Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
18 osób interesuje się tą książką
Policjanci z Dubaju strzegą spokoju i bezpieczeństwa, ale też naprawdę mrocznych tajemnic...
Dubajska policja słynie z luksusowych samochodów, nowoczesnych technologii i skuteczności, z jaką zamiata pod dywan niewygodne przestępstwa – byle tylko nie przestraszyć turystów. Za fasadą bezpiecznego kurortu kryje się świat, którego nie reklamują foldery biur podróży. Informacji o popełnianych tu zbrodniach próżno szukać w mediach. Dubaj jest bezpieczny, co nie znaczy, że wolny od przestępczości. Przemoc jest częścią jego krajobrazu, lecz dubajscy policjanci potrafią o niej milczeć, a raporty piszą tak, by w nikim nie wzbudzać niepokoju.
Kto naprawdę zabił gwiazdę arabskiej muzyki pop? Jak doszło do śmierci aresztowanego brytyjskiego turysty? Co się stało z trzema pasażerami kontenerowca, którzy zniknęli z pokładu w niewyjaśnionych okolicznościach? Kim była kobieta, której zwłoki znaleziono w walizce? Kim były te, które wypadły z okien wieżowców…?
To opowieść o ludziach w mundurach, którzy stoją na granicy prawa i lojalności. O funkcjonariuszach wiedzących więcej, niż mogą powiedzieć. O sprawach, które kończą się szybciej, niż powinny. I o zbrodniach popełnianych nawet w policyjnych rodzinach.
Marcin Margielewski – dziennikarz radiowy, prasowy i telewizyjny. Przez dziesięć lat podróżował, mieszkając między innymi w Wielkiej Brytanii, Dubaju, Kuwejcie i Arabii Saudyjskiej. Autor bestsellerowych książek z kręgów kultury arabskiej i islamu, w których od lat daje głos tym, którym jest on odbierany.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 314
Przestępstwa opisane w tej książce miały miejsce naprawdę, ale ich opisy są relacją z drugiej ręki, a nie oficjalnym raportem policji. Zgodnie z panującą w Dubaju doktryną ujawnianie szczegółów śledztwa zagraża porządkowi publicznemu, choć w rzeczywistości zagraża głównie przemysłowi turystycznemu. Nie zmienia to faktu, że Dubaj pozostaje jednym z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. Ale nawet bezpieczne miejsca mają swoje mroczne zakamarki.
Copyright © Marcin Margielewski, 2026
Projekt okładki
M.P. ze wsparciem technologii AI
Redaktor prowadzący
Michał Nalewski
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Maciej Korbasiński
ISBN 978-83-8444-630-0
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
PROLOG
Ta książka miała nie powstać.
I to byłaby absolutnie moja wina. Pomysł o tym, żeby napisać o dubajskiej policji, chodził mi po głowie od dawna, ale rozbił się o ścianę milczenia i zdawkowych informacji. Rozmawiałem nawet z policjantami w Dubaju, ale ci co najwyżej mogli mi opowiedzieć o swoich luksusowych samochodach do ścigania przestępców, a ja chciałem rozmawiać o przestępcach. Odłożyłem ten pomysł do teczki z etykietą „Niewykonalne”.
A jednak…
Zawsze miałem szczęście do tematów i bohaterów. Wydawało mi się też, że mam do nich całkiem niezłego nosa. Ale w tym przypadku spektakularnie się pomyliłem.
Na pytanie, skąd biorę tematy moich powieści, odpowiadałem już wielokrotnie. Wśród książek, które napisałem, jest kilka takich, które wymagały znalezienia bohaterów do wybranego wcześniej zagadnienia, ale znakomita większość to historie świadków lub bezpośrednich uczestników opisywanych wydarzeń. Oni sami do mnie dotarli.
Tak było w przypadku Ewy. Napisała do mnie jako czytelniczka. Pod jej pochwałami na temat mojej twórczości kryła się subtelna krytyka. Ewa zarzucała mi, że często przedstawiam „złych Arabów”, a ona, będąc Polką, od dekad jest żoną Araba i uważa się za najszczęśliwszą kobietę na świecie.
Rozpoczęliśmy miłą konwersację. Ewa próbowała mnie namówić do napisania książki o udanych związkach Europejek z Arabami. Ja z kolei próbowałem ją przekonać, że moją intencją nie jest szkalowanie czyjejś reputacji – po prostu opisuję to, co słyszę od ludzi. Sam znam kilka takich mieszanych relacji, rzeczywiście bardzo szczęśliwych. Zresztą takie też zdarza mi się przedstawiać. Trudno jednak napisać książkę wyłącznie o szczęściu małżeńskim, a jeszcze trudniej zachęcić kogokolwiek do jej przeczytania. A może po prostu ja tego nie potrafię. Wychodzę z założenia, że zawsze lepiej powiedzieć, że się czegoś nie umie, niż iść w zaparte i się skompromitować. Gdybym uważał inaczej, pewnie już dawno zostałbym politykiem… albo influencerem.
W historii mojej rozmówczyni widziałem materiał na co najwyżej dwa rozdziały.
I właśnie to był mój błąd.
Na szczęście Ewa nie odpuściła. Odpowiadałem jej zdawkowo, pomiędzy wieloma innymi wiadomościami, dopóki nie wspomniała, że jej mąż jest policjantem.
I tu mamy materiał na książkę!
– Zgodzi się ze mną porozmawiać? – spytałem podekscytowany.
– Nie ma szans – odparła od razu.
No i po książce…
– Ale ja mogę ci sporo opowiedzieć – dodała. – Jestem żoną, wiem naprawdę dużo. O wiele więcej, niż ujawniają media. Niektóre z tych historii zostały mi w pamięci do dziś. Saeed, mój mąż, przeszedł już na emeryturę, ale jest bardzo lojalny wobec swojego kraju, a Dubaj nie lubi wystawiać na światło dzienne tego, co mroczne.
Rzeczywiście – w Dubaju słońce świeci tak mocno, że wszystko wydaje się jasne i przejrzyste. Ludzie zapominają jednak o jednym: słońce potrafi też oślepić.
Miałem do wyboru: wysłuchać tych historii z jej ust albo pozostawić je w zapomnieniu. Oczywiście na to drugie nie mogłem pozwolić. Gdy zaczęliśmy omawiać możliwości współpracy, Ewa opowiedziała mi o Lamis, żonie swojego męża – i o tym, czego się dopuściła. Wtedy już nie miałem wątpliwości, że to temat na książkę. A w połowie pracy nad tekstem okazało się, że wszystko, co ma do opowiedzenia Ewa, na pewno nie zmieści się w jednym tomie, dlatego powstaną dwa.
Zdaję sobie sprawę, że zaraz po premierze tej powieści odezwą się „ekspertki od świata arabskiego”, które wiedzą wszystko na temat życia w krajach Bliskiego Wschodu lub Maghrebu. „Byłam w Dubaju i niczego takiego nie widziałam” – to mój ulubiony komentarz z sieci; oczywiście Dubaj można w nim dowolnie wymienić na Tunezję, Egipt, Arabię Saudyjską czy jeszcze inny kraj regionu. Istotne jest tu przekonanie, że po wylądowaniu na lotnisku w danym państwie automatycznie zdobywa się pełną wiedzę na temat jego kultury, obyczajów i obowiązującego w nim prawa. To skrajna arogancja, ale wiele osób, zwłaszcza tych lubiących wydawać kategoryczne osądy z anonimowych kont, nie zdaje sobie z tego sprawy.
Spytałem Ewę, już przez telefon, czy się tego nie obawia.
– Nie mamy na to wpływu, prawda? Mieszkam w Emiratach od czterdziestu lat, a mimo to nigdy nie pokusiłabym się o generalizowanie. Mój mąż jest Arabem. Zawsze mnie szanował i nigdy nie uderzył, choć znam kobiety, które doświadczyły ze strony swoich mężczyzn przemocy w bardzo różnych formach. Nie chcę unikać takich historii. Przemoc nie jest domeną Arabów, ale ludzi.
– Generalizowanie to chyba jedna z największych plag naszych czasów.
– Tak. A zaraz za nią kroczą podwójne standardy. Jeśli dochodzi do zabójstwa w kraju arabskim, słyszymy: „Arabowie tacy są”. Nigdy nie zastanawiamy się nad tym, że to bardzo krzywdzące i że ktoś może tak samo powiedzieć o nas. Czy jeśli Polak kogoś zabije, można powiedzieć: „Polacy tacy są”?
Policja w Dubaju jest nieprawdopodobnie profesjonalna – skuteczna i bezwzględna w dążeniu do chwytania i karania przestępców. Władze popełniają jednak błąd, ukrywając przed opinią publiczną szczegóły zbrodni, bo tym samym odbierają funkcjonariuszom ich zasługi. Dubaj boi się utraty turystów, dlatego nie chce ich straszyć, ale czy ludzie unikają wyjazdów do Paryża, Barcelony czy Londynu, gdzie w ciągu doby dzieje się więcej złego niż w Dubaju przez cały miesiąc?
Świadomość, że policja jest transparentna i skuteczna, bez wątpienia wpłynęłaby na poczucie bezpieczeństwa zarówno wśród obywateli, jak i turystów. Ukrywanie szczegółów zbrodni, nazywanie zabójstw samobójstwami, a gwałtów – winą zgwałconej niweczy imponujące wysiłki dubajskich stróżów prawa.
Może kiedyś to podejście się zmieni. Niewykluczone, że ta książka będzie pierwszym krokiem w tym kierunku. Na pewno nie spodoba się tym, którzy pilnie strzegą policyjnych kartotek – ale to nie powinno nikogo powstrzymywać przed ujawnianiem prawdy.
ROZDZIAŁ 1
„Piasek pustyni nigdy nie zapomina” – mawiają starsi Emiratczycy. To ostrzeżenie i przypomnienie o tym, co było, co przetrwało zmiany i co czeka w przyszłości…
Długo przed tym, jak w Dubaju pojawiły się szklane wieżowce, a na straży bezpieczeństwa mieszkańców stanęła najnowocześniejsza technologia, to właśnie piaski tej ziemi miały jej strzec. Mieszkańcy tych terenów wiedzą, że pustynia jest źródłem ogromnej mocy, ale potrafi też pokazać inne oblicze – śmiertelnie groźnego żywiołu. I mają do niej ogromny szacunek. Człowiek otoczony jej bezkresem może ulec złudzeniu, że na piasku wszystko znika. Wiatr zasypuje ślady, noc zagłusza dźwięki, a nieprzebrana otchłań wydaje się obojętna na sprawy maluczkich. Wielu powierzyło pustyni swoje tajemnice. I wielu się przekonało, że to bardzo kapryśny powiernik.
Ali, którego historię można jeszcze czasem usłyszeć od najstarszych Emiratczyków, zabił przed laty swojego kompana. Jedni mówią, że przyjaciół poróżniła miłość do tej samej kobiety, inni – że zbrodnię podyktowała chciwość, jeszcze inni wspominają o zemście.
Była ciemna pustynna noc, a dookoła nikogo, kto mógłby świadczyć przeciwko zabójcy. Piasek miał na zawsze pochłonąć martwe ciało – zasypać je bez śladu lub oddać dzikiej zwierzynie. Ali porzucił zwłoki swojego towarzysza i odjechał w pośpiechu, nie oglądając się za siebie. Brak świadków miał być gwarancją braku konsekwencji… A jednak Bóg usłyszał cichą, choć krótką modlitwę umierającego i nagle wielbłąd, który niósł Alego ku zapomnieniu, stanął jak słup soli. Nie można było przekonać go do kolejnego kroku groźbą ani prośbą. Właściciel jednak musiał jak najszybciej oddalić się od miejsca, w którym zginął człowiek. Zsiadł więc z wielbłąda i ruszył przed siebie o własnych siłach, ale wkrótce nogi jemu też odmówiły posłuszeństwa. Musiał odpocząć.
Przysiadł, by napić się wody, lecz ta okazała się odrażająco cuchnąca – skisła w bukłaku, choć gdy zaledwie kilka godzin wcześniej zaczerpnął jej ze studni w oazie, była świeża i orzeźwiająca. Jego myśli zaczęły krążyć wokół dziwnych zdarzeń, których ciąg rozpoczął się z chwilą śmierci towarzysza, ale odganiał je, przekonując sam siebie, że są zwykłym zbiegiem okoliczności.
W końcu ruszył dalej, tęsknie wypatrując osady, która da mu schronienie, zanim wzejdzie słońce i zamieni pustynię w śmiertelną pułapkę. Trzymał się jednej myśli: byle dojść jak najbliżej oazy i jak najdalej miejsca zbrodni. Co rusz opadał z sił, ale strach pchał go naprzód, nie pozwalał zwolnić. Gdy horyzont zaczął się złocić, Ali z radością dostrzegł stojących w okręgu ludzi i stado wielbłądów. Zaczął do nich machać, wołać ich, ale nie reagowali. W końcu podszedł bliżej, tak że miał ich na wyciągnięcie dłoni. Jakież było jego zdziwienie, gdy zorientował się, że wędrowcy pochylają się nad ciałem zamordowanego przez niego kilka godzin wcześniej kompana. Jak to możliwe? Przecież szedł przed siebie, pilnując kierunku. Uważał, by nie zboczyć z obranego kursu.
I w końcu zrozumiał: pustynia, której powierzył swoją tajemnicę, wcale nie miała zamiaru jej dotrzymać. Bo od winy nie da się uciec…
Saeed bin Salem słyszał tę opowieść od swojego dziadka, kiedy jego kraj, dziś nazywany Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, dopiero pojawiał się na mapach świata. On sam był zbyt młody, by w pełni zrozumieć płynący z niej morał. Pojął go dopiero w dniu, gdy po raz pierwszy założył policyjny mundur. Tak jak wcześniej jego dziadek, ojciec i wujowie.
„Od winy nie da się uciec…”
Początkowo wydawało mu się, że chodzi o więzienie, o pluton egzekucyjny dla każdego przestępcy, ale z czasem dotarło do niego, że kara przybiera różne formy – i nie zawsze wymierzana jest w majestacie prawa. Nie zawsze też jest sprawiedliwa. Zawsze jednak jest zgodna z wolą Boga – o tym był święcie przekonany.
Jumaa, dziadek Saeeda, był jednym z ḥurrās al-mīnāh– strażników portu w Dubaju – jeszcze zanim powstały Zjednoczone Emiraty Arabskie, a na ich terenach odkryto pokłady ropy naftowej. Wtedy nikt jeszcze się nie spodziewał, że wkrótce tamtejsi Beduini zamienią wielbłądy na Mercedesy, przeprowadzą się z namiotów do willi, a z pustynnych piasków wynurzy się miasto zachwycające cały świat.
Jako ḥāris nie nosił munduru, który jest znakiem rozpoznawczym dzisiejszych policjantów. Ḥurrās ubierali się w tradycyjne kandury, na głowach nosili ghutry i w sumie nie różnili się od reszty bywalców portu, jeśli nie liczyć zawieszonego na skórzanym pasie zakrzywionego sztyletu – khanjaru. Niektórzy mieli też przy sobie broń palną, ale ta, kupowana od Brytyjczyków, nie była popularna, bo wciąż sprawujący zwierzchnictwo w regionie brytyjscy kolonialiści nie mieli interesu w dozbrajaniu Arabów. W tym czasie przyszłość Dubaju nie była jeszcze przesądzona. Dążenia do stworzenia niepodległego państwa nad Zatoką Perską bynajmniej nie nastrajały Korony Brytyjskiej entuzjastycznie, ale jednocześnie Brytyjczycy nie byli zainteresowani inwestowaniem sił w zapewnianie państwu bezpieczeństwa wewnętrznego, dlatego zadania takie jak ochrona porządku chętnie oddawali służbom podległym władzy szejka.
Jumaa został strażnikiem jako młody chłopak, u schyłku czasów, gdy dubajski port słynął głównie z handlu i pereł. Setki małych dhow – łodzi poławiaczy – i dziesiątki statków przybijały tu codziennie, przywożąc towary z Indii, Iranu i krajów Afryki Wschodniej; inne jednostki odpływały stąd wyładowane perłami i złotem. Wokół roiło się od kupców, tragarzy i ghawwas – nurków, którzy bez żadnego sprzętu schodzili na dno zatoki w poszukiwaniu klejnotów. Potrafili wstrzymywać w płucach powietrze na nadludzko długi czas, ale wielu traciło instynkt samozachowawczy – a wraz z nim życie. Dhow niemal każdego tygodnia wracały z martwymi ghawwas na pokładach.
Jumaa zaczął pracę w momencie, gdy ten barwny, choć brutalny świat odchodził w zapomnienie, ustępując nowemu porządkowi. Japonia odbierała w tym czasie perłową hegemonię Dubajowi. Zalała świat efektami swoich połowów, doprowadzając do wielu bankructw kupców znad Zatoki Perskiej, których fortuny zależały od podwodnych żniw. Kryzys i związana z nim frustracja sprawiły, że Khor Dubai – Zatoka Dubaju – stała się miejscem bardziej niebezpiecznym niż kiedykolwiek przedtem. Taki też stał się wtedy świat.
Druga wojna światowa miała spory wpływ na wiele portów tego regionu, a rządzący pod brytyjskim protektoratem szejk Rashid bin Saeed Al Maktoum zobaczył w niej pewną szansę. Obniżył cła, przyciągając tym samym statki handlowe z innych, zdecydowanie bardziej dotkniętych wojną i mniej bezpiecznych portów.
Dubaj bardzo szybko stał się portem tranzytowym – i sławę tę utrzymuje do dziś, choć teraz raczej ze względu na jedne z największych linii lotniczych na świecie.
Emirat nie był jeszcze częścią niepodległych Zjednoczonych Emiratów Arabskich, nie miał pieniędzy z ropy, gdy przeprowadzono w nim pierwszą epokową inwestycję. Była ona tylko zapowiedzią tego, co miało się tam wydarzyć już za kilka dekad. Potężnymi nakładami pracy i pieniędzy pogłębiono zatokę. Dzięki temu do Khor Dubai mogły wpływać potężne jednostki morskie, które wcześniej trzeba było odsyłać do sąsiadów. Pieniądze włożone w pogłębienie zatoki zwróciły się w ciągu kilku lat, a dodatkowo już wkrótce do skarbca zaczął płynąć ich wartki strumień wprost z odkrytego około stu kilometrów od wybrzeża Dubaju złoża płynnego złota.
Dobrą passę małego emiratu przypieczętowała decyzja o wycofaniu się z tego regionu Imperium Brytyjskiego i powstaniu w grudniu 1971 roku niezależnego państwa złożonego z sąsiadujących, zaprzyjaźnionych ze sobą księstw.
Kilkanaście lat przed tym, jak Dubaj wszedł w skład Zjednoczonych Emiratów Arabskich, emir podjął decyzję o utworzeniu oficjalnej porządkowej służby mundurowej, która dała podwaliny współczesnej policji. Ta pierwsza formacja nie przypominała tej, którą znamy dziś. Składała się z niewielkiej liczby ludzi – głównie dawnych strażników portowych oraz osób znających miasto i jego zwyczaje. Ich zadaniem nie było prowadzenie skomplikowanych śledztw, lecz pilnowanie souku, portu, magazynów i dróg prowadzących do miasta. Byli obecni, widoczni, dostępni. Częściej mediowali, niż karali. Ich zwierzchnikiem był sam władca.
Jumaa wstąpił do niej wraz z trzema synami. Dwóch z nich było już wcześniej ḥurrās. Najmłodszy, niespełna dwudziestoletni Salem debiutował już w oficjalnych szeregach policji, kultywując rodzinną tradycję. Jako młody funkcjonariusz od razu został oddelegowany do patrolowania przyportowych uliczek. Rozstrzygał spory, łapał tych, którzy połasili się na nie swoją własność, i tych, którzy przesadzili z ilością wypitego araku.
Kilka lat później z pola naftowego Fateh ku wybrzeżu Dubaju popłynęła ropa. To był moment przełomowy – i równie symboliczny jak sama nazwa złoża. W języku arabskim fateh oznacza „zwycięstwo, nowe otwarcie”. I nie chodzi tu jedynie o triumf militarny, ale również religijny, tłumaczony jako „droga otwarta przez Boga” i „boska nagroda po trudach i znojach”. Dla Dubajczyków to była wielka rzecz. Nie tylko dlatego, że uczyniła ich bogatymi ludźmi – również dlatego, że zjednoczyła ich jako naród i dała im poczucie pochodzącego wprost od Allaha błogosławieństwa.
Salem został oddelegowany do pilnowania terminali przeładunkowych i magazynów. Praca policjantów, którzy uczestniczyli w zabezpieczaniu rodzącego się przemysłu naftowego, w tamtym okresie przypominała działania firmy ochroniarskiej. Nie istniało jeszcze zagrożenie terrorystyczne, a największym ryzykiem były kradzieże i wypadki. Ochrona była dyskretna, sprowadzała się raczej do kontroli wejść i wyjść, sprawdzania, kto pracuje przy załadunku, i rozstrzygania ewentualnych konfliktów między pracownikami. Funkcjonariusze pełnili warty, patrolowali teren pieszo, często znali z imienia wszystkich zatrudnionych. Relacje były oparte na zaufaniu.
Wiedząc, jak dziś działa dubajska policja, można odnieść wrażenie, że formacji sprzed lat brakowało splendoru, a jednak wówczas miała ona ogromne znaczenie. Emirat nie był jeszcze wtedy w pełni niezależny, a regionowi brakowało stabilności. Jeden incydent podający w wątpliwość jego bezpieczeństwo mógł zagrozić usilnie wypracowywanej reputacji, odstraszyć inwestorów i zatrzymać rozwój. Było to kluczowe, bo już wtedy w głowie szejka Al Maktouma rodziła się wizja wybudowania zachwycającego miasta, które zadziwi świat. W tamtych czasach niemal każdy, kto słyszał o pomyśle szejka, stukał się w głowę, uznając go za fanaberię bogatego władcy, ale ta wizja wpłynęła na życie obywateli na długo przed tym, jak stała się rzeczywistością. Codzienność Dubajczyków zaczęła przechodzić ogromną rewolucję.
Jumaa urodził się w namiocie na pustyni. Jego synowie – w barasti, typowej dla tego regionu lekkiej chacie zbudowanej z liści i pni palmowych połączonych za pomocą lin. Na co dzień wystarczało, ale gdy od zatoki wiał silny wiatr, ściany skrzypiały, a wszędobylski piasek wdzierał się w każdy zakamarek. Bywało, że dach trzymał się chyba tylko siłą modlitwy.
Senior rodu chciał, by jego wnuk przyszedł na świat w murowanym szpitalu i zamieszkał w murowanym domu wzniesionym dla całej rodziny. Emir podarował im ziemię. Na własność i za darmo, a jeśli zechcą wybudować na niej dom, szejk miał zapewnić im również materiały budowlane. Urzędnicy z rozkazu władcy załatwiali wszystko, co było potrzebne. I powtarzali przy tym słowa, które szejk chciał przekazać swoim ludziom: „Człowiek musi mieć dom, zanim zacznie myśleć o przyszłości”.
Wielu pamięta je do dziś.
Tak właśnie w dzielnicy Al Satwa powstał budynek, w którym zamieszkała rodzina starego Jummy. To w nim jako trzecie z pięciorga dzieci swoich rodziców przyszedł na świat jego wnuk Saeed bin Salem bin Jumma. Urodził się kilka miesięcy po powstaniu Zjednoczonych Emiratów Arabskich – jako pierwszy w rodzinie obywatel nowego państwa.
Powstanie Zjednoczonych Emiratów Arabskich ogłoszono 2 grudnia 1971 roku. Jego inicjatorami byli władcy dwóch sąsiadujących ze sobą księstw – szejk Zayed bin Sultan Al Nahyan z Abu Dhabi i szejk Rashid bin Saeed Al Maktoum z Dubaju. Zayed marzył o stworzeniu silnego, bogatego i poważanego na świecie państwa, Rashid – o wybudowaniu na pustyni zapierającego dech w piersiach, nowoczesnego miasta przyszłości. Do federacji dołączyły jeszcze Sharjah, Ajman, Umm al-Kajwajn i Fujairah, a w następnym roku również Ras al-Chajma.
Pomysł zjednoczenia emiratów miał wielu krytyków. Wieszczyli oni, że kraj się rozpadnie, gdy umrą jego założyciele, ale zamiast tego zasilane bogactwem złóż ropy Zjednoczone Emiraty Arabskie rozkwitały z roku na rok, konsekwentnie rozpychając się wśród graczy na międzynarodowej arenie politycznej.
Szejk Rashid Al Maktoum był zachwycony Rzymem, Paryżem i Londynem. To właśnie wizyty w tych miastach zainspirowały go do wybudowania nowoczesnej metropolii w europejskim stylu. O tę europejskość Dubaju można się dziś spierać, bo przejawia się ona w dość karykaturalnych inspiracjach – jak choćby Al Yaqoub Tower, znana jako AHS Tower, mająca przypominać londyńskiego Big Bena, ale pozostała część planu się powiodła. Dubaj jest nowoczesny i z każdym rokiem coraz bardziej zasługuje na miano metropolii.
Mylą się ci, którzy twierdzą, że powstał dlatego, iż szejk Rashid dysponował bogactwem pochodzącym z ropy. Plan stworzenia miasta marzeń wyklarował się, jeszcze zanim odkryto tu złoża tego surowca, a najbardziej imponująca część projektu powstała, dopiero gdy źródło ropy się wyczerpało.
Szejk Rashid zatrudnił rzeszę architektów z Zachodu, którzy zaczęli się prześcigać w śmiałych wizjach rozwoju miasta. W ślad za nimi z całymi rodzinami przyjechali tu utalentowani inżynierowie i specjaliści w każdej koniecznej dla rozwoju przyszłej metropolii dziedzinie. By nie odstraszać ich surowym islamskim prawem, władca wprowadził w nim wiele zmian, wzorując się na kodeksie francuskim.
Zaczęło się skromnie. Pierwszy wieżowiec Dubaju – nazwany tak jak nowojorskie bliźniacze wieże, czyli World Trade Center – był pożywką dla krytyków wizji szejka. Miał on niespełna czterdzieści pięter, co w porównaniu ze stu dziesięcioma kondygnacjami amerykańskiego oryginału stanowiło jedynie namiastkę. Szejk Rashid nie zamierzał jednak poddać się presji prześmiewców, a do realizacji swojej wizji zaangażował dwóch synów, Maktouma i Mohameda. Starszy Maktoum był premierem Zjednoczonych Emiratów Arabskich od chwili powstania państwa, a po śmierci ojca został władcą Dubaju. Po szesnastu latach na tronie i on zmarł nagle podczas wakacji w Australii. Zastąpił go obecny emir Mohamed bin Rashid Al Maktoum, który wcisnął pedał gazu w rozpędzonej już gospodarce emiratu, zmieniając go w istny raj dla deweloperów. I choć dziś nikt już się nie śmieje z wieżowców Dubaju, wizerunek tego miejsca pod rządami obecnego emira nie pozostaje bez rys, które specjaliści od propagandy usilnie szlifują.
Emiratczycy wśród zwiększającej się z roku na rok liczby osiedlających się w Dubaju obcokrajowców wyrastali na elitę, a opieka szejka wykraczała znacząco poza pomoc w budowaniu domów. Saeed był pierwszym w rodzinie dzieckiem wykształconym w finansowanych przez państwo szkołach, a także leczonym w bezpłatnych klinikach, do których administracja szejka ściągała wykwalifikowanych medyków z całego świata. Jego dzieciństwo i okres dojrzewania upłynęły w cieniu rozwijającego się miasta, jednak bez wartych odnotowania wydarzeń. Od początku wiedział, że w przyszłości zostanie policjantem – i wszystko w jego życiu było podporządkowane temu scenariuszowi. Kiedy wstąpił w szeregi policji, miał dziewiętnaście lat. Praca nie była jednak jedynym zaplanowanym przez rodzinę aspektem jego życia. Po szkoleniu i roku przepracowanym w policji Saeed miał poślubić swoją o dwa lata młodszą kuzynkę.
Lipiec 1990 roku, Al Satwa, Dubaj
W domu panowała podniosła atmosfera. Powietrze wypełniał zapach herbaty z kardamonem. Dwie indonezyjskie służące miały tego dnia ręce pełne pracy – przygotowywały przyjęcie, które miało zakończyć się wielkim rodzinnym świętem. Na niskich stolikach ustawionych wewnątrz otoczonego niskimi sofami okręgu w centralnej części majlisu zaczęły pojawiać się zdobne tace zasypane daktylami, małymi kruchymi ciasteczkami ma’amoul i luaimat – smażonymi kuleczkami z przyprawionego kardamonem i szafranem ciasta w dwóch rodzajach: jedne polane miodem, drugie syropem daktylowym.
Najbliższe godziny miały przypieczętować przyszłość Saeeda. Wuj Ahmed, syn brata jego dziadka, przybywał z proszoną wizytą, by ustalić szczegóły planowanego od lat małżeństwa pomiędzy Saeedem i Lamis.
Chłopak siedział wyprostowany na poduszce przy ścianie w świeżo wyprasowanej kandurze. Z każdą upływającą minutą odczuwał coraz większe napięcie, ale starał się go nie pokazywać. Wiedział, że ożenek jest jego powinnością, ale wcale nie czuł się na to wyzwanie gotowy. Szkolenie do zawodu policjanta wykorzystywało wszystkie pokłady jego wciąż raczkującej dojrzałości, jednak był pewny, że policjantem chce być. Czy chce zostać mężem? Co do tego miał poważne wątpliwości. Może kiedyś, w przyszłości, ale raczej nie teraz.
Wuj Ahmed przybył punktualnie. Towarzyszyli mu najstarszy syn Farouq, aktualna, trzecia już żona Ahmeda – ciotka Hessa, matka Lamis – ciotka Husna – i sama Lamis, zasłonięta od stóp do głów czarną, lekko połyskującą tkaniną. Negocjacje dotyczące małżeństw nie wymagały zwykle tak szerokiego grona, ale rodzina często się spotykała, więc chętnie wykorzystano i tę okazję. Choć tym razem było o wiele bardziej formalnie. Małżeństwo to w końcu sprawa bardzo poważna, zwłaszcza w kulturze arabskiej, i wymaga odpowiedniej oprawy. Nawet jeśli ta jest sztuczna i nieco na wyrost, jak choćby w przypadku stroju oblubienicy. Saeed dobrze wiedział, jak wygląda Lamis – widział ją już wielokrotnie, ostatni raz nie dalej jak miesiąc temu, i wtedy jej twarz nie była zasłonięta przed światem. Teraz spod zasłony wyzierały tylko wbite w posadzkę oczy, całą resztę ukryto, jakby dziewczyna była towarem, który może zostać wyeksponowany dopiero wtedy, gdy znajdzie swojego nabywcę.
Mężczyźni przywitali się serdecznie, kobiety wymieniły uprzejmości, po czym towarzystwo rozdzieliło się na dwie grupy. Panowie zajęli miejsce w majlisie. Ahmed zasiadł naprzeciwko Salema i Jummy. Farouq i Saeed trzymali się nieco z boku. Wiedzieli, że i tak nie mają w tym gronie nic do powiedzenia.
Farouq dobrze rozumiał skonfundowanie Saeeda. Kilka lat wcześniej sam był w podobnej sytuacji. Obaj wierzyli w zasadność aranżowania małżeństw, ale wiedzieli też, że w praktyce wcale nie jest to najprzyjemniejsze z życiowych doświadczeń, nawet jeśli naprawdę pragnie się zawrzeć związek małżeński. Jest w tym sporo strachu, niepewności, przygniatającej odpowiedzialności i świadomości, że etap beztroski mija bezpowrotnie.
Atmosfera wokół aranżowanych małżeństw jest oczywiście oblana lukrem praw i przyjemności związanych z poślubieniem wybranej przez rodzinę dziewczyny, ale dla młodych, nierzadko niedojrzałych jeszcze chłopców często nie jest to wystarczająca zachęta. Żaden jednak się do tego nie przyznaje, a już na pewno nie w trakcie negocjacji. Jeśli zdobywa się na szczerość, to tylko po latach i raczej w formie anegdoty, która ma udowodnić kolejnym pokoleniom, że cały ten strach jest zupełnie niepotrzebny, że wszystko zawsze jakoś się układa.
Zwłaszcza mężczyznom.
– Nadeszła chwila… – odezwał się Jumaa i zainicjował modlitwę, w której wszyscy się pogrążyli.
– A niedawno dziećmi byli – Ahmed przerwał pełną skupienia ciszę. – Człowiekowi się zdaje, że przed chwilą się rodzili…
– Młodzi są jeszcze – dorzucił swoje Salem, jakby próbował sprowadzić rozmowę na nieoczekiwane tory.
– No to przecież dlatego się żenić będą. Starym małżeństwo niepotrzebne – zauważył Jumaa, wdowiec już od kilkunastu lat.
– No właśnie, ale czy nie za młodzi – kontynuował Salem, wzbudzając u ojca konsternację, a u kuzyna wyraźne zainteresowanie.
– Ja w wieku Saeeda dawno byłem mężem. Ty zresztą też.
– Twojego wesela nie zapomnę do końca życia. Co to była za zabawa! – wtrącił się Ahmed, jakby próbował rozładować rosnące pomiędzy ojcem a synem napięcie.
Jumaa nie dawał za wygraną:
– Są w odpowiednim wieku na ślub. Dzieci trzeba rodzić za młodu. Później choroby przychodzą i siły na wychowanie nie starcza.
– Ojcze, czasy się zmieniają. Dzieci to nie wszystko, co liczy się w małżeństwie.
– A niby co jeszcze się liczy? Allah nas powołał, byśmy mieli dzieci i dbali o przetrwanie rodu, państwa… islamu!
– I wszystko to się wydarzy, ale Lamis i Saeed żyją w zupełnie innym Dubaju niż ten, w którym dorastaliśmy my.
– Ale co to ma do rzeczy? Na co tu czekać?
– Masz rację, bracie… – wtrącił się Ahmed ku zaskoczeniu wuja i kuzyna. – Lamis i Saeed powinni się pobrać, ale najpierw niech skończą szkoły.
– Saeed wciąż jest w trakcie szkolenia. Będzie znacznie lepszym mężem, kiedy nie będzie już uczniem.
– Moja Lamis też chce się jeszcze uczyć. Niech dokończy edukację.
Niespodziewane porozumienie ojców w sprawie, która wydawała się już przesądzona, bardzo rozeźliło nestora rodu.
– W czym to przeszkadza? Jak chce się uczyć, to niech się uczy, ale żoną może zostać! Dawno już Saeedowi została obiecana.
– I nadal jest, wuju – zwrócił się do niego łagodnie Ahmed. – Kilka lat niczego nie zmieni.
– U was może nie, ale ja nie jestem pewien, czy Allah nie wezwie mnie do siebie, zanim mój wnuk mężem zostanie. Prawnuków też pewnie nie doczekam… – Szantaż emocjonalny zdawał się ostatnim z listy argumentów dziadka.
– Baba, ty masz już prawnuki, jesteś w świetnej formie. Ani się obejrzysz, jak będziesz tańczył weselny al ayyala.
Saeed przysłuchiwał się tej wymianie zdań z zainteresowaniem i nadzieją. Chciał zostać mężem, ale niekoniecznie tak wcześnie. Nie miał pojęcia, że jego ojciec jest podobnego zdania. Nigdy w życiu nie odważyłby się na taką rozmowę, ale fakt, że Salem wychował się w zupełnie innym Dubaju niż ten, który był rzeczywistością jego ojca, istotnie wpłynął na jego postrzeganie świata.
Salem dobrze wiedział, że policja w Dubaju przechodzi ogromne zmiany i jeśli jego syn miał zrobić karierę w jej szeregach, musiał się skupić na nauce. W tamtym czasie wielu emirackich policjantów wyjeżdżało na zagraniczne szkolenia. Czerpali doświadczenia od funkcjonariuszy z zaprzyjaźnionych krajów. Salem nie chciał, by taka szansa ominęła jego syna, i był szczęśliwy, że kuzyn Ahmed również nie spieszy się do tego, by wydać córkę za mąż. To wciąż nie było częste podejście, a wśród przedstawicieli starszych pokoleń zdarzało się niezwykle rzadko; tu nadal silne były tradycje plemienne, w ramach których małżeństwa niemal zawsze zawierane były przez nastolatków. Ale wraz z rozwojem i bogactwem przyszły nowe zwyczaje. I choć do dziś emiraccy Arabowie wchodzą w związki małżeńskie raczej w młodym wieku, nie spieszą się z tym już tak jak przed laty, zwłaszcza ci mieszkający w wysoko rozwiniętych miastach, takich jak Dubaj czy Abu Dhabi. Kariera w dalszym ciągu nie jest tu priorytetem i nie wygrywa z rodziną. Emiratczycy nie muszą się martwić o podstawowe utrzymanie, dlatego mają znikomą motywację, by stawiać pracę ponad życie prywatne – mimo to coraz więcej z nich odkłada decyzję o założeniu rodziny o kilka lat. Saeed pochodził z pokolenia, które jako pierwsze odsuwało w czasie decyzję o małżeństwie, choć w jego przypadku decyzja należała raczej do ojca.
Salem wiedział, co robi; tak mu się przynajmniej wydawało, bo konsekwencji związanych z przesunięciem ślubu syna nie był w stanie przewidzieć. Bardzo chciał, by Saeed został mężem Lamis, ale równie mocno pragnął, by znalazł się on w gronie młodych policjantów, którzy mieli wyjechać na szkolenie do Libii. Nie mówiąc o tym synowi, od dawna się o to starał. Sam był za granicą tylko raz, gdy wyruszył na hadżdż do Arabii Saudyjskiej. Tę pielgrzymkę – obowiązkową dla każdego muzułmanina – dwa razy odbył też jego ojciec. Trudno było jednak nazwać to doświadczenie jeżdżeniem po świecie. Tymczasem Salem miał nadzieję, że jego syn będzie czerpać z życia pełnymi garściami.
Kiedy informacja o przełożeniu ślubu dotarła do kobiet przybyłych wraz z wujem Ahmedem, atmosfera w willi wyraźnie się rozluźniła. Wreszcie zaczęła przypominać tę towarzyszącą świętom i innym spotkaniom rodzinnym.
Lamis za zgodą ojca zdjęła z twarzy zasłonę i przywitała się z Saeedem. Była bardzo ładną dziewczyną, niezwykle szczupłą, co widoczne było nawet w jej ostrych rysach. Wiedziała, że jest atrakcyjna, a za jedyną rysę na urodzie uważała ostry, spiczasty nos. Od lat marzyła zresztą o zoperowaniu go, jednak rodzice nie chcieli o tym słyszeć. Ona sama dowiedziała się o takiej możliwości od amerykańskich koleżanek ze szkoły. Miała jednak świadomość, że dla Saeeda jej wygląd nie ma znaczenia.
– Nie jesteś zły? – spytała.
– Nie, a ty?
– Też nie. Potwornie się bałam…
– Czego? Mnie? Znamy się od dziecka…
– Tak, ale wiesz, małżeństwo to jednak poważna sprawa. Nie wiem, czy będę dobrą żoną.
– Będziesz. Na razie jednak nie musisz się tym przejmować. Będziemy mieć na to długie lata, pomogę ci – obiecał Saeed z uśmiechem.
– Bo niby ty wiesz, jak być dobrą żoną? – Lamis się zaśmiała.
– Nie mam pojęcia ani jak być dobrą żoną, ani jak być dobrym mężem – przyznał. – Tego w szkołach nie uczą.
– A szkoda. Czasami myślę, że lepiej byłoby uczyć się w szkole dla żon.
– Nie jesteś zadowolona ze swojej?
– Jestem, ale nie wiem, po co ją kończę. I tak przecież będę tylko żoną.
Saeed spojrzał na Lamis z zaskoczeniem, które szybko przerodziło się w trudne do określenia odczucie.
– Nigdy nie będziesz tylko żoną. Posłuchaj – zniżył głos – jako moja żona będziesz mogła dalej się uczyć, jeśli będziesz chciała, to nawet za granicą. Nie mieszkamy już w barasti, możemy korzystać z życia. Będziemy jeździć po świecie, zwiedzać, dobrze się bawić.
Oczy dziewczyny zaświeciły się na te słowa. Od najmłodszych lat słyszała, że w przyszłości poślubi Saeeda, ale nigdy z nim o tym nie rozmawiała. Żadne z młodych nie zdobyłoby się na taką konwersację, zanim ojcowie nie dobiją targu. Teraz już wiedziała, że nawet jeśli zostanie żoną w młodym wieku, poślubi przyjaciela, mężczyznę, dla którego kobieta nie jest trofeum ani drogą do awansu społecznego. Liberalny mąż był marzeniem wielu dziewcząt – niestety nie dla każdej spełnionym. Chwyciła się obietnicy Saeeda ze wszystkich sił. Przyszłość miała pokazać, że zdecydowanie zbyt mocno.
Kilka miesięcy później Saeed wyjechał do Libii. Udało mu się zająć miejsce wśród dwudziestu obiecujących funkcjonariuszy emirackiej policji w trakcie szkolenia i poleciał uczyć się metod używanych przez funkcjonariuszy reżimu stworzonego przez słynnego pułkownika Muammara Kaddafiego.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
CZĘŚĆ I
ROZDZIAŁ 1. Policjant
Okładka
