55,99 zł
Miejsce, w którym mieszkamy, w jakiś sposób kształtuje nas i definiuje. Nie tylko my urządzamy swój dom. On także urządza i mebluje nas po swojemu.
Czy niezgoda może budować? Jak żyć obok ludzi, z którymi się nie zgadzamy, bez poczucia przymusu przekonywania ich do swojej racji?
Czemu w naszym kraju uśmiechanie się do obcych postrzegane jest jako objaw głupoty? Ile prawdy jest w powiedzeniu „Ponury jak Polak”?
Czy jesteśmy skazani na wojnę pokoleń, czy jednak da się wyjść z generacyjnych okopów?
Marcin Napiórkowski – specjalista od antropologii codzienności – rozkłada polską duszę na czynniki pierwsze. Demontuje stereotypy na nasz temat, do jakich przywykliśmy. Analizuje Polskę, która leży nie między Bugiem a Odrą, ale między ściereczką schnącą na piekarniku a flagą łopoczącą przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Przekonując przekornie, że wojna polsko-polska nie jest koniecznością, proponuje swoistą filozofię domu – miejsca pielęgnowania wspólnotowych rytuałów, gdzie różnorodność i tożsamość wzajemnie się nie wykluczają.
*
Książka stanowi wybór najciekawszych tekstów Marcina Napiórkowskiego z ostatnich lat, publikowanych głównie na łamach „Tygodnika Powszechnego”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 226
Data ważności licencji: 6/3/2031
Projekt okładki Tomasz Majewski
Redakcja Katarzyna Węglarczyk
Promocja Marlena Miśkowiec
Korekta Barbara Gąsiorowska Marta Tyczyńska-Lewicka
Copyright © by Tygodnik Powszechny Copyright © for the introduction by Marcin Napiórkowski
Rozdział Jakiej przeszłości potrzebuje przyszłość? dzięki uprzejmości kwartalnika „Więź” Rozdział Krainy Pseudonauki dzięki uprzejmości miesięcznika „Znak”
© Copyright for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-312-8
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie I, Kraków 2026
Plik przygotował Woblink
woblink.com
Eris, bogini niezgody, to jedna z najbardziej przerażających postaci greckiego panteonu. W tonie, w jakim opisują ją starożytni, pobrzmiewają echa pierwotnej grozy płynące ku nam z czasów, gdy wojna była codziennością, a opinia silniejszego łatwo stawała się prawem. Według poetów Eris była córką najczarniejszej nocy, nieodłączną towarzyszką Aresa, bezpośrednią sprawczynią większości tragicznych zwrotów akcji w losach poszczególnych bohaterów i całych społeczeństw. Jej nadejście zwiastowało wszystko, co dla człowieka najgorsze.
A jednak w Pracach i dniach Hezjoda znajdujemy zagadkową wzmiankę, która stawia tę boginię w całkiem innym świetle. Poeta, jeden z najuważniejszych starożytnych obserwatorów przyrody, społeczeństw i ludzkich charakterów, przekonuje mianowicie, że istnieją dwie różne boginie o tym samym imieniu, lecz całkiem odmiennej naturze.
Jedna to znana nam dobrze patronka wojny i zniszczenia, która „złe swary ściąga na wojenne szlaki”. Druga to życzliwa opiekunka, co „ludzkiej przyjazna jest doli”. Jak to możliwe? Bogini niezgody przyjazna ludziom? Tworząca dla nich warunki do poprawy i zachętę do lepszej pracy?
Hezjod, jak przekonuje większość zajmujących się sprawą filologów, miał na myśli przede wszystkim poczucie zdrowej konkurencji i motywację, jaką odczuwamy na widok lepszych plonów sąsiada. Wydaje się jednak, że w zgodzie z obowiązującymi w jego świecie regułami wyobraźni mitycznej byłoby pomyślenie o tej „dobrej Eris” jeszcze szerzej. Oto bowiem już ponad siedemset lat przed naszą erą, wbrew oczywistej idei przechowywanej dziś w przysłowiach, ktoś ośmielił się stwierdzić, że niezgoda także buduje.
*
Siłę płynącą od Dobrej Eris uświadamia nam zmyślny eksperyment przeprowadzony przez Katherine W. Phillips i jej zespół. Uczestników podzielono na niewielkie grupy. Niektóre z nich były jednorodne – wszyscy uczestnicy mieli podobny wiek, wykształcenie i poglądy. Inne grupy zawierały „outsiderów” – osoby celowo dobrane tak, żeby odróżniać się od reszty zespołu. Następnie każda drużyna miała za zadanie rozwiązać zagadkę kryminalną i na podstawie rozproszonych wskazówek ustalić, kto dokonał (fikcyjnego) morderstwa.
Wynik? Grupy jednorodne rozwiązywały zadania znacznie szybciej i lepiej się przy tym bawiły. Grupy z outsiderami męczyły się z zadaniami dłużej, a po ich zakończeniu nie miały ochoty podejmować kolejnych.
Kluczowa różnica polegała jednak na tym, że grupy działające w warunkach niezgody rozwiązywały zadanie… poprawnie! Zagadki były tak skonstruowane, by szybko naprowadzić uczestników na fałszywy trop. Grupy jednorodne od razu ten trop podchwytywały i wiedzione wewnątrzgrupowym konformizmem, mknęły zgodnie i szybko, tyle że w niewłaściwym kierunku. Tymczasem grupy niejednorodne były stale opóźniane przez pytania outsiderów. „A skąd to wiecie?” „Czekajcie, bo nie nadążam!” „Gdzie tu się klika, żeby zobaczyć podpowiedzi?”
Konieczność kwestionowania własnych założeń, wyjaśnienia ich komu innemu oraz uwzględnienia różnych perspektyw czyni nas lepszymi. W miejscu pracy, na uniwersytecie, ale też w rodzinie, grupie przyjaciół, lokalnej społeczności. Różnorodność jest trudna i bywa bardzo denerwująca. Ale umiejętnie wykorzystana daje ogromną siłę.
Jednomyślność zabija innowacyjność i nie pozwala nam w pełni rozwinąć siły, jaka płynie z połączenia naszych niepowtarzalnych talentów, różnych wrażliwości, doświadczeń i perspektyw. Zresztą pomysł na społeczeństwo doskonale zgodne nie jest, niestety, tylko czczą fantazją. Historia ostatniego stulecia bardzo boleśnie przypomina nam, że istnieje model polityczny oparty na założeniu całkowitej zgody. Nazywamy go totalitaryzmem.
Chcąc czerpać lekcje z przeszłości i budować lepszą przyszłość, musimy więc udać się na poszukiwanie Dobrej Eris. Gdzie jednak przebiega granica między twórczą niezgodą a wyniszczającą nienawiścią? Jak odróżnić Dobrą Eris od złej bliźniaczki?
*
Nasz mózg i nasza kultura są tak zaprojektowane, by dostrzegać różnice i ignorować podobieństwa. Przesypiamy ciągłość, czujnie wyłapujemy zmiany. To skuteczny model działania, który dobrze służył naszemu gatunkowi przez dziesiątki tysięcy lat.
Jak przypomina językoznawstwo strukturalne, różnice są podstawowym tworzywem ludzkiego języka. Antropolodzy tacy jak Claude Lévi-Strauss uogólnili tę zasadę, pokazując, że kultura oparta jest na systemach różnic, a nasze wnioskowanie to w rzeczywistości poszukiwanie „homologii między systemami różnic”. Pod tym skomplikowanym określeniem kryje się bardzo proste w gruncie rzeczy spostrzeżenie. Jedne systemy różnic wykorzystujemy do opisania innych. To, co bliskie, namacalne, widzialne, wyjaśnia nam to, co odległe, nieuchwytne, ukryte. Tak właśnie działają mity. Charakterystyczne zwierzęta totemiczne pozwalają śledzić skomplikowane genealogie. Kody kulinarne oddzielają naszych od obcych, święte od świeckiego, czyste od nieczystego. Świat opisywany z punktu widzenia antropologii strukturalnej jawi się jako wielka gra w „znajdź dziesięć różnic między obrazkami”.
W skupieniu na różnicach kryje się jednak haczyk. Gdyby ktoś pokazał nam dwa całkiem niepodobne obrazki i kazał odnaleźć dzielące je różnice, nie wiedzielibyśmy, od czego zacząć. Różnice bowiem okazują się znaczące jedynie na tle podobieństw. To, że tych podobieństw nie zauważamy, nie znaczy, że nie odgrywają one kluczowej roli. Tymczasem Zła Eris próbuje nas przekonać, że to, co nas łączy, nie istnieje, a przynajmniej nie ma znaczenia.
W ciągu ostatnich dwóch dekad udało nam się stworzyć pod jej patronatem przerażająco efektywny mechanizm, opierający się na wyjątkowo skutecznym sortowaniu różnic i podobieństw. Część osób, grup czy zjawisk trafia do koszyka „nasze”, pozostałe zaś do koszyka „obce”. Przestrzenie niejasne, gdzie różnice mieszają się z podobieństwami, są coraz skuteczniej eliminowane.
Na pewnym poziomie to nic nowego. Niejedna kultura próbowała uzyskać podobny efekt! Nigdy dotychczas w historii nie dysponowaliśmy jednak tak skutecznymi narzędziami technologicznymi do osiągnięcia tego złowrogiego celu.
Dziś dzięki algorytmom rządzącym mediami społecznościowymi widzimy albo treści, z którymi się zgadzamy (to słynny efekt baniek), albo takie, na które mamy reagować gniewem, oburzeniem i nienawiścią. Ponieważ wypowiedzi tak swoich, jak i obcych są wyrwane z kontekstu (pozbawione twarzy, głosu, często anonimowe), znikają nam sprzed oczu zarówno podobieństwa łączące nas z wrogami, jak i – co równie groźne – różnice dzielące nas od przyjaciół.
Media społecznościowe to nie wszystko. Na swoje i obce coraz skuteczniej dzieli się nasz czas i nasza przestrzeń. Globalizacja uczyniła dalekie bliskim, czyniąc zarazem bliskie coraz odleglejszym. Popijając koktajl z egipskich truskawek na szwedzkiej kanapie wyprodukowanej w Polsce, możesz w jednej chwili połączyć się z fanami twojego ulubionego koreańskiego serialu zamieszkującymi dowolny kraniec globu. Możesz też nigdy w życiu nie porozmawiać z sąsiadem, od którego dzieli cię dwumetrowy odcinek korytarza.
Starannie dobrani znajomi-nieznajomi z internetu będą coraz silniej zaliczać się do jednej z dwóch grup. Albo będą podzielać twoje pasje i upodobania i jak echo powtarzać twoje opinie, albo będą anonimowymi wrogami migającymi ci w aurze oburzenia.
Tymczasem z sąsiadem sprawa bywa skomplikowana. Łączy was przypadek. Z punktu widzenia antropologii strukturalnej taki stopniowo oswajany nieznajomy stanowi fascynującą wiązkę różnic i podobieństw. I właśnie dzięki temu pełnić może tę samą funkcję co outsiderzy w eksperymencie Katherine W. Phillips.
*
Wiele grożących nam obecnie niebezpieczeństw – wojna hybrydowa i dezinformacja klimatyczna, polityczne ekstremizmy i dominacja wielkich korporacji, by wymienić tylko niektóre – materializuje się właśnie poprzez usuwanie przestrzeni twórczej niezgody. Jeśli więc chcemy stawić im czoła, konieczne wydaje się budowanie i pielęgnowanie czegoś, co nieco technicznie można by nazwać infrastrukturą twórczej niezgody, a bardziej przystępnie – po prostu życzliwością.
Chodzi tu o życzliwość rozumianą, nieco paradoksalnie, jako umiejętność niezgadzania się. To właśnie ona, w różnych formach i kontekstach, stanowić będzie powracający temat tej książki.
Jak walczyć z polaryzującymi algorytmami, których logika rozszerza się na kolejne sfery naszego życia? Jak tworzyć miejsca wspólne, w których – czy nam się to podoba czy nie – będziemy musieli spojrzeć w oczy ludziom myślącym inaczej? Jak słuchać, żeby do nas mówiono? Jak czytać tych, z którymi się nie zgadzamy, w dobrej wierze, bez zakładania złej woli, z rzeczywistą chęcią zrozumienia cudzych obaw i nadziei, obcych argumentów i systemów wartości?
Książka ta, choć składa się z dwudziestu dość osobnych esejów, proponuje pewien spójny pomysł na świat. Jest to pomysł oparty właśnie na pochwale niezgody i uznaniu życzliwości za infrastrukturę umożliwiającą nam twórcze funkcjonowanie w świecie zbudowanym z podobieństw i różnic.
Jednym z kluczowych zjawisk prowadzących do zaniku życzliwego myślenia o różnicach jest wspomniane tu już rozmycie przestrzeni. W zglobalizowanym świecie „blisko” i „daleko” w znacznej mierze straciły swoje dawne znaczenie. Warto je odzyskać. Nie po to, by się zamykać czy dystansować, lecz po to, by odbudować poczucie sprawczości i odpowiedzialności zarówno za to, co blisko, jak i za to, co daleko.
O ile nie spotka nas prawdziwa katastrofa, będziemy w najbliższych dekadach żyli w świecie, w którym wydarzenia bardzo odległe i niezrozumiałe mają natychmiastowe, bezpośrednie przełożenie na nasze codzienne życie. Pytanie brzmi: czy ta relacja ze światem ma także drugi wektor? Czy jesteśmy w stanie uwierzyć, że problemy świata rozwiązuje się nie gdzieś daleko, lecz właśnie tutaj – w Pruszkowie, gdzie piszę, albo w Krakowie, Luboszowie czy gdziekolwiek właśnie czytają Państwo ten akapit?
Zmienianie świata zaczyna się zawsze blisko. Prawidła rządzące rzeczywistością i globalne przemiany widać najlepiej wcale nie z perspektywy geopolityki i megatrendów, lecz z perspektywy antropologii codzienności. Lepiej więc przyłożyć ucho do ziemi, niż analizować obraz z satelity.
Podobny zabieg warto wykonać z czasem. Z punktu widzenia życzliwości kluczowe okazuje się odzyskanie wyobraźni historycznej. Poczucie czasu pozwala nam złapać kontekst, uchwycić właściwe proporcje i zrozumieć, że świat, który przyjmujemy za pewnik, jest tylko wytworem okoliczności. Dziś nie trwa wiecznie. Dopiero co było wczoraj. Za chwilę będzie jutro.
*
Zaczęliśmy ten tekst od mitu, więc i mitem go skończmy.
Kadmos wyruszył tropem swojej uprowadzonej siostry, Europy, przysięgając, że nie wróci do domu bez niej. W trakcie pełnej przygód tułaczki dowiaduje się wreszcie, że tajemniczy byk, który uprowadził dziewczynę, był w rzeczywistości samym Zeusem, ojcem bogów. Nie mogąc spełnić swej obietnicy – sprzeciwienie się woli Zeusa stanowiłoby bowiem akt niewybaczalnej pychy – Kadmos otrzymuje od bogów swego rodzaju nagrodę pocieszenia. Ma podążać za pewną niezwykłą krową (strukturalne odwrócenie byk-krowa, uprowadzenie-wyprawa!) i założyć miasto tam, gdzie się ona zatrzyma.
Po długiej wędrówce krowa zatrzymuje się wreszcie przy źródełku. Niestety, strzeże go straszliwa bestia, rodzaj wodnego smoka związanego z pierwotnymi siłami ziemi i chaosu. Nieustraszony Kadmos pokonuje potwora i wtedy dopiero dowiaduje się, że był to ukochany zwierzak samego Aresa. Bóg wojny chce natychmiast zgładzić śmiertelnika, lecz Atena wyjednuje dla niego złagodzenie kary. Bohater będzie musiał przez osiem lat służyć Aresowi.
Żeby mieć szansę ujścia z życiem z takiej próby, Kadmos otrzymuje od swej boskiej opiekunki niezwykłą radę. I tu właśnie rozpoczyna się najsłynniejszy fragment mitu. Bohater ma wziąć zęby zabitego smoka i zasiać je w ziemi. Z zębów wyrastają wspaniali wojownicy zwani spartoi, czyli „posiani”. Na tym jednak nie koniec historii. Atena każe bowiem Kadmosowi rzucić między nich kamień. Oszalali wojownicy zaczynają walczyć o bezwartościowe trofeum. Gdy na usłanym trupami polu pozostała tylko garstka najsilniejszych, Kadmos formuje z nich drużynę, z którą przetrwa osiem lat pod jarzmem boga wojny. Po zakończonej próbie wraca wreszcie nad źródło, gdzie zakłada słynne później miasto Teby.
Mit ten przedstawia w formie metaforycznych obrazów wielkie odkrycia, które na przestrzeni kilku tysięcy lat radykalnie zmieniły życie ludzkości. Opowieść o zasianych zębach smoka to oczywista metafora rolnictwa – wynalazku, który wyrwał ludzkość z nomadycznego świata łowców-zbieraczy. Już starożytni widzieli jednak w Kadmosie także tego, który dał Grekom pismo. W tej interpretacji rzędy smoczych zębów to litery, ich plonem jest zaś całkiem nowa kultura utrwalająca prawo, święte teksty, a także rachunki zysków i strat. I wreszcie, zgodnie z głównym tematem mitu, można dostrzec tu przede wszystkim opowieść o założeniu miasta. Smoczy zasiew będzie wówczas metaforą nowej organizacji społeczeństwa.
Wszystkie te trzy wynalazki – rolnictwo, pismo i miasto – choć przez wieki ulegały przemianom, wciąż stanowią fundament naszej cywilizacji. Aktualne też pozostają przestrogi, jakich udziela nam mit.
Walka ze smokiem, rzeź spartoi, a potem osiem lat służby Aresowi (a więc i Złej Eris!) – wszystko to symbole przemocy, jaką przynoszą cywilizacyjna rewolucja, zmiana reguł gry, a przede wszystkim stłoczenie wielu różniących się ludzi na małym skrawku ziemi.
Mit o Kadmosie to najstarsza znana nam opowieść o narodzinach nowoczesności. Mam świadomość, że określenie „nowoczesność” użyte do wydarzeń sprzed tysięcy lat jest nieco anachroniczne. Można tu jednak dostrzec pewien powtarzający się w dziejach mechanizm, zjawisko, które można by wręcz nazwać „Punktem Kadmosa”.
Oto kilka splecionych wynalazków wzmacnia wzajem swoje działanie i doprowadza do radykalnej zmiany reguł gry. Stare normy i systemy władzy upadają, świat ulega przebudowie. W ten właśnie sposób zadziałało wprowadzenie rolnictwa, pisma i miasta.
Pięćset lat temu ludzkość minęła kolejny Punkt Kadmosa. Doświadczyliśmy rewolucji o podobnej skali wywołanej wprowadzeniem druku, a następnie związanej z nim ściśle rewolucji przemysłowej, masowych armii, szkół, fabryk. Od pięciu stuleci żyjemy w świecie podzielonym równą siatką, naśladującym strony wychodzące z gutenbergowskiej maszyny, tak jak miasta i pola uprawne przypominały karty zapisane odręcznym pismem. To nie przypadek, że niemal wszystko, co nas dziś otacza – szkolne klasy, fabryczne hale, wielkie porty kontenerowe, siatki pól, pułki wojsk i półki w supermarkecie – przypomina strukturą kartkę zadrukowaną równymi rzędami liter.
Wszystko wskazuje na to, że właśnie przechodzimy przez kolejny Punkt Kadmosa. Triumfalny pochód ujednolicającej globalizacji trwający od czasów renesansu ulega przesileniu. Technologie cyfrowe proponują zupełnie inne układy sił i treści i – jeśli metafora smoczych zębów ma się sprawdzić – nasze miasta, społeczeństwa, nasze rolnictwo i przemysł będą musiały zostać przepisane na nowo, by tę strukturę odzwierciedlić. W dobie sztucznej inteligencji i mediów społecznościowych rewolucje toczą się nieporównywalnie szybciej niż w czasach Hezjoda i Homera, a nawet w czasach Gutenberga i Lutra, mają jednak podobną strukturę.
Smok starego porządku zostaje uśmiercony przez szukających przygód herosów. Gniew Aresa spada na zuchwałych. Atena, opiekunka tych, którzy zmieniają świat, podszeptuje rewolucyjne rozwiązania. Spartoi, ludzie nowego zasiewu, rzucają się w bój pod byle pretekstem, pogrążając się w wyniszczającej walce o przetrwanie…
A jednak koniec tej historii jest optymistyczny! Winy zostają zmazane, bohater zwolniony ze służby bogom wojny, Zła Eris odchodzi, by zająć się swoimi sprawami.
A po przejściu wszystkich prób Kadmos zostaje przez bogów wynagrodzony najwspanialszą żoną, królową i opiekunką założonego właśnie miasta. Jest nią Harmonia – córka zrodzona ze związku Aresa i Afrodyty, a więc Wojny i Miłości. Opiekunka współzamieszkiwania. Przez starożytnych jest ona opisywana jako przeciwieństwo Eris, a zarazem niepokojąco do niej podobna. Na tyle, by zastanowić się, czy nie można by jej wręcz utożsamić z Dobrą Eris przywoływaną przez Hezjoda.
Oczywiście nie jest to koniec historii, bo mity uczą nas także tego, że historia nigdy się nie kończy. W prezencie ślubnym Harmonia otrzymała niezwykły naszyjnik wykonany przez Hefajstosa… Ale to już początek następnej opowieści, która posłużyć może za wstęp do całkiem innej książki.
Napiórkowscy są jak psy. W domu zawsze mówiło się, że koty przywiązują się do miejsc, a psy – do ludzi. Dlatego koty źle znoszą przeprowadzki, a psy nie mają nic przeciwko, byleby tylko wciąż dzielić życie ze swoimi. Nie wiem, czy to prawda. Nigdy nie mieliśmy kota, żeby się przekonać.
Mieszkałem w kawalerce i sporych mieszkaniach, w bloku z wielkiej płyty i domku jednorodzinnym, w samym centrum Warszawy i półtorej godziny od niego, w suterenie oraz pokoju na zapleczu apteki. Przez ponad rok pomieszkiwałem na innym kontynencie. W każdym z tych miejsc był mój dom, bo byli ze mną ci, których kocham. Wygląda na to, że po rodzicach odziedziczyłem psią naturę.
Ale są na świecie także ludzie koty, którzy mocno wrastają w swoje miejsca. To nie tak, że nie cenią więzi międzyludzkich. Być może pod pewnymi względami doceniają je nawet bardziej. Dla „kotów” bliscy są nie tylko ci, których możemy zabrać ze sobą – jak rodzina, przyjaciele i stali goście – lecz także sąsiedzi, pani ze spożywczaka albo nieznajomy co dzień widywany w tramwaju. Udomawianie świata to dla nich raczej wieloletni proces, a nie zuchwała decyzja. Z punktu widzenia człowieka kota miejsce staje się domem dopiero po latach codziennej krzątaniny. Taki dom to sieć trwałych więzi, pamięć osadzająca się w murach, ścieżkach i znajomych widokach. Szanuję ten długotrwały, bardzo koci rytuał udomawiania, który obcy jest większości psów.
*
Ojczyznę opisuje się jako dom (Dom wszystkich Polska), rodzina to też dom, a jakże. Obrazami szczęścia zamkniętego w czterech ścianach kuszą deweloperzy, markety budowlane, firmy farmaceutyczne (prześwietlone wnętrza, białe dekoracje, duże okna), a nawet browary (mieszkanie w półmroku, rozświetlone dwoma blaskami: z telewizora i lodówki). Także filozofia nie pozostaje obojętna na uroki domu.
Najstarsze znane teksty dotyczące domu były bardzo praktyczne. Dla Hezjoda czy Ksenofonta dom jest tym, czym jest. Gdy mowa o przędzeniu, gromadzeniu majątku lub hodowli owiec – chodzi o sprawne zarządzanie, a nie o jakąś głębszą rzeczywistość, którą owce miałyby symbolizować. A jednak czytając te dzieła, łatwo dostrzec, że ich autorzy doskonale rozumieli także metafizyczny wymiar dobrego gospodarowania.
Po okresie archaicznym w filozofii domu zapanował okres klasyczny, trwający od Sokratesa (był chyba „kotem”, bo wolał śmierć od wygnania) aż po wiek dziewiętnasty. Dom stał się metaforą. Jako to, co bliskie i znane, służył do przystępnego wyjaśniania trudnych zagadnień. Symbolizował królestwo niebieskie lub ziemską ojczyznę, skomplikowany organizm ludzki, a nawet samą filozofię, chętnie przedstawianą jako gmach o wielu kondygnacjach czy pokojach.
Wiek dwudziesty przyniósł jeszcze inne, nowoczesne oblicze filozofii domu. Ludzkie miejsce zamieszkania odkryto na nowo jako samo w sobie warte poznania i refleksji. Rozwój antropologii przyczynił się do wzrostu zainteresowania tym, jak mieszkamy. Idealnie nadawała się do tego fenomenologia. Jej głównym zadaniem było wszak wydobycie na światło dzienne tego, co zwykle skrywa się w mroku oczywistości.
Pięknym przykładem tego nurtu jest Poetyka przestrzeni Gastona Bachelarda – niezwykły esej, w którym autor przedstawia dom jako stworzony przez człowieka model kosmosu. Rozpoczyna opowieścią na płaszczyźnie uniwersalnej – udomawianie przestrzeni opisuje jako akt walki chaosu z kosmosem. Szybko przechodzi jednak do analizy niepozornych szczegółów codziennego życia – klamek, szuflad, kuferków… Opisywane przez niego domy – rzeczywiste i pożyczone z dzieł literackich – są przestrzeniami drobnych, praktycznych działań. Bachelard pokazuje proces wrastania ludzi w ich mieszkania. Wyjaśnia, jak to możliwe, że gdy chowamy do szuflady zwinięte w kulkę skarpetki, rozlokowujemy w domu także nasze wspomnienia.
U Bachelarda domy są miejscem niewidocznego, lecz dokonującego się nieustannie zapisu, na który składają się: wycieranie się dywanów, wyrabianie zawiasów, przepalanie żarówek czy szarzenie ścian. Dom to medium. To dziennik właściciela, jego autoportret, ale też zapis niezliczonych dialogów – gościnna przestrzeń, w którą wpisują się inni. Żywy dom pełen jest duchów.
*
Mamy takiego Bachelarda i u nas, nad Wisłą. To Jolanta Brach-Czaina, której wspaniałe Szczeliny istnienia łączą konkret i uniwersalność w sposób niczym nieustępujący klasycznemu esejowi Francuza. Brach-Czaina opisuje sprzątanie kuchni: stos piętrzących się w zlewie naczyń, ich tłustą powierzchnię, nieprzyjemne uczucie, którego doświadczamy, sięgając po pływające w brudnej wodzie statki. Ale przedstawia też kuchnię sprzątniętą – czasowy triumf porządku nad chaosem.
Dla autorów uczących nas uważności wobec praktyk zamieszkiwania dom jawi się jako maszyna do przekładania kategorii metafizycznych na drobnostki codziennej krzątaniny i z powrotem. Filozofia domu odbywa się poprzez codzienne gesty, lecz dotyczy spraw najważniejszych, rzec by można – ostatecznych. „Brud w mieszkaniu. I bałagan – czytamy w Szczelinach istnienia – to są znaki stałej obecności sił niezależnych i kierujących domem mimo walki, jaką z nimi prowadzę. Bez końca. Właściwie już dawno bym powinna poddać się, skoro tylekroć widziałam dowody ich mocy i nieograniczonej zdolności odradzania się. Doprawdy trudno powiedzieć, dlaczego mimo jawnej słabości nie stać mnie na pełną rezygnację. (…) Tak jakby moja obecność w domu była uzależniona od uczestnictwa w walce, z której nie wolno się wycofywać, choć trudno wierzyć w zwycięstwo”.
W ostatnich latach narodził się nurt filozofii domu, na powrót czyniący przedmiotem zainteresowania całkiem niemetaforyczne sprzątanie mieszkania. Szokująco popularna Magia sprzątania Marie Kondo czy książki Joshuy Fieldsa Millburna i Ryana Nicodemusa – głosicieli modnej filozofii minimalizmu – pełne są porad o składaniu skarpetek i pakowaniu pudeł. To najmłodsze pokolenie filozofów domu rzeczywiście wierzy, że odpowiednie techniki sprzątania i urządzania wnętrz są kluczem do szczęśliwego życia.
Hezjoda naprawdę interesowało sprzątanie. Dla Platona było pretekstem do opowieści o porządku świata. Dla Bachelarda czy Brach-Czainy – opowieścią i światem samym w sobie. Dla Marie Kondo sprzątanie znów jest sprzątaniem. Filozofia domu zatoczyła koło.
*
Jak jednak na fundamencie filozofii domu zbudować filozofię przeprowadzki? Wyzwanie polega na przejściu od domu do domów, od jednorazowości i totalności aktu udomawiania do szeregu następstw, który układałby się w ludzkie biografie z ich cyklicznością, a zarazem siecią splątanych, rozwidlających się ścieżek.
Z punktu widzenia filozofii przeprowadzki życie jawi się raczej jako serial niż film. Tu chaos oswajany jest cyklicznie. Żadne rozwiązanie nie ma charakteru permanentnego, bo w kolejnym odcinku pojawią się: nowy kryzys i nowe wyzwania. Opowieść nigdy się nie kończy, zadomowienie nigdy nie jest ostateczne.
Dom oglądany z perspektywy przeprowadzki zmienia się w czasownik. To coś, co się robi. W miarę udomawiania przestrzeni odkrywamy także przymiotnikową naturę domu (gdy pewne rzeczy stają się domowe), a nawet naturę przysłówkową, gdy dom staje się sposobem robienia czy wręcz – jak rzekliby fenomenologowie – bycia w świecie. Nawyki i przedmioty stają się domowe. Są też domowi ludzie – domownicy. Po kataklizmie przeprowadzki świat konstytuuje się na nowo.
Można więc sformułować pierwszą regułę filozofii przeprowadzki: przeprowadzka jest wydarzeniem metafizycznym, definiowanym przez swój cykliczny charakter. Okazuje się jednym z nielicznych w naszym życiu doświadczeń rzeczywiście bliskich temu, co badacz mitów Mircea Eliade nazywa „cyklicznym powtarzaniem aktu stworzenia świata”. Jeżeli dom faktycznie jest przestrzenią nieustannego starcia między kosmosem i chaosem, to przeprowadzka jest zawsze założeniem nowego kosmosu, a zarazem przyznaniem, że żaden porządek nie jest ostateczny. Staje się tym samym najradykalniejszym, najbardziej ludzkim wyzwaniem rzuconym entropii. Zuchwałym aktem rozpoczęcia całkiem od nowa z pełną świadomością, że nic nie trwa wiecznie.
*
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Pod skrzydłami Dobrej Eris
MIKROHISTORIE
Dom od nowa
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
