Pokolenie '89. Młodzi o polskiej transformacji - Jakub Sawulski - ebook
Opis

Między rokiem 1986 a 1995, w czasie, gdy w Polsce dokonywała się transformacja ustrojowa, rodzili się ludzie. To my – pierwsze pokolenie, które nie zna czasów PRL-u. Słabo pamiętamy też przemiany gospodarcze z lat 90. A członkostwo Polski w Unii Europejskiej, otwarte granice i dostęp do Internetu to dla nas coś oczywistego.

Mamy kilka lat doświadczeń na rynku pracy, próbę wynajęcia lub kupna mieszkania i pierwsze zapłacone składki na emeryturę. Niektórzy z nas właśnie zakładają rodziny. I wiemy już, jakie są owoce polskiej transformacji, choć ani nie przeżyliśmy świadomie jej przebiegu, ani nie za bardzo interesuje nas to, co było wcześniej. Ale to, co zastaliśmy, wchodząc w dorosłe życie, odbiega często od tego, czego oczekiwaliśmy.

Ta książka oddaje głos naszemu pokoleniu. Pokoleniu ‘89, które do tej pory było anonimowe, ale teraz zaczyna coraz głośniej mówić o tym, co trzeba w Polsce zmienić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 356

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Czasem mówi się o nas pozytywnie – otwarci i przebojowi. Częściej jednak negatywnie – roszczeniowi, zuchwali, niesamodzielni. Pokolenie ’89, moje pokolenie. Osoby urodzone między 1986 a 1995 rokiem, czyli w czasie, gdy w Polsce dokonywała się transformacja ustrojowa. Jest nas około pięciu milionów. Jesteśmy pierwszym pokoleniem we współczesnej historii Polski, które nie zna z autopsji czasów PRL-u i bardzo słabo pamięta okres przemian gospodarczych, które dokonywały się w Polsce w latach 90. Całe dorosłe życie spędziliśmy w warunkach członkostwa naszego kraju w Unii Europejskiej. Jako pierwsi już na etapie wchodzenia w dorosłość korzystaliśmy z otwartych granic, szerokiego dostępu do internetu i upowszechnienia się nowych technologii. Jesteśmy więc w pewnym sensie wyjątkowi. W roku wydania tej książki mamy od 24 do 33 lat. Wciąż jesteśmy młodzi (określam nas tak przez całą książkę), ale jest to młodość z bagażem co najmniej kilku poważnych doświadczeń – mamy za sobą pierwszą styczność z rynkiem pracy, próbę wynajęcia lub kupna mieszkania, a niektórzy z nas właśnie zakładają rodziny. Przekonaliśmy się już o tym, jakie są owoce polskiej transformacji gospodarczej, choć ani nie przeżyliśmy świadomie jej przebiegu, ani nie wiemy za bardzo, jak żyło się w Polsce wcześniej. Wydaje się, że nasza perspektywa może być dla innych pokoleń bardzo ciekawa. Problem w tym, że w przestrzeni publicznej jesteśmy niewidzialni. W sprawach publicznych nasz głos nie jest słyszalny. Jasne, mamy prawo milczeć. Problem pojawia się wtedy, gdy to inni podejmują decyzje za nas – takie, które mają wpływ na nasze życie.

Potrzebę napisania tej książki odczułem dwukrotnie. Pierwszy raz w 2014 roku, gdy w związku z 25-leciem transformacji w przestrzeni publicznej żywo dyskutowano jej przebieg i skutki. Miałem wówczas wrażenie, że czegoś tej debacie brakuje. Że ciągle widzę te same twarze – zazwyczaj osób, które brały w transformacji czynny udział – a poruszane tematy nijak się mają do problemów mojego pokolenia. Pomyślałem, że debatę tę przydałoby się odmłodzić – uzupełnić o głos tych, którzy dorośli co prawda w rzeczywistości potransformacyjnej, ale na własnej skórze odczuwają konsekwencje tamtej zmiany. Druga inspiracja pojawiła się w 2016 roku. Było nią to, w jaki sposób – w zasadzie bez żadnego sprzeciwu młodego pokolenia – przyjęto ustawę przywracającą wiek emerytalny 60/65 lat. Ustawę, która bez wątpienia szkodzi dobrobytowi mojego pokolenia. Przebieg debaty nad tą reformą uświadomił mi, w jak wielu ważnych sprawach pozostajemy bierni. A jeżeli nikt nie słyszy naszego głosu, trudno spodziewać się, że ktokolwiek będzie się z nami liczył. Sprawy, które dotyczą nas, bardzo często dzieją się poza nami.

Ta książka to głos 30-latka na 30-lecie polskiej transformacji. Jej celem jest skierowanie uwagi na problemy, które są ważne dla nas – młodych. Wiele już było głosów rozliczających lata 90. Pytań, czy przypadkiem nie prywatyzowaliśmy za szybko, czy kapitału zagranicznego nie było za dużo, czy inflację można było zdusić łagodniej, czy można było uniknąć drastycznego wzrostu bezrobocia, czy instrumenty socjalne były wystarczające. I tak dalej, i tak dalej. Nie twierdzę, że podjęte wówczas decyzje nie miały znaczenia. Miały, ale moje pokolenie chce porozmawiać o tym, co z tego wynika dla nas, dzisiaj. A to, czego doświadczamy dzisiaj, jest skutkiem wielu decyzji podjętych nie tylko w latach 90., ale także po 2000 roku – co pokazuję na kolejnych ponad dwustu stronach. Sprowadzanie polskiej transformacji wyłącznie do planu Balcerowicza i lat 90. jest wygodne. Zwolennicy i przeciwnicy podjętych wówczas działań mogą się bez skrępowania „naparzać” – poszło świetnie, poszło beznadziejnie; plan był zły, plan był dobry. To trywialne zrzucanie odpowiedzialności. Każdego komentatora, ekonomistę, a przede wszystkim polityka, który przy okazji kolejnej okrągłej rocznicy transformacji będzie w jakikolwiek sposób (pozytywny lub negatywny) rozliczał lata 90., powinniśmy spytać: A co ty zrobiłeś? Co zrobiłeś dla młodych? Co zrobiłeś, żeby nie wyjeżdżali za granicę? Co zrobiłeś dla rynku mieszkaniowego, rynku pracy, polityki rodzinnej, systemu emerytalnego, edukacji? Nie w latach 90., tylko w 2003, 2010, 2014 albo 2017 roku? Czyli wtedy, kiedy moje pokolenie kończyło edukację, wchodziło na rynek pracy, szukało pierwszego mieszkania i zaczęło zastanawiać się, czy to całe płacenie składek na emeryturę ma w ogóle sens. Polityku, masz pomysł na to, co można w tych obszarach zrobić dzisiaj?

W książce przedstawiam mój punkt widzenia na zasygnalizowane wyżej tematy. Swoje spostrzeżenia starałem się jednak jak najbardziej zobiektywizować. Korzystałem więc z licznych rozmów ze studentami, z dyskusji prowadzonych w gronach różnych znajomych, z treści publikowanych przez moich rówieśników w internecie oraz z solidnej porcji danych statystycznych i badań. Osobno – wyłącznie na potrzeby niniejszej książki – przeprowadziłem też 28 wywiadów z osobami z mojego pokolenia (celowo w kilku przypadkach wybrałem także osoby spoza pokolenia ‘89 – zarówno młodsze, jak i starsze). Większość osób, z którymi rozmawiałem, zgłosiła się do mnie sama, w reakcji na informację, którą zamieściłem na Facebooku. Wybierałem rozmówców według różnych kryteriów – miejsca zamieszkania, regionu, z którego pochodzą, miejsca pracy, stanu cywilnego i różnych życiowych doświadczeń, przez które przeszli. Wszystko po to, żeby uzyskać maksymalnie szeroką perspektywę i nie pominąć żadnej istotnej dla mojego pokolenia opinii. W książce pojawiają się fragmenty tych wywiadów – bez nazwisk, a czasem także ze zmienionymi imionami (na życzenie rozmówców). Wszystkie wypowiedzi były autoryzowane, a oryginalna lista osób, z którymi przeprowadziłem wywiady, została podana do wiadomości wydawcy.

Wyzwaniem było zebranie tego w całość i stworzenie jednej, w miarę wspólnej perspektywy. Nie mam wątpliwości – nie każdy przedstawiciel mojego pokolenia, który weźmie do ręki tę książkę, zgodzi się z zawartymi tutaj tezami. Ani ja nie posiadam legitymacji do tego, żeby występować w imieniu wszystkich, ani nie da się sprowadzić tak wielu różnych głosów do jednego. Jestem jednak przekonany, że w gąszczu różnych punktów widzenia odnalazłem pewne cechy wspólne i opisałem rzeczy ważne dla większości osób urodzonych około 1989 roku. Ostatecznie wszelkie zarzuty wobec prezentowanych poglądów biorę jednak na siebie.

Książka zawiera siedem rozdziałów. W pierwszym pokazuję, dlaczego i jak bardzo spojrzenie mojego pokolenia na polską gospodarkę różni się od spojrzeń innych pokoleń. W kolejnych rozdziałach osobno analizuję sześć kluczowych tematów: mieszkania, praca, demografia, emerytury, edukacja i polityka. Znaczne fragmenty książki bazują na różnego rodzaju danych statystycznych. Dla ułatwienia wszystkie źródła umieszczam na ostatnich stronach książki, a w tekście pozostawiam tylko odpowiednie ich numery (w nawiasach kwadratowych). Mam świadomość, że duża liczba odniesień do danych statystycznych miejscami może być dla czytelnika uciążliwa. W tej kwestii poszedłem jednak za głosem amerykańskiego naukowca W.E. Deminga, który stwierdził, że „bez danych jesteś tylko kolejną osobą z własną opinią” (z ang. Without data you’re just another person with an opinion).

Rozdział 1 Złota era? Buahaha!

Imponujący wzrost gospodarczy

Historia sukcesu, niezwykły wzrost, polski cud – w taki sposób ekonomiści Banku Światowego nazywają okres transformacji gospodarczej w Polsce w wydanej w 2017 roku publikacji: Lessons from Poland, Insights for Poland (Lekcje z Polski, wnioski dla Polski) [1]. Określają ścieżkę rozwoju polskiej gospodarki po 1990 roku jako wzór do naśladowania dla innych państw przechodzących transformację gospodarczą. Wcześniej, w 2013 roku, Marcin Piątkowski[1] publikuje artykuł pod tytułem Poland’s New Golden Age (Polska nowa złota era), w którym pisze o prawdopodobnie 20 najlepszych latach w całej historii gospodarczej Polski. W 2018 roku ten sam autor wydaje książkę o polskiej transformacji, którą tytułuje Europe’s Growth Champion (Mistrzowie Europy wzrostu). Książka zbiera pochlebne recenzje, pozytywnie oceniają ją m.in. znani ekonomiści: D. Acemoglu, O. Blanchard czy D. Rodrik [2].

Nie brakuje argumentów na potwierdzenie tego typu tez. W ekonomii za podstawową miarę zamożności państwa uznaje się PKB na osobę, czyli wskaźnik, który pokazuje, jaką wartość dóbr i usług finalnych wytwarza się w danej gospodarce w ciągu roku w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Od rozpoczęcia transformacji gospodarczej Polska potrzebowała zaledwie 15 lat na przeskoczenie z grupy państw o średnim PKB na osobę do grupy państw o wysokim PKB na osobę. Niewiele jest na świecie krajów, które dokonały tego w tak krótkim czasie [1]. Między 1990 a 2016 rokiem wskaźnik ten w Polsce wzrósł o 153% (w cenach stałych), co oznacza, że dziś wytwarzamy ponad dwuipółkrotnie większą wartość dóbr i usług na osobę niż na początku transformacji [3]. To najlepszy wynik wśród wszystkich 11 państw zaliczanych do regionu Europy Środkowo-Wschodniej (dalej: państwa EŚW)[2] [4]. Wciąż jesteśmy gospodarką nieco biedniejszą od Czech, Słowacji czy Słowenii, jednak mało kto pamięta, że startowaliśmy z zupełnie innego poziomu. W 1990 roku Polska produkowała na osobę około dwa razy mniej niż Czechy i tylko 2/3 tego co Węgry, a mniej więcej tyle co Rumunia i Ukraina. Dzisiaj tworzymy w przeliczeniu na jedną osobę kilkukrotnie większą wartość dóbr i usług niż Ukraina i o 1/5 większą niż Rumunia. Prześcignęliśmy też Węgrów i stopniowo zmniejszamy dystans do Czechów (patrz wykres 1)[3].

Wykres 1. PKB na osobę w wybranych państwach Europy Środkowo-Wschodniej w latach 1990–2016

Uwagi: dane w dolarach, w cenach stałych i według parytetu siły nabywczej – to zapewnia porównywalność PKB na osobę różnych krajów i różnych lat. Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Banku Światowego i MFW.

Na początku lat 90. XX wieku wszystkie państwa EŚW zmagały się z tak zwaną recesją transformacyjną, czyli spadkiem produkcji związanym z przechodzeniem od gospodarki centralnie planowanej do gospodarki rynkowej. W Polsce recesja ta trwała jednak stosunkowo krótko – powrót do wcześniejszego stanu zajął nam tylko dwa lata, podczas gdy w większości państw EŚW były to trzy lub cztery lata. Spadek produkcji w Polsce był też relatywnie płytki – wyniósł 14% i był najniższy spośród wszystkich państw EŚW [5]. Począwszy od 1992 roku, notujemy nieprzerwany wzrost rocznego PKB (średnio o 4%). To oznacza, że od prawie 30 lat każdego roku wartość wyprodukowanych w naszym kraju dóbr i usług finalnych jest wyższa niż była w roku poprzednim. To wyjątkowy wynik – każde z pozostałych państw EŚW po wyjściu z recesji transformacyjnej jeszcze przynajmniej raz odnotowało spadek rocznego PKB [3].

Śmiało można stwierdzić, że Polska należy w tej chwili do grona najbogatszych państw świata. W 2016 roku na świecie żyło 7,4 miliarda ludzi. Z tego 85% (6,3 miliarda ludzi) żyło w państwach o niższym PKB na osobę niż Polska. To 1,4 miliarda mieszkańców Chin, gdzie w przeliczeniu na osobę wytwarza się tylko 55% tego, co w Polsce, oraz 1,4 miliarda mieszkańców Indii, czyli państwa o ponadczterokrotnie niższym PKB na osobę od Polski. To także wszystkie państwa Ameryki Południowej (około 600 milionów mieszkańców) i większość państw skrajnie biednej Afryki (1,5 miliarda mieszkańców). Z kolei tylko 15% światowej populacji (1,1 miliarda ludzi) żyje w państwach bardziej zamożnych niż Polska. Poza Europą, gdzie mniej więcej połowa państw ma wyższe PKB na osobę niż Polska, są to jeszcze tylko: Stany Zjednoczone, Kanada, Izrael, Japonia, Korea, Singapur, Australia, Nowa Zelandia oraz kilka państw bogatych w surowce (Arabia Saudyjska, Katar, Kuwejt itd.) [3]. Całkiem nieźle, prawda?

W tym miejscu czytelnikom należy się wyjaśnienie, w jaki sposób PKB na osobę w naszym kraju (to, ile produkujemy na osobę) przekłada się na zamożność każdego z nas (stan naszych portfeli). Nasze wynagrodzenia zależą przede wszystkim od wydajności (produktywności) naszej pracy – tego, ile wytwarzamy wartości w ciągu godziny pracy. Załóżmy, że dany pracownik w ciągu godziny tworzy wartość równą 30 złotych. W takim układzie pracodawca prawdopodobnie zgodzi się na wynagradzanie go kwotą 20, 23 albo 25 złotych. Jaką dokładnie to zależy od siły przetargowej pracownika, a ta jest wypadkową wielu czynników (kwalifikacji pracownika, poziomu bezrobocia w gospodarce, siły związków zawodowych i tak dalej). W opisanej sytuacji małe są jednak szanse, by pracodawca zgodził się zapłacić pracownikowi 40 złotych za godzinę, bo to oznaczałoby dla niego stratę na każdej godzinie. To produktywność pracy wyznacza więc przestrzeń do ustalenia wysokości płacy pracownika. To oznacza, że im wyższe PKB tworzone w ciągu godziny pracy, tym wyższe wynagrodzenia w gospodarce. Jednak w części państw rozwiniętych (na przykład w Stanach Zjednoczonych) nastąpił w ostatnich kilkudziesięciu latach pewien rozjazd między płacami a wydajnością (na niekorzyść płac). Dane Narodowego Banku Polskiego pokazują, że w przypadku polskiej gospodarki przynajmniej od 2000 roku tempo wzrostu wynagrodzeń dokładnie odpowiada wzrostowi wydajności pracy [6]. Może być również tak, że tworzona w gospodarce wartość PKB jest bardzo nierówno dzielona – niewielka część społeczeństwa osiąga bardzo wysokie dochody, a płace pozostałych ludzi są zaniżone (tak jest na przykład w Rosji). W temacie nierówności dochodowych w Polsce kłopot jest jednak taki, że niewiele o nich wiemy. Według statystyk GUS i Eurostatu nierówności te są przeciętne lub nawet niskie (w porównaniu z innymi państwami), ale według badań naukowych łączących różne źródła danych nierówności w Polsce są wysokie, być może nawet najwyższe w Unii Europejskiej [7, 8]. Biorąc pod uwagę ten rozdźwięk, trudno wyrokować, na ile nierówny podział tworzonego PKB rzeczywiście jest w Polsce problemem (do tego tematu wrócę w rozdziale szóstym).

Jako podsumowanie tego wątku polecam skorzystanie z narzędzia dostępnego na stronie internetowej globalrichlist.com. Po wpisaniu wysokości rocznego dochodu na osobę w Waszym gospodarstwie domowym kalkulator pokaże, jakie zajmujecie miejsce w globalnej hierarchii dochodów. Jest spora szansa, że – podobnie jak ja – znajdujecie się w gronie 10% ludzi o najwyższym dochodzie na świecie. Nawet najbiedniejsze rodziny w Polsce – te z miesięcznym dochodem na osobę w wysokości 500 złotych – są wśród 30% najlepiej sytuowanych na świecie. Narzędzie uwzględnia parytet siły nabywczej, czyli pokazuje, ile dóbr i usług jesteśmy w stanie za dany dochód kupić w poszczególnych państwach. Wyniki dają sporo do myślenia.

Inna perspektywa

No dobrze, czy przedstawiony przeze mnie obraz – świetnie rozwijającego się w ostatnich latach kraju, będącego obecnie w ścisłym gronie najbogatszych państw na świecie – to jest perspektywa pokolenia ‘89, o której mam pisać w tej książce? Nie, raczej nie. Niedowierzanie, zaskoczenie, śmiech, ironia – to najczęstsze reakcje osób, z którymi przeprowadziłem wywiady, gdy cytowałem im przytoczone na początku rozdziału fragmenty z raportów Banku Światowego. „Złota era? Poważnie? Skąd oni to wzięli?” lub „Może łatwo tak pisać jakiemuś panu w ładnym garniturze, siedzącemu w jakimś biurze w Nowym Jorku albo Londynie. Ciekawe, czy był kiedyś w jakimś przeciętnym polskim mieście?” – to niektóre odpowiedzi. Tylko w kilku przypadkach mój rozmówca wyraził aprobatę dla bardzo pozytywnej oceny polskiej transformacji. Większość przedstawicieli pokolenia ‘89 nie zgadza się z taką opinią.

Kluczowe dla zrozumienia postawy mojego pokolenia wobec rezultatów polskiej transformacji gospodarczej są dwa fakty.

Po pierwsze, my nie pamiętamy tego, jak wyglądała Polska lat 80. czy 90. Jesteśmy pod tym względem pierwszym pokoleniem, bo nawet osoby urodzone na początku lat 80. (tzw. drugi wyż demograficzny) przynajmniej dorastały w warunkach mocno jeszcze transformującego się kraju. Dla nas przeżywana w pełni świadomie historia gospodarcza Polski zaczęła się najwcześniej w 2004 roku – w momencie wstąpienia do Unii Europejskiej (a dla tych młodszych przedstawicieli mojego pokolenia nawet po 2010 roku). To, co dokonało się wcześniej, nie ma zatem dla nas większego znaczenia. Całą naszą wiedzę o tym, jak działa polska gospodarka (pierwsza praca, wypłata, zakup samochodu, mieszkania itd.) zyskaliśmy już w państwie zaliczanym do grupy państw o wysokim dochodzie – i dlatego mamy wobec życia w tym kraju takie, a nie inne oczekiwania. Ktoś powie, że powinniśmy jednak mieć jakąś wiedzę o transformacji wyniesioną ze szkoły albo uzyskaną z relacji rodziców czy dziadków. Z tą szkołą to bez żartów, proszę – większość z nas trzy razy „przerobiła” na historii garnki z Mezopotamii (podstawówka, gimnazjum, liceum), ale do czasów PRL nigdy nie dotarliśmy (o samej transformacji nie wspominając). Z tymi opowieściami starszych pokoleń to też średnio – jeśli już mamy jakąś wiedzę, to są to raczej płytkie slogany wyczytane w internecie, takie jak „zagranica nas rozkradła”.

Po drugie, nawet jeśli 85% ludzi na świecie żyje w państwach biedniejszych od Polski, to my i tak porównujemy się wyłącznie do tych 15% bogatszych państw. Co więcej, pół biedy, gdybyśmy porównywali się do tylko odrobinę bogatszych od nas Czechów. Punktami odniesienia dla mojego pokolenia są jednak Niemcy, Wielka Brytania i inne państwa Europy Zachodniej. Czyli kraje należące do ścisłej światowej czołówki, jeśli chodzi o poziom rozwoju. Warto wiedzieć, że tylko 6% światowej populacji żyje w państwach o PKB na osobę wyższym niż nasz bliski sąsiad – Niemcy (z tego 2/3 w USA). W ciągu ostatnich 30 lat znacząco zbliżyliśmy się gospodarczo do tego kraju – PKB na osobę w Polsce zwiększyło się z około 30% do około 60% tego, co w Niemczech [3]. Dystans wciąż jest jednak ogromny i większość z nas to widzi. To pewien paradoks – nasze nieszczęście w szczęściu polega na tym, że żyjemy w jednym z najbogatszych regionów świata i przez członkostwo w Unii Europejskiej jesteśmy z innymi państwami tego regionu silnie zintegrowani. To pomaga nam się rozwijać, ale jednocześnie utrudnia racjonalną ocenę tego, w jakim punkcie rozwoju jesteśmy – nic dziwnego, że nie porównujemy się do Meksyku czy Argentyny. Nie porównujemy się nawet do Ukrainy (większość mojego pokolenia nie ma pojęcia, jaka przepaść rozwojowa dzieli nas od wschodnich sąsiadów), mimo że ze względu na historię polityczną i gospodarczą takie zestawienie byłoby bardziej zasadne niż konfrontowanie się z Niemcami.

Mam świadomość, że te dwie opisane postawy nie są atrybutami tylko mojego pokolenia. Starsi od nas, nawet jeśli świadomie przeszli przez lata 80. czy 90., i tak cierpią na zbiorową krótką pamięć. Ludzka natura skonstruowana jest też w ten sposób, że wciąż chcemy więcej i więcej, w związku z czym mamy tendencję do wybierania ambitnych punktów odniesienia. Mam jednak przekonanie, że w moim pokoleniu te dwie postawy są szczególnie widoczne. Po pierwsze, nawet nie mieliśmy szansy, żeby w naszej pamięci zapisało się jakiekolwiek doświadczenie początków transformacji. Po drugie, całe nasze dorosłe życie spędziliśmy już w warunkach otwartych granic z innymi państwami Unii Europejskiej, dzięki czemu częściej jeździmy na Zachód do pracy i na wakacje, bierzemy udział w szkolnych i studenckich wymianach, rozmawiamy ze znajomymi z innych państw albo z Polakami, którzy zdecydowali się na emigrację. Mamy też internet i globalne marki, więc doskonale wiemy, jak wygląda zachodni styl życia. W naszym pokoleniu ten punkt odniesienia jest więc od początku inaczej (silniej) osadzony.

Dla części czytelników oburzające może być chociażby to, jak pobieżnie parę stron temu omówiłem temat recesji transformacyjnej. Upadające zakłady, masowe zwolnienia, bezrobocie, brak perspektyw, hiperinflacja – te wszystkie zjawiska z początku lat 90. sprowadziłem w zasadzie do krótkiego stwierdzenia, że recesja owszem była, ale relatywnie krótka i płytka. Zrobiłem to dlatego, bo ta niewątpliwie najtrudniejsza część transformacji mojego pokolenia po prostu nie dotknęła (przynajmniej bezpośrednio). My oceniamy polską transformację gospodarczą przez pryzmat jej skutków, a nie jej przebiegu.

Maciek (rocznik ’98) jest jednym z nielicznych moich rozmówców, który zgodził się z bardzo pozytywną oceną polskiej transformacji przedstawianą w raportach międzynarodowych instytucji (a tak się składa, że to akurat najmłodsza osoba, z którą przeprowadziłem wywiad). Na pytanie, dlaczego większość młodych postrzega to inaczej, odpowiada porównaniem:

Przedstawiciele pierwszej fali imigracji do Francji z państw północnej Afryki byli pod wrażeniem zastanej różnicy w poziomie rozwoju i posłusznie wykonywali swoją pracę. Ich dzieci, drugie pokolenie, nie mają jednak tego porównania co ich rodzice, więc buntują się przeciwko niższym zarobkom niż biali rdzenni Francuzi. Młode pokolenia w Polsce mają podobnie – nie pamiętamy czasów PRL-u i początków transformacji, więc nie mamy porównania do tego, co było w przeszłości. Tymi, obok których stawiamy się teraz, są dla nas rówieśnicy z państw Europy Zachodniej. W erze internetu i globalizacji wszyscy dążymy do podobnego poziomu życia. W Polsce wciąż trudniej go osiągnąć niż w większości państw Unii Europejskiej i to jest główne źródło niezadowolenia.

Co ciekawe, tym osobom z mojego pokolenia, które miały okazję wyjechać gdzieś poza „bogatą” część świata, łatwiej zmienić perspektywę i punkt odniesienia. Z Justyną (rocznik ‘90) rozmawiam tuż po jej powrocie z podróży do Kambodży:

To, co uderza w pierwszym momencie, to zupełny brak higieny. Brudne, nagie dzieci żebrzące na ulicach, plastikowe talerze myte wielokrotnie w tej samej wodzie na ulicznych targach. Po kilku dniach orientujesz się jednak, że ludzie nie dbają o higienę wtedy, kiedy nie mają zaspokojonych najbardziej podstawowych potrzeb – regularnych posiłków czy porządnego schronienia. Kiedy ich sposób bycia sprowadza się do nieustannej walki o przeżycie. Wtedy czyste rączki nie mają znaczenia. My w Europie zupełnie nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. Wielu moim znajomym przydałaby się taka podróż do innego świata – bo to jest inny świat…

A ja myślę, że nie trzeba wysyłać ludzi aż do Azji. Dla wielu wystarczającą wycieczką edukacyjną byłaby podróż kilkaset kilometrów za naszą wschodnią granicę.

Dlaczego nie zarabiamy tyle co Niemcy?

Czy chcę przez to powiedzieć, że moje pokolenie po prostu nie docenia rezultatów polskiej transformacji gospodarczej? Nie mam wątpliwości, że częściowo tak właśnie jest. Nasza perspektywa w większości przypadków jest po prostu zbyt wąska. Często spotykam się z tak uproszczonymi wizjami świata: powinniśmy zarabiać tyle co Niemcy. Skoro nie zarabiamy, to znaczy, że jest źle. I kropka. Nie ma w tym żadnej głębszej analizy: gdzie była polska gospodarka 30 lat temu, jak wygląda podział bogactwa na świecie, skąd się bierze to bogactwo, jak długo trwa proces jego tworzenia, od czego zależą płace itd. Podam przykład komentarza pod jednym z moich wpisów na blogu: „Zrównać nasze zarobki i koszty życia z tymi w krajach starej Unii Europejskiej, do tego zmienić prawo i młodzi Polacy nie będą wyjeżdżać na emigrację zarobkową”. Jakże prosta recepta na sukces: ot tak po prostu zrównajmy zarobki…

Może warto więc, żebym pokrótce wyjaśnił, dlaczego wciąż zarabiamy mniej niż Niemcy. Jak już wspomniałem wcześniej, nasze płace zależą przede wszystkim od tego, co i ile produkuje się w ciągu godziny pracy w naszej gospodarce. Dowód? Według danych Eurostatu Niemcy rzeczywiście zarabiają aż czterokrotnie więcej niż Polacy – w 2016 roku przeciętne godzinowe koszty pracy wyniosły u nich 33,0 euro wobec 8,6 euro w Polsce[4]. Niemcy więcej płacą jednak także za towary i usługi w sklepach. Jeżeli porównamy ceny dla szerokiego koszyka dóbr konsumenckich (a nie dla kilku wybranych towarów, jak lubią robić to media), to okaże się, że ceny w Niemczech są prawie dwukrotnie wyższe niż w Polsce (dokładnie o 93%, dane za 2016 rok). Z tego wynika, że Polak za swoje godzinowe wynagrodzenie jest w stanie kupić 50% tego, co Niemiec. I podobna różnica jest w przeciętnej produktywności pracy Polaka i Niemca – w 2016 roku produktywność na godzinę pracy w Polsce wyniosła 46% tego, co w Niemczech [9].

Żeby była jasność – ta wyższa wydajność Niemców nie wynika z tego, że są oni bardziej pracowici. Wręcz przeciwnie, średnio przepracowują w roku mniej godzin niż Polacy. Na wydajność pracy wpływają co najmniej dwa inne ważne czynniki:

a) sektory gospodarki, w których pracujemy. Są takie branże, które zazwyczaj charakteryzują się stosunkowo niską wydajnością – przykładowo produktywność pracy w sektorach motoryzacyjnym czy IT będzie z dużym prawdopodobieństwem wyższa niż produktywność pracy w rolnictwie. Nie przez przypadek podaję przykład właśnie rolnictwa, bo jego udział w polskiej gospodarce wciąż jest wysoki (choć systematycznie spada), a wartość, którą ten sektor wnosi do gospodarki, niska. Rolnictwo w Polsce obejmuje 11% wszystkich zatrudnionych. To czwarty najwyższy odsetek w UE. Te 11% zatrudnionych wytwarza zaledwie 3% wartości dodanej w naszej gospodarce (dane za 2016 rok). Podobnie dzieje się w innych państwach – udział rolnictwa w zatrudnieniu jest niemal zawsze wyższy niż udział w tworzonym dochodzie. Ten sektor jest po prostu mało efektywny. W Polsce problem z rolnictwem potęguje dodatkowo to, że gospodarstwa rolne są raczej niewielkie (w 2016 roku średnia wielkość w Polsce wyniosła 10 hektarów, wobec 17 hektarów w całej UE) [9]. W konsekwencji do rolnictwa musimy w różnej formie dopłacać – czy to przez brak podatku dochodowego i niskie składki na KRUS, czy to przez różnego rodzaju dotacje.

b) na naszą produktywność wpływa również technologia, którą wykorzystujemy w pracy – to dzięki niej jesteśmy w stanie wytwarzać coraz więcej, pracując tyle samo albo mniej. W tej kwestii różnice między Polską a naszymi zachodnimi sąsiadami dobrze obrazuje statystyka dotycząca liczby robotów przemysłowych – w Polsce na 10 000 pracowników przypada ich 32, podczas gdy w Niemczech jest to 309 [10]. Technologicznie Niemcy są więc lata świetlne przed nami. Ponownie struktura branżowa obu gospodarek ma tu znaczenie. Co najmniej równie ważny jest jednak po prostu upływ czasu, przez który obie gospodarki miały okazję rozwijać się w sprzyjającym otoczeniu – nasi sąsiedzi swobodnie usprawniają technologie i akumulują kapitał potrzebny na ich tworzenie od kilkudziesięciu lat, a my robimy to w nieskrępowany sposób dopiero trzy dekady (na razie głównie kopiując rozwiązania stosowane w innych państwach).

Wciąż jednak możecie (słusznie) nie czuć się przekonani co do tej zależności między płacami a tym, jaką wartość wytwarzamy. No bo czy fryzjer w Niemczech wytwarza większą wartość niż fryzjer w Polsce? A kasjer? Sekretarka? Nauczyciel? Może różnimy się od Niemców udziałem niektórych sektorów i wykorzystywaną w niektórych miejscach technologią, ale jest przecież mnóstwo zawodów w gospodarce, w których wytwarza się dokładnie taką samą (albo zbliżoną) wartość w obu krajach. Dlaczego więc niemieccy fryzjerzy, kasjerzy, sekretarki i nauczyciele zarabiają więcej niż polscy? Odpowiedź przynosi tak zwane prawo Baumola, zgodnie z którym płace wszystkich pracowników są wyciągane w górę przez tę część gospodarki, która charakteryzuje się rosnącą produktywnością (im większy udział tej części, tym lepiej). Można to tłumaczyć na dwa sposoby. Po pierwsze, pracodawcy konkurują na rynku o tych samych pracowników – jeżeli więc właściciel salonu fryzjerskiego nie zaproponuje swoim pracownikom odpowiedniej stawki i nie będzie oferował im podwyżek (bo przecież produktywność ich pracy nie rośnie), to w końcu ich straci, bo zdecydują się oni przejść do sektorów o wysokich i rosnących płacach (na przykład motoryzacji). Po drugie, dzięki sektorom o rosnącej produktywności klienci fryzjerów, kasjerów, sekretarek i nauczycieli stają się coraz bogatsi, więc w reakcji na to każdy z tych zawodów będzie stopniowo podnosił cenę swoich usług (fryzjer z pewnością zainkasuje więcej za usługę od inżyniera projektującego samochody niż od drobnego rolnika).

Skoro więc nasze płace zależą w największym stopniu od produktywności, to nasuwa się naturalne pytanie – jak podnieść produktywność w polskiej gospodarce? Tu ekonomia nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Są tacy, którzy twierdzą, że najważniejsze jest otoczenie tworzone przez instytucje państwa. Są tacy, którzy powiedzą, że wystarczą niskie podatki, a przedsiębiorcy samoczynnie będą dążyli do wyższej innowacyjności i produktywności. Są także tacy, którzy będą naciskali na wzrost płac (na przykład przez wyższą płacę minimalną), bo ich zdaniem tylko w ten sposób można zmobilizować firmy do inwestycji w nowe technologie. I tak dalej. Celem tej książki nie jest udzielenie odpowiedzi na to pytanie, choć uważni czytelnicy wyłapią na jej kartach możliwe drogi. Jedno jest pewne – podnoszenie produktywności i płac to proces długotrwały.

W tym miejscu muszę jeszcze dodać jedno ważne zastrzeżenie. To, co porównywałem na kilkunastu poprzednich stronach – czyli PKB na osobę, produktywność i wynikające z tego dochody – to wszystko były efekty pracy w jakimś okresie (miesiąca, roku i tak dalej). Na poczucie bogactwa każdego z nas wpływają jednak nie tylko nasze miesięczne zarobki, ale też to, co posiadamy. Innymi słowy – to, ile zgromadziliśmy majątku. Z jego mierzeniem jest dużo trudniej niż z PKB, ale wszystko wskazuje na to, że dystans, który dzieli Polskę w kwestii majątku na przykład od innych państw Unii Europejskiej, jest dużo większy niż dystans w PKB na osobę. Przykładowo pod względem PKB na osobę w zasadzie dogoniliśmy już Portugalię, a mimo to wartość majątku przeciętnego Polaka jest prawie pięć razy niższa niż Portugalczyka. Realne zarobki w Polsce stanowią około połowy zarobków w Niemczech, ale różnica w średnim majątku jest wielokrotna [10a]. Dlaczego tak jest? Bo majątek jest wynikiem pracy nie tylko naszej, ale także poprzednich pokoleń. Logiczne więc, że w tych państwach, które z powodzeniem budują majątek w dużo dłuższym okresie niż Polska, jego wartość w przeliczeniu na jednego obywatela będzie wyższa. I akurat transformacja niewiele mogła w tej kwestii zrobić, bo od jej początku minęło po prostu zbyt mało czasu. To jednak także wpływa na to, jak postrzegamy różnice w poziomie bogactwa w stosunku do państw Zachodu.

Co więc jest nie tak?

Gdybym miał podsumować dotychczasową treść tego rozdziału, to zrobiłbym to mniej więcej tak: Polska przez 30 lat transformacji rozwijała się w bardzo dobrym tempie – jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) wśród wszystkich państw przechodzących transformację gospodarczą w podobnym do naszego czasie. Dziś należymy do grona najbogatszych państw świata. Moje pokolenie nie dostrzega trafności powyższych stwierdzeń, bo: a) nie pamięta, jak wyglądała Polska w latach 80. czy nawet 90., b) bardzo wysoko stawia poprzeczkę, porównując się tylko do kilku państw z absolutnego światowego topu. Do tego różnice w zarobkach między Polską a na przykład Niemcami są uzasadnione, a na zbudowanie majątku potrzebujemy po prostu więcej czasu.

Na tym etapie mógłbym więc zakończyć książkę – napisać, że transformacja była sukcesem i tylko moje niewdzięczne i marudne pokolenie nie potrafi tego docenić. Jakoś jednak trudno jest mi przejść obojętnie obok problemów, które dostrzegam, które sygnalizują moi znajomi i które podnosili moi rozmówcy. Znaczna część tych problemów nie wynika bowiem z tego, że jesteśmy po prostu biedniejsi niż Europa Zachodnia i nie wszystko możemy od razu dostać. Jest szereg rzeczy, na które powinno być nas stać przy tym poziomie rozwoju, a mimo to są dla nas trudno osiągalne. Problemy te wynikają ze złej polityki państwa i, co boli szczególnie, z niewielkiej obecności problemów mojego pokolenia w debacie publicznej. My po prostu w okresie transformacji nie byliśmy dla polityków ważni. Dlatego warto, żebyśmy w końcu zabrali głos w swojej sprawie.

Trudno na przykład pominąć temat emigracji. To najważniejszy objaw niechęci mojego pokolenia do polskiej gospodarki. Według danych Eurostatu w 2004 roku 0,7 miliona polskich obywateli było rezydentami krajów szeroko rozumianej Europy Zachodniej (czyli państw tak zwanej „starej piętnastki” UE oraz Norwegii i Szwajcarii). W 2016 roku było to już 2,4 miliona osób, co oznacza, że po wstąpieniu Polski do UE na Zachód wyemigrowało co najmniej 1,7 miliona Polaków! Emigracja dotyczy przede wszystkim dwóch pokoleń – mojego oraz pokolenia osób urodzonych w okolicach przełomu lat 70. i 80. W ten sposób pokazaliśmy, że owoce polskiej transformacji niekoniecznie nam odpowiadają.

Problem emigracji dotyczy nie tylko Polski, ale też innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które wstąpiły do UE. Główną przyczyną są duże różnice w poziomie rozwoju między Europą Zachodnią a nowymi państwami członkowskimi. Przykładowo w 2004 roku, gdy wchodziliśmy do Unii, PKB na osobę w Polsce stanowiło tylko 46% tego, co w Wielkiej Brytanii. Mimo że w ciągu 12 lat – do 2016 roku – ta różnica zmalała do 66%, to dystans wciąż jest kolosalny [3]. Wynikające z tego dysproporcje w wysokości płac są dla osób młodych główną motywacją do wyjazdu. Ale nie jedyną. Skala emigracji jest bowiem różna między różnymi państwami. Weźmy za grupę porównawczą kraje Grupy Wyszehradzkiej, czyli te, które są do nas najbardziej podobne pod względem wielkości i poziomu rozwoju. W przypadku Polski te 1,7 miliona osób, o które zwiększyła się wielkość emigracji do państw Europy Zachodniej w latach 2004–2016, to 5% populacji naszego kraju. Na Węgrzech emigracja zwiększyła się o 3% populacji, na Słowacji też o 3%, a w Czechach tylko o 1% (patrz wykres 2). Spośród wszystkich 11 państw EŚW większy odsetek niż Polska odnotowały tylko Bułgaria i Rumunia (dwa najbiedniejsze państwa UE, a więc z największą motywacją do emigracji) oraz Litwa i Łotwa (państwa małe, porównywalne pod względem populacji do samej Warszawy) [9].

Wykres 2. Obywatele państw Grupy Wyszehradzkiej mieszkający w państwach Europy Zachodniej

Uwagi: przez Europę Zachodnią rozumie się państwa UE-15, Norwegię i Szwajcarię. Za rok bazowy dla obliczenia % populacji przyjęto 2004. Więcej szczegółowych uwag zob. [11]. Źródło: opracowanie własne na podstawie danych Eurostatu.

Co więc z tą Polską jest nie tak? Na samym dole piramidy potrzeb Maslowa są dwa rodzaje potrzeb niższego rzędu (czyli potrzeb wynikających z braku czegoś) – fizjologiczne oraz bezpieczeństwa. Bez wątpienia polska transformacja gospodarcza umożliwiła mojemu pokoleniu zaspokojenie potrzeb fizjologicznych (jedzenie, picie, podstawowe schronienie, odzież, ciepło), ale wiele osób młodych wciąż doświadcza trudności w zaspokojeniu potrzeb drugiego poziomu – potrzeb bezpieczeństwa. To o tyle istotne, że według teorii Maslowa zaspokojenie potrzeb fizjologicznych i bezpieczeństwa jest warunkiem realizacji kolejnych – przynależności i miłości, szacunku i uznania, samorealizacji – zwanych także potrzebami rozwoju. Bezpieczeństwo jest więc w drabinie potrzeb kluczowe dla rozwoju osobistego i osiągnięcia życiowej satysfakcji. W szerszym wymiarze chodzi o rozwój i jakość życia całego pokolenia. Co ważne, jak wskazałem parę akapitów temu, w wielu aspektach problem niezaspokojonych potrzeb młodego pokolenia na tym podstawowym poziomie nie wynika z biedy naszego kraju. Przy obecnym stanie rozwoju gospodarki powinniśmy móc je bez większych trudności zaspokoić. Wynika z konkretnej polityki państwa (albo jej braku) w ostatnich 30 latach.

[1] Polski ekonomista związany z Bankiem Światowym, Uniwersytetem Harvarda i Akademią Leona Koźmińskiego.

[2] Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia, Węgry.

[3] Wszystkie porównania PKB na osobę podane są w cenach stałych i według parytetu siły nabywczej. Oznacza to, że ceny z różnych lat i różnych państw są sprowadzone do tego samego poziomu i momentu w czasie. Dzięki temu możliwe jest porównanie realnej siły nabywczej tego, co tworzymy z różnych lat (mimo że ceny się zmieniają) oraz z różnych krajów(mimo że ceny w różnych krajach są różne).

[4] Wartości włącznie z pozapłacowymi kosztami pracy (podatkami i składkami). Ciężar podatkowy na pracę w Niemczech jest nieco wyższy niż w Polsce, lecz dla uproszczenia obliczeń pomijam te różnice (o klinie podatkowym na pracę piszę więcej w rozdziale trzecim).

Rozdział 2 Młodzi bezdomni

Strefa komfortu (?)

46% przedstawicieli mojego pokolenia mieszka z rodzicami (dotyczy osób w wieku od 25 do 34 lat). Tylko w siedmiu państwach UE odsetek ten jest wyższy niż w Polsce. W Niemczech wynosi 18%, a w Danii, Finlandii i Szwecji mniej niż 10%. Średnio w całej UE – 32%, czyli aż o 14 punktów procentowych mniej niż w naszym kraju (dane za 2016 rok) [9].

Wnioski? „Piotrusie Pany” – metrykalnie dorośli, psychicznie i emocjonalnie dziecięcy („Polityka”, nr 29/2016). „Nie chcę dorosnąć” – większość nawet nie myśli o tym, żeby się usamodzielnić; nie chcą wychodzić ze strefy komfortu („Newsweek”, nr 11/2017). „Dorośli z konieczności” – dorosłość dzisiaj nie jest spełnieniem marzeń, tylko kulą u nogi; liczna armia dwudziesto- czy trzydziestokilkulatków nie chce przez życie maszerować samodzielnie; są niezaradni („Dziennik Gazeta Prawna”, nr 83/84 2017). To kilka wybranych fragmentów z artykułów o pokoleniu ‘89 w polskiej prasie. W każdym z nich autorzy powołują się na statystykę podaną przeze mnie w pierwszym akapicie. W skrócie: niesamodzielni, niedorośli, niezaradni, wygodni.

Trudno ignorować opisywane na całym świecie zjawisko zdziecinnienia osób młodych. We Włoszech nazywa się ich mammoni (maminsynkowie), w Japonii otaku (dorośli kolekcjonerzy gadżetów z gier i komiksów), a w Stanach Zjednoczonych kidults (od połączenia słów kid – dziecko i adult – dorosły) lubboomerangers (bo po skończeniu studiów nie mają pomysłu na dalsze życie, więc wracają do rodzinnego domu). W 2015 roku 15% młodych mężczyzn w wieku 21–30 lat w USA nie przepracowało ani jednej godziny w roku (z próby wyłączono studentów). Badania wskazują, że młodzi Amerykanie coraz więcej czasu poświęcają na przyjemności (w tym w szczególności wzrosła ilość czasu przeznaczanego na gry i inne rozrywkowe zajęcia na komputerze), a coraz mniej na pracę [12]. Wikipedia jako jedną z dziewięciu głównych cech pokolenia Y (osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem) podaje: „Często dłużej mieszkają razem z rodzicami, opóźniając przejście w dorosłość”.

W przypadku Polski w zasadzie nie ma rzetelnych badań na ten temat, więc najczęściej podawaną liczbą je opisującą jest właśnie odsetek osób młodych mieszkających z rodzicami. Irytująca jest jednak nadinterpretacja tej statystyki, polegająca na wrzuceniu do jednego wora wszystkich młodych dzielących miejsce zamieszkania z rodzicami i określenie ich mianem kidultsów. Naprawdę wydaje Wam się (kieruję te słowa do dziennikarzy z nieco starszego pokolenia niż moje), że dla połowy mojego pokolenia szczytem ambicji jest mieszkanie z mamą i tatą? Oczywiście da się znaleźć takie przykłady, ale w mojej opinii zjawisko kidultsów w polskiej gospodarce jest (jeszcze?) marginalne. Sam znam może parę osób, które na siłę można w ten sposób zaklasyfikować. Znam też jednak statystyki, które o naszej dojrzałości świadczą zgoła inaczej – jak ta dotycząca średniego wieku, w którym decydujemy się na założenie rodziny (małżeństwo i pierwsze dziecko). Na tle państw UE robimy to bardzo szybko (więcej na ten temat w rozdziale czwartym). To, że wielu z nas mieszka z rodzicami, wcale nie musi być oznaką niedojrzałości, niekoniecznie wynika z naszej woli i wcale nas nie uszczęśliwia. Może więc warto zastanowić się nad innymi przyczynami?

Ryneczek mieszkaniowy

Najważniejszej przyczyny długiego pozostawania młodych Polaków w domu rodzinnym należy upatrywać w sposobie funkcjonowania naszego rynku mieszkaniowego. W porównaniu z innymi państwami UE ten rynek jest w Polsce bardzo specyficzny. Spójrzmy na parę statystyk:

mieszkań

[5]

w Polsce jest za mało w stosunku do wielkości populacji. Tylko w dwóch państwach UE liczba mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców jest mniejsza niż 400: Polska – 363 mieszkania, oraz Słowacja – 360 mieszkań. Średnia w UE wynosi 480! Powyżej średniej unijnej znajdują się m.in. niektóre państwa EŚW: Bułgaria, Estonia czy Łotwa (patrz wykres 3). Co więcej, między 1990 a 2015 rokiem liczba mieszkań w Polsce wzrosła o 26% (z około 11 milionów do około 14 milionów), podczas gdy średnio w państwach

UE

ten wzrost wyniósł 35% [13].

mieszkania

w Polsce są przepełnione. Aż 41% populacji naszego kraju mieszka w miejscach, które w standardach UE są uznawane za przeludnione, czyli liczba pomieszczeń jest zbyt mała w stosunku do liczby i wieku mieszkańców. To piąty najwyższy odsetek w UE (średnia wynosi 19%). Problem ten dotyka w szczególności osoby wynajmujące mieszkania. Wskaźnik przeludnienia wynosi 72% dla osób wynajmujących po cenie rynkowej (trzeci najwyższy odsetek w UE) i 65% dla osób wynajmujących na preferencyjnych warunkach (najwyższy odsetek w UE). Problem przeludnienia miejsca zamieszkania jest szczególnie istotny dla osób młodych – dotyczy aż połowy Polaków w wieku 20–29 lat (dokładnie 51%, dane za 2016 rok) [9].

standard

części mieszkań w Polsce odbiega od podstawowych standardów przyjmowanych w państwach rozwiniętych w XXI wieku. Tak zwana deprywacja mieszkaniowa dotyczy 9% Polaków ogółem, a 11% Polaków w wieku 20–29 lat. Średnia w UE wynosi odpowiednio 5% i 7% (2016 rok) [9]. Co to jest deprywacja mieszkaniowa? To wskaźnik pokazujący odsetek osób, które poza tym, że mieszkają w miejscu przeludnionym, doświadczają także co najmniej jednego z następujących problemów: brak łazienki lub toalety, przeciekający dach, poważne niedoświetlenie mieszkania.

Polacy

rzadko wynajmują mieszkania, a dużo częściej niż w innych krajach są ich właścicielami. 83% populacji Polski żyje w mieszkaniu, własnym lub należącym do bliskich, a tylko 17% Polaków żyje w mieszkaniach wynajmowanych. Średnio w UE ta relacja wynosi 75% (właściciele) do 25% (wynajmujący). Co ciekawe, im bogatsze społeczeństwo, tym mniejsza skłonność do mieszkania we własnym lokalu. Przykładowo w Niemczech aż 48% populacji mieszka w miejscu wynajmowanym, a w Wielkiej Brytanii – 37% (dane za 2016 rok) [9].

Polacy

są piątym najmniej zadowolonym z warunków mieszkaniowych narodem w UE. Pod tym względem wyprzedzamy tylko Estonię, Węgry, Bułgarię i Danię [14].

Wykres 3. Liczba mieszkań w przeliczeniu na 1000 mieszkańców w państwach UE

Uwagi: brak danych dla Belgii. Na wykresie pominięto również Cypr, Luksemburg i Maltę. Dane dotyczą 2015 roku lub ostatniego dostępnego (w przypadku Polski – 2014 rok). Źródło: opracowanie własne na podstawie danych OECD.

Mała podaż mieszkań, powszechne ich przepełnienie, niski standard, słabo rozwinięty rynek najmu – wszystko to prowadzi do wniosku, że mamy w Polsce jeden z najgorzej ukształtowanych rynków mieszkaniowych w UE. W głowie zaczyna więc rysować się zupełnie inny obraz mojego pokolenia niż przedstawiony na początku rozdziału. Może to, że prawie połowa z nas wciąż mieszka z rodzicami, wcale nie wynika z tego, że tak chcemy, że tak nam wygodniej, że jeszcze nie dorośliśmy? Może my po prostu nie mamy innego wyboru?!

Co warte podkreślenia, wymienione charakterystyki polskiego rynku mieszkaniowego, w których Polska negatywnie wyróżnia się na tle innych państw UE, nie wynikają zwyczajnie z tego, że wciąż na tle Unii jesteśmy państwem stosunkowo biednym. Nie, w większości tych statystyk Polska wypada słabo także na tle innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, a więc państw znajdujących się na podobnym poziomie rozwoju. To jest więc ten obszar, w którym polska transformacja – w szczególności z perspektywy młodego pokolenia – po prostu zawiodła.

Celowo w podtytule tego fragmentu używam określenia „ryneczek” mieszkaniowy. Trudno bowiem w tym przypadku mówić o dojrzałym, rozwiniętym rynku, gdzie podaż i popyt się równoważą, a klienci mają do wyboru szeroką i różnorodną ofertę. Mówimy raczej o rynku, na którym panuje dyktat oferentów mieszkań na wynajem (właścicieli), oferentów mieszkań na sprzedaż (deweloperów) oraz podmiotów finansujących (banków).

Zaskoczyło mnie, jak bardzo popyt przewyższa podaż. Zdarzało się, że dzwoniłem spytać o mieszkanie tego samego dnia, którego było wystawione ogłoszenie, a oferta już okazywała się nieaktualna. Pewnego razu po obejrzeniu mieszkania poprosiłem właściciela o rezerwację lokum do następnego dnia. Właściciel się zgodził. Gdy zadzwoniłem dzień później, okazało się, że mieszkanie jest już wynajęte

– opowiada mi Maciek (rocznik ’98), student pierwszego roku na jednej z warszawskich uczelni, gdy pytam go o pierwsze doświadczenia z rynkiem mieszkaniowym (do stolicy przyjechał z małej wsi w województwie dolnośląskim).

Drogo. Bardzo drogo

Wymienione przeze mnie cechy rynku mieszkaniowego w Polsce nie pozostają oczywiście bez wpływu na ceny. Z kolei cena jest głównym wyznacznikiem dostępności mieszkań dla mojego pokolenia. Weźmy najprostsze dane – przeciętną cenę ofertową wynajmu średniej wielkości mieszkania (od 38 do 60 m2) w wybranych miastach Polski. W Bydgoszczy – 1528 złotych, w Łodzi – 1633 złote, w Szczecinie – 1649 złotych, w Poznaniu – 1886 złotych, w Lublinie – 1927 złotych, we Wrocławiu – 2136 złotych, w Gdańsku – 2362 złote, w Warszawie – 2899 złotych (dane za luty 2018 roku) [15]. Tymczasem mediana wynagrodzeń w Polsce wynosi na rękę 2500 złotych – połowa Polaków zarabia mniej, a połowa więcej od tej kwoty [16]. Już stąd widać, że przeciętny Polak nie ma szans na wynajem mieszkania w pojedynkę, a ciężko wynająć coś przyzwoitego nawet we dwoje.

Ale może we wszystkich państwach tak jest? Może mieszkania to po prostu droga sprawa i tak być musi? Sprawdźmy to. Do porównania cen zakupu i wynajmu mieszkań w Polsce i innych państwach wykorzystam dwa źródła: portal Global Property Guide (dane dla wszystkich państw UE) oraz raport „Property Index – Overview of European Residential Markets” przygotowywany co roku przez firmę doradczą Deloitte (dane dla wybranych państw UE i Izraela).

Ceny zakupu mieszkań w Polsce są raczej wysokie. Według Global Property Guide średnia cena zakupu 100 m2 mieszkania w Polsce jest 28 razy wyższa niż nasze PKB na osobę (im wyższy ten wskaźnik, tym droższe mieszkania w stosunku do poziomu rozwoju gospodarki). W żadnym innym państwie Europy Środkowo-Wschodniej ta relacja nie jest tak wysoka. W całej UE wynosi 21 i tylko w czterech państwach – Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech i Austrii – jest wyższa niż w Polsce [17]. Trochę tylko lepszy obraz rysuje się z raportu firmy Deloitte. Według niego średnia cena mieszkania o powierzchni 70 m2 w największych miastach Polski to równowartość 7,7 rocznych pensji Polaka. To nieco więcej niż średnia w badanych państwach – 7,0 rocznych pensji. Wyższą wartość niż w Polsce uzyskano w sześciu państwach, a niższą w dziewięciu. Przykładowo Portugalczycy muszą na zakup mieszkania o tej powierzchni pracować przez 5,5 roku, Hiszpanie przez 5,1 roku, a Niemcy przez 4,7 roku [18].

Z punktu widzenia pokolenia ‘89 dużo ważniejszą miarą niż ceny zakupu mieszkań są jednak ceny ich wynajmu. To wynajem powinien być podstawową opcją wyboru dla osób młodych chcących „pójść na swoje” (uzasadniam to w dalszej części rozdziału). Ceny wynajmu mieszkań określa się najczęściej w relacji do cen ich zakupu – to pokazuje, jaka jest rentowność inwestycji w nieruchomość dla jej posiadacza. Najgorsza sytuacja z punktu widzenia osób szukających miejsca do zamieszkania występuje, gdy na rynku są wysokie ceny wynajmu w stosunku do wysokich cen zakupu. A z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia w Polsce.

Serwis Global Property Giude podaje, że w Warszawie suma rocznego czynszu za wynajem mieszkania o powierzchni 120 m2 stanowi 5,5% ceny jego zakupu. Oznacza to, że aby inwestycja w nieruchomość się zwróciła, trzeba wynajmować ją przez 18 lat. Im krótszy ten okres, tym lepiej z punktu widzenia właściciela mieszkania, a gorzej z punktu widzenia osoby wynajmującej. Jak kształtuje się Polska na tle innych państw? 18 lat to jeden z najkrótszych okresów zwrotu w całej UE. Średnia dla wszystkich państw UE wynosi 24 lata, a dla państw EŚW – 20 lat. U naszych południowych sąsiadów – w Czechach i na Słowacji – wynosi odpowiednio 27 i 22 lata [17]. Z tego wynikałoby, że ceny wynajmu w Polsce są stosunkowo wysokie.

Potwierdza to także raport Deloitte. Jego autorzy przeanalizowali ceny wynajmu w 47 miastach w Unii Europejskiej (w przeliczeniu na 1 m2). Wszystkie