochód.

– Wypuścicie mnie teraz? – spytała Siobhán.

– Myślałem, że chcesz, żeby podrzucić cię do domu – odparł Milo.

– Tak, ale już nie chcę. Chcę tylko, żebyście mnie wypuścili.

– No dobrze, skoro się upierasz. Gar wpadł tutaj, żeby zabrać kilka rzeczy, ale jeśli naprawdę nie chcesz, żebyśmy odwieźli cię do Knocka…

– Nie chcę. Wypuście mnie.

Obaj wysiedli z samochodu. Milo otworzył tylne drzwi, żeby ją wypuścić, i czekał cierpliwie, aż dziewczyna weźmie torebkę i wygramoli się z opla.

Zaczynała już trzeźwieć, bo kiedy w końcu stanęła na nogi, zawołała:

– Chryste, przysięgam na Boga, nie mam pojęcia, co za chorą grę prowadzicie!

Milo wzruszył ramionami i uśmiechnął się przepraszająco, nie powiedział jej jednak, że jego kumpel stoi tuż za nią z uniesionym nad głową młotkiem. Nie przestawał się uśmiechać, kiedy młotek z głuchym łupnięciem trafił dziewczynę w lewą skroń. Uskoczył w bok, gdy Siobhán zatoczyła się do przodu i runęła twarzą na asfaltowy podjazd.

– Nieźle, stary – rzucił z uznaniem. Chwilę później pochylili się i odwrócili dziewczynę na plecy. Była nieprzytomna, lecz oczy miała na wpół otwarte, a jej powieki drżały. Zawartość torebki wysypała się na ziemię. – Ale jej przywaliłeś. Nie zdziwiłbym się, gdyby miała uszkodzony mózg i doktorek mógłby sobie darować te swoje brednie.

– To kurewsko ciężki młotek – odparł Garret. – Kupiłem go przedwczoraj w Hickey’s. Poprzedni był za lekki. Musiałem walić je kilka razy, zanim traciły przytomność.

Milo chwycił Siobhán pod ramiona i ostrożnie zaczął ją wlec po ziemi. Puścił ją, kiedy leżała na podjeździe z kolanami za tylnym kołem od strony kierowcy.

Chwilę później zadarł głowę i zobaczył mężczyznę stojącego w oknie na piętrze; w oświetlonym pokoju jego sylwetka była widoczna jak na dłoni. Milo nie pomachał mu ani nie dał znać, że go zauważył. Wiedział, że tamten i tak nie odpowie. Nie było go tam i nigdy się nie przyzna, że widział, co ci dwaj zrobili dziewczynie.

Garret zapalił papierosa i wrócił na siedzenie kierowcy. Milo odsunął się, ale niezbyt daleko, na wypadek gdyby Siobhán odzyskała przytomność i postanowiła pokrzyżować im plany. Jego kumpel uruchomił silnik, ale nie zamknął drzwi; chciał się wychylić i sprawdzić, czy cofa we właściwą stronę.

– Dobra, stary, wszystko gra – zapewnił go Milo i machnął ręką, pokazując, by się nie zatrzymywał.

Garret powoli najechał tylnym kołem na nogi Siobhán. Kości trzasnęły jak suche gałązki, a chwilę później rozległ się cichy chrzęst, gdy ważący dwie tony samochód zmiażdżył dziewczynie kolana.