Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland. Forella - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland - Barbara Cartland - ebook

Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland. Forella - Ponadczasowe historie miłosne Barbary Cartland ebook

Barbara Cartland

4,2
7,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Książę Janos Kovac przybył do Anglii z Węgier po to, a by polować. Jego bale są zaszczycane przez najpiękniejsze kobiety. Na jednym z nich pojawia się też piękna i intrygująca lady Esme. Piękna kobieta, znudzona swoim małżeństwem, rozpoczyna romans z hrabią Sherbrunem. Ten przystojny, bogaty arystokrata nie jest jednak zainteresowany małżeństwem, a kolejne romansy go nudzą. Tak też jest i tym razem. Kiedy lady Katie to odkrywa postanawia zemścić się na nim i jego nowej wybrance. Po śmierci ojca Forella zamieszkuje z lady Katie i Georgem, którzy są jej wujostwem. Lady Katie nie jest zadowolona z tego pomysłu i postanawia jak najszybciej wydać dziewczynę za mąż, aby się jej pozbyć. Lady Katie zabiera Forellę na bal do księcia Janosa. Tam wieczorem przez przypadek do jej pokoju wchodzi hrabia Sherbrun,który myli pokoje. Lady Katie wykorzystuje o jako pretekst do tego, aby wymusić małżeństwo Forelli z hrabią. Forella stara się wyjaśnić zaistniałą sytuację, ale na nic się to zdaje. Niespodziewanie z pomocą przyjdzie jej książę Janos, udzielając jej schronienia w jednym ze swoich domów. Tam Forella pozna tez jego krewnego Miklosa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 176

Oceny
4,2 (11 ocen)
6
1
4
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Claus Eggers Sørensen

Forella

Saga

ForellaTytuł oryginału: Help from the HeartPrzełożyła: Elżbieta ZiółkowskaCover font: Copyright (c) 2010-2012 by Claus Eggers Sørensen ([email protected]), with Reserved Font Name ‘Playfair’Copyright © 1984, 2019 Barbara Cartland i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788711771075

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Rozdział 1

Rok 1870

Po obiedzie panie przeszły do wielkiego salonu ozdobionego kryształowymi kandelabrami i ogromną ilością egzotycznych kwiatów. Ubrane w suknie spiętrzone z tyłu na tiurniurach, które według wskazówek Frederica Wortha zajęły miejsce krynolin, wyglądały jak wspaniałe łabędzie. Tiurniury idealnie akcentowały ich cienkie talie, a ponad nimi opięte gorsety doskonale podkreślały wypukłość i krągłość piersi, które przyciągały wzrok dzięki znów modnym głęboko wyciętym dekoltom.

Kogoś, kto nie wiedział, że gospodarzem przyjęcia jest książę Janos Kovác, mógłby zdziwić widok tak wielu pięknych kobiet zebranych w jednym pokoju. Zdawało się, że całe Alchester otoczone jest aurą bogactwa.

Niewielu zapewne z przybyłych tu na weekend gości mogło pamiętać jak wyglądał zamek, zanim duke Alchester sprzedał go księciu.

— Jedyne pocieszenie — powiedziała starsza bogata dama w stroju mieniącym się diamentami — to to, że Alchesterowie nie tylko byli w stanie zapłacić swoje rachunki, ale odkąd pozbyli się zamku, wiedli swoje życie we względnym komforcie.

— Moja droga, czy pamiętasz jak tu było? — zawołała jej rozmówczyni. — Zimą przejmujący chłód, a sufit i ściany wilgotne z powodu cieknącego dachu! Nic nie było reperowane ani poprawiane od blisko pięćdziesięciu lat! I to niezjadliwe jedzenie!

Damy roześmiały się ironicznie.

— Zupełnie inaczej, niż dziś wieczór!

Zamilkły nagle obydwie zdając sobie sprawę, jak wspaniała była kolacja i jaką radością dla każdego smakosza było wino podawane do kolejnych dań.

Książę Janos, właściciel ponad tysiąca akrów ziem we wschodnich Węgrzech, przyjechał do Anglii przede wszystkim po to, by polować. Tak bardzo jednak zauroczył go sport, który uprawiał z ogromnym entuzjazmem w Shires, że nie tylko został członkiem kilku klubów, lecz stał się także posiadaczem stajni dla koni wyścigowych, które na dokładkę bardzo szybko zaczęły odnosić zwycięstwa.

Gdyby udało się to jakiemuś innemu młodemu człowiekowi, rozsiewałby wokół siebie zazdrość i nienawiść. Jednak nie książę Janos. Był coraz bardziej popularny nie tylko wśród tych, którzy dosiadali jego koni i kibicowali mu, ale także w Klubie Jeździeckim, którego stał się członkiem. Zaproszenia na jego przyjęcia były wręcz rozchwytywane, a on znalazł sposób na to, jak to ktoś zauważył trochę złośliwie, by pomieścić więcej piękności na jednym metrze kwadratowym, niż udało się to kiedykolwiek innym gospodarzom.

Rozglądając się po pokoju, widząc te wszystkie blondynki, brunetki i rude, nikt nie miał wątpliwości, że nawet Parysowi, gdyby mógł być tam obecny, trudno byłoby zdecydować, której z nich należy się złote jabłko.

Książę znał mnóstwo pięknych kobiet i nie było wątpliwości, że one były nim zafascynowane, zaintrygowane i zaślepione, i z całą pewnością znajdował się w centrum ich uwagi. Tym więc dziwniejsze było to, że nawet najbardziejwścibscy intryganci towarzystwa mogli powiedzieć tak niewiele o nieskandalizującym i dyskretnym księciu Janosu, co bynajmniej nie odnosiło się do jego gości. W momencie, gdy lady Esme Meldrum podchodziła do jednego ze zdobionych złotymi ramami luster, markiza Claydon śledziła jej ruchy wzrokiem pełnym nienawiści. Bez wątpienia lady Esme była nadzwyczaj piękna, a jej uroda podziwiana przez współczesnych artystów. Wydawało się niemożliwe, by mógł gdzieś istnieć ktoś cudowniejszy od niej, złotowłosej, z oczami koloru miodu, o cerze jak przeźroczysta porcelana. Poruszała się pięknie, a jej figura przypominała figurę bogini.

Z prawdziwej miłości poślubiła Sir Richarda Meldrum. Co prawda jej rodzice oczekiwali że znajdzie lepszą partię, ale gdy o Sir Richardzie Meldrum zaczęto mówić jako o jednym z najbardziej obiecujących ambasadorów w Europie, pogodzili się z wyborem córki. Jednak po ośmiu latach małżeństwa z mężczyzną, który był coraz bardziej pochłonięty swoimi obowiązkami, lady Esme zaczęła szukać rozrywki.

Hrabia Sherburn zwrócił uwagę na jej piękność w tym samym momencie, w którym ona stwierdziła, że niewątpliwie jest on szalenie atrakcyjną partią.

Osmond Sherburn był bogaty, przystojny, odrobinę już znudzony odnoszonymi sukcesami i absolutnie nie zainteresowany małżeństwem. Dużo ambitnych matek uważało, że właśnie ich córki z wdziękiem zdobiłyby klejnoty Sherburnów i na pewno byłyby czarującymi paniami rodzinnego domu hrabiego i innych jego posiadłości. Wykazał on jednak na tyle sprytny, by kierowć swoją uwagę ku kobietom zamężnym. Narażał się przez to ich małżonkom, czasami do tego stopnia nawet, iż gotowi byli wyzwać go na pojedynek. Jednak przyjaźń hrabiego z Księciem Walii i jego pozycja w towarzystwie, zmuszały ich do pewnych ustępstw i słusznych przemyśleń, że prowokowanie go byłoby na pewno błędem.

Tym to sposobem hrabia mógł bawić się na całego, dokonując przy tym odkrycia, że tylko nieliczne kobiety odmawiały spełnienia jego życzeń.

Właśnie zakończył krótkotrwały, acz przyjemny romans z markizą Claydon. Jak zwykle, to on ochłonął pierwszy i zastanawiał się, jak wyswobodzić się z jej kurczowo zaciśniętych i zaborczych objęć, gdy na horyzoncie pojawiła się lady Esme.

Mówienie, że stracił dla niej głowę byłoby przesadą, gdyż hrabia zawsze stał twardo na ziemi. Jego sercem zawsze rządził rozum, gdyż nawet w najbardziej żarliwych i burzliwych romansach zachowywał ostrożność. To właśnie, bardziej niż cokolwiek innego sprawiało, żę zakochane w nim kobiety zawsze zdawały sobie sprawę, że nigdy w pełni nim nie zawładną.

— Nie mogę zrozumieć, dlaczego straciłam Osmonda — szlochała do markizy jakąś piękność, zanim ona i hrabia zwrócili na siebie uwagę.

— Moja droga, może byłaś zbyt uległa — odparła Kathie Claydon.

— A jak inaczej można zachowywać się przy Osmondzie? — zapytała piękność. — On jest taki dominujący, taki władczy, a i jego przygniatająca przewaga sprawia, że nie sposób odmówić mu czegokolwiek.

Markiza trafnie oceniła sytuację i stwierdziła, że tym razem hrabiemu potrzebne jest wyzwanie.

Kiedy więc spotkali się na przyjęciu, na którym żadne z nich nie było zainteresowane nikim innym, posyłała mu zagadkowe spojrzenia. Była w swym zachowaniu prowokująca, a jednocześnie intrygująca, zachęcająca i tajemnicza.

Ale gdy zostali już kochankami, jej siła osłabła i nie była już w stanie dłużej go prowokować, tak jak wcześniej zamierzała. Stała się absolutnie uległa i posłuszna wszystkiemu, czego od niej żądał. Kiedy więc zdała sobie sprawę, a była bardzo doświadczona w sztuce miłości, że hrabia oddala się od niej, ogarnęła ją rozpacz.

Uświadomiła sobie, że pokochała hrabiego tak, jak nigdy dotąd nikogo w całym swoim życiu nie kochała.

Jej małżeństwo było zaaranżowane przez rodziców i chociaż pochlebiał jej fakt bycia markizą Claydon, nie zdarzyło się, by nawet w bardziej intymnych chwilach doznała przyjemności. Dopiero wtedy, gdy obdarowała męża dwoma synami i córką i gdy wzięła swojego pierwszego kochanka, odkryła namiętność. Zrozumiała jak wiele w życiu straciła, ale przecież i tak nigdy nie była naprawdę zakochana. Aż do chwili, dopóki w jej życiu nie pojawił się hrabia.

Potem, gdy już zakochała się tak bardzo, że gotowa była błagać hrabiego by uciekł gdzieś razem z nią odkryła, że żyła dotąd w świecie złudzeń. Fakt, że jej miejsce zajęła lady Esme, był dla niej bardziej gorzki, niż gdyby chodziło o jakąś nieznaną piękność należącą do tego samego kręgu towarzyskiego, w którym nieuchronnie widywali się prawie każdego dnia.

W ciągu ostatnich kilku lat Książę Walii znów zaczął cieszyć się wolnością. Otacżał się młodymi, żądnymi rozrywki, najbogatszymi i nie szanującymi etykiety członkami towarzystwa londyńskiego.

W 1863 roku poślubił piękną Aleksandrę Duńską ale już w 1868 roku, kiedy to przyszło na świat ich trzecie dziecko, księżniczka Viktoria, liczba jego romansów była na tyle duża, że nie sposób było je tuszować lub choćby ignorować.

Już dwa lata wcześniej, gdy odwiedził St. Petersburg, by wziąć udział w przyjęciu weselnym siostry księżniczki Aleksandry, Dagmary, z carewiczem Aleksandrem, dużo ludzi szeptało, że nie poprzestawał tylko na flirtach z ponętnymi pięknościami rosyjskiej stolicy. Jeszcze więcej opowieści dotarło z Paryża, dokąd samotnie udał się następnego roku.

Odtąd jego podboje i ich efekty, dosyć barwnie opisywane, szybko następowały po sobie.

Pierwszą z wielu aktorek, które zaistniały w jego życiu, była ponętna Hortensja Schneider. Po niej były też inne piękne kobiety, poczynając od debiutujących w towarzystwie panien, które miał okazję spotkać na balach, aż do dojrzałych, zamężnych piękności Beau Monde.

Książę Walii miał swój styl — całkiem inny niż jego ojciec czy matka uważaliby za właściwy — i nie sposób było mu się oprzeć.

Ułatwiło to bardzo życie innym dżentelmenom, którzy dotąd dbali o pozory porządnego zachowania. W istocie, dopóki nie umarł ojciec księcia zawsze narażeni byli na burę lub wykluczenie z dworu z powodu najmniejszego nawet skandalu.

Nikt już nie stawiał barier, a romanse Księcia Walii były jawne i akceptowane prawie przez wszystkich, z wyjątkiem niektórych rodzin z zasadami, jak na przykład rodzina markizy Salisbury. Życie tym samym stało się łatwiejsze i znacznie przyjemniejsze dla arystokratów w wieku księcia lub nieco od niego starszych.

Nie ułatwiało to markizie Claydon pogodzenia się z faktem, że hrabia Sherburn znudził się nią. Próbowała oszukiwać samą siebie i wierzyć, że to tylko chwilowy nastrój i że on wróci do niej. Jednak przerwy między jego odwiedzinami stawały się coraz dłuższe, a tłumaczenia, że jakiś niecierpiący zwłoki interes wymagał jego obecności, nie były już przekonywające. Wkrótce, gdy stało się jasne, że tym „interesem” był lady Esme Meldrum, złość i zazdrość markizy osiągnęły szczyt. Jeszcze nigdy w życiu nie darzyła nikogo taką nienawiścią, jak lady Esme.

Godzinami wpatrując się w lustro zastanawiała się, dlaczego nie zdołała utrzymać hrabiego, mimo że w opinii innych, z burząciemnych włosów, błyszczącymi oczami i szlachetnymi rysami, była daleko bardziej atrakcyjna od swojej rywalki. W końcu jednak musiała pogodzić się z faktem, że hrabia odszedł. Nie widziała go od miesiąca, aż do chwili, gdy dzisiaj znaleźli się wśród innych gości w zamku Alchester.

Sama skarciła siebie w duchu, gdy przed kolacją na widok hrabiego wchodzącego do salonu, jej serce podskoczyło i poczuła, że jest jej ciężko oddychać. Była zbyt dumna, by się skarżyć, tak jak to czyniły inne kobiety po utracie hrabiego. Udawała, nawet jeśli nikt w to nie wierzył, że ona pierwsza zakończyła ten romans, ponieważ już jej nie bawił.

Markiza miała wiele wad, ale na pewno nie była typem kobiety, która zdruzgotana przeciwnościami losu szlochałaby i lamentowała, nawet jeśli utraciła coś, co było dla niej najważniejsze w życiu. Przyrzekła sobie, że będzie walczyła, i nawet jeśli hrabia nie wróci do niej, znajdzie sposób na to, by pożałował tego, jak z nią postąpił. Prędzej czy później, myślała, odegra się także na Esme Meldrum i sprawi, by cierpiała tak, jak ona teraz.

Być może wśród przodków markizy znalazł się jakiś gorącokrwisty Włoch lub Hiszpan, którzy dobrze wiedzieli co znaczy vendetta.

Wszystkie inne kobiety porzucone przez hrabiego płakały straciwszy nadzieję, ale nie działały. Markiza zdecydowała, że będzie inna.

— Ukaram go — mówiła do swojego odbicia w lustrze — nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką uczynię w moim życiu.

W nocy leżała z otwartymi oczami i myślała o nieszczęściach i katastrofach, które ściągnie na głowę hrabiego, aż pewnego dnia ten przypełznie do niej na kolanach błagając o litość. Fantazje te, choć na krótko, koiły ból po stracie, ból, który był jak otwarta rana w sercu.

Teraz, gdy obserwowała go jak wszedł do salonu i witał się z księciem miała pewność, że z żadnym mężczyzną który ją całował, nie czuła się tak dobrze, jak z nim. Gardziła sobą wierząc, że gdyby w tym momencie wyciągnął do niej ręce, ez wahania pobiegłaby do niego. Zamiast tego jednak, sztywno wyprostowana i cała oficjalna w swej pozie odezwała się do niego gdy podszedł:

— Dobry wieczór, Osmondzie, miło cię tu widzieć.

— Chyba nie muszę ci mówić, że wyglądasz piękniej niż kiedykolwiek — odparł hrabia lekko ...

To co powiedział brzmiało szczerze, ale wyraz jego oczu tylko utwierdził markizę w przykrym przekonaniu, że hrabia nie jest już nią zainteresowany. Jej nienawiść wzmogła się. Z wysiłkiem, gdyż trudno jej było wydobyć z siebie głos, powiedziała:

— George cieszy się na spotkanie z tobą, ale najpierw poznaj jego bratanicę, córkę zmarłego brata Petera, która właśnie przyjechała, by zamieszkać z nami.

Mówiąc to wskazała na stojącą obok niej bardzo młodą i schowaną w cieniu dziewczynę.

— Forello — ciągnęła markiza — to jest hrabia Sherburn, właściciel najświetniejszych koni wyścigowach w Anglii, jak również słynny sportowiec.

Ton głosu markizy sprawił, że charakterystyka ta zabrzmiała jak obelga. Hrabia doceniając jej sarkazm, skłonił się lekko w stronę bratanicy i przesunął w kierunku lady Esme, która stała po drugiej stronie pokoju. Sposób w jaki podała mu rękę i wyraz oczu, z jakim na niego patrzyła potwierdził tylko to, czego markiza była już pewna.

Gdy odwróciła się, by z przesadną wylewnością przywitać się z innymi znanymi sobie gośćmi, pałała żądzą zemsty.

Stojąc obok ciotki i bacznie obserwując Forella zastanawia ła się, skąd pochodzi źródło tej złości. Podczas dziwnego życia jakie wiodła ze swoim ojcem, nauczyła się oceniać ludzi nie tylko po tym co mówią ale także wyczuwając wibra cje pochodzące od nich.

Zorientowała się szybko, gdy zjawiła się tydzień temu w domu swojego wuja na Park Lane, że jej ciotka nie ucieszyła się z tej wizyty. Markiza sprzeciwiała się zamieszkaniu z bratanicą męża pod jednym dachem.

Mimo, że nie była obecna przy kłótniach toczących się na temat jej osoby, doskonale zdawała sobie z nich sprawę.

Od momentu przyjazdu z Włoch, gdzie w czasie epidemii tyfusu zmarł jej ojciec, wiedziała, że ciotka nie przyjmie jej życzliwie.

— Czy chcesz mi powiedzieć, George — zapytała markiza z niedowierzaniem — że córka twojego brata, której nie widziałam w życiu na oczy, zamieszka razem z nami i że to ja będę musiała przedstwiać ją na Dworze i wprowadzić do towarzystwa?

— Nie pozostaje nam nic innego do zrobienia Kathie — odpowiedział markiz krótko. — Teraz, po śmierci Petera, stałem się opiekunem tej dziewczyny, a ponieważ ona ma dziewiętnaście lat, powinna była zostać wprowadzona do towarzystwa już prawie rok temu.

— Ależ to było niemożliwe, bo szalała po świecie ze swoim ekscentrycznym ojcem — odrzekła markiza ostro.

— Wiem o tym — odparł markiz — dotąd jednak nie była to nasza sprawa, że Peter wiódł życie według własnego widzimisię. Teraz jednak my musimy zrobić to, co jest najwłaściwsze dla jego córki.

— Ona z pewnością musi mieć jeszcze jakąś rodzine, która chętnie przejęłaby opiekę nad nią gdybyś im dobrze zapłacił.

— Ich pozycja jest inna niż nasza — odparł markiz. — Uważam, że opieka nad nią jest moim obowiązkiem aż do chwili, gdy wyjdzie za mąż.

Zapadła ciszą, a po chwili markiza wybuchła:

— Więc tak naprawdę chodzi ci o to, żebym to ja znalazła dla niej męża!

— Czemu nie? — zapytał markiz. — Masz mnóstwo znajomych, którzy plączą się tu, piją moje wino i korzystają z mojej gościnności. Na pewno któryś z nich nadawałby się na męża mojej bratanicy!

— Bratanicy bez posagu i bez obycia towarzyskiego, sądząc po sposobie życia jakie prowadził twój brat? — spytała urażona markiza.

— Jest piękną dziewczyną — odpowiedział markiz — i przypuszczam, że możesz zadbać o jej wygląd i nauczyć tego, co powinna wiedzieć.

Jego żona nic nie odpowiedziała, a dopiero po chwili on dodał już bardziej pojednawczym tonem:

— No, Kathie, przecież nie tak dawno temu też byłaś młoda. Nie moglibyśmy przecież zostawić tej dziewczyny w slamsach Neapolu bez nikogo, kto mógłby się nią zająć, poza starym sługą Petera, który podróżował razem z nimi przez wszystkie te lata.

— Chyba nie masz zamiaru i jego tutaj sprowadzić? — zapytała markiza.

— Nie, zamierzam dać mu odprawę—odpowiedział markiz. —Jest dobrym człowiekiem i podaruję mu domek na wsi.

Po chwili ciszy jaka zapadła markiza spytała:

— A dziewczyna?

— Przyjedzie za trzy tygodnie. W drodze przez Francję towarzyszyć jej będzie siostra zakonna i kurier. Uważałem za stosowne dać jej trochę czasu, by mogła dojść do siebie po śmierci ojca ... Słowo „śmierć” zapaliło światełko w mroku tego wszystkiego, o co prosił ją mąż.

— Jeśli Forella jest w żałobie, nie może się spodziewać, że będzie uczestniczyła w balach. Nikt nie chce widzieć małej, czarnej wrony na przyjęciach.

— Tym nie musisz się martwić — odrzekł markiz.

— Czemu?

— Ponieważ wiesz, że Peter był zawsze niezwykły. Otóż zaznaczył w swoim testamencie, że nikt nie powinien być po nim w żałobie, czy też ubierać się na czarno. Życzył sobie również, żeby pochować go bez żadnego zamieszania.

Markiz zamilkł na chwilę, po czym dodał:

— Mój brat napisał do mnie: „Wiodłem cholernie dobre życie i cieszyłem się każdą jego chwilą. Jeśli ktokolwiek zatęskni za mną, to mam nadzieję, że wypije szklankę szampana w imię mojej pamięci i będzie życzyć mi szczęścia, gdziekolwiek znajdowałbym się w przyszłości”.

Jego głos załamał się lekko po przytoczeniu słów brata, ale markiza tylko prychnęła:

— To brzmi dokładnie tak nonsensownie, jak tylko można się było spodziewać po twoim bracie, ale myślę, że w znacznym stopniu ułatwi mi to właściwe zajęcie się jego dzieckiem. Jednocześnie nie myśl, George, że będzie to dla mnie łatwe, bo wcale nie będzie.

— Chcesz powiedzieć — odrzekł markiz — że nie za bardzo podoba ci się pomysł bycia opiekunką debiutantki i ponieważ nie jestem głupcem, naprawdę doceniam to. Najlepszą więc rzeczą jaką możesz zrobić, jest wydanie jej za mąż tak szybko, jak tylko się da. Wtedy oboje będziemy mieli ją z głowy.

Zamilkł, zanim po chwili dodał:

— Dam jej trzysta gwinei rocznie, co powinno wszystko ułatwić, a poza tym możesz wydać na jej wyprawę tyle, ile zechcesz.

Dopiero teraz spojrzenie markizy jakby trochę złagodniało.

— To wyjątkowo hojnie, George.

— Byłem dumny z Petera — powiedział markiz zamyślony — i, możesz mi wierzyć lub nie, często zazdrościłem mu.

Nie mówiąc nic więcej wyszedł z pokoju, podczas gdy markiza patrzyła za nim zdumiona. Jak to możliwe żeby George, który miał wszystko: tytuł, bogactwo i pozycję zarówno na Dworze, jak i w towarzystwie, zazdrościł swojemu bratu? Nie widywała Petera zbyt często i nie darzyła sympatią, czego powodem było głównie to, że go po prostu nie rozumiała.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.