Połów. Poetyckie debiuty 2018 - Opracowanie zbiorowe - ebook

Połów. Poetyckie debiuty 2018 ebook

Opracowanie zbiorowe

0,0
12,81 zł

lub
Opis

Almanach z wierszami 6 najlepiej rokujących poetów, będących przed debiutem książkowym. W edycji 2018 znaleźli się: Maria Halber, Marcin Pierzchliński, Marcin Podlaski, Katarzyna Szaulińska, Antonina M. Tosiek i Aleksander Trojanowski. Wyborem oraz redakcją zajęli się Dawid Mateusz oraz Joanna Mueller.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 55




POEZJE 186
Połów. Poetyckie debiuty 2018
WYBÓR I REDAKCJA • Dawid Mateusz, Joanna Mueller
OKŁADKA, SKŁAD I PROJEKT TYPOGRAFICZNY • Artur Burszta
FOTOGRAFIE • Maksymilian Rigamonti
KOREKTA • Joanna Mueller
Copyright © for the poems is retained by individual authors, 2019 Copyright © by Dawid Mateusz, Joanna Mueller, 2019 Copyright © by Biuro Literackie, 2019
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-65358-96-7
KONWERSJA:eLitera s.c.
Dofinansowano ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

MARIA HALBER

ZERO WASTE

przepowiedziano

terazspowiło czarne, w tym czarnym: kropki

kreski, drobny śnieg. czas? czas zbiegł się

w kieszeni świstek – losowa przepowiednia:

będziesz już tylko jeździć tramwajem

będziesz już tylko czekać, wypatrywać

czaić się

idzie coraz gorzej, przepowiedziano –

przyczaiłam się; z czarnego wyrosło miasto

z miasta: ogrom historii marnych, w jednej z nich

– pstryk, czekanie

w jednej z nich wypatrzysz śnieg

bardzoładne.jpg

więc twoje ciało wylało się z internetu, wyciekło i nie jest już

brzuchem, ręką, łukiem brwiowym, nie jest ustami

więc możesz wycierać je z podłogi, włosami, jak kiedyś –

piksele ścierać, łzami?

nie ma co płakać nad rozlanym ciałem

nie ma co płakać nad ciałem, które wyciekło

więc to jest twoje

co wieczór układa cię do snu, zasypiasz w jego objęciach

jeśli kiedyś wyleje się do ziemi, odejdzie (a odejdzie na pewno)

całego weźmie cię ze sobą

całą weźmie cię ze sobą

przystanek na żądanie, psy

a lepkością było lato zachłannie wyrwane z miesięcy poprzednich ich ciepłego jeszcze środka, nużąco spójny rytm czekania panien w kwiecistych sukienkach, w espadrylach. pewna oczywistość zdarzeń: że snuło się wątki o kolegach, o koleżankach, że mówiło się chodź dochodziło w pięć minut. teraz lepkość, w rękach siatki z lidla, z biedronki i o rozjazdach oczywiście, oczami po chodniku, po ulicy. to jest być to jest mobilność, szczekaczka informuje. przewóz tłuszczy do zajezdni widziałam: psy jak martwe w autobusach, ich zmiany, rozkład na warstwy psią krew. morza kwiecistych sukienek, ręce lepkie jak tłuszcz. oczywistość zdarzeń; że plotło się warkocze, troszczyło o zwierzęta, słodkie różowe mięso w ziemi nagie kości stóp. widziałam: lepkość panien w espadrylach kwiecistych sukienek łąki i morza (i tonęłam w nich prawie) przystanek na żądanie, psy

* wiersz o

i znów przyszło otworzyć okno choć wolałabym

nie. 30 lat patrzę się w ciebie, o lusterko

oznaki uwiądu zaniedbywalne. tak powiedział

internet nagle: znowu jest duszno

ponieważ przyszedł dzień otwierania okien

ponieważ przyszedł dzień, w którym ta

której zawierzyłaś, uważałaś za swoją

ten który miał być twoim wybawieniem

memem on jest, ten dzień przyszedł

nagle: otworzyłam okno w internecie

więc to wszystko dzieje się, więc o tym

piszecie

[...]

drzewa drążą dziury w niebie, na gałęziach gołębie drgają jak śnięte

– z perspektywy okna (oka?) pomyślałam sobie: to takie proste przecież

niektóre rzeczy są uporczywie odruchowe, innych wolałabym nie tknąć

czy może łkać patrząc, wierzyć że przejdzie

we mnie też rosła dziura, jej ściany jak żywe mięso

jej dno, jakie dno? dno jest nie do dotknięcia

to takie proste, pomyślałam sobie

takie proste

ESC

inna już biegłaby po, przecież te dziewczyny robią co chcą

w takich przypadkach dobrze wiedzą co robić, znają model ucieczki

ja nie znałam

uciekałam po raz pierwszy po receptę, nic mi z tego nie zostało

poza niesmakiem. tyle się miało z tego zdarzyć i nic

nie stało się, tylko ten niesmak uwierał ogromnie

3 miesiące później od życia do życia nabrzmiałym od ekspatów pociągiem

w drodze niczego nie chciałam, miałam naręcze pytań o wartości o sens

przelotną nadzieję by w końcu przestać chcieć uciekać

drugi raz przeliczyłam się poważnie: choć umiałam liczyć dobrze

to źle policzyłam

że zdążę, nie zdążyłam – tyle się miało z tego stać i nic się nie stało

zostałam

* skóra

kiedy to się stało –

zastępy dni usianych gęsto bardzo drobnymi zmianami, szłam

przez nie pod nogi nie patrząc i początkiem jeszcze uskarżając się

bez przekonania słuchałam komend i wdech wydech szybko zleci

(nie oglądać się za siebie)

zleciało

twarz bardzo powoli odkleja się od twarzy, oblepia widok z tyłu

(nie oglądałam się za siebie)

kapało najpierw z oczu więc jak kropla drąży tak też –

kroplami znaczyło, drążąc coraz głębiej; w końcu rozlało się

i w lustrze w spojrzeniu i w oku, w które patrzyłam występnie

przechodziłam tamtędy – zrobiłam większy krok

pod nogi nie patrząc go zrobiłam

kolejna banalna piosenka o miłości

drugą dobę leży w łazience, śpi

prawie. do drzwi dobijają się

ludzie, ona wciąż tylko śpiewa

sennie: nie chcę was. wyjdźcie

tak – jest dobrze, coraz lepiej

ona śpi prawie, śni piosenkę:

ja wstanę przecież, ja wyjdę –

wyjdę na jedno twoje słowo

przecież za żadnym światem

nie tęsknię tak jak za tobą.

teraz śpi, drugą dobę leży, tak

– śni. jest dobrze, coraz lepiej

umyłam zęby przyśniło się

naraz wypadły wszystkie

szukanie ich na podłodze

niepotrzebne już po nic

jest dobrze

coraz lepiej, leży w łazience

wstanie na jedno twoje słowo

* pocztówka 11.17

wyczołgałam się spod tej chmury nagłej i proszę

listopad a czuć jakby majem, zwykły dzień

– była godzina 6:34 stanęłam w oknie zrobiłam zdjęcie

– słońce wstaje leniwie; zmarszczki na tafli i wiatr (cii)

i ptactwo wodne przypływa odpływa

(wyślij)

– była godzina 7:29 i proszę – stanęłam w oknie zrobiłam zdjęcie

– słońce ciepłe bezchmurne bezpieczne

ptactwo pływaniem marszczy taflę

wiatr

(zawahałam się)

i była godzina 8 ileś, patrzyłam na wszystko ładne cudze

pomiędzy patrzeniem: myśli bezchmurne bezpieczne

listopad – a czuć jakby majem, zwykły dzień

słońce na tafli i ptactwo leniwe i słońce na wietrze

zrobiłam zdjęcie

(wyślij wszystkie)

÷

być podzielnym to znaczy: umieć przylgnąć do wielu

mówić zawsze tak, mieć w sobie ciepło podzielne

podzielone wciąż ciepłe, zdatne do dalszego użytku

mnóstwa dalszych podziałów

być podzielnym to znaczy – nie da się tak

powiedziałam do siebie: kamień. ile mnie już poszło

na marne, przylgnęłam do tylu skór, co z tego

zostało i komu, dokąd

nic

to nic, powiedziałam sobie: od teraz nie będę podzielna

od teraz będę nosić w sobie głaz

i tak mi się stało

[...]

miłość jest jeszcze mała jak okruszek lub drobinka kurzu: ciągle o niej zapominam i ciągle jest rano, wstaję, całym ciałem wchodzę w poranek, w potok zapętlonych zszarzałych poranków, chłodnych, szorstkich dni, całym ciałem płynę; streaming z niczego, paznokciem grzebię w pustce