Pokuta - Max Czornyj - ebook

21 osób właśnie czyta

Opis

 

(…) Któż więc odpokutuje za jego przewinienia?
Syr 28,5

Trzeci tom bestsellerowej trylogii o komisarzu Eryku Deryle.

Brutalny seryjny morderca Cztery Iks w końcu wpada w ręce policji. To jednak nie koniec koszmaru, wkrótce bowiem odnalezione zostają zmasakrowane zwłoki. Mimo iż schwytany psychopata nie mógł popełnić tej zbrodni, zna jej szczegóły. Co więcej, istnieje podejrzenie, iż niektóre z uprowadzonych przez Cztery Iksa kobiet wciąż żyją.

Komisarz Eryk Deryło musi podjąć grę z mordercą, której stawką będzie nie tylko życie wielu niewinnych osób, ale także dusza śledczego. Demony z przeszłości policjanta nie pozwalają o sobie zapomnieć, a odżywające okrutne wydarzenia sprzed lat zaczynają przyprawiać go o szaleństwo.

Odpuszczenie grzechu wymagało ofiary. Teraz przyszedł czas na pokutę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Moim Babciom i Dziadkom,

z wyrazami najgłębszej wdzięczności

za wszystko. A przede wszystkim za wspomnienia.

Krwią splamione są wasze dłonie,

a palce wasze – zbrodnią.

Wasze wargi wypowiadają kłamstwa,

a przewrotności szepce wasz język.

Iz 59, 3

Lamentuj, Cheszbonie,

bo nadchodzi niszczyciel.

Krzyczcie, osiedla Rabba,

przepaszcie się pokutnymi worami,

narzekajcie, biegajcie naokoło

z nacięciami na ciele.

Jr 49, 3

Przygotujcie rzeź dla jego synów

z powodu niegodziwości ich ojca.

Iz 14, 21

Nie kocha syna, kto rózgi żałuje,

kto kocha go – w porę go karci.

Prz 13, 24

4 STYCZNIA

1

Droga z chłodni do sali sekcyjnej nie była długa. Kilka metrów nieco zbyt ciemnego korytarza, kilkadziesiąt szarych terakotowych płytek, zakręt pod łagodnym kątem, aby można swobodnie przepchnąć stół z ciałem, i to wszystko. Docierało się na miejsce.

Finalne pomieszczenie stanowiło sześcian o niemal równych, około czterometrowych bokach. Ściany wyłożono lśniącymi, trupio bladymi kafelkami, z których przy podłodze część była pokruszona lub popękana. Najwidoczniej napięcia starego budynku nie mogły znieść ich wyszorowanej doskonałości.

Z sufitu zwisała podłużna, przesuwana lampa jarzeniowa emitująca białe, intensywne światło. Pomiędzy dwiema metalowymi szafkami na narzędzia znajdował się aluminiowy zlew. Gabarytowo odbiegał od powszechnych wyobrażeń o zlewach, bo z powodzeniem można by w nim wykąpać kilkuletnie dziecko. Do tego czasem zresztą służył. Jednak to nie on stanowił dominujący sprzęt pomieszczenia. Ten znajdował się idealnie pośrodku, pod lampą i nad przerdzewiałą kratką odpływową wmontowaną w podłogę.

Stół sekcyjny wykonany z kwasoodpornej stali nie był cudem techniki. Posiadał co prawda nadstawki na narzędzia i organy, rynienki służące do odpływu skroplin oraz dźwignię regulującą wysokość, jednak w porównaniu do najnowszej oferty stanowił przeżytek. Brakowało choćby autonomicznej wanny pod blatem, zlewu i wieszaka na rolkę papieru. Tak, technika podsuwa pod ręce to, co dawniej instalowano w promieniu kilku kroków. Stół sekcyjny stawał się miniaturową salą. W niektórych modelach montowano nawet wodoodporne gniazdka elektryczne i systemy wentylacyjne. Chociaż do chwili otwarcia trupa wokół unosiła się przede wszystkim woń środków dezynfekcyjnych.

Jednak wkrótce ten duszący, świeży zapach miał ukryć się w najdalszych kątach pomieszczenia.

Standardowym rynsztunkiem, którego nie mogło zabraknąć, stanowiła podkładka pod ciało. Umieszczono ją pod plecami denata, by wypychając do góry jego klatkę piersiową, ułatwiała cięcia korpusu.

Oględziny zewnętrzne doktor Gawiński przeprowadził w kilkanaście minut. Zabezpieczył odzież, dokonał niezbędnych pomiarów, wreszcie wyjątkowo wnikliwie przyjrzał się plamom opadowym. Najbardziej widoczne znajdowały się na pośladkach, udach oraz stopach zmarłego. Nic dziwnego. Po śmierci mężczyzna został przywiązany do krzesła, skrępowany i pozostawiony w tej pozycji przez kilka… Nie, raczej kilkanaście godzin.

Plam pośmiertnych, livores mortis, nigdy nie należy bagatelizować. W tym wypadku stanowiły fioletowosine (co wykluczało niektóre zatrucia) przebarwienia utworzone przez krew, którą po zatrzymaniu krążenia grawitacja ciągnęła ku ziemi. Wykształciły się już po dwóch, trzech godzinach od chwili zgonu. Czasem podobne zaczerwienienia występują w momencie agonii – zwie się je wtedy różami cmentarnymi, ale nie o ten przypadek chodziło.

Doktor Gawiński nacisnął skórę denata w kilku losowo wybranych miejscach. Przebarwienia nie zbladły ani się nie przemieściły, co precyzowało wcześniejszą teorię o czasie zgonu. Po kilkunastu godzinach od śmierci ściany naczyniowe stają się przepuszczalne, krew przesiąka do okolicznych tkanek i nasyca je jak płyn do mycia naczyń gąbkę. I tak jak płynu z gąbki nie daje się z nich usunąć samym naciskaniem.

Lekarz o smutnej szczurzej twarzy pogrzebał w przegrodzie z narzędziami. Jak zwykle asystujący mu technik miał niewiele roboty. Operował kranikiem, gumowymi wężami, a tylko wyjątkowo podawał sprzęty, które znajdowały się dalej niż w zasięgu kroku od stołu sekcyjnego. Poza tym mógł uważnie przyglądać się wzorowo przeprowadzanej autopsji.

Pierwszy etap stanowiło otwarcie jamy czaszkowej. Dla wielu adeptów pośmiertnej chirurgii jest to zarazem etap najtrudniejszy. Przecięcie powłok miękkich następuje za małżowinami usznymi i jest prowadzone w kierunku czubka głowy. Przedni płat skórny naciąga się na twarz, a tylny na kark denata, po czym należy zeskrobać przyczepy mięśni skroniowych. To nie jest skomplikowane. Pewnej wprawy wymaga jednak spiłowanie kości sklepienia czaszki w taki sposób, by dostać się do środka, a zarazem nie naruszyć opony twardej – zewnętrznej błony opatulającej mózg.

Gawiński mógłby tego dokonać z zamkniętymi oczami. Wprawa czyniła rzeźnika. Rzeźnik czynił cięcia.

Ostrze elektrycznej, kołowej piły zatrzeszczało, wrzynając się w kość. Gdyby nie to, że wszyscy zebrani mieli rozsmarowaną pod nosami mentolową maść Wick, poczuliby teraz woń podobną do tej unoszącej się w gabinetach dentystycznych. Był to przy tym jeden z najmilszych zapachów, jakie można poczuć w prosektorium.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – mruknął Gawiński, poprawiając ubrudzoną już rękawiczkę. – Żadnych niespodzianek.

Technik milczał. Mechanicznym ruchem podsunął lekarzowi metalową misę na organy.

Oddzieleniu kości od mózgu towarzyszyło lepkie cmoknięcie. Dźwięk przypominał przelotny, nieczuły pocałunek, jakim obdarzają się dobrzy znajomi. Otwarcie zatoki strzałkowej przebiegało natomiast w niemal absolutnej ciszy. Znajdowało się w niej trochę krwi płynnej oraz niewielki zakrzep, co odpowiadało ogólnemu obrazowi sytuacji, musiało to jednak trafić do protokołu.

Przez następne trzy i pół minuty Gawiński rozpłatał oponę twardą, opisał stan opony miękkiej oraz półkul mózgu, po czym odciął właściwe naczynia, nerwy i rdzeń przedłużony. Wyciągnięcie mózgu to bułka z masłem. Wystarczyło jedną ręką uchwycić galaretowaty organ za część potyliczną, drugą za część czołową i delikatnie pociągnąć. Z profesjonalnego obowiązku patomorfolog złożył mózg do naczynia z ośmioprocentowym roztworem formaliny. Jego zbadanie zwyczajowo, wbrew kanonom sztuki, pozostawił na sam koniec. Per il gran finale.

– Przystępujemy do odpreparowania powłok szyi i klatki piersiowej – oznajmił beznamiętnie. – Otworzona zostanie jama brzuszna.

Odwrócił się w stronę posiwiałego mężczyzny siedzącego na wózku inwalidzkim. Józef Dycz, okrzyknięty przez media Cztery Iksem lub Zabójcą w Sutannie, oddychał przez usta. Jego wysokie blade czoło pokryła perlista warstwa potu. Policzki zapadły się, a czarne oczy zastygły utkwione w stole sekcyjnym. Szyję miał obwiązaną bandażem, pod którym upchnięto grubą warstwę opatrunków. Oblizał usta.

Wózek ustawiono na prowizorycznie zmontowanej rampie, tak by Dycz mógł obserwować to, co się dzieje na stole. Dogodnie i wyraźnie. Tak jak to miał w zwyczaju. Mimo to co chwila odwracał wzrok.

– Niech Bóg odpuści wam wasze grzechy – wycharczał, przytrzymując palcem skraj gazy. – Niech wam Bóg wybaczy…

2 STYCZNIA

2

Pociągnięcie spustu było diabelnie kuszące. Jedna chwila, jedno kliknięcie i rozwiązałyby się wszystkie problemy. No, prawie wszystkie. Eryk Deryło, bijąc się z myślami, pieścił cyngiel. Ból w boku nakręcał furię jak mechanizm budzika. Jego dzwonek już dawno rozbudził i wyostrzył wszystkie zmysły. Z żądzą zemsty na czele. Komisarz miał przed sobą sukinsyna, który porwał mu córkę, publicznie go wykpił, a wreszcie zmusił do grzebania w świeżo zaszytej ranie. Spomiędzy rozerwanych nici nadal ciekła krew i wysięk. Czuł ich ciepło przylepiające koszulę do ciała. Czuł mrowienie bólu rozchodzące się w dół aż po udo.

Powinien się spieszyć, nim opuszczą go siły.

Powiódł latarką trzymanego w lewej dłoni telefonu. Teraz światło padało na białą, ceramiczną maskę okrywającą twarz mężczyzny w ciemnej szacie i odbijało się od kawałeczków lustra weneckiego tkwiących w miejscu, gdzie powinny być oczy. Wreszcie ginęło w mroku kątów ceglanego pomieszczenia.

Zamaskowany klęczał. Przekręcił głowę, jakby nie dowierzał, że Deryło mógłby wystrzelić.

– Nigdy sobie nie wybaczysz. – Szkiełka skierowały się wprost na policjanta. – Nigdy.

– Zamknij się!

W ułamku sekundy zamaskowany wyciągnął zza pleców nóż. Nim Deryło zdążył się poruszyć, wbił go sobie w szyję. Strumyczek krwi wypływającej na śnieżnobiałą koloratkę miał smolisty odcień. Ściągał uwagę komisarza i przyprawił go o zimny dreszcz.

A dreszcz mógł spowodować bezwiedne zaciśnięcie palca na spuście.

Zamiast wystrzelić, Deryło dopadł do osuwającego się ciała. Odrzucił na bok nóż i przyklęknął. Przyłożył dłoń, by sprawdzić, jak intensywny jest krwotok. Nogi mężczyzny drgały, szurając na posadzce.

– To ja – wycharczał, starając się nabrać tchu. – To ja… miałem zostać Judaszem.

Krew sączyła się dość obficie, lecz była zbyt ciemna i gęsta, by mieć swoje źródło w tętnicy. Mimo to komisarz przycisnął do rany skraj szaty. Chciał strącić z twarzy mężczyzny maskę, ale nigdzie nie mógł znaleźć zapięcia. Wydawało się, że została na stałe przytwierdzona do jego skóry.

Albo była jego skórą.

Budzik adrenaliny rozsadzał Deryle mózg. Po raz kolejny w ciągu ostatnich minut zerknął na telefon. Zero kresek zasięgu jeszcze o niczym nie przesądzało. Sto dwanaście korzystało z uprzywilejowanej pozycji. Sieć abonenta mogła być głucha jak pień, ale wykorzystywano wtedy wszelkie inne dostępne pasma. Oczywiście, o ile jakiekolwiek dało się odebrać.

Jeszcze raz sprawdził, czy telefon namierzy jakiś nadajnik i połączy go z numerem alarmowym. Gówno. Odpowiedziała mu martwa cisza…

Odłożył komórkę i pochylił się nad rannym mężczyzną. Cztery Iks rzęził. Jego pierś szybko falowała pod zwojami długiej szaty. Podkulił nogi i chciał się odwrócić.

– Mam nadzieję, że przeżyjesz, skurwysynu – syknął Deryło. – A nawet jeśli zdechniesz, gówno mnie to obchodzi.

Przycisnął dłoń do boku i ostrożnie się wyprostował.

Z całej siły kopnął leżącego tak, że czubek buta wbił się w miękkie podbrzusze. Zamaskowany jęknął i zwinął się wpół. Wtedy Deryło wymierzył mu jeszcze dwa kopniaki w okolice krocza. Przed kolejnym powstrzymał go gwałtowny skurcz boku. Na moment znieruchomiał. Wiedząc, że nie powinien zwlekać, chwycił leżącego za kark i zaciskając palce, zmusił go do podniesienia się na kolana.

Brutalnie wbił mu w plecy rewolwer, a telefon wsunął sobie za pasek.

– Idziemy! – W nagłym przypływie siły niemalże przeciągnął mężczyznę po kamiennej posadzce.

– Zamieniliśmy się miejscami, co?

Dysząc, przemierzał kolejne metry piwnicznego korytarza. Kolana wleczonego uderzały o kamienne podłoże. Starał się podnieść, lecz szarpany przez Deryłę pełzał na czworakach.

Światło telefonu omiatało boczne zaułki i przejścia jak stroboskopy rozwieszone w domu grozy. Wreszcie znaleźli się w sali, z której Cztery Iks uczynił swoją makabryczną scenerię. Przy drewnianym stole tkwił rząd udręczonych osób. W mroku wszystkie zdawały się jedynie bezwładnymi lalkami, lecz słychać było ich pojękiwania. Co najmniej trójka z uprowadzonych wciąż żyła. Kneble w ich ustach hamowały krzyki przerażenia.

Deryło pchnął zamaskowanego na podłogę. Nie zważając na bełkotliwe rzężenie, chwycił go za kostkę i brutalnie przeciągnął ku metalowej obręczy. Z wygiętej stopy zsunął się czarny, trumienny lakierek. Kopnął go na bok.

Przykuł zabójcę do tego samego łańcucha, którym niedawno sam był spętany. Upewnił się, że zamek kajdan jest zamknięty, i schował kluczyk. Jeszcze raz szarpnął za metalowe ogniwa. Skoro wytrzymały jego próby oswobodzenia, wytrzymają również wierzganie znacznie wątlejszego Cztery Iksa.

I oby nie było to wierzganie człowieka w agonii. Bo mimo wszystko wolał, żeby ten kutas przeżył.

Nie oglądając się, ruszył w głąb korytarza. W płucach paliło go od wysiłku, a ból w boku promieniował już niemal do stopy. Napinane mięśnie musiały rozchylać ranę niczym główka dziecka przy porodzie.

Piękne skojarzenie.

Skupiony na cierpieniu nie zauważył, że przy stole brakuje jednego z ciał. Schował rewolwer do głębokiej kieszeni i wyciągnął zza paska telefon. Latarka oświetliła długi, wilgotny tunel. Trzymając się za bok, parł w stronę wyjścia. Odprowadziły go stłumione kneblami krzyki nastolatków i uderzenia ich stóp o podłoże. Nie miał czasu się nimi zajmować. Ich życiu nikt już nie zagrażał.

Przynajmniej miał taką nadzieję.

Ciemny korytarz przypominał te, o których wspominają pacjenci wyrwani z objęć śmierci klinicznej. Rozszerzał się i zwężał. Na jego końcu żarzyła się ciepła iskierka jasności. Tym razem jednak przed komisarzem nie otwierały się podwoje raju. Przeciwnie, wynurzał się z piekła i trafiał na ziemię.

Na telefonie zapulsowała pierwsza kreska zasięgu. Wreszcie. Zatrzymał się, nie chcąc niepotrzebnie tracić sił. I tak zaraz musiał zawrócić, by strzec samego szatana.

Wybrał numer.

– Dyspozycja ratunkowa, słucham?

Udało się.

3 STYCZNIA

3

Józef Dycz został przetransportowany do szpitala wojewódzkiego dokładnie o drugiej pięćdziesiąt sześć w nocy. Związany pasami miał nie stanowić żadnego zagrożenia dla personelu. Ponadto stracił jakąkolwiek możliwość ucieczki. Jednak na wszelki wypadek, wbrew protestom sanitariuszy, został skuty i przydzielono mu niehonorową asystę dwóch policjantów. Przemierzając kolejne zaułki szpitala, podążali za nim jak cienie.

Już w ambulansie ratownicy zdjęli mu z twarzy maskę. Składała się z dwóch części, dzięki czemu tak doskonale okrywała głowę. Nie miała przy tym żadnych zewnętrznych zaczepów. Ktoś znający się na rzeczy powiedziałby, że to kawał mistrzowskiej roboty. Kawałki lustra weneckiego zostały doskonale zeszlifowane i przytwierdzone do ebonitowych prowadnic. Zapewniały naprawdę szeroki kąt widzenia. Modyfikator głosu był uruchamiany przez przesunięcie językiem. Majstersztyk godny planu wysokobudżetowego filmu.

O ile łatwiej by było, gdyby Iks stracił przytomność. Jednak ten bez przerwy, z pogardliwym uśmieszkiem, śledził poczynania wszystkich wokół. Rewanżował się tym, co spotykało jego samego. Nie wyglądał na przerażonego. Był spokojny i skoncentrowany. Rysy jego twarzy napięły się, skóra lekko pobladła, lecz nadal pozostawał podstarzałym mężczyzną, którego mordercze instynkty mogły zdradzić jedynie niepokojące oczy. Bez okularów i szklistej przesłony wydawały się dziwnie okrągłe i małe, a czarne jak smoła tęczówki nieproporcjonalnie szerokie. Poruszały się powoli, wodzone zaprogramowanymi ścieżkami. Góra – dół. Lewo – prawo. Niczym u przerażającej mechanicznej zabawki, której tryby nie pozwalają na inne konfiguracje.

Aspirant Andrzej Brzeski i policyjny profiler Miłosz Tracz dotarli pod drzwi sali opatrunkowej dokładnie w chwili, gdy lekarz przecinał bandaż. Pierwszy wiedziony był służbowym przymusem, drugi profesjonalnym zaciekawieniem. Obaj, krążąc po korytarzu, czekali na rozwój wydarzeń.

W międzyczasie Brzeski dwukrotnie kontaktował się z kliniką, do której przewieziono rannego Deryłę. Znajomy lekarz niby go uspokoił, zapewniając, że komisarz tylko podkrwawia jak dziewczynka z pierwszym okresem, ale mimo to miał wyrzuty sumienia. Wszystko przez idiotyczne skojarzenia. Dwóch funkcjonariuszy pilnowało Cztery Iksa, a Deryło tkwił tam samotnie jak wyrzutek społeczeństwa. Do tego stanowczo zabronił informować swoją rodzinę. Żony gliniarzy musiały się pogodzić z nocnymi akcjami i kropka.

W chwili gdy Brzeski był gotów przywołać w swoje zastępstwo któregoś z sierżantów, otworzyły się drzwi gabinetu zabiegowego. Ze środka wyszedł niski lekarz o twarzy boksera. Biorąc pod uwagę płaski nos i kwadratowe rysy, można by uznać, że jego czaszka jest sześcienna. Dosłownie jak pudełko po mikrofalówce albo duże opakowanie proszku. Mężczyźni uścisnęli sobie ręce.

– Poharatał się jak gówniarze, którzy chcą zwrócić na siebie uwagę. – Doktor nie tracił czasu na zbędne wywody, a co ważniejsze, nie silił się na medyczny bełkot. – Płytkie cięcia, ale dużo krwi. Dobrze wiedział, jak to zrobić.

Brzeski ciężko sapnął. Nie było w tym ani ulgi, ani radości.

– Czyli jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo?

– O ile nikt mu zaraz nie pogłębi tej rany, to nie.

– Kiedy będzie można go przesłuchać?

Krępe, bokserskie ramiona uniosły się w górę.

– Z medycznego punktu widzenia, nie ma ku temu już żadnych przeszkód. Z całą pewnością jest osłabiony, ale to wszystko.

– Możemy zabrać się za to natychmiast? – Brzeski zerknął w głąb korytarza. – Będę chciał zorganizować transport…

– Dajcie mi panowie tylko kilka minut. Pielęgniarka sprawdzi opatrunki, ja wypiszę dokumentację i dostaniecie go do pogadania.

– Gdzieś na uboczu?

– Zorganizuję wam dwuosobowy pokój i serwis śniadaniowy.

Lekarz, kręcąc głową, wrócił do gabinetu. Zostawił za sobą zapach ciężkich perfum zmieszanych z aromatem środków dezynfekcyjnych. Nic przyjemnego.

Brzeski i Tracz wymienili wymowne spojrzenia. Profiler potarł dłonią szczeciniasty, rudy zarost i włożył dłonie do kieszeni. Miał pewien plan, ale spodziewał się trudności w realizacji. Procedury policyjne były jak bagno. Kiedy raz się w nie zanurzyło, wyrwanie się graniczyło z cudem. Niezbędna stawała się pomoc z zewnątrz. A aspirant nie stanowił łatwego kąska dla nagabujących do buntu przeciw okowom systemu. Jednak z pewnością był człowiekiem racjonalnym. A racjonalność zawsze prowadzi do konkretnych wątpliwości. Po pierwsze, że Cztery Iks uprowadził więcej osób, niż odnaleziono w kamienicy. Po drugie, że mógł nie działać sam.

Obaj zdawali sobie z tego sprawę.

– Muszę z nim porozmawiać – ubrał głos w szaty katorżniczego przemęczenia. To zawsze sprzyjało psychicznej wiarygodności.

– Zawracanie dupy. – Brzeski najwyraźniej nie był nazbyt podatny na podobne sugestie. – Powinniśmy go jak najszybciej przesłuchać i niech ta gnida Malczewski zajmie się formalnościami.

– Zabiorę wam tylko chwilę. Chcę wybadać grunt, ocenić ewentualne straty i spadam stąd. Chodzi o możliwości…

– Nie sądzę, żebyśmy mieli ich zbyt wiele.

– Ale tego nie wiemy. W jakiś sposób musimy go podejść i zmusić do gadania.

– Po to jest przesłuchanie. – Opór Brzeskiego mimo wszystko topniał. – Niby czym się różni…

Tracz nie pozwolił mu skończyć.

– Nie interesuje mnie co, gdzie i jak – parsknął. – Chcę sprawdzić pewną teorię.

– Co to za cholerna teoria?

Profiler wyjął dłonie z kieszeni i subtelnie je obrócił, jakby chciał sprawdzić, czy przy paznokciach nie zgromadził się brud. Przybrał pozę pełnej szczerości.

– Kiedy analizowałem jego zachowanie, sposób działania i specyfikę doboru ofiar, dostrzegłem pewne niespójności – wyjaśnił. – Mogą mieć rozmaite podłoże, ale wolałbym się przekonać.

Brzeski nadal się opierał.

– I tak zajmą się nim psychiatrzy.

– Dopiero po wniosku prokuratora…

– Ustalą wszystko, co trzeba…

– Będą mieć osiem tygodni – spokojnie wyłożył Tracz. – A czy ktokolwiek uwięziony przeżyje przez osiem tygodni?

4

Komisarz Deryło napiął mięśnie karku. Leżał wyciągnięty na twardym materacu i zadzierał głowę. Nie w sposób zarozumiały, niczym Benito Mussolini na wiecach, ale tak, by podejrzeć, co się z nim właśnie wyczynia. Medycy zawsze mieli upodobania do wsadzania paluchów w nie swoje sprawy. A rana w jego boku zapewne bardzo do tego zachęcała.

Przynajmniej go nie bolało. Miejscowe znieczulenie zamieniło odkażanie w zwykłą płukankę, a ponowne zszywanie obserwował jak zawiązywanie kawałka mięsa przed włożeniem do piekarnika. Lekarz kazał mu zamknąć oczy, ale on i tak kontemplował jego precyzyjną koronkarską robotę. Wreszcie odwrócił wzrok w obawie, że doktorowi zadrży dłoń. Wolał uniknąć przyszycia fałdy zbędnego tłuszczu do biodra. W ogóle w szpitalnym otoczeniu naszła go myśl, że powinien się odchudzić.

Jakby nie miał lepszych tematów do kontemplacji. Psia mać.

W zasadzie powinien być z siebie zadowolony. Udało mu się schwytać najbardziej bezwzględnego z polskich seryjnych zabójców. Przynajmniej od czasów Wampira z Zagłębia. Dziesiąta część zgromadzonych dowodów wystarczyłaby, żeby wtrącić sukinsyna do kicia. Dziesiąta część czynów, o które zostanie oskarżony, wystarczyłaby na przyklepanie najwyższego wyroku.

Lekarz skończył robotę, odciął nić i otarł osocze, którego kropla jeszcze wyciekła zza szwów.

– Gotowe – oznajmił, odchodząc od łóżka. – Siedem dni bez nadmiernego wysiłku i będzie w porządku.

– Marzę o siedmiu dniach na dupie.

– W tej firmie spełniamy marzenia. Zaraz wypiszę zwolnienie.

Deryło podniósł się i usiadł na skraju materaca. Nadal nie czuł żadnego bólu. Może gdzieś głęboko, w środku? Nie był pewny.

– Nie, nie – zaprotestował, wsuwając stopy do butów. – Żadnych zwolnień, to będzie…

Kiedy opuścił się z łóżka, poczuł, że zdrętwiały mu nogi, a oba kolana trzasnęły. Pięknie. Już nie tylko chodziło o odchudzanie, ale właśnie rozpadał się żywcem.

Dopiero po chwili uświadomił sobie, że uczucie zdrętwienia prawego uda powoduje wibracja komórki. W tumulcie izby nawet jej nie słyszał. Głuchota.

Wykonał przepraszający gest w stronę lekarza i kuśtykając, poczłapał w róg pomieszczenia. Dzwonił Brzeski.

– Żyje? – zapytał, przyciskając telefon do ucha.

– Niestety tak.

– Stety. Jakby po drugiej stronie nie było niczego, toby zaliczył za szybkie wakacje.

– A tak, co? – parsknął aspirant. – Pogra za naszą kasę na playstation? Nażre się?

– W pierdlu umilą mu życie.

– O ile nie zrobi z siebie świra. To znaczy, z całą pewnością to cholerny świr, ale w ośrodku będzie miał dom-cholera-szczęśliwego-cholera-seniora.

Ostatnią zbitkę słów Brzeski wypowiedział na wydechu. Po chwili się zreflektował i na powrót przybrał formalny ton.

– Przepraszam za to pieprzenie – odchrząknął znacząco. – Jak się ma pan komisarz?

– Po japońsku. Jako tako. Zbieram swój zadek i jadę odpocząć.

– W pełni zasłużenie… A przy okazji ma pan pozdrowienia od naszego profilera.

– Tracza? Co on tam robi?

– Usilnie stara się porozmawiać z Cztery Iksem. – Aspirant ściszył głos. – Ma jakieś tajne teorie, ale wie pan komisarz, jak to z nim jest.

Deryło wiedział.

– Lepiej wyduś z niego, co to za teorie, nim adwokaci tego gnoja zrobią z nich użytek.

– Obiecał, że niczego nie skomplikuje. Twierdzi, że mogą być inne uprowadzone osoby…

– A może jeszcze zażyczyliście sobie zgody na piśmie?

Brzeski westchnął. Przez chwilę słychać było odgłosy toczącej się na drugim końcu linii rozmowy.

– Halo? – Deryło zaczął się niepokoić. – Jesteś tam, do diabła?

– Tak, przepraszam – aspirant znów mówił normalnym tonem. – Tracz dopytuje, co się stało w tej piwnicy. Chce choćby zarysu sytuacji, żeby móc…

– Daj go do telefonu.

Już w karetce Deryło złożył skrócony raport. Jednak nie miał wątpliwości, że ten na parę godzin utknie w gąszczu procedur. Poza tym telefon Brzeskiego nie był tylko kurtuazyjny. Domyślił się, że do jego wykonania namówił go właśnie profiler. Widocznie zdawał sobie sprawę, że komisarz, oględnie mówiąc, traktuje go z rezerwą. Kiedy przywitał się z Deryłą, nie ukrywał zmieszania. Pal diabli. Rzeczywiście lepiej jak najszybciej rozgryźć sukinsyna. Jeżeli ten gnój miałby trafić do wariatkowa, wolał o tym wiedzieć już teraz.

Pokrótce opowiedział o ostatnich godzinach. O skrępowanych przy stole ofiarach, sposobie, w jaki zostały zamordowane, i o tym, co usłyszał od Cztery Iksa. Wydało mu się to istotne.

– Ten popapraniec miał słabą mowę końcową – mruknął. – Może to cię zainteresuje.

– To znaczy? – Profiler natychmiast rzucił się na podrzucony trop.

– Nim poderżnął sobie gardło, powiedział, że to on chciał zostać Judaszem. Rozumiesz coś z tego?

– A to ciekawe…

Nie mylił się. W głosie Tracza wyczuł podekscytowanie.

5

Dwuosobowy pokój okazał się klitką oddzieloną parawanem od apokaliptycznej otchłani izby przyjęć. Serwis śniadaniowy stanowiła kroplówka sącząca się do żyły leżącego mężczyzny. W karetce zdarto z niego maskę, a na szpitalnych salonach rozcięto czarną szatę i zakrwawioną koloratkę. Obie leżały teraz w foliowym worku, czekając na odbiór przez policyjnych techników.

Cztery Iks był okryty cienkim prześcieradłem, a przez jego pierś i biodra poprowadzono skórzane pasy. Metalowe klamry ściągały je z dala od rąk. Obwiązujący szyję bandaż miał niewiele bielszy kolor od jego skóry, choć poznaczyły go smużki krwi. Upchnięte gaziki poruszały się w rytmie spokojnego oddechu.

Kiedy Tracz zbliżył się do łóżka, oczy leżącego obróciły się mechanicznie po wytyczonej ścieżce lewo-prawo i zastygły w zaciekawieniu. Blady, różowawy kawał mięśnia będący językiem prześlizgnął się po górnej wardze. Nawilżył ją i natychmiast schował się za linią paliczkowatych zębów.

– Chciałem, żeby rozpięto te pasy… – odezwał się Tracz. – Powiedziano mi, przepraszam za wyrażenie, że chyba ocipiałem.

Wcale nie przepraszał. Powiedział to z pełną premedytacją. Przynęta rzucona na pozorne seksualne zapędy chorego umysłu. Jednak tym razem musiał ją ściągnąć bez sukcesu. Cztery Iks nawet się nie odezwał. Mimo to nadal patrzył na niego z zainteresowaniem. Początki bywały najtrudniejsze.

– Alternatywą mogłyby być kajdanki – ciągnął profiler – ale gdyby ich użyto, musielibyśmy rozmawiać na odległość.

Nadal cisza. Nieznośna, pełna napięcia i zbyt długa. Przerwał ją dopiero wybuch kaszlu policjanta stojącego przy parawanie. Odgłosy dobiegające z oddziału ratunkowego stanowiły jedynie szumy w mistycznym tle. Zdawało się, że dobiegają z całkiem innego, odległego świata.

– Pan Miłosz Tracz, prawda?

Wypowiedziane szorstkim, ochrypłym głosem słowa zmroziły Tracza. Z pełną koncentracją starał się nie dać tego po sobie poznać. Zaskoczenie nie było negatywną emocją. Jednak strach zdradzał słabość. Stawiał na niższej pozycji. Ośmieszał. Tylko że jeżeli twoje imię i nazwisko wypowiada seryjny zabójca, który nie miał prawa ich znać, trudno się powstrzymać.

– Zgadza się – odparł nieco zbyt cicho. – Skąd pan mnie zna?

Józef Dycz nie odpowiedział od razu. Kilka spokojnych oddechów uniosło prześcieradło, a jego palce wygrały na materacu jakąś melodię.

Pam-pam-pampam-pam.

– Arty-kuł do „Pol-skie-go Przeglądu Psycho-logicz-nego” o usta-laniu cech immanent-nych oso-bowości – zakomunikował w rytmie uderzeń. – Załączono zdjęcie.

– To było prawie przed dwoma laty…

– Domyślam się, że nie przyszedł pan porozmawiać o stanie mojej pamięci?

– Chciałem zadać kilka pytań na zupełnie inny temat.

– A ja mogę na nie odmówić odpowiedzi.

Cztery Iks odsłonił zęby. Małe, trójkątne kły pokrywała ślina. Po ułamku sekundy zamknął usta i wessał wargi. Dziurki nosa rozciągnęły się, odkrywając pojedyncze włoski.

– Oczywiście, że pan może. – Tracz postanowił grać ugodową kartą. – To nie jest przesłuchanie…

– A co?

– Hmm… Powiedzmy, że rozmowa z ciekawości.

– Coś jak poznawanie dewianta za życia? – zapytał Iks teatralnie urażonym tonem. – Bez krojenia jego mózgu na kawałeczki? Czy raczej jak oglądanie karła w cyrku? Na żywo?

– Nie chciałem pana obrazić.

– To zbyt banalne… Niech pan sobie daruje pogadankę okrągłymi hasłami.

– Nawet takiej nie planowałem.

Dycz westchnął.

– Skoro i tak jestem uwiązany, a jak sądzę, przed wyjazdem więźniarki trzeba wypełnić milion formularzy, posłucham pana. Śmiało. Może napisze pan o mnie do „Przeglądu Psychologicznego”. To byłby chyba dobry temat? Sądzę, że ludzie interesują się zwyrodnialcami.

– Chcę się jedynie dowiedzieć kilku rzeczy. To zwykła zawodowa ciekawość.

Doprecyzowanie stanowiło istotną część interakcji. Pozorne wzburzenie polegało na intuicyjnym wyczuciu możliwości takiego zachowania. Dla czystości wzajemnych stosunków należało wyjaśnić, że nie było ku niemu podstaw. Tyle mówiły podręczniki.

Rzeczywistość przedstawiała zupełnie inny obraz. Zamiast rozmazanego pacjenta na kozetce przed profilerem leżał skrępowany seryjny zabójca. Ot, drobny szczegół.

– Panie Tracz… – Iks zrobił wymowną pauzę. – Przyszedł pan porozmawiać o mnie – znowu pauza. – Więc może miło by było, gdybyśmy najpierw porozmawiali o panu?

– Nie sądzę, żeby to było ciekawe.

– I vice versa. Obaj możemy być piekielnie nudni – pauza. – Jakie miał pan dzieciństwo, panie Tracz? – Spokojne, miłe? A może przeciwnie?

Nagle oczy Dycza zmieniły wyraz. Zamiast po utartych liniach poruszyły się łagodnie, tak jak spogląda zmęczony człowiek. Wyrwanie się poza mechaniczne ścieżki stanowiło coś niespodziewanego. Normalność w tym ułamku sekundy stała się niepokojąca. Tracz natychmiast to odnotował.

– Jeszcze przyjdzie czas na dobrą zabawę – Cztery Iks odezwał się beztroskim tonem, jakby rozmawiali o wspólnym wypadzie do baru. – Nic strawionego.

Strawionego? Gra słówek wyraźnie go rozbawiła. Profiler starał się nadążyć za nagłą zmianą zachowania rozmówcy. Dopytywanie było jedną z form przesłuchania, jakkolwiek by je nazywać, zalecaną nawet przez FBI.

– Co ma pan na myśli?

– Zabawę z zapałkami – natychmiast odparł Dycz. – Jako dziecko bawił się pan zapałkami?

– Nie mamy dość czasu…

– Przypuszczam, że mniej więcej osiem tygodni.

Tracz nieświadomie skrzyżował nogi. Reakcja obronna, którą powinien powstrzymać. Reakcja na informację, że Iks jest w tej wymianie zdań o krok przed nim.

Natychmiast powrócił do otwartej pozycji.

– No dobrze. – Założył dłonie za głowę. – Zdarzało mi się bawić i zapałkami, i lupą. Jak każdemu chłopakowi.

– Każdemu?

– Pewnie prawie każdemu. Ale to szybko przechodzi.

Uwaga testowa. Racjonalne oddziaływanie na osobowość diagnozowanego sprawdzające jego osadzenie w rzeczywistości.

– Naprawde? – Iks głęboko zaczerpnął powietrza. – To strasne. Bo ja lubie sie bawic zapaleczkami.

Te słowa Dycz wypowiedział z szerokim uśmiechem i wzrokiem utkwionym w nieokreślonym punkcie gdzieś na suficie. Nie przypominało to zwykłego seplenienia, a raczej głos zaintrygowanego dziecka, któremu wypadły pierwsze mleczaki.

– Mama panu równies tego zabraniała?

– Oczywiście.

– I nie słuchał się pan?

Tracz opuścił dłonie i splótł je przed sobą. Był skołowany. Spodziewał się czegoś podobnego, ale intensywność zachowań Iksa go przerastała. Zaczynał się w nich gubić. Czas pędził zbyt szybko, by mógł w sensowny sposób poprowadzić rozmowę. Plastikowy zegar zawieszony w rogu pomieszczenia pokazywał, że właśnie minęła czwarta nad ranem. Najwyższa pora, aby przejść do sedna. Choć to, na czym mu zależało, miał wyłożone na tacy.

– Kazała mi się zawsze spowiadać z nierozważnych zabaw – powiedział zadowolony z nagłego pomysłu. – Więc się spowiadałem…

Dycz nadal spoglądał w sufit.

– Wierzy pan w Boga? – zapytał.

– Myślę, że tak.

– Liczy pan na to, że powiem, że myślenie i wiara nie mają wiele wspólnego? To pytanie przynęta? – Powoli odwrócił głowę i popatrzył prosto w oczy Tracza. Przestał się uśmiechać. Przybrał poważny, ale pogodny wyraz twarzy i jeszcze inny, nieużywany wcześniej ton głosu. Zachowywał się jak aktor odgrywający scenę przed publicznością. – Otóż mają mnóstwo wspólnego. Myślący człowiek wierzy w Boga. Zatraca się w zaufaniu w Panu.

– Rozumiem, że pan jest wierzący?

– W sensie, czy jestem, na przykład, katolikiem?

– W sensie, czy należy pan do jakiegoś zbiorowego kościoła?

Iks zamknął oczy. Były mocno wypukłe i powieki wyglądały, jakby naciągnięto je na piłeczki pingpongowe. Reakcja uświadomiła profilerowi, że właśnie popełnił dwa błędy. Powtórzony początek, a nie koniec zdania rozmówcy i zbyt oczywisty podtekst. Zbiorowy kościół… To był naprawdę słaby wymysł. Jednak na tę chwilę nie miał pojęcia, jak inaczej podnieść temat ewentualnych wspólników.

– Wszystko w porządku? – zapytał, przerywając przeciągającą się ciszę. Ze względu na okoliczności pytanie brzmiało debilnie. – Panie Dycz?

Gałki oczne Iksa poruszały się, jakby właśnie wszedł w fazę REM. Jego oddech jednak nie przyspieszył i pozostał regularny.

– Pyta mnie pan, czy będą kolejne ofiary – odezwał się, niemalże nie otwierając ust. W ich kącikach zebrała się gęsta ślina. – Już są wybrane, panie Tracz. Tylko biedulki o tym nie wiedzą.

6

Nieprzespane noce zdarzały się coraz częściej. Anna Repecka właściwie spała już tylko po solidnej dawce tabletek zapitych butelką wina. Czasem zamiast wina nachodziła ją ochota na piwo z wkładką. Popularnego w podłych barach i w czasach nastoletności u-boota. To pomagało zapaść się w sen choćby na kilka godzin. Trzy, cztery. Tyle wystarczało, żeby jakoś funkcjonować.

Może chodziło o rejestr PESEL, a może o coraz dobitniejszą świadomość, że skazała się na samotną starość. W tym wieku powinna mieć już męża i dwójkę dzieci. Albo chociaż chłopaka i grubego kota. Boże. Nawet sam kot byłby dobry, gdyby patrzeć na to z tej perspektywy. Wystarczyło pojechać do schroniska i problem z głowy. Miałaby pod dachem kudłatą bestię, która całymi nocami wydzierałaby gębę, a wszędzie wokół zostawiała kłaki.

Nie. Nie potrzebowała dodatkowych obowiązków. Bała się zbędnej odpowiedzialności i trosk. Odkąd jej matka zmarła, gdy ona miała zaledwie dwanaście lat i potrzebowała jej jak nigdy, chorobliwie bała się nawiązywania bliższych relacji. Każdego można skrzywdzić. I każdy może skrzywdzić nas. Wystarczy się przywiązać, zaprzyjaźnić lub nie daj Boże zakochać, a potem niech los zrobi swoje.

Dlatego nie chciała dzieci. Myśl, że coś mogłoby się im stać, sparaliżowałaby ją w chwili dowiedzenia się, że jest w ciąży. Nie chciała już nikogo w życiu stracić. Definitywnie to postanowiła, gdy dziewięć lat po matce odszedł ojciec. Rak trzustki. Diagnoza pojawiła się w pogodny majowy poranek, a w jeszcze ładniejszy lipcowy wieczór było po wszystkim. Jest człowiek i nie ma człowieka.

Żadnych kochanków, zwierząt ani przyjaciół. Dopuściła do siebie tylko jedną osobę i to dlatego, że przez dwadzieścia lat była blisko jej ojca. Wyobrażała sobie, że jego namiastka została po części w niej samej, a po części w starej księgowej.

Obróciła się na bok i sięgnęła po telefon. Przez chwilę trzymała palec nad listą kontaktów, wreszcie opuściła go, klikając na ostatnio wybrane połączenie. Wiedziała, że za godzinę lub dwie chandra minie, ale musiała zadzwonić. Samotność oblepiła jej plecy potem. Po południu w jej miejsce pojawi się zapewne podekscytowanie lub wesołość, lecz teraz…

– Halo?

Głos staruszki od razu ją uspokoił. Nieuzasadniona panika, która opanowywała ciało, zaczęła ustępować. Mogła spowolnić oddech i rozluźnić mięśnie.

– Pani Reniu… – odezwała się, ale zaraz zamilkła. Właściwie nie miała pojęcia, co powiedzieć. Minęła czwarta nad ranem, a ona wydzwaniała do swojej siedemdziesięcioletniej księgowej. Przynajmniej miała świadomość szaleństwa. Rychło w czas…

– Aniu? Wszystko w porządku?

Na szczęście chyba jej nie obudziła. Regina Omertnicka nie wydawała się zaskoczona. Może dlatego tak dobrze się rozumiały.

– Aniu?

– Przepraszam, coś przerwało… – wydusiła wreszcie. – Wszystko w porządku. Chciałam się tylko upewnić, że będzie pani na dzisiejszym zebraniu z przedstawicielami Kach-Budu.

– Oczywiście! Dlaczego miałabym nie być?

– Właściwie…

– Tak?

– Cieszę się. Po prostu się cieszę.

Gwałtownie odsunęła od ucha telefon i się rozłączyła. Była żałosna. Tyle że naprawdę poczuła się lepiej. Nikt nie mówił do niej tak ciepłym głosem jak stara księgowa.

Jezu, ona nie może umrzeć.

Nie przed nią.

7

Gdyby Deryło słyszał słowa Cztery Iksa, potraktowałby je jako czcze przechwałki. Koniec. Wmówił już sobie, że koszmar wreszcie się skończył. Obudził się i mógł pójść spać – właśnie w tej kolejności. Co prawda, czekała go jeszcze fascynująca część formalna, lecz to już gratka. Coś w sam raz dla emeryta. Przesłuchania, raporty, a kiedy o wszystkim zapomni i osunie się w ramiona starczej demencji, przyjdzie czas na zeznania przed sądem. Bo Temida od zawsze była sprawiedliwa, ale nierychliwa.

Odczekał, aż taksówkarz odliczy mu resztę, i wysunął się z auta. Smagnięty nagłym porywem wiatru, postawił kołnierz płaszcza. Po kilku krokach zatrzymał się i obtupał zaśnieżone buty. Nim ruszył dalej, w stronę klatki schodowej, zaczerpnął głęboko ostrego, mroźnego powietrza. W zmultiplikowanej szachownicy okien paliły się pierwsze światła. W kilku mieszkaniach mrugały kolorowe ozdoby choinek.

Deryło zerknął na wysłużonego tissota. Trzeci stycznia, godzina piąta siedem nad ranem. Najwyższy czas położyć się spać. Nie wiedział tylko, dlaczego przez cały czas ma wrażenie, że ktoś go obserwuje. Jakieś ukryte oczy śledzące każdy jego ruch.

Paranoja.

W piekle Cztery Iksa pracowały zastępy techników, prokurator Malczewski miał zarwaną noc, ale on nie był chwilowo potrzebny. Być może w ogóle nie był potrzebny. Myśl, że za parę godzin postawią sukinsynowi zarzuty, wprawiła go w melancholijny nastrój. O podobnej chwili odejścia marzył każdy glina. To znaczy każdy, który dobijając sześćdziesiątki, wplątał się w takie bagno. Metr gówna i dwa metry ciepłych szczyn. Każdy normalny odchodził, gdy jego biurko zaczynało obrastać kurzem, w którym jedyne ślady zostawiały kubki po kawie. Albo po czymś mocniejszym.

Tak zwany SPD. Stan Przedspoczynkowego Dupczenia. Dupczenia nie w żadnym seksualnym aspekcie, a w takim, że dupa bolała od siedzenia na fotelu i zgłębiania internetowych ciekawostek o praworządności ostatnich wyborów w San Escobar. Zwyczajowa sugestia od przełożonych, że czas się pożegnać. Zero przydzielanych spraw, zero perspektyw, zero bonusów. W przeciwieństwie do CDU (Czas Do Upierdolenia), podczas którego pojawiały się symptomy możliwego przeniesienia, SPD było sympatycznym zwieńczeniem kariery.

Tylko że jego prawie pięćdziesięciotrzyletnia dupa pozostawała w opozycji zarówno do CDU, jak i SPD. Niedawno bliżej mu było nawet do tej pierwszej, ale temat dyscyplinarki został zgrabnie zamieciony pod dywan. Jak to w polityce.

Zrobił krok w stronę bloku, a niewidzialne oczy powiodły za nim spojrzeniem. Czuł to w sposób, w jaki śpiący czuje wzrok utkwiony w swojej twarzy. Podświadomie, lecz wyraźnie.

Sięgnął po telefon i wybrał ostatni kontakt. Plusem starego złomu, którego największą ekstrawagancję stanowiła latarka, była nie tylko trudność namierzenia, ale przede wszystkim bateria. Trzymała się z całą pewnością lepiej niż on.

– Wyciągnął coś? – zapytał, gdy tylko usłyszał kliknięcie nawiązanego połączenia.

– Hę?

Brzeski najwyraźniej już spał.

– Tracz. Czy wyciągnął coś z Dycza?

– Zebrał manatki i pobiegł do domu.

Ziewnięcie. Przyciszony głos. Sugestie, że dzwoni o najbardziej nieodpowiedniej porze.

– Pytałem, czy się czegoś dowiedział, a nie gdzie pobiegł.

– Jutro ma złożyć raport. – Aspirant powoli się rozbudzał. – Rozumie pan, komisarzu? Napuszył się jak paw w Saskim i tyle go widziałem.

– Jutro, czyli dziś?

– Właściwie tak… Mówił, że musi się zapoznać z tym, co się wydarzyło w nocy.

– I nie pisnął ani słowa więcej?

– Nabrał wody w usta. Mało się nie posikał z emocji.

Brzeski zawiesił głos. Znacząco westchnął i zmienił temat.

– Widziałem go tylko przez chwilę – powiedział już prawie przytomnie. – Ale drań ma w sobie coś fascynującego. Te oczy… Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Chyba że u zwierzęcia…

Ktoś powiedział, że psychopaci są jak tanie dziwki. Pociągają, ale jak się za bardzo zbliżą, mogą zostawić syfa. Zamiast podzielić się tym spostrzeżeniem, Deryło zadzwonił pękiem kluczy. Kiedy przed dwoma tygodniami rozmawiali z Dyczem jako ekspertem od dewocjonaliów, a nie podejrzanym, nie zwrócił na to uwagi. Okrągłe okulary i udawana, przygarbiona postawa czyniły z niego niewyróżniającego się człowieczka. Szaraczka w szarym świecie.

Włożył klucz do zamka i pociągnął za klamkę.

– Wracaj do łóżka – mruknął. – Widzimy się za kilka godzin.

– A jak się pan czuje?

Nie odpowiedział. Rozłączył się i ruszył w górę po schodach. Gdy wszedł do mieszkania, Ewa czekała na niego w przedpokoju. Musiał zbyt długo guzdrać się z zamkiem i ją obudzić. Albo wcale nie spała. Mimo to nie wyglądała na zmartwioną ani zdenerwowaną.

No tak. Nie miała w zwyczaju oglądania po nocy informacji. Poza tym media nie zwęszyły chyba jeszcze swojego nowego hitu.

– Kolejna sprawa? – zapytała, dając mu całusa. – Czy…

Deryło skinął głową.

Miał wrażenie, że z domu wybiegł kilka dni, a nie ledwie osiem czy dziewięć godzin temu. Czuł zapach mieszkania tak, jak się czuje jego zapach, wracając z wakacji. Uspokajająca woń tej idyllicznej krainy spokoju. Już jestem. Dotargałem cholerną walizkę, wycierpiałem ścisk w samolocie, paskudne żarcie w hotelu, a przede wszystkim zbyt słoną wodę w morzu i oto jestem. Wróciłem.

Mniej więcej tak wyglądał. Zmęczony, obolały (znieczulenie przestawało działać), ale szczęśliwy. Żeglarz zakotwiczający w porcie.

Tylko że zamiast zachować twarz, jak cholerna pierdoła mało się nie popłakał.

Wiktoria również przydreptała do przedpokoju. Zaczął się nawet zastanawiać, czy niczego nie wiedzą. Nocne powroty i nagłe wypady w jego fachu nie były niczym niezwykłym. Kiedy pokonywał chyłkiem próg mieszkania, zazwyczaj słodko spały. Chyba że wcześniej zapowiedział konkretną porę powrotu, wtedy Ewa czekała z książką w ręku i nieodłącznymi okularami na nosie.

Tylko że od dwóch tygodni nic nie było jak zazwyczaj.

Objął je obie. Pogładził długie, słomkowe włosy żony i ciemniejsze loki córki. Wciągnął ich zapach.

– Złapaliście go… – Wiktoria chwyciła dłoń Deryły. – Prawda, tato?

Jeszcze raz skinął głową. Delikatnie wywinął się z jej uścisku i ruszył w stronę łazienki. Widział, że nie padnie już więcej pytań. Przez lata jego rodzina wypracowała pewne reguły. Brak zbędnych pytań był jedną z nich.

Wziął krótki, ale gorący prysznic, zasłaniając bandaż workiem foliowym. Wytarł parę z lustra i umył zęby. Przez chwilę przyglądał się swojemu odbiciu. Niemal całkiem siwe włosy, zmarszczki przy wąskich ustach (od śmiechu), kurze łapki przy przekrwionych krótkowzrocznych oczach (od mrużenia), może nieco zbyt pełne policzki. Bywało lepiej.

Wypluł pastę i napił się wody z kranu. W welurowym szlafroku poczłapał do łóżka. Nie chciał wkładać żadnych spodni, krępować się jakimikolwiek gumkami i szorstkim materiałem. Ewa już wstała i krzątała się w kuchni. Do świtu pozostały jeszcze pewnie ze dwie godziny.

Wsunął się pod kołdrę. Nieracjonalne uczucie bycia obserwowanym nadal podsycało niepokój. Niewidzialne kamery zakłócające intymność. Pary drapieżnych oczu wyściełające ściany niczym tapeta, zaglądające przez dziurki od klucza i szpary w drzwiach. Czyhające na niego. Bez mrugnięcia poruszające się utartymi szlakami. Złe. Wściekłe.

Niemal słyszał szelest gałek ocznych pocierających od spodu powieki. Były ich tysiące. Wszystkie utkwione w jednym punkcie…

Osunął się w sen.

8

Nowe informacje to krok do chaosu. Reguła niezadawania pytań przestała obowiązywać, gdy Ewa Deryło wysłuchała porannych wiadomości. Medialna prawda o nocnych zdarzeniach była tylko połowiczna, ale wystarczyła, by rozbudzić demony.

Ranny policjant. Strzelanina. Zakładnicy. Makabra. Zbezczeszczone zwłoki zamordowanych osób.

To nie były kojące słowa.

To nie były słowa, które smakowały do pierwszej kawy i bułki z dżemem.

Po trzech godzinach snu komisarz wyczuł spojrzenia rzucane co kilka minut na jego zwinięte w kłębek ciało.

– Jeszcze raz to zrobisz, a pomyślę, że jesteś zboczona – powiedział, otwierając oczy.

Nim Ewa zdążyła się wytłumaczyć, wstał i na pusty żołądek upił od niej espresso. Zabulgotało mu w brzuchu. Słaby pomysł na początek słabego dnia.

Wiktoria również o wszystkim wiedziała (choć zapewne nie z radia, ale z internetu), więc kiedy jadł śniadanie, miał nad sobą dwie zatroskane, zalęknione kobiety. Nic mu nie było. Po prostu rozeszły się szwy. Tak, złapał go i ten pieprzony ku…, wybaczcie, jest już w zamknięciu. Nie wie, co będzie. No jasne, odsiadkę do dnia, kiedy wyzionie ducha, ma jak w banku. Poprosi jeszcze kawę, nie, nie, bez mleka. Już, wystarczy. Urządził jakąś pokręconą salę tortur, ale o tym nie zamierza opowiadać. Dość.

Sprawdził bandaż (nic się nie przesączyło), błyskawicznie się zebrał, ucałował żonę i córkę, po czym z ulgą wypadł na mroźne powietrze. Otrzeźwiło go lepiej niż kawa.

Niespełna pół godziny później był na komendzie. Na biurku już czekał raport z miejsca zdarzenia, informacja o tym, że dokumentacja fotograficzna została wysłana na wewnętrzny dysk, oraz zeznania trójki nastolatków i Magdaleny Szus. Czyli cała czwórka przeżyła. To była dobra wiadomość.

Ból boku niepokojąco narastał. Deryło powstrzymał się przed wzięciem tabletki, w odwiecznej obawie, że uodporni się na lek. A może przyjść czas, że nie będzie już mógł wytrzymać. Rak, wypadek, poważna operacja. Kto wie? Lepiej, żeby dopiero wtedy ketoprofeny i inne tramadole dostały dziewiczy organizm.

Otworzył szufladę i wyjął z kwadratowego bloku czerwoną kartkę. Origami. Kojące myśli żurawie pozwalały wszystko uporządkować. Pochylił się nad raportem i zgrabiałymi palcami wykonał pierwsze załamania. W chwili gdy formował ogon, rozległo się pukanie.

Po kilku sekundach, przez które Deryło rozważał odezwanie się, do środka wparował Miłosz Tracz. Skinął głową i z teczką pod pachą ruszył do jego biurka.

Aby zdobyć się na takie zachowanie, profiler musiał być albo półprzytomny, albo naćpany. Komisarz obserwował go w milczeniu.

Sam zapewne wyglądał jak wyciągnięty z grobu, ale Tracz dodatkowo musiał zostać do grobu wpakowany w całkiem nieprzyjemnym stanie. Miał rozwichrzone włosy, krwistoczerwone oczy otoczone ziemistą skórą, a jego ubranie przypominało strój kloszarda. Pognieciona dżinsowa koszula, jeszcze bardziej zmięte sztruksy i rozpadające się adidasy. Trup bezdomnego wyrwany z lat dziewięćdziesiątych. Wczesnych dziewięćdziesiątych.

– Jestem pewny, że to jeszcze nie koniec – obwieścił z miną, która miała podkreślać jego pewność, a przypominała podkówkę, w jaką wyginał usta John Wayne przed splunięciem tytoniem.

– Zaraz, zaraz, powoli… – Deryło porzucił niedokończonego żurawia i przyłożył zimną dłoń do czoła. – O co chodzi? Może najpierw jakieś dzień dobry, jak się pan ma, pocałuj mnie w dupę?

– Przecież witaliśmy się na korytarzu.

Tak? Nie pamiętał. Po tym, jak wpadł do komisariatu, kierował nim autopilot. Być może nawet nie zauważył. Machnął ręką i wskazał krzesło. Rzadko to robił. Zazwyczaj wymuszał na rozmówcach pozycję stojącą, co zaoszczędzało wiele czasu. Taki sierżant Banach, nim przeszedł do sedna, potrafił całymi minutami perorować o głupotach. Gdyby umieścić go na krześle, poczułby się tak komfortowo, że utknąłby w meandrach pobocznych historii i zapomniał, z czym przyszedł.

Tylko że Iks zafundował Banachowi odprawę, rentę i odszkodowanie. Chociaż brak stopy ponoć nie był wyceniany zbyt hojnie. Cóż…

Tracz usiadł i położył teczkę na kolanach. Przez chwilę szperał w niej, przekładając setki kartek. Kartek, karteczek i strzępków papieru.

– Przejrzałem wstępną dokumentację techników z podziemi kamienicy – odezwał się, wyciągając plik kserówek. – Widziałem też pański skrócony protokół. Wystarczyło, żebym wszystko sobie poukładał…

Deryło odchylił się w fotelu. Właśnie takich wywodów zawsze usiłował uniknąć.

– Ale – Tracz przetasował kartki – najistotniejsze było porównanie obserwacji Dycza z tym, co ustaliłem już wcześniej.

– Mam pewnie zapytać, co to takiego?

– Wnioski wydają mi się jednoznaczne.

– Wreszcie żadnego wróżenia? Żadnych możliwe, pewnie, prawdopodobnie?

W tym momencie do gabinetu po pojedynczym puknięciu wpadł Brzeski. Upadek obyczajów stawał się faktem.

– Przepraszam za spóźnienie, komisarzu, ale musiałem spisać…

Tracz natychmiast wszedł mu w słowo.

– To ja prosiłem posterunkową, żeby pana wezwała – powiedział, nie odwracając się. – Nie chciałem dwa razy powtarzać tego samego. A jest z tego niezły burdel.

9

Po wstępnym wywiadzie dwójka lekarzy zgodnie zadecydowała o osadzeniu Józefa Dycza na bloku Z. Właściwie nie było o czym decydować. Takie były procedury. Niezrozumiałe względy kierowały osobą, która ochrzciła w ten sposób część szpitala dla osadzonych aresztantów i więźniów. Blok A był blokiem stricte szpitalnym, blok B dedykowano alkoholikom, a najmniejszy blok C służył za część techniczną. Innych liter aż do Z nie było, choć jedno skrzydło budynku pozostawało niewykorzystane. Od kilku lat czekano na nowe fundusze.