Wirus - Graham Masterton - ebook + książka

Wirus ebook

Graham Masterton,

3,8
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy sięgniesz po tę powieść, nie kupisz już niczego w second-handzie!

W jednej z dzielnic Londynu dochodzi do tajemniczych zgonów. Piękna młoda Pakistanka Samira popełnia makabryczne samobójstwo. Spokojna pracownica sklepu z używaną odzieżą, Sophie, zabija chłopaka, a David, bezbarwny mąż-pantoflarz, niespodziewanie morduje żonę, która tyranizowała go od lat. Detektyw Jeremy Thomas Pardoe, który wraz z detektyw sierżant Dżamilą Patel prowadzi śledztwo, wkrótce odkrywa, że ze wszystkimi tymi sprawami mają związek ubrania…

Wkrótce na ulicach Londynu przestaje być bezpiecznie. Życie tracą kolejne osoby, a sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli. Rozwiązanie zagadki nie jest proste, a zagmatwana droga ku prawdzie wiedzie policjantów aż na odległą Litwę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 447

Oceny
3,8 (353 oceny)
125
98
67
45
18
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Rallyfan71

Nie polecam

niewarto czytać tytuł niema nic wspólnego z treścią
21
aaniaa1912

Dobrze spędzony czas

Od wielu lat uwielbiam oglądać wszelkie seriale medyczne. Potrafiłam je oglądać całymi dniami. Gdy dowiedziałam się, że jest taki autor jak Robin Cook i tworzy thrillery medyczne, to od razu uznałam, że muszę się z nimi zapoznać. Od tamtej pory przeczytałam ich już kilka i każdy mi się spodobał. Nic więc dziwnego, że z wielką chęcią sięgnęłam po kolejny. Tym razem o tytule „Wirus”. Akcja książki „Wirus” dzieje się, gdy świat cierpi z powodu pandemii Covid. Nasi bohaterowie próbują trochę odpocząć i wrócić do normalności. Wyjeżdżają na wakacje. Niestety Emma zaczyna źle się czuć. Jeżeli ktoś pomyślał, że przyczyną jej choroby jest koronawirus to znaczy, że jeszcze nie zna twórczości Robina Cooka. Dla Cooka jeden wirus powodujący tysiące śmierci to za mało. Do swojej książki musiał wprowadzić inny, tym razem rzadkie wschodnie końskie zapalenie mózgu. Robin w swojej książce pokazuje, ile cierpienia spowodowały obie te choroby. Przeraża ukazując system opieki zdrowia, który nie zwraca uwag...
10
Danuta16

Nie oderwiesz się od lektury

Trudno się od niej oderwać ...
00
Alicja1364

Z braku laku…

To juź druga książka tego autora,która mnie rozczarowała. To już nie jest mistrz trillera medycznego jakiego znałam i uwielbiałam. Widać z wiekiem Robin Cook stracił to coś,co czyniło z niego numer 1 gatunku. Zarówno Wirus jak i Szpital Bellevue to już nie trillery medyczne.
00



Dla Gra­żyny i Toma­sza Szpon­de­rów

z podzię­ko­wa­niami i naj­lep­szymi życze­niami

Tooting jest jedną z dziel­nic w połu­dniowo-zachod­niej czę­ści Lon­dynu.

Ludzie osie­dlili się tam już w VI wieku.

Dzi­siaj 5 pro­cent jej miesz­kań­ców to Paki­stań­czycy, a 3 pro­cent – Polacy.

Jej nazwa wywo­dzi się ze sta­ro­an­giel­skiego cza­sow­nika to tout, co ozna­cza „uwa­żać” lub „strzec się”.

1

Przez cały pora­nek Samira wpa­try­wała się w lustro nad toa­letką, zanim zebrała się na odwagę, aby spa­lić swoją twarz.

– Nie jesteś mną – szep­tała do sie­bie. – Kim­kol­wiek jesteś, nie jesteś mną.

Usły­szała, jak zegar w salo­nie wybija godzinę dwu­na­stą, i dopiero wtedy wstała z krze­sła i pode­szła do drzwi. Prze­krę­ciła klucz w zamku i naci­snęła klamkę, upew­nia­jąc się, że drzwi są zamknięte. Następ­nie wró­ciła do toa­letki, po czym wzięła do ręki przej­rzy­stą szklaną bute­leczkę zawie­ra­jącą kwas siar­kowy – nie­po­zorna bute­leczka stała dotych­czas obok per­fum Rasasi Blue Lady, kremu Masar­rat Mis­bah, róż­nych szmi­nek, różów i kre­dek do oczu.

Za kosme­ty­kami usta­wiona była okrą­gła foto­gra­fia w ramce przed­sta­wia­jąca Samirę i jej przy­szłego męża, Faraza. Pozo­wali przed mecze­tem Chana Maha­bata w Pesza­wa­rze, w Paki­sta­nie. Samira miała unie­sioną rękę; osła­niała oczy przed bla­skiem słońca. Zdję­cie zostało zro­bione zale­d­wie trzy godziny po jej pierw­szym spo­tka­niu z Fara­zem, czuła się jed­nak wtedy szczę­śliwa, że wyj­dzie za niego za mąż. Cho­ciaż miał bro­dawkę nad górną wargą, był w miarę przy­stojny, ład­nie się wysła­wiał, no i był zale­d­wie cztery lata star­szy od Samiry.

Kiedy ojciec i matka przy­wieźli ją do rodzin­nego domu Faraza w Faj­sa­la­ba­dzie, przez jedną strasz­liwą chwilę bała się, że zamie­rzają ją wydać za Wasima, jego wiecz­nie spo­co­nego czter­dzie­stocz­te­ro­let­niego kuzyna. Wasim sie­dział spo­koj­nie pod ścianą, palił papie­rosa, a pomię­dzy sztach­nię­ciami wpy­chał sobie do ust sza­fra­nowe barfi.

Jed­nak nie miało już zna­cze­nia, czy Faraz przy­padł jej do gustu czy nie: ślubu i tak nie będzie. Rodzice Samiry zatrzy­mają dla sie­bie jej posag. Teraz będą musieli się mar­twić jedy­nie o jej brata, Dża­mala, a dotych­czas było z nim naprawdę sporo kło­po­tów.

Nie popa­trzyła w lustro po raz kolejny. Prze­nio­sła nato­miast spoj­rze­nie na bute­leczkę z kwa­sem siar­ko­wym, którą trzy­mała w ręce. Po chwili wstała, pode­szła do okna i spoj­rzała na podwó­rze za domem. Miało sze­ro­kość zale­d­wie czte­rech metrów, znaj­do­wały się na nim wąski klomb i beto­nowy chod­nik pro­wa­dzący do szopy na narzę­dzia nale­żą­cej do jej ojca. To tutaj spę­dziła więk­szość dzie­ciń­stwa od czasu, kiedy z całą rodziną przy­je­chała do Anglii.

To tutaj bawiła się lal­kami, prze­bie­rała w wymyślne kostiumy i uda­wała, że podaje her­batę w pla­sti­ko­wych fili­żan­kach przy­ja­ciół­kom z Iqra Pri­mary School.

Unio­sła wzrok ku niebu. Był bez­chmurny listo­pa­dowy dzień, niebo miało błę­kitny kolor, a słońce świe­ciło ostrym bla­skiem. Jakiś samo­lot pasa­żer­ski bły­snął na nie­bie niczym srebrna igła; leciał jesz­cze wysoko nad połu­dnio­wym Lon­dy­nem, pod­cho­dząc do lądo­wa­nia na lot­ni­sku Heath­row. Samira bar­dzo by chciała wró­cić do Pesza­waru i znów zoba­czyć kraj, w któ­rym się uro­dziła. Ale to już nie będzie moż­liwe. Zresztą pew­nie nikt by jej tam nie roz­po­znał.

Usia­dła na swoim łóżku, na brą­zo­wej jedwab­nej narzu­cie. Na poduszce leżał wyli­niały plu­szowy bara­nek, któ­rego ktoś przy­słał jej z Paki­stanu na czwarte uro­dziny. Szyję miał prze­wią­zaną różową wstą­żeczką i wciąż miał przy­cze­pioną zawieszkę Ziqi, pro­du­centa maskotki. Od tej zawieszki wzięło się imię, które Samira nadała baran­kowi. Wycią­gnęła rękę, żeby po niego się­gnąć, ale zaraz zmie­niła zda­nie. Wkrótce nie roz­po­zna jej nawet Ziqi.

Poło­żyła się na łóżku na ple­cach. W cza­sie ocze­ki­wa­nia na ślub, który miał się odbyć w następ­nym mie­siącu, codzien­nie wkła­dała poma­rań­czowy śal­war kamiz z hafto­wa­nym koł­nie­rzy­kiem, a na ramiona narzu­cała długi poma­rań­czowy paki­stań­ski szal, dupattę. W jej sypialni było cie­pło, nie­mal duszno, Samira wło­żyła jed­nak na sie­bie rów­nież dwu­rzę­dową kurtkę z sze­ro­kimi, trój­kąt­nymi kla­pami.

Minął już czas zuhr, połu­dnio­wej modli­twy, jed­nak Samira nie myślała teraz o modli­twie. Wie­działa, że to, co zamie­rza zro­bić, jest cał­ko­wi­cie sprzeczne z wolą Allaha. I cho­ciaż wie­działa też, że Allah jej wszystko wyba­czy, nie miała już ani odwagi, ani siły, żeby się do niego modlić. Mimo to wyszep­tała:

– Sub­hana rab­bial a’laa… – Leżąc, trzy­krot­nie powtó­rzyła te słowa. Po chwili dodała: – Pro­szę cię, Panie… pro­szę… nie pozwól, abym cier­piała zbyt mocno i zbyt długo.

Unio­sła bute­leczkę i odkrę­ciła żółtą meta­lową nakrętkę. Była bar­dzo spo­kojna, a ruchy jej dłoni pewne, zde­cy­do­wane. Kwas nie miał zapa­chu, a prze­cież ostrze­gano ją w szkole, żeby go nie wąchała, ponie­waż jego opary mogą wypa­lić tkanki w nosie.

Zgar­nęła ręką dupattę i przy­gry­zła mate­riał, żeby nie krzy­czeć z bólu. Następ­nie, z sze­roko otwar­tymi oczami, powoli wylała sobie kwas na czoło. Natych­miast ujrzała przed oczami szkar­łatne, postrzę­pione pło­mie­nie, odnio­sła wra­że­nie, że widzi tań­czące demony, ale po chwili zapa­no­wała abso­lutna ciem­ność. Ból, który ją ogar­nął, był tak strasz­liwy, że wypu­ściła z ręki bute­leczkę.

Jej skóra zaczęła się marsz­czyć, poja­wiły się na niej pęche­rze. Cho­ciaż z całej siły wgry­zała się zębami w mate­riał dupatty, wydała z sie­bie prze­raź­liwy char­kot, jej ciało wygięło się w łuk i trzę­sło się gwał­tow­nie w przed­śmiert­nych drgaw­kach.

Ból stał się jesz­cze bar­dziej okrutny. Zaczęła roz­dra­py­wać paznok­ciami twarz w darem­nym poszu­ki­wa­niu ulgi, ale udało jej się jedy­nie wyrwać z policz­ków pasma skóry i mięsa. Poczuła, że nic nie osła­nia już jej zębów, a po chwili kwas wdarł się gwał­tow­nie w dzią­sła. W nie­wy­obra­żal­nym bólu zaczęła szar­pać włosy i wyry­wać je peł­nymi gar­ściami.

Allah wysłu­chał jed­nak modli­twy Samiry. Po chwili kwas wypa­lił zakoń­cze­nia ner­wowe pod skórą, więc dziew­czyna prze­stała czuć ból. Opróż­niona zale­d­wie do połowy bute­leczka sto­czyła się z łóżka na pod­łogę, Samira po raz ostatni zadrżała, jakby było jej zimno, i znie­ru­cho­miała. Jej serce prze­stało bić. Kwas jed­nak dalej nisz­czył jej ciało. Wkrótce uka­zały się tcha­wica i krtań, a potem kręgi szyjne, ale Samira znaj­do­wała się już w innym świe­cie i niczego nie czuła.

Minęły nie­mal trzy godziny. Świat za oknem zaczy­nał sza­rzeć, gdy ktoś z impe­tem otwo­rzył drzwi fron­towe na par­te­rze. Matka Samiry zawo­łała gło­śno:

– Samira! Wró­ci­li­śmy! Samira! Gdzie jesteś, Samira?

2

– Wiesz, kim jesteś? – zawo­łał gło­śno Jerry. – Jesteś tuma­nem. Oto kim jesteś.

– Było mi zimno, to wszystko. – W odpo­wie­dzi roz­legł się tubalny głos z wnę­trza zie­lo­nego kon­te­nera prze­zna­czo­nego na uży­waną odzież dla bied­nych. – Co mam robić? Spać pod pie­przo­nymi drzwiami?

– Och, zamknij się – odkrzyk­nął Jerry. – Mia­łeś zamiar ukraść te rze­czy. Jesteś już pią­tym face­tem, który zaklesz­czył się w środku, odkąd ktoś posta­wił tutaj to pudło.

Ude­rzył w kon­te­ner pię­ścią, żeby dodat­kowo wystra­szyć mło­dego czło­wieka uwię­zio­nego w środku, no i po to, aby wyła­do­wać wła­sną fru­stra­cję z powodu wezwa­nia go do tak kre­tyń­skiej, bez­sen­sow­nej inter­wen­cji. Od czasu gdy przed trzema mie­sią­cami został prze­nie­siony do Tooting, zaj­mo­wał się wyłącz­nie drob­nymi awan­tu­rami, han­dlem nar­ko­ty­kami na uli­cach i rasi­stow­skimi bój­kami z uży­ciem noży, roz­gry­wa­ją­cymi się pomię­dzy gan­gami zło­żo­nymi głów­nie z uczniów oko­licz­nych szkół.

Nad­in­spek­tor Perry z Nowego Sco­tland Yardu powie­dział mu, że wysyła go na przed­mie­ścia, ponie­waż dosko­nale potrafi „wywą­chi­wać, co się dzieje na uli­cach”. Tym­cza­sem Jerry wywą­chał tylko, że jego kole­dzy poli­cjanci biorą łapówki za nie­wno­sze­nie oskar­żeń prze­ciwko prze­stęp­czej rodzi­nie Har­ri­sów z Hoxton, i kole­dzy zaczy­nali się oba­wiać, że w końcu ich wyda.

Jeden z funk­cjo­na­riu­szy przy­ci­snął go do ściany na kory­ta­rzu i powie­dział:

– Wiesz, na czym polega twój pro­blem, Jerry? Jesteś, kurwa, zbyt etyczny. Dla takich ety­ków jak ty są tylko dwa miej­sca, koleś: ambona i cmen­tarz. Rozu­miesz? Ale nie poli­cja. Nie Sco­tland Yard.

Teraz więc Jerry drep­tał w tę i z powro­tem po Fish­ponds Road, z wysoko unie­sio­nym koł­nie­rzem brą­zo­wej skó­rza­nej kurtki i z rękami głę­boko wci­śnię­tymi w kie­sze­nie. Dwaj umun­du­ro­wani poste­run­kowi stali na rogu przy Sel­kirk Pub, dla roz­grzewki prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, wie­dział jed­nak, że postąpi bez sensu, jeżeli do nich podej­dzie i zechce wdać się w poga­wędkę. Jak wszy­scy inni poli­cjanci z komi­sa­riatu w Tooting, oni także wie­dzieli, dla­czego został prze­nie­siony aku­rat tutaj, i na pewno nie mieli ochoty z nim roz­ma­wiać – a jeśli już, to wyłącz­nie o spra­wach służ­bo­wych.

Wszy­scy trzej cze­kali na przed­sta­wi­ciela Cha­rity Col­lec­tors, firmy admi­ni­stru­ją­cej kon­te­ne­rami. To on miał uwol­nić nie­szczę­śnika z pułapki. W tych cza­sach ubra­nia i buty wrzu­cane do pojem­ni­ków, któ­rych zawar­tość roz­da­wano póź­niej ubo­gim, były tak dobrej jako­ści, że warto było prze­ci­skać się do nich i kraść, co tylko się dało. Jedyny pro­blem pole­gał na tym, że pojem­niki zapro­jek­to­wano w taki spo­sób, żeby ktoś, kto znaj­dzie się w środku, nie mógł się samo­dziel­nie wydo­stać.

Jerry popa­trzył na zega­rek i mruk­nął pod nosem:

– Kurwa mać.

Za nie­całą godzinę miał skoń­czyć pracę i w grun­cie rze­czy nie wie­dział nawet, po co musiał tutaj przyjść. Inspek­tor French powie­dział mu, żeby prze­słu­chał faceta, który zna­lazł się w pułapce, ponie­waż wykra­da­nie ubrań z ulicz­nych kon­te­ne­rów stało się już praw­dziwą plagą i naj­wyż­szy czas się dowie­dzieć, kto za tym stoi.

Jed­nak według Jerry’ego ten kon­kretny facet kradł wyłącz­nie dla sie­bie i na pewno nie miał nic wspól­nego z żadną grupą prze­stęp­czą. Uwa­żał, że za kra­dzie­żami na dużą skalę stoją Litwini, a w szcze­gól­no­ści jeden kon­kretny Litwin.

– Jak długo jesz­cze mam cze­kać? – zawo­łał facet z kon­te­nera. – Szczać mi się chce, zaraz roz­sa­dzi mi pęcherz!

– Zawiąż sobie węzeł na fiu­cie! – odkrzyk­nął Jerry.

– Musisz mnie stąd wydo­stać, mówię ci! Bo dostanę klau­stro­fo­bii!

– To by nawet paso­wało do takiego gru­basa!

Na dwo­rze zaczy­nało się ściem­niać i jedna po dru­giej zapa­lały się latar­nie uliczne.

– Wycią­gnij mnie stąd, bo zwa­riuję!

– Już wła­żąc tam, udo­wod­ni­łeś, że jesteś waria­tem! Tuman!

– Złożę na cie­bie skargę! Jak się nazy­wasz?

– Poste­run­kowy Jeremy Tho­mas Par­doe. Zapisz to sobie. Och, prze­pra­szam… zapo­mnia­łem, że nie masz papieru ani ołówka, a w tym pudle jest cho­ler­nie ciemno!

– Dopadnę cię!

– Naj­pierw musisz stam­tąd wyleźć. Módl się, żebym nie zmie­nił zda­nia, stary. Cho­lera jasna, jak stąd odejdę, nikt cię nie znaj­dzie przez wiele dni! A nawet tygo­dni!

– Skur­wy­syn!

Jerry znów się odda­lił, pusz­cza­jąc mimo uszu narze­ka­nia zło­dzieja. Dotarł nie­mal do Sel­kirk Pub, gdy zza rogu wyje­chało srebrne volvo v40. Samo­chód zatrzy­mał się przy umun­du­ro­wa­nych poli­cjan­tach i Jerry dostrzegł, jak ktoś wychyla się z auta i roz­ma­wia z nimi. Jak na komendę obaj odwró­cili się i wska­zali na Jerry’ego. Kie­rowca zatrzy­mał samo­chód przy kra­węż­niku po dru­giej stro­nie ulicy i wysiadł.

Jerry spo­dzie­wał się, jak zwy­kle, nie­okrze­sa­nego i zawsze nie­ogo­lo­nego faceta z Cha­rity Col­lec­tors, zoba­czył jed­nak drob­niutką Azjatkę w ciem­no­sza­rym kostiu­mie, z czarną opa­ską na wło­sach. Pode­szła do niego z uśmie­chem i zapy­tała:

– Poste­run­kowy Par­doe?

Spra­wiła, że nagle poczuł się bar­dzo wysoki, nie­zgrabny i brzydki.

– Tak, to ja. Co mogę dla pani zro­bić?

– Na poste­runku powie­dziano mi, że znajdę pana przy Mit­cham Road.

– Naprawdę? Nie jest pani pra­cow­nicą Cha­rity Col­lec­tors, prawda?

Facet uwię­ziony w kon­te­ne­rze zabęb­nił nagle w meta­lową ściankę i wrza­snął:

– Ludzie, wydo­stań­cie mnie stąd! Wydo­stań­cie mnie! Kurwa mać, chcę stąd wyjść!

Azjatka zer­k­nęła na kon­te­ner i powie­działa:

– Chyba nawet nie musimy go zamy­kać. Sam się zamknął i to dość dokład­nie.

Jerry stwier­dził, że lubi tę kobietę. Była nie tylko prze­śliczna – miała duże, ciem­no­brą­zowe oczy jak z kre­skówki i pełne, kształtne usta – ale też zda­wało się, że podziela jego poczu­cie humoru.

– Pani jest… – ode­zwał się.

– Detek­tyw sier­żant Dża­mila Patel. Mówmy sobie po imie­niu.

– Z…?

– Z lon­dyń­skiej poli­cji, tak jak ty. Pra­cuję w Sco­tland Yar­dzie od czter­na­stu mie­sięcy.

– Naprawdę? Jak to moż­liwe, że ni­gdy cię nie spo­tka­łem?

– Czy to ma być kom­ple­ment?

– Cóż… po pro­stu jestem zasko­czony, że ni­gdy na cie­bie nie wpa­dłem.

– Nie mia­łeś szansy. Pra­co­wa­łam w spe­cja­li­stycz­nym zespole zaj­mu­ją­cym się zbrod­niami hono­ro­wymi.

– Cho­dzi o te kobiety, które są kamie­no­wane za cudzo­łó­stwo?

– Wła­śnie. Wyobraź sobie, że to się wciąż dzieje, nawet tu, w Anglii, i to czę­ściej, niż­byś się spo­dzie­wał. W ubie­głym tygo­dniu doszło do zabój­stwa w Edmon­ton. Ktoś spu­ścił kobie­cie na głowę dwu­dzie­stocz­te­ro­ki­lo­gra­mowy blok betonu, ponie­waż miała romans z nauczy­cie­lem angiel­skiego.

– Cho­lera jasna.

Sier­żant Patel wzru­szyła ramio­nami, jakby z podob­nymi okro­pień­stwami miała do czy­nie­nia na co dzień.

– Oczy­wi­ście widzia­łam też kobiety, które zgi­nęły, bo nie chciały wyjść za mąż za męż­czy­znę, któ­rego wybrali im rodzice. Albo ucie­kły z chło­pa­kiem z niż­szej kasty, ścią­ga­jąc wstyd na rodzinę. W więk­szo­ści takich przy­pad­ków trudno jest usta­lić spraw­ców zbrodni. Nikt niczego nie widział. Nikt niczego nie sły­szał.

– No tak – powie­dział Jerry i odwró­cił się. Facet w kon­te­ne­rze znowu zaczął kopać w ściany. – Po co przy­je­cha­łaś na to piękne przed­mie­ście?

– Przede wszyst­kim po to, żeby zgar­nąć stąd cie­bie.

– Jestem na służ­bie. Będę musiał prze­słu­chać tego debila… to zna­czy będę musiał prze­słu­chać podej­rza­nego, kiedy tylko wydo­stanę go z kon­te­nera.

– Zwal­niam cię z tego obo­wiązku.

– Co?

– Inspek­tor French pozwo­lił mi cię poin­for­mo­wać, że nie musisz tego robić. Wysłał cię tu tylko po to, żeby w ogóle dać ci jakieś zaję­cie. A ja cię potrze­buję, ponie­waż mam się zająć praw­do­po­dob­nym mor­der­stwem hono­ro­wym, a ty już wcze­śniej z powo­dze­niem pro­wa­dzi­łeś trzy takie sprawy, dwie w Red­bridge i jedną w Wal­tham Forest.

– Rze­czy­wi­ście. Ale skoro masz już swój zespół, do czego ja ci jestem potrzebny?

– Nie­stety, mia­łam zespół – powie­działa sier­żant Patel i wes­tchnęła. – Ale cóż, padli­śmy ofiarą cięć budże­to­wych. Przy­naj­mniej taką prze­ka­zano nam infor­ma­cję. Prawda jest taka, że nie byli­śmy zbyt lubiani wśród przy­wód­ców spo­łecz­no­ści azja­tyc­kiej, któ­rzy w końcu wymo­gli na komi­sa­rzu, żeby nas roz­go­nił.

– A więc teraz ten zespół to ty i ja?

– Wydo­stań­cie mnie stąd! Wydo­stań­cie mnie! – wrza­snął facet z kon­te­nera. – Nie wytrzy­mam tu ani chwili dłu­żej!

– Nim się nie martw – powie­działa sier­żant Patel. – Zajmą się nim ci dwaj mun­du­rowi. Oni go prze­słu­chają.

– Przy­kro mi, stary! – zawo­łał Jerry. – Muszę cię opu­ścić. Rano przy­ślę kogoś, kto cię uwolni.

– Nie! Nieee! Nie możesz tego zro­bić! Udu­szę się tutaj! Umrę z zimna! Pro­szę… bła­gam cię!

W tej chwili nad­je­chała zie­lona fie­sta. W samo­cho­dzie paliło się tylko jedno przed­nie świa­tło. Jerry roz­po­znał samo­chód nale­żący do pra­cow­nika Cha­rity Col­lec­tors. Pojazd zatrzy­mał się tuż przy dwójce poli­cjan­tów i wysiadł z niego nie­chlujny, siwo­włosy facet. Pod beżową wia­trówką miał brą­zowy swe­ter marki Fair Isle. Wło­żył go na lewą stronę i pod jego nie­ogo­lo­nym pod­bród­kiem można było dostrzec dużą metkę.

– Cześć, Ron – powie­dział Jerry.

– Cześć.

Męż­czy­zna wycią­gnął z kie­szeni wia­trówki wielki pęk klu­czy i zaczął je po kolei oglą­dać.

Facet w kon­te­ne­rze naj­wy­raź­niej nie usły­szał jego przy­jazdu, nie usły­szał też brzęku klu­czy, bo nagle roz­pła­kał się jak dziecko.

3

Sophie wła­śnie zga­siła świa­tła na zaple­czu sklepu i włą­czyła alarm, gdy usły­szała, że ktoś gwał­tow­nie dobija się do drzwi od ulicy.

Zoba­czyła za szybą siwo­włosą kobietę w dłu­gim twe­edo­wym płasz­czu. W rękach trzy­mała dwie wiel­kie czarne torby. Sophie pode­szła do drzwi i zawo­łała:

– Już zamknięte! Przy­kro mi!

– No to co mam zro­bić z tymi tor­bami? – zapy­tała kobieta, prze­sad­nie poru­sza­jąc war­gami, żeby Sophie mogła zro­zu­mieć przez szybę jej słowa. – Prze­cież nie zabiorę ich z powro­tem.

– Niech je pani zostawi pod drzwiami – pora­dziła jej Sophie.

– Ale tam są cał­kiem dobre ubra­nia. Nie­które to praw­dziwe perełki z daw­nych cza­sów. Jest też tro­chę sta­rych bibe­lo­tów. Szkoda, żeby ktoś miał je ukraść!

Sophie przez chwilę się wahała, w końcu wes­tchnęła i zawo­łała:

– No dobrze. Niech pani chwilę poczeka!

Wró­ciła na zaple­cze, żeby wyłą­czyć alarm, a potem pode­szła do drzwi i otwo­rzyła je. Kobieta natych­miast wtasz­czyła do środka dwie torby i posta­wiła je na pod­ło­dze przed ladą.

– Dobrze, że się tego pozbędę, dzięki Bogu! – powie­działa.

Teraz, gdy kobieta zna­la­zła się w środku, Sophie dostrze­gła, że wcale nie jest taka stara, jak się wyda­wało przez szybę. Ow­szem, jej włosy wyglą­dały na siwe, wła­ści­wie białe, ale dla­tego, że były bar­dzo roz­ja­śnione. Posta­rzał ją rów­nież długi do kostek płaszcz. Wyglą­dała na naj­wy­żej trzy­dzie­ści osiem albo trzy­dzie­ści dzie­więć lat i była bar­dzo chuda. Miała jasno­nie­bie­skie oczy i wyso­kie kości policz­kowe.

– To są rze­czy mojego wujka – wyja­śniła. – Zmarł trzy tygo­dnie temu i wła­śnie wysprzą­ta­łam jego miesz­ka­nie. Nawet pani sobie nie wyobraża, ile miał rze­czy. Prze­cho­wy­wał nawet ubra­nia cioci, a ona umarła prze­cież dzie­więć lat temu. Niczego nie wyrzu­cił, nawet jej bie­li­zny!

– Cóż, jeżeli ma pani wię­cej ubrań – powie­działa Sophie – szcze­gól­nie swe­try i kurtki są o tej porze roku…

– Nie, to już wszystko. Zostały jesz­cze książki, ale w więk­szo­ści pol­skie i rosyj­skie, głów­nie o medy­cy­nie. Wujek był leka­rzem jakiejś rzad­kiej spe­cjal­no­ści.

– Rozu­miem. I bar­dzo pani dzię­kuję, ale teraz muszę już zamy­kać. Mój chło­pak będzie się o mnie mar­twił.

Kobieta rozej­rzała się po skle­pie.

– Widzę, że panuje tu wzo­rowy porzą­dek. Na pierw­szy rzut oka wcale nie widać, że sprze­da­je­cie uży­wane ubra­nia. Dużo macie klien­tów?

Sophie się uśmiech­nęła.

– Zdzi­wi­łaby się pani. Cza­sami mamy tu wielki ruch, szcze­gól­nie w soboty. Ale dzię­kuję za uzna­nie. Sta­ram się, żeby było schlud­nie i czy­sto. Zanim zatrud­ni­łam się w Lit­tle Hel­pers, pra­co­wa­łam w Sel­frid­ges, w dziale mody.

Kobieta spoj­rzała na nią, jakby chciała zapy­tać: Sel­frid­ges? No to dla­czego skoń­czy­łaś w skle­pie z uży­waną odzieżą, i to w tak pod­łej dziel­nicy jak Tooting? Zamiast tego powie­działa:

– Cóż, dzię­kuję, że pozwo­liła mi pani zosta­wić te rze­czy. Wcale mi się nie uśmie­chało wra­ca­nie z nimi do tego miesz­ka­nia… Zresztą ni­gdy nie lubi­łam tam cho­dzić.

Kobieta wyszła, a kiedy Sophie zamy­kała za nią drzwi na klucz, zoba­czyła, że wsiada do czar­nego mer­ce­desa sedana zapar­ko­wa­nego po dru­giej stro­nie ulicy. Cho­ciaż powie­działa klientce, że chło­pak będzie się o nią mar­twił, na razie nie było nawet śladu Mike’a. Ostat­nio nie­mal zawsze przy­jeż­dżał po nią spóź­niony, a trzy czy cztery razy musiała wra­cać do domu sama, auto­bu­sem numer 77.

Już od wielu mie­sięcy cho­dziło jej po gło­wie, że powinna cał­ko­wi­cie zmie­nić swoje życie, jed­nak stała się tak zależna od Mike’a, szcze­gól­nie od jego pie­nię­dzy, że nie widziała spo­sobu na uwol­nie­nie się od niego. Zaczy­nała żało­wać, że w ogóle go spo­tkała. Wszystko, co począt­kowo wyda­wało jej się w nim atrak­cyjne, teraz jedy­nie ją iry­to­wało, a już szcze­gól­nie to, że prze­waż­nie nie odpo­wia­dał na jej pyta­nia. Naj­pierw uwa­żała, że jego mil­cze­nie jest męskie i nastro­jowe. Teraz była prze­ko­nana, że Mike po pro­stu ją igno­ruje.

Kiedy prze­szła na zaple­cze, żeby ponow­nie włą­czyć alarm, usły­szała jakieś szu­ra­nie. Zatrzy­mała się i zaczęła nasłu­chi­wać. Na początku lata na zaple­czu zalę­gły się szczury. Prze­nio­sły się do sklepu rurami kana­li­za­cyj­nymi z turec­kiej restau­ra­cji, która funk­cjo­no­wała w sąsied­nim budynku, i pró­bo­wały zagnieź­dzić się w wor­kach z naj­gor­szymi ubra­niami, któ­rych od dawna nikt nie chciał kupić, a które cze­kały na wywóz. Sophie wyło­żyła trutki i zaczęła czy­nić sta­ra­nia, by wła­dze zajęły się pro­ble­mem, jed­nak wkrótce restau­ra­cję zamknięto i kło­pot wyda­wał się roz­wią­zany. Naj­wi­docz­niej jed­nak szczury pozo­stały.

Po chwili znów to usły­szała: ostre, wyraźne szu­ra­nie po pod­ło­dze. Ale dźwięk wcale nie docie­rał z zaple­cza. Jego źró­dłem była jedna z dwóch toreb, które przed chwilą przy­nio­sła kobieta o bia­łych wło­sach.

Sophie pode­szła do nich i zaczęła naci­skać jedną z toreb czub­kiem buta. Kie­dyś w worku, który przy­niósł jakiś star­szy męż­czy­zna, zna­la­zła mar­twą kotkę szyl­kre­tową, jed­nak ni­gdy nie tra­fiło się jej nic żywego. Zaczęła docho­dzić do wnio­sku, że szu­ra­nie było wytwo­rem jej wyobraźni, gdy dźwięk roz­legł się ponow­nie. Tym razem Sophie nie miała wąt­pli­wo­ści, że jedna z toreb się poru­szyła.

Boże, a jeśli w środku jest szczur? No bo co to może być innego? Tak, to na pewno szczur, pomy­ślała.

Oba­wia­jąc się, że gry­zoń może na nią sko­czyć, nie zamie­rzała otwie­rać torby. Zasta­no­wiła się, czy nie wynieść jej na zewnątrz i nie zosta­wić do rana przy pojem­niku na śmieci. Gdyby do tego czasu szczur nie uciekł, popro­si­łaby wolon­ta­riu­sza, Ray­monda, żeby się nim zajął. Ray­mond pra­co­wał kie­dyś w ubojni i nie­obce mu było zabi­ja­nie zwie­rząt. Potra­fił miaż­dżyć osy kciu­kiem.

Zła­pała torbę za uchwyt. Była dość ciężka, ale kobieta powie­działa prze­cież, że w środku są nie tylko ubra­nia, lecz także stare bibe­loty. Sophie prze­nio­sła ją pośpiesz­nie pod drzwi na zaple­czu, które pro­wa­dziły do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia biu­ro­wego, toa­lety i małego maga­zynu, gdzie czysz­czono ubra­nia parą wodną, zanim tra­fiły do sklepu. Modliła się, żeby szczur sie­dział spo­koj­nie, dopóki nie wynie­sie torby na zewnątrz.

Kiedy mijała stertę ubrań prze­zna­czo­nych do wyrzu­ce­nia, potknęła się i prze­wró­ciła, upusz­cza­jąc torbę, która się otwo­rzyła. Wysy­pały się z niej płasz­cze, suk­nie, swe­try, buty i sztruk­sowe spodnie, wypa­dło też pudełko z posre­brza­nymi łyżecz­kami i zegar z kukułką.

Sophie szybko się cof­nęła, wystra­szona, że z torby wysko­czy szczur albo jakieś inne zwie­rzę, ale cho­ciaż odcze­kała dłuż­szą chwilę, nic się nie wyda­rzyło. Trą­ciła butem szary płaszcz z twe­edu, jed­nak pod nim też nic się nie ruszało, nie roz­legł się żaden dźwięk.

Prze­cież wiem, że nie wyobra­zi­łam sobie tego odgłosu, pomy­ślała. Może kukułka w zega­rze się poru­szyła?

Ostroż­nie oddzie­liła płaszcz od reszty gar­de­roby, potrzą­snęła nim i poło­żyła na stole słu­żą­cym do pra­so­wa­nia. Wciąż nie sły­szała niczego nie­po­ko­ją­cego, dla­tego odwa­żyła się wziąć do ręki sztruk­sowe spodnie, a potem dwie koszule w paski i ciem­no­zie­lony swe­ter z postrzę­pio­nymi dziu­rami na łok­ciach. Pod­nio­sła rów­nież zegar. Łań­cuszki waha­dełka były poplą­tane, a drzwiczki, zza któ­rych miała wyska­ki­wać kukułka, sze­roko otwarte. Kukułka tkwiła w środku. Miała zła­mane jedno skrzy­dło.

Chyba czuję się tak samo jak ona… utknę­łam we wnę­trzu sto­ją­cego zegara i nie jestem w sta­nie z niego wysko­czyć.

W tor­bie znaj­do­wał się mię­dzy innymi zro­biony na dru­tach i mocno pach­nący maścią roz­grze­wa­jącą kocyk, dwie znisz­czone ręka­wice ogro­dowe i przy­naj­mniej tuzin skar­pe­tek nie do pary, ale Sophie zna­la­zła w niej także dwa dam­skie golfy – zie­lony i kre­mowy; oba wyglą­dały na nie­no­szone – i aksa­mitną gra­na­tową dam­ską kurtkę z guzi­kami na pat­kach.

Wie­działa, że za swe­try dosta­nie dobrą cenę, a kurtkę posta­no­wiła zosta­wić dla sie­bie. Pomy­ślała, że będzie jej dosko­nale paso­wać do dżin­sów od Man­ta­raya i szty­ble­tów marki Red Her­ring. Zde­cy­do­wała, że włoży do skle­po­wej kasy dzie­sięć fun­tów za tę kurtkę.

Opróż­niła torbę. W środku nie było już niczego war­to­ścio­wego, poza kil­koma sta­rymi, pożół­kłymi książ­kami Pen­gu­ina w mięk­kich opra­wach oraz wstręt­nie popla­mio­nymi ręka­wi­cami kuchen­nymi. Nie natra­fiła na żad­nego szczura ani mysz. I w ogóle na nic, co mogłoby wytłu­ma­czyć te dziwne odgłosy.

Zabrała kurtkę do prze­bie­ralni i przy­mie­rzyła ją przed lustrem. Była tro­chę cia­sna na pier­siach – kobieta, która nosiła ją wcze­śniej, miała mniej­szy biust niż Sophie – ale nie musiała jej prze­cież zapi­nać pod szyję. Jeśli nie liczyć tego drob­nego man­ka­mentu, kurtka leżała na niej dosko­nale. Stwier­dziła, że gar­de­roba w woj­sko­wym stylu pasuje do jej typu urody. Jej matka była w poło­wie Polką. To po niej Sophie miała okrą­głą twarz, kocie oczy i ciemne włosy, które obci­nała na sta­ran­nego geo­me­trycz­nego boba.

Przez chwilę wpa­try­wała się w swoje odbi­cie. Nagle, nie wia­domo dla­czego, poczuła smu­tek, jakby stra­ciła bli­ską przy­ja­ciółkę, jakby ktoś naj­bliż­szy odszedł od niej lub umarł.

Potrze­buję odpo­czynku, pomy­ślała. Skoro nie potra­fię zmie­nić swo­jego życia, to mogła­bym cho­ciaż wziąć kilka dni wol­nego. Mogła­bym poje­chać do Sid­mo­uth, do mamy i taty. Dłu­gie spa­cery nad morzem zawsze popra­wiają mi nastrój.

Przyj­rzała się sobie tro­chę uważ­niej i ze zdzi­wie­niem zauwa­żyła, że w kąci­kach jej oczu błysz­czą łzy. Skąd się wziął ten nagły smu­tek? Jed­nak w tej samej chwili poczuła też urazę i złość.

Dla­czego mi to zro­bi­łeś? Za co? Myślisz, że ja nie potra­fię cię zra­nić? Jesz­cze mnie nie znasz, nawet w poło­wie!

Ku swemu zasko­cze­niu zaczęła gło­śno łkać i łzy poto­czyły się po jej policz­kach.

Dla­czego pła­czę? Dla­czego jestem taka zmar­twiona i wście­kła? Dość tego!

Wyszła z prze­bie­ralni i zaczęła zdej­mo­wać kurtkę. Jed­nak zale­d­wie wycią­gnęła rękę z rękawa, przy­szło jej do głowy, że mogłaby prze­cież poje­chać w niej do domu. No tak, ale bez czysz­cze­nia? Kiedy zda­rzało jej się kupić ubra­nie, które ktoś przy­niósł do sklepu, ni­gdy go nie wkła­dała, dopóki go sta­ran­nie nie wyczy­ściła. W uży­wa­nych ubra­niach gnieź­dziły się całe zastępy bak­te­rii, zda­rzały się także wszy i świerz­bowce. Nie­które zarazki były odporne nawet na dwu­krotne pra­nie; wła­śnie dla­tego sklepy z uży­waną odzieżą ni­gdy nie sprze­da­wały bie­li­zny.

Jed­nak z jakie­goś powodu Sophie nie chciała się roz­stać z kurtką, która zda­wała się wręcz pro­sić jej lewą rękę, żeby znów wsu­nęła się do rękawa. Była niczym nie­szczę­śliwy przy­ja­ciel, który błaga, żeby nie pozo­sta­wiać go samego. Sophie pocią­gnęła nosem i wierz­chem dłoni otarła łzy z twa­rzy. Już miała zdjąć kurtkę, gdy znów ogar­nęła ją złość.

Ale z cie­bie tchórz! Tylko tchórz mógłby potrak­to­wać mnie w taki spo­sób! Ale nie myśl, że to ci ujdzie na sucho. O nie, ni­gdy w życiu!

Zdjęła kurtkę tak szybko, że jeden z ręka­wów wywi­nął się na lewą stronę. Rzu­ciła ją na ladę obok kasy i przez chwilę wpa­try­wała się w nią, jakby się spo­dzie­wała, że kurtka na nią sko­czy.

Nie potra­fiła tego zro­zu­mieć. Dla­czego zwy­kłe przy­mie­rza­nie uży­wa­nej odzieży wyzwa­lało aż takie emo­cje? Kon­takt z kurtką wywo­łał w niej uczu­cie ogrom­nej straty, ale jed­no­cze­śnie dopro­wa­dził ją nie­mal do furii.

Pod­nio­sła kurtkę i wygła­dziła rękaw. Jasne, że ona nie miała z tym nic wspól­nego. Cho­dziło pew­nie o to, jak w niej wyglą­dała. Może – choć nie zda­wała sobie z tego sprawy – przy­po­mniała sobie kogoś, o kim już dawno zapo­mniała? Prze­cież wyobra­ziła sobie, że na kogoś krzy­czy – na kogoś, kto w jakiś spo­sób ją zawiódł, spra­wił, że poczuła się bar­dzo źle.

Nie myśl, że to ci ujdzie na sucho! – powie­działa temu komuś w myślach. Ale kto to był? I co takiego jej zro­bił?

Usły­szała gło­śne stu­ka­nie w szybę. Odwró­ciła się i zoba­czyła Mike’a. Po raz pierw­szy od dłu­giego czasu naprawdę ucie­szyła się, że go widzi.

– Cześć – powie­dział, kiedy otwo­rzyła drzwi.

Jak zwy­kle nie wyja­śnił powodu spóź­nie­nia, nie prze­pro­sił jej, ale tego wie­czoru nie miało to dla Sophie zna­cze­nia. Naprawdę się ucie­szyła, że wresz­cie się zja­wił. Mike miał sze­ro­kie ramiona i musku­larną syl­wetkę, ponie­waż nie­mal każ­dego dnia ćwi­czył na siłowni, a w week­endy tre­no­wał kick-boxing. Po tym, co zaszło w prze­bie­ralni, czuła się pew­niej w obec­no­ści kogoś, kto mógłby ją ochro­nić. Sophie nie podo­bała się tylko jego fry­zura: boki głowy miał ogo­lone nie­mal na zero. Uwa­żała, że w tej fry­zu­rze wygląda na więź­nia. Miał sze­roką twarz, głę­boki dołek w pod­bródku i nos jak mops.

Wyczuła w jego odde­chu alko­hol. Aha, to dla­tego się spóź­nił. Zapewne pił w Gor­ringe Park ze swo­imi kum­plami z agen­cji nie­ru­cho­mo­ści.

– Jesz­cze nie jesteś gotowa? – zapy­tał, gdy dostrzegł, że tylne drzwi są otwarte, a ubra­nia leżą poroz­rzu­cane na pod­ło­dze.

– Daj mi chwilkę – odparła Sophie.

Włą­czyła alarm i zamknęła drzwi, pozo­sta­wia­jąc swe­try, spodnie i zegar z kukułką na pod­ło­dze. Mija­jąc ladę, zawa­hała się i popa­trzyła na kurtkę.

– Co jesz­cze? – rzu­cił Mike. – Och, daj spo­kój, Soph, pospiesz się… Zosta­wi­łem samo­chód na zaka­zie par­ko­wa­nia. Man­dat może mnie kosz­to­wać sto pięć­dzie­siąt fun­cia­ków!

Sophie wahała się jesz­cze przez uła­mek sekundy, ale w końcu wzięła kurtkę z lady i prze­rzu­ciła ją przez ramię.

– Chyba nie masz zamiaru tego świ­snąć, co? – zapy­tał Mike. – I to tylko dla­tego, że nie chcia­łem ci ostat­nio kupić płasz­cza z Next? Był cho­ler­nie drogi, a poza tym w ogóle do cie­bie nie paso­wał.

– Zapłacę za tę kurtkę. Już ją przy­mie­rzy­łam i chcę ją mieć.

– W porządku. Twoja sprawa. Jeżeli chcesz nosić uży­wane ubra­nia jak stare baby, pro­szę bar­dzo.

Sophie zamknęła na klucz fron­towe drzwi Lit­tle Hel­pers i podą­żyła za Mikiem do czer­wo­nego sub­aru. Usiadł­szy w fotelu pasa­żera, poło­żyła kurtkę na kola­nach. Kiedy samo­chód ruszał, Sophie odnio­sła wra­że­nie, że kurtka łasi się do niej jak słodki kotek. Pogła­skała ją.

Ona mnie potrze­buje, pomy­ślała. Nie wiem, dla­czego mam takie wra­że­nie, ale ona mnie potrze­buje i nie pozwoli, żebym ją zosta­wiła.

4

– Liczę na to, że masz mocny żołą­dek – powie­działa Dża­mila, kiedy skrę­cili w Rec­tory Lane.

– Nie martw się – odparł Jerry. – Zresztą zja­dłem na śnia­da­nie tylko jedną kanapkę z jaj­kiem. Myślę, że nie zacznie mi się cofać do prze­łyku.

Dotarli do numeru 35. Przed budyn­kiem par­ko­wały cztery samo­chody inter­wen­cyjne i dwie fur­go­netki poli­cyjne, a za rogiem, przy Southview Close, stał ambu­lans. Chod­nik przed budyn­kiem był odgro­dzony, a ogród oświe­tlały silne reflek­tory usta­wione na wyso­kich trój­no­gach.

Dża­mila zna­la­zła wolne miej­sce do zapar­ko­wa­nia kil­ka­dzie­siąt metrów dalej i musieli się kawa­łek wró­cić pie­szo. Prze­szli pod biało-nie­bie­ską taśmą poli­cyjną i weszli do budynku. W wąskim holu dyżu­ro­wało trzech umun­du­ro­wa­nych poste­run­ko­wych w kami­zel­kach ochron­nych. Za pro­giem stał drew­niany wie­szak na płasz­cze, zarzu­cony wierzch­nimi okry­ciami. Jerry z tru­dem prze­ci­snął się obok niego. W salo­nie po lewej stro­nie jakaś poli­cjantka roz­ma­wiała z pulchną Paki­stanką w brą­zo­wej chu­stce na gło­wie i z chu­dym chło­pa­kiem. Miał sie­dem­na­ście albo osiem­na­ście lat, wyłu­pia­ste oczy i czarne, nie­po­rząd­nie przy­strzy­żone wąsy.

Dom cuch­nął kozie­radką, a ściany w holu obwie­szone były obraz­kami: tra­dy­cyj­nymi ilu­stra­cjami z paki­stań­skich podań ludo­wych, foto­gra­fiami rodzin­nymi i pej­za­żami Pesza­waru oraz Prze­łę­czy Chaj­ber­skiej. Dża­mila popa­trzyła na jeden z nich i powie­działa:

– Opo­wieść o prze­bie­głej Sid­dhi­kari.

– Aha – mruk­nął Jerry. – A któż to taki ta prze­bie­gła Sid­dhi­kari?

– Prze­bie­gła Sid­dhi­kari ukra­dła skarb pew­nemu kup­cowi, namó­wiła zło­dzieja, żeby powie­sił się na gałęzi drzewa, i odgry­zła język słu­żą­cemu kupca.

– Rozu­miem. I to był taki zwy­czajny dzień w Paki­sta­nie.

– Inspek­tor Saun­ders jest w sypialni – powie­dział jeden z poste­run­ko­wych, wska­zu­jąc kciu­kiem na schody.

– Nie. Tylko nie „Smi­ley” – jęk­nął Jerry.

Poste­run­kowy nie zare­ago­wał, ale posłał mu krzywe, współ­czu­jące spoj­rze­nie. Jerry pra­co­wał wcze­śniej ze „Smi­leyem” Saun­der­sem tylko przy jed­nej spra­wie, mło­dej Soma­lijki z Tower Ham­lets, któ­rej chło­pak przy­piekł głowę gorą­cym żelaz­kiem. Jerry ni­gdy nie spo­tkał osob­nika tak nie­usta­jąco nie­szczę­śli­wego jak inspek­tor Saun­ders.

Dża­mila ruszyła na pię­tro po wąskich scho­dach wyło­żo­nych chod­ni­kiem z juty, a Jerry poszedł za nią. W ostat­niej sypialni jeden z tech­ni­ków stał w kącie i robił zdję­cia, a dwaj inni na kola­nach i z sil­nymi latar­kami w dło­niach kawa­łek po kawałku prze­szu­ki­wali pod­łogę. Sły­chać było sze­lest ich kom­bi­ne­zo­nów ochron­nych z tyveku.

Detek­tyw inspek­tor Saun­ders z Wydziału Zabójstw, ubrany w beżową orta­lio­nową kurtkę, stał przy oknie z rękami zło­żo­nymi na pier­siach. Był wysoki, miał siwe włosy, które zacze­sy­wał do tyłu, bli­sko osa­dzone oczy i ostry, haczy­ko­waty nos. Kąciki ust miał bez­u­stan­nie wygięte do dołu, przez co wyglą­dał jak nie­za­do­wo­lony dra­pieżny ptak.

– Ach, więc go zna­la­złaś? – powie­dział do Dża­mili, a potem natych­miast zwró­cił się do Jerry’ego: – Cześć, Jerry. Dawno się nie widzie­li­śmy.

Ale Jerry mu nie odpo­wie­dział – nawet go nie usły­szał. Całą uwagę sku­pił na leżą­cych na łóżku zwło­kach dziew­czyny. Miała na sobie poma­rań­czowy śal­war kamiz, jej ramiona okry­wała dupatta. Dło­nie miała zaci­śnięte, jakby śmierć zasko­czyła ją pod­czas walki. Jej nie­gdyś bujne czarne włosy były w okrop­nym nie­ła­dzie, a twarz zamie­niła się w strasz­liwą szkar­łatną maskę. Oczy przy­po­mi­nały białe szklane kulki, w miej­scu nosa ziała trój­kątna dziura. Za każ­dym razem, gdy cicho trza­skał apa­rat foto­gra­ficzny i bły­skała jego lampa, Jerry widział lśniące zaka­marki zatok. Jej żuchwa opa­dła, a wysta­jący język pokryty był prze­zro­czy­stymi bąblami.

– Dobry Boże – powie­dział Jerry i potrzą­snął głową. – Wygląda, jakby wysko­czyła z naj­gor­szego hor­roru.

– Ostrze­ga­łam cię – odparła Dża­mila i zwró­ciła się do Saun­dersa: – Roz­ma­wiał już pan z jej matką i bra­tem?

– Jesz­cze nie – przy­znał. – Mówiąc szcze­rze, Dża­milo, cze­ka­łem z tym na cie­bie. Nie zna­łem dotąd żad­nego Paki­stań­czyka, a ci dwoje… nawet kiedy mówią po angiel­sku, trudno mi ich zro­zu­mieć. Nie­wiele też wiem o ich zwy­cza­jach, tylko tyle, że nie jedzą lewą ręką, ponie­waż pod­cie­rają nią dupy, no i że trak­tują kobiety jak śmieci.

Tech­nik, który klę­czał obok łóżka, ścią­gnął z twa­rzy maseczkę ochronną, uka­zu­jąc rudą brodę jak u księ­cia Harry’ego.

– To był stę­żony kwas siar­kowy. Butelka na­dal leży na pod­ło­dze i taka infor­ma­cja wid­nieje na nalepce. Oczy­wi­ście, niczego nie przyj­mu­jemy na wiarę i zba­damy ten płyn, ale to, co zostało z jej twa­rzy, i sto­pień znisz­cze­nia pościeli raczej nie pozo­sta­wiają wąt­pli­wo­ści, że mamy do czy­nie­nia z H2SO4.

– Powiedz pani detek­tyw Patel, jak to się odbyło. Ktoś w nią chlu­snął zawar­to­ścią bute­leczki?

– Nie, nikt w nią niczym nie chlu­snął – odparł tech­nik. – Cho­ciaż zwy­kle tak się to wła­śnie odbywa, prawda? Ktoś pod­cho­dzi i chlu­sta kwa­sem pro­sto w twarz. Ale ta młoda dama leżała na łóżku. Wszystko wska­zuje na to, że się nie bro­niła.

Jerry pochy­lił się nad łóż­kiem, żeby dokład­niej obej­rzeć wypa­loną kwa­sem twarz mar­twej Paki­stanki.

– Przy­tomny czło­wiek nie pozwala nikomu wylać na sie­bie skon­cen­tro­wa­nego kwasu, leżąc na łóżku, prawda? – powie­dział. – Może naj­pierw ktoś ją potrak­to­wał rohyp­no­lem albo innym środ­kiem nasen­nym? A może napast­ni­ków było wię­cej? Jeśli nie została nafa­sze­ro­wana żad­nymi środ­kami, ktoś ją musiał prze­cież przy­trzy­my­wać.

– Nie ma żad­nych śla­dów na ciele – stwier­dził tech­nik. – Wię­cej się dowiemy po sek­cji zwłok w szpi­talu Świę­tego Jerzego.

– W tej chwili wiemy jedy­nie, że nazy­wała się Samira Wazir – powie­działa Dża­mila. – Miała sie­dem­na­ście i pół roku i skoń­czyła szkołę śred­nią Al-Risa­lah. Ostat­nio była z rodzi­cami w Paki­sta­nie i sądząc po jej stroju, naj­praw­do­po­dob­niej zaaran­żo­wali tam spo­tka­nie z jej przy­szłym mężem.

– Masz na myśli mał­żeń­stwo sko­ja­rzone przez rodzi­ców? – zapy­tał Saun­ders.

– To czę­sto spo­ty­kany zwy­czaj.

– Może więc nie spodo­bał się jej przy­szły mąż i nie chciała go poślu­bić?

– To mogłoby być moty­wem kary hono­ro­wej, ow­szem – zgo­dziła się Dża­mila. – Ale w tym wypadku jest jesz­cze za wcze­śnie na taki wnio­sek. Musimy się dowie­dzieć od jej matki i brata, kogo miała poślu­bić i czy miała tutaj, w Wiel­kiej Bry­ta­nii, jakie­goś miej­sco­wego chło­paka, któ­rego jej rodzina nie akcep­to­wała. A może cho­dziła wcze­śniej z jakimś Paki­stań­czy­kiem, który się wściekł, że Samira ma wyjść za kogoś innego, i posta­no­wił ją oszpe­cić? Moż­liwe też, że ponio­sła karę za coś, co zro­bił jej brat. W Paki­sta­nie takie rze­czy się zda­rzają. Na przy­kład chło­pak sypia z żonatą kobietą, ale karany jest za to nie on, lecz jedna z jego sióstr. Zda­rza się, że zmu­sza się taką dziew­czynę do poślu­bie­nia zdra­dzo­nego męża, a cza­sami bywa tak, że wszy­scy męż­czyźni z jego rodziny doko­nują na niej zbio­ro­wego gwałtu.

– Uro­cze – wtrą­cił się rudo­włosy tech­nik. – Jestem naprawdę cho­ler­nie szczę­śliwy, że nie muszę gwał­cić mojej szwa­gierki. W życiu bym jej nie tknął pal­cem, choć ona pew­nie ucie­szy­łaby się z takiego seksu.

– Zejdę na dół i zamie­nię kilka słów z matką i bra­tem tej nie­szczę­snej dziew­czyny – kon­ty­nu­owała Dża­mila. – Jerry, chodź ze mną. Muszę mieć towa­rzy­stwo męż­czy­zny, to ważne, szcze­gól­nie kiedy będę prze­słu­chi­wała brata. Gdzie jest jej ojciec?

– Wciąż w Pesza­wa­rze. Poje­chał tam w inte­re­sach, przy­naj­mniej tak mi powie­działa jego żona.

– Być może został w Paki­sta­nie, żeby z rodziną przy­szłego męża dopiąć sprawy zwią­zane ze ślu­bem. Na przy­kład omó­wić kwe­stię posagu.

Jerry i Dża­mila wyszli z sypialni. Wcze­śniej Jerry raz jesz­cze popa­trzył na leżącą na łóżku dziew­czynę. Maka­bryczny widok jej twa­rzy był wstrzą­sa­jący, ale zara­zem fascy­nu­jący. Przez dzie­więć lat pracy w poli­cji Jerry widział wiele zwłok – pora­nio­nych, nad­pa­lo­nych, wyło­wio­nych z wody – jed­nak żadne nie wyglą­dały tak potwor­nie jak ciało Samiry. Wie­dział, że praw­do­po­dob­nie przy­śni mu się w noc­nych kosz­ma­rach, lecz mimo wszystko patrzył na nie i pró­bo­wał sobie wyobra­zić sady­stę, który tak strasz­li­wie oszpe­cił piękną dziew­czynę, pozba­wił ją życia z pełną świa­do­mo­ścią, że będzie umie­rać w strasz­li­wej ago­nii. W imię czego to zro­bił? W imię reli­gii? Z zazdro­ści? Dla rato­wa­nia honoru rodziny? Czy zamor­do­wa­nie mło­dej dziew­czyny przez roz­pusz­cze­nie jej twa­rzy kwa­sem mogło mieć coś wspól­nego z hono­rem?

Kiedy Jerry i Dża­mila weszli do salonu, pani Wazir ner­wowo zaci­skała w dło­niach zie­loną dupattę. Jej oczy były prze­krwione i opuch­nięte od pła­czu. Dża­mal stał przy oknie, patrząc na samo­chody poli­cyjne sto­jące przed domem, i nawet się nie odwró­cił, kiedy usły­szał ich kroki. Młoda poli­cjantka, która towa­rzy­szyła Paki­stań­czy­kom, wstała i zapy­tała:

– Czy mam pocze­kać na zewnątrz?

– Nie, zostań z nami – odparła Dża­mila. – To będzie dla cie­bie dobre doświad­cze­nie. Pani Wazir, przed­sta­wiam pani detek­tywa Par­doe ze Sco­tland Yardu. Ma duże doświad­cze­nie w spra­wach zwią­za­nych z prze­mocą domową, może więc pani być wobec niego zupeł­nie szczera.

– Dla­czego mówi pani o „prze­mocy domo­wej”? – zdzi­wiła się pani Wazir i otarła dupattą zapła­kane oczy. – Prze­cież w mojej rodzi­nie ni­gdy cze­goś takiego nie było. Już wam powie­dzia­łam, mój syn Dża­mal i ja wyje­cha­li­śmy na dwa dni do kuzy­no­stwa w Red­bridge. To się stało wła­śnie wtedy.

– Nasi tech­nicy zba­dali wszyst­kie drzwi i okna w tym domu i nie zna­leźli żad­nych śla­dów wła­ma­nia. To może wska­zy­wać na jedną z czte­rech wer­sji wyda­rzeń. Albo ktoś, kto zaata­ko­wał Samirę, miał wła­sne lub poży­czone klu­cze, albo Samira znała go i wpu­ściła do domu, albo napast­nik wdarł się do środka, kiedy dziew­czyna otwie­rała drzwi, i wtedy już nie ma zna­cze­nia, czy go znała czy nie.

– To są tylko trzy wer­sje – zauwa­żyła przy­tom­nie pani Wazir.

– Cóż, myślę, że czwarta jest oczy­wi­sta. Została zaata­ko­wana przez członka lub człon­ków rodziny.

– To jest bez­czelna suge­stia – powie­działa pani Wazir. – Jeżeli jesz­cze raz powtó­rzy pani coś takiego, będę zmu­szona wezwać naszych praw­ni­ków.

– Pro­szę pani – odrze­kła Dża­mila z naci­skiem. – Abso­lut­nie nie chcę być nie­grzeczna, nie mam zamiaru rzu­cać fał­szy­wych oskar­żeń, ale wyko­nuję swoją pracę i muszę roz­wa­żyć każdą moż­li­wość. Jestem pewna, że potrafi pani to zro­zu­mieć.

– Potra­fię zro­zu­mieć jedy­nie to, że pró­buje mnie pani oskar­żyć, jako­bym to ja wypa­liła kwa­sem twarz mojego uko­cha­nego dziecka. Czy jest pani w sta­nie sobie wyobra­zić, jakim cio­sem było dla mnie zna­le­zie­nie jej zwłok? Prze­cież ja już do końca życia spo­koj­nie nie zasnę.

– Strój Samiry suge­ruje, że wkrótce miała wyjść za mąż – zauwa­żyła Dża­mila.

– Tak, to prawda. Zabra­li­śmy ją we wrze­śniu do Pesza­waru wła­śnie po to, żeby poznała przy­szłego męża. To bar­dzo porządny i prawy męż­czy­zna z dobrej rodziny, a Samira go polu­biła i była szczę­śliwa, że zosta­nie jego żoną.

– A miała chło­paka tutaj, w Tooting? – zapy­tał Jerry.

– Wśród jej zna­jo­mych byli także chłopcy, jed­nak z żad­nym nie była bli­sko. Była dzie­wicą.

– Jest pani tego pewna?

– Cał­ko­wi­cie.

– A jej brat, Dża­mal… tak masz na imię, prawda? Dża­mal, czy twoja sio­stra miała chło­paka?

– Moja sio­stra robiła to, co jej kazano – odparł młody czło­wiek, nawet się nie odwró­ciw­szy.

– Nie o to cię pyta­łem.

– Nie wiem. Nie znam jej przy­ja­ciół.

– Czy przy­cho­dzi ci na myśl ktoś, kto miałby jaki­kol­wiek powód, żeby skrzyw­dzić Samirę? Może zde­ner­wo­wała ostat­nio któ­rąś z kole­ża­nek?

– Niech pan pyta o to kole­żanki – wtrą­ciła się pani Wazir. – Jej naj­lep­szą przy­ja­ciółką była Aki­lah Abdali. Mieszka gdzieś w Stre­atham. Jej adres znaj­dzie­cie pew­nie w note­sie Samiry.

– Czy Samira zamie­rzała dalej się kształ­cić? – zapy­tała Dża­mila. – Może chciała pójść do col­lege’u albo na uni­wer­sy­tet?

– Nie rozu­miem – odparła pani Wazir. – Prze­cież miała wyjść za mąż.

Jerry miał ochotę zapy­tać panią Wazir, czy wyj­ście za mąż odbiera prawo do stu­dio­wa­nia, uznał jed­nak, że lepiej będzie, jeśli prze­mil­czy tę kwe­stię.

– Co robiła pani córka po ukoń­cze­niu szkoły śred­niej? – zapy­tał.

– Głów­nie poma­gała mi w domu. Cza­sami dora­biała wie­czo­rami w restau­ra­cji Sara­vanna Bha­van przy High Street.

Dża­mila zano­to­wała nazwę restau­ra­cji i zadała kolejne pyta­nie:

– Pro­szę powie­dzieć mi coś o sta­nie jej zdro­wia. Zwie­rzała się pani ze swo­ich zmar­twień, może mie­wała depre­sję albo źle się czuła?

Pani Wazir przez chwilę się zasta­na­wiała, ale zaraz wzru­szyła ramio­nami.

– Przez ostatni tydzień była bar­dzo wyci­szona i w sumie rzadko ją widy­wa­łam. Pra­wie każ­dego wie­czoru gdzieś wycho­dziła. Wra­cała późno i szła pro­sto do swo­jego pokoju.

– Pytała ją pani, czy coś jej dolega?

– Tak, puka­łam do drzwi jej pokoju i pyta­łam, czy wszystko jest w porządku, ale ona za każ­dym razem odpo­wia­dała, że tak.

– Scho­dziła na posiłki albo na przy­kład na wspólne oglą­da­nie tele­wi­zji?

– Nie. Kiedy mówi­łam jej, że na stole czeka kola­cja, odpo­wia­dała, że już jadła w restau­ra­cji.

Dża­mal odwró­cił się od okna. Czarne włosy miał zacze­sane w szpic na czubku głowy, a jego wąsy wyglą­dały na sztuczne, cho­ciaż zaczy­nała mu też rosnąć kędzie­rzawa broda. Ubrany był w ciem­no­zie­lony, zapi­nany na zamek bły­ska­wiczny polar z logo paki­stań­skiej repre­zen­ta­cji pił­kar­skiej i w obci­słe czarne jeg­ginsy.

– Daj spo­kój, mamo. – Mówił z sil­nym akcen­tem ze wschod­niego Lon­dynu. – Prze­cież powin­naś im powie­dzieć, że ty i Sam wciąż na sie­bie krzy­cza­ły­ście. Cią­gle mia­łaś do niej pre­ten­sje i trza­ska­łaś drzwiami.

– To prawda, pani Wazir? – zapy­tała Dża­mila. – Kłó­ciła się pani z córką?

Kobieta wyrzu­ciła ręce w górę i zawo­łała:

– Ha! A czego się pani spo­dziewa? Matki i córki zawsze się kłócą. A Samira potra­fiła być uparta jak osioł. To dla­tego uzna­li­śmy, że naj­wyż­szy czas, aby wyszła za mąż. Mał­żeń­stwo miało nauczyć ją posłu­szeń­stwa, miała stać się praw­dziwą kobietą. Ale teraz moje serce krwawi z żalu po niej, mówię pani. Nie wie­rzę, że już ni­gdy wię­cej jej nie zoba­czę. Nie wie­rzę!

Znów przy­ło­żyła szal do oczu i krę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem i bólem.

W tym momen­cie w drzwiach sta­nął Saun­ders. Rozej­rzał się po salo­nie wzro­kiem dra­pież­nika, jakby spo­dzie­wał się, że zoba­czy na pod­ło­dze jakieś myszy, na które będzie mógł się rzu­cić.

– Jak idzie, pani sier­żant?

– Myślę, że na dzi­siaj już skoń­czy­li­śmy – odparła Dża­mila. – Na pewno jesz­cze tu wró­cimy, jutro lub poju­trze, kiedy otrzą­śnie się pani z szoku. Tym­cza­sem poroz­ma­wiamy ze zna­jo­mymi Samiry. Na pewno się dowiemy, jak doszło do jej śmierci. Jeśli pani zechce, mogę przy­słać do pani wolon­ta­riu­sza z Grupy Wspar­cia Ofiar Prze­stępstw.

Pani Wazir unio­sła rękę, żeby dać sygnał, że sły­szy jej słowa. Dża­mal wciąż stał przy oknie z rękami w kie­sze­niach polaru i ze znu­dzo­nym wyra­zem twa­rzy, jakby nie mógł się docze­kać, aż wszy­scy wresz­cie sobie pójdą.

Musieli prze­pu­ścić sani­ta­riu­szy, któ­rzy zno­sili po scho­dach zwłoki Samiry. Gdy w końcu sta­nęli przy drzwiach wyj­ścio­wych, Jerry zapy­tał:

– Gdzie się podział płaszcz, który tu wisiał?

– Jaki płaszcz? – zdzi­wiła się Dża­mila.

– Szary płaszcz, który widzia­łem na tym wie­szaku. Ktoś go powie­sił na samym wierz­chu, zakry­wał wszyst­kie inne. Teraz go nie ma. Widzę na wierz­chu zupeł­nie inny płaszcz, czer­wony.

– Nie widzia­łam żad­nego sza­rego płasz­cza.

– Ale on tutaj na pewno był. Zapa­mię­ta­łem go, ponie­waż był podobny do tego, który mia­łem, kiedy kupi­łem mój pierw­szy moto­cykl.

– Raczej nie wyobra­żam sobie, żeby ktoś go ukradł – powie­dział Saun­ders. – Praw­do­po­dob­nie spadł i po pro­stu ktoś go gdzieś prze­wie­sił.

Poli­cjanci, któ­rzy stali w holu, wyszli do ogrodu, żeby prze­pu­ścić sani­ta­riu­szy z noszami.

– Czy któ­ryś z was widział, co się stało z sza­rym płasz­czem, który wisiał na wie­szaku? – zapy­tał ich Jerry, kiedy razem z Dża­milą zna­leźli się w ogro­dzie.

Obaj pokrę­cili gło­wami.

– Co to za płaszcz?

– No, szary… – zaczął Jerry, ale zaraz urwał. – Nie, nic… nie­ważne.

– Nie masz przy­pad­kiem oma­mów wzro­ko­wych, Jerry? – zapy­tał Saun­ders, kiedy szli do samo­cho­dów.

Jerry’ego kusiło, żeby mu coś odpo­wie­dzieć, ale nie ode­zwał się. Ostat­nio bywał z sie­bie dumny, że potrafi trzy­mać język za zębami. Nie­mniej wciąż był prze­ko­nany, że widział szary płaszcz na samym czubku wie­szaka. A skoro nikt go stam­tąd nie zabrał, to co się z nim stało?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Ghost Virus

Copy­ri­ght © Gra­ham Master­ton 2024

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion and e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2018, 2024

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Elż­bieta Jeżew­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Iza­bella Mar­ci­now­ska

Foto­gra­fia na okładce © Joe The­ra­sak­dhi / Shut­ter­stock

Wyda­nie II e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Wirus, wyd. I, Poznań 2018)

ISBN 978-83-8062-935-6

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer